Święta pełne sekretów - Heidi Swain

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Za­jęło mi tro­chę czasu, aby się z tym po­go­dzić, ale w głębi du­szy wie­dzia­łam, że mój czas w Jor­da­nii do­bie­gał końca. Wie­dzia­łam to jesz­cze, za­nim utra­ci­li­śmy spon­sora, przez co nie mo­gli­śmy już utrzy­mać tylu pra­cow­ni­ków.

Pracę w or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej za­czę­łam za­raz po stu­diach i wła­śnie mi­nęło mi dzie­sięć lat. To i tak długo jak na osobę po­ma­ga­jącą w obo­zach dla uchodź­ców na ca­łym świe­cie. Do­tar­łam do gra­nicy swo­ich moż­li­wo­ści co naj­mniej pół­tora roku temu. Moi sze­fo­wie już wy­ra­zili obawy, że za­czy­nam się wy­pa­lać, ale upar­cie brnę­łam da­lej, zde­cy­do­wana do­koń­czyć kon­trakt, za­nim po­zwolę so­bie na na­leżną mi prze­rwę.

Jed­nak na kilka ty­go­dni przed koń­cem i pod ogromną pre­sją, gdy do obozu przy­by­wało co­raz wię­cej osób, po­peł­ni­łam błąd. Głupi, ogromny, za­gra­ża­jący ży­ciu błąd. Uznano więc, że zro­bię wszyst­kim przy­sługę, je­śli zre­zy­gnuję wcze­śniej. Na szczę­ście mój szef jako po­wód przed­wcze­snego wy­jazdu po­dał wy­co­fa­nie się spon­sora, ale na­dal czu­łam, że za­wio­dłam.

Sześć go­dzin po wej­ściu na po­kład sa­mo­lotu w Jor­da­nii wy­sia­dłam na lot­ni­sku He­ath­row, gdzie po­wi­tał mnie po­dmuch mroź­nego li­sto­pa­do­wego po­wie­trza, któ­remu moje let­nie ubra­nia nie sta­wiały oporu, a także od­głos dzwo­nią­cego te­le­fonu do­cho­dzący z głębi mo­jego ple­caka. Szybko we­szłam do hali przy­lo­tów, trzy­ma­jąc się z dala od licz­nych po­dróż­nych, któ­rzy chcieli opu­ścić bu­dy­nek, prze­szu­ka­łam ple­cak i wy­cią­gnę­łam w końcu ko­mórkę.

- Pa­ige?

- Mamo. - Uśmiech­nę­łam się za­sko­czona, gdy usły­sza­łam jej głos.

- Pa­ige - ode­zwała się po­now­nie, tym ra­zem to­nem peł­nym ulgi. - Wy­lą­do­wa­łaś?

- Tak - od­par­łam, prze­ły­ka­jąc gulę w gar­dle. - Do­piero co. Za­raz wyjdę z lot­ni­ska.

Moi ro­dzice już wy­pły­nęli na swój co­roczny zi­mowy rejs, kiedy oznaj­mi­łam, że wra­cam do Wiel­kiej Bry­ta­nii wcze­śniej, niż pla­no­wa­łam. Zro­bi­łam to spe­cjal­nie. Wie­dzia­łam o swoim po­wro­cie przed ich wy­jaz­dem, ale nie chcia­łam się na­ra­żać ani na hi­ste­rię, na­wet w do­brej wie­rze, ani na nie­unik­nione py­ta­nia, więc nie za­jąk­nę­łam się ani sło­wem, do­póki nie wy­pły­nęli dość da­leko. Sły­sząc głos mamy, za­sta­na­wia­łam się, czy to była wła­ściwa de­cy­zja.

- Dzięki Bogu - po­wie­działa z jesz­cze więk­szą ulgą. Jej ton po­twier­dził, że oboje z tatą do­szli do wnio­sku, że za moim przed­wcze­snym po­wro­tem kryje się coś wię­cej, niż da­łam do zro­zu­mie­nia.

