Święta ze śmiercią - Nora Roberts

Kup ebooka

44.00 zł
34.89 zł (34,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Śniła o śmierci.

Wście­kle pul­su­jące czer­wone świa­tło neonu wpa­dało przez brudne szyby okienne do pokoju, wydo­by­wa­jąc z mroku poły­sku­jące na pod­ło­dze kałuże krwi.

Sie­działa sku­lona w kącie, mała chuda dziew­czynka z plą­ta­niną kasz­ta­no­wych wło­sów i wiel­kimi oczami koloru whi­sky, którą wle­wał w sie­bie, kiedy miał tro­chę gotówki. Pod wpły­wem bólu i szoku te oczy stały się teraz szkli­ste, a twarz przy­brała zie­mi­sty kolor. Dziew­czynka jak zahip­no­ty­zo­wana wpa­try­wała się w migo­czące świa­tło, które omia­tało ściany, pod­łogę i... jego.

Leżał na pod­ło­dze w kałuży wła­snej krwi.

Z jej gar­dła wydo­był się jęk. W drob­nej dłoni bły­snął zakrwa­wiony po ręko­jeść nóż.

Męż­czy­zna był mar­twy, nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści. Czuła uno­szący się nad nim świeży zapach śmierci. Była dziec­kiem, lecz drze­miące w niej zwie­rzę roz­po­znało ten odór, który jed­no­cze­śnie prze­ra­żał i spra­wiał przy­jem­ność.

Ramię pul­so­wało bole­śnie po ude­rze­niu, mię­dzy nogami czuła wil­goć i pie­kący ból po gwał­cie. Uma­zana była nie tylko jego krwią. Lecz on nie żył, naresz­cie była bez­pieczna.

Nagle wolno odwró­cił głowę, jak kukiełka na sznurku, a ból dziew­czynki zmie­nił się w prze­ra­że­nie. Wci­snęła się głę­biej w kąt, mam­ro­cząc coś nie­skład­nie. Jego mar­twe usta roz­cią­gnęły się w uśmie­chu.

Ni­gdy się mnie nie pozbę­dziesz, mała. Jestem czę­ścią cie­bie. A teraz tatuś uka­rze córeczkę.

Pod­cią­gnął się na rękach i ukląkł. Krew wiel­kimi kro­plami spły­nęła mu z twa­rzy i ple­ców. Kiedy wstał i ruszył ku niej chwiej­nym kro­kiem, krzyk­nęła i się obu­dziła.

Eve ukryła twarz w dło­niach i zaci­snęła usta, by stłu­mić mimo­wolny jęk, parzący gar­dło niczym bryłki gorą­cego szkła. Spa­zma­tycz­nie chwy­ciła powie­trze w płuca.

Zimny dreszcz stra­chu prze­biegł jej po ple­cach, lecz stłu­miła go siłą woli. Nie była już bez­rad­nym dziec­kiem, tylko doro­słą kobietą, poli­cjantką, która potrafi się bro­nić, w sytu­acji kiedy sama może stać się ofiarą. Znik­nął też obskurny pokój hote­lowy. Znaj­do­wała się teraz we wła­snym domu, jej i Roarke'a.

Myśl o mężu spra­wiła, że Eve zaczęła się uspo­ka­jać.

Usnęła w fotelu, w swoim gabi­ne­cie w domu, bo Roarke wyje­chał. Nie potra­fiła spać w ich wspól­nym łóżku, gdy jego nie było obok. Rzadko mie­wała kosz­mary, gdy leżał przy niej, i zbyt czę­sto powra­cały, gdy zosta­wała sama. Nie­na­wi­dziła tej swo­jej sła­bo­ści rów­nie mocno, jak kochała męża.

Obró­ciła się w fotelu i dla doda­nia sobie otu­chy wzięła na ręce gru­bego sza­rego kota, który leżał obok zwi­nięty w kłę­bek i patrzył na nią, mru­żąc róż­no­ko­lo­rowe oczy. Gala­had przy­wykł już do sen­nych kosz­ma­rów Eve, nie lubił jed­nak, kiedy budzono go o czwar­tej nad ranem.

- Prze­pra­szam - mruk­nęła, wtu­la­jąc twarz w mięk­kie futro. - To cho­ler­nie głu­pie. On już nie żyje i ni­gdy tu nie przyj­dzie. Prze­cież umarli nie wra­cają. - Wes­tchnęła, wpa­tru­jąc się w ciem­ność. - Powin­nam o tym wie­dzieć.

Śmierć była jej towa­rzyszką, Eve ocie­rała się o nią każ­dego dnia, każ­dej nocy. W ostat­nich tygo­dniach koń­czą­cego się dwa tysiące pięć­dzie­sią­tego ósmego roku posia­da­nie broni było zaka­zane, a medy­cyna nauczyła się prze­dłu­żać życie powy­żej stu lat. Mimo to ludzie wciąż się zabi­jali. A jej zada­niem było sta­wać po stro­nie zabi­tego.

Nie chciała ryzy­ko­wać kolej­nych kosz­ma­rów, włą­czyła więc świa­tło i pod­nio­sła się z fotela. Nogi prze­stały jej drżeć, a puls wró­cił do nor­mal­nego rytmu. Ostry ból głowy, który zwy­kle nastę­po­wał po drę­czą­cych snach, też wkrótce minie.

Ruszyła do kuchni. Gala­had pobiegł także, mając nadzieję na wcze­sne śnia­da­nie, i otarł się przy­mil­nie o nogi Eve.

- Naj­pierw ja, kolego.

Zapro­gra­mo­wała w auto­ku­cha­rzu kawę, a potem posta­wiła na pod­ło­dze miskę pełną chru­pek. Kot rzu­cił się na nie, jakby to miał być jego ostatni posi­łek w życiu.

Popa­trzyła w zamy­śle­niu przez okno. Roz­cią­gał się za nim długi pas zie­leni, a nad nim czy­ste niebo. Wokół czuło się spo­kój i ciszę, z czego korzy­stali w tym mie­ście tylko ludzie tak bogaci jak Roarke. Jed­nak za tą oazą spo­koju i wyso­kim murem tęt­niło nor­malne życie, a śmierć zbie­rała swe żniwo.

Tam jest mój świat, pomy­ślała, popi­ja­jąc mocną kawę i usi­łu­jąc roz­ru­szać ramię, sztywne po nie­za­go­jo­nej jesz­cze ranie. Drobne prze­stęp­stwa, mor­der­stwa, wiel­kie intrygi, brudne występki i krzy­cząca roz­pacz. Znała się na tym lepiej niż na kolo­ro­wym świe­cie pie­nię­dzy i wła­dzy, w któ­rym obra­cał się jej mąż.

W takich dniach jak ten, kiedy była sama, a nastrój nie dopi­sy­wał, zasta­na­wiała się, jak mogli się spo­tkać - ona, poli­cjantka, sto­jąca na straży prawa, twarda i ostra jak wystrze­lona z łuku strzała, i on, bły­sko­tliwy Irland­czyk, który przez całe życie usi­ło­wał je omi­jać. Połą­czyło ich mor­der­stwo. Dwie zbłą­kane dusze, które, by prze­żyć, obrały różne drogi, odna­la­zły się wbrew logice i rozu­mowi.

- O Boże, tęsk­nię za nim. To idio­tyczne.

Zła na sie­bie, odwró­ciła się z zamia­rem wzię­cia prysz­nica i w tym momen­cie mru­ga­jące świa­tło wide­okomu zasy­gna­li­zo­wało połą­cze­nie. Nie mając wąt­pli­wo­ści, kto to, pod­bie­gła do kon­so­lety i włą­czyła wideo.

Na ekra­nie uka­zała się twarz Roarke'a. Cóż za twarz, pomy­ślała, kiedy uniósł w górę czarne brwi. Nie­wia­ry­god­nie przy­stojna, o rysach poety, kształt­nych ustach, wydat­nych kościach policz­ko­wych i inten­syw­nie błę­kit­nych oczach, oko­lona grzywą gęstych czar­nych wło­sów.

Nawet po roku mał­żeń­stwa na widok męża krew zaczy­nała szyb­ciej krą­żyć jej w żyłach.

- Eve, kocha­nie. - Jego głos miał cie­płe, głę­bo­kie brzmie­nie. - Czemu nie śpisz?

- Wła­śnie się obu­dzi­łam.

Wie­działa, że przed jego uważ­nym wzro­kiem nic się nie ukryje. Na pewno dostrzegł cie­nie pod jej oczami i bla­dość twa­rzy. Chcąc dodać sobie odwagi, wzru­szyła ramio­nami i prze­su­nęła dło­nią po krót­kich roz­czo­chra­nych wło­sach.

- Muszę być wcze­śniej w komen­dzie. Mam mnó­stwo papier­ko­wej roboty.

Widział wię­cej, niż mogła przy­pusz­czać. Dostrzegł siłę, odwagę i ból, lecz także piękno w ostrych rysach, peł­nych war­gach i oczach koloru bursz­tynu, w któ­rych teraz cza­iło się zmę­cze­nie. Natych­miast zmie­nił plany.

- Wra­cam dziś wie­czo­rem - oznaj­mił.

- Prze­cież mia­łeś zostać jesz­cze kilka dni.

- Dziś wie­czo­rem - powtó­rzył i uśmiech­nął się. - Tęsk­ni­łem za tobą, moja pani porucz­nik.

- Tak? - Ku swemu nie­za­do­wo­le­niu poczuła roz­koszne dresz­cze. Uśmiech­nęła się do niego. - Chyba będę musiała poświę­cić ci tro­chę czasu.

