Święta pod starym dachem - Weronika Tomala

Reflow text when sidebars are open.
Kornelia
Kuchnię wypełnia zapach gotowanego piernika, który zdążył zamienić się w papkę. Stoję przy palniku i mieszam powstałą przez namaczanie masę, by nie przywarła do dużego garnka. Kawałek dalej bulgocze woda z bakaliami. Już za chwilę, po połączeniu z piernikiem, zacznie tworzyć moczkę – tradycyjne śląskie świąteczne danie, bez którego Wigilia po prostu nie może się odbyć.
Skupiam myśli na przepisie i dumam, czy babcia pamiętała o zakupie miodu. Odwracam głowę w jej stronę i widzę, kolejny już raz tego dnia, że wydaje się czymś bardzo zatroskana. Jakby była nieobecna duchem, choć przecież przyrządzanie świątecznych potraw to jej konik. To ona mnie tego nauczyła.
– Babciu... – Na moment przerywam mieszanie i podchodzę bliżej niej. – Wiem, że pewnie się przejmujesz tym całym przedsięwzięciem, ale przecież wszystko idzie zgodnie z planem. Wigilia jutro, a my mamy już połowę potraw. Zdążymy na czas – przypominam, bo niepotrzebne nerwy w niczym nie pomogą.
Domyślam się, że powodem jej trosk jest przyjazd gości, dla których chcemy zorganizować wyjątkowe przyjęcie. Chociaż Maciejówka od wielu lat przyjmowała przyjezdnych, a moi dziadkowie z powodzeniem prowadzili pensjonacik oferujący noclegi wraz z domowym jedzeniem, na święta Bożego Narodzenia nigdy nie było tutaj nikogo obcego. Dotąd ściany starego domu wypełniali wyłącznie członkowie rodziny, którzy co roku spędzali tu ten wyjątkowy czas razem. Pewnej jesieni, kiedy zmarł mój dziadek, magia grudniowych dni gdzieś się ulotniła. To on zwykle najgłośniej śpiewał kolędy. To on pomimo wieku wybierał ze mną świąteczne drzewko, a potem samodzielnie ścinał je siekierą. Próbowaliśmy wspólnymi siłami wypełnić powstałą pustkę, ale to już nigdy nie było to samo. W tym roku po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Maciejówka na czas świąt miała pozostać zupełnie pusta. Wszystko za sprawą mojej siostry, która ze spakowaną do szpitala torbą czeka właśnie na pierwsze skurcze. Termin przyjścia na świat jej córeczki wyznaczono na pierwszy dzień świąt, więc nic dziwnego, że Alicja nie zamierza opuszczać Warszawy. Szanse na bardzo szybkie dotarcie do stolicy z południa Polski są bliskie zeru, więc nasi rodzice pojechali w tym roku do niej i absolutnie nie mam im tego za złe. Również zostałam zaproszona, ale kiedy usłyszałam, że babcia nie zamierza się ruszać z Maciejówki, postanowiłam być tam razem z nią. Bo przecież nikt z nas nie powinien czuć się samotny, i to wcale nie tylko w święta.
– Dziecino, ja się nie boję, że nie zdążymy z jedzeniem na czas. Już tyle razy szykowało się wigilijną wieczerzę dla hordy ludzi i wszystko wychodziło. Ale mam wyrzuty sumienia, że weźmiemy od gości tyle pieniędzy. Ludzie powiedzą, że Boga się nie boję. – Babcia po raz pierwszy przyznaje, co tak naprawdę ją trapi.
Nie mogę w to uwierzyć. Podchodzę do kuchenki, mieszam piernik i zmniejszam moc palnika. Potem do niej wracam. Odsuwam od stolika taboret i siadam naprzeciwko staruszki. Wyciągam rękę, by ująć jej dłoń. W końcu na mnie patrzy.
– Z całym szacunkiem, babciu, ale głupoty opowiadasz. Przecież ci ludzie przyjeżdżają tutaj na kilka nocy, nie na jeden dzień. Będziemy szykować im jedzenie, opłacać wodę, prąd, a oprócz tego przygotujemy dla nich kolację wigilijną, jakiej pewnie jeszcze na oczy nie widzieli – wyliczam. – To wszystko kosztuje. Sama się dziwisz cenom w sklepach. Poszły w górę – próbuję przetłumaczyć.
Tak naprawdę momentami sama się zastanawiam nad słusznością złożonej babci propozycji, by wystawić w internecie ofertę Wigilii w Maciejówce. Ale pomyślałam wtedy, że skoro zostaniemy tutaj same, możemy spróbować. A ona znów mogłaby poczuć się potrzebna. Poza tym mamy słuszny cel. Babcia Wiesia potrzebuje pieniędzy na operację. Wszczepienie endoprotezy stawu biodrowego, owszem, jest refundowane przez NFZ, ale kilka lat oczekiwania to zupełne nieporozumienie. Niełatwo żyć, kiedy każdy krok sprawia ból.
– Poza tym to była naprawdę atrakcyjna propozycja, skoro godzinę po publikacji została wykupiona – przypominam jej. Mogłyśmy zasugerować jeszcze wyższą cenę, ale nie odważam się o tym wspomnieć. Domyślam się, że tylko podsyciłabym jej gniew. – Zresztą na biednego nie trafiło. Gdyby nie było ich stać, ci ludzie zostaliby w domu. A tak będą mieli wszystko podane pod nos – kończę, puszczam jej dłoń i wracam do kuchenki, bo za chwilę plany przygotowania idealnych potraw naprawdę mogą rozminąć się z rzeczywistością.
Mogłabym przysiąc, że odchodząc, dostrzegam na twarzy babci ulgę, a nawet cień uśmiechu. Jestem zadowolona, że chociaż trochę udało mi się ją uspokoić. Słyszę, że gramoli się od stołu.
– Kornelko, co ja bym bez ciebie zrobiła... – wzdycha. – Dziadek byłby z ciebie dumny – dodaje, a potem na moment zapada cisza.
Wiem, jak bardzo za nim tęskni. Zresztą czuję dokładnie to samo. Wszystkim nam go brakuje. To dzięki dziadkowi poznałam okoliczne lasy, kiedy zabierał mnie na wycieczki. Uczył też rozpoznawać odgłosy ptaków czy rozróżniać gatunki grzybów. Ileż to razy łapałam się później na tym, że chciałam go o coś zapytać, a potem docierało do mnie, że już nie będę miała okazji.
– Wiem, babciu. Wiem – odpowiadam. – Z pewnością jest i stawiam własną głowę, że teraz na nas patrzy. Zapewne załamuje ręce, jak widzi twoje zmartwienia – próbuję rozchmurzyć nas obie.
Odwracam się i patrzę prosto w szare oczy babci. Jeśli ufać przekazom, kiedyś ponoć były żywo niebieskie. Szkoda, że czarno-białe zdjęcia nie są w stanie oddać ich koloru. Babcia Wiesia miała też w przeszłości długie, jasne włosy. Teraz są krótkie i siwe, ale wciąż całkiem gęste. Nie odziedziczyłam po niej pierwotnej barwy. Moja brązowa, lekko falowana czupryna nijak się ma do złocistych blond pukli, o jakich zawsze marzyłam. Wracam do tego, co tu i teraz.
