Święta Śmierć - Mark Dawson

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Adolfo Gon­zález opu­ścił ka­łasz­ni­kowa. Po­zo­stali uczy­nili to samo. Stali w pół­okręgu wo­kół trzech unie­ru­cho­mio­nych te­re­nó­wek. Pa­no­wała ci­sza, je­śli nie li­czyć mo­no­ton­nego skwier­cze­nia ziemi sma­żą­cej się w słońcu. W fa­lu­ją­cym od upału po­wie­trzu mie­niły się dro­binki ku­rzu. Męż­czy­zna spoj­rzał na do­ko­nane dzieło. Po­jazdy dy­miły, po­dziu­ra­wione ku­lami ka­ro­se­rie przy­po­mi­nały sito. Auta były kom­plet­nie zde­mo­lo­wane. Wy­strze­lone przez snaj­pe­rów po­ci­ski ka­li­bru 10,57 po­wy­bi­jały dziury w przed­nich szy­bach. Dzieła znisz­cze­nia do­ko­nał ogień z au­to­ma­tów.

Włosi przy­je­chali na spo­tka­nie dro­gimi wiel­kimi range ro­ve­rami z na­pę­dem na cztery koła. Miały przy­ciem­niane szyby, skó­rzane fo­tele i kse­no­nowe re­flek­tory. Chcieli zro­bić wra­że­nie. Po­pi­sać się. Nie na wiele im się to zdało. Je­den z nich pró­bo­wał od­je­chać, ale nie do­tarł zbyt da­leko. Ze sfla­cza­łych opon wciąż jesz­cze z sy­kiem ucho­dziło po­wie­trze. Wszyst­kie szklane ele­menty były roz­bite. Z po­dziu­ra­wio­nych chłod­nic uno­siła się para.

Adolfo ro­zej­rzał się po wzgó­rzach. Znał Sa­ma­lay­ucę jak wła­sną kie­szeń. Jego ro­dzina ko­rzy­stała z tego miej­sca od lat. Ide­al­nie się nada­wało do ukry­wa­nia zwłok i or­ga­ni­zo­wa­nia za­sa­dzek. Trzech naj­lep­szych snaj­pe­rów roz­mie­ścił na od­da­lo­nym o nie­cały ki­lo­metr grze­bie­niu za­sty­głej lawy. Przy­go­to­wali so­bie kry­jówki, w któ­rych spę­dzili noc. Te­raz wi­dział, jak scho­dzą ze wznie­sie­nia. Pro­mie­nie słońca opie­rały się na dłu­gich ciem­nych lu­fach ich ka­ra­bi­nów i od­bi­jały się od so­cze­wek lu­net.

Skie­ro­wał się do naj­bliż­szego range ro­vera, opie­ra­jąc au­to­mat na bio­drze. Przy­da­rzały mu się różne rze­czy. Cza­sem istne cuda. Opła­cało się być ostroż­nym. Otwo­rzył drzwi. Oparte na kie­row­nicy zwłoki jed­nego z Wło­chów prze­chy­liły się na bok. Adolfo wy­cią­gnął je z auta i rzu­cił na za­ku­rzoną zie­mię. Co za nie­fart, pen­dejo. Na tyl­nym sie­dze­niu spo­czy­wały ko­lejne dwa trupy.

Adolfo ob­szedł te­re­nówkę od tyłu. Za nią, twa­rzą w górę i z otwar­tymi ustami, le­żało na­stępne ciało. Ży­wo­czer­wona krew wsią­kała w piach. Nad nie­bosz­czy­kiem ro­iła się chmara wy­głod­nia­łych much.

Zbli­żył się do dru­giego sa­mo­chodu i zaj­rzał do środka przez okno po stro­nie kie­rowcy. To był ten, który pró­bo­wał ucie­kać. Kula roz­trza­skała mu głowę. Roz­bry­zgi krwi wi­dać było na de­sce roz­dziel­czej, sie­dze­niach i po­zo­sta­ło­ściach szyby.

W trze­cim au­cie zna­lazł dwóch mar­twych lu­dzi. Pod­szedł z po­wro­tem do pierw­szego, za któ­rym le­żało ciało. Kop­nął męż­czy­znę w że­bra.

Po­zor­nie mar­twe usta się po­ru­szyły.

- Czego? - wark­nął Adolfo.

Ranny wy­rzę­ził coś nie­zro­zu­mia­łego.

Adolfo uklęk­nął.

- Nie sły­szę.

- Ba­sta - wy­char­czał le­żący. - Ferma.

- Już za późno, ca­brón - od­parł Adolfo. - Trzeba było po­my­śleć o tym wcze­śniej.

Odło­żył au­to­mat i ski­nął na Pa­bla, który z ka­merą w ręce krę­cił film na YouTube'a. Na­le­żało wy­słać wia­do­mość. Coś, co da im do my­śle­nia. Pa­blo skie­ro­wał ka­merę na ran­nego, nie prze­ry­wa­jąc fil­mo­wa­nia. Ktoś po­dał Adol­fowi ma­czetę z krót­kim ostrzem.

Umie­ra­jący śle­dził wzro­kiem każdy jego ruch.

Szef dał znak i jego lu­dzie unie­śli ran­nego do po­zy­cji klę­czą­cej. Za­wle­kli go do po­bli­skiego drzewa. Miał twarz za­laną krwią, która są­czyła się też spod ma­ry­narki. Prze­rzu­cili linę przez ga­łąź i wolny ko­niec za­wią­zali mu na kost­kach. Kiedy szarp­nęli pierw­szy raz, upadł. Po kilku ko­lej­nych po­cią­gnię­ciach za­wisł głową w dół.

Adolfo ujął ma­czetę w prawą dłoń, a lewą chwy­cił gę­ste czarne włosy męż­czy­zny. Gwał­tow­nym ru­chem po­de­rwał mu głowę, żeby od­sło­nić gar­dło.

Spoj­rzał w obiek­tyw ka­mery i przy­stą­pił do pracy.

7

We­zwa­nie przy­szło, gdy Je­sus je­chał Ave­nidą, główną ulicą Ju­árez. Wzdłuż niej stały dwu­pię­trowe bu­dynki. Nie­gdyś krzy­kliwe ko­lory dawno wy­bla­kły na słońcu, ce­gły się kru­szyły, a po­wy­bi­jane okna za­sło­nięto pły­tami sklejki, na któ­rych wy­kwi­tło graf­fiti. Te lo­kale, które jesz­cze nie upa­dły, za­spo­ka­jały naj­bar­dziej przy­ziemne po­trzeby lu­dzi: ha­za­rdu, al­ko­holu i płat­nej mi­ło­ści. Na wschód od głów­nej ulicy roz­cią­gał się za­gma­twany la­bi­rynt nie­oświe­tlo­nych uli­czek, two­rzący dziel­nicę czer­wo­nych la­tarni. Zbłą­kany prze­cho­dzień mógł mó­wić o wiel­kim szczę­ściu, je­śli wy­do­stał się stam­tąd po­zba­wiony je­dy­nie port­fela. Plato wi­dział wiele zwłok w brud­nych, wą­skich za­uł­kach i ob­skur­nych po­ko­ikach oświe­tlo­nych zwi­sa­jącą z su­fitu ża­rówką, w któ­rych pro­sty­tutki upra­wiały swoje rze­mio­sło. Tak czy ina­czej, miał już dość tego wi­doku.

We­zwa­nie miało kod 415, co ozna­czało zwy­kłe za­kłó­ce­nie po­rządku pu­blicz­nego, ale Plato przy­jął je, po­nie­waż był nie­da­leko. Wie­dział, że je­śli po­dej­mie in­ter­wen­cję w tej spra­wie, spad­nie ry­zyko przy­dzie­le­nia mu w dal­szej czę­ści dnia za­da­nia ozna­czo­nego ko­dem 187 albo 207. To były we­zwa­nia, do któ­rych przyj­mo­wa­nia nikt się nie kwa­pił - mor­der­stwa albo po­rwa­nia, które też za­wsze koń­czyły się za­bój­stwem. Po­mi­ja­jąc ry­zyko obec­no­ści mor­dercy w po­bliżu miej­sca zbrodni - pierwsi in­ter­we­niu­jący funk­cjo­na­riu­sze czę­sto byli ostrze­li­wani przez prze­stęp­ców - były to od­ra­ża­jące, przy­gnę­bia­jące sprawy, któ­rych pra­wie ni­gdy nie uda­wało się wy­ja­śnić. Nie chciał mieć ta­kiego roz­grze­ba­nego śledz­twa w swoim do­ssier w dniu za­koń­cze­nia służby.

Nie, po­wta­rzał so­bie, gdy par­ko­wał do­dge'a przy kra­węż­niku. Przy­ję­cie tego we­zwa­nia nie było prze­ja­wem tchó­rzo­stwa, lecz zdro­wego roz­sądku. W ciągu tych wszyst­kich lat roz­pra­co­wy­wał już wy­star­cza­jąco dużo za­bójstw. Tak dużo, że sam stra­cił ra­chubę - zwłasz­cza w ostat­nim okre­sie.

Do sza­mo­ta­niny do­szło na chod­niku przed jed­nym z klu­bów ze strip­ti­zem. Plato bar­dzo do­brze znał lo­kal Edu­arda. Bram­ka­rze przy­trzy­my­wali dwóch mło­dzień­ców o wy­glą­dzie stu­den­tów. Je­den z chło­pa­ków krwa­wił z nosa.

Plato spoj­rzał na wska­za­nia ter­mo­me­tru na ta­blicy roz­dziel­czej. W au­cie pa­no­wał przy­jemny chłód, pod­czas gdy na ze­wnątrz było po­nad czter­dzie­ści stopni. Wes­tchnął i wy­siadł z kli­ma­ty­zo­wa­nego po­jazdu na roz­pa­loną słoń­cem ulicę. Żar ude­rzył w niego jak mło­tem.

- Co jest grane? - rzu­cił w stronę sto­ją­cego naj­bli­żej ochro­nia­rza. Znał tego czło­wieka. Na prze­kór zwa­li­stej po­stu­rze na­zy­wali go Mały Gar­cia. Kie­dyś też pra­co­wał w po­li­cji, za­nim zo­stał wy­da­lony ze służby za przyj­mo­wa­nie ła­pó­wek od kar­teli. Plato nie zno­sił ła­pow­nic­twa i po­gar­dzał tym sła­bym czło­wie­kiem, ale wie­dział, że je­śli bę­dzie uprzej­mie go trak­to­wał, może mieć w nim do­bre źró­dło in­for­ma­cji z pół­światka, któ­rych po­trze­bo­wał.

- Po­rucz­niku! - rzu­cił ol­brzym. - Jak leci?

- Nie­źle, Mały.

- Wciąż na służ­bie?

- Już nie­długo. Zbli­żam się do mety. Za ty­dzień o tej po­rze będę eme­ry­tem.

- Tylko po­zaz­dro­ścić. Odej­ście ze służby było naj­lep­szą rze­czą, jaka mnie spo­tkała.

Plato rzu­cił okiem na jego nie­chlujny strój na tle przy­gnę­bia­ją­cej ni­ja­ko­ści Ave­nidy i po­my­ślał, że dawny ko­lega tylko do­daje so­bie ani­mu­szu.

- No do­bra, co z tymi chło­pa­kami? Co na­wy­wi­jali?

- Tro­chę wy­pili i nie upil­no­wali rąk przy jed­nej z dziew­czyn. Wiesz, co mam na my­śli, to nie pierw­szy raz. Nie mamy ja­kichś su­ro­wych za­sad, ale jed­nej pil­nu­jemy bez­względ­nie: żad­nego ma­ca­nia. Dziew­czyna mnie za­wo­łała, więc pod­sze­dłem i bar­dzo grzecz­nie, bo prze­cież wiesz, jaki je­stem uprzejmy, po­wie­dzia­łem im, że może już czas opu­ścić lo­kal.

Mło­dzieńcy prych­nęli z nie­za­do­wo­le­niem.

- Było zu­peł­nie ina­czej! - rzu­cił je­den z nich.

Plato kiw­nął głową, wska­zu­jąc chło­paka z za­krwa­wioną twa­rzą.

- Co mu się stało?

- Zdaje się, że nie bar­dzo chciał wyjść. Rzu­cił się na mnie z pię­ściami, więc mu od­da­łem. Ja tra­fi­łem, on nie.

- Gówno prawda! - krzyk­nął chło­pak z roz­bi­tym no­sem.

Plato przyj­rzał się uważ­nie obu mło­dym męż­czy­znom. Do­brze ubrani, choć odzie­nie było już tro­chę nie­świeże. Wy­glą­dali na chło­pa­ków z do­brych do­mów: ciu­chy z GAP-a, spodnie w kant, wy­pra­so­wane ko­szule i ele­ganc­kie buty. Po­li­cjant po­my­ślał, że stu­diują na uni­wer­sy­te­cie w El Paso. Są­dząc po ubra­niu i ucze­sa­niu, pie­nię­dzy im nie bra­ko­wało. Na miej­sco­wych pa­trzyli z góry. Plato wi­dział to już wiele razy. Ame­ry­kań­scy mło­dzieńcy z gru­bymi port­fe­lami wy­bie­rali się na drugą stronę gra­nicy, w mek­sy­kań­ską dzicz, żeby za­żyć przy­gód. Zwy­kle pa­ko­wali się w kło­poty. Koń­czyli w ja­kiejś pod­łej spe­lu­nie, ta­kiej jak ta, uświa­da­mia­jąc so­bie z przy­kro­ścią, że nie mogą ro­bić, co im się żyw­nie po­doba.

Plato wie­dział jed­nak, że aku­rat ci dwaj po pro­stu mieli pe­cha albo za dużo wy­pili. U Edu­arda można było do woli ob­ma­cy­wać dziew­czyny, a na­wet znacz­nie wię­cej, o ile od­po­wied­nio się za­pła­ciło.

Pod­pro­wa­dził ich do ra­dio­wozu. Kiedy zbli­żali się do kra­węż­nika, je­den z mło­dzień­ców - przy­stojny blon­dyn z bujną czu­pryną i syl­we­tką fut­bo­li­sty - na­gle przy­ci­snął swoją dłoń do jego dłoni. Plato po­czuł ukłu­cie cze­goś ostrego na skó­rze. To była kra­wędź bank­notu. Od­wró­cił się przo­dem do chło­paka i chwy­cił bank­not kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym.

- Co to jest? - za­py­tał, pod­no­sząc bank­not.

- Co tylko chcesz, czło­wieku.

- Ła­pówka?

- Jak so­bie ży­czysz.

- Chyba żar­tu­jesz. Pró­bu­jesz mnie prze­ku­pić?

- Po­patrz tylko, to jest Fran­klin. Daj spo­kój, czło­wieku. Po co to wszystko? Sto do­lców za­ła­twia sprawę. Już nie­raz tu by­łem. Wiem, jak to u was działa.

- Nie - od­rzekł po­nuro Plato. - Nie wiesz. Tylko po­gor­szy­łeś sprawę. Od­wróć­cie się obaj.

Roz­legł się dud­niący śmiech Ma­łego Gar­cii.

- Nie wie­dzą, z kim mają do czy­nie­nia, co, Je­sus? Ech, wy dur­nie, znam tego czło­wieka, kie­dyś z nim pra­co­wa­łem. Chyba przez całe ży­cie nie wziął od ni­kogo zła­ma­nego peso.