- Koniecz­nie.

- Czy to wła­śnie chcia­łeś mi powie­dzieć, że wra­casz wie­czo­rem?

Wła­ści­wie to chciał ją poin­for­mo­wać, że zosta­nie jesz­cze dzień lub dwa, i namó­wić, by przy­le­ciała na week­end na Olimp. Zmie­nił jed­nak zda­nie, uśmiech­nął się i powie­dział:

- Chcia­łem zawia­do­mić moją żonę, jakie mam plany. Wra­caj do łóżka, Eve.

- Dobrze. - Oboje jed­nak wie­dzieli, że tego nie zrobi. - Do zoba­cze­nia wie­czo­rem. Hmm... Roarke?

- Tak?

Musiała wziąć głę­boki oddech, by to z sie­bie wydu­sić.

- Ja też za tobą tęsk­ni­łam.

Prze­rwała połą­cze­nie, mimo że się uśmiech­nął. Już spo­koj­niej­sza, zabrała kubek z kawą i poszła przy­go­to­wać się na nad­cho­dzący dzień.

*

Nie zamie­rzała wymknąć się nie­po­strze­że­nie z domu, lecz także nie sta­rała się hała­so­wać. Cho­ciaż była zale­d­wie piąta rano, nie miała wąt­pli­wo­ści, że Sum­mer­set kręci się gdzieś w pobliżu. Wolała unik­nąć spo­tka­nia ze sztyw­nym major­do­mu­sem Roarke'a czy jak kto woli sier­żan­tem, który o wszyst­kim wie­dział, sumien­nie wypeł­niał obo­wiązki i sta­now­czo zbyt czę­sto wty­kał swój kości­sty nos w ich pry­watne - zda­niem Eve - sprawy.

Ostat­nie śledz­two zbli­żyło ich do sie­bie, przez co oboje czuli się nie­zręcz­nie. Podej­rze­wała, że od tam­tej pory Sum­mer­set uni­kał jej rów­nie sta­ran­nie jak ona jego.

Wspo­mi­na­jąc owo zda­rze­nie, bez­wied­nie potarła sztywne ramię. Rano lub po dłu­gim dniu pracy wciąż odczu­wała w nim lekki ból. Wyko­rzy­sta­nie broni do mak­si­mum nie było doświad­cze­niem, które chcia­łaby powtó­rzyć, lecz jesz­cze gor­szy oka­zał się moment, kiedy Sum­mer­set wle­wał jej do gar­dła lekar­stwo, a ona była zbyt słaba, by mu doko­pać.

Eve zamknęła za sobą drzwi i wcią­gnęła w płuca zimne gru­dniowe powie­trze. Zaraz jed­nak zaklęła siar­czy­ście. Zosta­wiła samo­chód przed wej­ściem głów­nym po to, by roz­wście­czyć Sum­mer­seta. On zaś wpro­wa­dził go do garażu, bo wie­dział, że ją tym ziry­tuje. Wście­kła na sie­bie za to, że nie zabrała pilota do otwar­cia garażu, ruszyła chod­ni­kiem bie­gną­cym wokół domu. Pod jej sto­pami skrzy­piała zamar­z­nięta trawa. Wkrótce zaczęły ją szczy­pać uszy i czu­bek nosa. Zaci­snęła zęby i poło­żyła dłoń na czyt­niku linii papi­lar­nych, po czym weszła do ogrze­wa­nego garażu.

Na dwóch pozio­mach stały błysz­czące samo­chody, rowery, lata­jące sku­tery, a nawet dwu­oso­bowy heli­kop­ter. Jej skromne miej­skie auto wyglą­dało niczym kun­del pośród wymu­ska­nych, lśnią­cych oga­rów. Ale jest nowe i sprawne, pomy­ślała, wsu­wa­jąc się za kie­row­nicę.

Sil­nik zasko­czył natych­miast. Wydała pole­ce­nie i przez otwory wen­ty­la­cyjne dmuch­nęło do wnę­trza cie­płe powie­trze. Deska roz­dziel­cza zabły­sła świa­tłami, roz­po­czy­na­jąc wstępny prze­gląd i po chwili uprzejmy głos poin­for­mo­wał ją, że wszyst­kie sys­temy są sprawne. Za żadne skarby Eve nie przy­zna­łaby się, że tęskni za swym sta­rym, kapry­śnym zde­ze­lo­wa­nym gra­tem.

Płyn­nie wyje­chała z garażu na pod­jazd pro­wa­dzący do żela­znej bramy. Wrota otwo­rzyły się przed nią bez­sze­lest­nie.

Ulice eks­klu­zyw­nej dziel­nicy, w któ­rej miesz­kali, były spo­kojne i czy­ste. Drzewa rosnące na skraju wiel­kiego parku pokry­wała cienka war­stwa szronu, mie­nią­cego się niczym dia­men­towy pył. Gdzieś dalej, w mrocz­nych zakąt­kach, nar­ko­mani koń­czyli swoje nocne sprawy, lecz tu widać było tylko błysz­czące ściany budyn­ków, sze­ro­kie aleje i spo­kojną ciem­ność przed świ­tem.

Kiedy minęła kilka prze­cznic, zapa­liła się pierw­sza tablica rekla­mowa, roz­pra­sza­jąc mrok jaskra­wym świa­tłem. Święty Miko­łaj z czer­wo­nymi policz­kami i przy­kle­jo­nym do ust głu­pim uśmie­chem, przy­po­mi­na­jący prze­ro­śnię­tego elfa z Zeusa, prze­mknął po nie­bie w towa­rzy­stwie wier­nych reni­fe­rów, wykrzy­ku­jąc "ho, ho, ho" i przy­po­mi­na­jąc, że naj­wyż­szy czas pomy­śleć o świą­tecz­nych pre­zen­tach.

- Tak, tak, sły­szę cię, ty gru­ba­sie. - Eve rzu­ciła mu nie­chętne spoj­rze­nie i zatrzy­mała się na świa­tłach. Do tej pory nie musiała się mar­twić o pre­zenty. Zazwy­czaj kupo­wała coś śmiesz­nego dla Mavis i coś smacz­nego dla Feeneya. Poza nimi nie miała nikogo, o kim powinna pamię­tać. A cóż, do cho­lery, można kupić męż­czyź­nie, który nie tylko miał wszystko, lecz był rów­nież wła­ści­cie­lem fabryk, wytwa­rza­ją­cych to wszystko? Dla kogoś, kto wolał cios tępym narzę­dziem od robie­nia zaku­pów, był to praw­dziwy dyle­mat. Eve doszła do wnio­sku, że Boże Naro­dze­nie to jak wrzód na tyłku. Tym­cza­sem Święty Miko­łaj zachwa­lał sklepy i sto­iska w Pod­nieb­nym Cen­trum Han­dlo­wym Big Apple.

Humor nieco jej się popra­wił, kiedy wpa­dła w korek na Broad­wayu. Trwał tu wieczny kar­na­wał. Ruchome plat­formy na chod­niku wypeł­niali prze­chod­nie, z któ­rych więk­szość była pijana albo naćpana lub jed­no­cze­śnie pijana i naćpana. Obwoźni sprze­dawcy trzę­śli się z zimna przy dymią­cych gril­lach. Swo­ich miejsc przy kra­węż­niku musieli bro­nić pię­ściami.

Uchy­liła okno, chwy­ta­jąc w noz­drza zapach pie­czo­nych kasz­ta­nów, sojo­wych hot dogów, dymu i tłumu prze­chod­niów. Ktoś śpie­wał piskli­wym, mono­ton­nym gło­sem o rychłym końcu świata. Zadźwię­czał klak­son, kiedy grupa ludzi weszła na jezd­nię na czer­wo­nym świe­tle. Nad głową wesoło dud­niły air­busy, a pierw­sze tego dnia ste­rowce rekla­mowe zachę­cały do kupna naj­roz­ma­it­szych towa­rów.

Jakieś dwie kobiety okła­dały się pię­ściami. Licen­cjo­no­wane panienki do towa­rzy­stwa, pomy­ślała Eve. Musiały bro­nić swego miej­sca rów­nie zażar­cie, jak sprze­dawcy jedze­nia i napo­jów. Zamie­rzała wysiąść i prze­rwać bójkę, lecz mała blon­dynka powa­liła na chod­nik dużą rudą i znik­nęła w tłu­mie.

Bar­dzo spryt­nie, stwier­dziła z apro­batą Eve, kiedy rudo­włosa dźwi­gnęła się na nogi, potrzą­snęła głową i blu­znęła wią­zanką prze­kleństw.

To wła­śnie jej Nowy Jork.

Z pew­nym żalem wje­chała w sto­sun­kowo spo­kojną Siódmą Aleję, zmie­rza­jąc do cen­trum. Naj­wyż­szy czas wró­cić do nor­mal­nej służby, uznała. Tygo­dnie bez­czyn­no­ści spra­wiły, że czuła się roz­draż­niona, bez­u­ży­teczna i słaba. Z tru­dem prze­trwała ostat­nie dni przy­mu­so­wego urlopu, na który ją wysłano, by doszła do sie­bie. Miała już tych waka­cji powy­żej uszu. Na szczę­ście skoń­czyły się i mogła wró­cić do pracy. Musi tylko prze­ko­nać komen­danta, by zwol­nił ją z papier­ko­wej roboty.

Kiedy zapisz­czał komu­ni­ka­tor, była gotowa do przy­ję­cia zgło­sze­nia, mimo że służbę zaczy­nała dopiero za trzy godziny.

