Sprawa z pewnością nie wymaga przeciągłych rozważań. - Kobiecy głos dolatywał zza falującej na wietrze delikatnej firanki w oknie powozu. - Może udziel mi odpowiedzi już teraz, Zhu Yuanzhangu? Obojgu nam zaoszczędzisz w ten sposób wiele czasu.
Nawet tutaj, z dala od morza, rozciągająca się pod wzgórzem równina płonęła bielą soli, zupełnie jakby bogactwo pasażerki powozu rozlewało się prącą od wybrzeża, niepowstrzymaną falą. Dawniej tę część pogranicza obu terytoriów zajmowało płytkie jezioro, jakiś czas temu unicestwione przez skwar południowego lata. Ponad pozycjami obu stron migotały kolorowe chorągwie. Żółte oznaczały buntownicze oddziały Świetlistego Króla. Zielone należały do wojsk kupieckiej rodziny Zhang, której przywódcy zerwali tej wiosny więzi z mongolskimi władcami i ogłosili się samodzielnymi panami soli i morskich szlaków wschodniego wybrzeża.
Zhu Yuanzhang, w złotej królewskiej zbroi, z pozłacaną drewnianą protezą w barwie identycznej, jaką miała trawa pod kopytami jej wierzchowca, przyglądała się generałom stojących naprzeciwko siebie armii, idącym ku sobie niespiesznym, kulturalnym krokiem dyplomatów. Rzucane przez nich krótkie o tej porze dnia cienie rozcinały spękane podłoże.
Postronny obserwator nie dostrzegłby pomiędzy oboma oficerami wielu różnic. Dwa tradycyjne dla wojowników z ludu nanrenów skrzydlate hełmy, dwie lamelkowe zbroje z ciemnej skóry, w której przeglądało się słońce, i metalowe naramienniki w kształcie lwich łbów, skrzące się pod jasnym niebem niczym zwierciadełka. Z punktu widzenia Zhu, dla której generał był bratem niemal pod każdym względem z wyjątkiem płynącej w żyłach krwi, odległe sylwetki były jednak równie odmienne jak oblicza dwóch ludzi. Xu Da, wyższy, zupełnie nie przypominający mnicha chłopak, szedł pełnym radości krokiem młodzieńca pragnącego za wszelką cenę skosztować wszystkich smaków świata. Natomiast generał Zhang był mężczyzną niższym, drobniejszym, a otaczała go aura ostrożnej rezerwy i pewności siebie człowieka, który życiowe doświadczenia gromadził dłużej niż Zhu i jej wódz razem wzięci. Zhu wciąż dobrze pamiętała, jak błyskawicznie Zhang przeszedł do działania, kiedy jego ród wypowiedział posłuszeństwo Wielkim Yuanom. W ciągu kilku miesięcy zajął wszystkie miasta położone na południe od Wielkiego Kanału i przeniósł stolicę Zhangów do warownego Pingjiangu, leżącego na wschodnim brzegu jeziora Tai. Obecnie jedynym, co dzieliło wschodnie ziemie Zhangów od królestwa Zhu, były równiny objęte wielkim zakolem potężnej, sunącej ku morzu rzeki Jangcy.
- Poddaj się mnie, ulegnij - podjęła kobieta zza firanki. Mówiła głosem gardłowym, cichym i zalotnym. Tonem przynależnym zacisznej alkowie, spowitym w aksamitną sugestię: jesteśmy dwójką nieznajomych, rozmawiamy ze sobą po raz pierwszy, lecz bardzo możliwe, że tylko chwile dzielą nas od najgłębszej intymności, jaka tylko może złączyć dwa ludzkie ciała.
Wybieg należał do tych, które działają wyłącznie pod warunkiem, że pozostaną niezauważone. Zhu, która nie tylko podstęp wyczuła, lecz także miała się zawsze za osobę odporną na podszepty cielesnej żądzy, z zainteresowaniem odnotowała, że poczuła coś w odpowiedzi. Kobiecość nigdy nie była jej mocną stroną, więc nie sądziła, że można ją wykorzystywać w charakterze broni. To było coś nowego. Fakt, że ktoś posłużył się tym orężem akurat przeciwko niej, wydał jej się w równej mierze zabawny i godny podziwu.