– Ale ważne, żebyś i ty była ze mnie dumna – mówię, co leży mi na sercu. – I przede wszystkim przestała się smucić, bo na horyzoncie piękne dni. Dni i ludzie, którzy przyjadą tutaj dobrze się bawić, a my mamy mieć w tym swój udział.
– Jestem z ciebie dumna, Kornelko. – Jej głos wibruje od emocji. Po chwili staruszka człapie w moją stronę. Rozpościera ramiona, a potem tuli mnie mocno. Tak jak robiła to za dawnych lat. – Ciekawe, kto trafi się nam tym razem. Czy to będą jacyś starsi, a może młodsi? – Pociąga nosem i zmienia temat, jakby próbowała ukryć wzruszenie.
– Nie mam pojęcia – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Dwie pary bez dzieci. Tylko tyle wiem. Nieważne, w jakim wieku i skąd, byle okazali się znośni.
Klient nasz pan, ale to ważne, by w tym magicznym czasie darzyć się wzajemnym szacunkiem, niezależnie od różnic między nami.
– A pamiętasz tych młodych z Małopolski, którzy zrobili nam dziurę w drzwiach? – wspomina babcia, zaśmiewając się na cały głos, choć rok temu wcale nie było nam wesoło. Awanturujący się pijani mężczyźni skończyli na pobliskiej wytrzeźwiałce i chociaż pokryli koszty zniszczeń, musiałyśmy na cito szukać nowych drzwi, by zapewnić kolejnym gościom cywilizowane warunki pobytu.
– Pamiętam. – Kręcę głową, choć z biegiem czasu zdążyłam już zapomnieć o towarzyszących nam wtedy strasznych nerwach. Wciąż pobrzmiewają mi w głowie echa krzyków, które niosły się przy tej okazji po Maciejówce. Przypominam sobie widok moich trzęsących się palców, kiedy wstukiwałam w telefon numer policji. – Na szczęście historia jedna na tysiąc – podsumowuję, bo przecież od kiedy tutaj jestem, to był zdecydowanie odosobniony przypadek.
– Jeśli znowu tacy tutaj przybędą, tym razem sama przegonię ich rózgą. – Babcia próbuje brzmieć groźnie, przez co wybucham niekontrolowanym śmiechem.
Obie przecież wiemy, że nie byłaby w stanie skrzywdzić muchy.
Natan
– O, jesteście już – mówię odrobinę zmieszany, otworzywszy drzwi mieszkania.
Wpuszczam do środka Wiolę i Adama, po czym ukradkiem spoglądam na wiszący w pobliżu zegar. Punktualni, a Ola wciąż jeszcze nie zdążyła zapiąć swojej walizki. Norma.
– Usiądźcie jeszcze na chwilę – proszę ich. Cmokam Wiolę w policzek i podaję dłoń mojemu najlepszemu przyjacielowi. – Może wasza obecność wpłynie na Olkę i trochę przyspieszy sprawy. Ja nie wiem, po co jej tyle tych ciuchów. Jakbyśmy mieli wyjeżdżać na cały miesiąc... – komentuję półżartem, bo liczba walizek, którą mamy ze sobą zabrać, naprawdę mnie przeraża.
– Wszystko słyszę! – woła Ola z sypialni. – Nie mam zamiaru chodzić przez wszystkie dni w jednych spodniach – tłumaczy.
Znając życie, nie będzie chodzić w jednych dłużej niż dwie godziny. Gdybym miał wymienić pasje swojej dziewczyny, od razu pomyślałbym o ciuchach.
Wzdycham bezradnie. Powinniśmy już wyjeżdżać, jeśli chcemy dotrzeć na Śląsk o sensownej porze. Z Bydgoszczy jest kawałek, a marznąca mżawka z pewnością nie będzie nam dzisiaj sprzyjać.
– Z Wiolą jest podobnie. Zabieramy ze sobą całą jej szafę – parska Adam, siadając na kanapie w naszym przestronnym salonie. Rozumiem, że ma zamiar dodać mi otuchy, ale Wiola zdążyła spakować się na czas. I dotrzeć tutaj.
– Co się tak do nas dowaliliście? – odpowiada mu. – To nie samolot, więc nie mamy limitu bagaży. A kilka minut w tę czy drugą stronę nikogo nie zbawi. Na wyjeździe mamy się czuć komfortowo, więc pilnujcie własnych nosów. A już na pewno ty, Adam. W domu jakoś nie byłeś taki mądry.
Gasi go, ale tylko na moment. Wiem, że mój przyjaciel nie pozostanie jej dłużny.
– Jak zobaczyłem nadkola zachodzące na opony, to zwątpiłem.
– Nie przesadzaj – burczy Wiola i wymownie przewraca oczami. – Ja tam niczego nie widziałam.
– I każdy potem wnosi swoje walizki do pensjonatu sam – straszy ją, choć doskonale wiem, że nigdy by jej na to nie pozwolił.
– Tak? A od czego mam ciebie?
– Dobra. – Do pokoju wchodzi lekko zdyszana Ola. – Nie kłóćcie się. Jestem już gotowa. I olej ich, Wiolcia – fuka. – Jak nie będą wnosić walizek, to nie będą mieli innych korzyści. – Porusza wymownie brwiami i patrzy na mnie z udawaną złością.
– Ja niczego nie powiedziałem. – Wyciągam przed siebie ręce w obronnym geście, by rozładować lekkie napięcie, które dość często towarzyszy naszym wyjściom. Właściwie oboje dobrze wiemy, że do czerpania wspomnianych przez Olę korzyści ostatnio częściej namawia mnie sama.
Kilka minut później znoszę do samochodu wszystkie bagaże. Na koniec dźwigam już tylko swoją deskę snowboardową, zamykam drzwi mieszkania i zmierzam ku stojącej na podwórku reszcie towarzystwa. Na to czekałem. Na moment, kiedy zostawię za sobą robotę, obowiązki, problemy i niekończące się maile. Praca analityka inwestycyjnego w renomowanej firmie potrafi dać się człowiekowi we znaki.
Czekałem na wymarzony urlop, w trakcie którego zaliczę prawdziwy reset, a potem wrócę do codzienności z naładowanymi bateriami. Tylko dobra zabawa, wolny czas i święta, spędzane w tym roku inaczej niż zawsze. Inaczej, bo we własnym kraju. Ola nie przepada za traceniem czasu w kuchni. Dotąd więc wyjeżdżaliśmy, choć Wigilia w restauracjach drogich hoteli w egzotycznych zakątkach świata nijak się ma do tradycji. Nic do tego nie mam. Zresztą w moim rodzinnym domu nigdy nie celebrowano tych dni. Matka nie miała czasu, by przygotowywać wszystkie dania, więc korzystaliśmy z cateringu, a choinkę dekorowaliśmy z bratem sami, choć też do czasu. Kiedy mieliśmy już naście lat, przestało nam zależeć, więc świąteczne drzewko w rodzinnym domu pozostało tylko wspomnieniem. Ojciec zawsze powtarzał, że te grudniowe dni to komercja. Dużo zachodu, pracy, reklam, dużo pieniędzy, a potem sporo sprzątania. Dlatego ograniczaliśmy święta do minimum. By nie marnować czasu. Z wiekiem przestałem za tym tęsknić.
