PROLOGStary Cmentarz30 września 2025 r.
Pierwszy kroczy kościelny z plastikowym Chrystusem na drewnianym krzyżu. Powoli, równo, dostojnie, trzymając głowę wysoko, jakby był najważniejszy. Za nim maszerują dwa poczty sztandarowe złożone z samych emerytów, przepasanych biało-czerwonymi szarfami. Jesienny wiatr zawiewa od ulicy równoległej do głównego traktu, mimo to chorążowie o pociętych żyłkami twarzach starają się trzymać sztandary tak, żeby były widoczne z tyłu konduktu. Chłopak w harcerskim mundurku niesie zieloną poduszkę z przypiętym do niej, pobłyskującym złotym krzyżem zasługi. Orkiestra dęta w niepełnym składzie, bo przedpołudnie i środek tygodnia, gra to, co się gra podczas pogrzebów organizowanych na koszt miasta. Proboszcz idzie przed dwoma wikarymi, a ci człapią po obu stronach podpierającego się laską kanonika, który mógłby mieszkać w domu księży emerytów, gdyby nie domagał się warunków nie do spełnienia, dlatego zajmuje pokój rezydenta na plebanii. Za udekorowanym czterema wieńcami z szarfami białym Lincolnem Superiorem, który podczas pogrzebu spełnia rolę karawanu, a kiedy indziej bywa autem przewożącym nowożeńców do kościoła i z powrotem, podąża wdowa w kapeluszu i woalce zasłaniającej twarz, dwaj synowie i córki, zięciowie i synowe, czwórka dorosłych wnuków, sześcioro prawnuków i jeszcze kilka osób z dalszej rodziny. Dopiero za nimi stąpa wicewojewoda z asystentem i kierowcą, dźwigającymi spory wieniec na rusztowaniu z świeżych gałązek świerku, przeyykanych białymi i czerwonymi różami. Troszkę mniejszy wieniec niesie asystent wicemarszałka województwa. Krok za nimi idzie zastępca prezydenta miasta, dwoje radnych, przedstawiciele zarządu miejskiego Nowej Demokracji z kilkoma członkami tego ugrupowania, harcerze i licealiści. Na samym końcu posuwa się czterech starszych mężczyzn i dwie kobiety w ich wieku.
Ostatnia środa września. Tego dnia Marek Jung i jego żona biorą urlopy i przed południem jadą na cmentarz. Zaraz po pogrzebie ojca i teścia postanowili, że każdej ostatniej środy miesiąca będą zapalali po dwa znicze na jego grobie. Tak ma być aż do końca żałoby. Gdy tylko do ich uszu dostają się pierwsze dźwięki orkiestry, Urszula mówi, że umarł ktoś ważny. Nie najważniejszy czy bardzo ważny, bo o tym byłoby głośno w mieście. Może na tablicy przed którymś kościołem wisiała klepsydra z imieniem, nazwiskiem, funkcją i zasługami zmarłego? A może w bezpłatnym tygodniku, który każdego piątku z rana ktoś wrzuca do ich skrzynki na listy, było coś na ten temat? Zaskoczony pytaniem żony Marek zapewnia, że w ostatnim numerze "Czasu" prezydent miasta nikomu nie składał kondolencji. Nie widział żadnego nekrologu czy informacji o śmierci kogoś, kogo on jako uniwersytecki doktor historii i regionalista powinien znać.
Sędzia w stanie spoczynku, który codziennie przychodzi na cmentarz i zapala znicz na grobie niedawno zmarłej żony, podnosi się z ławeczki i również odwraca głowę w stronę konduktu wlekącego się głównym traktem. Marek pyta go, czy wie, kto i czym sobie zasłużył na taki pochówek. Zamiast odpowiedzieć, sędzia przecina ręką powietrze, co oznacza, że nie wie lub wie, ale do tego się nie przyzna.
Zaciekawienie nakazuje Markowi dołączyć do konduktu. Nie często bywa, żeby pogrzeb prowadziła orkiestra dęta i przed karawanem szło aż czterech księży. Tym bardziej że wśród nich jest poprzednik obecnego proboszcza parafii na Osiedlu Słowackiego.
