Rozdział 6
- Zawiozę je do miasteczka, jeśli chcesz - zaproponowałam, gdy ustaliliśmy, że wszystko jest ważne, ale dostarczenie projektów najważniejsze. - Mogę poćwiczyć jazdę po trudnych terenach Fenland.
- Ha, ha - zaśmiał się Archie, podając mi kopertę. - Będziesz musiała wziąć land rovera - dodał, kiwając głową w stronę Brana, który znów się do mnie przykleił. - On się nie zmieści w fiacie.
- Ciekawe, czemu ten pies tak szaleje na twoim punkcie, Paige - odezwał się Angus.
- On jeździ tam, gdzie jest najbardziej potrzebny... - wyjaśniła Molly rozmarzona. Ucięła nagle, gdy zdała sobie sprawę, że trochę się zagalopowała, a ja wykorzystałam okazję, by szybko się ulotnić. Pies wyszedł tuż za mną.
- Nie możesz wejść z nim do kawiarni - stwierdził Archie, podając mi butelkę wody i miskę wielkości Brana, gdy otwierałam okna zaparowane od dyszenia olbrzymiego czworonoga. - Ale jeśli otworzysz drzwi i krzykniesz, Jemma na pewno przybiegnie.
- Zwłaszcza gdy się zorientuje, co przywiozłam - odparłam, klepiąc leżącą na siedzeniu pasażera kopertę z cenną zawartością.
- Otóż to - zgodził się Archie, potem wręczył mi smycz i pomachał nam na pożegnanie.
Dojechałam ledwie na początek drogi, gdy zatrzymał mnie Mick.
- Kable rozruchowe.
Zmarszczyłam brwi, gdy przeciągał tę plątaninę przez okno i rzucił na podłogę przy miejscu dla pasażera.
- Na wszelki wypadek - wyjaśnił. - Samochód jeździ, ale nigdy nie wiesz, co się stanie o tej porze roku. Umiałabyś ich użyć w razie czego?
Spojrzałam na niego, a on się zaśmiał.
- Wiem, jak się nimi posługiwać - odparłam. - Ale będę musiała znaleźć spory pojazd, żeby odpalić samochód.
- Wynbridge leży na terenach wiejskich - stwierdził Archie. - Gdy zajdzie taka potrzeba, na pewno coś znajdziesz. Po rynku zawsze kręcą się przynajmniej ze trzy ciężarówki.
W centrum brakowało jednak miejsc parkingowych i musiałam zostawić land rovera kilka ulic dalej od kawiarni, ale chętnie wybraliśmy się z Branem na spacer. Chociaż bardzo lubiłam dworek, dobrze było się na chwilę oderwać, szczególnie po tym, gdy rzuciłam się na podłogę pracowni jak jakaś komandoska, wzbudzając tym ogólne zainteresowanie.
- Nie jestem pewna, czy to konieczne, Bran - powiedziałam, przypinając mu smycz do obroży - ale użyjemy jej, na wypadek gdyby się okazało, że lubisz sobie pouciekać.
Pies w ogóle się tym nie przejął i kroczył obok mnie, uprzejmie dopasowując swoje tempo do mojego, żebym się nie zasapała. Gdy pchnęłam drzwi kawiarni, rozległ się dźwięk dzwonka, a ja cierpliwie czekałam w progu z nadzieją, że zwrócę czyjąś uwagę.
- Wchodzi pani czy nie? - zapytał klient stojący najbliżej mnie, bo zrobiłam przeciąg.
- Obawiam się, że nie - przeprosiłam. - Ale to tylko minutka.
- W czym mogę pomóc? - spytała kelnerka, która zauważyła mnie przypadkiem.
- Mam dostawę dla Jemmy - odparłam. - Ale nie mogę wejść, bo jest ze mną pies.
Kobieta szybko wyszła na zewnątrz i zamknęła za sobą drzwi.
- Cześć, Bran - przywitała się, głaszcząc zwierzaka, co chętnie przyjął. - Ty pewnie jesteś Paige - powiedziała do mnie.