Dziś, z perspektywy lat, zaczynam rozumieć, że mieli rację. Choć nie ukrywam, że w związku z tegoroczną Wigilią gdzieś tam w głębi mnie tli się nutka ekscytacji, której nie potrafię zrozumieć. Jakby miało się wydarzyć coś wielkiego.
Bzdury, myślę nagle. Chyba od tej porannej gonitwy zaczynam po prostu świrować.
Chłodne powietrze nie pierwszy już raz tego dnia dmucha mi prosto w twarz. Za moimi plecami zamykają się automatyczne drzwi. Robię kolejny krok. Stopa ślizga mi się zupełnie poza kontrolą. Cholera! Zaczynam się wyginać z deską snowboardową pod pachą, jakbym dawał tutaj taneczny popis, niewiele mający wspólnego z gracją. Dosłownie w ostatnim momencie łapię równowagę. Oddycham z ulgą, bo zdołałem uniknąć twardego lądowania, choć zrobiło mi się naprawdę gorąco.
– Lepiej uważaj – mówi rozbawiona Wiola. Zatem nie umknęło to jej uwadze. – Mój stary przed momentem zaliczył tam glebę. Miałeś więcej szczęścia – chichocze i trudno się dziwić, przecież swoim pokazem dostarczyłem jej więcej ubawu niż cyrkowy klaun. Potrafię mieć do siebie dystans.
– Mam nadzieję, że jest w jednym kawałku – mówię z troską, bo ewentualne złamania mogłyby mocno skomplikować nasze plany.
– Chyba tak. Ma trochę poobijany tyłek, ale przeżyje. Zaliczał nie takie upadki i zawsze wychodził z nich cało – komentuje.
Wiem, co ma na myśli. Adam lubi balansować na granicy zdrowego rozsądku, zwłaszcza na stoku. Zawsze żartujemy, że ma kości dinozaura, bo przeciętny człowiek po takich wypadkach już dawno wylądowałby w gipsie.
W końcu wsiadam za kierownicę. Nim zapnę pas, wklepuję w telefoniczną nawigację nazwę pensjonatu, do którego zmierzamy. "Maciejówka. Pensjonat prowadzony z sercem, przez babcię..." Pamiętam początek ogłoszenia, od razu zwrócił moją uwagę. Zastanawiałem się wtedy, czy to na pewno dobra opcja, ale wszystkie hotele oferujące usługę wigilijnej kolacji były już zajęte. W tym roku zbyt późno zabraliśmy się do załatwiania noclegu. Choć uczciwie mówiąc, nie spodziewałem się, że z zarezerwowaniem czegokolwiek na święta w kraju będzie tak diabelnie ciężko.
Odpalam silnik, zwalniam hamulec ręczny i pozwalam kołom wolno się potoczyć. Zatrzymuję się dopiero, kiedy samochód jest na wysokości auta Adama.
Opuszczam szybę.
– Mam jechać pierwszy? – pytam dla pewności, bo wiem, że przyjaciel nie przepada za rolą lidera na dłuższych trasach.
– Byłoby dobrze.
– Dobra – potakuję. – No to ruszamy. – Nie ma na co czekać, zwłaszcza że już i tak mamy poślizg.
– Witaj, przygodo! – woła Wiola i podnosi przy tym ręce, jakbyśmy byli grupą rozentuzjazmowanych przedszkolaków wybierających się na swoją pierwszą wycieczkę bez rodziców.
Kręcę głową z politowaniem, choć nie potrafię ukryć uśmiechu.
Zamykam okno.
– Ona czasami bywa stuknięta – komentuje siedząca obok Ola.
– Czasami tak. I chyba za to najbardziej ją lubisz – dodaję zgodnie z prawdą.
Natan
– Boli mnie tyłek od tego siedzenia – marudzi Ola, nie pierwszy już raz podczas dzisiejszej trasy. – Chyba wolę latać samolotem. Raz dwa i jesteśmy tam, gdzie trzeba.
– Czas przelotu do Egiptu wynosi mniej więcej tyle, ile dojazd na miejsce. Już nie wspominając o zeszłorocznej podróży na Dominikanę. Jakoś wysiedziałaś – komentuję i wrzucam kierunkowskaz. Skręcam i patrzę w lusterko, żeby się upewnić, czy Adam na pewno dobrze jedzie. – Teraz też dasz radę – zapewniam ją.
Zostało nam ostatnie dwadzieścia minut. Owszem, ze względu na panujące warunki czas podróży trochę się wydłużył, ale i tak było lepiej, niż sądziłem. Ważne, że obyło się bez kolizji, a tych już dzisiaj widzieliśmy kilka na własne oczy.
– Wiem. Ale w samolocie możesz wstać i się wyprostować. Poprosić o drinka, kawę czy odpiąć ten durny pas. Gdyby jeszcze krajobraz okazał się bardziej urozmaicony, byłoby ciekawiej. Jazda autostradą jest paskudnie nudna – stwierdza, chociaż niemalże przez cały czas i tak klika coś w telefonie.
Co ja mam powiedzieć?
– No tak. O tego drinka najbardziej chodzi, prawda? Trzeba było coś sobie namieszać w butelce – żartuję. – Byłoby ci weselej. Tobie i mnie – dodaję.
– Bardzo śmieszne – odpowiada i zapewne wydyma usta. Zawsze tak robi.
Ola lubi drinki, ale tylko te niby wytworne – kolorowe, o zagranicznych nazwach – które nadają się do zdjęć na jej konta w social mediach. Ja najbardziej lubię irlandzką whisky. Tak czy inaczej, jestem pewien, że na miejscu Ola złapie wiatr w żagle. Jutro zamierzamy ruszać na stok, a z nartami na stopach moja dziewczyna czuje się jak ryba w wodzie. To właśnie w takich okolicznościach się poznaliśmy. We włoskich Alpach, już przeszło cztery lata temu. Ona była tam ze swoją kuzynką, a ja z Adamem, który spektakularnie przeciął im drogę. Od zwykłego "przepraszam" bardzo sprawnie przeszliśmy do wspólnego grzańca w pobliskiej knajpie. Potem wszystko potoczyło się tak szybko, że szczegóły zaczynają mi już umykać.
– Nawigacja pokazuje tylko dziewiętnaście minut do celu. – Słowa Oli, wypowiedziane z wyraźnym ożywieniem, wyrywają mnie z chwilowego zamyślenia.
– Właśnie tak – potwierdzam. Teraz pójdzie już z górki.
***
Samochód toczy się wąską drogą, która tego dnia zdecydowanie nie miała kontaktu z żadną odśnieżarką. Zastanawiam się, czy w pobliżu jest jakiś krawężnik, ale nawet jeśli tak, śnieżna połać zrównała wszystko na dobre. Jadę przypuszczalnym brzegiem jezdni, choć nie wiem, czy "jazda" to dobre słowo. Piętnaście kilometrów na godzinę przywodzi na myśl raczej szybki marsz. Zamieć rozhulała się na dobre, więc będzie tylko gorzej.
Już naprawdę dawno nie widziałem takiej zimy. W Bydgoszczy, kiedy wyjeżdżaliśmy, nie było biało, choć diabli wiedzą, jak wygląda tam teraz. W prognozach zapowiadali wyczekiwany od lat śnieg, ale przestałem już im ufać. Mam wrażenie, że to jak loteria. Raz na dziesięć uda się trafić.