Marek uważa, że skoro urodził się w Zielonej Górze, jest nauczycielem licealnym, doktorem historii i regionalistą, powinien wiedzieć więcej o zasłużonych mieszkańcach niż fizyczka czy polonistka. Kilka razy zabierał się za zebranie materiałów do leksykonu Zielonogórzan zasłużonych dla miasta i kraju, nawet założył folder w swoim laptopie i kupił poradnik, co podać, żeby hasła były krótkie i nie domagały się dowodów, ale teraz postanowił, że nie ma co tego odkładać. Idąc na końcu konduktu, stara się wyłowić cokolwiek z rozmów tych osób, które stawiają nogi przed nim w takt rytmu podawanego przed orkiestrę. Ani razu nie pada nazwisko zmarłego, jakby to nie był jego pogrzeb. Kobieta z prawej strony pyta swoją sąsiadkę, kto będzie następny i czy ksiądz kanonik doczeka tego dnia.
- Przecież on może mieć ze sto lat - dodaje.
- Kanonik jeszcze nie jest taki stary - twierdzi sąsiadka. - On tylko tak wygląda.
Gdy kościelny z krzyżem przystaje za marmurową tablicą z wyzłoconymi literami układającymi się w napis "Kwatera Weteranów Walk o Wolność, Niepodległość i Osób Represjonowanych", kondukt się zatrzymuje. Czterej mężczyźni w czarnych pelerynach i białych rękawiczkach wysuwają trumnę z karawanu i stawiają ją na platformie windy, pod którą grabarz wykopał dół, obrzeżony sztuczną trawą. Orkiestranci stają między grobami. Jeden z wikarych ustawia harcerza tak, żeby każdy widział krzyż zasługi, przypięty do zielonej poduszki, teraz mocniej błyszczący w słońcu. Wdowa siedzi na krześle, synowie i córki stoją za jej plecami, zięciowie i synowe niecały krok z tyłu, wnuki i prawnuki po bokach. Jak podczas wszystkich pogrzebów religijnych, w których uczestniczył Marek Jung, a było ich niewiele, ksiądz sięga po mikrofon i rozpoczyna ceremonię. Marek nie pamięta, czy identycznie było pół roku temu, gdy ten sam proboszcz na tym samym cmentarzu, tylko bliżej kaplicy pogrzebowej, stał z mikrofonem przy trumnie jego ojca. Nie pamięta też, czy poza wymienieniem imienia jeszcze coś powiedział o ojcu, a teraz ksiądz przypomina, czyje ciało leży w trumnie, ale gdyby wycisnąć puste słowa z długich zdań, nic by nie zostało. Gdy proboszcz cofa się między wikarych, jego miejsce zajmuje wicewojewoda.
- Z własnej woli zebraliśmy się w tym miejscu, aby swoją obecnością zaświadczyć, jak wielkie zasługi w dziele walki o wolność, równość, niepodległość, sprawiedliwość i demokrację wniósł ten, który za chwilę odejdzie na wieczną wartę - czyta wolno, wyraźnie, głosem podniesionym, jakby stał na trybunie. - Przybyliśmy na to piaszczyste wzgórze, aby w modlitewnym skupieniu pożegnać niekwestionowanego bohatera. Oddać cześć temu jednemu spośród nas, którego heroiczny czyn na zawsze został zapisany złotymi literami w historii naszego pięknego regionu i coraz bardziej znaczącego miasta. Temu, który swoją postawą zasłużył na to, żeby młode pokolenie miało z kogo brać przykład, jak żyć. Który, nie mam najmniejszych wątpliwości, powinien być patronem ulic i placów, szkół i placówek kulturalnych, memoriałów i nagród. Wierzę, że doczekam tego pięknego dnia, kiedy jako przedstawiciel władz państwowych będę mieć możliwość wzięcia udziału w uroczystości odsłonięcia jego pomnika na którymś z reprezentacyjnych placów naszego miasta. Cześć jego świętej pamięci!