- Tak - potwierdziłam. Dobrze wiedziałam, jak szybko rozchodzą się wieści w małych mieścinach, więc nawet nie pytałam, skąd wie. - I mam kopertę od Hayley.
- Jej projekty w końcu! - krzyknęła kobieta z zachwytem.
- Jemmy tu nie ma, ale Lizzie jest w galerii obok. Możesz je u niej zostawić.
Spojrzałam na Brana.
- Nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli go tam zabierzesz. - Kelnerka się uśmiechnęła. - Wszyscy tu znamy tego olbrzyma o wspaniałych manierach.
Podziękowałam kobiecie i skierowałam się do galerii. Przed wejściem do środka zajrzałam przez okno i miałam nadzieję, że uprzejma kelnerka miała rację co do Brana, ponieważ najwyraźniej z tyłu odbywały się jakieś zajęcia. Zastanawiałam się, czy to warsztaty rzemieślnicze Lizzie.
- No to chodź - popędziłam Brana, który wybrał akurat ten moment, żeby klapnąć na chodnik.
Pies podciągnął się, z lekko mokrym brzuchem, i weszliśmy do środka. W przedniej części galerii na półkach znajdowały się piękne drewniane misy, ręcznie dziergane szaliki i trochę produktów ze wzorami zuchwałego upierzonego stada autorstwa Hayley. Na ścianach wisiały obrazy różnej wielkości, wiele z nich przedstawiało piękny lokalny krajobraz i dziką przyrodę.
Powoli przeniosłam uwagę ze ścian galerii na prowadzone zajęcia i zdałam sobie sprawę, że to jednak nie były warsztaty rzemieślnicze. Przed rozstawionymi sztalugami stało kilka kobiet wpatrujących się z zachwytem w prowadzącego.
Panie kiwały przechylonymi głowami i wyglądały poważnie, a ja odniosłam wrażenie, że wszystkie trzepoczą rzęsami. Jedna nawet przygryzała dolną wargę. Sama z chęcią zobaczyłabym twarz osoby, która wzbudziła tak duże zainteresowanie.
Właśnie miałam odchrząknąć w nadziei, że mężczyzna się odwróci, gdy pies postanowił porządnie się otrząsnąć.
- Och, Bran - upomniałam go głośno i aż podskoczyłam. Dotarło do mnie, że mnie też zauroczył prowadzący, chociaż widziałam go tylko od tyłu. - Głuptas z ciebie - skarciłam kudłatego czworonoga zdenerwowana.
Na szczęście nie zmoczył się za bardzo przy krótkim kontakcie z chodnikiem, więc nic wyrządził żadnych szkód, ale mężczyzna, który w końcu się odwrócił i teraz patrzył na mnie z ponurą miną, najwyraźniej myślał inaczej.
Mocno zacisnął pokrytą kilkudniowym zarostem szczękę, a gdy odgarnął ciemne włosy z czoła, jego oczy wydawały się prawie czarne i niepokojące groźne. Skojarzył mi się z panem Darcym i poczułam, że kurczę się pod jego pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
- Przepraszam - wyjąkałam sfrustrowana swoim drżącym głosem. - Nie chciałam przerywać. Szukam Jemmy.
Mężczyzna się nie odezwał.
- Mam na myśli Lizzie. - Zarumieniłam się, wyciągając kopertę Hayley, jakby to miało wszystko wyjaśnić. - Powiedziano mi, że ją tutaj znajdę.
Mężczyzna zrobił krok w moją stronę, a ja od razu się cofnęłam. Bran wyczuł moje zakłopotanie i stanął niemal przede mną.
- Nie możesz tu wchodzić z mokrym psem - fuknął w końcu nieznajomy. Nadal był wściekły.
- On nie jest mokry. - Otrząsnęłam się, wyprostowałam i oddałam głos swojej wewnętrznej Elizabeth Bennet. - Jest ledwie wilgotny.
