Święta w chacie pod starym świerkiem - Wioletta Piasecka

-
Proszę czekać

Nieliczni turyści i grzybiarze wyjechali z Suchacza. Osada opustoszała, tylko wiatr targał falami Zalewu Wiślanego, uderzając z coraz większą siłą o mokry piaszczysty brzeg. W powietrzu czuć było przenikliwy chłód, kończyła się piękna złota jesień, a świat powoli przygotowywał się do zimy.

Ubrana w ciemnobordową luźną sukienkę Jagoda Kowalik z kosmetyczką w ręku siedziała na kanapie, ale nie miała dość siły, by zrobić choć delikatny makijaż. Gorycz ostatnich dni i nieprzespana noc mocno zaznaczyły się na jej twarzy. Najchętniej poleżałaby w ciepłym łóżku, tymczasem miała dziś przed sobą trudny i bardzo intensywny dzień. Musiała przede wszystkim odebrać Jadwigę ze szpitala, ale wcześniej iść do placówki opiekuńczej odwiedzić Piotrusia. Na myśl o chłopcu uśmiechnęła się z nostalgią, zastanawiała się, czy synek wyzdrowiał, czy wciąż trawi go gorączka. Najważniejszym jednak zadaniem, którego najbardziej się obawiała, było spotkanie z nowym prawnikiem, specjalistą od prawa rodzinnego. Opinie w internecie sugerowały, że mecenas zna się na swoim fachu i nie odpuszcza w najbłahszej nawet sprawie. Tyle że Jagoda straciła już wiarę w skuteczność zażalenia na decyzję sądu i oddanie jej dziecka.

Serce ją bolało na myśl, co ośmiolatek przeżywa w placówce opiekuńczej. Była więcej niż pewna, że chłopiec uciekł w chorobę, by nie chodzić do szkoły w Elblągu. Zbierało jej się na płacz, gdy przypominała sobie, z jak wielkim wysiłkiem skłonili go do nauki stacjonarnej. Teraz to wszystko zostało zaprzepaszczone.

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk komórki. Wzdrygnęła się, a wtulony w nią szczeniak niespokojnie zastrzygł uszami. Kobieta jedną ręką bezwiednie pogłaskała pupila, jego obecność odganiała samotność ostatnich dni, a drugą sięgnęła po telefon.

- Cześć, kochanie, przed szóstą wyjechaliśmy ze Skarżyska-Kamiennej. Nie chciałem z Majeczką jechać nocą. Zatrzymaliśmy się w hotelu Promień. - Głos Artura przytłumiony zestawem głośnomówiącym brzmiał gardłowo i niewyraźnie. - Maja cieszy się, że wkrótce wszyscy się spotkamy - dopowiedział serdecznie, lecz chyba zdał sobie sprawę z niestosowności ostatniego zdania, bo nagle umilkł.

- Wszyscy... oprócz Piotrusia - stwierdziła gorzko. Powiedziała to niemal wbrew sobie. Nie chciała, by mała słyszała jej przygnębienie i dopytywała o sens słów.

Natychmiast usłyszała szczebiot dziewczynki, która z tylnego siedzenia dopytywała się, dlaczego nie ma Piotrusia i czemu ciocia Jagoda jest taka smutna, czy nie aby przez nią i przez to, że jedzie do tej ładnej chaty nad wodą.

- Nie, córeczko, wszystko jest w porządku - łagodnie uspokajał dziewczynkę ojciec, a po chwili jego baryton stał się głośniejszy, a ton poważny: - Będzie dobrze, kochanie. Wkrótce spotkamy się wszyscy, zobaczysz. - Położył nacisk na słowo wszyscy. - Z samego rana dzwoniłem do prawnika, potwierdził spotkanie na czternastą. Zdążę dojechać - zapewnił ją. - Nie chcę, byś była tam sama.

- W porządku - wymamrotała ochrypłym głosem. - Bardzo ci dziękuję. Jedź ostrożnie - dodała cieplej, nim się rozłączyła, ale właściwie powiedziała to tylko po to, by zatrzeć gnębiące ją wyrzuty sumienia.

Czuła się jak złodziejka albo jak oszustka. Starała się wyprzeć z pamięci upokarzające spotkanie z Bartoszem. Podczas niespokojnej, nieprzespanej nocy poprzysięgła sobie niczego nie żałować i nie dręczyć się więcej tym, co zrobiła. Jednak szyderczy głos Węgłowskiego wciąż brzmiał jej w uszach. Wiedziała już, że za cień nadziei na odzyskanie synka zaprzedałaby swoją duszę. A ciało? Wzruszyła ramionami. - Cóż ono znaczy? Cóż jest warte?

- Nic - odpowiedziała sobie półgłosem. - Oby tylko Piotruś wrócił do domu.

W głębi duszy wierzyła, a może tylko zaklinała rzeczywistość, że Węgłowski, jeśli tylko będzie to w jego mocy, wstawi się za nią u Kasińskiej. Nie był chyba aż tak wyrachowany, jak by na to miały wskazywać jego słowa. Trzymała się tej myśli jak ostatniej deski ratunku, już nic więcej zrobić nie mogła.

Dochodziła ósma, było zdecydowanie za wcześnie, by jechać do Elbląga. Kowalikowa nie miała ochoty na kawę, ani tym bardziej na śniadanie. Narzuciła na siebie starą kufajkę po tacie, której nie miała serca wyrzucić, i wyszła w wilgotny, chłodny poranek.

- Chodź, Fiki, no chodź, piesku - zawołała na szczeniaka, bo ten kulił się z zimna. - To tylko króciutki spacerek na cypel, dziś długo będziesz sam w domu - przemawiała jak do rozumnej istoty. Psiak patrzył na nią, przekrzywiając pyszczek to w jedną, to w drugą stronę, aż uśmiechnęła się do niego mimo zgryzoty.

Kiedy rozciągnęła kąciki ust, pies natychmiast zamerdał energicznie i skoczył mokrymi łapami, by polizać ją po dłoniach. Pochyliła się i z czułością pogładziła wilgotną sierść, a po chwili zadowolony maluch pobiegł przodem na wysunięty w wody Zalewu Wiślanego spory cypel.

Wiatr tarmosił fale, uderzały z grzmotem o falochron. Jagoda szczelniej otuliła się kufajką i zapatrzyła się w białe grzywy. Lubiła obserwować, jak ta przez większość roku spokojna tafla przemienia się we wzburzoną toń.

Kochała to miejsce, przypominało jej najszczęśliwsze lata dzieciństwa, gdy z rodzicami i siostrą, bez trosk, bez zmartwień cieszyli się każdym dniem. Zarówno Jagoda, jak i Malina żyły w przekonaniu, że świat stoi przed nimi otworem, a spełnienie młodzieńczych marzeń jest na wyciągnięcie ręki.

Do jej uszu doleciał zgrzyt łańcuchów, poruszanej wiatrem drewnianej wielkiej bujawki. Odwróciła się w tamtą stronę i natychmiast przypomniała jej się ostatnia rozmowa z Piotrusiem i z Arturem tuż po odnalezieniu chłopca.

Zacisnęła powieki, bardzo zabolało ją to wspomnienie, gdyby mogła cofnąć czas, zrobiłaby wszystko, jak należy. Powiadomiłaby policję o zaginięciu małego, a także o najściu jego biologicznej matki i jej konkubenta. Tylko że na wszystko było już za późno.