- Czy tata tam jest? - za­py­ta­łam, za­nim za­częła się la­wina py­tań. - Gdzie do­kład­nie je­ste­ście?

- Jest - od­parła, a jej głos tro­chę przy­cichł. - Je­ste­śmy na Kaj­ma­nach i jest pie­kiel­nie go­rąco. Póź­niej po­pły­wamy z płaszcz­kami...

- Na­sze plany są nie­istotne - usły­sza­łam, jak tata wrzesz­czy w tle. - Za­py­taj ją le­piej, czy wszystko w po­rządku.

- Mó­wi­łeś wcze­śniej, żeby tego nie ro­bić - wy­pa­liła znie­cier­pli­wiona mama.

Na­gle za­pa­dła ci­sza, a ja za­śmia­łam się, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak oboje wal­czą o te­le­fon.

- Pa­ige - ode­zwał się tata. Naj­wy­raź­niej wy­grał po­tyczkę. - Jak się masz?

Mój oj­ciec miał za sobą długą ka­rierę w woj­sku, wie­dział, że moja praca w kra­jach ogar­nię­tych wojną nie na­le­żała do ła­twych, i zga­dzał się z moim prze­ło­żo­nym, że igram z lo­sem i po­trze­buję prze­rwy.

- Do­brze. - Prze­łknę­łam ślinę, śmiech za­marł mi na ustach, a słowa utknęły w gar­dle, gdy prze­szedł od razu do sedna. - Wspa­niale. Nie mogę się do­cze­kać, aż w końcu będę mieć tro­chę czasu dla sie­bie.

Bo na­prawdę nie mo­głam się tego do­cze­kać, prawda?

- Cóż, szkoda.

To mnie za­sko­czyło.

- Cho­dzi mi o czas dla sie­bie.

Wy­da­wało mi się, że chciał, abym sko­rzy­stała z oka­zji, tro­chę się zdy­stan­so­wała i ze­brała my­śli.

- Na­prawdę? - Zmarsz­czy­łam brwi, wkła­da­jąc pa­lec do ucha, by od­ciąć się od ha­łasu w za­tło­czo­nej hali. - Dla­czego? - Na­gle za­częło trzesz­czeć na li­nii i usły­sza­łam, jak tata mówi coś do mamy.

- Bo - po­wie­dział, znów gło­śniej - mia­łem za­miar za­pro­po­no­wać, że­byś nie je­chała do domu, tylko gdzieś, gdzie bę­dziesz mieć to­wa­rzy­stwo, ale je­śli na­prawdę wo­lisz być sama...

- Gdzie? - prze­rwa­łam mu.

- Wyn­thorpe.

- Wyn­thorpe Hall? - Znowu zmarsz­czy­łam brwi. - Dla­czego mia­ła­bym tam je­chać?

Wyn­thorpe Hall, dom ro­dzinny Ca­the­rine i An­gusa Con­nel­lych, mo­ich ro­dzi­ców chrzest­nych, znaj­do­wał się w sa­mym sercu Fen­land, roz­le­głego ob­szaru ni­zin­nego wschod­niej An­glii. To było cu­downe miej­sce, ale wie­dzia­łam, że da­leko mu do ci­chego sank­tu­arium, w któ­rym pra­gnę­łam się skryć i w pry­wat­no­ści li­zać men­talne rany. Oprócz dwóch z trzech sy­nów pań­stwa Con­nel­lych, Ja­miego i Ar­chiego, w domu miesz­kały rów­nież ich part­nerki, a także cała masa pra­cow­ni­ków, któ­rzy byli tak bli­sko zwią­zani z ro­dziną, że trak­to­wano ich jak krew­nych.