- Cóż, nieważne - odpowiedział mężczyzna szorstko. - Możesz mi to zostawić - dodał wyniośle, sięgając po kopertę.
- Nie - odparłam, przyciągając kopertę do siebie. - Wolałbym nie. - Nie miałam pojęcia, kim jest ten człowiek, więc raczej nie zamierzałam przekazywać mu projektów Hayley.
Wydawał się zaskoczony moją odmową i już czekałam na jego ripostę, gdy pojawiła się Lizzie i szybko zażegnała problem.
- Paige - powiedziała, podchodząc. - Jesteś Paige, prawda?
- Tak. - Skinęłam głową.
- Archie zadzwonił kilka minut temu z informacją, że wpadniesz. - Uśmiechnęła się promiennie.
Mężczyzna bez słowa odwrócił się do grupy, która z zainteresowaniem przyglądała się całemu zdarzeniu. Co za nieprzyjemny typ.
- Przepraszam, że przerwałam - rzuciłam na tyle głośno, żeby mógł mnie usłyszeć.
- Nie przejmuj się Brodiem - wyszeptała Lizzie.
- Och, na pewno tak zrobię - odparłam i z przyjemnością zobaczyłam, jak się spina. - To dla ciebie, Lizzie - dodałam, wyciągając ponownie kopertę. - I Jemmy.
- Czy wiesz, co wymyśliła Hayley? - zapytała kobieta, przesuwając palcami po zapieczętowanej krawędzi koperty.
- Niestety nie. Miałam ochotę zajrzeć do środka, ale uznałam w końcu, że powinnam poczekać razem z innymi na oficjalną premierę.
- Podziwiam twoją samokontrolę! - roześmiała się Lizzie. - Ale jestem pewna, że twoja decyzja zostanie sowicie wynagrodzona.
- Biorąc pod uwagę przedmioty z poprzednich lat - uśmiechnęłam się, ponownie patrząc na półki - jestem pewna, że masz rację. A teraz lepiej już pójdę, zanim Bran znów postanowi się otrzepać i wpakuje nas w kolejne kłopoty.
- Bran jest tu zawsze mile widziany - powiedziała Lizzie radośnie, głaszcząc go po głowie - i nawet nie jest mokry, więc nic złego się nie stało.
- Nawet nie jest mokry - powtórzyłam, rozkoszując się tym, że Brodie aż przerwał swoją przemowę.
Wyszłam z galerii sprężystym krokiem i kiedy się odwróciłam, z zaskoczeniem zauważyłam, że zrzędliwy drań patrzy, jak odchodzę.
- No dobrze, Bran - odezwałam się, powstrzymując się od pomachania ręką. - Może poszukamy sobie czegoś smacznego do jedzenia?
Stragany na targowisku oferowały mnóstwo smakołyków, więc lawirowaliśmy między nimi, próbując różnych rzeczy. Kupiłam kilka produktów na nasz mały prowizoryczny piknik przed powrotem do dworku. W drodze do miasteczka widziałam betonowy podjazd prowadzący na pole, idealne miejsce, żeby się zatrzymać.
- No to chodź, Bran - zachęciłam psa, gdy tylko dałam mu się napić. Miałam nadzieję, że wskoczy z powrotem do land rovera.
Bran zrobił, o co prosiłam, i przycupnął, a ja uruchomiłam silnik, który na szczęście odpalił za pierwszym razem.
Powoli wyjechałam z miasteczka tą samą drogą, którą przyjechaliśmy, z łatwością zmieniając drugi bieg na trzeci, tak jak za pierwszym razem, a po kilku minutach znów zaparkowałam i zabrałam się do pałaszowania.
- Tę kiełbaskę zapiekaną w cieście - powiedziałam Branowi, karmiąc go przez oparcie siedzenia - wyrabia się w gospodarstwa Skylark i według pani ze stoiska nie jest to wcale daleko. Smakuje ci?
Bran chętnie wsunął głowę głębiej przez szparę po jeszcze jeden kęs.
- Zgadzam się z tobą. Absolutnie wyśmienita.