Dopiero po chwili spostrzegła, że szczeniaka nie ma już przy niej, rozejrzała się i zobaczyła go skulonego pod starym świerkiem. Wpatrywał się w swoją panią błagalnym spojrzeniem, z nadzieją, że ta w końcu da spokój rozmyślaniom i otworzy mu ciepły domek.

Zawróciła, przyspieszyła kroku, otworzyła drzwi i poczekała na werandzie, aż pupil otrzepie się z kropel deszczu. Nawet nie zauważyła, że początkowo niewielkie siąpienie zgęstniało i wilgoć oblepiła zarówno ją, jak i psa. Jagoda nie tylko zmokła, ale i zmarzła.

Ściągnęła mokrą kufajkę i odwiesiła ją na wieszak w korytarzu, sama zaś roztarła zziębnięte dłonie i weszła do kuchni nastawić wodę na kawę. Cisza ją dobijała, włączyła Eskę, ale nie słuchała ani wiadomości, ani muzyki, ani żartów dziennikarzy prowadzących audycję.

Wytarła psa jednorazowym ręcznikiem i starła mokre ślady na posadzce. Czekając, aż woda się zagotuje, lekarka podeszła do drzwi prowadzących na taras i starym zwyczajem oparła czoło o szybę. W tym momencie usłyszała szum opon na żwirowej alei. Spojrzała w lewo i ze zdumieniem odkryła, że przy bramie parkuje policyjny Volkswagen. Z bijącym sercem odsunęła się i stanęła za firanką. Z przerażeniem zastanawiała się, co takiego wydarzyło się tym razem i jakie nieszczęście kryje się za tą niespodziewaną wizytą.

Fiki na odgłos kroków zerwał się z posłanka i zaczął ujadać piskliwie.

- Cii, Fikuś, uspokój się - upomniała psa i poszła otworzyć, nim mężczyzna zdążył zapukać.

- Dzień dobry, młodszy aspirant Dariusz Kowalski - przedstawił się. - Pani Jagoda Kowalik? - spytał.

- Tak, dzień dobry - odpowiedziała drewnianym głosem. Nawet nie spytała, co się stało ani czemu zawdzięcza tę poranną wizytę władzy. Czekała.

- Mogę wejść? Mam do pani kilka pytań - wyjaśnił, gdy wciąż milczała.

- Tak, proszę. - Odsunęła się, by wszedł.

Twarz policjanta wydała jej się znajoma. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że jego synek jest jej pacjentem.

Czy to za sprawą munduru, czy słusznej postury policjanta Fiki warczał i szczekał, nie dając się uspokoić. W końcu Jagoda zamknęła go w pokoju Piotrusia, bo jazgot stał się nie do zniesienia.

- Przepraszam, że nachodzę panią z samego rana, pani doktor, ale dostałem informację, że Amelia Bąk, matka małoletniego Piotra Bąka, złamała zakaz zbliżania się do syna. Chciałbym odebrać od pani zeznania w tej sprawie. Byłem w przychodni, ale powiedziano mi, że wzięła pani dzień wolnego. Czy możemy porozmawiać teraz? - Patrzył na nią w napięciu, a kiedy ledwo zauważalnie kiwnęła głową, ściągnął czapkę, przeczesał ręką włosy i rozejrzał się, szukając miejsca, gdzie może ją odłożyć.

- Może pan powiesić kurtkę i czapkę w korytarzu - podpowiedziała. - Proszę usiąść. - Wskazała ręką miejsce przy stole. - Napije się pan kawy? Właśnie sobie też zamierzałam zaparzyć, bo zmarzłam na spacerze.

- Bardzo chętnie, poproszę. Rozpuszczalną z dwóch łyżeczek, bez cukru i bez mleka, jeśli można. Pogoda nas nie rozpieszcza - dorzucił i uśmiechnął się uprzejmie. Było w tym uśmiechu coś na tyle ujmującego, że lekarka z wolna się uspokajała. - Może od razu przejdę do rzeczy. - Otworzył teczkę z plikiem dokumentów i chwilę coś w nich czytał. - Matka chłopca was nachodziła, prawda? Pamięta pani, kiedy to było?

- Tak, zjawiła się tu ze swoim konkubentem, od razu wszczęli awanturę. - Wciąż drżącą dłonią odmierzała kawę do kubków. - Zaraz, niech sobie przypomnę... A, już pamiętam. - Podeszła do kalendarza, żeby się upewnić co do daty zdarzenia.

- Dlaczego pani nam tego nie zgłosiła? - spytał, patrząc na nią z wyrzutem.

- Wiem, powinnam to zrobić, ale dzień wcześniej mój synek, to znaczy Piotruś, uciekł z domu. Nie wrócił na noc - opowiedziała beznamiętnie. - Właściwie, jak się okazało, cały czas był na terenie posesji, ale jednak nie w domu. Mały po każdej awanturze w domu rodzinnym uciekał. Tutaj też tak zareagował. Moja wina, podniosłam głos, wprawdzie nie na niego... - Urwała, by wyrównać oddech i dopiero po chwili dokończyła. - Gdybym mogła cofnąć czas, zareagowałabym, jak należy. Po prostu się bałam, że mi go zabiorą. Wie pan, rozprawa o adopcję zbliża się wielkimi krokami, przeraziłam się - wyznała szczerze. - Szukaliśmy go z mężem całą noc. A Piotruś cały czas tu był. Nie rozumiem zachowania synka... Boli mnie to bardzo. Widział, jak się miotamy, rozpaczamy, a i tak nie zdradził swojej obecności. Nocą nachodzą mnie koszmary... Przepraszam, nie powinnam pana tym obarczać...

Zalała kawę wrzątkiem i postawiła przed mundurowym kubek z parującym napojem. Sama również wzięła swój i usiadła naprzeciwko.

- Współczuję, naprawdę. Pani doktor, dlaczego pani nam nie zaufała? - Wyciągnął rękę i położył ją w krzepiącym uścisku na dłoni lekarki.

Ten drobny gest rozkleił Jagodę. Chciała się odwrócić, by nie widział jej łez, ale nie zdążyła. Otarła pospiesznie policzek i bezradnie pokręciła głową.

- Nie wiem. Wpadłam w panikę - przyznała. - Bałam się go stracić - dodała drżącym głosem. - Ja dla mojego... synka porzuciłam dawne życie, bardzo dobrze płatną pracę, wygodny wielki dom. Przygarnęłam jego babcię, żeby miał prawną opiekę. Jestem za stara na adopcję - szepnęła, zagryzając wargę.

- Co też pani mówi, pani doktor - zbeształ ją przyjaźnie. - Jest pani wspaniałym człowiekiem i najlepszą matką, jaka mogła się temu chłopcu trafić. Proszę tak nawet nie myśleć.

