8
Hotel Leach w Douglas w stanie Arizona był okazałym reliktem dawnej epoki. Kiedyś pełnił w tym przygranicznym mieście ważną funkcję jako najlepszy przystanek przed dalszą podróżą do kraju bezprawia i przemocy. Został zbudowany na przełomie XIX i XX wieku i nazwany po miejscowym dygnitarzu, dla którego był oczkiem w głowie. Robert E. Leach był nacjonalistą z Południa, zwolennikiem niewolnictwa, a u schyłku życia ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Meksyku.
Beau Baxter wiedział o tym budynku absolutnie wszystko. Uwielbiał historię, a przyblakły splendor hotelu, który wydawał się miejscem poza czasem, bardzo mu odpowiadał. Ten rejon hrabstwa Cochise był zawsze chętnie odwiedzany przez wszelkiej maści straceńców, a do lokalnych rzezimieszków zatrzymujących się niegdyś w Hotelu Leach należeli między innymi Clay Allison, Luke Short, Johnny Ringo i Curly Bill Brocious. Beau czytał o nich wszystkich.
Często spotykał się tu z klientami - przynajmniej tymi, którzy nie żądali od niego przyjazdu do Houston czy Dallas - i cieszył się, że oczekujący na niego dzisiaj mężczyzna prowadzi interesy przy granicy i nie ma problemów z pofatygowaniem się do niego.
Beau niedawno ukończył sześćdziesiątkę, choć wyglądał młodziej. Miał opaloną, pokrytą zmarszczkami twarz, ogorzałą od słońca po wielu tygodniach spędzonych w terenie. Nosił dobrze dopasowany, ewidentnie kosztowny błękitny garnitur, rozpiętą pod szyją jasnoniebieską koszulę i buty z wężowej skóry. Siedział w hotelowym lobby przy stoliku, na którym położył kremowy kowbojski kapelusz. Pomieszczenie było delikatnie oświetlone promieniami słońca przesączającymi się przez zielono-niebieskie witrażowe świetliki w suficie.
Jakiś człowiek stanął w drzwiach wejściowych i obrzucił lobby spojrzeniem spod przymrużonych powiek. Beau rozpoznał swojego klienta - mężczyznę średniego wzrostu, mocnej budowy ciała, z oliwkowobrązową skórą i rozbieganym, podejrzliwym wzrokiem. Często nosił jaskrawe koszule, zdaniem Beau w niezbyt dobrym guście. Nie znał jego nazwiska, nie było ono zresztą ważne. Klient przedstawiał się jako Carlo. Był nieco podstarzałym Włochem należącym do pewnej organizacji przestępczej z New Jersey. Nie należało zadawać zbyt wielu pytań na temat jej działalności, ale to też nie miało większego znaczenia dla Beau. Ważne, że płacili w terminie, a ich pieniądze były w jego mniemaniu równie dobre jak każde inne.
Wstał i wyciągnął rękę na powitanie.
- Carlo!
- Baxter! Ładne miejsce. Imponuje. To autentyk?
- Stoi tu od stu lat. Robią wokół tego wielkie halo, ale to naprawdę historyczny obiekt.
- Niewiarygodne, że współpracujemy od tylu lat, a nigdy mnie tu nie zaprosiłeś.
Beau wzruszył ramionami.
- Widać nie było okazji.
Usiedli na kanapie w rogu. Carlo położył na stole brązową kopertę.
- Dobra robota - powiedział. - Mistrzostwo.
Beau podniósł ją i zajrzał do środka. Przesunął palcem po krawędzi grubego pliku banknotów.
- Dziękuję. - Zamknął kopertę i wsunął ją do wewnętrznej kieszeni marynarki. - Mam nadzieję, że nasz wspólny znajomy dał wam to, czego potrzebowaliście.
- Owszem. Jak go znalazłeś?
- Co za różnica?
- Pytam z ciekawości.
- Nie musisz się tym przejmować. Za to mi płacisz.