Branowi niezbyt przypadł do gustu chutney jabłkowy, który wybrałam do kiełbaski, ale według mnie był wyborny. Na koniec zjadłam kilka lukrowanych ciasteczek ze stoiska The Cherry Tree Café i popiłam gorącą czekoladą, która ogrzewała mi też ręce. Wspaniała uczta. Dość szybko przechodziłam od skromnych racji żywieniowych do większych posiłków, które kiedyś jadałam, i o dziwo nic mi nie dolegało.
- Możemy tu jeszcze zostać kilka minut? - zasugerowałam, odwracając się do psa, który już zdążył zasnąć. - Chyba tak. - Uśmiechnęłam się.
Zastanawiałam się, czy wysiąść i rozprostować nogi, spacerując skrajem pola, ale nie chciałam przeszkadzać Branowi, otworzyłam więc okna i wyciągnęłam telefon z kieszeni kurtki.
Odkąd wyjechałam z dworku, przyszły dwie wiadomości. Pewnie dlatego, że w Wynbridge był lepszy zasięg niż Wynthorpe. Pierwszą wysłała mama, informując, jak bardzo się cieszą z mojego pobytu w domu Catherine i Angusa i że zadzwonią wkrótce, żeby się dowiedzieć, czy już się zadomowiłam.
Druga była od mamy Chadii, która wyrażała nadzieję, że ją odwiedzę, skoro jestem z powrotem w kraju. Jej również, tak jak rodzicom, powiedziałam, że wyjechałam z Jordanii wcześniej, ponieważ wycofał się sponsor i nastąpiła redukcja personelu, i chociaż czułam się jak oszustka, wiedziałam, że na dłuższą metę lepiej nie komplikować sytuacji.
To Chadia zainteresowała mnie wolontariatem za granicą, a następnie pracą dla organizacji charytatywnej, którą niedawno opuściłam. Na trzecim roku studiów wybrałam się na uniwersyteckie targi pracy, gdzie się spotkałyśmy, i zapisałam się do tego samego programu co ona. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy i pracowałyśmy nad tym samym projektem.
Dołączyłam do niej w Tanzanii, a potem przeniosłyśmy się z programem do Nepalu i Maroka. Pracowałyśmy z dziećmi z ubogich rodzin i kobietami, które uczyłyśmy samodzielności, zarabiania pieniędzy, a także większej świadomości swoich praw. Na początku wydawało mi się, że robimy za mało, ale wkrótce sama dostrzegłam pożądane zmiany.
Uwielbiałam pracę z Chadią. Należała do tych osób, które zawsze robiły więcej, niż od nich oczekiwano, i wyciskały maksimum z każdej sekundy. Była tylko kilka lat starsza ode mnie, ale bardzo dużo mnie nauczyła i to ona wpadła na pomysł, żeby dołączyć do organizacji charytatywnej działającej w krajach ogarniętych wojną i powstałych tam obozach.
Nasze aplikacje zostały rozpatrzone pozytywnie i nasz świetnie dopasowany tandem mógł działać dalej. Praca różniła się od tej, którą wykonywaliśmy na początku, realizowałyśmy bardziej podstawowe, ale niezbędne potrzeby, i częściej czułyśmy się wyczerpane, jednak wierzyłam, że Chadia zaczęła polegać na mnie tak samo jak ja na niej. Niestety nasza współpraca skończyła się nagle i w rozdzierających serce okolicznościach.
Pewnego lata Chadia postanowiła złożyć rodzinie krótką wizytę, jakiś kierowca wjechał w nią na przejściu dla pieszych i tak moja przyjaciółka odeszła z tego świata. Czułam się zdruzgotana. Mama Chadii podarowała mi wisior ze zdjęciem córki w środku i była to jedyna cenna dla mnie rzecz, odkąd zostałam samotnym wilkiem, trzymającym się z dala od całego zespołu.