- Po­nie­waż twój iry­tu­jący oj­ciec chrzestny ma... Cóż, jak to ująć? - Tata nie wie­dział, jak wy­tłu­ma­czyć sy­tu­ację. - Można po­wie­dzieć, że tro­chę się prze­mę­czył.

Sły­sza­łam mamę mru­czącą w tle i nie mo­głam się nie uśmiech­nąć. Mój ko­chany oj­ciec chrzestny An­gus za­wsze się prze­mę­czał, wy­my­śla­jąc ja­kieś sza­lone plany. Jego wy­bryki mnie śmie­szyły, ale wtedy dzie­liły nas ty­siące mil, więc nie mógł mnie w nie wcią­gnąć.

- Co zro­bił tym ra­zem? - za­py­ta­łam, współ­czu­jąc przy tym swo­jej matce chrzest­nej. - Na pewno w domu jest dość lu­dzi, żeby utrzy­mać go w ry­zach.

- Cóż, o to wła­śnie cho­dzi - od­parł tata. - Więk­szo­ści z nich w tej chwili nie ma. Ja­mie i Anna za­mknęli swoją or­ga­ni­za­cję cha­ry­ta­tywną na kilka mie­sięcy, żeby po­le­cieć do Afryki i spraw­dzić, jak idzie re­ali­za­cja pro­jektu, nad któ­rym Ja­mie pra­co­wał, za­nim prze­jął za­rzą­dza­nie Wyn­thorpe Hall.

- Ale co to ma za zna­cze­nie, skoro or­ga­ni­za­cja jest za­mknięta? - za­py­ta­łam, nie mo­gąc po­jąć, dla­czego ich nie­obec­ność mia­łaby sta­no­wić pro­blem.

- A no ta­kie, że Anna bar­dzo udziela się wo­lon­ta­riacko w oko­licy - wy­ja­śnił tata. - Jest od­po­wie­dzialna za do­star­cza­nie za­ku­pów, ksią­żek z bi­blio­teki i re­cept oso­bom miesz­ka­ją­cym poza mia­stem, a także za­wozi po­trze­bu­ją­cych na różne spo­tka­nia.

- W ta­kim ra­zie dla­czego nie za­ła­twili so­bie ja­kie­goś za­stęp­stwa przed wy­jaz­dem? - za­py­ta­łam jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wana.

- Bo An­gus stwier­dził, że sam to za­ła­twi - opo­wie­dział tata. - Mar­twił się, że w ogóle nie po­jadą, je­śli będą się stre­so­wać szu­ka­niem za­stęp­stwa, więc oświad­czył, że wszystko zor­ga­ni­zuje. i po­zwo­lił im je­chać.

- Ro­zu­miem - od­par­łam. - I na­prawdę nie ma ni­kogo in­nego, kto mógłby po­móc?

- Naj­wy­raź­niej nie, a Hay­ley, go­spo­dyni, i jej part­ner Gabe, który dba o te­ren, rów­nież wy­je­chali. Miało się to nie po­kry­wać z wy­jaz­dem Ja­miego i Anny, ale sio­stra Gabe'a zmie­niła swoje plany, więc mogą się spo­tkać tylko przed świę­tami.

- O rany - ode­zwa­łam się. - Więc kto sprząta dwo­rek? - Wie­dzia­łam, że ta­kie sprzą­ta­nie to coś wię­cej niż od­ku­rza­nie raz w ty­go­dniu.

- W tej chwili nikt - wy­ja­śnił tata. - I wiesz, że święta Bo­żego Na­ro­dze­nia w Wyn­thorpe to te­raz po­ważna sprawa, i z tym wszyst­kim trzeba się zmie­rzyć.

Przez chwilę za­po­mnia­łam, że w Wyn­thorpe Hall or­ga­ni­zują wła­śnie ogromne wi­do­wi­sko zwane Zi­mową Kra­iną Cza­rów. Wi­dzia­łam zdję­cia w in­ter­ne­cie. Bez wąt­pie­nia wy­ma­gało to sporo pracy, a przy mniej­szej licz­bie po­moc­ni­ków wkrótce sta­nie się bar­dziej uciąż­liwe niż przy­jemne.