- Do wszyst­kich wozów w oko­licy. Dwa­na­ście dwa­dzie­ścia dwa. Siódma sześć osiem cztery trzy, lokal osiem­na­ście B. Mel­du­nek nie­po­twier­dzony. Kon­takt z admi­ni­stra­to­rem, miesz­ka­nie dwa A. Do wszyst­kich wozów...

- Zgła­sza się porucz­nik Eve Dal­las. Jestem w odle­gło­ści dwóch minut od Siód­mej.

- Zgło­sze­nie przy­jęte. Zamel­duj się po roz­po­zna­niu sytu­acji.

- Zro­zu­mia­łam. Bez odbioru.

Zatrzy­mała się przy kra­węż­niku i powio­dła wzro­kiem po sta­lo­wo­sza­rym budynku. W kilku oknach poły­ski­wało świa­tło, lecz na osiem­na­stym pię­trze pano­wały ciem­no­ści. Kod dwa­na­ście dwa­dzie­ścia dwa ozna­czał ano­ni­mowy tele­fon o domo­wej kłótni.

Wysia­dła z auta i machi­nal­nie dotknęła broni w kabu­rze pod ramie­niem. Nie miała nic prze­ciwko roz­po­czy­na­niu dnia od kło­po­tów, ale nikt nie lubi się mie­szać do nie­po­ro­zu­mień rodzin­nych. Mał­żeń­stwo, które ska­cze sobie do oczu, rów­nież nie lubi, jak gli­niarz pró­buje - licząc na awans - powstrzy­mać skłó­co­nych, by się nie poza­bi­jali. To, że Eve przy­jęła ten mel­du­nek, świad­czyło o jej tęsk­no­cie za pracą.

Wbie­gła po kilku stop­niach do budynku i odszu­kała lokal z nume­rem dwa A. Kiedy ode­zwał się męski głos, mach­nęła odznaką przed ekra­nem wizjera. Drzwi uchy­liły się nie­znacz­nie i uka­zała się w nich para oczu. Poka­zała odznakę.

- Podobno macie tu jakieś kło­poty.

- Nic o tym nie wiem. Gliny do mnie tele­fo­no­wały. Jestem tu tylko dozorcą.

- Widzę. - Zale­ciało od niego brudną bie­li­zną i serem. - Otwo­rzy pan lokal osiem­na­ście B?

- Nie ma pani klu­cza uni­wer­sal­nego?

- W porządku. - Obrzu­ciła go szyb­kim spoj­rze­niem: był niskiego wzro­stu, chudy, śmier­dzący i wystra­szony. - A może coś mi pan powie o miesz­kań­cach tego lokalu?

- To kobieta. Mieszka sama. Roz­wie­dziona czy coś w tym rodzaju. Wię­cej nie wiem.

- W prze­ci­wień­stwie do innych - mruk­nęła Eve. - Wie pan, jak się nazywa?

- Haw­ley. Marianna Haw­ley. Ma jakieś trzy­dzie­ści, trzy­dzie­ści pięć lat. Ładna babka. Mieszka tu od sze­ściu lat. Nie spra­wia kło­po­tów. Pani wła­dzo, niczego nie sły­sza­łem, niczego nie widzia­łem, o niczym nie wiem. Do cho­lery, jest wpół do szó­stej. Jeśli naro­biła jakichś szkód w miesz­ka­niu, chcę o tym wie­dzieć. W prze­ciw­nym razie to nie mój inte­res.

- W porządku - powtó­rzyła Eve, kiedy męż­czy­zna zatrza­snął jej drzwi przed nosem. - Wra­caj do swo­jej nory, wsza­rzu. - Mach­nęła ręką i poszła kory­ta­rzem do windy. Jadąc na górę, połą­czyła się z cen­tralą. - Zgła­sza się porucz­nik Eve Dal­las. Jestem w budynku przy Siód­mej. Tutej­szy dozorca to wesz. Zgło­szę się ponow­nie po roz­mó­wie­niu się z Marianną Haw­ley, miesz­kanką lokalu osiem­na­ście B.

- Potrzebne ci wspar­cie?

- Nie. Bez odbioru.

Scho­wała nadaj­nik do kie­szeni i wysia­dła na osiem­na­stym pię­trze. Jej uważny wzrok natych­miast dostrzegł zain­sta­lo­wane kamery bez­pie­czeń­stwa. W kory­ta­rzu pano­wała abso­lutna cisza. Sądząc z usy­tu­owa­nia i wystroju wnę­trza, miesz­kali tu pra­cow­nicy umy­słowi o śred­nich docho­dach. Więk­szość z nich wsta­wała po siód­mej rano, w pośpie­chu wypi­jała kawę i pędziła do air­busu lub metra. Nie­liczni szczę­śliwcy mieli biura na miej­scu. Nie­któ­rzy odpro­wa­dzali dzieci do szkoły, inni zaś żegnali współ­mał­żon­ków i cze­kali na kochan­ków. Zwy­kłe życie w zwy­kłym domu. Przy­szło jej nawet do głowy, czy aby Roarke nie jest wła­ści­cie­lem tego budynku, lecz odsu­nęła od sie­bie tę myśl i pode­szła do drzwi miesz­ka­nia numer osiem­na­ście B.

Świa­tełko bez­pie­czeń­stwa migało na zie­lono, czyli blo­kada była wyłą­czona. Eve instynk­tow­nie przy­warła ple­cami do ściany i naci­snęła dzwo­nek. Nie usły­szała brzę­cze­nia, doszła więc do wnio­sku, że miesz­ka­nie musi być dźwię­ko­chłonne. Cokol­wiek działo się w środku, nie wycho­dziło na zewnątrz. Lekko ziry­to­wana wsu­nęła w otwór uni­wer­salny klucz i odblo­ko­wała drzwi.

Zanim weszła, wywo­łała naj­pierw loka­torkę po nazwi­sku. Naj­gor­sza rzecz to prze­stra­szyć śpią­cego czło­wieka, wpa­ro­wu­jąc do jego sypialni z obez­wład­nia­czem lub nożem kuchen­nym w ręku.

- Pani Haw­ley? Poli­cja. Otrzy­ma­li­śmy mel­du­nek, że coś się dzieje w pani miesz­ka­niu. Świa­tło - pole­ciła.

Miesz­ka­nie urzą­dzono ze spo­kojną ele­gan­cją. Cie­płe kolory, pro­ste linie. Ekran roz­ryw­kowy został zapro­gra­mo­wany na stary film wideo. Nie­wia­ry­god­nie piękna naga para, sple­ciona w miło­snym uści­sku, prze­ta­czała się po łóżku usła­nym płat­kami róż, wyda­jąc z sie­bie teatralne jęki. Na stole widać było paterę wypeł­nioną po brzegi gumo­wymi drop­sami bez cukru i świece w srebr­nym i czer­wo­nym kolo­rze, wypa­lone do róż­nych wyso­ko­ści. Na prze­ciw­le­głej ścia­nie usta­wiono długą sofę w bla­do­zie­lo­nym odcie­niu. Pach­niało tu sosną i żura­wi­nami. Pod oknem leżała prze­wró­cona mała cho­inka. Świą­teczne lampki i aniołki ze słod­kimi buziami były potłu­czone, a gałę­zie drzewka poła­mane. Znisz­cze­niu ule­gło rów­nież kil­ka­na­ście leżą­cych pod cho­inką pude­łek.

Eve wyjęła broń i obe­szła pokój, lecz ni­gdzie nie dostrze­gła śla­dów prze­mocy. Para na ekra­nie osią­gnęła wspólny orgazm, przy wtó­rze ochry­płych zwie­rzę­cych jęków. Eve poszła dalej, nasłu­chu­jąc i roz­glą­da­jąc się na boki.

Nagle usły­szała ciche dźwięki muzyki. Roz­po­znała w nich jedną z tych iry­tu­ją­cych świą­tecz­nych melo­dii, które roz­brzmie­wały teraz wszę­dzie.

Wyce­lo­wała broń w stronę małego kory­ta­rza. Było tam dwoje drzwi. Jedne pro­wa­dziły do łazienki, bo przez szparę dostrze­gła umy­walkę i brzeg wanny - wszystko lśniąco białe. Posu­wa­jąc się wzdłuż ściany, pode­szła do dru­gich drzwi, skąd docho­dziła muzyka. Natych­miast wyczuła świeży, meta­liczny, kwa­śny zapach śmierci.

Pchnęła drzwi i weszła do pokoju, szyb­kim ruchem obra­ca­jąc się w lewo, potem w prawo, sku­piona i skon­cen­tro­wana. Wie­działa jed­nak, że nie ma tu nikogo prócz niej i ofiary. Mimo to zaj­rzała do szafy, za zasłony, po czym wyszła z pokoju i prze­szu­kała resztę miesz­ka­nia. Dopiero wtedy ode­tchnęła swo­bod­niej i pode­szła do łóżka.

Dozorca miał rację, ta kobieta rze­czy­wi­ście była ładna. Nie nale­żała do zja­wi­sko­wych pięk­no­ści, przy­cią­ga­ją­cych wzrok, lecz miała wiele uroku, mięk­kie, kasz­ta­nowe włosy i ciem­no­zie­lone oczy. Śmierć nie zdą­żyła jesz­cze znisz­czyć jej urody. Sze­roko otwarte oczy wyra­żały zasko­cze­nie. Blade policzki pokryte były deli­kat­nym odcie­niem różu, rzęsy przy­ciem­nione czar­nym tuszem, a wargi pocią­gnięte wiśniową pomadką. We wło­sach, tuż nad pra­wym uchem, tkwiła ozdobna spinka w kształ­cie drzewka, z małym zło­tym ptasz­kiem na jed­nej ze srebr­nych gałą­zek.