– Natan, powiedz, że nie utkniemy tu na dobre. Boję się. – Spanikowana Ola trzyma się uchwytu tuż nad boczną szybą, jakbyśmy zaraz mieli wpaść w poślizg. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej coś aż tak ją przeraziło. – To jakiś Czarnobyl. Nic tu nie ma. Gdzie my jesteśmy? Błagam, jedź powoli – papla jak najęta.
– Olka, nie przesadzaj – uspokajam ją w końcu. – Przecież nie szarżujemy – dodaję. Lubię szybką jazdę, ale na torze. Na publicznych drogach stawiam na rozsądek, zwłaszcza w taką pogodę. Jako dziecko przeżyłem wypadek samochodowy, który skutecznie na mnie wpłynął, i choć minęło już wiele lat, wciąż pamiętam dźwięk gniecionej blachy. – Tutaj też mieszkają ludzie. Przemieszczają się i z pewnością nie głodują. Pewnie jutro jezdnia będzie znacznie lepsza. Wiesz, jak to jest, zima znów zaskoczyła drogowców – cytuję słynne zdanie, które powtarza się jak mantrę zawsze, kiedy spada pierwszy śnieg. – Nie masz pewności, czy w Bydgoszczy nie jest teraz dokładnie tak samo. Zapowiadano przecież opady w całej Polsce.
– Tak, ale tam na każdym rogu mamy jakiś sklep. Restauracje, galerie, apteki, cholera, cokolwiek – wymienia. – A tu? Jak można tak żyć? Kilka domów na krzyż i nic więcej. Przecież tutaj psy szczekają tyłkami! – kończy rozemocjonowana.
Choć jej w tym momencie nie jest do śmiechu, ten finalny opis tego miejsca wprawia mnie w dobry nastrój, którego nie potrafię zachować tylko dla siebie.
– To rzeczywiście coś nowego. U nas w Bydgoszczy takich nie widziałem – komentuję.
Potem, zgodnie z zaleceniem nawigacji, skręcam w wąską dróżkę, która naprawdę może być dla nas wyzwaniem. Pomyśleć, że kilka sekund wcześniej sądziłem, że najgorsze już minęło. Zaczynam poważnie się zastanawiać, czy zeszłoroczne opony zimowe, bez łańcuchów, poradzą sobie z górką, którą mamy do pokonania. Ale raz kozie śmierć. Naciskam lekko gaz i ruszam.
***
Zaciągam hydrauliczny hamulec ręczny i przekręcam kluczyk. Silnik gaśnie. Otwieram drzwi auta i wychodzę jako pierwszy. Śnieg sypie mi w oczy, a mimo to stoję i wgapiam się w stojący przed nami drewniany budynek, wyglądający tak, jakby miał co najmniej sto lat. Wiekowe belki, kilka schodków prowadzących do drzwi, które ktoś przyozdobił folklorystycznym wzorem. W końcu napis wyżłobiony w wielkiej tablicy zawieszonej po lewej stronie. Maciejówka. Do kompletu brakuje tylko strzechy pokrywającej dach. Jednym słowem – trochę rudera. Prawdę mówiąc, w domu wyobrażałem to sobie inaczej, ale to już raczej nie czas, żeby się wycofać.
A miało być tak pięknie.
Zaczynam odczuwać niepokój, lecz nie mam zamiaru tego pokazywać.
– Co to za zadupie? – słyszę za plecami głos przyjaciela i dźwięk trzaskających drzwi.
– Widziały gały, co brały – odpowiadam mu. – Razem bookowaliśmy ten pobyt.
– Wiem. – Podchodzi bliżej. – Wiola kręci nosem.
– Błagam, trzymaj ją na dystans od Oli, nim zdążymy się zameldować, bo jeśli zaczną się nawzajem nakręcać, to będzie koniec. Nie mam zamiaru wracać do domu w taką pogodę – mówię absolutnie poważnie.
– Z dwojga złego chyba też wolę spać tutaj. Zresztą kojarzysz, jak nocowaliśmy w schronisku w kilkanaście osób w jednym pokoju? Bez stałego dostępu do prądu i wody? Do dziś pamiętam, jak wtedy dobrze się czuliśmy – opowiada.
Wiem. Z Adamem zawsze można było konie kraść.
– Ja też. Choć nie byliśmy wybitnie trzeźwi. – Śmieję się na wspomnienie, jak to butelka wiśniówki zjednoczyła towarzystwo z różnych stron Polski. Swoje już przeżyliśmy.
– Tutaj też nie musimy być. – Adam się szczerzy i wiem, o czym mówi. Jego torba z pewnością skrywa niejeden wyszukany trunek.
– Nami się nie przejmuję, ale przekonaj dziewczyny. – Przewracam oczami na myśl o tym, że za moment będę musiał skonfrontować się z Olą. Zamilkła niebezpiecznie, gdy tylko stanęliśmy pod pensjonatem, jednak przeciągłe westchnienie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Wolałem wysiąść z auta.
***
Tupię przed drewnianymi drzwiami, by strzepnąć z butów oblepiający podeszwy śnieg. Odwracam się w stronę pozostałych i patrzę, jak kolejno pokonują dość solidnie wyglądające schody. Betonowe – w przeciwieństwie do całej reszty konstrukcji. Po prawej stronie stoi mała choinka. Dekorujące ją bombki są w najróżniejszych postaciach i kształtach. Od bałwana po anioła, na którego właśnie patrzę. Niezły miszmasz, ale może i ma w sobie jakiś urok.
– Wchodzimy? – pyta Adam.
Potakuję, po czym łapię za klamkę. Drzwi o dziwo ustępują i choć chcę przepuścić dziewczyny w progu, ostatecznie do pensjonatu wkraczam jako pierwszy. W moje nozdrza uderza charakterystyczny zapach, kojarzący się z zamkami, starymi muzeami czy innymi wiekowymi posiadłościami. Towarzyszy mu woń palonego drewna, zakładam zatem, że budynek ogrzewany jest kominkiem.
– Fuj. Ale tutaj wali. Mam nadzieję, że ciuchy nie przejdą mi tym smrodem – słyszę za sobą Wiolę, która najwyraźniej poczuła to samo co ja. Trochę przesadza. Wcale nie jest tak źle.
– Chyba nic tutaj nie zjem – wtóruje jej Ola, trzymając się za nos.
Też wolałbym spędzić ten czas w jakimś nowoczesnym hotelu, ale nie zamierzam psuć nastroju zbędnym narzekaniem. To i tak niczego nie zmieni. Powinniśmy się cieszyć, że po takiej trasie dotarliśmy tutaj bez stłuczki.
Niewielka klitka służąca za wiatrołap otwiera nam widok na długi, wąski korytarz ciągnący się chyba przez całą szerokość budynku. Maszeruję w jego stronę, zastanawiając się, czy w końcu ktoś wyjdzie nam naprzeciw. Z oddali słychać tylko jakieś trzaski, ale w tym momencie mam wrażenie, że moglibyśmy ograbić dom i naprawdę zniknąć stąd niezauważeni. Chyba zatem czas dać o sobie znać, skoro wcześniej nie użyliśmy dzwonka.