- Daj spo­kój, fa­cet, wiemy, że na­roz­ra­bia­li­śmy. Co mamy zro­bić, żeby to na­pra­wić? Dać ci dwie stówki? Spoko, niech będą dwie.

- Od­wróć­cie się - po­wtó­rzył Plato, kła­dąc dłoń na rę­ko­je­ści glocka.

- Tylko spo­koj­nie, niech będą trzy stówki i po spra­wie.

- Od­wróć­cie się na­tych­miast.

Chło­pak zo­rien­to­wał się, że Plato się nie ugnie, i zbla­zo­wany wy­raz jego twa­rzy ustą­pił miej­sca gry­ma­sowi zło­ści. Od­wró­cił głowę do tyłu, gdy po­li­cjant przy­ci­skał go do ma­ski ra­dio­wozu, i za­czął mó­wić:

- Po cho­lerę to wszystko? Je­śli ty nie chcesz mo­ich pie­nię­dzy, któ­ryś z two­ich kum­pli na bank je weź­mie. Wy, fe­de­ra­les, ma­cie tak gięt­kie krę­go­słupy, że na­wet nie po­tra­fi­cie szczać pro­sto. Wszy­scy to wie­dzą. Od­rzu­casz trzy­sta do­lców pre­mii w imię czego? Ja­kichś pier­do­lo­nych za­sad? Wszy­scy wiemy, że osta­tecz­nie to nie zrobi żad­nej róż­nicy. Wyj­dziemy na wol­ność i wró­cimy do cy­wi­li­za­cji, za­nim skoń­czysz zmianę i wró­cisz do ja­kiejś za­sra­nej dziury, z któ­rej wy­peł­złeś.

- Ga­daj zdrów, synu - rzu­cił Plato, za­ci­ska­jąc ob­ręcz kaj­da­nek na pra­wym nad­garstku chło­paka. Na­stęp­nie, szar­piąc go za ra­mię moc­niej, niż to było ko­nie­czne, skuł jego lewą rękę. Mło­dzie­niec krzyk­nął z bólu, ale po­li­cjant się tym nie prze­jął. Otwo­rzył tylne drzwi sa­mo­chodu i we­pchnął chło­paka do środka, niby nie­chcący za­wa­dza­jąc jego głową o kra­wędź da­chu. Po­tem skuł dru­giego stu­denta i zro­bił z nim to samo.

- Trzy­maj się, Gar­cia - rzu­cił do ol­brzyma, za­trza­sku­jąc drzwi.

- Nie wy­chy­laj się, Je­sus.

- Ty też.

8

Ho­tel Le­ach w Do­uglas w sta­nie Ari­zona był oka­za­łym re­lik­tem daw­nej epoki. Kie­dyś peł­nił w tym przy­gra­nicz­nym mie­ście ważną funk­cję jako naj­lep­szy przy­sta­nek przed dal­szą po­dróżą do kraju bez­pra­wia i prze­mocy. Zo­stał zbu­do­wany na prze­ło­mie XIX i XX wieku i na­zwany po miej­sco­wym dy­gni­ta­rzu, dla któ­rego był oczkiem w gło­wie. Ro­bert E. Le­ach był na­cjo­na­li­stą z Po­łu­dnia, zwo­len­ni­kiem nie­wol­nic­twa, a u schyłku ży­cia am­ba­sa­do­rem Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Mek­syku.

Beau Ba­xter wie­dział o tym bu­dynku ab­so­lut­nie wszystko. Uwiel­biał hi­sto­rię, a przy­bla­kły splen­dor ho­telu, który wy­da­wał się miej­scem poza cza­sem, bar­dzo mu od­po­wia­dał. Ten re­jon hrab­stwa Co­chise był za­wsze chęt­nie od­wie­dzany przez wszel­kiej ma­ści stra­ceń­ców, a do lo­kal­nych rze­zi­miesz­ków za­trzy­mu­ją­cych się nie­gdyś w Ho­telu Le­ach na­le­żeli mię­dzy in­nymi Clay Al­li­son, Luke Short, Johnny Ringo i Curly Bill Bro­cious. Beau czy­tał o nich wszyst­kich.

Czę­sto spo­ty­kał się tu z klien­tami - przy­naj­mniej tymi, któ­rzy nie żą­dali od niego przy­jazdu do Ho­uston czy Dal­las - i cie­szył się, że ocze­ku­jący na niego dzi­siaj męż­czy­zna pro­wa­dzi in­te­resy przy gra­nicy i nie ma pro­ble­mów z po­fa­ty­go­wa­niem się do niego.

Beau nie­dawno ukoń­czył sześć­dzie­siątkę, choć wy­glą­dał mło­dziej. Miał opa­loną, po­krytą zmarszcz­kami twarz, ogo­rzałą od słońca po wielu ty­go­dniach spę­dzo­nych w te­re­nie. No­sił do­brze do­pa­so­wany, ewi­dent­nie kosz­towny błę­kitny gar­ni­tur, roz­piętą pod szyją ja­sno­nie­bie­ską ko­szulę i buty z wę­żo­wej skóry. Sie­dział w ho­te­lo­wym lobby przy sto­liku, na któ­rym po­ło­żył kre­mowy kow­boj­ski ka­pe­lusz. Po­miesz­cze­nie było de­li­kat­nie oświe­tlone pro­mie­niami słońca prze­są­cza­ją­cymi się przez zie­lono-nie­bie­skie wi­tra­żowe świe­tliki w su­fi­cie.

Ja­kiś czło­wiek sta­nął w drzwiach wej­ścio­wych i ob­rzu­cił lobby spoj­rze­niem spod przy­mru­żo­nych po­wiek. Beau roz­po­znał swo­jego klienta - męż­czy­znę śred­niego wzro­stu, moc­nej bu­dowy ciała, z oliw­ko­wo­brą­zową skórą i roz­bie­ga­nym, po­dejrz­li­wym wzro­kiem. Czę­sto no­sił ja­skrawe ko­szule, zda­niem Beau w nie­zbyt do­brym gu­ście. Nie znał jego na­zwi­ska, nie było ono zresztą ważne. Klient przed­sta­wiał się jako Carlo. Był nieco pod­sta­rza­łym Wło­chem na­le­żą­cym do pew­nej or­ga­ni­za­cji prze­stęp­czej z New Jer­sey. Nie na­le­żało za­da­wać zbyt wielu py­tań na te­mat jej dzia­łal­no­ści, ale to też nie miało więk­szego zna­cze­nia dla Beau. Ważne, że pła­cili w ter­mi­nie, a ich pie­nią­dze były w jego mnie­ma­niu rów­nie do­bre jak każde inne.

Wstał i wy­cią­gnął rękę na po­wi­ta­nie.

- Carlo!

- Ba­xter! Ładne miej­sce. Im­po­nuje. To au­ten­tyk?

- Stoi tu od stu lat. Ro­bią wo­kół tego wiel­kie halo, ale to na­prawdę hi­sto­ryczny obiekt.

- Nie­wia­ry­godne, że współ­pra­cu­jemy od tylu lat, a ni­gdy mnie tu nie za­pro­si­łeś.

Beau wzru­szył ra­mio­nami.

- Wi­dać nie było oka­zji.

Usie­dli na ka­na­pie w rogu. Carlo po­ło­żył na stole brą­zową ko­pertę.

- Do­bra ro­bota - po­wie­dział. - Mi­strzo­stwo.

Beau pod­niósł ją i zaj­rzał do środka. Prze­su­nął pal­cem po kra­wę­dzi gru­bego pliku bank­no­tów.

- Dzię­kuję. - Za­mknął ko­pertę i wsu­nął ją do we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki. - Mam na­dzieję, że nasz wspólny zna­jomy dał wam to, czego po­trze­bo­wa­li­ście.

- Ow­szem. Jak go zna­la­złeś?

- Co za róż­nica?

- Py­tam z cie­ka­wo­ści.

- Nie mu­sisz się tym przej­mo­wać. Za to mi pła­cisz.

- Ta­jem­nica za­wo­dowa, co?

- Coś w tym gu­ście. - Beau się uśmiech­nął. - W po­rządku. Wspo­mi­na­łeś, że masz coś no­wego.

- Tak, ale to nie bę­dzie ła­twe.

- Zle­ce­nia, które do­staję, ni­gdy nie są ła­twe, w prze­ciw­nym ra­zie mógłby je re­ali­zo­wać ktoś inny. O kogo cho­dzi?

Carlo wy­jął te­le­fon i wy­szu­kał zdję­cie męż­czy­zny. Po­dał urzą­dze­nie Beau.

- Znasz go?

Beau gwizd­nął przez zęby.

- Nie żar­to­wa­łeś, to nie bę­dzie ła­twe.

- Znasz go?

- O ile się nie mylę, to Adolfo Gon­zález. Zga­dza się?

- Zga­dza się. Znasz go?

- Tak mi się wy­daje.

- Mia­łeś z nim stycz­ność?

- Parę razy. Nie bez­po­śred­nio.

- Ale znasz jego re­pu­ta­cję?

- Tak.

- Czy to dla cie­bie pro­blem?

- Dla mnie nie, ale dla cie­bie być może tak. Na­mie­rze­nie go bę­dzie szcze­gól­nie dużo kosz­to­wało.

- Da­waj.

Beau wcią­gnął po­wie­trze przez zęby, za­sta­na­wia­jąc się nad od­po­wie­dzią.

- No więc po pierw­sze nie bę­dzie ła­two go zna­leźć, a po dru­gie, bio­rąc pod uwagę jego ko­nek­sje, cena musi uwzględ­niać dzi­siej­sze i przy­szłe ry­zyko, że do­wie­dzą się, kto go wy­śle­dził. Wo­bec tego mó­wimy o rów­nych pięć­dzie­się­ciu ty­sią­cach, po­łowa te­raz, po­łowa po wy­ko­na­niu zle­ce­nia.

Beau za­uwa­żył, że jego wzrok ucieka w stronę kępki wło­sów wi­docz­nej mię­dzy gu­zi­kami wzo­rzy­stej ko­szuli Carla.

- Pięć­dzie­siąt?

- Plus koszty.

- W po­rządku.

- Tak po pro­stu?

- Uwa­żasz, że po­wi­nie­neś za­żą­dać wię­cej?

- Cena to cena.

- Pierw­szą po­łowę do­sta­niesz o czter­na­stej trzy­dzie­ści.

- Czyli bar­dzo wam się spie­szy.

- Jak do­brze go znasz? - spy­tał Carlo.

- Po­zna­łem go, kiedy był młod­szy. Raz go przy­ła­pa­łem na prze­kra­da­niu się przez gra­nicę.

- I co o nim my­ślisz?

- Je­śli wtedy był zły, te­raz jest jesz­cze gor­szy.

- Jak bar­dzo?

- Po­wie­dział­bym, że to podły, psy­cho­pa­tyczny skur­wiel. Po­wiesz mi, co wam zro­bił, że tak się na niego uwzię­li­ście?

- Ro­bi­li­śmy in­te­resy z jego sta­rym - od­rzekł Carlo. - Han­dlo­wa­li­śmy pew­nym to­wa­rem. W ja­kimś mo­men­cie po­ja­wił się pro­blem, bo oj­ciec zmie­nił wa­runki i układ stał się dla nas nie­opła­calny. Po­je­cha­li­śmy na spo­tka­nie, żeby to omó­wić. Młody Gon­zález za­mor­do­wał sze­ściu mo­ich lu­dzi.

Beau przy­po­mniał so­bie po­gło­ski.

- Cho­dzi o tę awan­turę na po­łu­dnie od Ju­árez?

Carlo roz­ło­żył sze­roko ręce.

- Po­wiedzmy, że chcemy z nim o tym po­roz­ma­wiać.

- Czyli ma być żywy?

- W miarę moż­li­wo­ści. Bę­dzie pre­mia.

- Ro­zu­miem.

Beau nie mu­siał py­tać o nic wię­cej. Był łowcą głów wy­star­cza­jąco długo, by wie­dzieć, że ze­msta miewa różne ob­li­cza.

- Po­trze­bu­jesz jesz­cze cze­goś?

- Nie - od­rzekł. - To wy­star­czy.

- W ta­kim ra­zie za­ła­twione. - Carlo wstał. - Po­myśl­nych wia­trów.

Beau rów­nież się pod­niósł i wziął ka­pe­lusz ze stołu.

- Wiesz, jak na­zy­wają na­szego chłopca na po­gra­ni­czu?

Carlo po­krę­cił głową.

Beau strzep­nął py­łek z ka­pe­lu­sza.

- Ten fa­cet robi wra­że­nie swoją re­pu­ta­cją. Nie­dawno sły­sza­łem, jak mó­wią o nim Santa Mu­erte.

- Święta Śmierć? Ci Mek­sy­kańcy to prze­sądne skur­wy­syny, Ba­xter.

- Być może. W każ­dym ra­zie pięć­dzie­siąt pa­ty­ków za tego go­ścia to praw­dziwa oka­zja, przy­ja­cielu.

9

Gra­nica.

Na­zy­wali ją Li­nią Ko­stu­chy.

Na przej­ściu gra­nicz­nym pa­no­wał duży ruch. Z jed­nej strony sznur cię­ża­ró­wek, sa­mo­cho­dów oso­bo­wych i mo­to­cy­kli kie­ru­ją­cych się na po­łu­dnie, z dru­giej znacz­nie dłuż­sza i gęst­sza ko­lejka po­jaz­dów ja­dą­cych na pół­noc. Beau po­woli po­su­wał się na­przód w swoim je­epie che­ro­kee. Okiem za­wo­dowca tak­so­wał cię­ża­rówki nad­jeż­dża­jące od strony Ju­árez. Ile z nich prze­wo­ziło nar­ko­tyki? Co dzie­siąta? Co dwu­dzie­sta? Pa­ko­wane próż­niowo paczki z ko­ka­iną za­ta­piano w becz­kach z che­mi­ka­liami, żeby zmy­lić psy. Wkła­dano je do skry­tek, wy­py­chano nimi atrapy zde­rza­ków, wci­skano w prze­wo­żone le­gal­nie ła­dunki. Były warte mi­liardy do­la­rów.

Beau spo­glą­dał na wy­soki płot z wie­żami straż­ni­czymi i szpe­ra­czami. Umoc­nie­nia gra­niczne z cza­sem bar­dzo się zmie­niły. Pra­co­wał na gra­nicy przez całe do­ro­słe ży­cie. Ukoń­czył Aka­de­mię Straży Gra­nicz­nej, po czym sta­cjo­no­wał w Do­uglas. Przez dwa­dzie­ścia lat był agen­tem cel­nym i pa­tro­lo­wał to za­po­mniane przez Boga i lu­dzi pust­ko­wie, jeż­dżąc konno ze strzelbą przy­tro­czoną do sio­dła.

Pa­trzył na straż­ni­ków krą­żą­cych mię­dzy sa­mo­cho­dami i cię­ża­rów­kami. Ci chłopcy uzna­liby go za ana­chro­nicz­nego dzi­waka, przed­kła­da­ją­cego ko­nia nad no­wego je­epa, któ­rym mógł prze­cież jeź­dzić w la­tach swo­jej służby.