Dotąd nie padło imię ani nazwisko zmarłego. Marek pyta staruszka w podniszczonym prochowcu, czym zajmował ten, którego zasługi wysławiał wicewojewoda. Staruszek nie usłyszał pytania lub je zbagatelizował, bo nawet nie macha ręką lekceważąco ani nie karci wzrokiem. Marek powtarza pytanie kobiecie tak samo leciwej jak stojący obok niej mężczyzna, tyle że ukrywającej siwe i już przerzedzone włosy pod szarym kapeluszem.
- Długo by o tym mówić - odpowiada zagadkowo i wraca spojrzeniem w kierunku proboszcza, który sterczy przy trumnie pod namiotem.
Zastępca prezydenta miasta poprawia krawat, robi krok przed siebie, staje przed mikrofonem, ale jeszcze się nie odzywa, jakby czekał, kiedy wicewojewoda schowa okulary w kieszeni, złoży kartkę, na której miał to, co po kimś przeczytał, i wróci na swoje miejsce w pierwszym szeregu.
- Pana Witolda poznałem niedawno w sytuacji okolicznościowej - obwieszcza wiceprezydent. - Podczas wyjątkowego spotkania tych, którzy od pamiętnego czwartego czerwca osiemdziesiątego dziewiątego roku mogą się cieszyć, że doczekali tego dnia, o którym mają prawo powiedzieć, że wreszcie są we własnym domu. Tym domem pana Witolda był skromny budynek na Osiedlu Słowackiego i nasze coraz większe, bardziej znaczące w kraju i za granicą miasto, o czym przed chwilą w poruszających słowach mówił pan wicewojewoda. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jest w tym wręcz heroiczna zasługa pana Witolda, bojownika o wolność, niepodległość i prawdziwą demokrację. Szkoda, naprawdę wielka szkoda, że pan Witold nie doczekał tego bliskiego już dnia, kiedy na skwerze przy Urzędzie Miasta najpierw zostanie wzniesiony widoczny z daleka, a potem uroczyście odsłonięty Pomnik w Hołdzie Ludziom Walki o Wolność i Równe Prawa. Tam każdego roku drugiego listopada, w święty Dzień Zaduszny, będziemy się spotykali, zapalali znicze i składali wiązanki kwiatów, wspominając tych, którzy odwagą i przede wszystkim bohaterskimi czynami zaznaczyli swoją obecność w naszym mieście. Sąsiedni, dotąd bezimienny skwer od najbliższej sesji Rady Miasta będzie nosił twoje imię, drogi panie Witoldzie. Zapewniam pana, że nikt nawet spośród opozycyjnych radnych nie sprzeciwi się słusznej decyzji podjętej przez prezydenta miasta, którego staram się godnie reprezentować podczas dzisiejszej uroczystości. Jestem przekonany, że wszystkim tu obecnym tak samo jak mnie jest bardzo przykro z powodu tego, co się stało, ale przecież nikt nie jest wieczny. Bardzo proszę szanowną małżonkę zmarłego, wybitnie zasłużoną działaczkę opozycji demokratycznej, i członków jego rodziny o przyjęcie płynących z głębi serca wyrazów serdecznego współczucia. W tej trudnej chwili jesteśmy z wami.
Po kilka krótkich zdań o zasługach zmarłego mówią krótko radni: kobieta, którą twierdzi, że jest z koalicji, i mężczyzna, który podaje się za przedstawiciela opozycji w Radzie Miasta. Z ich wypowiedzi Marek Jung dowiaduje się jedynie, że przeniósł się do wieczności ten, który mógł jeszcze tyle dobrego zrobić i że tę pustkę będzie bardzo trudno wypełnić.
Po nich do mikrofonu podchodzi jeden z tych dwóch mężczyzn, którzy posuwali się na końcu konduktu. Wygląda tak, jakby był weteranem nie drugiej, a pierwszej wojny światowej, ale to niemożliwe, ponieważ nawet dzieci tych, którzy wtedy wojowali, już nie chodzą na pogrzeby. Po lewej stronie jego za dużej i niemodnej marynarki wisi nieznany Markowi medal. Pewnie więc świadomy opozycjonista, strajkowicz, skazany na więzienie za tę postawę, albo działacz związkowy. Może jest uważany za lokalnego kombatanta Solidarności?