– Dzień dobry! – wołam, bo to ja idę na czele.
Wyczekuję odzewu, ale nikt nie odpowiada. Odwracam głowę w stronę reszty i wzruszam ramionami. Najwyraźniej powinniśmy iść dalej. Mój wzrok na moment zatrzymuje się na ścianie ozdobionej ogromną liczbą obrazów. Większość z nich przedstawia górskie krajobrazy i lasy. Jest i jakiś portret, ale nie zdążam się mu przyjrzeć, bo słyszę gdzieś przed sobą głos starszej kobiety, więc automatycznie zerkam w tym kierunku.
– A dzień dobry! Jesteście! – Niska, uśmiechnięta babunia w zielonym fartuchu wyciera dłonie w ścierkę i kolebiąc się na boki, człapie w naszą stronę.
To pewnie kobieta, o której wspomniano w ogłoszeniu. "Pensjonat prowadzony przez babcię". Prawdę mówiąc, mimo wszystko chyba spodziewałem się kogoś młodszego.
Za moimi plecami rozlega się chichot dziewczyn. Nie mam pojęcia, z czego się śmieją, ale byłoby lepiej, gdybyśmy skupili teraz uwagę na załatwieniu najpotrzebniejszych spraw.
– Dobrze, że dotarliście na miejsce bezpiecznie. Już się martwiłam, bo wnuczka dzwoniła mi, że drogi nieodśnieżone. A mało to wypadków w taką pogodę? Chwila nieuwagi i nietrudno o tragedię. – Starsza kobieta mówi w taki sposób, jakby naprawdę się o nas troszczyła. Przecież widzimy ją pierwszy raz w życiu. – Chodźcie dalej, nie stójcie tak w progu! – Kiwa dłonią, żebyśmy ruszyli za nią. – Zrobię wam ciepłej herbaty, bo pewnie jesteście zmarznięci. – Powoli stawia kroki.
– To chyba nie będzie potrzebne – odzywa się Adam. – Samochody są wyposażone w ogrzewanie – tłumaczy lekko rozbawiony.
– A, tak. – Starsza pani macha ręką. – Teraz to inaczej, wiecie. Kiedyś człowiek stał na tych przystankach, wystawał na dworcach. A tutaj, we wsi, autobusu nie było wcale. Piechotą się chodziło do miasta. I zimy nie były takie jak teraz. Wiało i sypało co dnia – wspomina dawne czasy, a ja myślę o tym, że wśród tych czterech ścian wyobrażenie sobie przeszłości staje się zdecydowanie łatwiejsze. – Siadajcie. Wstawię wodę i zaraz rozdam wam klucze – kończy, kiedy trafiamy do pomieszczenia z długim stołem.
Ciepło tu – z pewnością za sprawą umieszczonego w kącie kominka, w którym płonie ogień. Kobieta, jak zapowiadała, znika za rogiem. Rozpinam na moment kurtkę, ale jej nie zdejmuję, bo przecież niedługo i tak będę musiał wrócić po walizki.
– Kto to, do cholery, wymyślił? – zaczyna Ola i rozgląda się wokół, choć doskonale wie, że nie było już innej opcji. – Święta na samym końcu świata... Już chyba wolałabym zostać w domu.
– Zawsze możemy się wymknąć i udać, że nigdy nas tu nie było – wtrąca niewinnie Wioletta, choć wiem, że nie mówi tego poważnie. Lepiej, żeby zamilkła zawczasu, nim moja dziewczyna zechce przyklasnąć tej opcji. Niepotrzebna mi kłótnia na start.
– Masz wąskie horyzonty, kochanie, skoro nazywasz końcem świata południe Polski – delikatnie prostuję Olę. Ma skłonności do dramatyzowania, do czego już przywykłem, jednak wszystko ma swoje granice. Moja cierpliwość także.
– Narzekacie, a zobaczycie, że nie będzie tak źle. Babcia zrobi nam dobre jedzenie, jutro pobawimy się na stokach, pokoje też będą niezłe, bo przecież widzieliśmy je z Natanem na zdjęciach. – Adam stanowi głos rozsądku podczas tej pełnej napięcia wymiany zdań.
– Oby – mamrocze Ola. – I oby ta cała babcia się sprężyła. Jedynym, na co teraz mam ochotę, jest gorący prysznic.
***
Ogień w kominku strzela, a tuż obok niego piętrzy się stos drewna, które z pewnością posłuży na kolejne dni. Zastanawiam się, czy oprócz babci mieszka tutaj jeszcze jakiś dziadek. Kobieta, która nas powitała, chyba nie byłaby w stanie ogarnąć prowadzenia pensjonatu sama. Z całym szacunkiem dla niej, ale raczej nie jest już w najlepszym stanie.
– Wybaczcie, że musieliście tak długo czekać. – Starsza pani wchodzi do pomieszczenia, trzymając w dłoniach tacę.
Znad stojących na niej szklanek unosi się dym, to zatem herbata, o której mówiła. I którą, wbrew słowom Adama, postanowiła jednak zaparzyć. Uśmiecham się pod nosem, bo jak na zawołanie przypomina mi się moja własna babcia, równie uparta. Częstowała mnie znienawidzonym mlekiem z czosnkiem. Dopiero po latach zrozumiałem, że stanowiło to wyraz jej troski. Wtedy było już jednak za późno, by móc jej podziękować.
Szlag by to trafił. Robię się dziś sentymentalny, a to nieczęsto mi się zdarza. Już dawno temu odkryłem, że łatwiej człowiekowi funkcjonować bez górnolotnych emocji. Proza życia bywa wtedy mniej rozczarowująca. Na chłodno jakoś wszystko łatwiej znieść.
– Mam wasze klucze i herbatki. Dodałam trochę cytryny i imbiru. Dobrze wam zrobi. – Starsza pani mówi półszeptem, wyraźnie z siebie zadowolona.
Dopiero teraz zauważam, jak bardzo trzęsą się jej ręce. Zaczynam mieć autentyczną obawę, że gorący płyn wyląduje na podłodze. Albo, co gorsza, na kimś z nas. Zapewne dlatego nie zalała kubków do pełna. Taca trafia jednak dokładnie tam, gdzie trzeba.
– Dziękujemy. Nie musiała się babcia fatygować – rzuca Adam z nutą ironii w głosie, bo wiem, że nie do końca przepada za takimi napojami.
Wiola przewraca oczami. No cóż, mimo wszystko chyba wypada okazać wdzięczność.
– Może pomogę – proponuję, a zaraz po tym zaczynam działać. Podnoszę się z krzesła i zabieram z tacy dwie szklanki. Podaję je dalej, a następnie sięgam po pozostałe.
– Dziękuję, młody człowieku. Łapy mi dygoczą, ale co zrobić. Starość nie radość, a ucieczki przed nią nie ma. Trzeba brać wszystko, jak leci, i jakoś żyć. – Starsza pani wzrusza ramionami i sięga po leżące na tacy klucze. – A to do waszych pokojów. Na górze są tylko dwa apartamenty. To mały pensjonat, więc na pewno traficie – zapewnia, kładzie klucze na stole i w końcu siada tuż obok mnie. – Nie zaprowadzę was, bo już mi nogi odmawiają posłuszeństwa – dodaje – a moja wnuczka pojechała do sklepu, bo jutro wszystko pozamykane. Ale dobrze, tak ma być – stwierdza. – Wigilia tylko raz w roku i każdemu należy się wolne.