Po przedwczesnej śmierci przyjaciółki doszłam do wniosku, że praca w pojedynkę jest najbezpieczniejsza, ale najwyraźniej się myliłam, jeśli wziąć pod uwagę mój ostatni błąd. Zamrugałam, by powstrzymać łzy, i przypomniałam sobie, że miałam przecież zmienić perspektywę. Popełniłam w Jordanii błąd, ale konsekwencje nie były tragiczne, i musiałam się tym pocieszać, zamiast ciągle wyobrażać sobie najgorszy scenariusz.
Odpisałam na wiadomość, gdy po drugiej stronie pola coś się poruszyło. Trzy jelonki błotne bez wysiłku przeskoczyły wał oddzielający pole od sąsiedniego, a następnie zniknęły w odległym zagajniku. W galerii wisiał obraz przedstawiający grupę jeleni stojących na oszronionej ziemi. Zastanawiałam się, kto go namalował. Wątpiłam, by prowadzącego zajęcia pana Darcy'ego stać było na taką malarską lekkość.
Próbowałam skupić się na czymś innym, ale obraz jego twarzy i sylwetki w dżinsach wypełnił moją głowę. Od dawna nie zainteresował mnie żaden mężczyzna i miałam nadzieję, że moje libido nie da o sobie znać. Powiedziałam Molly, że ostatnie, czego potrzebuję, to rozpraszać się jakimś przedstawicielem płci przeciwnej, a już na pewno nie takim trudnym i zrzędliwym.
Moje ciało mimowolnie zadrżało i zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmarzłam, siedząc w jednej pozycji i rozmyślając nad nieudanym spotkaniem z Brodiem.
- Chyba lepiej będzie, jak wrócimy - powiedziałam do Brana, który nadal głośno chrapał.
Przekręciłam kluczyk w stacyjce, ale zamiast kojącego odgłosu silnika rozległ się jakiś trzask. Policzyłam do trzech i spróbowałam ponownie, ale silnik był martwy jak kamień.
- Cholera - jęknęłam, opierając głowę o kierownicę. Nie zostawiłam włączonych świateł, sprawdziłam. - Cholera, cholera, cholera, cholera, cholera.
Znalazłam uchwyt otwierania maski i wyskoczyłam z auta z kablami rozruchowymi, chociaż nie wiem po co, skoro nie miałam do czego ich podłączyć. Musiałabym zadzwonić do dworku i zapytać, czy samochód ma w ubezpieczeniu jakąś pomoc drogową.
- Musisz tam zostać - nakazałam Branowi, który się obudził i jęczał, żeby do mnie dołączyć. - Zaraz do ciebie wrócę.
Właśnie wpisywałam PIN, żeby odblokować telefon, gdy zauważyłam duży pojazd zmierzający w moim kierunku. Zaczęłam się zastanawiać, czy odważę się go zatrzymać. Był już prawie na mojej wysokości, gdy postanowiłam poradzić sobie sama, ale i tak zjechał na betonowy podjazd.
- Jakieś kłopoty? - zapytał kierowca, pogodny facet w moim wieku, z ciemnymi kręconymi włosami.
- Skąd ten pomysł? - Uśmiechnęłam się z ulgą na widok tak przyjaznej twarzy.
- Podniesiona maska i zestaw kabli rozruchowych w ręce trochę cię zdradzają. - Również się uśmiechnął i uroczo zmrużył oczy.
Poczułam, że się rumienię, gdy zdałam sobie sprawę, że nie zrozumiał mojego żartu.
- Czy to Bran? - zapytał, wyskakując z auta i zakładając kurtkę przeciwdeszczową, która przeszła więcej niż wszystkie w Wynthorpe. - Musisz być z dworku.
- Śmiem twierdzić, że zaparkowałaś i zostawiłaś włączone światła, prawda ? - rozległ się inny głos.
Spojrzałam przez siedzenie, które właśnie zwolnił kierowca, i poczułam, jak moje ramiona napinają się na widok Brodiego wpatrującego się we mnie ze słabo oświetlonego wnętrza.