Kobieta była naga, jedy­nie owi­nięta błysz­czą­cym łań­cu­chem cho­in­ko­wym. Dostrze­ga­jąc krwawą ranę na szyi, Eve pomy­ślała, że to pew­nie ten łań­cuch posłu­żył do udu­sze­nia ofiary. Na rękach i nogach wid­niały ślady świad­czące o tym, że została zwią­zana i że usi­ło­wała wal­czyć. Z wieży ste­reo, sto­ją­cej przy łóżku, dobie­gał głos pio­sen­ka­rza, zapo­wia­da­jący rado­sne święta Bożego Naro­dze­nia.

Eve wes­tchnęła i wycią­gnęła nadaj­nik.

- Zgła­sza się porucz­nik Eve Dal­las. Mam tu zamor­do­waną kobietę.

*

Cóż za wredny począ­tek dnia.

Poste­run­kowa Delia Peabody stłu­miła ziew­nię­cie i zlu­stro­wała ofiarę ciem­nymi oczami. Pomimo skan­da­licz­nie wcze­snej pory mun­dur Delii był świeżo odpra­so­wany, a ciem­no­kasz­ta­nowe równo obcięte włosy gładko ucze­sane. Jedyną oznakę, świad­czącą o bru­tal­nym wyrwa­niu poli­cjantki ze snu, sta­no­wiło odgnie­ce­nie na policzku.

- Wredny koniec dnia - mruk­nęła Eve. - Wstępne oglę­dziny wska­zują, że śmierć nastą­piła o dwu­dzie­stej czwar­tej, pra­wie co do minuty. - Usu­nęła się na bok, by zro­bić miej­sce eki­pie tech­nicz­nej. - Wszystko świad­czy o tym, że przy­czyną śmierci było udu­sze­nie. Brak ran na ciele dowo­dzi, że ofiara zaczęła się bro­nić dopiero wtedy, gdy została zwią­zana.

Deli­kat­nie unio­sła stopę kobiety i przyj­rzała się otar­tej kostce.

- Ślady wokół pochwy i odbytu wska­zują na to, że przed śmier­cią denatka została zgwał­cona. Miesz­ka­nie jest dźwię­ko­chłonne. Mogła sobie zdzie­rać płuca.

- Nie zauwa­ży­łam śla­dów wła­ma­nia ani walki, z wyjąt­kiem tej cho­inki. To mi wygląda na prze­my­ślaną robotę.

Eve ski­nęła głową, obrzu­ca­jąc Peabody spoj­rze­niem peł­nym apro­baty.

- Trafne spo­strze­że­nie. Skon­tak­tuj się z dozorcą i weź dys­kietki z kamer z tego pię­tra. Spraw­dzimy, kto ją odwie­dzał.

- Tak jest.

- Postaw przy drzwiach dwóch funk­cjo­na­riu­szy - dodała jesz­cze, pod­cho­dząc do łącza sto­ją­cego przy łóżku. - Niech ktoś wyłą­czy tę cho­lerną muzykę.

- Nie jest pani w świą­tecz­nym nastroju, porucz­niku. - Peabody naci­snęła kla­wisz sta­ran­nie pola­kie­ro­wa­nym paznok­ciem.

- Boże Naro­dze­nie to jak wrzód na tyłku. Skoń­czy­li­ście? - Eve spy­tała człon­ków ekipy tech­nicz­nej. - Obróćmy ją, zanim zosta­nie zabrana.

Krew zdą­żyła już spły­nąć do poślad­ków, które przy­brały czer­wony kolor. Żołą­dek i pęcherz były puste. Mimo sprayu ochron­nego na dło­niach Eve poczuła jakieś zadra­pa­nie na skó­rze denatki.

- Wygląda na świeże - mruk­nęła. - Peabody, nagraj to na wideo, zanim wyj­dziesz. - Przyj­rzała się jasnemu napi­sowi na pra­wej łopatce.

- "Mojej miło­ści" - odczy­tała Peabody jasno­czer­wone sta­ro­świec­kie litery na bia­łej skó­rze.

- To chyba świeży tatuaż. - Eve pochy­liła się tak nisko, że omal nie dotknęła nosem ramie­nia ofiary. - Trzeba spraw­dzić, gdzie go zro­biła.

- Prze­piórka na gru­szy.

Eve unio­sła głowę.

- Co?

- Ta spinka we wło­sach. Na pierw­szy dzień Bożego Naro­dze­nia. - Jej sze­fowa naj­wy­raź­niej na­dal nic nie rozu­miała, więc Delia pospiesz­nie wyja­śniła: - To taka stara pio­senka Dwa­na­ście dni Bożego Naro­dze­nia. Każ­dego ranka chło­piec daje swo­jej uko­cha­nej jakiś pre­zent, zaczy­na­jąc od prze­piórki na gru­szy.

- A po co komu, do cho­lery, ptak na drze­wie? Idio­tyczny pre­zent. - Eve poczuła w żołądku skurcz, gdy pomy­ślała, co to może ozna­czać. - Miejmy nadzieję, że to była jego jedyna miłość. Daj mi te taśmy i niech zabie­rają ciało - pole­ciła, a następ­nie pode­szła do sto­ją­cego przy łóżku wide­okomu.

Kiedy wynie­siono ciało, pole­ciła wyświe­tlić wszyst­kie połą­cze­nia z ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech godzin.

Pierw­sze zare­je­stro­wano o osiem­na­stej. Była to wesoła roz­mowa ofiary z matką. Słu­cha­jąc ich obu i patrząc na roze­śmianą twarz star­szej kobiety, Eve zasta­na­wiała się, jak będzie wyglą­dać ta twarz, kiedy prze­każe pani Haw­ley wia­do­mość o śmierci córki.

Dru­gie i ostat­nie było połą­cze­niem z zewnątrz. Przy­stojny facet, pomy­ślała Eve, przy­glą­da­jąc się twa­rzy męż­czy­zny na ekra­nie. Około trzy­dzie­stu pię­ciu lat, miły uśmiech, wyra­zi­ste brą­zowe oczy. Ofiara mówiła do niego Jerry. Lub Jer. Mnó­stwo sek­su­al­nych pod­tek­stów, żarty. A więc kocha­nek. Może nawet uko­chany.

Wyjęła dys­kietkę, opa­ko­wała ją i wrzu­ciła do torby. Pod oknem zauwa­żyła kalen­darz Marianny, prze­no­śny wide­okom i notes adre­sowy. Po krót­kim przej­rze­niu ich zawar­to­ści zna­la­zła nazwi­sko Jeremy Van­do­ren.

Kiedy została sama w pokoju, pode­szła jesz­cze raz do łóżka. Leżała na nim zakrwa­wiona pościel. Ubra­nie kobiety zostało sta­ran­nie pocięte i rzu­cone na pod­łogę. Zapa­ko­wano je już do worka. W miesz­ka­niu pano­wała cisza.

Musiała go wpu­ścić, pomy­ślała Eve. Czy poszła z nim do sypialni dobro­wol­nie, czy też została zmu­szona? Raport tok­sy­ko­lo­giczny wyja­śni, czy miała we krwi jakieś nie­le­galne środki. Kiedy zna­leźli się w sypialni, roz­cią­gnął ją na łóżku i przy­wią­zał jej ręce i nogi do czte­rech słup­ków w rogach. Następ­nie pociął jej ubra­nie. Ostroż­nie, bez pośpie­chu. W jego dzia­ła­niach nie było wście­kło­ści czy gniewu ani nawet roz­pacz­li­wego pożą­da­nia. Robił wszystko na zimno, w spo­sób prze­my­ślany. Potem ją zgwał­cił. Miał nad nią wła­dzę. Bro­niła się, krzy­czała, może nawet bła­gała. Spra­wiło mu to przy­jem­ność. To typowe dla gwał­ci­cieli. Eve głę­boko ode­tchnęła kilka razy, bo przed oczami sta­nął jej wła­sny ojciec.

Kiedy mor­derca zaspo­koił żądzę, udu­sił ofiarę, patrząc, jak oczy wycho­dzą jej na wierzch. Potem ją ucze­sał, uma­lo­wał i owi­nął srebr­nym łań­cu­chem. Czy tę spinkę do wło­sów przy­niósł ze sobą, czy też nale­żała do dziew­czyny? Sama sobie zro­biła ten tatuaż, czy to sprawca ją tak przy­ozdo­bił?

Prze­szła do sąsia­du­ją­cej z sypial­nią łazienki. Była wyło­żona śnież­no­bia­łymi kafel­kami, w powie­trzu uno­sił się nikły zapach środka dezyn­fe­ku­ją­cego. Tu pew­nie się mył, zakoń­czyw­szy dzieło, może nawet się ubie­rał, po czym wytarł do czy­sta wszyst­kie ślady.

Tak czy owak trzeba będzie wpu­ścić tu "sprzą­ta­czy". Naj­mniej­szy nawet wło­sek może mieć zna­cze­nie.

Dziew­czyna miała matkę, która ją kochała, myślała dalej Eve. Wspól­nie pla­no­wały święta, śmiały się, roz­ma­wiały o cia­stecz­kach.

- Pani porucz­nik?

Eve zer­k­nęła przez ramię i zoba­czyła w kory­ta­rzu Peabody.

- Co?

- Mam dys­kietki z kamer moni­to­ringu. Przy drzwiach stoi dwóch funk­cjo­na­riu­szy.