- A jednak zawiodłam. - Odsunęła od siebie kubek i oparła łokcie na stole. Z pokoju Piotrusia dochodziło ciche skomlenie Fikiego, ale ani Jagoda, ani policjant nie zwracali na to uwagi. Lekarka uczuła potrzebę wygadania się, zapominając, że przed nią siedzi policjant. - Piotruś jest bardzo wycofanym dzieckiem, boi się rówieśników, bo doznał od nich wiele krzywd. Wie pan, jako matka, a właściwie jeszcze nie matka i nie wiem, czy w ogóle nią zostanę - westchnęła - w każdym razie czuję się gorsza, napiętnowana. Wszystko jest mi wytykane, każde potknięcie, każda mała rzecz urasta do przesadnych rozmiarów i jest analizowana z każdej strony, a to przez opiekę społeczną, a to przez sąd, a to przez sąsiadów, przez policję... - Uświadomiwszy sobie nagle, że mówi to do mundurowego, zamilkła i nie wiedząc, co zrobić z rękoma, przysunęła kubek i upiła łyk gorącej kawy, parząc sobie usta.

- Nie wszystko musi być od razu wrzucone w rejestr. Pomoglibyśmy pani go szukać... Proszę nie płakać. Wszystko będzie dobrze. Rodzice bardzo często wpadają w panikę. To ludzka rzecz. Naprawdę. Niech pani sobie niczego nie zarzuca. Jest dobrze. Chłopcu nic się nie stało... - Starał się ją uspokoić, ale Jagoda nie potrafiła przestać płakać.

- Zabrali mi go. - Zasłoniła dłońmi twarz, a po chwili wstała od stołu i wyciągnęła z szuflady paczkę chusteczek.

Pojękiwanie Fikiego, nasiliło się. Ujadał teraz rozpaczliwie i skrobał w drzwi.

- Może pani go wypuścić, pewnie się zaraz uspokoi - zaproponował policjant, a Jagoda skinęła głową i wypuściła psa.

Szczeniak natychmiast obwąchał wyciągniętą przez mężczyznę dłoń, a potem stracił zainteresowanie i podreptał do swojego leżonka. Mościł się tam przez chwilę, ale nadstawił uszy, wyławiając emocje z toczącej się rozmowy, by w razie zagrożenia ratować swoją panią.

- Sędzia powiedziała, że jestem złą kandydatką na matkę, bo zareagowałam strachem, a nie procedurami. - Jagoda wróciła do rozmowy, choć spowiedź sprawiała jej fizyczny ból.

- Pani doktor, proszę mi wierzyć, zareagowała pani tak, jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent społeczeństwa zareagowałoby w takiej sytuacji. Ten strach był powodowany nie trwogą przed odpowiedzialnością karną, a zwyczajnie dobrem dziecka. Bała się pani o to, że chłopiec straci bezpieczny dom...

- Dziękuję, że pan to rozumie, ale niestety pani Kasińska z opieki społecznej wystawiła mi rażąco złą opinię, na jej podstawie sędzia ostro mnie podsumowała, a konsekwencje pan już zna...

- Czy odwoływaliście się państwo od postanowienia sądu? - Zmienił ton na bardziej rzeczowy i zabębnił palcami po stole.

- Tak, ale straciłam nadzieję, że coś wskóramy - przyznała. - Opinia opieki społecznej jest druzgocąca.

- Coś takiego. - Pokręcił głową z niedowierzaniem. - Ktoś tu się wykazał nadgorliwością. Jeśli pani pozwoli, to ja mogę zeznawać w pani sprawie. Jest pani jedną z najodpowiedzialniejszych osób, jakie znam. A z panią Kasińską... postaram się jeszcze dziś porozmawiać - oświadczył z ociąganiem. - Chyba wiem, dlaczego zadziałała na wyrost.

- Naprawdę? - Lekarka spojrzała na niego z tak wielką nadzieją w oczach, że się uśmiechnął.

- Kocha pani tego chłopca, ma pani to wypisane na twarzy i w każdym geście. - Głos policjanta stał się kojąco miękki.

- Kocham Piotrusia nad własne życie. - Broda jej zadrżała i Jagoda z trudem przełknęła ślinę. - Dziś jadę do adwokata. Jeśli rzeczywiście zechciałby pan zeznawać, byłabym zobowiązana.

- Tu jest moja wizytówka. Opowiem o reakcji ludzkiej na takie zdarzenia, a także o tym, jak dobrym jest pani człowiekiem. No i będzie miała pani spokój z matką dzieciaka, bo uruchomimy natychmiast procedury, żeby ona więcej pani nie nachodziła. - Dopił ostatni łyk kawy. Uścisnął dłoń Jagody, nałożył kurtkę i czapkę, po czym się pożegnał.

Lekarka znów podeszła do drzwi balkonowych i patrzyła, jak policyjne auto cofa w wąskim gardle Alei Radości. Żałowała, że nie wyszła za mundurowym i nie otworzyła mu bramy, by mógł swobodnie zawrócić. Nim jednak się zdecydowała, Volkswagen wjechał na tory, wykręcił na wysokości byłego ośrodka wczasowego i pomknął w stronę ronda.

Dochodziła dziewiąta. Kobieta poszła do łazienki, by opłukać twarz zimną wodą. Wciąż dygotała z emocji, ale teraz znów wróciła jej nadzieja. Mijając drzwi od pokoju Piotrusia, przez moment pomyślała o Mai i zastanowiła się, gdzie dziewczynka będzie spała, ale porzuciła te rozważania. Nie miała teraz do tego głowy. Niech Artur zadecyduje. Jak on postanowi, tak będzie.

W drodze do Elbląga wzięła się w garść i skupiła na jeździe. W placówce doznała rozczarowania. Piotruś wciąż był chory i leżał w izolatce. Zaniepokoiło ją to.

- Jestem lekarką, chcę zbadać moje dziecko - oświadczyła stanowczo kierowniczce placówki. - Chcę go zobaczyć i przebadać - upierała się.

- Mamy własnego lekarza, Piotr ma dobrane leki. Mam wrażenie, że świadomie ucieka w chorobę - stwierdziła z sarkazmem kobieta - a na to nic już poradzić nie można. Tak mają dzieci z zaniedbanych rodzin.

- Na pewno ucieka w chorobę, problemy go przerosły, to tylko ośmioletnie dziecko - potwierdziła Kowalikowa. - Mój chłopczyk jest załamany sytuacją, w jakiej się znalazł - przyznała cierpko. - Tak, ma pani rację, pochodzi z patologicznej rodziny i wymaga czułości, opieki i rozmowy. - Nie chciała być nieuprzejma, choć kierowniczka placówki wyprowadziła ją z równowagi.

- Nie trzeba go badać, idzie ku lepszemu. Natomiast może pani go odwiedzić - pozwoliła w końcu kobieta.

Piotruś leżał w niewielkim pomieszczeniu, czymś na kształt maleńkiej izby chorych. Odwrócony do ściany, nie zareagował na wejście Kowalikowej. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że śpi. Podeszła na palcach i dotknęła chłodną dłonią zaróżowionego policzka, a potem delikatnie przejechała palcami po zlepionych od potu ciemnych włosach.

Zabolało ją, że ośmiolatek się nie odwrócił, nie ucieszył na jej widok. Może rzeczywiście śpi? - Zastanawiała się rozgoryczona i niewypowiedzianie smutna.

Posiedziała przy nim dłuższą chwilę, głaszcząc go po spoconej główce. Straciła nadzieję, że synek się odezwie. Jednak kiedy po półgodzinie podniosła się z krzesła, poruszył się i sięgnął do niewielkiej szafki, a potem bez jednego słowa wręczył jej plik kartek. Zdążyła przeczytać na pierwszej z nich odręczne pismo synka: "Do mojej kochanej Mamusi".