Wyglądało na to, że najbardziej lubił rzucać ponure spojrzenia, przynajmniej w moim i Brana kierunku. Do kobiet, które patrzyły na niego z podziwem w galerii, raczej nie odnosił się z taką wrogością. Mimo wszystko serce zabiło mi mocniej, co było bardzo niepokojące.
- Nie - odparłam sztywno. - Właściwie nie.
- Zignoruj mojego brata - powiedział drugi facet, przejmując ode mnie kable. - Cały dzień jest w złym humorze.
- Och, doskonale o tym wiem - odparłam sarkastycznie, trzaskając drzwiami ich ciężarówki i odwracając się plecami. - Niestety spotkaliśmy się już dzisiaj w miasteczku.
Facet się zaśmiał i otworzył drzwi, żeby podnieść maskę swojego auta.
- A tak w ogóle jestem Jack. - Uśmiechnął się promiennie.
Miałam wrażenie, że ciągle się tak uśmiecha, i zastanawiałam się, czy Brodie jest taki ponury, bo jego brat dostał w genach całe szczęście należne tej rodzinie.
- Prowadzę destylarnię Brambles na obrzeżach miasta.
- Nie wiedziałam, że Wynbridge ma destylarnię - odparłam. - Ale w końcu długo mnie tu nie było. Świetnie.
- Chyba się nie poznaliśmy - powiedział, wyciągając z kieszeni kurtki lekko pogniecioną ulotkę. - Destylarnia jest stosunkowo nowym nabytkiem w okolicy. Powinnaś nas odwiedzić - dodał, podając mi zmięty papier. - Jeśli chcesz, mogę cię oprowadzić.
- Byłoby wspaniale - ucieszyłam się.
Raczej ze mną nie flirtował. Po prostu był szczerze radosny. W przeciwieństwie do brata.
- Pospiesz się, Jack! - krzyknął Brodie, który wciąż siedział w ciepłym wnętrzu kabiny. - Byłem już spóźniony, kiedy odbierałeś mnie z miasta.
Jack wziął głęboki oddech i przewrócił oczami.
- Coś mi mówi, że dziś wieczorem będziesz degustować własne drinki - zażartowałam.
- Nie mylisz się - odparł. - A teraz może uruchomimy twój samochód, co ty na to?
Mocny silnik ciężarówki niemal natychmiast tchnął życie w starego land rovera, ale Jack nalegał, żebyśmy wymienili się numerami, a potem pojechał za mną aż do dworku, żeby się upewnić, że dotarłam cała i zdrowa.
Ciągle zerkałam na mężczyzn we wstecznym lusterku i zastanawiałam się, o czym rozmawiają. Gdy machałam Jackowi na pożegnanie, Brodie wyglądał jeszcze bardziej groźnie i ponuro, wpatrując się w okno od strony pasażera, a uśmiech jego brata zdawał się trochę wymuszony.
- Cóż - odezwałam się do Brana, który wybaczył mi, że go porzuciłam, i ciężko położył głowę na moim ramieniu, gdy wjechaliśmy na wyboisty podjazd. - To była większa przygoda, niż się spodziewaliśmy, prawda?
Nie zdążyłam nawet zdjąć kurtki, gdy pojawiła się Molly.
- Słyszałam, że poznałaś nowego faceta w mieście - odezwała się z szelmowskim uśmiechem, żartobliwie szarpiąc mnie za rękaw swetra.
Po raz kolejny plotkarze z małego miasteczka ciężko się napracowali.
- Kogo? - Zmarszczyłam brwi, udając ignorancję.
Wiedziałam, o kim mowa, ale zamierzałam zachować spokój.
- Brodiego, oczywiście.
- A, jego - powiedziałam lekko, odsuwając się zgrabnie poza jej zasięg. - Tak, spotkałam.
- I co myślisz? - zapytała.
- Nic dobrego - oznajmiłam, przenosząc uwagę na ulotkę. - Ale jego brat Jack, właściciel destylarni Brambles, to absolutnie uroczy człowiek.
Wyraz zaskoczenia na twarzy Molly był bezcenny.