- Dobrze. - Eve prze­tarła dłońmi twarz. - Plom­bu­jemy miesz­ka­nie i zabie­ramy wszystko do cen­trali. Muszę powia­do­mić naj­bliż­szą rodzinę. - Zarzu­ciła torbę na ramię i zabrała swój zestaw pod­ręczny. - Mia­łaś rację, Peabody. To wredny począ­tek dnia.

Rozdział 2

2

- Spraw­dzi­łaś tego jej faceta?

- Tak. Jeremy Van­do­ren mieszka przy Dru­giej Alei, pra­cuje jako makler w fir­mie Foster, Bride i Rum­sey na Wall Street. - Delia zer­k­nęła do notat­nika. - Roz­wie­dziony, lat trzy­dzie­ści sześć, poza tym bar­dzo atrak­cyjny okaz męż­czy­zny.

- Hmm. - Eve wsu­nęła dys­kietkę do kom­pu­tera. - Sprawdźmy, czy ten bar­dzo atrak­cyjny okaz męż­czy­zny zło­żył wczo­raj wie­czo­rem wizytę swo­jej dziew­czy­nie.

- Przy­nieść kawy, pani porucz­nik?

- Co?

- Przy­nieść kawy?

Eve wpa­try­wała się z uwagą w moni­tor.

- Jeśli chcesz kawy, Peabody, to po pro­stu powiedz.

Asy­stentka wznio­sła oczy ku niebu.

- Tak, chęt­nie bym się napiła.

- To sobie przy­nieś. A przy oka­zji weź i dla mnie. Ofiara wró­ciła do domu o szes­na­stej czter­dzie­ści pięć. - Stop - pole­ciła kom­pu­te­rowi i przez chwilę wpa­try­wała się w postać Marianny Haw­ley widoczną na ekra­nie.

Zadbana, ładna, młoda, w jasno­czer­wo­nym bere­cie przy­kry­wa­ją­cym poły­skliwe kasz­ta­nowe włosy, w dłu­gim płasz­czu w tym samym odcie­niu i ele­ganc­kich butach.

- Wra­cała z zaku­pów - stwier­dziła Peabody, sta­wia­jąc przed Eve kubek z kawą.

- Tak. U Blo­oming­dale'a. Obraz start - pole­ciła Dal­las.

Marianna posta­wiła na pod­ło­dze torby z zaku­pami i wyjęła kartę magne­tyczną. Poru­szała ustami, jakby coś do sie­bie mówiła. Nie, raczej śpie­wała, doszła do wnio­sku Eve. Potem odrzu­ciła włosy do tyłu, pod­nio­sła torby, weszła do miesz­ka­nia i zamknęła drzwi. Zapa­liło się czer­wone świa­tło blo­kady zam­ków.

Potem na moni­to­rze poja­wili się inni loka­to­rzy, wcho­dzący i wycho­dzący, w poje­dynkę lub parami. Toczyło się zwy­czajne życie.

- Kola­cję zja­dła w domu - stwier­dziła Eve, wyobra­ża­jąc sobie wnę­trze miesz­ka­nia.

Widziała, jak Marianna krząta się po poko­jach, ubrana w pro­ste gra­na­towe spodnie i biały swe­ter, który potem zosta­nie pocięty, włą­cza ekran roz­ryw­kowy, odwie­sza do szafy w przed­po­koju jasno­czer­wony płaszcz, kła­dzie na półkę beret, zdej­muje buty i roz­pa­ko­wuje zakupy. Schludna kobieta, mająca zami­ło­wa­nie do ład­nych rze­czy, przy­go­to­wuje się do spę­dze­nia spo­koj­nego wie­czoru w domu.

- Około siód­mej zja­dła zupę zapro­gra­mo­waną w auto­ku­cha­rzu. - Eve bęb­niła w blat biurka krót­kimi, nie­po­ma­lo­wa­nymi paznok­ciami. - Potem roz­ma­wiała z matką, a potem połą­czyła się ze swoim face­tem.

W tym momen­cie zoba­czyła, że drzwi od windy się otwie­rają. Unio­sła w górę brwi, aż ukryły się pod gęstą grzywką.

- Pro­szę, pro­szę, co my tu mamy?

- Święty Miko­łaj! - Peabody uśmiech­nęła się, zer­ka­jąc Eve przez ramię. - Z pre­zen­tem.

Męż­czy­zna w czer­wo­nym stroju, ze śnież­no­białą brodą, niósł w rękach wiel­kie pudło owi­nięte w srebrny papier i owią­zane zło­to­zie­loną wstążką.

- Stop. Powięk­sze­nie wycinka dzie­sięć do pięć­dzie­siąt, trzy­dzie­ści pro­cent.

Ekran zami­go­tał, podany przez Eve frag­ment obrazu oddzie­lił się, po czym został uka­zany w powięk­sze­niu. W samym środku fan­ta­zyj­nej kokardy tkwiło srebrne drzewko ze zło­tym ptasz­kiem.

- Sukin­syn. To ta spinka, którą miała we wło­sach.

- Ale... prze­cież to Święty Miko­łaj.

- Weź się w garść, Peabody. Obraz start. Idzie w kie­runku jej miesz­ka­nia - mruk­nęła Eve, patrząc, jak postać z błysz­czą­cym pakun­kiem w ręku pod­cho­dzi do drzwi Marianny, naci­ska dzwo­nek pal­cem w ręka­wiczce, czeka chwilę, po czym się uśmie­cha. W tym momen­cie poja­wiła się Marianna z roz­ja­śnioną twa­rzą i błysz­czą­cymi rado­ścią oczyma. Jedną ręką odrzu­ciła do tyłu włosy, drugą otwo­rzyła sze­rzej drzwi. Święty Miko­łaj odwró­cił się do kamery i z uśmie­chem puścił oko.

- Stop. A to drań. Skur­wy­syń­ski żar­tow­niś. Wydruk obrazu na ekra­nie - pole­ciła Eve, przy­glą­da­jąc się okrą­głej twa­rzy o rumia­nych policz­kach i błysz­czą­cych nie­bie­skich oczach. - On wie­dział, że będziemy oglą­dać dys­kietki. Naj­wy­raź­niej go to bawi.

- Prze­cież jest prze­brany za Świę­tego Miko­łaja. - Peabody gapiła się w ekran. - To odra­ża­jące. To po pro­stu... nie­moż­liwe.

- A gdyby był prze­brany za dia­bła, to byłoby moż­liwe, tak?

- Tak. Nie. - Asy­stentka wzru­szyła ramio­nami i prze­stą­piła z nogi na nogę. - To jest... To po pro­stu chore.

- Ale rów­nież bar­dzo sprytne. - Eve cze­kała, aż kom­pu­ter wydru­kuje por­tret męż­czy­zny. - Prze­cież nikt nie zamknie Miko­ła­jowi drzwi przed nosem. Obraz start.

Męż­czy­zna wszedł do miesz­ka­nia i kory­tarz opu­sto­szał. Timer u dołu ekranu wska­zy­wał godzinę dwu­dzie­stą pierw­szą trzy­dzie­ści trzy.

Nie spie­szył się, pomy­ślała Eve. Pra­wie dwie i pół godziny. Sznur, któ­rym ją zwią­zał, i wszystko, co mogło być potrzebne, znaj­do­wało się zapewne w tym wiel­kim błysz­czą­cym pudle.

O jede­na­stej z windy wysia­dła jakaś para na lek­kim rau­szu i prze­szła, śmie­jąc się, obok drzwi Marianny, zapewne nie mając poję­cia, co dzieje się w środku.

Strach i ból. Mor­der­stwo.

Drzwi miesz­ka­nia otwo­rzyły się pół godziny po pół­nocy. Wyszedł przez nie męż­czy­zna w czer­wo­nym stroju, ze srebr­nym pudłem w ręku. Na rumia­nej twa­rzy wid­niał sze­roki, nie­mal dziki uśmiech. Ponow­nie spoj­rzał w kamerę. W jego oczach pło­nęło sza­leń­stwo. Tanecz­nym kro­kiem sunął do windy.

- Sko­piuj dys­kietkę pod nazwą "Haw­ley". Sprawa dwa­dzie­ścia pięć sto sie­dem­dzie­siąt sześć H. Ile, mówi­łaś, jest tych dni w pio­sence?

- Dwa­na­ście. - Peabody prze­łknęła łyk kawy, bo nagle zaschło jej w gar­dle. - Dwa­na­ście dni!

- Lepiej dowiedzmy się, czy Haw­ley była jego jedyną miło­ścią, czy ma jesz­cze jede­na­ście innych. - Eve wstała. - Chodźmy poga­dać z tym jej face­tem.

*

Jeremy Van­do­ren pra­co­wał w wiel­kiej sali podzie­lo­nej na boksy tak małe, że mie­ściło się w nich zale­d­wie biurko z kom­pu­te­rem, sys­tem łącz­no­ści i fotel na trzech kół­kach. Do cien­kich ścia­nek były przy­cze­pione raporty z giełdy, reper­tuar teatrów, kartka świą­teczna przed­sta­wia­jąca kobietę o ponęt­nych kształ­tach, obsy­paną płat­kami śniegu, i foto­gra­fia Marianny Haw­ley.

Zer­k­nął na wcho­dzącą Eve, uniósł w górę dłoń i dalej stu­kał w kla­wia­turę kom­pu­tera, mówiąc jed­no­cze­śnie do mikro­fonu ze słu­chawką.