Opadła na krzesło i się rozpłakała. Nie potrafiła już zahamować łez. Płakała jak mała skrzywdzona dziewczynka, która nie widziała przed sobą radości życia ani jasnego bodaj promyczka, a teraz musnął ją w serce czuły dotyk.

Wymamrotała do synka zapewnienia o wielkiej miłości, pocałowała Piotrusia w czoło i wyszła z izolatki. Czuła się, jakby czas się cofnął. Jak gdyby znów była w szpitalu w Skarżysku-Kamiennej i walczyła o każde słowo, o każde spojrzenie cierpiącego malca.

- Pani Kowalik, proszę poczekać. - Młoda pani psycholog szła w jej kierunku energicznym krokiem. - To nieporozumienie, że chłopiec znalazł się w naszej placówce. Odwołaliście się państwo od decyzji sądu, prawda? - spytała retorycznie. - Wiem, że tak - dodała po chwili, bo Jagoda w milczeniu wycierała napływające łzy. - Przysłano do mnie z sądu wniosek o opinię. - Popatrzyła na lekarkę znacząco, ta jednak wciąż milczała. - To naprawdę nieporozumienie. - Kobieta kręciła głową z dezaprobatą.

Jagoda patrzyła na nią, nie mogąc wykrztusić słowa. Lecz po chwili przemogła się i nie bacząc na zaciśnięte gardło, wycharczała:

- Nie powinien tu być, znalazł się tutaj tylko przez bezduszność i krótkowzroczność urzędniczki. Nigdy jej tego nie daruję, nigdy! - wyrzuciła gniewnie.

- Proszę się uspokoić. Jest pani bardzo dobrą... mamą - zapewniła ją psycholog. Zrobiła ruch, jak gdyby chciała położyć rękę na jej ramieniu, ale cofnęła dłoń, a Jagoda, nie oglądając się, wybiegła z placówki.

Długo siedziała w aucie, nim uspokoiła się na tyle, by mogła znów włączyć się do ruchu i jechać na Królewiecką do szpitala po Jadwigę. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że starsza pani pewnie się niepokoi. Kowalikowa otarła łzy i skupiła się na jeździe.

Na szczęście znalazła wolne miejsce na zatłoczonym przyszpitalnym parkingu. Zamiast jednak do Jadwigi poszła wprost do lekarskiej dyżurki.

- Wyrównaliśmy migotanie przedsionków - zdawał relację lekarz prowadzący, wręczywszy Jagodzie wypis ze szpitala. - Jednak pacjentka musi się oszczędzać. Serce słabe, za dużo stresu. Pani Bąk niemal przez cały pobyt płakała. Nie wiem, jakie nieszczęście was spotkało... - Popatrzył na zaczerwienione oczy Jagody, na chwilę zawiesił głos, ale zaraz westchnął i dokończył: - Cokolwiek się stało, trzeba wrócić do żywych. Dobrze byłoby namówić panią Bąk na sanatorium.

Ubrana w czarną sukienkę babcia Piotrusia siedziała ze spuszczoną głową na szpitalnym korytarzu. Obok niej stała spakowana torba. Jagodzie serce ścisnęło się na widok starszej pani. Jadwiga Bąk nie była starą kobietą, ale wyglądała w tej chwili na lat osiemdziesiąt. Przygaszona, przygarbiona, jakby nieobecna, czekała, co przyniesie los. Nie spodziewała się już niczego dobrego, a pewnie w duchu zastanawiała się, dokąd pójdzie, gdy przestanie być w Suchaczu potrzebna.

- Byłaś u Piotrusia? - spytała na widok Jagody. W jej oczach błysnął cień nadziei, że zdarzył się cud i malec wróci z nimi do domu. Jednak gdy Jagoda podeszła bliżej starsza pani dostrzegła na jej twarzy ślady łez i znów się w sobie zapadła.

- Byłam. Jest chory. Nie rozmawiał ze mną. Nie chciał. - Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem. Chciała jeszcze coś dodać, ale z obawy, że wybuchnie płaczem, zrezygnowała.

Wzięła leżącą obok rzędu pustych krzeseł torbę, drugą ręką chwyciła Jadwigę pod ramię i wolno ruszyły w stronę drzwi.

Do Suchacza jechały w kompletnej ciszy. Nawet radio nie grało. Słychać było tylko monotonny szum wycieraczek i krople deszczu, uderzające w szybę i dach auta.

Zdziwiła się, gdy zobaczyła otwartą bramę i stojącą na podwórku Toyotę męża. Już jest - pomyślała, marszcząc czoło i zagryzając wargę. Coś ścisnęło ją w żołądku. Przeraziła się, że zdradę ma wypisaną na twarzy. Tylko czy to aby na pewno była zdrada? - Kołowrotek myśli nakręcał się niebezpiecznie.

- Już są, tatusiu! - zawołała Maja, gdy kobiety weszły do korytarza. Ubrana w różowy dresik dziewczynka klęczała przy Fikim, głaszcząc go za uchem. Pies jednak na dźwięk odgłosów w korytarzu zaczął się szamotać, chcąc się uwolnić i pobiec do Jagody i Jadzi. - Fiki! Nie wyrywaj się! - zgromiła go mała.

- Maja jest? - Jadwiga ledwo zauważalnie skrzywiła usta. Zaraz jednak przywdziała coś na kształt wymuszonego uśmiechu.

- Miło cię widzieć, Jadziu, z powrotem w domu. - Artur podszedł do babci Piotrusia, cmoknął ją w oba policzki i przytulił. - Mam nadzieję, że szybko wrócisz do siebie. Już my się tobą zaopiekujemy - obiecał.

- Ja też się panią, babciu, zaopiekuję - zaoferowała się Maja, nie bardzo wiedząc, jak ma się zwracać do babci Piotrusia.

- Dobrze, kochanie, że już jesteś. - Artur zamknął żonę w objęciach i mocno przytulił. - Bardzo za tobą tęskniłem. Zmizerniałaś, skarbie - szepnął, zaglądając żonie w oczy. - Piotruś ma się lepiej?

- On też jest w szpitalu? - zainteresowała się Maja.

- Piotruś jest chory - pospieszył z wyjaśnieniem Kowalik, nie chcąc, by Jagoda musiała się przed jego córką tłumaczyć.

- To ja będę spała w jego pokoju! - Klasnęła w dłonie i zerwała się, gotowa biec do pokoju chłopca.

- Nie! - powstrzymała ją lekarka. - Nie... - dodała łagodniej, widząc trzęsącą się bródkę dziewczynki, gotowej za chwilę wybuchnąć płaczem lub złością. - Pokój Piotrusia musi na niego czekać, gdy wróci do domku. Jemu i tak jest smutno, że nie może być tutaj z nami. Gdyby przyjechał i zobaczył, że nie ma już swojego pokoju... - Jagoda nie dokończyła, bo zebrało jej się na płacz.

- To gdzie ja będę spała? - Mała spojrzała na ojca, ale ten również stał bezradnie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Majeczko, a może będziemy spać na górze, jak dawniej - poddał się w końcu.

- Nie chcę na górze, chcę tutaj - jęknęła zawiedziona. - Tu są wszyscy i jest Fiki. Tu macie wesoło, a my, na górze, jak odludki.

- Śpij w moim pokoju - zaofiarowała się Jadwiga.

- A pani, babciu, gdzie? - Mała popatrzyła na nią z wdzięcznością.