Był jed­nak re­ali­stą i wie­dział, że świat po­szedł na­przód, a on na­prawdę po­cho­dzi z in­nej epoki. Sta­czał re­gu­larne bi­twy z prze­myt­ni­kami nar­ko­ty­ków. Ten re­jon ni­gdy nie był przy­jemny, a te­raz stał się praw­dziwą klo­aką. Naj­gor­szą re­pu­ta­cję miało Ciu­dad Ju­árez. W tym obrzy­dli­wym przy­gra­nicz­nym mie­ście pa­no­wały chci­wość, ko­rup­cja i zbrod­nia. Kar­tele o roz­mia­rach i stop­niu or­ga­ni­za­cji mię­dzy­na­ro­do­wych przed­się­biorstw mor­do­wały lu­dzi na prze­my­słową wręcz skalę, a Beau cie­szył się, że nie musi już uczest­ni­czyć w tym roz­le­wie krwi. W po­rów­na­niu z tym praca łowcy głów wy­da­wała się dzie­cinną za­bawą.

Choć być może nie w tym przy­padku.

Jego my­śli po­wę­dro­wały w stronę Adolfa Gon­záleza. Po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu do­szedł do wnio­sku, że pięć­dzie­siąt ty­sięcy to była bar­dzo pro­mo­cyjna stawka za zle­ce­nie, które za­po­wia­dało się na szcze­gól­nie trudne.

In­for­ma­cję o sze­ściu za­bi­tych Wło­chach usły­szał w po­ran­nych wia­do­mo­ściach. Wpa­dli w za­sadzkę na pu­styni, zo­stali za­strze­leni i po­rzu­ceni na pa­stwę sę­pów. Wi­dział też film na YouTu­bie, za­nim ser­wis go za­blo­ko­wał. Roz­po­znał głos Adolfa. Wszyst­kie kar­tele były okrutne, jed­nak La Fron­tera zde­cy­do­wa­nie przo­do­wała. Jej lu­dzie byli praw­dzi­wymi be­stiami, lecz Adolfo prze­wyż­szał wszyst­kich sa­dy­zmem. Beau wie­dział, że spro­wa­dze­nie go z Mek­syku nie bę­dzie ła­twe.

Za­sta­na­wiał się na­wet, czy nie zre­zy­gno­wać z tego zle­ce­nia. Znał ła­twiej­sze spo­soby za­ra­bia­nia pie­nię­dzy.

Znowu pod­je­chał parę me­trów i za­trzy­mał się przy otwar­tym okienku budki.

- Dzie­sięć do­la­rów - po­wie­dział urzęd­nik.

Beau wrę­czył mu bank­not.

- Wi­tamy w Mek­syku.

Łowca ru­szył na po­łu­dnie.

10

Mil­ton za­trzy­mał się w szatni dla per­so­nelu, żeby za­ło­żyć far­tuch i kurtkę szefa kuchni. Naj­pierw jed­nak przy­siadł na drew­nia­nej ła­we­czce i wy­pa­lił pa­pie­rosa.

Prze­brał się i wszedł do kuchni.

Duże po­miesz­cze­nie z jed­nej strony otwie­rało się na re­stau­ra­cję. Na wy­po­sa­że­nie, w więk­szo­ści stare, skła­dały się garnki do go­to­wa­nia na pa­rze, płyty grzejne, grill wę­glowy i płyta do sma­że­nia. Jego sta­no­wi­sko pracy mie­ściło się przy fry­tow­nicy. Źró­dłem go­rąca pa­nu­ją­cego w kuchni były przede wszyst­kim dwa ogromne pie­kar­niki i dwa piece kon­wek­cyjne usta­wione obok jego sta­no­wi­ska. Za­wie­szone w rzę­dzie lampy grzew­cze ko­ły­sały się le­ni­wie na za­tłusz­czo­nych ka­blach nad po­kry­tym alu­mi­niową bla­chą bla­tem, który był już so­lid­nie roz­grzany.

Do kuchni wszedł Go­mez i z miej­sca rąb­nął drew­nianą łyżką w blat.

- Uwaga, su­kin­syny. Za­po­wiada się pra­co­wity wie­czór. Nikt nie do­sta­nie wy­płaty, do­póki nie zo­ba­czę, że wy­pruwa so­bie flaki, a je­śli ktoś ze­mdleje, po­trącę dwa­dzie­ścia pro­cent dniówki za każde dzie­sięć mi­nut nie­obec­no­ści na sta­no­wi­sku. A poza tym mamy no­wego. An­gliku, ręka w górę.

Mil­ton wy­ko­nał po­le­ce­nie. Po­zo­stali po­pa­trzyli na niego z mie­szanką znu­dze­nia i nie­chęci. Ot, nowy ku­charz, któ­rego ża­den z nich nie wi­dział wcze­śniej przy pracy i za któ­rego nikt nie mógł rę­czyć. Co bę­dzie, je­śli nie nada się do tej ro­boty i ze­mdleje z go­rąca? Jedna para rąk do pracy mniej, a oni wszy­scy będą roz­pacz­li­wie pró­bo­wali na­dą­żyć za pię­trzą­cymi się za­mó­wie­niami. Mil­ton szybko otak­so­wał ich wzro­kiem. Oprócz niego w kuchni pra­co­wali: ogromny, po­tęż­nie umię­śniony Mek­sy­ka­nin po­kryty wię­zien­nymi ta­tu­ażami, sous chef, ewi­dentny al­ko­ho­lik miesz­ka­jący w sa­mo­cho­dzie, pod­ku­chenny z przed­ra­mio­nami w bli­znach od igły, a także były ame­ry­kań­ski żoł­nierz z blond fry­zurą w stylu Va­nilli Ice'a.

- Nasz An­glik mówi, że pra­co­wał w róż­nych miej­scach na wy­brzeżu i wie, co ro­bić. Zga­dza się, An­gliku?

- Zga­dza się.

- No zo­ba­czymy - od­parł Go­mez z uśmiesz­kiem zło­śli­wej sa­tys­fak­cji, krzy­żu­jąc ręce na wy­dat­nym brzu­chu.

***

Ma­szyna za­częła ze zgrzy­tem wy­plu­wać za­mó­wie­nia. Mil­ton za­ci­snął zęby, go­tów rzu­cić się w wir pracy. Pierw­szy raz do­znał tego nie­cier­pli­wego wy­cze­ki­wa­nia w ma­leń­kiej, cier­pią­cej na chro­niczny brak per­so­nelu re­stau­ra­cji w Campo Bravo w Bra­zy­lii. Po­trze­bo­wał za­po­mnie­nia, to było jego główne pra­gnie­nie, gdy pra­co­wał na statku, któ­rym tu przy­pły­nął, pra­gnie­nie wy­ma­za­nia swo­ich wspo­mnień, choćby tylko na chwilę. Po pię­ciu mi­nu­tach spę­dzo­nych w pierw­szej re­stau­ra­cji wie­dział, że to naj­lep­szy spo­sób. W tęt­nią­cej ży­ciem kuchni naj­ła­twiej było ode­rwać się od po­nu­rych my­śli. Miej­sce tak ru­chliwe, pełne go­rącz­ko­wej krzą­ta­niny i cha­osu, że nie było czasu na my­śle­nie o czym­kol­wiek in­nym niż wy­ko­ny­wana wła­śnie praca.

Le­dwo upo­rali się z pierw­szymi za­mó­wie­niami, a już na­de­szła ko­lejna se­ria, ale na­wet nie za­częli ich przy­go­to­wy­wać, gdy dru­karka wy­pluła nowy ze­staw kwi­tów, a po­tem na­stępny i jesz­cze je­den. Ma­szyna nie prze­sta­wała zgrzy­tać. Z kuchni można było z ła­two­ścią wyj­rzeć do re­stau­ra­cji. Wi­dział, że wielka sala jest wy­peł­niona po brzegi. Pra­co­wał ciężko, kon­cen­tru­jąc się na za­da­niach. W ciągu kilku mi­nut ogar­nął go żar, jego biały strój na­siąk­nął po­tem ście­ka­ją­cym spod pach, z ple­ców i pa­chwin. Zdjął kurtkę i ko­szulkę. Wszystko, przed czym ucie­kał, stało się nie­istotne i przy­naj­mniej na te kilka go­dzin pod ko­niec dłu­giego dnia wy­le­ciało mu z głowy, i nie­mal cał­ko­wi­cie ode­szło w nie­pa­mięć.

11

Ca­te­rina wy­glą­dała przez pęk­niętą szybę au­to­busu po­woli prze­mie­rza­ją­cego mia­sto. Ro­biło się późno, do­cho­dziła siódma wie­czo­rem, ale słońce wciąż pra­żyło, tem­pe­ra­tura prze­kra­czała dwa­dzie­ścia pięć stopni, a Ju­árez drżało w pierw­szych po­dmu­chach nad­cią­ga­ją­cej z pół­nocy wście­kłej bu­rzy. Z po­bli­skiej au­to­strady mię­dzy­sta­no­wej do­bie­gał jed­no­stajny szum sa­mo­cho­dów, a go­rące po­wie­trze wpa­da­jące przez otwarte okna było prze­siąk­nięte za­pa­chami che­mi­ka­liów, spa­lin sa­mo­cho­do­wych, opa­rów ra­fi­ne­ryj­nych, ga­zów z huty po dru­giej stro­nie gra­nicy i nie­oczysz­czo­nych ście­ków spły­wa­ją­cych do nędz­nych po­zo­sta­ło­ści rzeki. Au­to­bus był po brzegi wy­peł­niony ludźmi spra­gnio­nymi wie­czor­nej roz­rywki.

Ca­te­rina za­dała so­bie trud, wy­cho­dząc z domu. Wzięła prysz­nic, umyła włosy i wy­brała świeżą ko­szulę pa­su­jącą do dżin­sów i te­ni­só­wek, które za­wsze no­siła.

My­ślała o tych wszyst­kich opi­sy­wa­nych przez nią dziew­czę­tach. De­lo­res była inna. Unik­nęła losu po­zo­sta­łych. Udało jej się uciec i chciała przed­sta­wić swoją hi­sto­rię.

Po­wie­działa też, że po­tra­fi­łaby zi­den­ty­fi­ko­wać jed­nego z po­ry­wa­czy.

Ha­mulce za­pisz­czały, gdy au­to­bus pod­je­chał do kra­węż­nika i po­woli się za­trzy­mał. Ca­te­rina wstała i z za­rzu­co­nym na ra­mię ple­ca­kiem za­wie­ra­ją­cym lap­topa i no­tatki za­częła prze­ci­skać się do wyj­ścia, prze­kra­cza­jąc wy­pro­sto­wane nogi po­zo­sta­łych pa­sa­że­rów. Wresz­cie ze­szła po stop­niach na chod­nik. Ob­lał ją żar, go­rący i kle­isty jak ga­la­reta. Po­trze­bo­wała chwili, żeby przy­zwy­czaić się do tem­pe­ra­tury. Re­stau­ra­cja była od­da­lona o sto me­trów. Wy­glą­dała jak wy­spa po­środku wiel­kiego par­kingu. Gó­ro­wał nad nią kil­ku­me­trowy słup z neo­nem re­kla­mu­ją­cym lo­kal.

Leon już na nią cze­kał. Omi­nęła han­dla­rza dźwi­ga­ją­cego na gło­wie stertę pa­pieru i po­de­szła do part­nera.

- Mam na­dzieję, że to coś god­nego uwagi - po­wie­dział z uśmie­chem ła­go­dzą­cym zby­teczną szorst­kość po­wi­ta­nia. - Mia­łem bi­lety na wie­czorny mecz In­dios.

- Nie po­zwo­li­ła­bym ci tego opu­ścić dla piłki noż­nej.

- Na­prawdę masz coś do­brego?

- To jest to. Hi­sto­ria, którą po­win­ni­śmy opo­wie­dzieć.

Z pod­eks­cy­to­wa­nia mó­wiła tro­chę nie­wy­raź­nie i była lekko roz­ko­ja­rzona. W ta­kich sy­tu­acjach Leon oka­zy­wał się do­brym part­ne­rem. Ona mu­siała za­cho­wać spo­kój, a on był opa­no­wany i nie­wzru­szony. My­ślał trzeźwo. Roz­są­dek zda­wał się roz­cho­dzić od niego ła­god­nymi fa­lami. Uśmie­cha­jąc się do­bro­dusz­nie, po­ło­żył dło­nie na jej ra­mio­nach.

- Weź głę­boki od­dech, mi cielo. Nie chcesz chyba wy­stra­szyć tej bied­nej dziew­czyny?

Roz­luź­niła się i uśmiech­nęła do Le­ona. Miał życz­liwą twarz, wraż­liwe ciemne oczy i wy­pi­saną na ob­li­czu mą­drość do­da­jącą mu lat. Był je­dy­nym męż­czy­zną, ja­kiego w ży­ciu spo­tkała, który tak na nią dzia­łał. Po­tra­fił prze­bić się przez szum mia­sta, po­ko­nać jej bez­względne po­świę­ce­nie dla idei pro­wa­dze­nia bloga i po­trzebę opo­wia­da­nia hi­sto­rii z za­la­nych krwią ulic, by przy­po­mnieć jej, że w ży­ciu li­czą się także inne rze­czy. Byli parą przez sześć mie­sięcy, za­nim uświa­do­mili so­bie, że zwią­zek ni­gdy nie bę­dzie naj­waż­niej­szą rze­czą w jej ży­ciu. Za­koń­czyli go, nim za­brnęli za da­leko. Dzięki temu koszty emo­cjo­na­lne ze­rwa­nia były niż­sze, niż gdyby po­zwo­lili uczu­ciu da­lej się roz­wi­jać. Wciąż zda­rzały się noce, pod­czas któ­rych zo­sta­wał u niej po trwa­ją­cej do przed­świtu wspól­nej pracy nad ar­ty­ku­łem, za­miast ry­zy­ko­wać nie­bez­pieczną po­dróż do domu przez całe mia­sto. Ko­chali się wtedy z ape­ty­tem nie­stę­pio­nym zbyt­nią za­ży­ło­ścią. W to­wa­rzy­stwie Le­ona po­tra­fiła za­po­mnieć o po­rzu­co­nych w szcze­rym polu zwło­kach, dzie­siąt­kach za­gi­nio­nych ko­biet i le­sie ano­ni­mo­wych krzyży wy­ra­sta­ją­cym na pust­ko­wiach, w par­kach, są­siedz­twie prze­pu­stów i na wy­sy­pi­skach śmieci.

- Go­towa? - za­py­tał.

- Chodźmy - od­parła.

***

De­lo­res ka­zała im na sie­bie cze­kać pra­wie pięt­na­ście mi­nut, a kiedy w końcu zo­ba­czyli ją prze­dzie­ra­jącą się w ich kie­runku przez za­tło­czoną re­stau­ra­cję, była spa­ra­li­żo­wana nie­pew­no­ścią i miała na twa­rzy gry­mas praw­dzi­wego prze­ra­że­nia. Oka­zała się ni­ską, drob­niutką dziew­czyną. Z pew­no­ścią wiele jej bra­ko­wało do za­de­kla­ro­wa­nych na cza­cie dwu­dzie­stu lat. Ca­te­rina osza­co­wała jej wiek na czter­na­ście, pięt­na­ście lat. Wy­glą­dała na po­rzu­cone dziecko. Była bar­dzo szczu­pła, pra­wie nie miała biu­stu, jej twarz szpe­ciły czer­wone wy­kwity trą­dziku, a idąc, uty­kała - lekko, ale za­uwa­żal­nie. Ubrana była w ty­powy uni­form pra­cow­nicy fa­bryki - ta­nie, wy­bla­kłe, wie­lo­krot­nie ła­tane dżinsy, T-shirt bez na­druku i łań­cu­szek z krzy­ży­kiem. Kiedy się zbli­żyła, Ca­te­rina uśmiech­nęła się do niej sze­roko, ale po­nury wy­raz nie opu­ścił twa­rzy dziew­czyny.