- Com­sat pięć i osiem, Ken­mart spadł do trzech sie­dem­dzie­siąt pięć. Nie, Roarke Indu­stries pod­sko­czyło o sześć punk­tów. Nasi ana­li­tycy prze­wi­dują, że w ciągu dnia sko­czy jesz­cze o dwa.

Eve unio­sła brew i wsu­nęła dło­nie do kie­szeni spodni. Za chwilę będziemy roz­ma­wiać o mor­der­stwie, a tym­cza­sem Roarke zara­bia miliony. Prze­dziw­nie to się ple­cie.

- Zała­twione.

Van­do­ren naci­snął jeden z kla­wi­szy i na ekra­nie poja­wiła się plą­ta­nina tajem­ni­czych cyfr i sym­boli. Eve odcze­kała kolejne trzy­dzie­ści sekund, po czym wycią­gnęła odznakę i pod­sta­wiła ją męż­czyź­nie pod nos. Zamru­gał, odwró­cił się i na nią spoj­rzał.

- Zała­twione. Oczy­wi­ście. Dzięki. - Van­do­ren odsu­nął na bok mikro­fon i uśmiech­nął się nie­pew­nie. Kąciki warg lekko mu drżały. - Czym mogę słu­żyć, pani porucz­nik?

- Jeremy Van­do­ren?

- Tak. - Jego ciem­no­brą­zowe oczy prze­su­nęły się na sto­jącą z tyłu Peabody i wró­ciły do Eve. - Czyż­bym miał jakieś kło­poty?

- A czy zro­bił pan coś nie­zgod­nego z pra­wem, panie Van­do­ren?

- Nie przy­po­mi­nam sobie. - Ponow­nie się uśmiech­nął, uka­zu­jąc mały dołe­czek w policzku. - Jeśli nie liczyć paczki drop­sów, którą ukra­dłem, gdy mia­łem osiem lat.

- Czy zna pan Mariannę Haw­ley?

- Oczy­wi­ście. Chyba nie chce pani powie­dzieć, że Mari zwę­dziła cukierki? - Nagle uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. - O co cho­dzi? Czy coś się stało?

Wstał z fotela i prze­biegł wzro­kiem salę, jakby ocze­ku­jąc, że zoba­czy Mariannę.

- Przy­kro mi, panie Van­do­ren. - Eve ni­gdy nie umiała prze­ka­zy­wać złych wia­do­mo­ści, posta­no­wiła więc, że zrobi to szybko. - Pani Haw­ley nie żyje.

- Nie, to nie­prawda - powie­dział, prze­no­sząc ciemne oczy na Eve. - To nie­moż­liwe. Roz­ma­wia­łem z nią wczo­raj wie­czo­rem. Umó­wi­li­śmy się na kola­cję dziś na siódmą. Musiała zajść jakaś pomyłka.

- Nie ma żad­nej pomyłki. Przy­kro mi - powtó­rzyła Eve. - Wczo­raj wie­czo­rem Marianna Haw­ley została zamor­do­wana w swoim miesz­ka­niu.

- Marianna? Zamor­do­wana? - Krę­cił głową, jakby nie rozu­miał zna­cze­nia tych słów. - To nie­moż­liwe. To po pro­stu nie­moż­liwe. - Odwró­cił się w stronę pod­ręcz­nego wide­okomu. - Zaraz się z nią połą­czę. Jest teraz w pracy.

- Panie Van­do­ren. - Eve poło­żyła mu rękę na ramie­niu i lekko pchnęła go na fotel. Sama nie miała gdzie usiąść, przy­cup­nęła więc na brzegu biurka. - Została ziden­ty­fi­ko­wana na pod­sta­wie linii papi­lar­nych i kodu DNA - powie­działa, patrząc mu w oczy. - Jeśli pan może, to chcia­ła­bym, żeby potwier­dził pan jej toż­sa­mość.

- Jej toż­sa­mość... - Pode­rwał się z miej­sca, ude­rza­jąc Eve w ramię. Nie­za­go­jona rana natych­miast dała o sobie znać. - Dobrze, pójdę z panią, by udo­wod­nić, że to nie ona. To nie może być Marianna.

*

Kost­nica nie nale­żała do przy­jem­nych miejsc. Komuś, kto w przy­pły­wie opty­mi­zmu lub wisiel­czego humoru poza­wie­szał u sufitu czer­wone i zie­lone kule, a drzwi ozdo­bił ohyd­nymi zło­tymi gir­lan­dami, udało się jedy­nie wywo­łać głupi uśmie­szek na twa­rzach wcho­dzą­cych tu ludzi.

Eve stała przy oszklo­nej ścia­nie i widziała, podob­nie jak wiele razy przed­tem, że na widok nie­ru­cho­mego ciała Marianny Haw­ley cia­łem męż­czy­zny wstrząsa dreszcz.

Zwłoki przy­kryto prze­ście­ra­dłem, by oszczę­dzić naj­bliż­szym widoku jej nago­ści, nacię­cia w kształ­cie litery Y i stem­pla na sto­pie z nazwi­skiem i nume­rem.

- Nie. - Van­do­ren przy­ci­snął dło­nie do szyby. - Nie, nie, nie, to nie­prawda. Marianno...

Eve deli­kat­nie poło­żyła mu rękę na ramie­niu. Trząsł się cały i zaci­śnię­tymi w pię­ści dłońmi ude­rzył o szklaną prze­grodę.

- Pro­szę tylko kiw­nąć głową, jeśli roz­po­znaje pan Mariannę Haw­ley.

Ski­nął głową i roz­pła­kał się nagle.

- Peabody, znajdź jakieś puste pomiesz­cze­nie... I przy­nieś szklankę wody.

W tym momen­cie Van­do­ren przy­tu­lił się do Eve i ukrył twarz na ramie­niu. Objęła go, dając jed­no­cze­śnie znak obsłu­dze, by zasło­nić szybę.

- Chodź, Jerry, wyjdźmy stąd.

Oto­czyła go ramie­niem, myśląc w duchu, że wola­łaby raczej zmie­rzyć się z uzbro­jo­nym ban­dytą niż pocie­szać pogrą­żo­nego w żalu czło­wieka, który stra­cił uko­chaną osobę. Czuła się bez­radna, bo nie mogła mu pomóc. Mimo to szep­tała ciche słowa otu­chy, pro­wa­dząc męż­czy­znę przez wyło­żony tera­kotą hol do drzwi, gdzie cze­kała na nich Peabody.

- Tu możemy wejść - powie­działa cicho asy­stentka. - Zaraz przy­niosę wodę.

- Usiądźmy. - Eve zapro­wa­dziła Jeremy'ego do krze­sła, wycią­gnęła z kie­szeni mary­narki chu­s­teczkę i wci­snęła mu do ręki. - Przy­kro mi, że stra­cił pan bli­ską osobę - powie­działa, jak zwy­kle w takich wypad­kach, po raz kolejny uświa­da­mia­jąc sobie nie­sto­sow­ność tych słów.

- Kto mógł skrzyw­dzić Mariannę? I dla­czego?

- Moim zada­niem jest się tego dowie­dzieć. I dowiem się.

Jakaś nuta w jej gło­sie spra­wiła, że Van­do­ren pod­niósł na Eve zaczer­wie­nione, pełne smutku oczy. Z wyraź­nym tru­dem ode­tchnął głę­boko.

- Ja... Ona była wyjąt­kowa. - Wsu­nął rękę do kie­szeni i wyjął z niej małe aksa­mitne pudełko. - Mia­łem jej to wrę­czyć dziś wie­czo­rem. Chcia­łem zacze­kać do Wigi­lii, bo Marianna uwiel­biała święta, ale nie mogłem już dłu­żej cze­kać.

Trzę­są­cymi się pal­cami otwo­rzył pude­łeczko. Na aksa­mit­nej podu­szeczce leżał pier­ścio­nek zarę­czy­nowy z bry­lan­tem.

- Chcia­łem dziś popro­sić ją o rękę. I został­bym przy­jęty. Kocha­li­śmy się. Czy to... - Zamknął pudełko i scho­wał je do kie­szeni. - Czy to był napad rabun­kowy?

- Przy­pusz­czamy, że nie. Jak dawno pan ją znał?

- Sześć mie­sięcy, pra­wie sie­dem. - Spoj­rzał na Peabody, która przy­nio­sła mu szklankę wody. - Dzię­kuję. To były naj­szczę­śliw­sze mie­siące w moim życiu - dodał.

- Jak się pozna­li­ście?

- Przez agen­cję matry­mo­nialną "Szczę­śliwy Zwią­zek".

- Korzy­stał pan z usług agen­cji matry­mo­nial­nej? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem Delia.

Jeremy spu­ścił głowę i wes­tchnął.

- Zro­bi­łem to pod wpły­wem impulsu. Więk­szość czasu spę­dzam w pracy i rzadko gdzieś wycho­dzę. Dwa lata temu się roz­wio­dłem i chyba dla­tego kobiety mnie onie­śmie­lają. W każ­dym razie żadna z tych, z któ­rymi się spo­ty­ka­łem... Po pro­stu nie paso­wa­li­śmy do sie­bie. Pew­nego wie­czoru zoba­czy­łem w kom­pu­te­rze reklamę agen­cji i posta­no­wi­łem spró­bo­wać.

Upił łyk wody.

- Marianna była trze­cią dziew­czyną, z którą się spo­tka­łem. Z dwoma pierw­szymi posze­dłem na drinka i na tym się skoń­czyło. Kiedy jed­nak pozna­łem Mariannę, poczu­łem, że to może być coś waż­nego. - Zamknął oczy i ode­tchnął gło­śno. - Ona jest... wspa­niała. Ma w sobie tyle życia, tyle entu­zja­zmu. Lubiła swoją pracę, miesz­ka­nie, zało­żyła kółko teatralne. Wysta­wiała sztuki.