- Ja w kuchni, to znaczy, tu. - Jadwiga wskazała ręką szeroką rozkładaną kanapę.

- Jadziu, poradzimy sobie - wszedł jej w słowo Artur. On też przez całą drogę zastanawiał się, gdzie umieszczą jego córkę.

- Pozwólcie, że ja będę spała w kuchni - upierała się starsza pani. - I niech już tak będzie, a jak zatęsknię za samotnością, to pójdę na górę - podsumowała dla rozładowania sytuacji.

- Jadziu, potrzebujesz ciszy, spokoju i odpoczynku - zaoponowała Jagoda, ale babcia Piotrusia pokręciła energicznie głową.

- Gdy będę chciała poleżeć, to położę się w kuchni, chyba nie będę nikomu przeszkadzać? - Popatrzyła pytająco.

- Kategorycznie nie pozwalam, Jadziu. Dopiero wyszłaś ze szpitala. Potrzebujesz spokoju i ciszy. Lekarz nakazał ci leżeć. Wiem, jak możemy rozwiązać tę kwestię. - Popatrzyła na Artura, a on zrozumiał ją w lot, uśmiechnął się i skinął głową. - My z Arturem przeniesiemy się do salonu, a ty póki co, zajmiesz sypialnię.

- Ależ to nie wypada! - Starsza pani się przelękła. - To się nie godzi.

- Godzi się, Jadziu, i to bardzo. - Kowalik chwycił torbę Jadzi i zaniósł do sypialni. - Lekarz kazał odpoczywać, a sypialnia stworzona jest do odpoczynku.

- Jadziu, już postanowione. - Jagoda uniosła dłonie na znak, że definitywnie kończy ten temat.

- Jaga... - Jadwiga Bąk chciała jeszcze coś dopowiedzieć, ale nikt już jej nie słuchał.

Kowalik zaniósł rzeczy córki do dawnego pokoju Jadzi. W salonie zapadła cisza. Tylko Fiki mruczał zawzięcie i łasił się do Jagody, domagając się od niej czułości, trochę obrażony, że ta nie pogłaskała go jak zawsze po wejściu do domu.

- Zaraz zmienię ci pościel. I proszę cię, Jadziu, nie krępuj się, jesteśmy rodziną. - Uśmiechnęła się, by dodać kobiecie otuchy, ale Jadwiga wciąż stała niezdecydowana.

- Dobrze, że nie pozwoliłaś córce Artura spać w pokoju Piotrusia - powiedziała w końcu szeptem. - Chyba by mi serce pękło. - Westchnęła głośno i pociągnęła nosem.

- Mnie też - przyznała szczerze lekarka.

Przytuliły się do siebie w porozumieniu dusz, nieszczęśliwe, połączone tragedią, która spędzała im sen z oczu i odbierała radość życia.

W przestronnej nowoczesnej sypialni z ogromnym tarasem i widokiem na Motławę panował półmrok. Ciemność rozpraszał jedynie chybotliwy płomyk świecy o zapachu wanilii, a także poświata ulicznych latarń, docierająca nawet tu, na szóste piętro.

Dochodziła dwudziesta trzecia. Malina i Marek jeszcze nie spali. Leżeli objęci w czułym uścisku, cicho ze sobą rozmawiając. On głaskał ją bezwiednie po ramieniu, umniejszając jej troski i zmartwienia.

- Byłabym w pełni szczęśliwa, kochanie, gdyby Hubert z nami zamieszkał, ale wątpię, czy on by się tu odnalazł. Ja też nie mam pojęcia, czy się odnajdę. - Westchnęła leciutko. - Wszystko takie piękne, eleganckie, z klasą. W ogóle nie mój świat.

Pomyślała z goryczą o tym, że jej życiowa przestrzeń ograniczała się do domu i obory. Rzadko kiedy opuszczała Pęklewo, Częstochowa była najdalszą wyprawą, a Gdańsk, dopóki nie przyjeżdżała pomagać młodym, wydawał się z innego świata. Jej codziennością były krowy, kuchnia i niekończące się pretensje męża.

- Odnajdziesz się, serduszko moje. Dlaczego masz wątpliwości? - szepnął jej do ucha, wyrywając ze smutnych rozważań. Wsłuchiwał się uważnie w to, co do niego mówi. Pragnął swojej kobiecie nieba przychylić, rozumiał, że przeżywa rozłąkę z synem, i zdawał sobie sprawę, że najbliższe dni, miesiące, a może nawet i lata będą jedną wielką tęsknotą.

- Bolą mnie słowa Huberta. Prosto w oczy powiedział mi, że zostaje z ojcem. Jako matka poniosłam sromotną porażkę. Nie potrafię sobie z tym poradzić - zwierzyła się.

- Nie miej do siebie pretensji. Twój mąż buntował waszego syna latami. Niejednokrotnie mówiłaś, że teść zwracał wam uwagę na to, że mały nie uczestniczy w życiu rodziny, no więc są tego skutki.

- Tak, to prawda. Wiesz, mam straszne wyrzuty sumienia, nie tylko ze względu na Huberta, ale i na Zygmunta. To był taki mądry człowiek. W miarę upływu czasu od jego śmierci mam w pamięci tylko dobre rzeczy. Zapomniałam o jego przygaduszkach, pstryczkach, złośliwościach, był naprawdę wspierający i cudowny... - Zamilkła i oddychała szybciej, ale już po chwili przełknęła ślinę i mówiła dalej: - Mój teść mi nie wybaczy porzucenia rodziny, a ja nawet nie mam siły się modlić... Zresztą czuję się jak... - Nie skończyła, bo się bała, że złe słowa do niej przylgną.

- Kochanie, od jutra, przysięgam ci, będziemy modlić się wspólnie, pamiętasz, przyrzekłem ci to w Częstochowie i słowa dotrzymam. Za Zygmunta i za naszą wnuczkę Malinkę.

- Dziękuję. - Uniosła głowę i poszukała ustami jego ust. Złączyli się w długim, namiętnym pocałunku. Ta pieszczota ponownie rozbudziła w nich namiętność, znów siebie zapragnęli. Było między nimi tak dobrze, tak cudownie, jakby świat wokół nie istniał. Kochali się z czułością i oddaniem.

- Czuję się, jakbym znów miał dwadzieścia lat, co ty ze mną zrobiłaś, moja kochana dziewczynko - wyszeptał jej do ucha, spełniony i szczęśliwy.

- Lubię, gdy tak do mnie mówisz, czuję się wtedy... taka... młoda... - odwzajemniła się czułością.

- Wiesz co, skarbie, odechciało mi się spać, naleję nam winka i pójdziemy usiąść na tarasie, jest pewnie trochę zimno, ale otulimy się w grube szlafroki i popatrzymy na Gdańsk nocą - zaproponował, wstając z łóżka. - Poczekaj tu na mnie.

- Idę z tobą. - Również wstała, początkowo chciała od razu włożyć na siebie szlafrok, ale zrezygnowała, wiedziała, że lubił ją nagą. Dzięki Markowi uwierzyła w to, że jest piękna. Patrzyła na siebie jego oczyma i czuła się szczęśliwa, wybrana, jedyna.