Gdy kończy, przygląda się nam kolejno. Być może czeka na to, czy jej przytakniemy. Chyba nie mam w tym temacie zdania. Na moment zapada cisza. Kątem oka widzę pomarszczone dłonie starszej pani. Sięgam po kubek z herbatą i podsuwam go pod nos. Powinniśmy czym prędzej uporać się z tą niespodziewaną gościnnością, by wreszcie trochę rozprostować nogi. Dość już się dzisiaj nasiedziałem w aucie.
– Prowadzi pani Maciejówkę z mężem? – zagaduje nagle Adam.
Jestem pełen podziwu, że zapamiętał tę nazwę. Nigdy nie miał do tego głowy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście interesuje go ten temat, czy po prostu chce przerwać dość niewygodną chwilę milczenia.
– W ogłoszeniu była wspomniana babcia, ale dziadek nie – drąży dalej.
– Jakiś ty rozmowny – komentuje niepotrzebnie rozbawiona Wioletta.
– Z wnuczką – odpowiada kobieta. – Pomaga mi tutaj. Naprawdę nie wiem, co ja bym bez niej zrobiła – stwierdza tak emocjonalnie, aż łamie jej się głos. – Młoda dziewczyna, mogłaby używać życia, a zamiast tego użera się tutaj ze starą babą... – Milknie w końcu. Od razu można wyczuć, że są zżyte. – Mój mąż Maciej – kontynuuje, nim ktokolwiek z nas zdąży coś odpowiedzieć – odszedł cztery lata temu. Ten dom, w którym jesteśmy, zbudował jego ojciec, mój teść, jakiś czas przed wybuchem wojny. Jego już nie ma, ale dom pozostał. Tak to już jest... – wzdycha. – Każde z nas będzie musiało stąd odejść, ale coś po nas pozostanie – kończy sentymentalnie.
Refleksyjny nastrój udziela się chyba całej naszej czwórce. Przez moment nikt nie ma zamiaru się odezwać, a ciszę wypełnia tylko dźwięk strzelającego w kominku ognia i siorbania wciąż gorącej herbaty.
– Powiało dramatem – szepcze Ola, jednak na tyle głośno, że wyraźnie to słyszę.
Starsza pani podnosi głowę, zatem również nie uszło to jej uwadze.
– Co powiedziałaś, dziecinko? Musicie głośniej, bo ja już wszystkiego nie wyłapię – tłumaczy zatroskana.
– Nic ważnego, nic – odpowiada Ola, choć trudno jej zachować powagę. – Pijcie, bo musimy przynieść z auta nasze rzeczy – zwraca się do nas wyraźnie zmieszana. Próbuje zagadać niezręczny moment, a wystarczyło po prostu powstrzymać się od niepotrzebnych komentarzy.
Jakiś czas później załatwiamy jeszcze kilka formalności związanych z zameldowaniem, poznajemy godziny wydawania posiłków i ustalamy porę wigilijnej kolacji, a potem w końcu wchodzimy do naszych pokoi. Te, ku zadowoleniu wszystkich, są dokładnie takie, jakie pokazano w ogłoszeniu.
Kornelia
Biorę wypchaną reklamówkę, trzaskam drzwiami samochodu i pędzę w stronę Maciejówki. Dwa ekskluzywne samochody stojące przed budynkiem świadczą o tym, że goście już są. Masz ci los. Że też musieli przyjechać akurat wtedy, kiedy mnie nie było. Babcia została ze wszystkim sama. Martwię się, więc nie mam zamiaru trwonić już nawet sekundy, choć akurat dziś pogoda nie jest moim sprzymierzeńcem. Klejący się do butów śnieg sprawia, że pomimo pośpiechu trzeba ważyć każdy krok. Nie wspominając już o warunkach panujących na drodze. Wlokłam się jak żółw, by uniknąć sytuacji, którą widziałam niedaleko sklepu. Jeden z okolicznych chłopaków wpadł w poślizg i wylądował w rowie, ale na szczęście tylko wgniótł blachę auta i obyło się bez uszczerbku na zdrowiu. A to chyba najważniejsze.
Tupię na betonowych schodach, by pozbyć się białego puchu, i wpadam do środka. Już z daleka czuję zapach smażonej ryby, babcia zaczęła już zatem opiekać dorsza, który potem trafi do zalewy. Mknę przez korytarz prosto w stronę kuchni.
– Jestem! – wypalam zdyszana, kiedy dostrzegam babunię stojącą przy blacie. – Przepraszam, babciu, że tak długo. Próba się nam przedłużyła, a i w sklepie kolejka jak w banku. Swoje odstałam. – Odkładam siatkę z zakupami na stół. – Na szczęście udało mi się dostać wszystko. Chociaż gdybyśmy zapomniały wcześniej o maku, dzisiaj chyba na próżno byłoby go szukać. Ludzie niezadowoleni – dodaję i przywołuję rozmowę zasłyszaną pomiędzy regałami. Potem pocieram dłonie, bo naprawdę zdążyłam zmarznąć. Trasa z kościoła do sklepu i ze sklepu do domu nie jest zbyt długa, więc samochód nie zdołał się nagrzać, a kierownica w dotyku przypominała bryłkę lodu. – Widziałam, że goście już są – zagaduję.
– Tak. Przyjechali jakąś godzinę temu. Albo półtorej – odpowiada. Podchodzi do patelni i przerzuca kawałki ryby, które skwierczą na mieszance oleju i masła.
– Czy z wszystkim sobie poradziłaś? Mam ich zameldować? – dopytuję. Chcę być pomocna, choć kiedy babcia łypie na mnie spod okularów, domyślam się, że znów popełniłam nietakt. Otwieram usta, by dodać coś więcej, ale mnie uprzedza.
– Stara jestem i zniedołężniała, ale wciąż potrafię się ruszać, dziecko. – Zaczyna zabawnie kręcić biodrami, jakby tańczyła. Śmieję się, widząc, że tak sobie żartuje. – I gębę mam, choć nieraz plotę trzy po trzy – dodaje.
– Przestań, babciu. Dzisiaj brykasz, a jutro znów nie będziesz mogła wstać z łóżka – delikatnie ją upominam.
– Kto by się tym przejmował? Jutra to ja mogę nie dożyć – chichocze.
– Nawet tak nie mów. Nie możesz mnie zostawić z taką ilością pracy samej – udaję oburzenie. A prawda jest taka, że nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek mogło jej zabraknąć. Wiem, że kiedyś przyjdzie taki dzień, choć nie potrafię zaakceptować tej myśli. Absolutnie. Nigdy. Spycham ją na dalszy plan. Babcia Wiesia była w moim życiu zawsze i tak zostanie do końca. – A tak na poważnie, co to za ludzie? Starsi, młodsi? Mili? – zarzucam ją pytaniami. Jednocześnie sięgam po siatkę i zaczynam ją rozpakowywać.
– Młodzi. Z Bydgoszczy – odpowiada lakonicznie.