Tymczasem stojący na równinie generałowie z szacunkiem wymienili się ukłonami i oficjalnymi prośbami o kapitulację drugiej strony, po czym wycofali się. Ich stopy zostawiły w podłożu sinoniebieskie ścieżki.
- Bądź pozdrowiona, czcigodna pani Zhang - Zhu nareszcie zwróciła się do rozmówczyni.
- Jak widzę, odmawiasz mi tytułu - rzuciła wyniośle kobieta.
- Dlaczego miałbym go stosować, skoro ty odmawiasz tego samego mnie? - odparła Zhu. Brzmienie tych słów sprawiło, że przeniknęła ją fala witalności. Radość poczucia władzy zmieszana z zabawą, równie pobudzająca jak słonawa woń w nosie i gorący dziki wiatr szarpiący sztandarami, szumiący wśród traw i spływający po zboczach wzgórza. - Być może powinienem skapitulować przed tym, kto naprawdę posiada ten tytuł - dodała po chwili tonem równie protekcjonalnym jak pani Zhang. - Przed królem, twoim mężem. Wolałbym paktować z kimś równym sobie twarzą w twarz niż z jego czcigodną małżonką, której przyzwoitość każe kryć oblicze za zasłoną.
- Nie bój się. - Kobieta parsknęła sztucznym śmiechem. - Przede mną możesz skapitulować równie skutecznie. Wiem, jak znakomitą reputacją cieszy się mój mąż, ale największym atutem każdej kobiety jest mężczyzna słaby, okiełznany i odpowiednio pokierowany. - Za cienką tkaniną poruszył się cień, jakby pani Zhang przysunęła się do okna. Jej obniżony głos zapraszał Zhu, by nachyliła się w siodle i przyłożyła ucho do szepczących warg tak blisko, by poczuć każdą wypowiadaną sylabę na skórze, jakby nie dzieliło ich nic. - Ciebie, Zhu Yuanzhangu, nie uważam za mężczyznę słabego. Słaba jest jednak twoja pozycja. Jaką możesz mieć nadzieję na zwycięstwo? Dysponuję przeważającymi siłami i generałem, którego nawet budzący postrach mongolski wódz Ouyang uznał za równego sobie... Poddaj się - ciągnęła. - Przekaż armię pod moje rozkazy. Zamiast czekać, aż Yuanowie pchną przeciwko nam wielkiego radcę i armię stołeczną, możemy pomaszerować na Dadu razem, ramię w ramię. Zdobędziemy ich stolicę i tron. A kiedy mój mąż zostanie cesarzem, obdarzy cię dowolnie wybranym tytułem. Chcesz być księciem? Proszę bardzo.
- Gdybym został księciem, autorzy przyszłych kronik z pewnością uznaliby mnie za wielkiego człowieka - odpowiedziała oschle Zhu.
Obie strony sprowadziły żołnierzy wyłącznie na pokaz. Przybyli tu na spotkanie, nie po to, by stoczyć bitwę. Zhu nie miała jednak większych złudzeń co do swojego położenia. Jej armia, zdominowana przez oddziały piechoty odziedziczone po powstańczych siłach Czerwonych Turbanów, zasilona dodatkowo chłopskimi rekrutami, liczyła zaledwie połowę tego, co świetnie wyposażone, zawodowe wojsko Zhangów. A z wyłączeniem stołecznego Yingtianu żadne z miast, którymi władała na południu, nie mogło się równać z choćby najuboższym spośród powiązanych kanałami ośrodków gospodarczych Zhangów. Wynik ewentualnego starcia był jasny. Gdyby sytuacja się odwróciła, Zhu również uznałaby, że zwycięstwo ma w ręku, i domagałaby się kapitulacji dokładnie tak, jak czyniła to teraz rywalka.
- Czy nie tego właśnie pragniesz? - szepnęła pani Zhang. - Wielkości? - Brzmienie jej głosu pieściło niczym dotyk sunących po skórze palców. - Skoro tak, to przyjmij mnie, pozwól, że uczynię cię wielkim.