Przeszli do wielkiego salonu z kuchnią. Aneks kuchenny był już urządzony, ale z pozostałych mebli stały tylko stół i krzesła. Zamówiona przez Marka dekoratorka wnętrz miała lada dzień zjawić się z projektem. Grajewski nie chciał decydować sam, pragnął, by jego kobieta, a miał nadzieję, że wkrótce żona, urządzi dla nich przytulny dom według swojego uznania. Nie wybaczyłby sobie, gdyby jej narzucił swój gust.

Odkorkował wino, a Malina pokroiła na desce sery oraz położyła kiść winogron. Otulili się w grube szlafroki i wyszli na ogromny taras z widokiem na Motławę, który ciągnął się przez całą frontową ścianę ich apartamentu. Od północnej strony mieszkania także znajdował się balkon, znacznie mniejszy od wielkiego tarasu, ale obszerny, w dodatku z widokiem na Morze Bałtyckie. Ten pokój był w zamyśle Marka przeznaczony dla Huberta.

Malina oparła się o szklaną barierkę i zapatrzyła przed siebie. Widok był oszałamiający. W Motławie odbijały się rozbłyski z ulicznych latarń. Naprzeciwko za rzeką przepięknie oświetlone budynki wyglądały jak z bajki. Na wodzie kołysane nurtem bujały się statki rzeczne, skądś dolatywała cicha włoska muzyka. Mimo późnej pory spacerowało jeszcze mnóstwo ludzi, szczególnie młodzieży.

- Jak tu pięknie, Marku. To miejsce jest niewiarygodne. Nie wiedziałam, że gdzieś na świecie może być aż tak cudownie. - Rozmarzyła się. Wciąż nie mogła uwierzyć, że los podał jej szczęśliwą kartę, szkoda tylko, że okupioną cierpieniem i tęsknotą. Po raz kolejny tej nocy naszła ją obawa, czy się tu odnajdzie, ale tym razem zostawiła wątpliwości dla siebie. Nie chciała psuć atmosfery i wchodzić w rolę ofiary. Z doświadczenia wiedziała, że nic tak nie obniża wartości kobiety jak niewiara w siebie. - Pięknie tu, wprost cudownie - szepnęła.

- Też jestem zachwycony. Do tej pory mieszkałem na obrzeżach Gdańska. Właściwie sam nie wiem dlaczego. Nie miałem motywacji, by się przeprowadzić. Nie miałem z kim dzielić szczęścia i fortuny, którą przez lata zgromadziłem. Właściwie żyłem tylko pracą. - Podał jej kieliszek z winem. - Za nas, Malinko. Za naszą miłość.

Upili kilka łyków i wciąż z kieliszkami w dłoniach usiedli w wielkich, wyściełanych miękkim materiałem wiklinowych fotelach.

- Jest tak dobrze, tak pięknie. Nie wiedziałam, że ludzie mogą tak żyć. - Wyciągnęła przed siebie nogi i oparła się o chłodne siedzisko.

- Trochę zimno, ale nie będziemy długo siedzieć, bo rano mam spotkanie. A właściwie nie tak rano, bo o dziewiątej. Tylko tak mi się nie chce z tobą rozstawać, nawet na chwilę - rzekł z nostalgią. - Jestem szczęściarzem! - zawołał radośnie.

- Ciii - upomniała go łagodnie. - Obudzisz sąsiadów.

- Tu nie ma sąsiadów i na razie nie będzie - oświadczył pewnym głosem.

- Wcale się nie dziwię. Te apartamentowce zapewne są bardzo drogie. Kogo tak naprawdę stać na kupno studwudziestometrowego mieszkania w samym centrum Starego Miasta... Przecież to jakieś kolosalne pieniądze kosztuje...

- Wbrew pozorom, nie aż tak duże. Zresztą wierz mi, te apartamentowce schodzą jak świeże bułeczki. Właśnie te najdroższe, z najpiękniejszym widokiem, z dwoma tarasami, są z miejsca kupowane. Nam już z przodu nic nie wybudują, bo na szczęście mamy rzekę. - Zaśmiał się. - Dziś deweloperzy są tak drapieżni, że budują blok przy bloku, można sobie rękę podać przez balkon. Takie apartamenty to prawdziwa gratka.

- Skoro sam mówisz, że te mieszkania schodzą na pniu, to skąd pewność, że nikt nie zamieszka obok? Może już ktoś to kupił?

- Oczywiście, że kupił - przyznał. - Ale na razie mieszkać nie będzie.

- Znasz go? To twój przyjaciel? - Spojrzała z ciekawością.

- Ja je kupiłem, Malinko. To forma inwestycji. Pieniądz tak szybko traci wartość, że opłaca się albo inwestować w firmę, albo w nieruchomości. Kupiłem jedno mieszkanie obok naszego i dwa pod nami. Dlatego wiem, skarbie, że na razie możemy rozmawiać swobodnie. - Przechylił się i pocałował ją w czubek nosa.

- Nie wiem nawet, co powiedzieć - odparła zszokowana. - Jeśli to inwestycja, to naprawdę udana. Pewnie kiedyś sprzedasz te apartamenty z ogromnym zyskiem. - Wpatrywała się w niego jak w obraz. Marek wydał jej się wyjątkowo mądry i doświadczony. - Jesteś odważny i przedsiębiorczy, tak wiele w życiu osiągnąłeś.

Grajewski był wyraźnie zachwycony jej podziwem. Zatrzymał na niej spojrzenie, ale natychmiast coś na kształt gniewu zagościło w jego oczach. Od razu się zmieszała, bowiem uzmysłowiła sobie, że on patrzy na jej siniak pod okiem. Pochyliła głowę, a potem spojrzała w kierunku mostu na Motławie. Czuła do siebie wstręt.

Mężczyzna odstawił kieliszek i uklęknął przed Maliną. Złożył głowę na jej gołych kolanach, wciągnął piżmowy zapach jej ciała i pogłaskał ją po dłoni.

- Skarbie, za to, co ci zrobił ten gnojek, udusiłbym go własnymi rękoma - rzucił gniewnie.

- Dajmy temu spokój. Nie mówmy już o tym. Bardzo się krępuję. Po prostu czuję się jak ktoś z totalnej patologii. Chodźmy, Marku, do wewnątrz, zrobiło się naprawdę chłodno - poprosiła zrezygnowana i zła na siebie, że nie nałożyła ciemnych okularów.

W rzeczywistości miała ochotę posiedzieć na tarasie, bo senność całkowicie jej minęła, a upojona szczęściem i miłością pragnęła podziwiać piękno miasta. Jednak skrępowanie i wstyd skutecznie jej tę radość odebrały.

Nie oglądając się za siebie, poszła do sypialni. Świeca zdążyła się wypalić, nad knotem unosił się jedynie waniliowy zapach i smużka dymu. Otworzyła okno, by wpuścić rześkie powietrze nocy.

Marek zaniósł sery do lodówki, wylał resztę wina i wstawił kieliszki do zmywarki, a potem położył się obok ukochanej i bez słowa ją przytulił.

- Malinko, kocham cię, skarbie mój - szepnął po dłuższej chwili milczenia. - Uratowałaś mnie. Myślałem, że już nic dobrego mnie w życiu nie spotka, a tymczasem mam ciebie, syna, wnuka i bezgraniczną miłość, która wypełnia moją duszę i wszystkie moje myśli. Mam dla kogo żyć, kochanie - szeptał jej czule, aż ukołysana jego głosem i otulona ramionami ukochanego, zasnęła.