- Drogi kolego, Witku - odzywa się chropawym głosem, po czym przerywa i zaczyna gmerać w kieszeni spodni. Wyjmuje chusteczkę złożoną w kostkę, rozkłada ją i najpierw długo wyciera nos, potem osusza czoło z potu i na końcu łzawiące oczy.
Marek niewiele rozumie z tego, co on mówi, ponieważ kombatant nie kombatant to połyka słowa, to chrząka, to pociąga nosem lub zwraca głowę w stronę zastępcy prezydenta, jakby oczekiwał zgody na kontynuowanie przemowy.
- Czy jeszcze ktoś ma ochotę zabrać głos? - pyta proboszcz, wyciągając szyję z koloratki.
Cisza.
Grabarze spuszczają trumnę do dołu, ustawiają krzyż tam, gdzie głowa zmarłego, układają wieńce i wiązanki na grobie i wokół. Ksiądz kończy ceremonię.
Marek Jung przedstawia się wicewojewodzie i prosi, żeby powiedział więcej o zmarłym. Nie tylko na jego użytek jako nauczyciela historii i regionalisty, lecz i tych czytelników, którzy sięgają po "Studia nad Przeszłością", oraz znajdującym się jeszcze w jego głowie leksykonie zasłużonych Zielonogórzan.
- Na wszystko, co było najistotniejsze w bohaterskim życiu świętej pamięci pana Wiktora, wskazałem w swoim wystąpieniu - odpowiada wicewojewoda, nawet się nie zatrzymując. - Bardzo się spieszę.
O zastępcy prezydenta Marek wie tyle, że trzy lata temu przestał być dyrektorem tego liceum, w którym on został nauczycielem. Podchodzi do niego jak do starszego kolegi, przypomina swoje nazwisko i gdy zaczyna pytać o zmarłego, słyszy:
- To bardzo dobrze, że kolega doktor również znalazł czas, żeby przyjść na pogrzeb. Zwłaszcza teraz potrzebujemy takich pedagogów, których interesują dzieje miasta, a zwłaszcza osoby złotymi literami zapisane w naszej historii. W czasach mojej młodości mówiło się, że takie miasto jak nasze nie może obejść się bez księży, lekarzy i nauczycieli. Niektórzy dodawali: oraz adwokatów. Mimo powszechnej elektronizacji i komputeryzacji wszystkich bez wyjątku dziedzin życia, także edukacji, tamto pozostało aktualne. Oby jak najdłużej trwało. I oby na pierwszym miejscu był człowiek. Ten człowiek utalentowany, z zaletami, wzór do naśladowania, lecz i ten zwyczajny, prosty, także ten ze słabostkami. Nasza kochana młodzież musi mieć źródło, z którego będzie czerpała wiedzę. Tym źródłem byłem ja jako dyrektor liceum, teraz jest nim pan, kolego doktorze.
- Chodzi mi o to, czym zasłużył się zmarły? Wicewojewoda powiedział, że ma na imię Wiktor. Pan że Witold. Czy pan go znał?
Zastępca prezydenta wyjmuje kartkę z kieszeni.
- Witold - zapewnia. - Życiorys pana Wiktora, przepraszam, Witolda jest głęboki, utkany z przykładów godnych naśladowania, czego sobie i panu życzę. On, ten z jednej strony zwyczajny, gdyż nie napisał dysertacji doktorskiej jak ja i pan, z drugiej nad wyraz oczytany, a przy tym sumienny, wręcz gorliwy, pokazał nam, głęboko wykształconym, jak być twórczym i zaangażowanym mieszkańcem miasta. Jak mimo zniewolenia, z czym mieliśmy do czynienia w przeszłości, potrafił nie ugiąć się i pozostać sobą. Nie przesadzam, kolego doktorze. Nie przesadzam... - zawiesza głos, by po chwili zapytać, czy promotorem jego rozprawy doktorskiej również był profesor Szczegóła.
- Zgadza się. Badałem powojenne osadnictwo ludności łemkowskiej i bojkowskiej w południowych powiatach Środkowego Nadodrza. Za tę pracę dostałem nagrodę ministra.
- A ja po napisaniu doktoratu byłem bardzo blisko końca studium dotyczącego działalności opozycyjnej w naszym regionie, ale nie było mi dane dokończyć pracy. Namówiony przez kolegów z Nowej Demokracji przyjąłem odpowiedzialne wyzwanie w samorządzie miasta.
- To...
- Niech kolega zaprosi wdowę po panu Witoldzie, to znaczy Wiktorze, na spotkanie z młodzieżą. Warto. Naprawdę. - Zastępca prezydenta wyciąga rękę do Marka. - Jak pan kolega znajdzie czas, to zapraszam do mojego gabinetu na dłuższą rozmowę. A teraz, proszę wybaczyć, muszę lecieć.
Przedstawiciel zarządu miejskiego Nowej Demokracji, który odczytał płomienną mowę, przyznaje się, że nie on jest jej autorem.
- Miał ją wygłosić przewodniczący albo jego zastępca. Niestety, tak się złożyło, że jeden musiał wyjechać, a drugi leży w szpitalu od wczorajszego wieczoru, dlatego ja. - Po krótkim namyśle dodaje: - Takich patriotów jak Witek jest coraz mniej wśród nas.
- A czym zmarły się wykazał?
Partyjniak rozciąga ręce i mówi, że nie miał okazji go poznać.
- Może moi koledzy powiedzą coś więcej?
Jego koledzy również nie wiedzą, kim był i czym się zajmował zmarły. Nawet nie znają jego nazwiska.
- Jak zadzwonią od prezydenta, koledzy wyciągają sztandar z gabloty, wpinają znaczki Nowej Demokracji w klapy i jadą na cmentarz - wyjaśnia mężczyzna w kapeluszu.
- Jak pod koniec roku, to znaczy jesienią zaczyna ubywać dnia, tak i nas zaczyna być coraz mniej. Odchodzą bohaterowie tamtych ciężkich dni. Daj Panie Boże, żeby i nas, jak przyjdzie ten ostatni czas, miał kto z takimi honorami odprowadzić na wieczną wartę - kończy przedstawiciel zarządu miejskiego Nowej Demokracji.
Marek Jung pyta proboszcza, co wie o zmarłym. Ksiądz mówi, że od niedawna jest zarządcą parafii. Od swojego poprzednika słyszał, że zmarły był parafianinem, jakich jest coraz mniej. Każdej niedzieli przychodził do kościoła. Jeżeli nie mógł przyjść na mszę, to tylko z powodu choroby, ale i wtedy obecny był myślami w świątyni.
- Może ksiądz kanonik powie. - Wskazuje oczami na plecy swojego poprzednika, prowadzonego na parking przez obu wikarych. - Proszę pamiętać, że nie ma ludzi bez winy. Każdy człowiek jest słaby i popełnia jakieś błędy. De mortus aut bene aut nihil, jak mówili starożytni, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: o zmarłych tylko dobrze lub wcale.
- Niezły był z niego kozak - twierdzi ktoś za plecami Marka.
- Pan znał zmarłego?
Mężczyzna bez słowa rusza w stronę bramy, za którą jest przystanek autobusowy.
Przed oczami Marka staje Daniel Jung, starszy brat ojca, najpierw milicjant i policjant w pionie dochodzeniowym, później dziennikarz śledczy, od sześciu lat spędzający dni na emeryturze jako autor poczytnych powieści kryminalnych i obyczajowych. Poproszę stryja, żeby dowiedział się, kim był ten, którego tyle osób uznało za bohatera, a nikt nie wiedział, jakie miał imię - postanawia.
Podchodzi do kopca wieńców i wiązanek opatulających świeży grób, notuje w pamięci to, co jest na tabliczce przygwożdżonej do krzyża z plastikowym Chrystusem:
Śp.
Wiktor Mrozek
*1945 ?2025
Pokój jego duszy