Wielkość. Zhu łaknęła jej przez całe życie. Z pewnością równie niezmąconą jak cień na solnej równinie wiedziała, że niczego innego nie zapragnie bardziej. Wyprostowała się w siodle i powiodła spojrzeniem na wschód, ponad rozległym królestwem Zhangów. Wiatr wiejący od strony dalekiego, płowego horyzontu zdawał się go przybliżać; podmuchy sprawiały, że ta abstrakcyjna linia stawała się namacalna, aż nazbyt konkretna. Osiągalna. Myśl ta przepełniła serce Zhu przenikliwą radością. Stojąc na tym wzgórzu, a jednocześnie szybując w przestworzach, odniosła dziwne wrażenie, że ogląda całą swoją przyszłość. Z perspektywy sunącego pod niebem orła nie dostrzegała na swojej drodze żadnych prawdziwych przeszkód, które zdołałyby ją powstrzymać, a jedynie niewielkie wyboje, na których w opętańczym pędzie do celu mogła się co najwyżej potknąć.
Czując wzbierający w duszy zachwyt, zwróciła się do pozbawionej twarzy kobiety za zasłonką:
- Nie chcę wielkości.
Z rozkoszą posmakowała chwilę milczenia, którą umysł pani Zhang wykorzystał na przetrawienie nowiny. Kobieta zastanawiała się, jaki błąd popełniła w ocenie charakteru Zhu oraz z jakiej przyczyny nie powiodło się jej uwodzenie.
Zhu poczuła ból w kikucie, ciasna obręcz protezy uciskała zbyt mocno. Jednak ta niedogodność, podobnie jak codzienne reperkusje życia jednorękiego człowieka w świecie dwuręcznych, stanowiła po prostu cenę, jaką musiała zapłacić, by zrealizować swoje pragnienie, a Zhu była dość silna, by to wytrzymać. Była tak silna, że zniosłaby i zrobiła wszystko, byle tylko osiągnąć swój cel.
- Zatem... - zaczęła pani Zhang.
- Nie chcę być wielki - powiedziała Zhu. Jej pragnieniem była świetlistość słońca, bezmiar przepełniający ją całą bez reszty. Czy ktoś poza nią w ogóle rozumiał, jak to jest poczuć coś tak potężnego, łaknąć czegoś całą swoją jaźnią i całym ciałem? - Chcę być największy.
Zerwał się wiatr. Po jałowej, martwej równinie przemknęły krystaliczne, skrzące się zmarszczki. Życiodajna sól w tak wielkich ilościach dławiła wszelkie przejawy życia.
- Rozumiem - odezwała się po chwili pani Zhang. W zalotnym tonie zabrzmiała nuta pogardy. Zhu ujrzała oczyma wyobraźni zatrzaskujące się drzwi prywatnej komnaty. - Zapomniałam, jak bardzo jesteś młody. Młodzi ludzie zawsze są nadmiernie ambitni. W twoim wieku człowiek nie zna jeszcze granic tego, co możliwe. - Pociągnięte lakierem paznokcie zastukały w wewnętrzną ściankę powozu, sygnał dla woźnicy. Kiedy koła drgnęły, pani Zhang dodała: - Jeszcze się spotkamy. Ale przedtem pozwól, że starsza kobieta coś ci poradzi. Przyjrzyj się mojemu generałowi, którego widzisz tam, w dole. Pomyśl o szacunku, jakim darzy go świat ze względu na sposób bycia, wygląd i zasługi. Naturalne miejsce człowieka takiego jak on znajduje się ponad głowami innych. Mądrze uczynisz, jeśli rozważysz, gdzie jest twoje naturalne miejsce, Zhu Yuanzhangu. Czy myślisz, że skoro świat ledwie może patrzeć na człowieka tak niedoskonałego jak ty, zaakceptuje cię na cesarskim tronie? Jedynie głupiec ryzykuje wszystko w imię tego, co niemożliwe.