- Je­stem Ca­te­rina - po­wie­działa blo­gerka i wy­cią­gnęła rękę na po­wi­ta­nie.

- De­lo­res - od­parła ci­cho dziew­czyna, po­da­jąc wil­gotną, wiotką dłoń.

- To mój ko­lega Leon.

Męż­czy­zna rów­nież uści­snął dłoń dziew­czyny, a na­stęp­nie od­su­nął jej krze­sło, na któ­rym nie­zbyt chęt­nie przy­sia­dła.

- Mogę ci za­mó­wić coś do pi­cia? Wodę?

- Nie, dzię­kuję. - De­lo­res ro­zej­rzała się czuj­nie po lo­kalu, ner­wowa jak kró­lik wy­czu­wa­jący obec­ność so­koła. - Nikt was nie śle­dził?

- Nie - od­parła Ca­te­rina z sze­ro­kim uśmie­chem, który miał do­dać dziew­czy­nie ani­mu­szu. - Nic nam tu nie grozi. W lo­kalu jest pełno lu­dzi, wy­glą­damy na trójkę zna­jo­mych ga­wę­dzą­cych przy ko­la­cji. W po­rządku?

- Wy­bacz, ale je­śli my­ślisz, że tłok w knaj­pie po­wstrzyma ich przed wy­ko­na­niem eg­ze­ku­cji, to je­steś na­iwna.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa Ca­te­rina. - Nie chcia­łam ba­ga­te­li­zo­wać two­ich obaw. Masz ra­cję.

- Od dwóch lat pra­cu­jemy z Ca­te­riną nad na­gło­śnie­niem zbrodni po­peł­nia­nych przez kar­tel - wtrą­cił Leon. - Wiemy, do czego oni są zdolni, ale dzi­siaj wie­czo­rem je­steś przy nas bez­pieczna. Nie znają na­szych twa­rzy.

De­lo­res tylko się wzdry­gnęła, kiedy kel­ner przy­szedł ode­brać za­mó­wie­nie. Ca­te­rina po­pro­siła o dwa piwa, szklankę soku po­ma­rań­czo­wego i pół­mi­sek przy­sta­wek - to­stady, ja­la­pe?o na­dzie­wane se­rem, en­chi­lady i na­chosy - po czym szybko go od­pra­wiła. Wy­jęła no­tat­nik i po­szu­kała w ple­caku dłu­go­pisu. Zna­la­zła go, po czym wy­do­była dyk­ta­fon. Po­ło­żyła go na środku stołu.

- Nie masz nic prze­ciwko temu? - za­py­tała. - Do­brze mieć na­gra­nie.

De­lo­res po­krę­ciła głową.

- W po­rządku. Ale żad­nych zdjęć.

- Oczy­wi­ście. Za­czy­najmy.

12

Plato uznał, że dwaj stu­denci po­winni nieco ochło­nąć przez noc w aresz­cie. Kiedy przy­wiózł ich na po­ste­ru­nek, żeby do­peł­nić for­mal­no­ści, zro­bili się ha­ła­śliwi, po­sta­no­wił więc opóź­nić wle­pie­nie im grzywny do na­stęp­nego dnia. Mo­gli prze­no­co­wać w izbie wy­trzeź­wień w to­wa­rzy­stwie ćpu­nów, pi­ja­ków i de­li­ry­ków. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że na­stęp­nego dnia będą po­tulni jak ba­ranki. Poza tym nie chciał zaj­mo­wać się nimi tego wie­czora. Był zmę­czony, a obie­cał Ala­me­dzie i San­che­zowi, że wy­sko­czy z nimi na mia­sto coś zjeść. Oczy­wi­ście po­si­łek był tylko przy­krywką dla ostrego pi­cia i nie łu­dził się, że nie skoń­czą nad ra­nem na brzegu Rio Grande, tan­ku­jąc piwo i wrzu­ca­jąc pu­ste puszki do ścieku ucho­dzą­cego w tych stro­nach za rzekę. Plato spę­dził pra­wie cały dzień na za­ku­rzo­nych uli­cach i pra­gnie­nie bar­dzo mu do­skwie­rało.

Po zgar­nię­ciu chło­pa­ków jego służba prze­bie­gała spo­koj­nie. Za­trzy­mał wy­na­jęty sa­mo­chód pro­wa­dzony przez gru­bego Ame­ry­ka­nina, obok któ­rego sie­działa na­sto­let­nia ślicz­notka. Wy­star­czyło ostrze­że­nie, żeby na­chy­lił się nad pa­sa­żerką, otwo­rzył drzwi i wy­pro­sił ją z po­jazdu, prze­kli­na­jąc zruj­no­wany wie­czór. Dziew­czyna zwy­my­ślała Plata, bo dwa­dzie­ścia do­lców prze­szło jej koło nosa, ale złość jej prze­szła, kiedy ku­pił jej happy me­ala, od­wo­żąc ją do domu. Na ko­niec wle­pił parę man­da­tów mło­dzień­com ści­ga­ją­cym się pod­ra­so­wa­nymi to­yo­tami i volks­wa­ge­nami. Za­wie­sze­nia były tak mocno ob­ni­żone, że w cza­sie jazdy pod­wo­zia krze­sały iskry o as­falt. Oni także go zwy­my­ślali, ale zi­gno­ro­wał tę nie­mal obo­wiąz­kową re­ak­cję na in­ter­wen­cję stróża prawa. Od­jeż­dżali, pa­ląc gumy, i tym także się nie prze­jął.

Z dru­giego końca biura po­ma­chał mu ka­pi­tan Ala­meda.

- To twój ostatni ty­dzień, com­pa­dre - oznaj­mił.

- Nie mu­sisz mi przy­po­mi­nać.

- Jak mi­nął dzień?

- Dla od­miany spo­koj­nie. Zgar­ną­łem dwóch na­wa­lo­nych grin­gos, jesz­cze dzie­cia­ków. My­śleli, że pusz­czę ich za dwie­ście do­lców.

- Czyli źle tra­fili. Gdzie są te­raz?

- Sie­dzą w celi. Zo­ba­czymy, czy do ju­tra na­biorą ogłady.

- Sły­sza­łeś, co się stało w Sa­ma­lay­uce?

- Tyle, co w wia­do­mo­ściach ra­dio­wych. Co tam za­szło?

- Sze­ściu lu­dzi. Na­wet nie za­dali so­bie trudu, żeby ich po­cho­wać. Za­strze­lili ich i zo­sta­wili na pu­styni dla sę­pów.

- Sze­ściu? Mierda. Wiemy, kim byli?

- Mieli ame­ry­kań­skie pasz­porty. Fe­de­ralni ich spraw­dzają.

Plato ciężko opadł na krze­sło po dru­giej stro­nie biurka.

- Je­sus?

- Wszystko w po­rządku. - Wes­tchnął. - Po pro­stu je­stem zmę­czony. A jak tu­taj?

- Dwu­dzie­stu ośmiu nie­obec­nych. Jak do­tąd naj­gor­szy dzień.

Plato wie­dział, dla­czego tylu funk­cjo­na­riu­szy nie przy­szło do pracy. Wszy­scy wie­dzieli. Trzy ty­go­dnie temu pod po­mni­kiem w są­siedz­twie ko­mi­sa­riatu przy Valle Del Ce­dro Ave­nue zło­żono wie­niec. Do po­mnika przy­mo­co­wano dru­cianą siatką ka­wał kar­tonu wy­rwa­nego ze sta­rego pu­dła. Wid­niała na nim wia­do­mość w po­staci dwóch list. Pierw­sza, opa­trzona na­głów­kiem "DLA TYCH, KTÓ­RZY NIE WIE­RZYLI", za­wie­rała na­zwi­ska pięt­na­stu po­li­cjan­tów za­mor­do­wa­nych przez kar­tele od po­czątku roku. Druga, któ­rej na­głó­wek gło­sił "DLA TYCH, KTÓ­RZY NA­DAL NIE WIE­RZĄ", skła­dała się z na­zwisk ko­lej­nych dwu­dzie­stu funk­cjo­na­riu­szy. Wia­do­mość koń­czyła się zda­niem "DZIĘ­KU­JEMY ZA CIER­PLIWE OCZE­KI­WA­NIE". Wie­niec i kar­ton usu­nięto od razu po ich od­na­le­zie­niu, ale i tak ktoś zdą­żył zro­bić zdję­cie te­le­fo­nem i opu­bli­ko­wać je na Fa­ce­bo­oku. Fo­to­gra­fia prze­do­stała się do prasy i sprawa stała się gło­śna.

Lu­dzie byli prze­ra­żeni.

- Dwa­dzie­ścia osób na dłu­go­ter­mi­no­wych zwol­nie­niach le­kar­skich z po­wodu stresu. Pięt­na­ście ko­lej­nych od­ma­wia wy­jeż­dża­nia na pa­trole. Zde­cy­do­wa­nie nie jest bez­piecz­nie.

- Dzie­się­ciu lu­dzi na całą dziel­nicę?

- Dzie­wię­ciu.

- Kurwa.

- Mamy już po­łowę ze­szło­rocz­nej liczby za­bójstw, a mi­nęły do­piero dwa mie­siące. Od­cho­dzisz w od­po­wied­nim mo­men­cie, com­pa­dre.

- Czuję się, jak­bym was po­rzu­cał.

Ala­meda za­chi­cho­tał.

- Od­słu­ży­łeś swoje. Je­śli cię tu zo­ba­czę w przy­szłym ty­go­dniu, oso­bi­ście cię aresz­tuję.

- A co z tobą?

- Je­śli za­pro­po­nują mi prze­nie­sie­nie? Pew­nie się zgo­dzę.

- A je­śli nie?

- A co po­ra­dzę? Nie będę się wy­chy­lał i po­cze­kam na lep­sze czasy.

Plato ski­nął głową. To było przy­gnę­bia­jące. Miał po­czu­cie winy, nie mógł temu za­prze­czyć. Jed­no­cze­śnie nie pierw­szy raz czuł ra­dość, że jego służba do­biega końca.

- Go­towy na piwo? - za­py­tał Ala­meda.

- Daj mi się prze­brać. Po­trze­buję dzie­się­ciu mi­nut.

- Za­wo­łam San­cheza i spo­tkamy się na ze­wnątrz.

Plato wszedł do szatni i zdjął mun­dur. Prze­su­nął pal­cami po na­dru­ko­wa­nym na ma­te­riale na­pi­sie "PO­LI­CIA MU­NI­CI­PAL", który zdra­dzał jego przy­na­leż­ność do lo­kal­nej po­li­cji, od­po­wie­dzial­nej za za­po­bie­ga­nie prze­stęp­czo­ści. Do­bre so­bie, po­my­ślał. Nie było czasu na żadną pre­wen­cję. Mor­der­stwo za mor­der­stwem, po­rwa­nie za po­rwa­niem, a do tego ta­kie bzdety jak za­trzy­ma­nie tych dwóch pi­ja­nych stu­den­tów. Ha­sło "za­po­bie­ga­nie prze­stęp­czo­ści" do­brze brzmiało, ale nikt już nie pa­mię­tał, co zna­czy. On sam za­po­mniał wiele lat temu.

Kar­tele już o to za­dbały.

Od­bił kartę, wziął z szatni swoją skó­rzaną kurtkę i po­szedł z Ala­medą i San­che­zem do re­stau­ra­cji.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Od: <edy­to­wano>

Do: <edy­to­wano>

Data: Po­nie­dzia­łek, 16 wrze­śnia, 17.21

Te­mat: CAR­TWHEEL

Sza­nowny Pa­nie Mi­ni­strze,

pod­czas na­szego spo­tka­nia w ze­szłym ty­go­dniu za­żą­dał Pan wglądu do ra­portu na te­mat oko­licz­no­ści za­gi­nię­cia agenta od­po­wie­dzial­nego za nie­udaną próbę za­bój­stwa w Al­pach Fran­cu­skich.

Ko­pię ra­portu za­łą­czam do ni­niej­szego ma­ila.

Skoro już pi­szę, po­zwolę so­bie po raz ko­lejny za­pew­nić, że pod­jęto wszel­kie wy­siłki w celu zlo­ka­li­zo­wa­nia tego agenta i spro­wa­dze­nia go do kraju. Od­na­le­zie­nie go nie bę­dzie ła­twe z po­wo­dów, o któ­rych roz­ma­wia­li­śmy, za­pew­niam jed­nak, że nie bę­dzie w sta­nie ukry­wać się w nie­skoń­czo­ność.

Je­żeli po lek­tu­rze ra­portu na­suną się Panu ja­kieś spo­strze­że­nia, oczy­wi­ście pro­szę jak za­wsze po­dzie­lić się nimi ze mną.

Z po­wa­ża­niem

C.

>>> PO­CZĄ­TEK

*** ŚCI­ŚLE TAJNE ***

KOD: G15

RO­DZAJ DO­KU­MENTU: ana­liza / za­rys sy­tu­acji

OPIS: b.d.

PO­CHO­DZE­NIE: we­wnętrzne

DYS­TRY­BU­CJA: alfa

PRZE­ZNA­CZE­NIE SPE­CJALNE: po­ziom po­ma­rań­czowy

KRYP­TO­NIM: "Car­twheel"

Pod­su­mo­wa­nie

Po nie­uda­nej pró­bie wy­eli­mi­no­wa­nia irań­skich fi­zy­ków ją­dro­wych Je­hiji al Mussy i Sa­miry Nad­żib od­po­wie­dzialny za tę ak­cję agent John Mil­ton (vel G15/Nr 1, vel "John Smith", vel "Car­twheel") po­rzu­cił służbę. Jego obecne miej­sce po­bytu jest nie­znane. Mil­ton jest nie­zwy­kle nie­bez­pieczny i na­leży go od­na­leźć jak naj­szyb­ciej.

Ana­liza

>>> stresz­cze­nie

Nad­zorca ra­por­tuje, że Mil­ton prze­ja­wiał chęć odej­ścia ze służby po po­wro­cie do Lon­dynu z mi­sji we Fran­cji. We­dług po­gło­sek spo­tka­nie w tej spra­wie prze­bie­gało w na­pię­tej at­mos­fe­rze i za­koń­czyło się de­cy­zją o za­wie­sze­niu Mil­tona do czasu prze­pro­wa­dze­nia peł­nej oceny i ana­lizy.

<edy­to­wano>

Po tych wy­da­rze­niach za­ob­ser­wo­wano jego nie­obli­czalne za­cho­wa­nie. Za­czął uczęsz­czać na spo­tka­nia Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków (nie­mal na pewno na­ru­sza­jąc prze­pisy o ta­jem­nicy służ­bo­wej). Wy­na­jął dom w bied­nej czę­ści dziel­nicy Hack­ney w Lon­dy­nie Wschod­nim i praw­do­po­dob­nie za­an­ga­żo­wał się emo­cjo­nal­nie w re­la­cję z sa­motną matką Sha­ron War­ri­ner. Do­cho­dze­nie jest w toku, lecz pewne prze­słanki wska­zują, że Mil­ton po­ma­gał jej sy­nowi Eli­ja­howi, który rze­komo utrzy­my­wał kon­takty z lo­kal­nym gan­giem. Po­dej­rze­wamy, że w wy­niku tej in­ter­wen­cji Mil­ton był za­mie­szany w śmierć Isra­ela Browna (po­pu­lar­nego ra­pera wy­stę­pu­ją­cego pod pseu­do­ni­mem Ri­sky Biz­ness), we­dług na­szej wie­dzy jed­nego z li­de­rów wspo­mnia­nego gangu.