- Masz ra­cję - przy­zna­łam. - Wy­je­chali w na­prawdę fa­tal­nym mo­men­cie. Co An­gus so­bie my­ślał?

- Od kiedy An­gus my­śli? - za­śmiał się tata. - Wiesz, jaki on jest. On po pro­stu chce, żeby wszy­scy byli za­do­wo­leni.

Cały An­gus. Był hojny aż do prze­sady, ale czę­sto nie za­sta­na­wiał się nad kon­se­kwen­cjami. To, co się te­raz działo, tylko po­twier­dzało tę re­gułę.

- Więc co o tym my­ślisz? - za­py­tał tata.

- O czym?

- Żeby tam po­je­chać i ura­to­wać sy­tu­ację? Mo­gła­byś za­jąć się do­sta­wami i po­ma­chać tro­chę ście­reczką. No i mo­gła­byś też tam spę­dzić praw­dziwe Boże Na­ro­dze­nie. Od lat nie ob­cho­dzi­łaś po­rząd­nie świąt w kraju.

- No tak... - ode­zwa­łam się, przy­gry­za­jąc wargę.

- Wiem, że chęt­nie cię zo­ba­czą - wtrą­ciła się mama. - Biedny Ar­chie rwie so­bie włosy z głowy. Jest u kresu sił.

Po­dej­rze­wa­łam, że, jako je­dyny syn pań­stwa Con­nel­lych w re­zy­den­cji, to on mu­siał ogar­niać to wszystko i sprzą­tać ba­ła­gan, któ­rego na­ro­bił jego oj­ciec, mimo do­brych chęci.

- Po­trze­bu­jesz cze­goś, co od­wróci twoją uwagę, i może to jest wła­śnie to - do­dał chy­trze tata.

I tak oto, za­le­d­wie go­dzinę po przy­by­ciu do Wiel­kiej Bry­ta­nii, czter­na­stego li­sto­pada, wsia­dłam do au­to­busu do Pe­ter­bo­ro­ugh, a po­tem do ko­lej­nego do mia­steczka Wyn­bridge w Fen­land.

Roz­dział 2

Czu­łam się wy­czer­pana emo­cjami wy­wo­ła­nymi po­zo­sta­wie­niem sta­rego ży­cia i ko­le­gów w Jor­da­nii, a do­dat­kowo zmę­czona nie­koń­czącą się po­dróżą, prze­spa­łam więc więk­szą czasu w au­to­bu­sach z He­ath­row do Wyn­bridge, ale w sa­mej dro­dze do po­sia­dło­ści nie mia­łam już chwili wy­tchnie­nia.

- Może mnie pan tu wy­sa­dzić - ode­zwa­łam się na­gle, li­tu­jąc się nad za­wie­sze­niem tak­sówki.

Kie­rowca wy­raź­nie się skrzy­wił, gdy wy­sko­czy­łam z au­to­busu w Wyn­bridge, wsia­dłam do jego sa­mo­chodu i po­wie­dzia­łam, gdzie chcę je­chać. Za­sta­na­wia­łam się wtedy dla­czego, ale pod­ska­ku­jąc na po­dziu­ra­wio­nej dro­dze pro­wa­dza­ją­cej do Wyn­thorpe Hall, od razu zro­zu­mia­łam przy­czynę jego nie­chęci.

- Pój­dzie pani pie­szo? - za­py­tał, od­wra­ca­jąc się, by na mnie spoj­rzeć.

- Pójdę pie­szo - po­twier­dzi­łam. - Znam drogę.