Zhu odprowadziła spojrzeniem staczający się ze wzgórza powóz. Gdyby pani Zhang wiedziała, jak ogromna pod względem fizycznym jest niedoskonałość Zhu - w dziedzinie męskiej anatomii sięgająca znacznie dalej niż brak szerokich ramion i prawej dłoni - bez wątpienia uznałaby za niemożliwe to, czego dziewczyna dokonała już dotąd. Jednak człowiek zdeterminowany na tyle, by łaknąć niemożliwego, pomyślała na przekór kobiecie lekko rozbawiona Zhu, ma znacznie lepszy sposób na osiągnięcie celu: zmienić świat, sprawić, by niemożliwe stało się możliwym.
Yingtian
Król i królowa bez przeszkód przechadzali się po otaczających pałac błoniach, gdyż wszyscy, którzy znaleźli się na ich drodze, ustępowali na bok i zginali się w ukłonach. Zajętych budową robotników była jednak taka obfitość, że Zhu przemknęło przez myśl, iż jest w tej chwili jak łódź przedzierająca się przez staw gęsto porośnięty wodorostami. Kiedy mijały kolejny budynek, którego ściany otaczało bambusowe rusztowanie, rzuciła z podziwem:
- Przecież nie wyjechałam na tak długo. Nie próżnowałaś.
- Oczywiście, że nie próżnowałam. - Ma Xiuying obdarzyła żonę głęboko urażonym spojrzeniem. - Kiedy zapowiedziałaś, że chcesz pałacu, który dorównywałby wspaniałością twojej wielkości, nie sądziłaś chyba, że zbuduje się sam?
Prace trwały nie tylko na terenie pałacu. Pierwszym, co Zhu ujrzała po powrocie do Yingtianu, były rosnące fundamenty nowych murów obronnych, a przejeżdżając spieczonymi słońcem alejami, oglądała długie szeregi młodych drzewek, które dadzą cień dopiero za kilkadziesiąt lat.
Ciepła letnia woń trocin i wiatr dokazujący swobodnie na placach budów; nieprzesłonięte niczym niebo, większe i bardziej błękitne niż wszędzie, gdzie dotąd przyszło Zhu mieszkać: atmosfera nowości i zawartego w niej potencjału napawała ją radością sięgającą aż szpiku kości.
- Ty za to - dodała Ma - zapuściłaś się aż na granicę chyba tylko po to, żeby prężyć muskuły. - Mimo niewiarygodnej ilości haftowanego materiału zużytego na uszycie jej obszernej sukni dziewczyna szła żywym krokiem. Ponieważ jej przodkowie należeli do wiodących żywot nomadów semu, a stopy miała wielkie jak chłopka, poruszała się kilka razy szybciej od arystokratek nanrenów, drepcących po Yingtianie pod osłoną parasolek.
- Lepiej prężyć muskuły, niż doprowadzić do bezpośredniego starcia. - Zhu przyspieszyła, by nie zostać w tyle. - A pani Zhang rozumie to równie dobrze jak ja. Chciała, żebym się poddała.
- To rozwiązanie wcale nie byłoby od rzeczy. Dla was obu. Z którego to powodu, naturalnie, odmówiłaś - zauważyła cierpko Ma.
Było jasne, że dopóki będzie na świecie istniało cokolwiek większego niż to, co Zhu miała już teraz, właśnie tego musiała zapragnąć. I mogła się tego pragnienia wyrzec mniej więcej równie skutecznie jak oddychania.
- To ma sens w kontekście konkretnej sytuacji, obecnego stanu rzeczy. Wystarczy więc, że zmienię stan rzeczy.
- Och, tylko tyle? - żachnęła się Ma. - Skoro tak, to może przy okazji wymarzysz sobie dwakroć liczniejszą armię?
- Całkiem możliwe! - Zhu z błyskiem w oku spojrzała na żonę. - Ale do tego będzie mi potrzebna twoja pomoc.
- Moja pomoc? - Ma zatrzymała się w pół kroku i obrzuciła Zhu wymownym spojrzeniem.
- Cóż w tym dziwnego? Jesteś kobietą wielu talentów. - Dziewczyna wskazała na unoszące się i opadające młoty, na otaczający je chaos i pokrzykiwania. Zaraz potem przeszła na jeden z języków, których uczyła się w klasztorze (i których nigdy nie używała), i powiedziała bardzo niezgrabnie: - Znasz ujgurski, prawda?
Zdumiona Ma aż zdębiała.