Marek zostawił Malinie kartę do bankomatu i poprosił, by się po kobiecemu obkupiła i nie ruszała swoich pieniędzy z konta. Choć nie miała ochoty na zakupy, wzięła sobie jego słowa do serca, wszak wyszła z domu tak, jak stała. Poza tym rozumiała, że Marek chce mieć u swojego boku zadbaną kobietę.

Wzięła prysznic, okręciła się wielkim miękkim ręcznikiem i stanęła przed lustrem. Siniak pod okiem rozlał się także na policzek. Poszła do pokoju, wzięła ciemne okulary i nałożyła je przed lustrem. Były dość spore i na szczęście zakryły wykwity, ale ona i tak miała wrażenie, że każdy przechodzień się domyśli, dlaczego późną jesienią zasłania się ciemnymi szkłami. Zniechęcona rozczesała włosy i wyszła z łazienki.

By odwlec wyjście z domu, nastawiła ekspres i zrobiła sobie mocną, aromatyczną kawę. Z filiżanką w ręku stanęła przy wielkiej szklanej ścianie tarasu. Nad miastem wisiały chmury, ale na szczęście nie padało. Przyglądała się nurtowi rzeki i tętniącej życiem ulicy starego miasta.

Przez moment nasłuchiwała odgłosów z korytarza, ale na nowoczesnej, bardzo eleganckiej klatce schodowej cisza aż dzwoniła. Przypomniała sobie słowa Marka, że oprócz nich nikt po tej stronie korytarza, a także pod nimi nie mieszka. Przyzwyczaiła się do braku sąsiadów, w Pęklewie również w okolicy ich gospodarstwa nie było domostw. Nienawykła do zawierania przyjaźni, teraz zatęskniła za choćby jedną życzliwą duszą.

Wciąż rozmyślała o rozmachu inwestycyjnym Marka. Dla niej kupno choćby jednego małego mieszkania nawet na kredyt było nieosiągalne. Od miesięcy borykała się z brakiem funduszy. Pieniędzy, które wpływały jej na konto z fikcyjnego zatrudnienia w firmie Marka, nie ruszała. Raz tylko przelała część Kubie, ale zrobił o to straszną dramę. Serce ją bolało, gdy patrzyła, jak syn z synową spłacają kredyt i ledwo wiążą koniec z końcem. To małe mieszkanie przy Sobótki w starej kamienicy z przejściowymi pokojami było szczytem możliwości młodych, a i tak czuli się wybrańcami losu.

Myśl o Kubie zbudziła w niej tęsknotę. Nie chciała w takim stanie spotkać Klary, ale pragnęła choćby chwilę porozmawiać z synem przez telefon. Spojrzała na wyświetlacz komórki, było kilka minut przed dziewiątą. Wybrała numer i czekała na połączenie. Po kilku sygnałach automat poinformował ją, żeby zostawiła wiadomość. Nagrała się więc z prośbą, by Kuba oddzwonił.

Pewnie zajmują się Zygmusiem albo poszedł po sprawunki i nie bardzo może rozmawiać - domyślała się. Jednak gdy minęła godzina, potem druga, zaniepokoiła się nie na żarty. Zadzwoniła jeszcze raz. Jednak tym razem sekretarka się nie odezwała, wyglądało na to, że syn świadomie odrzucił połączenie. Napisała do niego esemesa z prośbą, by do niej odzwonił, odpowiedź przyszła po kilku minutach. "Mamo, na razie nie mogę rozmawiać, zadzwonię za kilka dni".

Malinę zmroziło. Jeszcze usprawiedliwiała Kubę, ale w głębi duszy już przeczuwała, że starszy syn ma do niej żal o to, że zostawiła Huberta z Fabianem. Czy miałam inne wyjście? Czy naprawdę do końca życia mam być z człowiekiem, który mnie nie szanuje, gardzi mną, szydzi ze mnie? Przygnębiła ją postawa Kuby. Zawsze wierzyła, że przynajmniej on ją rozumie. Na pewno ma do mnie żal również o miłość do Marka, o to, że ja jestem szczęśliwa, gdy tymczasem cała rodzina się rozpadła - biczowała się w myślach.

A może to ja nie mam racji? Może powinnam zostać w Pęklewie? Znosić upokorzenia z godnością, byleby tylko trwać przy własnym dziecku?

Rozpłakała się. Zapragnęła porozmawiać z kimś życzliwym. Jedyną osobą, która jej przyszła na myśl, była siostra. Drżącą dłonią wybrała numer i czekała. Z ciemnych, nabrzmiałych chmur zadzwoniły o szklaną poręcz tarasu pierwsze krople deszczu. Świat spochmurniał. Zapatrzyła się na skąpany w deszczu szary nurt Motławy.

Jagoda odebrała po kilku sygnałach, gdy Malina już straciła wiarę na połączenie.

- Cześć, Malina, cieszę się, że dzwonisz. Za chwilę zaczynam przyjmować pacjentów, ale mam parę minut. Jak się trzymasz? - Głos Jagody brzmiał martwo i dziwnie, młodsza siostra jednak nie zastanawiała się nad tym dłużej, bo bardzo chciała opowiedzieć Jagodzie o swoich smutkach.

- Kiepsko. Ani Hubert, ani nawet Kuba nie chcą ze mną rozmawiać - wyznała szczerze. - Pewnie i ty mnie potępiasz... Masz głos jakby zza grobu...

- Dziwisz się? Jutro jadę do sądu na posiedzenie apelacyjne w sprawie Piotrusia. Odwołaliśmy się, ale ja już w nic nie wierzę. Myślałam, że to tylko odwołanie i trafimy na tę samą sędzię, a tu się okazuje, że będzie nowy proces. Miejsca sobie nie mogę znaleźć. W dodatku mały jest chory, leży z gorączką w izolatce. Wczoraj odebrałam ze szpitala Jadwigę. Babcia Piotrusia czuje się już lepiej, ale sama rozumiesz, to jakiś koszmar po prostu. - Głos Jagody się załamał, oddychała szybko i nierówno.

- Tak, masz rację, przepraszam, że wyskakuję ze swoimi sprawami. - Malina się zmitygowała i zawstydziła. Świat nie kręcił się wokół niej, tylko każdemu rozdawał razy, nie bacząc na okoliczności. - Jak Piotruś znosi rozłąkę? Pewnie strasznie za nim tęsknisz - spytała łagodnie, byle coś miłego siostrze powiedzieć.

- Fatalnie! Nie rozmawia ze mną. Pisze wprawdzie pełne miłości listy i tylko one trzymają mnie przy zdrowych zmysłach. Gdy je czytam, to serce mi krwawi, bo wiem, że sama to wszystko zniszczyłam, na własne życzenie. Nie zareagowałam w kryzysie jak należy.

- Dziwne, ja czuję się tak samo. Też zniszczyłam swoje życie na własne życzenie - powiedziała bardziej do siebie niż do siostry.

- Marek cię zostawił? - weszła jej w słowo Jagoda.

- Nie wierzysz w jego miłość do mnie - stwierdziła Malina z goryczą. Zmroziły ją słowa siostry, bo wypowiedziała to, czego Malina bała się najbardziej.

- Kochanie, ja już w nic nie wierzę. Jeśli chcesz, to zamieszkaj na górze w naszej chacie pod starym świerkiem, będziesz miała bliżej do Pęklewa...