Gdy tylko wy­sia­dłam, za­wró­cił ide­al­nie na trzy i po­je­chał przed sie­bie, a ja ru­szy­łam krętą ścieżką, z ple­ca­kiem na ple­cach, pod­eks­cy­to­wana, że mogę z da­leka przyj­rzeć się re­zy­den­cji i jej ko­mi­nom, które gó­ro­wały nad drze­wami.

W chwili, gdy po­ko­na­łam ostatni skręt i do­strze­głam bu­dy­nek, na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Sku­pi­łam wzrok na dworku, moim sie­lan­ko­wym placu za­baw z dzie­ciń­stwa, i do­tarło do mnie, że tata miał ra­cję; to był do­bry po­mysł, żeby tu przy­je­chać, i nie mo­głam się do­cze­kać, żeby wszyst­kich zo­ba­czyć. Oby tylko spodo­bał im się po­mysł, że po­ja­wiam się tu bez za­po­wie­dzi, i nie zna­leźli so­bie po­mocy od ostat­niej roz­mowy z tatą.

Po­nie­waż zimno za­częło na­prawdę da­wać się we znaki, po­spie­szy­łam na ostat­niej pro­stej przez dzie­dzi­niec, a po­tem za­pu­ka­łam do tyl­nych drzwi, które były uchy­lone. Kiedy nikt nie od­po­wie­dział, zdję­łam pod­nisz­czoną weł­nianą czapkę, po­trzą­snę­łam wło­sami, o wiele dłuż­szymi niż zwy­kle, i we­szłam do środka, spo­dzie­wa­jąc się, że Floss, ro­dzinny spa­niel, wy­bie­gnie z kuchni, żeby mnie po­wi­tać, ale tak się nie stało.

- Damy radę - po­wie­dział ktoś z prze­ko­na­niem. - Wiesz, że za­wsze ja­koś so­bie ra­dzimy.

To mu­siał być An­gus.

- Być może - od­parł ktoś inny, naj­praw­do­po­dob­niej Ar­chie. - Ale póki co, to so­bie nie ra­dzimy, tato, i nie wy­obra­żam so­bie, żeby sy­tu­acja miała się wkrótce zmie­nić.

Wy­da­wał się cał­ko­wi­cie zi­ry­to­wany, ale po­czu­łam ulgę. Naj­wy­raź­niej przy­je­cha­łam w naj­od­po­wied­niej­szym mo­men­cie i nikt nie pod­jął żad­nych no­wych de­cy­zji. Je­śli za­ło­żyć, że roz­ma­wiali o spra­wach, które po­zo­sta­wiły Anna i Hay­ley.

- Mu­simy przy­naj­mniej za­trud­nić ja­kąś firmę sprzą­ta­jącą - ode­zwał się po­now­nie Ar­chie, po­twier­dza­jąc moje przy­pusz­cze­nia.

- Ale Hay­ley po­wie­działa... - od­pa­ro­wał An­gus.

- Hay­ley po­wie­działa, że je­śli za­trud­nimy firmę sprzą­ta­jącą, ro­ze­rwie nas na strzępy - od­parł Ar­chie. - Wiem, ale tak na­prawdę nie mamy in­nego wy­boru, prawda? Przed wy­jaz­dem szcze­gó­łowo tłu­ma­czyła mi, co prze­ka­zać oso­bie, które bę­dzie ją za­stę­po­wać, a my mu­simy wie­rzyć, że się uda. To na­sza je­dyna opcja. Nie mogę zro­bić wszyst­kiego sam i nie mam ni­kogo in­nego.

- Nie­ko­niecz­nie - ode­zwał się ktoś trzeci, kto w ogóle nie wy­da­wał się za­nie­po­ko­jony stre­su­jącą sy­tu­acją, a ja od razu wie­dzia­łam, do kogo na­leży ten de­li­katny, ma­rzy­ciel­ski głos. - My­ślę, że wszech­świat wła­śnie ze­słał nam roz­wią­za­nie, które za mo­ment się zma­te­ria­li­zuje - do­dał po chwili.