- Z pewnością lepiej niż ty - odpowiedziała po chwili w tej samej mowie i parsknęła śmiechem.
Ujgurski był bliskim krewnym mongolskiego, przez co Zhu przypomniała sobie eunucha Ouyanga posługującego się językiem han'er. Jego wymowa z bezbarwnym obcym akcentem zawsze ją odstręczała. Jednak mówiącej po ujgursku Ma mogłaby słuchać całymi dniami: było coś zachwycającego w ciągłym odkrywaniu coraz to nowych twarzy dziewczyny, którą znała przecież tak dobrze.
- Minęło tyle lat, nawet nie wiedziałam, że jeszcze potrafię - Ma wróciła do han'er. Na jej twarzy odmalowała się nostalgia. - Kiedy dorastałam w Dadu, gdy ojciec był generałem armii stołecznej, w domu rozmawialiśmy po kipczacku. Z Mongołami mówiliśmy po mongolsku, a z innymi semu po ujgursku. Jeśli człowiek opanuje jeden język z tej trójki, nauka pozostałych przychodzi znacznie łatwiej. Ale han'er jest zupełnie inny. Kiedy ojciec przeniósł się do Anfengu i oddał mnie Guo, znałam może dwa słowa.
Ojciec dziewczyny zdradził Yuanów i przystąpił do powstania Czerwonych Turbanów. Potem jednak sam został zdradzony przez nowych towarzyszy i zginął z ręki generała Ouyanga. Zhu poczuła ukłucie smutku na myśl o życiu Ma z czasów sprzed ich spotkania. Tak wiele musiała wycierpieć. Niemniej nie potrafiła wykrzesać z siebie żalu z powodu śmierci ojca Ma ani obu Guo: Starego Guo i jego syna Małego Guo, pechowego narzeczonego Ma.
- Żaden z nich nie dostrzegł twoich zalet.
Widząc cień bólu przemykający przez twarz Ma, Zhu zdała sobie sprawę, że uwaga była zbyt bezduszna. Dziewczyna wciąż ich opłakiwała. Nie ze względu na to, kim dla niej byli ani jak ją traktowali, lecz po prostu dlatego, że byli ludźmi. Zhu nawet i teraz, okrągły rok po ślubie, nadal widziała w przepełniającym serce Ma współczuciu wielką tajemnicę. Czasami, gdy były razem, wydawało jej się, że zaczyna rozumieć - że zaczyna nawet podobnie czuć, jakby wibracje czułego serca dziewczyny rozbudzały w jej duszy empatię - kiedy się jednak rozstawały, każdy taki moment okazywał się ulotny jak sen.
Zmieniła temat. Przez znakomitą część życia próbowała uciec przed własną przeszłością i wszystkie nieprzyjemnie lepkie emocje w rodzaju nostalgii i żałoby wciąż wzbudzały w niej niejasną chęć natychmiastowej rejterady.
- Czy mogłabyś wyszukać dla mnie kilkunastu semu, którzy mówią również po ujgursku? - rzuciła. - Chciałabym, żeby w miarę możliwości znalazły się między nimi kobiety. Aha, i jeszcze ze dwa wielbłądy.
Ku jej zadowoleniu prośba pozwoliła Ma otrząsnąć się z przykrych wspomnień. Dziewczyna obrzuciła Zhu zdumionym spojrzeniem.
- No co? Chyba każdy od czasu do czasu potrzebuje wielbłąda lub dwóch? Jestem pewna, że dzięki pochodzeniu poradzisz sobie z tymi bestiami bez trudu - dodała Zhu wesoło. - Potrzebuję też jedwabiu. Tyle bel, ile tylko zdołasz załatwić.
- A ja jestem pewna, że dzięki pochodzeniu świetnie radzisz sobie z żółwiami. Bo twoją matką musiała być stara żółwica! - odpowiedziała Ma z przekąsem. - Dobrze. Semu, wielbłądy, jedwab. Przy okazji zdobędę jeszcze słońce, księżyc i wszystkie sroki, które latają po Niebiańskiej Rzece. Kiedy wyruszasz?