Eve zauwa­żyła, że to, co było, mie­szało mu się z teraź­niej­szo­ścią i bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał oswoić się z cza­sem prze­szłym.

- Zaczę­li­ście się więc spo­ty­kać - pod­po­wie­działa mu.

- Tak. Posta­no­wi­li­śmy umó­wić się tylko na drinka, bez żad­nych zobo­wią­zań, ale w końcu poszli­śmy na kola­cję, a potem na kawę i prze­ga­da­li­śmy kilka godzin. Było to dla nas coś waż­nego.

- Czy ona czuła to samo?

- Tak. Nie spie­szy­li­śmy się. Kilka wspól­nych kola­cji, teatr. Oboje lubimy cho­dzić do teatru. Potem zaczę­li­śmy spę­dzać razem sobot­nie popo­łu­dnia. Teatr, muzeum albo spa­cer. Poje­cha­li­śmy do jej rodzin­nego mia­sta. Przed­sta­wiła mnie rodzi­com. Czwar­tego czerwca poszli­śmy do mojej mamy na kola­cję.

Van­do­ren zamy­ślił się, widząc coś, co tylko on mógł zoba­czyć.

- Czy w tym cza­sie spo­ty­kała się jesz­cze z kimś?

- Nie. Zawar­li­śmy umowę.

- Czy ktoś jej się naprzy­krzał? Może dawny zna­jomy, kocha­nek, były mąż?

- Nie. Powie­dzia­łaby mi o tym. Nie mie­li­śmy przed sobą tajem­nic. - Wzrok mu stward­niał. - Czemu pani mnie o to pyta? Czy ona, czy Marianna... czy on... O Boże! - Leżąca na kola­nie dłoń zaci­snęła się w pięść. - Naj­pierw ją zgwał­cił, tak? Ten pie­przony skur­wiel ją zgwał­cił! Powi­nie­nem być tam razem z nią. - Zerwał się z krze­sła, roz­chla­pu­jąc wodę ze szklanki. - Powi­nie­nem tam być. To ni­gdy by się nie stało, gdy­bym z nią był.

- A gdzie byłeś, Jerry?

- Co?

- Gdzie byłeś wczo­raj wie­czo­rem mię­dzy dwu­dzie­stą pierw­szą trzy­dzie­ści a dwu­dzie­stą czwartą?

- Pani myśli, że ja... - Zatrzy­mał się, uniósł dłoń, zaci­snął powieki i trzy razy głę­boko ode­tchnął. Kiedy ponow­nie otwo­rzył oczy, były już jasne i spo­kojne. - Rozu­miem, musi­cie się upew­nić, że to nie ja, by zła­pać tego dra­nia. W porządku. Tak trzeba.

- Tak trzeba - powtó­rzyła Eve i poczuła nowy przy­pływ współ­czu­cia.

- Byłem w swoim miesz­ka­niu. Pra­co­wa­łem, roz­ma­wia­łem z kil­koma oso­bami, robi­łem świą­teczne zakupy przez inter­net. Spraw­dzi­łem też rezer­wa­cję na dzi­siej­szy wie­czór, bo się dener­wo­wa­łem. Chcia­łem... - Odchrząk­nął. - Chcia­łem, żeby wszystko było jak należy. Potem połą­czy­łem się z matką. - Prze­tarł dłońmi twarz. - Musia­łem to komuś powie­dzieć. Była taka wzru­szona i pod­eks­cy­to­wana. Bar­dzo lubi Mariannę. Była chyba dzie­siąta trzy­dzie­ści. Może­cie spraw­dzić mój wide­okom, kom­pu­ter, wszystko, co tylko chce­cie.

- Okay, Jerry.

- Czy... Czy jej rodzice już wie­dzą?

- Tak, roz­ma­wia­łam z nimi.

- Muszę się z nimi skon­tak­to­wać. Pew­nie będą chcieli zabrać ją do domu. - Jego oczy wypeł­niły się łzami, które zaczęły spły­wać po policz­kach. - Zajmę się tym.

- Dopil­nuję, żeby wydano ciało tak szybko, jak to moż­liwe. Czy chciałby pan, żeby­śmy kogoś zawia­do­mili?

- Nie. Chcę już iść, muszę powie­dzieć moim rodzi­com. - Ruszył do drzwi. - Znajdź­cie tego, kto to zro­bił - powie­dział, nie odwra­ca­jąc głowy. - Dowiedz­cie się, kto ją skrzyw­dził.

- Znaj­dziemy go, Jerry. Jesz­cze tylko jedno pyta­nie.

Prze­tarł ręką twarz i odwró­cił się.

- O co cho­dzi?

- Czy Marianna miała tatuaż?

Zaśmiał się ostro, chra­pli­wie, jakby śmiech ranił mu gar­dło.

- Marianna? Nie. Była sta­ro­świecka. Nie zro­bi­łaby sobie nawet takiego zmy­wal­nego.

- Jest pan pewien?

- Byli­śmy kochan­kami, pani porucz­nik. Kocha­li­śmy się. Zna­łem jej ciało, myśli i serce.

- Okay, dzię­kuję. - Patrzyła, jak zamy­kają się za nim drzwi. - Jakieś wnio­ski, Peabody?

- Face­towi krwawi serce.

- Też tak myślę. Ale ludzie czę­sto zabi­jają tych, któ­rych kochają. Spis połą­czeń nie daje mu pew­nego alibi.

- Nie wygląda na Świę­tego Miko­łaja.

Eve uśmiech­nęła się lekko.

- Gwa­ran­tuję, że ten, kto ją zabił, też na niego nie wygląda. W prze­ciw­nym razie nie uśmie­chałby się do kamery. Strój, soczewki kon­tak­towe, maki­jaż, broda i peruka. Każdy może wyglą­dać jak Święty Miko­łaj.

Na razie musiała pole­gać na instynk­cie.

- To nie on. Trzeba spraw­dzić, gdzie pra­co­wała, zna­leźć jej przy­ja­ciół i wro­gów.

*

Wkrótce oka­zało się, że Marianna miała mnó­stwo przy­ja­ciół i naj­wy­raź­niej żad­nych wro­gów. Z zebra­nych infor­ma­cji powstał obraz szczę­śli­wej kobiety, zado­wo­lo­nej z pracy, przy­wią­za­nej do rodziny, lecz pre­fe­ru­ją­cej szyb­kie tempo życia wiel­kiego mia­sta. Miała ści­słe grono przy­ja­ciółek, sła­bość do robie­nia zaku­pów i do teatru, a jej zwią­zek z Jer­rym Van­do­re­nem nale­żał, zgod­nie z powszechną opi­nią, do wyjąt­kowo szczę­śli­wych.

Cie­szyła się życiem. Wszy­scy ją kochali. Miała szczere, ufne serce.

Jadąc do domu, Eve prze­bie­gła myślami opi­nie przy­ja­ciół i zna­jo­mych Marianny. Wszyst­kie były bar­dzo pochlebne i od nikogo nie usły­szała nawet jed­nej zło­śli­wej uwagi na jej temat.

Był jed­nak ktoś, kto myślał ina­czej, kto zamor­do­wał ją z zimną krwią, i jeśli wziąć pod uwagę wyraz jego oczu, z czymś w rodzaju zado­wo­le­nia.

Mojej miło­ści.

Tak, są ludzie, któ­rzy potra­fią zabić z miło­ści. To uczu­cie jest dla nich jak żywa, jątrząca się rana. Wie­działa coś o tym, bo sama go doświad­czyła. Ale potra­fiła je poko­nać. Odsu­nęła na bok przy­kre wspo­mnie­nia i połą­czyła się z labo­ra­to­rium.

- Masz już raport tok­sy­ko­lo­giczny Marianny Haw­ley, Dic­kie?

Na ekra­nie poja­wiła się cier­pięt­ni­cza twarz głów­nego kie­row­nika.

- Wiesz, jacy jeste­śmy zapchani robotą w okre­sie przed­świą­tecz­nym. Naci­skają na nas ze wszyst­kich stron, a labo­ranci zamiast pra­co­wać, uga­niają się za pre­zen­tami.

- Serce mi się ści­ska ze współ­czu­cia. Chcę mieć ten raport, Dic­kie.

- A ja chcę iść na urlop - odburk­nął, ale wystu­kał coś na kla­wia­tu­rze kom­pu­tera. - Dostała śro­dek uspo­ka­ja­jący, powszech­nie dostępny, łagodny. Otu­ma­nił ją na jakieś dzie­sięć, pięt­na­ście minut.

- Wystar­czyło - mruk­nęła Eve.

- Dał jej zastrzyk w prawe ramię. Pew­nie poczuła się, jakby dostała w łeb. Reak­cje orga­ni­zmu: zawroty głowy, brak orien­ta­cji, może nawet chwi­lowa utrata przy­tom­no­ści i zwiot­cze­nie mię­śni.

- Dobra. Ślady nasie­nia?

- Ani plem­niczka. Musiał wło­żyć pre­zer­wa­tywę albo ona sto­so­wała jakiś śro­dek anty­kon­cep­cyjny. Jesz­cze to spraw­dzamy. Poza tym ciało spry­skano czymś dezyn­fe­ku­ją­cym. Ślady są w pochwie, co rów­nież mogło zabić plem­niki. Nic wię­cej nie zna­leź­li­śmy. Ale jest coś. Miała na twa­rzy inne kosme­tyki niż te, które były w miesz­ka­niu. Nie skoń­czy­li­śmy jesz­cze ich ana­lizy. Wstępne bada­nia wska­zują, że zostały zro­bione z natu­ral­nych skład­ni­ków, to zna­czy, że musiały nie­źle kosz­to­wać. Pew­nie przy­niósł je ze sobą.