Na­gle roz­le­gło się szcze­ka­nie i przy mo­ich no­gach po­ja­wił się nie je­den, a trzy we­soło pod­ska­ku­jące psy. Wśród nich znaj­do­wała się Floss, choć wy­glą­dała na o wiele star­szą, niż pa­mię­ta­łam, ma­lutki chi­hu­ahua i ol­brzymi wil­czarz. Cóż za oso­bliwe stado!

- Co to ma być? - ryk­nął An­gus, rzu­ca­jąc się za psami. - O mój Boże, Pa­ige! - krzyk­nął, prze­py­cha­jąc się przez nie. - To na­prawdę ty? - Za­mknął mnie w na­głym uści­sku.

- Tak - wy­krztu­si­łam, prze­ły­ka­jąc gulę, już drugą od po­wrotu do kraju. - Mój kon­trakt w końcu do­biegł końca, więc po­my­śla­łam, że wrócę na chwilę do domu.

To nie był wła­ściwy mo­ment, by ze szcze­gó­łami opo­wia­dać o że­nu­ją­cych przy­czy­nach mo­jego wcze­śniej­szego wy­jazdu. An­gus ści­snął mnie moc­niej, a po­tem od­su­nął się, by po­rząd­nie mi się przyj­rzeć.

- Pa­ige! - Ar­chie się za­śmiał i szybko do nas do­łą­czył. - Nie mogę w to uwie­rzyć! Co ty tu ro­bisz?

- Przy­je­chała na święta - od­parł An­gus i zdjął ze mnie ple­cak, ugi­na­jąc się pod jego cię­ża­rem. - Czyż to nie wspa­niale?

W ogóle nie roz­ma­wia­li­śmy o świę­tach, do któ­rych po­zo­stało jesz­cze kilka ty­go­dni, ale mój oj­ciec chrzestny naj­wy­raź­niej był prze­ko­nany, że przy­je­cha­łam spe­cjal­nie z tego po­wodu. Nie było sensu su­ge­ro­wać, że po­wód może być inny. Do­sko­nale zda­wa­łam so­bie sprawę, że we­dług niego wszystko kręci się wo­kół świąt i że kom­pli­ka­cje zwią­zane z moim po­wro­tem mogą po­cze­kać, tak jak po­zo­stałe kwe­stie.

- Tak na­prawdę przy­je­cha­łam z od­sie­czą. Roz­ma­wia­łem z tatą za­raz po wy­lą­do­wa­niu i za­su­ge­ro­wał, że mo­że­cie po­trze­bo­wać do­dat­ko­wej pary rąk do pracy.

An­gus wręcz się roz­pro­mie­nił na dźwięk tych słów.

- Nie mam po­ję­cia, czy so­bie po­ra­dzę - do­da­łam po­spiesz­nie, za­nim roz­bu­dzi­łam w nim zbyt wiel­kie na­dzieje - ale je­stem go­towa spró­bo­wać, je­śli po­ka­że­cie mi, co trzeba zro­bić.

Ar­chie już roz­wią­zy­wał far­tuch, który miał na so­bie. W po­jem­nej przed­niej kie­szeni znaj­do­wały się nie jedna, ale trzy różne ro­dzaje ście­re­czek do czysz­cze­nia.

- W mgnie­niu oka wszystko za­ła­piesz. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Tak do­brze cię wi­dzieć. Wchodź da­lej.

Po­dą­ży­łam za oj­cem i sy­nem, aku­rat gdy do kuchni dru­gim wej­ściem wcho­dziła Ca­the­rine.

- Pa­ige! - krzyk­nęła, rów­nież rzu­ca­jąc mi się na szyję. - Jak wspa­niale cię wi­dzieć po tak dłu­gim cza­sie. Co ty tu, u li­cha, ro­bisz?