– To mieli do nas kawał drogi. – Próbuję na szybko przywołać w głowie mapę naszego kraju. – Sympatyczni? – dociekam, bo nie odpowiedziała na wszystkie moje pytania. Domyślam się, że nie kupili jej serca w stu procentach. Babcia ma dar prześwietlania ludzi na wskroś. Bywali u nas tacy goście, nad którymi od początku piała z zachwytu.
– Taaak – odpowiada, przeciągając samogłoskę. – Tacy normalni – dodaje. – Zwyczajni – wymienia, jakby sama nie wiedziała, co powiedzieć. – Jak to młodzi. Ładni, zadbani... – szuka superlatywów, jak to zwykle w jej przypadku bywa. Sęk w tym, że wygląd nie zawsze idzie w parze z osobowością.
Już zaczynam się bać. W końcu mamy wyprawić im święta i usługiwać przez kilka dni. Wiem, jak bardzo babci zależy na nieposzlakowanej opinii pensjonatu.
– No tak – dodaję. Znam ją jednak i widzę, że nie do końca wszystko zagrało. – Aleee...? – naciskam i zerkam na drzwi, bo przecież w każdej chwili ktoś z nich mógłby się w nich zjawić.
– Co ty tak mnie ciągniesz za język, dziecinko? – Staruszka podchodzi bliżej. – Ludzie jak ludzie. Tylko te dziewczyny takie bez szacunku do siebie i innych. Mój stary, tak mówią. Jaki stary? – oburza się. – Przecież to młode chłopaki są. Ja dziadkowi nie powiedziałabym tak, nawet gdyby dożył stu lat. Nie wiem, co to za moda dzisiaj nastała. Człowiek myśli, że przeklinaniem doda sobie wartości, a jakby tak dawniej która wulgaryzmu użyła, to by ją rodzice sprali tak, że zapamiętałaby na długo. Niezależnie od wieku – opowiada rozemocjonowana, jak robiła to wiele razy wcześniej. Rzeczywiście, czasy się zmieniły, choć nie wszystko poszło w dobrą stronę. – No ale co ja mogę. Nie moje dzieci... – wzdycha.
– Swoje wychowałaś dobrze – przypominam, chcąc tym samym poprawić jej humor.
– A czy ja wiem? Wujek Hubert wyjechał do tej Anglii i się człowiekowi nie pokaże. Czy tak źle tu w Polsce mamy, że trzeba było mu jechać aż tak daleko? Ach... – Macha ręką. – Trzeba Bogu dziękować za to, co dobre, i lepiej nie marudzić, bo nas jeszcze pokarze – kończy słuszną puentą.
Bądź co bądź, ma nas. Chociaż moi rodzice nie zawsze są w stanie tutaj być – jestem ja. I zostanę z nią tak długo, jak tylko będę mogła.
***
Zerkam na śpiącą na kanapie babcię, sięgam po leżący w jej stopach koc i przykrywam ją po samą szyję. Wiem, że dzisiejsze obowiązki dały się jej we znaki. Sama czuję zmęczenie, ale przede mną jeszcze długa noc. Muszę zrobić makówki, żeby bułki w tym daniu zdążyły w odpowiednim stopniu nasączyć się mlekiem. Mam nadzieję, że nikt z gości nie ma uczulenia na migdały, bo zamierzam wykończyć całość blanszowanymi, które zwykle układam w estetyczne wzory. Nie umieszczę ich w środku, więc w zasadzie w razie potrzeby będzie można je zdjąć. Wyłączam telewizor, właśnie skończyły się wiadomości. Prawdziwy atak zimy, ostrzeżenia synoptyków, oblodzenia i zamiecie. Biały puch, którego tak wyczekujemy na święta, sparaliżował Polskę. Zimowy krajobraz cieszy oko, ale oby wszyscy dotarli do swoich rodzin bezpiecznie i na czas.
Wychodzę z salonu i zmierzam prosto w stronę kuchni. Przystaję na moment, kiedy tuż nad moją głową rozlega się głośny śmiech. Potem jakieś tupanie i dźwięki głośnej dyskusji. Znowu salwy rechotu. No cóż. To znak, że goście najwyraźniej dobrze się bawią. Ruszam dalej i spoglądam na wiszący na ścianie zegar. Wskazówki na tarczy w kształcie ceramicznego czajnika wskazują kilka minut po dwudziestej drugiej. W wielu miejscach to cisza nocna, choć babcia zapewne nie wspomniała o niej gościom. W końcu oba apartamenty zajmują znajomi, a poza nimi i nami nikogo tutaj nie ma. W zasadzie niech robią, co chcą. Babcia już śpi, a ja jeszcze i tak długo nie położę się do łóżka.
Sięgam po mleko, wyjmuję z kredensu garnek i wlewam do niego całą zawartość kartonu. Dodaję pięć łyżek miodu, trzy masła, trochę cukru waniliowego i mieszam, aż całość w końcu się rozpuści. Znad garnka zaczyna unosić się przyjemny zapach i zaraz wypełnia całe wnętrze. Zamykam oczy. To ta wyjątkowa woń, która już zawsze będzie mi się kojarzyć z grudniową porą. Pamiętam dni, jakby to było dziś, kiedy stałam z boku i obserwowałam, jak mama razem z babcią szykują kolejne potrawy. Zawsze pytałam, czy mogę im pomóc, ale moje zadania ograniczały się najczęściej do wyrzucenia opakowania po maku, co w tamtym momencie, rzecz jasna, mocno mi umniejszało. Uśmiecham się na to wspomnienie, ale szybko wracam na ziemię. Czas skupić uwagę na daniu. Nie mogę przecież doprowadzić do tego, by mleko się zwarzyło. Sięgam po sparzony wcześniej mak, który czekał w durszlaku na odpowiedni moment, i dodaję go do mieszanki. Po około piętnastu minutach masa do przekładania bułeczek powinna być gotowa.
Kiedy pochylam się nad garnkiem, mieszając mleko z dodatkami drewnianą łyżką, nagle odnoszę wrażenie, że coś za mną zaskrzypiało. Może coś spadło? Odwracam się dla pewności i nagle czuję, że moje serce na kilka sekund wstrzymuje pracę. W progu kuchni stoi jakiś mężczyzna i patrzy mi prosto w twarz.
Przełykam ślinę.
Chrząkam.
To pewnie któryś z gości. Zewnętrzne drzwi przecież na pewno są zamknięte na klucz. Sprawdzałam to osobiście niedalej niż godzinę temu.
– Dobry wieczór – odzywa się nieznajomy.
Jego niski głos przyprawia mnie o ciarki. Kładę dłoń na piersi, bo trudno mi odzyskać normalny oddech.
– Dobry wieczór – reflektuję się. – Bardzo przepraszam, ale byłam tak skupiona na pracy, że trochę się przestraszyłam – plącze mi się język.
– Rzeczywiście mogłem zapukać. Ale też trochę mnie zaskoczył pani widok. Spodziewałem się raczej... babci? – kończy z lekkim uśmiechem, choć zgodnie z tym, co mówi, faktycznie wygląda na zdezorientowanego.