- Jagoda, proszę... - Malina pokręciła głową z dezaprobatą. - Marek mnie naprawdę kocha. Cierpię, bo moje dzieci się mnie wyrzekły... - Rozpłakała się z bezradności i żalu.

W telefonie zapadła cisza. Malina miała świadomość, że Jagoda wciąż potępia jej wyprowadzkę. Obwiniała ją o porzucenie Huberta na pastwę ojca. Jest w oskarżeniach sporo racji, ale jak mam wrócić do tego tyrana, to jest niemożliwe - tłumaczyła się w duchu.

- Nie płacz, siostra. Muszę kończyć. Już pacjentka się dobija, a jutro znów biorę wolne, bo rozprawa. Ludzie już tracą do mnie cierpliwość. - W słuchawce rozległo się westchnienie. - Powiedz mi chociaż, co się stało. Tak rzadko do mnie dzwonisz. Musiało się stać coś strasznego.

- Nic, po prostu tęsknię - szepnęła Malina przez ściśnięte gardło. - Proszę, zadzwoń jutro po rozprawie i powiedz, co z Piotrusiem - dopowiedziała i się rozłączyła.

Po rozmowie z Jagodą poczuła się jeszcze bardziej przygnębiona. Najchętniej zwinęłaby się w kłębek i nie wychodziła z łóżka. Najbezpieczniej czuła się w ramionach swojego mężczyzny. Przestraszyła się nagle słów Jagody. A co, jeśli Marek naprawdę przestanie mnie kochać? - strwożyła się. Przyjdzie mi wtedy się zabić. Nie zniosę ludzkiego śmiechu, gdyby przyszło mi wrócić do Pęklewa. A Fabian? Drwiłby ze mnie, że zachciało mi się wielkiej miłości.

Dopiła zimną kawę i niechętnie zamówiła taksówkę. Wolałaby iść pieszo, ale wstydziła się sińców na twarzy i tego, że w pochmurny dzień paraduje w ciemnych okularach. Denerwowała się na siebie, że obchodzi ją, co o niej myślą nieznani jej ludzie, przechodnie, których mijała zapewne raz w życiu. Nie potrafiła jednak się pozbyć tej zaściankowości.

Na szczęście w Galerii Bałtyckiej o tej porze nie było za dużo ludzi. Malina odetchnęła z ulgą, ale i tak nie poprawiło jej to samopoczucia. Co chwilę zerkała w telefon, czy aby przypadkiem nie ma wiadomości od Kuby. Przestała już liczyć na choćby krótki esemes od Huberta, bardzo bolało ją milczenie młodszego dziecka. Dzwoniła do niego, wysyłała mu zapewnienia o miłości i o tym, że tęskni, ale młodszy syn ani razu nie odpisał.

Przygnębiona włóczyła się od witryny do witryny. W końcu znużona kupiła na odczepnego jedną sukienkę, spodnie i dwie bluzki, a także bieliznę. Natomiast w Sephorze zebrała się na odwagę i poprosiła młodą kobietę o dobranie podkładu, który tuszuje zasinienia. Ekspedientka spojrzała na nią ze współczuciem, po czym profesjonalnie podeszła do zadania.

- Nie ma zbyt wielu klientów, może chce pani, bym zrobiła pani makijaż, przy okazji nauczę panią, jak zakryć ciemniejsze zabarwienia na twarzy - zaproponowała.

- Będę wdzięczna.

Malina poddała się zabiegom, a kiedy rzeczywiście pod wprawnymi palcami młodej kobiety jej twarz nabrała jednolitego koloru, zdecydowała się na wszystkie zaproponowane kosmetyki, pierwszy raz nie zwracając uwagi na horrendalnie wysoki rachunek. W kolejnym sklepie wybrała sobie również lekko przydymione, eleganckie okulary, nie tak ciemne, jak te, które miała na nosie. Poczuła się znacznie swobodniej. Dokupiła jeszcze kilka rzeczy i pierwszy raz od młodych lat pożałowała, że nie ma przyjaciółki od serca, z którą mogłaby dzielić czas i porozmawiać o kobiecych sprawach.

Samotność ją bolała. Malina miała świadomość, że choć Kuba i Klara mieszkają zaledwie kilka minut spacerkiem od Galerii Bałtyckiej, nie byłaby tam teraz mile widziana. Znów poczuła się winna. Przez moment zastanawiała się nawet, czy Fabian przyjąłby ją z powrotem i czy wybaczyłby jej odejście i zdradę. Sama nie wiedziała już, co jest dobre, a co złe.

Objuczona pakunkami, wróciła do mieszkania. Ku jej zaskoczeniu Marek był w domu i czekał na nią.

- Wpadłem tylko na chwilę. Domyśliłem się, że jesteś na zakupach. Jejku, skarbie, jak ty ślicznie wyglądasz. - Zachwycił się jej widokiem.

Uśmiechnęła się do niego, wdzięczna za te słowa. Chciała mu się zwierzyć, że jest bardzo smutna, bo ani młodszy, ani starszy syn z nią nie rozmawiają, ale zrezygnowała. Nie ma nic gorszego niż wiecznie utyskująca stara baba - oceniła w duchu.

- Kocham cię - wyszeptała zdławionym z emocji głosem. I nagle znów się przeraziła, że całe swoje życie postawiła na jednego człowieka, który przecież już raz ją zawiódł. A co, jeśli zawiedzie mnie drugi raz? Odrzuciła natychmiast te myśli. Były zbyt bolesne i zbyt brutalne.

- Malinko, chodź, skoczymy na dół do restauracji na obiad. Nic dzisiaj nie jadłem. Masz ochotę? - Podniósł jej twarz ku sobie i zabawnie cmoknął ją w czubek nosa.

Nie miała ochoty wychodzić z domu, wolałaby zamówić coś na wynos, ale uśmiechnęła się i pokiwała energicznie głową. Obawiała się zawieść swojego mężczyznę. Bo przecież oprócz niego nie pozostał jej już nikt do kochania. I nikt oprócz Marka nie kochał też jej.

Mój Boże, co ja najlepszego zrobiłam? - odkryła zrozpaczona. Zostawiłam własną rodzinę... Jakakolwiek była, to miałam swoje miejsce, swój kąt. Tutaj wszystko jest... za bogate... zbyt eleganckie, nie moje... obce... - rozmyślała gorzko, choć na jej twarzy gościł uśmiech.

Nieco się uspokoiła, gdy usłyszała czułe słowa Marka.

- Moja jedyna, moja najdroższa - szeptał jej w windzie, tuląc ją do siebie. - Zobaczysz, Malinko, wszystko się z czasem ułoży. Bądźmy dobrej myśli.

Ulżyło jej. Skarciła się w duchu, że wątpi w miłość Marka. Był dla niej taki dobry, czuły. Tylko czy jego słowa są szczere? - pytał ją jakiś głos, którego nie szło zagłuszyć. Nie rozumiała, dlaczego nie potrafi wyzbyć się tej irracjonalnej obawy, że nagle zostanie zupełnie sama. Pomyślała o Zygmuncie i o jego ostatniej prośbie, którą wypowiedział w chwili śmierci. Zawiodłam go i przez to szczęśliwa już nigdy nie będę... Zamrugała szybko i podziękowała w duchu za ciemne okulary, które przysłoniły toczące się po policzkach łzy.