Za­trzy­ma­łam się na chwilę, żeby zła­pać od­dech, kiedy An­gus wy­ja­śniał jej wszystko, ko­lo­ry­zu­jąc tro­chę moją opo­wieść, żeby wy­szła na praw­dziwą bo­ha­terkę. Ro­zej­rza­łam się, chcąc ze­brać my­śli. Nie było mnie tu wiele lat i za­po­mnia­łam, jak życz­liwi po­tra­fią być Con­nelly'owie.

Mia­łam na­dzieję, że po­ra­dzę so­bie z ich wy­lew­no­ścią i en­tu­zja­zmem. Ten dwo­rek sta­no­wił cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo ci­szy i pustki, którą za­sta­ła­bym w domu ro­dzi­ców. Ale może nic w tym złego. Czas na roz­my­śla­nie mógł być za­równo prze­kleń­stwem, jak i bło­go­sła­wień­stwem, a wie­dzia­łam, że nie będę go miało za dużo, gdy rzucę się w wir pracy, którą trzeba wy­ko­nać w Wyn­thorpe Hall.

- Cóż, to świetne wie­ści - przy­znała Ca­the­rine, kiedy An­gus w końcu do­pu­ścił ją do głosu. - I tak miło ze strony two­jego ko­cha­nego ojca, że za­su­ge­ro­wał przy­jazd tu­taj, i w ogóle, że po­my­ślał o nas i na­szych pro­ble­mach, kiedy wy­jeż­dżał z twoją mamą na wa­ka­cje. To za­szczyt, że mo­żemy cię po­now­nie po­wi­tać na wsi.

- To ty! - roz­legł się inny głos, za­nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć. - Kto by się spo­dzie­wał. - To była Do­ro­thy, ku­charka z Wyn­thorpe. Wpa­dła, ocie­ra­jąc oczy ba­weł­nianą chu­s­teczką, za­nim ze­brała my­śli. - Do­brze - do­dała ener­gicz­nie, tak­su­jąc mnie wzro­kiem z góry na dół. - Niech no ci się przyj­rzę. Hmm, wy­glą­dasz, jak­byś po­trze­bo­wał po­rząd­nego po­siłku - stwier­dziła w końcu.

Wszy­scy się za­śmia­li­śmy, po­nie­waż Do­ro­thy za­wsze tak re­ago­wała, kiedy w dworku po­ja­wiała się nowa osoba. Każda oka­zja była do­bra, żeby ko­goś na­kar­mić.

- Wszystko z nią w po­rządku - za­śmiał się Ar­chie. - W ni­czym nie przy­po­mina bla­dej i py­za­tej Pa­ige, którą pa­mię­tam.

Po­krę­ci­łam głową, że już za­czął mi do­ku­czać, jak­by­śmy znowu byli na­sto­lat­kami, i po­ka­za­łam mu w od­we­cie ję­zyk, co wy­wo­łało śmiech Micka, który był tu złotą rączką i wła­śnie do nas do­łą­czył.

- Pro­szę, słonko - po­wie­dział, od­su­wa­jąc mi krze­sło. - Usiądź, za­nim wszy­scy ze­chcą wy­po­wie­dzieć się w te­ma­cie two­jego wy­glądu.

- Moja droga Pa­ige - ode­zwała się wła­ści­cielka de­li­kat­nego głosu, która do tej pory mil­czała, gdy wy­god­nie się roz­sia­da­łam.

- Molly. - Uśmiech­nę­łam się. - Jak się masz?

- O to samo za­mie­rza­łam cię za­py­tać - od­po­wie­działa, za­trzy­mu­jąc na mnie spoj­rze­nie swo­ich bla­do­nie­bie­skich oczu. Jedną ręką za­ło­żyła nie­sforny, kasz­ta­nowy lo­czek za ucho, a drugą wy­cią­gnęła w moją stronę.