- Tajemnica zawodowa, co?
- Coś w tym guście. - Beau się uśmiechnął. - W porządku. Wspominałeś, że masz coś nowego.
- Tak, ale to nie będzie łatwe.
- Zlecenia, które dostaję, nigdy nie są łatwe, w przeciwnym razie mógłby je realizować ktoś inny. O kogo chodzi?
Carlo wyjął telefon i wyszukał zdjęcie mężczyzny. Podał urządzenie Beau.
- Znasz go?
Beau gwizdnął przez zęby.
- Nie żartowałeś, to nie będzie łatwe.
- Znasz go?
- O ile się nie mylę, to Adolfo González. Zgadza się?
- Zgadza się. Znasz go?
- Tak mi się wydaje.
- Miałeś z nim styczność?
- Parę razy. Nie bezpośrednio.
- Ale znasz jego reputację?
- Tak.
- Czy to dla ciebie problem?
- Dla mnie nie, ale dla ciebie być może tak. Namierzenie go będzie szczególnie dużo kosztowało.
- Dawaj.
Beau wciągnął powietrze przez zęby, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- No więc po pierwsze nie będzie łatwo go znaleźć, a po drugie, biorąc pod uwagę jego koneksje, cena musi uwzględniać dzisiejsze i przyszłe ryzyko, że dowiedzą się, kto go wyśledził. Wobec tego mówimy o równych pięćdziesięciu tysiącach, połowa teraz, połowa po wykonaniu zlecenia.
Beau zauważył, że jego wzrok ucieka w stronę kępki włosów widocznej między guzikami wzorzystej koszuli Carla.
- Pięćdziesiąt?
- Plus koszty.
- W porządku.
- Tak po prostu?
- Uważasz, że powinieneś zażądać więcej?
- Cena to cena.
- Pierwszą połowę dostaniesz o czternastej trzydzieści.
- Czyli bardzo wam się spieszy.
- Jak dobrze go znasz? - spytał Carlo.
- Poznałem go, kiedy był młodszy. Raz go przyłapałem na przekradaniu się przez granicę.
- I co o nim myślisz?
- Jeśli wtedy był zły, teraz jest jeszcze gorszy.
- Jak bardzo?
- Powiedziałbym, że to podły, psychopatyczny skurwiel. Powiesz mi, co wam zrobił, że tak się na niego uwzięliście?
- Robiliśmy interesy z jego starym - odrzekł Carlo. - Handlowaliśmy pewnym towarem. W jakimś momencie pojawił się problem, bo ojciec zmienił warunki i układ stał się dla nas nieopłacalny. Pojechaliśmy na spotkanie, żeby to omówić. Młody González zamordował sześciu moich ludzi.
Beau przypomniał sobie pogłoski.
- Chodzi o tę awanturę na południe od Juárez?
Carlo rozłożył szeroko ręce.
- Powiedzmy, że chcemy z nim o tym porozmawiać.
- Czyli ma być żywy?
- W miarę możliwości. Będzie premia.
- Rozumiem.
Beau nie musiał pytać o nic więcej. Był łowcą głów wystarczająco długo, by wiedzieć, że zemsta miewa różne oblicza.
- Potrzebujesz jeszcze czegoś?
- Nie - odrzekł. - To wystarczy.
- W takim razie załatwione. - Carlo wstał. - Pomyślnych wiatrów.
Beau również się podniósł i wziął kapelusz ze stołu.
- Wiesz, jak nazywają naszego chłopca na pograniczu?
Carlo pokręcił głową.
Beau strzepnął pyłek z kapelusza.
- Ten facet robi wrażenie swoją reputacją. Niedawno słyszałem, jak mówią o nim Santa Muerte.
- Święta Śmierć? Ci Meksykańcy to przesądne skurwysyny, Baxter.
- Być może. W każdym razie pięćdziesiąt patyków za tego gościa to prawdziwa okazja, przyjacielu.