<edy­to­wano>

Roz­kaz zwol­nie­nia Mil­tona ze służby wy­dano mie­siąc temu. Drugi agent G15, Chri­sto­pher Cal­lan (vel G15/Nr 12, vel "Tri­pwire"), zlo­ka­li­zo­wał Mil­tona w mło­dzie­żo­wym klu­bie bok­ser­skim, za­ło­żo­nym przez nie­ja­kiego Den­nisa Ru­ther­forda. W trak­cie przy­go­to­wań do re­ali­za­cji za­da­nia zo­stał za­cze­piony przez Ru­ther­forda. W wy­niku po­wsta­łego za­mie­sza­nia Cal­lan za­bił go, a Mil­tona po­strze­lił w ra­mię. Nie­stety to nie wy­star­czyło, by go obez­wład­nić. Mil­ton uniesz­ko­dli­wił Cal­lana, strze­la­jąc mu w ko­lano i unie­moż­li­wia­jąc po­ścig, po czym znik­nął. Z da­nych sys­temu ANPR wy­nika, że po­je­chał skra­dzio­nym sa­mo­cho­dem na pół­noc. Ostat­nio wi­dziano go na au­to­stra­dzie M62, zmie­rza­ją­cego w kie­runku Li­ver­po­olu. Przyj­mu­jemy ro­bo­czą hi­po­tezę, że opu­ścił kraj na po­kła­dzie ja­kie­goś statku.

<edy­to­wano>

Ana­liza wy­ni­ków ba­dań psy­cho­lo­gicz­nych Mil­tona (w za­łą­cze­niu) su­ge­ruje, że jego stan psy­chiczny po­gar­szał się od ja­kie­goś czasu. Po­czu­cie winy nie jest rzad­ko­ścią wśród agen­tów G15, a Mil­ton słu­żył w niej od dzie­się­ciu lat. Godny po­ża­ło­wa­nia jest fakt, że prze­oczono sy­gnały ostrze­gaw­cze, jed­nak w pew­nym stop­niu da się to wy­tłu­ma­czyć nie­na­ganną służbą Mil­tona. Praw­do­po­dob­nie był naj­sku­tecz­niej­szym z na­szych agen­tów. Ana­liza post fac­tum po­zwala sfor­mu­ło­wać wnio­sek, że Mil­ton cierpi na bez­sen­ność i de­pre­sję, a po­nadto praw­do­po­dob­nie do­świad­cza drę­czą­cych re­tro­spek­cji prze­szłych zda­rzeń. Dia­gno­zo­wa­nie ze­społu stresu po­ura­zo­wego stało się modne, ale w tym przy­padku uwa­żamy, że jest to wła­ściwe roz­po­zna­nie.

Bez względu na stan psy­chiczny Mil­ton jest zbyt nie­bez­pieczny, by zi­gno­ro­wać jego za­gi­nię­cie. Brał udział w kilku waż­nych bry­tyj­skich i na­tow­skich ope­ra­cjach wy­wia­dow­czych, nie za­wsze zna­nych opi­nii pu­blicz­nej. Miałby nie­oce­nioną war­tość dla nie­przy­ja­ciela. Nie spo­sób też osza­co­wać szkód wy­ni­ka­ją­cych z jego ewen­tu­al­nego ujaw­nie­nia się.

>>> KO­NIEC

Od: <edy­to­wano>

Do: <edy­to­wano>

Data: Środa, 19 wrze­śnia, 17.21

Te­mat: Re: CAR­TWHEEL

Sza­nowny C.,

dzię­kuję za ra­port. Za­po­zna­łem z jego tre­ścią pre­miera, który, jak się Pan do­my­śla, nie jest nią za­chwy­cony. Pań­skim za­da­niem jest oso­bi­ste po­in­for­mo­wa­nie Nad­zorcy o jego nie­za­do­wo­le­niu i pod­kre­śle­nie, że od­na­le­zie­nie Mil­tona to kwe­stia o naj­wyż­szym prio­ry­te­cie. Nie mo­żemy po­zwo­lić, by czło­wiek o jego wie­dzy i umie­jęt­no­ściach prze­by­wał poza gra­ni­cami re­zer­watu, jak pew­nie po­wie­dzie­liby nasi ame­ry­kań­scy ku­zyni. Nie je­stem pe­wien, jaki oszu­kań­czy eu­fe­mizm przy­padłby do gu­stu na­szemu wspól­nemu przy­ja­cie­lowi, więc po­zo­stańmy przy "eme­ry­tu­rze".

Pro­szę dzia­łać bez zwłoki.

Z po­wa­ża­niem

Ja­mes

1

John Mil­ton wy­siadł z au­to­busu i ru­szył przez par­king przed pierw­szą knajpą, jaką zo­ba­czył. Dzień był obez­wład­nia­jąco, wręcz bru­tal­nie go­rący. Słońce chło­stało Ciu­dad Ju­árez ża­rem, jakby miało mu coś za złe. On rów­nież czuł jego razy. Knajpę od­dzie­lał od drogi sze­roki par­king wy­lany as­fal­tem, który te­raz po­ły­ski­wał jak woda w akwa­rium. Wielki szyld za­wie­szony na wy­so­kim słu­pie in­for­mo­wał, że przy­by­tek na­zywa się La Casa del Mole. Lo­ka­li­za­cja była do­bra, tuż przy Col Cha­vena i nie­da­leko zjazdu z prze­lo­tówki, za­le­d­wie kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów od gra­nicy - wy­star­cza­jąco bli­sko, by przy­cią­gnąć dziel­nych Ame­ry­ka­nów po­dró­żu­ją­cych na po­łu­dnie w po­szu­ki­wa­niu sza­lo­nych przy­gód. W oko­licy znaj­do­wało się kilka po­dob­nych lo­kali. Wszyst­kie po­ma­lo­wane na ja­skrawe ko­lory, prak­tycz­nie roz­pa­da­jące się, z neo­nami świe­cą­cymi bez prze­rwy dniem i nocą i pu­sta­wym par­kin­giem. Były to okropne przy­bytki z bez­na­dziej­nym je­dze­niem i Mil­ton z pew­no­ścią nie wstą­piłby do żad­nego z nich dla przy­jem­no­ści, ale prze­ra­biały pra­cow­ni­ków tak szybko, że ich sze­fo­wie cały czas szu­kali rąk do pracy. Nie byli przy tym zbyt wy­bredni - byli ska­zańcy, włó­czę­dzy, bez­do­mni mo­gli ła­two się tam za­ha­czyć i nikt nie za­da­wał im py­tań, je­śli tylko umieli go­to­wać.

Ta­kie miej­sca od­po­wia­dały tu­ry­stom i in­nym nie­wy­bred­nym po­dróż­nym. Mil­ton pra­co­wał w po­dob­nym przy­bytku w Ma­za­tlánie, do­póki dwa ty­go­dnie temu nie mu­siał ru­szyć da­lej. Mógł się za­ło­żyć, że ta knajpa ni­czym się nie różni od po­przed­niej.

W każ­dym ra­zie jemu pa­so­wała.

Prze­ciął par­king i wszedł do środka. Była to praw­dziwa spe­luna, pre­zen­tu­jąca się tym go­rzej, że świa­tło dnia prze­są­cza­jące się przez za­ro­śnięte bru­dem szyby bez­li­to­śnie ob­na­żało farbę łusz­czącą się ze ścian, my­sie dziury przy pod­ło­dze i po­kry­wa­jącą wszystko grubą pa­tynę ku­rzu.

Ko­bieta sie­dząca przy ba­rze przy­ci­skała do czoła zro­szoną bu­telkę piwa.

- Cześć.

Ski­nęła głową w od­po­wie­dzi, ani przy­jaź­nie, ani wrogo.

- Pra­cu­jesz tu?

- Nie sie­dzę tu dla zdro­wia, kotku. Czego chcesz?

- Wpa­dłem za­py­tać, czy nie szu­ka­cie ko­goś do pracy.

- To za­leży, co umiesz.

- Go­tuję.

- Nie ob­raź się, skar­bie, ale nie wy­glą­dasz mi na kuch­cika.

- Je­stem nie­zły. Daj mi szansę, a się wy­każę.

- Nie przede mną się bę­dziesz wy­ka­zy­wał.

Od­wró­ciła się w stronę zie­ją­cej pustką sali i wrza­snęła:

- Go­mez! Świeża krew!

Mil­ton zo­ba­czył męż­czy­znę wy­cho­dzą­cego z za­ple­cza. Był wielki, gruby i nie wy­glą­dał zdrowo. Miał po­tężny brzuch, krót­kie ręce i nogi oraz nie­ogo­loną, zie­mi­stą twarz.

- Jak się na­zy­wasz?

- Smith.

- Go­tu­jesz?

- Zga­dza się.

- Gdzie?

- Tu i tam. Po­dró­żuję po wy­brzeżu. En­se­nada, Ma­za­tlán, Aca­pulco.

- A te­raz Ju­árez? Nie Ti­ju­ana?

- Ti­ju­ana jest zbyt duża. Zbyt ka­li­for­nij­ska.

- Ostatni przy­sta­nek przed wjaz­dem do Ame­ryki?

- Może tak, może nie. Je­steś wła­ści­cie­lem?

- Dla cie­bie tak, ca­brón. Co to za ak­cent? Au­stra­lij­ski?

- An­giel­ski. Je­stem z Lon­dynu.

Go­mez wy­jął z lo­dówki piwo i je otwo­rzył.

- Chcesz bro­wara, An­gliku?

- Nie, dzięki. Nie piję.

Go­mez ro­ze­śmiał się na to tak gwał­tow­nie, z sa­mej głębi be­be­chów, że zwały tłusz­czu na jego brzu­chu za­trzę­sły się jak ga­la­reta, a Mil­ton zo­ba­czył w sze­roko otwar­tych ustach czarne plamy na plom­bo­wa­nych zę­bach.

- Nie pi­jesz, ale chcesz pra­co­wać w mo­jej kuchni? - Za­śmiał się po­now­nie, od­rzu­ca­jąc głowę do tyłu. - Hom­bre, albo je­steś durny, albo nie przy­po­mi­nasz żad­nego ku­cha­rza, ja­kiego w ży­ciu spo­tka­łem.

- Nie bę­dziesz miał ze mną pro­ble­mów.

- Ob­słu­gu­jesz fry­tow­nicę?

- Ja­sne, i wszystko inne.

- Masz szczę­ście, wła­śnie zwol­niło się miej­sce. Mój po­moc­nik po­tknął się i wsa­dził łapę do fry­tow­nicy po sam ło­kieć. Durny gno­jek. Mó­wią, że wy­padł z obiegu na dwa mie­siące. Więc może dam ci szansę i zo­ba­czymy, jak so­bie po­ra­dzisz. Sie­dem na go­dzinę, do ręki.

- Pięt­na­ście.

- Nie w tym ży­ciu, com­pa­dre. Daję dy­chę. I sta­wiam drugą, że ju­tro cię tu nie bę­dzie.

Mil­ton wie­dział, że to obo­wią­zu­jąca stawka i nic wię­cej nie wskóra.

- Zgoda. Kiedy mogę za­czy­nać?

- Dzi­siaj wie­czo­rem.

2

Po­pro­sił Go­meza o wska­za­nie miej­sca, w któ­rym mógłby się za­trzy­mać. Jego re­ko­men­da­cja była okra­szona zna­czą­cym uśmiesz­kiem. Mil­ton szybko zro­zu­miał dla­czego. Tra­fił do cia­snej nory, w któ­rej tu­zin męż­czyzn gnieź­dził się w po­miesz­cze­niu za ma­łym na­wet dla po­łowy z nich. Rzu­cił torbę na nie­chlujny bar­łóg, który mu wska­zano, po czym wziął prysz­nic w obrzy­dli­wie brud­nej ka­bi­nie. Wi­dział swoje od­bi­cie w po­pę­ka­nym lu­strze: gę­stą, bujną brodę, czarne włosy po­prze­ty­kane si­wi­zną i opa­le­ni­znę, jaką daje tylko sześć mie­sięcy włó­częgi po Ame­ryce Po­łu­dnio­wej. Aniel­skie skrzy­dła wy­ta­tu­owane na ra­mio­nach i ple­cach tro­chę zbla­kły, wta­pia­jąc się w orze­cho­wo­brą­zowe tło skóry.

Wy­szedł znowu na mia­sto. Nie przej­mo­wał się tym, że zo­sta­wia w ho­stelu swoje rze­czy, choć wie­dział, że zo­staną na­tych­miast prze­trzą­śnięte w po­szu­ki­wa­niu cze­goś god­nego kra­dzieży. Nie prze­szka­dzało mu to. Nie miał nic war­to­ścio­wego, na jego do­by­tek skła­dały się zmiana odzieży i kilka ksią­żek. Po­dró­żo­wał tylko z ba­ga­żem pod­ręcz­nym. Pasz­port z kil­koma ty­sią­cami do­la­rów upchnię­tymi mię­dzy kart­kami miał przy so­bie.

Wy­cią­gnął z kie­szeni skra­wek pa­pieru. Dał mu go w Aca­pulco pe­wien ame­ry­kań­ski praw­nik, który obec­nie trud­nił się zmy­wa­niem na­czyń na wy­brzeżu Pa­cy­fiku. Fa­cet miesz­kał kie­dyś w No­wym Mek­syku, a do Ju­árez tra­fił w po­szu­ki­wa­niu pracy. Uczęsz­czał tu na mi­tyngi i za­pi­sał na kartce do­kładne wska­zówki. Za­gad­nięty prze­cho­dzień po­wie­dział Mil­to­nowi, że pod wska­zany ad­res ma dwa­dzie­ścia mi­nut mar­szu.

To dużo czasu. Wy­star­cza­jąco, by zo­rien­to­wać się w oko­licy. Ru­szył na zwiad.

Mil­ton wie­dział co nieco o Ju­árez. Zda­wał so­bie sprawę, że to ide­alne miej­sce dla niego. Mia­sto było zde­wa­sto­wane i spla­mione krwią. Mógł z ła­two­ścią wto­pić się w oto­cze­nie i znik­nąć. Ja­kiś po­dróżny zo­sta­wił na sie­dze­niu w au­to­bu­sie z Chi­hu­ahuy prze­wod­nik Lo­nely Pla­net. Mil­ton prze­czy­tał go od de­ski do de­ski. Mia­sto było kie­dyś tęt­nią­cym ży­ciem ośrod­kiem tu­ry­styki, te czasy ode­szły jed­nak do prze­szło­ści. Rwąca rzeka go­ści wy­schła i zmie­niła się w wą­tły stru­my­czek.

Atrak­cyj­ność mia­sta prze­grała z re­pu­ta­cją naj­bar­dziej ska­żo­nego zbrod­nią miej­sca na Ziemi.