- Tak szybko, jak to możliwe. Czeka nas długi marsz. Muszę poprosić Xu Da, żeby natychmiast rozpoczął przygotowania. Poza tym... - Zhu urwała. W pobliżu przemknęła gromadka pałacowych służek. Na widok Świetlistego Króla i jego małżonki dziewczęta padły na kolana i zgięły się w pełnych szacunku ukłonach. Zhu dobrotliwie pstryknęła na palcach, pozwalając im wstać. - Nie wyruszam, tylko wyruszamy.
Skonsternowana Ma ściągnęła brwi.
- Chyba nie masz mnie za równie głupią jak obaj Guo? Czy miałam przeoczyć fakt, że w moim własnym domu żyje kobieta rozlicznych talentów? - Własna śmiałość przyprawiła Zhu o dreszczyk emocji. - Zrobimy to razem.
Oczyma duszy ujrzała przepiękne, chłodne niczym nefryt oblicze i wszystkie jej zmysły zareagowały, rozpoznając rysy człowieka, który nie był ani jednym, ani drugim. Kikut zaśpiewał wspomnieniem bólu.
- Zhu Yuanzhangu, co ty planujesz? - spytała Ma szeptem, uważając, by nikt postronny nie usłyszał, że zwraca się do Świetlistego Króla aż tak poufale.
- Potrzebuję jeszcze jednej armii - odpowiedziała Zhu z uśmiechem. - Ta, którą mam, to stanowczo za mało. Nową zdobędziemy w Bianliangu.
Na chwilę zapadła cisza.
- Ale eunuch... - zaczęła Ma.
- Nie martw się.
- Nie martwić się!?
- Nie mam zamiaru wmaszerować prosto w paszczę tygrysa. Wierz mi lub nie, ale doświadczenie tego i owego mnie nauczyło - zaśmiała się Zhu. - Ta misja obędzie się bez bitew. Musimy jednak działać szybko. Wyobraź sobie, że jesteś Ouyangiem. Całe dotychczasowe życie spędziłaś na wyczekiwaniu, udając lojalność wobec ludzi, którzy wymordowali całą twoją rodzinę. Ale teraz zabójcy już nie żyją, a przed tobą rysuje się realna możliwość wywarcia zemsty na człowieku osobiście odpowiedzialnym za wszystkie twoje cierpienia: na wielkim chanie. Spieszyłoby ci się, czyż nie? Jedynym powodem - ciągnęła - dla którego generał Ouyang nie opuścił jeszcze Bianliangu, jest fakt, że wielki chan spędza lato w Shangdu, a do Dadu powróci dopiero w połowie jesieni. Ledwie eunuch usłyszy, że wielki chan wrócił do stolicy, wyruszy. Dlatego musimy dotrzeć do Bianliangu, zanim to nastąpi.
- Mówisz, że nie chcesz walczyć. Czyli co? Złożysz mu propozycję? - rzuciła nieufnie Ma. - Taką, jaką pani Zhang złożyła tobie?
- Niezupełnie. Ale zabawa będzie setna, obiecuję.
Zanim Ma zdążyła odpowiedzieć, coś potężnie huknęło i z miejsca, gdzie jeszcze przed momentem stał stary budynek, podniosła się ku niebu chmura kurzu.
- Buddo, miej nas w opiece! Teraz wygląda gorzej niż poprzednio! - zawołała Ma, kiedy deszcz cegieł spadł na plac, na którym kiełkowały szkielety kilku nowych budowli. - Na pewno nie można było po prostu wszystkiego zostawić, jak było?
Powietrze zgęstniało od ceglanego pyłu zmieszanego z żółtym piachem. Wokół rozszedł się mroczny, znajomy, drażniący nozdrza aromat prochu ogniowego. Wpatrująca się w ten obłok Zhu ujrzała przelotną wizję Yingtianu przyszłości: lśniącej metropolii, miasta tak bezczelnie, tandetnie, wstrząsająco nowego, że wymazującego bez reszty wszystko, co istniało wcześniej.
Jej własna pieczęć odciśnięta na obliczu świata; namacalne potwierdzenie zmiany.
Ogarnęła ją upojna ekstaza prędkości: poczuła, że już teraz gna ile sił w nogach ku temu płowemu widnokręgowi.
- Nie trać wiary, Yingzi. Będzie wspaniale.