Przyglądam się mu. Ma niebieskie oczy, których spojrzenia nie spuszcza ze mnie nawet na moment. I usta otoczone starannie przystrzyżonym zarostem. Jest przystojny. Tak, zdecydowanie. To chyba nic złego, że to zauważyłam. W końcu przecież ładni ludzie przyciągają wzrok. Choć nie powinnam się w niego tak wgapiać. Odwracam głowę.
– Babcia zasnęła – tłumaczę zgodnie z prawdą. – Ale jeśli czegoś potrzeba, chętnie pomogę – deklaruję. Domyślam się przecież, że trafił tutaj w jakimś konkretnym celu i zapewne nie po to, żeby sobie ze mną pogadać.
– A więc jest pani tą wnuczką, o której już trochę zdążyliśmy usłyszeć – stwierdza dość bezpośrednio.
Kiedy słyszę te słowa, czuję, jak momentalnie czerwienieją mi policzki. Bóg jeden wie, co na mój temat nagadała im babcia, choć domyślam się, że znów niepotrzebnie mnie wychwalała. Głupio mi. Przecież nie wspieram jej po to, by robiła mi jakąś reklamę.
Nie wiem, jak zareagować. Jest mi niezręcznie. Poprawiam czerwony sweterek, by zająć czymś dłonie. Milczę, choć nie mogę ignorować mężczyzny. Podnoszę zatem wzrok. On wciąż na mnie patrzy. A kiedy nasze spojrzenia krzyżują się na kilka chwil, serce zaczyna łomotać mi jak szalone. Co się ze mną dzieje? To niedorzeczne. Własny organizm zaczyna płatać mi figle. Nigdy tak nie było.
Zastanawiam się, ile stojący przede mną mężczyzna może mieć lat. Trzydzieści? Chyba niewięcej. Zresztą zupełnie nie powinno mnie to obchodzić.
– Babcia Wiesia lubi koloryzować, więc proszę przymknąć oko na to, co mówi – dukam w końcu. Silę się na uśmiech, choć zdaję sobie sprawę z tego, że ten nie wypada zbyt naturalnie. Czuję suchość w gardle. Jestem pewna, że gdybym miała teraz pod ręką szklankę wody, wypiłabym ją jednym haustem.
W pomieszczeniu zapada cisza. Niezręczna. Lepiej, by powiedział, czego chce, i po prostu sobie poszedł. Zaczyna mi się kręcić w głowie. To zmęczenie. O tej porze chyba nie jestem najlepszym kandydatem do rozmowy. Zwłaszcza dziś. W tym konkretnym, dziwnym momencie.
– Ja... – zaczyna w końcu, a wtedy tuż za mną rozlega się ciche skwierczenie.
– O rany! – wymyka mi się, bo nagle dociera do mnie, że zupełnie zapomniałam o mleku. W popłochu chwytam drewnianą łyżkę i zaczynam mieszać mak. – Przepraszam na moment! – wołam, nawet nie patrząc w stronę mężczyzny.
Czoło momentalnie robi mi się wilgotne. Przez swoją nieuwagę o mało co nie zniszczyłam kluczowej wigilijnej potrawy. Zmniejszam moc palnika i po chwili oddycham z ulgą. Nic nie przywarło do dna. Na szczęście. Jak mogłam do tego dopuścić, stojąc tak blisko? Jak to babcia ma w zwyczaju powtarzać: rozumie, przyjdź ku mnie.
– Chyba niepotrzebnie panią zagadałem – słyszę. Odwracam głowę i zauważam, że nieznajomy zdążył podejść bliżej. – Mam nadzieję, że nic się nie zniszczyło. Właściwie to chciałem tylko zapytać o herbatę – przechodzi do konkretów. – Pani babcia mówiła, że torebki będą znajdować się w jadalni, a tam ich nie ma. Zobaczyłem za to dochodzące stąd światło, więc pozwoliłem sobie tu zajrzeć – tłumaczy.
– Ach tak – potakuję. – Proszę mi wybaczyć. Obiecałam je uzupełnić, ale zupełnie o tym zapomniałam – odpowiadam z poczuciem winy. Jak na zawołanie przywołuję widok pustej tacki, którą miałam tutaj przynieść. Jestem zła na siebie. Dziś wszystko idzie nie tak, jak zaplanowałam.
Zostawiam zatem mleko i przykucam przy jednej z szafek starego kredensu. Otwieram drzwiczki i wyjmuję kolejno trzy paczki z herbatą. Zielona, owocowa i czarna, do wyboru. Są, bo przecież sama je kupowałam. Tylko znajdują się nie w tym miejscu, w którym być powinny. Prostuję się i choć powinnam teraz pójść i wypakować wszystko tak, jak zapowiedziałam babci, wyciągam produkty w stronę mężczyzny. I dopiero teraz zauważam, jak bardzo drżą mi dłonie. Przecież na co dzień nie mam z tym problemu.
– Spokojnie – szepcze nieznajomy.
Ten głos ponownie sprawia, że dreszcz przebiega mi po plecach. Czuję na sobie jego wzrok, ale nie mam odwagi spojrzeć mu w twarz. Nie teraz, kiedy zupełnie nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. Widzę jego palce, gdy sięga po pudełko z zieloną herbatą.
– Wystarczy tylko ta – mówi.
Przejmuje produkt, więc kiwam głową. A potem nasze spojrzenia mimowolnie znów krzyżują się na moment. Mężczyzna jest tak blisko, że czuję jego zapach. Przyjemna woń perfum przebija się przez aromat wanilii, który przecież przed momentem wypełnił całą kuchnię.
Duszno mi. To pewnie przez opary unoszące się znad garnka. Muszę zdjąć ten sweter, bo najwyraźniej nie jest najlepszym wyborem, jeśli chodzi o pracę w kuchni.
A teraz? Teraz czym prędzej powinnam wrócić do obowiązków, nim wszystko spektakularnie spartolę.
– Jeśli będę jeszcze potrzebna, proszę przyjść. – Odwracam wzrok jako pierwsza i kolejny już raz w ciągu ostatnich minut łapię za drewnianą szpatułkę. Mieszam mak, który zaczyna gęstnieć w mleku. – Jak skończę, wyłożę w jadalni pozostałe – paplam trzy po trzy.
Stoję do mężczyzny plecami. I choć otrzymał to, co trzeba, wciąż nie odchodzi. Czuję jego obecność. Słyszę ją, widzę. Jakby moje ciało wyostrzyło zmysły. Nie wiem, ile czasu mija. Kilka sekund. Kilkanaście?
– Dobrej nocy – odzywa się w końcu jego elektryzujący głos.
Automatycznie się odwracam. Mężczyzna stoi w progu dokładnie tak jak w momencie, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Ma nieodgadniony wyraz twarzy, ale to samo hipnotyzujące spojrzenie. To przez nie tak wariuję. Znowu.
– Dobranoc. – Silę się na to, by wydobyć z gardła jakikolwiek dźwięk.
Odchodzi, a kiedy to robi, kładę dłoń na blacie, bo czuję, że muszę się czegoś przytrzymać. Oddycham. Powoli i głęboko. Schodzą ze mnie emocje, choć wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo się spinałam.
I choć powoli odzyskuję nad sobą kontrolę, nie wszystko jest dla mnie jasne. W kółko zadaję sobie jedno podstawowe pytanie:
Co tu się przed chwilą wydarzyło?