Wo­kół nie bra­ko­wało oznak upadku go­spo­dar­czego. Mil­ton mi­nął sta­lowy szkie­let bu­dynku, któ­rego bu­dowę wstrzy­mano przed wielu laty. Zwi­sa­jące z niego płachty bre­zentu po­wie­wały na wie­trze jak ka­wałki luź­nej skóry. Na uli­cach za­le­gały wraki sa­mo­cho­dów z po­dziu­ra­wio­nymi ku­lami ka­ro­se­rią i roz­trza­ska­nymi szy­bami. Buty za­wie­szone na dru­tach te­le­fo­nicz­nych in­for­mo­wały wta­jem­ni­czo­nych o po­ło­że­niu me­lin zwa­nych pi­ca­de­ros, któ­rych po­dej­rzani wła­ści­ciele ofe­ro­wali na sprze­daż wszel­kiego ro­dzaju nie­le­galne sub­stan­cje, ja­kie można so­bie wy­obra­zić. Do­cho­dziło do tego nie­od­parte wra­że­nie, że całe mia­sto poci się w pie­ką­cym pu­styn­nym słońcu.

Mil­ton szedł da­lej, aż do­tarł do dziel­nicy miesz­ka­nio­wej. Po­wie­trze było prze­sy­cone ku­rzem, spa­li­nami i mdłym odo­rem ście­ków. Sto­jąc na obrze­żach za­nie­dba­nej ko­lo­nii Po­niente, ob­rzu­cił wzro­kiem roz­cią­ga­jące się przed nim w dole osie­dle. Wi­dział rzędy iden­tycz­nych dom­ków sze­re­go­wych, ta­nich i byle ja­kich, zbu­do­wa­nych dla pra­cow­ni­ków fa­bryki, któ­rzy wcze­śniej miesz­kali w ob­skur­nych ba­ra­kach. Całe rzędy za­bu­do­wań były opusz­czone i splą­dro­wane. Od­kąd przy­by­sze z Azji za­częli zga­dzać się na niż­sze wy­na­gro­dze­nia niż miej­scowi, tu­tej­szych ro­bot­ni­ków nie było już stać na­wet na nie­wy­gó­ro­wane czyn­sze. Mil­ton wy­pa­trzył miej­sce po wy­pa­lo­nym do ziemi sze­re­gowcu. Po bu­dynku zo­stały czarne pro­sto­kąty w miej­scach, w któ­rych kie­dyś stały ściany. Na nie­któ­rych do­mach wy­ma­lo­wano sym­bole gan­gów nar­ko­ty­ko­wych. To ab­sur­dalne osie­dle wznie­siono na pod­mo­kłym grun­cie. Dawny plac za­baw był te­raz za­lany wodą, a po­zo­sta­ło­ści huś­ta­wek rdze­wiały na słońcu, ster­cząc z błot­ni­stej mu­rawy ni­czym po­ła­mane ko­ści szkie­letu.

Mil­ton za­trzy­mał się na chwilę, żeby ob­jąć wzro­kiem roz­cią­ga­jącą się przed nim pa­no­ramę. Wi­do­czne tuż za ame­ry­kań­ską gra­nicą śród­mie­ście El Paso bez­li­to­śnie przy­po­mi­nało o znaj­du­ją­cym się na wy­cią­gnię­cie ręki do­bro­by­cie.

Do ko­ścioła do­tarł po trzy­dzie­stu mi­nu­tach spa­ceru. Świą­ty­nię ota­czał wy­soki płot z dru­cia­nej siatki, a brama była zwy­kle za­mknięta na klucz. Ogro­dze­nie zbu­do­wano po tym, jak zło­dzieje po raz nie wia­domo który wła­mali się do środka i ukra­dli za­war­tość skar­bonki. Na pło­cie wi­siał znak, Mil­ton wi­dział go już w wielu in­nych miej­scach na świe­cie: dwie duże li­tery A wpi­sane w biały trój­kąt umiesz­czony w nie­bie­skim okręgu.

Wy­da­wało mu się, że na pierw­szym mi­tyngu w Lon­dy­nie był całe wieki temu. Chory ze stra­chu. Oba­wiał się na­ru­sze­nia ta­jem­nicy służ­bo­wej, bał się nie­zna­nego, a przede wszyst­kim od­czu­wał lęk przed przy­zna­niem się do pro­blemu, któ­rego nie po­tra­fił sam roz­wią­zać. Włó­czył się po oko­licy przez go­dzinę, za­nim ze­brał się na od­wagę i wszedł do środka. To było jed­nak dwa lata temu i od tego czasu wiele się zmie­niło.

Wkro­czył do bu­dynku. Duża sala po le­wej stro­nie słu­żyła jako żło­bek dla dzieci pra­cow­ni­ków fa­bryki. Po­miesz­cze­nie, w któ­rym od­by­wało się spo­tka­nie, było urzą­dzone bar­dzo skrom­nie - umiesz­czono tam stół, a wo­kół niego usta­wiono skła­dane krze­sła. Na ścia­nach wi­siały pla­katy gło­szące za­lety trzeź­wo­ści i po­ka­zu­jące, jak ją osią­gnąć dzięki pro­gra­mowi dwu­na­stu kro­ków.

Spo­tka­nie już się za­częło.

Kil­ku­na­stu męż­czyzn sie­działo w ci­szy, są­cząc kawę z pla­sti­ko­wych kub­ków i słu­cha­jąc opo­wie­ści jed­nego z nich. Mil­ton za­jął wolne krze­sło z tyłu sali i przy­łą­czył się do słu­cha­czy. Kiedy fa­cet skoń­czył mó­wić, do­wolna z obec­nych osób mo­gła za­brać głos i po­dzie­lić się swoją hi­sto­rią.

Mil­ton od­cze­kał chwilę i po­wie­dział po hisz­pań­sku:

- Na­zy­wam się John i je­stem al­ko­ho­li­kiem.

Po­zo­stali przy­wi­tali go i za­chę­cili do mó­wie­nia.

- Nie piję od ośmiu­set dzie­więć­dzie­się­ciu dni.

Aplauz.

- Dla­czego nie mo­żemy pić al­ko­holu jak nor­malni lu­dzie? Oto jest py­ta­nie. W moim przy­padku cho­dzi o po­czu­cie winy. Wiem, że nie je­stem ory­gi­na­lny, ale pi­łem wła­śnie z jego po­wodu. Są dni, kiedy przy­po­mi­nam so­bie sprawy, o któ­rych chcia­łem za­po­mnieć dzięki al­ko­ho­lowi, i tylko ta świa­do­mość trzyma mnie z dala od bu­telki. Przez osiem lat ro­bi­łem w pracy rze­czy nie­na­pa­wa­jące dumą. Straszne rze­czy. Wszy­scy, któ­rych zna­łem, pili. To była część na­szej kul­tury. W końcu zro­zu­mia­łem dla­czego. Każdy z nas miał po­czu­cie winy. Wsty­dzi­łem się i nie­na­wi­dzi­łem czło­wieka, któ­rym się sta­łem. Za­czą­łem więc przy­cho­dzić na te spo­tka­nia i re­ali­zo­wać ko­lejne kroki, jak my wszy­scy, aż do­sze­dłem do kroku czwar­tego, wy­ma­ga­ją­cego wni­kli­wej i od­waż­nej oso­bi­stej in­wen­tury mo­ral­nej. To było naj­trud­niej­sze. Nie star­czyło mi pa­pieru, żeby spi­sać wszyst­kie nie­go­dzi­wo­ści, któ­rych się do­pu­ści­łem. Po­tem był krok ósmy, czyli za­dość­uczy­nie­nie wszyst­kim skrzyw­dzo­nym przeze mnie. Cóż, to nie za­wsze było moż­liwe. Pewne osoby nie­od­wra­cal­nie znik­nęły z mo­jego oto­cze­nia i nie mogę ich prze­pro­sić. Po­sta­no­wi­łem za­miast tego po­ma­gać lu­dziom. Zro­bić coś do­brego. Wy­cią­gnąć dłoń do tych, któ­rzy do­stali słabe karty, nie po­tra­fili so­bie po­ra­dzić z wła­snymi pro­ble­mami. My­śla­łem, że zdo­łam ich wes­przeć.

Mil­ton prze­rwał i się za­my­ślił.

- Była pewna młoda sa­motna matka - kon­ty­nu­ował po chwili. - Jesz­cze w Lon­dy­nie, za­nim tu przy­je­cha­łem. Nie ra­dziła so­bie z sy­nem. Był młody, uparty i nie­wiele bra­ko­wało, a zro­biłby coś, co zruj­no­wa­łoby mu całe ży­cie. Pró­bo­wa­łem mu po­móc i wszystko po­szło nie tak. Po­peł­ni­łem błędy, a oni za nie za­pła­cili. To roz­biło mnie jesz­cze bar­dziej. Co mam zro­bić, skoro pierw­szych lu­dzi, któ­rym pró­bo­wa­łem po­móc, wpa­ko­wa­łem w jesz­cze więk­szą ka­bałę?

Coś ści­snęło go za gar­dło. Za­milkł. Ni­gdy wcze­śniej nie mó­wił o Ru­ther­for­dzie ani Sha­ron. On nie żył, ona była po­pa­rzona. Ob­wi­niał sie­bie za oba nie­szczę­ścia. A kogo miał wi­nić? Do tego jesz­cze Eli­jah. Ja­kie miał szanse po tym, co go spo­tkało? Naj­praw­do­po­dob­niej to on zna­lazł ciało Ru­ther­forda.

- Nie mo­żesz ob­wi­niać się o wszystko - po­wie­dział ktoś.

Mil­ton po­ki­wał głową, ale tak na­prawdę nie słu­chał.

- Mu­sia­łem wy­je­chać z kraju. Uciec od tego wszyst­kiego. Ktoś mógłby po­wie­dzieć, że ucie­kam od pro­ble­mów. Moż­liwe. Po­dró­żo­wa­łem. W sześć mie­sięcy prze­mie­rzy­łem całą Ame­rykę Po­łu­dniową. Po dro­dze po­mo­głem kilku oso­bom... W drob­nych spra­wach. Zro­bi­łem wszystko, co w mo­jej mocy, i uwa­żam, że w ogól­nym roz­ra­chunku mia­łem duży wpływ na ich ży­cie. Głów­nie jed­nak przez te pół roku dużo my­śla­łem. Do­kąd zmie­rza moje ży­cie? Co chcę z nim zro­bić? Czy znam już od­po­wie­dzi na te py­ta­nia? Nie, jesz­cze nie. Ale może się do nich zbli­ży­łem.

Opadł na opar­cie krze­sła. Po­zo­stali po­dzię­ko­wali mu za wy­po­wiedź. Głos za­brał ko­lejny męż­czy­zna. Spo­tka­nie ano­ni­mo­wych al­ko­ho­li­ków było spo­kojną go­dziną me­dy­ta­cji, w cza­sie któ­rej mógł się od­se­pa­ro­wać od zgiełku świata.

Za­po­mnieć o prze­szło­ści.

O krwi na rę­kach.

Za­mknął oczy, a słowa prze­pły­wały przez jego umysł.

3

Męż­czy­zna, któ­rego na­zy­wali El Pa­trón, był już po sie­dem­dzie­siątce, ale wy­glą­dał mło­dziej. W ciągu ostat­niej de­kady prze­szedł wiele ope­ra­cji pla­stycz­nych. Ten skur­wiel Cal­de­ron był go­tów słono za­pła­cić za jego schwy­ta­nie - ostat­nio na­groda wy­no­siła dzie­sięć mi­lio­nów do­la­rów - więc mu­siał czę­sto zmie­niać wy­gląd. Pierw­sze za­biegi miały wła­śnie taki cel: zmianę kształtu nosa, prze­szczep wło­sów, pro­sto­wa­nie i wy­bie­la­nie zę­bów. Ostat­nie za­fun­do­wał so­bie z próż­no­ści. Ka­zał so­bie usu­nąć zmarszczki, co dwa mie­siące brał za­strzyki z bo­toksu, żeby ujędr­nić czoło, miał wy­peł­nione po­liczki. W jego branży, przy nie­ustan­nym za­gro­że­niu śmier­cią, pewną sa­tys­fak­cję da­wała mu moż­li­wość za­gra­nia na no­sie upły­wowi czasu.

Na­zy­wał się Fe­lipe Gon­zález, ale poza ro­dziną już nikt tak do niego nie mó­wił. Zwra­cano się do niego El Pa­trón, cza­sem także El Pa­drino, czyli Oj­ciec Chrzestny. Był śred­niego wzro­stu - mie­rzył sto sie­dem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try - i chęt­nie do­da­wał so­bie parę cen­ty­me­trów, za­kła­da­jąc buty na ku­bań­skim ob­ca­sie. Po ojcu, pa­ste­rzu kóz w gó­rach Sierra Ma­dre, odzie­dzi­czył krępą syl­we­tkę i mocną bu­dowę ciała. To tam, w gór­skich ostę­pach, na­uczył się wy­twa­rzać me­tam­fe­ta­minę, upra­wiać mak na opium i dys­kret­nie prze­wo­zić to­war. Na­dal utrzy­my­wał tam je­den ze swo­ich licz­nych do­mów. Miał wiel­kie dło­nie ro­bot­nika, małe ciemne oczy i włosy ko­loru naj­głęb­szej czerni, przy­wo­dzą­cej na myśl atra­ment albo pióra kruka.

Otwo­rzył drzwi do la­bo­ra­to­rium. Praca do­bie­gała końca. Wy­po­sa­że­nie, które gro­ma­dził przez pra­wie pół roku - ku­po­wane ostroż­nie, z naj­więk­szą dys­kre­cją, od nie­po­wią­za­nych ze sobą do­staw­ców z róż­nych stron świata - zo­stało już za­in­sta­lo­wane. Po­miesz­cze­nie miało po­wierzch­nię nie­ca­łych dwu­stu me­trów kwa­dra­to­wych, świeżo wy­lane be­to­nowe po­sadzki i od­ma­lo­wane ściany. Wszystko było utrzy­mane w ide­al­nej czy­sto­ści. Naj­więk­szym ele­men­tem apa­ra­tury był re­ak­tor che­miczny o po­jem­no­ści ty­siąca dwu­stu li­trów - ogromna kadź ze stali nie­rdzew­nej usta­wiona na środku la­bo­ra­to­rium. Wo­kół znaj­do­wały się od­dzielne zbior­niki do prze­pro­wa­dza­nia in­nych pro­ce­sów, a także prasa hy­drau­liczna słu­żąca do wy­kań­cza­nia pro­duktu. Naj­wyż­szej klasy sys­tem fil­tra­cyjny spro­wa­dzono ze Szwaj­ca­rii, z firmy zaj­mu­ją­cej się ba­da­niami me­dycz­nymi. Kosz­to­wał ćwierć mi­liona do­la­rów. W po­miesz­cze­niu stały też po­jem­niki na che­mi­ka­lia po­trzebne do pro­duk­cji: efe­drynę, fos­for czer­wony, sodę kau­styczną, chlo­ro­wo­dór, kwas solny, wodę amo­nia­kalną i inne sub­stan­cje, któ­rych Fe­lipe nie znał ani nie miał ochoty po­zna­wać. Co­dzienna praca la­bo­ra­to­rium go nie in­te­re­so­wała. Za­trud­nił do tego che­mika z re­no­mo­wa­nej firmy far­ma­ceu­tycz­nej, od­wo­łu­jąc się do jego prze­świad­cze­nia, że za­ra­bia za mało jak na po­sia­dane umie­jęt­no­ści. Fe­lipe po­tra­fił coś na to za­ra­dzić. W krót­kim cza­sie mógł go uczy­nić mi­lio­ne­rem.