- Posta­raj się jak naj­szyb­ciej o nazwy firm. To może być jakiś trop. Dobra robota, Dic­kie.

- Odwal się. Cho­ler­nie weso­łych świąt.

- Nawza­jem - mruk­nęła, mija­jąc żela­zną bramę pose­sji.

Z daleka, w wysmu­kłych, zwień­czo­nych lukami oknach, zdo­bią­cych wie­życzki, i na pierw­szym pię­trze, dostrze­gła świa­tła, roz­ja­śnia­jące zimowy mrok.

Dom. Jej i męż­czy­zny, do któ­rego nale­żał. Męż­czy­zny, który ją kochał i który ofia­ro­wał jej pier­ścio­nek zarę­czy­nowy. Jerry też chciał ofia­ro­wać taki pier­ścio­nek swo­jej uko­cha­nej.

Obró­ciła na palcu ślubną obrączkę i zatrzy­mała się przed głów­nym wej­ściem. Jerry powie­dział, że Marianna była dla niego wszyst­kim. Jesz­cze rok temu ona, Eve, nie umia­łaby tego zro­zu­mieć.

Prze­cze­sała dłońmi potar­gane włosy. Nie powinna była dopu­ścić, by współ­czu­cie dla tego męż­czy­zny wzięło górę. To błąd, który nie uła­twi jej sprawy, a nawet może prze­szko­dzić w pro­wa­dze­niu śledz­twa. Musi odsu­nąć na bok wszyst­kie emo­cje. Miłość nie zawsze zwy­cięża, ale spra­wie­dli­wość tak, jeśli się o to posta­rać.

Wysia­dła z samo­chodu i weszła po scho­dach do obszer­nego holu. Zdjęła skó­rzaną kurtkę i rzu­ciła na ele­gancki słu­pek przy porę­czy scho­dów. Z cie­nia wyło­nił się Sum­mer­set, wysoki, kości­sty, o ciem­nych oczach. Na jego twa­rzy malo­wał się wyraz dez­apro­baty.

- Pani porucz­nik.

- Zostaw mój samo­chód dokład­nie tam, gdzie jest - powie­działa i ruszyła scho­dami na górę.

Wcią­gnął gło­śno powie­trze przez nos.

- Mam dla pani kilka wia­do­mo­ści.

- Mogą pocze­kać - odparła, myśląc już o gorą­cym prysz­nicu, kie­liszku wina i dzie­się­cio­mi­nu­to­wej drzemce. Sum­mer­set jesz­cze coś powie­dział, lecz nie miała ochoty go słu­chać. - Poca­łuj mnie gdzieś - mruk­nęła, otwie­ra­jąc drzwi do sypialni, i znie­ru­cho­miała, czu­jąc, jak cała roz­kwita.

Przed otwartą szafą, nagi do pasa, stał Roarke. Pięk­nie ukształ­to­wane mię­śnie ramion napięły się lekko, gdy się­gnął po czy­stą koszulę. Odwró­cił się, sły­sząc dźwięk otwie­ra­nych drzwi. Na widok jego męskiej, wyra­zi­stej twa­rzy zabra­kło jej tchu. Kształtne usta uśmiech­nęły się, błę­kitne oczy roz­bły­sły. Potrzą­snął głową, odrzu­ca­jąc z twa­rzy wspa­niałą grzywę gęstych, czar­nych wło­sów.

- Cześć, moja pani porucz­nik.

- Myśla­łam, że nie będzie cię jesz­cze przez kilka godzin.

Odło­żył na bok koszulę. Źle spała, pomy­ślał. Dostrzegł zmę­cze­nie na twa­rzy i cie­nie pod oczami.

- Udało mi się wcze­śniej wró­cić.

- Na to wygląda - odparła, zro­biła dwa kroki i już była przy nim.

W jego oczach bły­snęło zdzi­wie­nie, które ustą­piło miej­sca głę­bo­kiej satys­fak­cji, gdy zamknął Eve w uści­sku. Chło­nęła jego zapach, prze­su­wa­jąc dłońmi po ple­cach, po czym zanu­rzyła twarz w gęstych wło­sach i wes­tchnęła.

- Rze­czy­wi­ście za mną tęsk­ni­łaś - mruk­nął.

- Postójmy tak chwilkę, dobrze?

- Jak długo zechcesz.

Ich ciała ide­al­nie do sie­bie paso­wały, jak dwa kawałki ukła­danki. Sta­nął jej przed oczami Jeremy Van­do­ren z pier­ścion­kiem dla Marianny w dłoni.

- Kocham cię. - Z tru­dem powstrzy­mała wzbie­ra­jące w gar­dle łzy. - Prze­pra­szam, że tak rzadko ci to mówię.

Usły­szał w jej gło­sie drże­nie, a gdy dotknął dło­nią szyi, wyczuł napięte mię­śnie.

- Co się stało, Eve?

- Nie teraz. - Już spo­koj­niej­sza, odchy­liła głowę i objęła dłońmi jego twarz. - Tak się cie­szę, że wró­ci­łeś.

Uśmiech­nęła się i przy­ci­snęła usta do warg męża. Ogar­nęła ją fala cie­pła i wiecz­nie nie­na­sy­co­nego pożą­da­nia. Pod­dała się przy­jem­nym dozna­niom, odsu­wa­jąc na bok wszyst­kie pro­blemy, sku­pia­jąc się tylko na zmy­słach.

- Prze­bie­ra­łeś się? - spy­tała.

- Uhm. Tak jakby - mruk­nął, sku­biąc jej dolną wargę.

- Myślę, że to strata czasu.

Na potwier­dze­nie tych słów wsu­nęła rękę mię­dzy nich oboje i roz­pięła mu spodnie.

- Masz abso­lutną słusz­ność. - Wci­snął zatrzask roz­pi­na­jący kaburę. - Uwiel­biam cię roz­bra­jać, moja pani porucz­nik.

Uniósł w górę brew, kiedy Eve bły­ska­wicz­nie obró­ciła go i przy­ci­snęła do drzwi szafy.

- Nie potrze­buję broni, by cię znie­wo­lić - szep­nęła.

- Udo­wod­nij to.

Jego czło­nek był już nabrzmiały, gdy ujęła go w dłoń. W inten­syw­nie nie­bie­skich oczach bły­snęły nie­bez­pieczne ogniki.

- Nie wło­ży­łaś ręka­wi­czek.

Uśmiech­nęła się, piesz­cząc go chłod­nymi pal­cami.

- Masz coś prze­ciwko temu?

- Nic a nic.

Jego oddech stał się ury­wany. Ze wszyst­kich kobiet, które znał, ona jedna potra­fiła tak szybko go roz­pa­lić. Przy­krył dłońmi jej piersi i zaczął pie­ścić sutki. Poczuł, jak wzbiera w nim pożą­da­nie.

- Chodźmy do łóżka.

- A po co? - Ugry­zła go w ramię. - Źle ci tu?

- Wprost prze­ciw­nie. - Teraz on z kolei wyko­nał bły­ska­wiczny ruch, pod­ci­na­jąc jej nogę, tak że oboje upa­dli na dywan. - Ale to ja zamie­rzam cię znie­wo­lić.

Chwy­cił war­gami jej sutek i zaczął go ssać. Słowa zamarły jej w gar­dle, myśli eks­plo­do­wały, a bio­dra wygięły się w łuk.

Znał ją lepiej niż ona sama. Wie­dział, że chce, aby jej ciało zapło­nęło, by roz­pa­lona krew zaczęła krą­żyć w żyłach, tłu­miąc drę­czące ją pro­blemy. Potra­fił wznie­cić w niej ten żar i dostar­czyć obojgu przy­jem­no­ści.

Była taka szczu­pła. Pod­czas rekon­wa­le­scen­cji stra­ciła sporo na wadze i jej syl­wetka nie odzy­skała jesz­cze daw­nego wyglądu. Wie­dział jed­nak, że Eve nie ocze­kuje od niego deli­kat­no­ści. Nie usta­wał więc w piesz­czo­tach, aż jej oddech stał się ury­wany, a serce zaczęło bić jak sza­lone. Poru­szała się pod nim, wsu­wała mu dło­nie we włosy i zaci­skała je w pię­ści. Mię­dzy nagimi wzgór­kami piersi błysz­czał bry­lant w kształ­cie łezki, który od niego dostała. Roarke prze­su­nął języ­kiem wzdłuż linii żeber do twar­dego, pła­skiego brzu­cha, sku­biąc zębami szczu­płe bio­dro Eve, aż zaczęła drżeć. Zsu­nął jej spodnie, odsła­nia­jąc miękki trój­kąt mię­dzy udami. Gdy wśli­zgnął się w nią jego język, orgazm prze­szył jej ciało niczym bły­ska­wica. W skro­niach czuła pul­so­wa­nie krwi, a w noz­drzach zapach męż­czy­zny, który odu­rzał ją niczym nar­ko­tyk.

Roarke chwy­cił ją za bio­dra, uniósł i otwo­rzył. Eve jęk­nęła, ogar­nięta palą­cym pra­gnie­niem, by poczuć go w sobie. Wycią­gnęła ku niemu ręce, szep­cząc jego imię, objęła go rękami i oplo­tła nogami w pasie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki