Caleb Vance nienawidził zapachu chemicznej brei. Jeszcze kilka miesięcy temu powietrze nad doliną pachniało wilgotną ziemią, gnojówką i ostrą wonią siana. Teraz, odkąd korporacja Richarda Sterlinga postawiła na wzgórzu swoją lśniącą, dostojną fabrykę nawozów sztucznych, wiatr przynosił ze sobą fetor sztucznych aromatów zmieszanych z amoniakiem i zgniłym siarkowodorem. To była chemiczna maska, pod którą krył się prawdziwy smród - rozkładu i technologicznego postępu, na który nikt w okręgu nie wyraził zgody, poza skorumpowaną radą miejską.
Caleb szedł skrajem pastwiska, trzymając w dłoni ciężką, wysłużoną latarkę akumulatorową. Snop światła tworzył gęstą, nisko ścielącą się mgłę, która tej nocy miała dziwny, żółtawy odcień. Skrzypienie jego skórzanych butów ginęło w monotonnym, złowrogim szumie - szumie betonowego kanału ściekowego, który Sterling kazał poprowadzić bezpośrednio wzdłuż zachodniej granicy farmy Vance'a.
- Tyle lat... - wymamrotał pod nosem Caleb, wzdychając ciężko. Dziś jego oddech parował w lodowatym powietrzu, choć mamy dopiero jesień. Ziemia pod stopami była dziwnie grząska, jakby gleba straciła swoją strukturę i zamieniła się w obrzydliwą ciapę.
Zatrzymał się przy drewnianym płocie, świecąc w stronę rowu melioracyjnego. Oficjalne raporty Sterlinga twierdziły, że woda odprowadzana z zakładu jest w pełni oczyszczona i bezpieczna dla lokalnego ekosystemu. Prawda wyglądała zupełnie inaczej. W świetle latarki powierzchnia wody w ścieku przypominała tęczową, tłustą powłokę, pod którą coś pulsująco gęstniało. Kawałki dziwnej, galaretowatej piany zbierały się przy brzegu, a wodorosty dawno już sczerniały, zamieniając się w martwe, zwinięte kikuty.
Ale najbardziej przerażające było to, co działo się po drugiej stronie ogrodzenia.
Stadko liczące blisko dwieście sztuk owiec znajdowało się w głównej zagrodzie blisko stodoły. Zazwyczaj o tej godzinie zwierzęta leżały spokojnie, becząc cicho w ciemnościach, bezpiecznie wtulone w swoje grube, miękkie runo. Teraz jednak było inaczej.
Caleb zmarszczył brwi, kierując strumień światła w głąb zagrody. Żadna z owiec nie leżała. Wszystkie stały nieruchomo, zwrócone pyskami w jego stronę. Dwieście par oczu - w normalnych warunkach tępych, mlecznych i pozbawionych wyrazu - odbijało ostry blask latarki z nienaturalnym, miedziano-żółtym połyskiem. Wyglądały, jakby patrzyły na niego z zimną, wyrachowaną uwagą.
- No co jest, głuptasy? - mruknął Caleb, choć po plecach przebiegł mu nagły, lodowaty dreszcz.
Z głębi zagrody dobiegł go dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszał. To nie było łagodne, owcze beczenie. To był głęboki, bulgoczący pomruk, przypominający bulgot wrzącej wody w zamkniętym naczyniu. Wielki baran Alfa, stojący na czele stada, zrobił krok naprzód. Jego kopyta z głuchym trzaskiem uderzyły w błotnistą ziemię.
W snopie światła Caleb zauważył coś, co sprawiło, że jego serce na ułamek sekundy przestało bić. Grube runo zwierzęcia nie było już białe ani szare. W okolicach szyi i boków zlewało się w twardą, ociekającą lepką mazią skorupę. Krew mieszała się z chemicznym szlamem, tworząc brązowo-czerwoną powłokę, która pod wpływem nocnego chłodnego wiatru parowała cieniutką strużką dymu.
Baran potrząsnął łbem. Z jego rozwartego pyska, spomiędzy warg oblepionych ciemną flegmą, wysunął się język - dłuższy niż zwykle, o sinym, chorobliwym odcieniu.
Caleb cofał się powoli, zaciskając palce na obudowie latarki. W głowie kołatała mu jedna, przerażająca myśl, przed którą uciekał od dni: to nie była zwykła choroba skóry. To, co Sterling wypuścił rurociągiem w ich ziemię, obudziło w tych zwierzętach coś złego, nienasyconego i śmiertelnie groźnego.
W tym samym momencie baran wydał z siebie ostry, chrapliwy ryk, a całe stado ruszyło w kierunku drewnianego ogrodzenia.