Fe­lipe uwa­żał się za eks­perta w kwe­stii gu­stów i pre­fe­ren­cji klien­tów. Jego zda­niem meta była nar­ko­ty­kiem przy­szło­ści. Do tej pory ocią­gał się z wej­ściem na ten ry­nek, ale te­raz wszystko miało się zmie­nić.

Kiedy się na­pa­trzył, opu­ścił la­bo­ra­to­rium. Bu­dy­nek znaj­do­wał się w gó­rach. W po­miesz­cze­niu pa­no­wał za­duch, ale na ze­wnątrz po­wie­trze było świeże i czy­ste. Ide­alne miej­sce na taką dzia­łal­ność. Do la­bo­ra­to­rium można było do­trzeć tylko jedną, przy­pra­wia­jącą o za­wroty głowy drogą, która po­woli pięła się pod górę, wi­jąc się ser­pen­ty­nami po zbo­czu głę­bo­kiego wą­wozu. Żadna ba­rierka nie chro­niła nie­ostroż­nego kie­rowcy przed upad­kiem w prze­paść. Wzdłuż trasy roz­miesz­czeni byli pa­ste­rze kóz, wy­po­sa­żeni przez Fe­lipa w krót­ko­fa­lówki. Gdyby ja­kimś cu­dem w oko­licy za­błą­kał się obcy po­jazd, ob­ser­wa­to­rzy po­in­for­mo­wa­liby o tym zbi­rów dba­ją­cych o bez­pie­czeń­stwo la­bo­ra­to­rium, a ci unie­moż­li­wi­liby nie­pro­szo­nemu go­ściowi do­tar­cie na szczyt. Wła­dze ro­biły dużo szumu wo­kół li­kwi­do­wa­nia wy­twórni nar­ko­ty­ków, jed­nak Fe­lipe się tym nie przej­mo­wał. Wie­dział, że opi­nia pu­bliczna ocze­kuje ostrej re­to­ryki, ale re­ali­zo­wa­nie tych szla­chet­nych de­kla­ra­cji na­strę­czało zbyt wielu prak­tycz­nych trud­no­ści. Wy­ma­ga­łoby za­an­ga­żo­wa­nia śmi­głow­ców i se­tek lu­dzi. Ni­komu aż tak bar­dzo na tym nie za­le­żało.

To­wa­rzy­szył mu jego za­stępca, Pa­blo. Był wierny jak pies, choć praw­do­po­dob­nie tro­chę zbyt za­fa­scy­no­wany bia­łym prosz­kiem. W każ­dym ra­zie można było na nim po­le­gać.

- Zro­bione, El Pa­trón - po­wie­dział.

- Roz­ma­wia­łeś z Adol­fem?

- Tak.

- Po­szło gładko?

- Naj­wy­raź­niej. Za­bili wszyst­kich. Je­den prze­żył strze­la­ninę, więc Adolfo ob­ciął mu głowę i wrzu­cił na­gra­nie na YouTube'a.

Fe­lipe cmok­nął z dez­apro­batą. Jego syn miał sła­bość do te­atral­nych ge­stów. Na wszystko był od­po­wiedni czas i mo­ment, a ta­kie de­mon­stra­cje były w za­sa­dzie obo­wiąz­kowe wśród mło­dych bos­sów nar­ko­ty­ko­wych, jed­nak on wo­lał dys­kret­niej­sze dzia­ła­nia.

Pa­blo za­uwa­żył nie­za­do­wo­le­nie szefa.

- To bę­dzie czy­telny sy­gnał dla Ita­liań­ców.

- Ja­sne - rzu­cił krótko Fe­lipe.

Pin­che pu­tas. Zdrajcy. Na­le­żało im się.

La Fron­tera ro­biła z nimi in­te­resy od pię­ciu lat i do nie­dawna była to współ­praca owocna i obu­stron­nie ko­rzystna. Włosi po­trze­bo­wali jego nar­ko­ty­ków i umie­jęt­no­ści prze­rzu­ca­nia ich przez gra­nicę, on po­trze­bo­wał ich sieci dys­try­bu­cyj­nej. Od kilku mie­sięcy jed­nak naj­wy­raź­niej prze­ce­niali jego za­leż­ność od nich, a nie do­ce­niali wła­snej za­leż­no­ści od jego pro­duktu. Pró­bo­wał im to uświa­do­mić, ale byli wy­jąt­kowo uparci i cią­gle chcieli wię­cej. W końcu mu­siał się wy­co­fać z tego układu. Ze­rwa­nie miało być osta­teczne i da­wać wy­obra­że­nie o ewen­tu­al­nych kon­se­kwen­cjach braku ak­cep­ta­cji dla jego de­cy­zji. Na­wet je­śli nie­zbyt mu się po­do­bał wy­stęp syna, przy­naj­mniej osią­gnął efekt, na ja­kim mu za­le­żało.

- Co z grin­gos?

- Wszystko za­ła­twione - od­parł Pa­blo. - Sa­mo­lot od­bie­rze ich ju­tro rano. Wie­czo­rem będą w Ju­árez. Po­my­śla­łem, że za­ła­twi­cie in­te­resy tam, a póź­niej przy­wie­ziesz ich tu­taj, żeby im wszystko po­ka­zać.

- Będą pod wra­że­niem, co?

- Pew­nie, El Pa­trón. Jak mo­gliby nie być?

- Coś jesz­cze?

- Jest jedna sprawa. Twój syn mówi, że zlo­ka­li­zo­wali dzien­ni­ka­rzy.

- Ja­kich? Od­śwież mi pa­mięć.

- Blo­ge­rów.

- No tak - przy­po­mniał so­bie se­rię de­ner­wu­ją­cych ar­ty­ku­łów na te­mat jego dzia­łal­no­ści. Ktoś za­czął ro­bić szum wo­kół jego in­te­re­sów, za­równo w kraju, jak i za gra­nicą. Fe­lipe nie mógł tego to­le­ro­wać. - Kim oni są?

- Męż­czy­zna i ko­bieta. Mło­dzi. Jego już na­mie­rzy­li­śmy.

- Dur­nie. Zaj­mij się nimi, Pa­blo.

- Za­ła­twione.

4

Ca­te­rina Mo­reno wpa­try­wała się w bez­kre­sną pu­sty­nię. Wiatr sy­pał jej pia­skiem w twarz. Do­piero co na­stał świt, a ona znaj­do­wała się na obrze­żach na­le­żą­cej do Ciu­dad Ju­árez dziel­nicy nę­dzy Lo­mas de Po­leo. Wła­śnie prze­szli przez płot i zna­leźli się na te­re­nach kon­tro­lo­wa­nych przez kar­tel La Fron­tera. To­wa­rzy­szyło jej trzy­dzie­ści in­nych osób, głów­nie ko­biet. Na­le­żały do or­ga­ni­za­cji ak­ty­wi­stów zaj­mu­ją­cej się po­szu­ki­wa­niem ciał dziew­czyn po­ry­wa­nych z ulic mia­sta. Ca­te­rina była młoda i ładna, miała sub­telną twarz i dłu­gie, lśniące czarne włosy, zu­peł­nie jak jej matka. Duże zie­lone oczy po­tra­fiły ci­skać gromy, kiedy wpa­dała w złość. Te­raz bez­wied­nie wpa­try­wała się w dal, roz­my­śla­jąc o na­pi­sa­nym do po­łowy ar­ty­kule. Roz­wa­żała różne punkty wi­dze­nia, moż­li­wo­ści dal­szego roz­wi­ja­nia te­matu i kon­se­kwen­cje pu­bli­ka­cji.

Miała już go­towy ty­tuł: Mia­sto za­gi­nio­nych dziew­czyn.

Tak wła­śnie nie­któ­rzy na­zy­wali dzi­siaj Ciu­dad Ju­árez. To nie zmie­niało faktu, że było też zwane mia­stem mor­der­ców, po­nie­waż każ­dego dnia lu­dzie gi­nęli tu w po­ra­chun­kach gan­gów - w tym roku już po­nad sie­dem­set osób, a nie było jesz­cze Wiel­ka­nocy. Ca­te­rina miała ob­se­sję na punk­cie wo­jen nar­ko­ty­ko­wych, które stale po­ja­wiały się na jej blogu na te­mat po­gra­ni­cza: post za po­stem o śmierci, oka­le­czo­nych cia­łach po­rzu­ca­nych osten­ta­cyj­nie na miej­skim wy­sy­pi­sku, strze­la­ni­nach z sa­mo­cho­dów, o te­re­no­wych au­tach z set­kami dziur po ku­lach, dzie­ciach sma­żo­nych żyw­cem w ka­dziach z ole­jem, po­nie­waż ich ro­dzice nie chcieli ro­bić tego, co im ka­zano, wi­siel­cach znaj­do­wa­nych na mo­stach i la­tar­niach. Na groby ofiar na­ty­kano się w ca­łym mie­ście, eks­hu­mo­wano dzie­siątki ciał, trupy nie­mal do­słow­nie wy­cho­dziły z ziemi. Do tego od­ra­ża­jące na­gra­nia wi­deo z tor­tur i eg­ze­ku­cji, pu­bli­ko­wane na YouTu­bie i Fa­ce­bo­oku. Były to wia­do­mo­ści prze­ka­zy­wane so­bie przez zwa­śnione gangi, a za­ra­zem ostrze­że­nia ad­re­so­wane do władz, nie­prze­kup­nych po­li­cjan­tów i zwy­kłych Mek­sy­ka­nów.

"To my kon­tro­lu­jemy to mia­sto".

"Ono na­leży do nas".

Ca­te­rina ra­zem z in­nymi dzien­ni­ka­rzami opi­sy­wała wszyst­kie te wy­da­rze­nia. Za­wie­ra­jący już trzy ty­siące po­stów Blog del Bor­der­land po­woli zy­ski­wał czy­tel­ni­ków i do­cie­rał do co­raz więk­szej liczby lu­dzi. W tej chwili przy­cią­gał setki ty­sięcy od­bior­ców. Ca­te­rina miała duże au­dy­to­rium i nie bra­ko­wało jej de­ter­mi­na­cji do uświa­da­mia­nia lu­dziom, co się dzieje.

Mia­sto za­gi­nio­nych dziew­czyn.

Cały czas wra­cała do tego te­matu. Wojny gan­gów były głów­nym wąt­kiem, ale nie bra­ko­wało też in­nych hi­sto­rii, za­głu­szo­nych przez szum me­dialny, ukry­tych w in­nych opo­wie­ściach. Ta, na któ­rej trop wpa­dła Ca­te­rina, na­le­żała do naj­bar­dziej in­try­gu­ją­cych. W ciągu ostat­nich pię­ciu lat w mie­ście upro­wa­dzono trzy­sta ko­biet i dziew­cząt - głów­nie na­sto­la­tek w wieku pięt­na­stu, szes­na­stu lat - wra­ca­ją­cych z pracy w ma­qu­ila­do­ras - wiel­kich fa­bry­kach, które wy­ro­sły jak grzyby po desz­czu na po­łu­dnio­wym brzegu Rio Grande. Po­nadna­ro­dowe kor­po­ra­cje bez ocią­ga­nia wy­ko­rzy­stały moż­li­wo­ści stwa­rzane przez układ o wol­nym han­dlu, dzięki któ­remu mo­gły za­trud­niać lu­dzi w Mek­syku za uła­mek wy­na­gro­dze­nia obo­wią­zu­ją­cego na pół­noc­nym brzegu rzeki. Fa­bryki i inne za­kłady wy­zy­sku­jące siłę ro­bo­czą były ob­sa­dzone głów­nie mło­dymi ko­bie­tami przy­jeż­dża­ją­cymi z ca­łego kraju w po­szu­ki­wa­niu sta­łego wy­na­gro­dze­nia i lep­szego ży­cia.

Były ni­kim, ano­ni­mo­wymi du­chami snu­ją­cymi się po mie­ście. Wia­domo było, że nikt nie bę­dzie za nimi tę­sk­nił. Nie­które upro­wa­dzono wprost z ulicy, inne z ba­rów, zwa­biono je do ho­teli i klu­bów pod pre­tek­stem randki, obie­cano im pracę, pie­nią­dze albo ro­mans, a cza­sem tylko jed­no­ra­zową przy­godę, dzięki któ­rej mo­gły na chwilę za­po­mnieć o co­dzien­nej ogłu­pia­ją­cej ha­rówce.

Póź­niej już nikt nie wi­dział ich ży­wych.

Ich ciała po­rzu­cano gdzie­kol­wiek, nie pró­bu­jąc ich na­wet ukryć - na nie­użyt­kach, w prze­pu­stach i ro­wach, wy­rzu­cano z sa­mo­cho­dów na ulicę albo spusz­czano do ka­na­łów ście­ko­wych. Za­bójcy ni­czym się nie przej­mo­wali ani nie za­da­wali so­bie trudu, żeby za­trzeć ślady swo­jej dzia­łal­no­ści. Wie­dzieli, że i tak nikt ich nie bę­dzie ści­gał. Nie wszyst­kie za­gi­nione uda­wało się od­na­leźć. Ich zde­spe­ro­wani ro­dzice roz­wie­szali ogło­sze­nia na przy­stan­kach i mu­rach.

Ca­te­rina fo­to­gra­fo­wała ogło­sze­nia, pu­bli­ko­wała je w sieci i za­pi­sy­wała szcze­góły.

Miała ich pełny no­tat­nik.

Na­zwi­ska.

Daty uro­dze­nia.

Daty upro­wa­dze­nia.

Wie­działa, że nie znajdą tej, któ­rej szu­kali tego ranka. Na­zy­wała się Ma­ria, a jej ciało miało się zna­leźć pew­nego dnia w miej­scu bar­dzo po­dob­nym do tego. Za­da­niem Ca­te­riny było opi­sa­nie po­szu­ki­wań. Zro­biła zdję­cia osób prze­pa­tru­ją­cych brudne pia­ski i na­grzane skały w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­go­kol­wiek śladu po­twier­dza­ją­cego to, czego i tak wszy­scy się spo­dzie­wali: że dziew­czyna nie żyje.

Po­szu­ki­wa­nia prze­rwano i wszy­scy udali się z po­wro­tem do miej­sca, w któ­rym zo­sta­wili sa­mo­chody. Wi­dzieli młode ko­biety wy­cho­dzące z pry­mi­tyw­nych bud i chat, gro­ma­dzące się na po­bo­czu drogi w ocze­ki­wa­niu na au­to­busy. Te miały je za­wieźć do fa­bryk.

5

Sześć go­dzin póź­niej Ca­te­rina sie­działa przy kom­pu­te­rze, cze­ka­jąc na re­ak­cję na ostat­nią wy­słaną wia­do­mość. Za­gry­zała ner­wowo wargi, ale kur­sor na ekra­nie mi­gał nie­stru­dze­nie, a od­po­wiedź nie nad­cho­dziła. Prze­cze­sała pal­cami dłu­gie ciemne włosy i skrzy­wiła się, pa­trząc na ekran. Prze­stra­szyła tę dziew­czynę. Za bar­dzo na­ci­skała, za bar­dzo się spie­szyła, za bar­dzo chciała opi­sać jej hi­sto­rię. A te­raz ją stra­ciła.

Do cho­lery! Niech to wszystko szlag trafi! Ode­pchnęła się no­gami i od­su­nęła od biurka ra­zem z krze­słem na kół­kach. Wy­cią­gnęła ręce nad głowę. Była zmę­czona i ze­sztyw­niała. Spę­dziła przed lap­to­pem mniej wię­cej osiem go­dzin, nie li­cząc pię­cio­mi­nu­to­wej prze­rwy na wyj­ście do baru za ro­giem po gor­dity i qu­esa­dille, które tuż po po­wro­cie zja­dła przy biurku. Ga­zety na­dal le­żały na pod­ło­dze, obok prze­peł­nio­nego ko­sza na śmieci, gdzie je wcze­śniej rzu­ciła. Wczo­raj było tak samo, a w nocy nie miała czasu na sen. Kiedy pra­co­wała nad taką hi­sto­rią, da­wała się po­nieść. Wie­działa, że to wada, ale nie za­mie­rzała jej ko­ry­go­wać. Dla­tego też nie miała chło­paka ani męża. Mu­siałby to być bar­dzo szcze­gólny typ męż­czy­zny - nie­zwy­kle cier­pliwy i wy­ro­zu­miały. Nikt inny nie wy­trzy­małby z ko­bietą, która po­tra­fiła tak się za­tra­cić w pracy, że za­po­mi­nała o pra­niu, je­dze­niu, wy­cho­dze­niu na randki i wszyst­kim, co nie słu­żyło pi­sa­niu.

Ale tak musi być, po­wie­działa so­bie w du­chu ko­lejny raz.

Opi­sy­wa­nie tych hi­sto­rii na­prawdę jest naj­waż­niej­sze.

Lu­dzie mu­szą wie­dzieć.

Świat musi wie­dzieć, co się dzieje w Ju­árez.

Pra­co­wała w swoim ma­lut­kim miesz­ka­niu, w po­koju dzien­nym. Na ścia­nach wi­siały duże ar­ku­sze pa­pieru z roz­pi­sa­nymi po­my­słami na ar­ty­kuły, a mię­dzy nimi dia­gramy ob­ra­zu­jące hie­rar­chię kar­teli. Na jed­nej z kar­tek wid­niały imiona i na­zwi­ska trzy­stu ko­biet. Tuż obok biurka wi­siała duża mapa z trzy­stoma pi­nez­kami po­wbi­ja­nymi w miej­scach od­na­le­zie­nia zwłok. Ku­piony z dru­giej ręki kom­pu­ter marki Mac­Book Pro tkwił w za­wie­ru­sze pa­pie­rów, ksią­żek i od­ręcz­nych no­ta­tek. Stary i zu­żyty iMac przy­cup­nął na rogu biurka. Na jego ekra­nie wi­dać było otwarty do­ku­ment Word­press. Zmi­ni­ma­li­zo­wane okna ukry­wały strony z wy­ni­kami wy­szu­ki­wań i ar­ty­ku­łami. Wszystko po­bie­rała przez dark­net, żeby mieć gwa­ran­cję ano­ni­mo­wo­ści i za­bez­pie­czyć się przed wy­śle­dze­niem. Nie wie­działa, czy kar­tele są wy­star­cza­jąco za­awan­so­wane tech­no­lo­gicz­nie, żeby po­wią­zać Blog del Bor­der­land z jej miej­scem za­miesz­ka­nia, ale wła­dze z pew­no­ścią miały taką moż­li­wość, a po­nie­waż sie­działy w kie­szeni bos­sów nar­ko­ty­ko­wych, nie­ostroż­ność mo­gła ją wiele kosz­to­wać. Miała pew­ność, że nie da się wy­śle­dzić au­tor­stwa jej ar­ty­ku­łów, a jej na­zwi­sko jest bez­piecz­nie ukryte za ca­łym mnó­stwem in­ter­ne­to­wych pseu­do­ni­mów. Praw­dzi­wym nie­bez­pie­czeń­stwem były jed­nak spo­tka­nia ta­kie jak to, które pró­bo­wała umó­wić - z prze­ra­żo­nymi dziew­czy­nami z mia­sta. Wie­działa, że musi uchy­lić za­słonę, żeby na­pi­sać ten tekst, lecz wia­ry­god­ność in­for­ma­torki mo­gła na ra­zie oce­nić tylko na pod­sta­wie in­tu­icji.

Ta hi­sto­ria to była jed­nak praw­dziwa bomba. Warto było za­ry­zy­ko­wać.

Spoj­rzała na ekran.

Cią­gle nic.

Sły­szała dzieci gra­jące na po­dwórku w ka­mień, pa­pier, no­życe. Pod­dała się i ci­cho przy­su­nęła do okna. Miesz­kała wy­soko, na trze­cim pię­trze, i te­raz spo­glą­dała z góry na oto­cze­nie. Dzieci ba­wiły się na placu przed no­wym ko­ścio­łem, otyn­ko­wa­nym na biało i po­kry­tym czer­woną da­chówką. Pie­nią­dze na bu­dowę wy­ło­żyły kar­tele.

Pod­je­chała na krze­śle z po­wro­tem do biurka i spoj­rzała obo­jęt­nie na ekran.

- Je­stem - prze­czy­tała.

Kur­sor mru­gał na końcu wier­sza.

Ca­te­rina gwał­tow­nie się wy­pro­sto­wała i za­częła pi­sać od­po­wiedź. Kilka razy wy­ka­so­wała tekst, za­nim wpa­dła na to, co chce po­wie­dzieć.

"Wiem, że się bo­isz".

Po krót­kiej pau­zie na ekra­nie po­woli i nie­pew­nie za­częły się po­ja­wiać li­tery:

"Skąd mo­żesz wie­dzieć?"

"Roz­ma­wia­łam z in­nymi dziew­czy­nami. Nie­zbyt wie­loma. Nie je­steś pierw­sza".

"Po­wie­działy ci, że mo­żesz je opi­sać?"

"Nie mo­gły się zgo­dzić".

"To ozna­cza wyż­szą stawkę".

"W po­rządku".

"Co mia­ła­bym zro­bić?"

"Po pro­stu wszystko mi opo­wie­dzieć".

"Pod na­zwi­skiem?"

"Ano­ni­mowo".

"Nie je­stem pewna".

"Masz prawo się bać. Ja też się boję. Ci lu­dzie są bar­dzo nie­bez­pieczni. Ale mo­żesz mi za­ufać".

Kur­sor mru­gał bez końca. Ca­te­rina wstrzy­mała od­dech.

"Je­śli przyjdę, to tylko po to, żeby po­roz­ma­wiać?"

"Bę­dziesz mo­gła zro­bić, co ze­chcesz. Ale roz­mowa bę­dzie OK".

"Kto tam bę­dzie?"

"Ja i mój współ­pra­cow­nik. On też pi­sze. Mo­żesz mu za­ufać".

Na­stą­piła ko­lejna prze­rwa i Ca­te­rina za­częła się za­sta­na­wiać, czy nie na­le­żało po­wie­dzieć, że przyj­dzie sama. Leon był po­rząd­nym czło­wie­kiem, ale skąd ta dziew­czyna miała o tym wie­dzieć? Strach przed nie­zna­nym męż­czy­zną był zu­peł­nie nor­malny po tym, co De­lo­res prze­szła do tej pory.

Li­tery znowu za­częły się po­ja­wiać na ekra­nie.

"Mogę wy­brać miej­sce?"

"Pew­nie, ale naj­le­piej pu­bliczne".

"Znasz knajpę La Casa del Mole?"

Ca­te­rina zgar­nęła pa­piery z kla­wia­tury iMaca i wpi­sała na­zwę do wy­szu­ki­warki Go­ogle.

"Przy Col Cha­vena?"

"Tak".

"Znam".

"Mo­żemy się tam spo­tkać".

"Za­re­zer­wuję sto­lik. Na­zy­wam się Ca­te­rina Mo­reno. Będę cze­kała od 20.00. Zgoda?"

Od­po­wiedź nie przy­szła od razu. Po­ja­wiła się na ekra­nie do­piero po dłuż­szej chwili.

"Tak".

6

Po­rucz­nik Je­sus Plato za­trzy­mał się obok po­li­cyj­nego do­dge'a char­gera i od­wró­cił w stronę swo­jego domu na przed­mie­ściach Ju­árez. W drzwiach stała jego cię­żarna żona Eme­lia, trzy­ma­jąc na rę­kach ich naj­młod­sze dziecko, Je­susa Ju­niora. Za­wo­łała go.

- O co cho­dzi?

- Chodź tu­taj - po­wie­działa.

Rzu­cił ka­burę z bez­piecz­nie za­mknię­tym w niej gloc­kiem na sie­dze­nie pa­sa­żera i cof­nął się do domu.

- O czymś za­po­mnia­łem?

- Nie. To ja za­po­mnia­łam.

Sta­nęła na pal­cach, a on po­chy­lił się nieco, by mo­gła zło­żyć długi po­ca­łu­nek na jego ustach.

- Bądź ostrożny, Je­sus. Nie chcę sły­szeć o żad­nych ry­zy­kow­nych ak­cjach, nie w tym ty­go­dniu. Bóg je­den wie, że było ich już wy­star­cza­jąco dużo.

- Wiem. Nie będę ry­zy­ko­wał.

- Wszystko się zmieni w przy­szłym ty­go­dniu. Za­czniemy nowe ży­cie. Mu­sisz my­śleć o mnie i o nim, o na­szych dziew­czyn­kach i dziecku, które no­szę. Je­śli w ostat­nim ty­go­dniu służby wpa­ku­jesz się w ja­kieś kło­poty, wszystko po­psu­jesz. Wiesz o tym, prawda? No i po­patrz na ten traw­nik, to bę­dzie twoje pierw­sze za­da­nie na eme­ry­tu­rze, sły­szysz? Pierw­sze!

- Ja­sne, chica - po­wie­dział z po­błaż­li­wym uśmie­chem. Nie­spełna roczne nie­mowlę za­częło ra­do­śnie ga­wo­rzyć, gdy po­ła­sko­tał je pod brodą. Sy­nek i matka byli po­do­bni do sie­bie jak dwie kro­ple wody. Te same wiel­kie ciemne oczy, w któ­rych można było uto­nąć, smu­kły nos i ide­alna, je­dwa­bi­sta skóra. Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał Eme­lię w usta.

- Pa­mię­taj, że wrócę późno wie­czo­rem. Ala­meda i San­chez za­pro­sili mnie na ko­la­cję.

- Chcą mieć pew­ność, że od­cho­dzisz. Nie upij się, że­byś nie obu­dził dziecka.

Uśmiech­nął się po raz ko­lejny.

- Nie bój się, chica.

Ru­szył w dół pod­jaz­dem, za­trzy­mu­jąc się na chwilę przy umiesz­czo­nej na przy­cze­pie ło­dzi, którą od ja­kie­goś czasu re­mon­to­wał. Dłu­ba­nie przy ło­dzi, kiedy się mieszka po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów od wy­brzeża, było sta­łym te­ma­tem żar­tów mię­dzy nimi. Daw­niej na­le­żała jed­nak do jego ojca, a on chciał uczcić pa­mięć sta­ruszka, przy­wra­ca­jąc jej świet­ność. Być może któ­re­goś dnia, już na eme­ry­tu­rze, wy­pły­nie na niej w mo­rze. Je­sus wy­cho­wał się na wy­brzeżu i za­wsze miał na­dzieję, że kie­dyś tam wróci. Mu­siałby długo prze­ko­ny­wać do tego żonę, ale kiedy za­koń­czy służbę, nie­wiele bę­dzie ich trzy­mało w Ju­árez. Wy­jazd był moż­liwy. Prze­cią­gnął ko­niusz­kami pal­ców po gład­kim drew­nia­nym ka­dłu­bie i po­my­ślał o nie­zli­czo­nych go­dzi­nach po­świę­co­nych na wy­mie­nia­nie, szli­fo­wa­nie i im­pre­gno­wa­nie de­sek po­szy­cia. Zaj­mo­wał się tym od sze­ściu mie­sięcy i nie­cier­pli­wie cze­kał, aż bę­dzie mógł prze­zna­czyć wię­cej czasu na tę pracę. Jesz­cze ty­dzień albo dwa so­lid­nej ro­boty bez ko­niecz­no­ści my­śle­nia o służ­bo­wych spra­wach i łódź bę­dzie go­towa.

Wró­cił do ra­dio­wozu i wsiadł do niego. Od­chy­lił osłonę prze­ciw­sło­neczną i przej­rzał się we wbu­do­wa­nym w nią lu­sterku. Pięć­dzie­siątkę miał już za sobą i to było wi­dać. Miał po­sta­rzałą, ogo­rzałą twarz ze zmarszcz­kami w ką­ci­kach oczu. Kru­czo­czarne nie­gdyś włosy były przy­pró­szone si­wi­zną, a wąs nie­mal zu­peł­nie po­sza­rzał.

To wiek - po­my­ślał - i wy­ko­ny­wana od trzy­dzie­stu lat praca. Mógł uła­twić so­bie ży­cie, cho­dzić skró­tami, które mu pro­po­no­wano, ulżyć so­bie nieco w spła­cie kre­dytu hi­po­tecz­nego za po­mocą pcha­ją­cych się w ręce wzią­tek i ła­pó­wek. Mógł nie na­ra­żać się na po­strzał, po któ­rym zo­stał mu na pa­miątkę tępy, pul­su­jący ból w ra­mie­niu, wra­ca­jący wraz z każdą zmianą po­gody. Je­sus Plato nie był jed­nak ule­piony z ta­kiej gliny - ni­gdy nie był i ni­gdy nie bę­dzie. Na straży jego za­sad stało głę­bo­kie po­czu­cie ho­noru i god­no­ści, wpo­jone mu przez ojca, pra­wego czło­wieka, po­li­cjanta za­strze­lo­nego przez płat­nego za­bójcę w cza­sach, kiedy wszystko w mie­ście za­częło się psuć. W okre­sie na­ro­dzin po­tęgi La Fron­tery i kie­ru­ją­cego nią El Pa­tróna Je­sus był mło­dym ka­de­tem, ale choć nie miał jesz­cze do­świad­cze­nia, do­brze wi­dział, co się dzieje. Zda­wał so­bie sprawę, że wielu jego ko­le­gów wy­słu­guje się za pie­nią­dze bos­som nar­ko­ty­ko­wym, ale po­przy­siągł, że ni­gdy nie bę­dzie taki jak oni. Przez trzy­dzie­ści lat nie zła­mał tego przy­rze­cze­nia.

Ode­rwał wzrok od lu­sterka i za­uwa­żył, że Eme­lia śmieje się z niego, gdy tak przy­pa­truje się swemu od­bi­ciu. Z roz­ba­wie­niem po­ma­chał jej ręką na po­że­gna­nie i od­pa­lił po­tężny sil­nik do­dge'a. Jesz­cze ty­dzień, po­my­ślał, pod­no­sząc osłonę prze­ciw­sło­neczną.

Wy­co­fał z pod­jazdu na ulicę, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem prze­ro­śnięty traw­nik. Za­sta­na­wiał się, czy nie mógłby so­bie ku­pić no­wej sa­mo­bież­nej ko­siarki, którą wi­dział w Home De­pot, kiedy ostat­nio był w El Paso. Za­słu­gi­wał na taki pre­zent z oka­zji przej­ścia na eme­ry­turę. Jesz­cze pięć dni i wresz­cie bę­dzie mógł za­cząć cie­szyć się ży­ciem.