Wie­dzia­łam, że to Molly bę­dzie mi się naj­bacz­niej przy­glą­dać. Ko­bieta miesz­kała w domku w le­sie Wyn­thorpe, na­zy­wała sie­bie białą cza­row­nicą i naj­le­piej znała moje serce i moją głowę.

Kiedy przy­jeż­dża­łam tu jako dziecko i na­sto­latka, bar­dzo się za­przy­jaź­ni­ły­śmy. Po­łą­czyła nas głę­boka sio­strzana so­li­dar­ność, gdy mu­sia­ły­śmy so­bie ra­dzić z trzema psot­nymi braćmi Con­nel­lymi, ale od tego czasu od­da­li­ły­śmy się od sie­bie. Nie żeby to miało te­raz zna­cze­nie. Mia­łam prze­czu­cie, że za­czniemy do­kład­nie tam, gdzie prze­rwa­ły­śmy.

Chwi­lowo nie mo­głam spoj­rzeć jej w oczy, bo od razu wy­czu­łaby, że za moim na­głym przy­by­ciem kryje się coś wię­cej, niż da­wa­łam po so­bie po­znać. Wła­ści­wie to wy­star­czyło, że zer­k­nę­łam na jej twarz, i już wie­dzia­łam, że ona wie.

- Przy­niosę ci her­batę, Pa­ige - po­wie­działa Do­ro­thy, spie­sząc się jak za­wsze i na szczę­ście od­wra­ca­jąc uwagę Molly.

- A ja opo­wiem ci wię­cej o tym, co się tu dzieje - do­dał Ar­chie.

- Albo nie dzieje - po­pra­wi­łam.

- Otóż to - stwier­dził znie­cier­pli­wiony, rzu­ca­jąc ojcu spoj­rze­nie, któ­rego ten na­wet nie za­uwa­żył, jak zwy­kle zresztą.

Ar­chie opo­wie­dział mi wię­cej o or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej Ja­miego i Anny, wspie­ra­ją­cej po­grą­żo­nych w ża­ło­bie mło­dych lu­dzi, oraz o naj­now­szym na­bytku we dworku, czyli Ga­bie, le­śni­czym i dru­giej po­ło­wie Hay­ley.

- A może przed­sta­wi­cie mnie psom? - za­pro­po­no­wa­łam, gdy Do­ro­thy na­lała mi ko­lejną fi­li­żankę her­baty. - Oczy­wi­ście znam Floss, ale po­zo­sta­łych dwóch nie.

- Wil­czarz ir­landzki to Bran i po­dąża za Ga­bem jak cień - wy­ja­śnił Mick, głasz­cząc ol­brzy­miego, spo­koj­nego sza­rego psa sie­dzą­cego przy nim. - Ale zo­staje z nami, kiedy jego pan wy­jeż­dża, bo nie lubi da­le­kich po­dróży.

- A to Suki - ode­zwała się Molly, zgar­nia­jąc z pod­łogi ma­luszka. - Jest moja i Ar­chiego. Jego eks pod­rzu­ciła ją tu w ja­kieś święta parę lat temu.

Suki wier­ciła się w ra­mio­nach Molly i czule li­zała ją po bro­dzie.

- Za­po­mnia­łam, że ty i Ar­chie je­ste­ście te­raz parą - po­wie­dzia­łam, krę­cąc głową.

Tym ra­zem to Ar­chie wy­sta­wił ję­zyk.

- Spora nie­spo­dzianka, nie? - ode­zwała się Molly z cierp­kim uśmie­chem, przez co jej druga po­łowa zro­biła na­dą­saną minę.

- Je­śli wziąć pod uwagę, że cią­gle się spie­ra­li­ście, kiedy do­ra­sta­li­śmy - za­śmia­łam się - to mało po­wie­dziane!

Ar­chie po­chy­lił się i po­ca­ło­wał Molly w po­li­czek, ru­mie­niąc się przy tym.

- Ale też bar­dzo miła nie­spo­dzianka - do­da­łam, za­do­wo­lona, że oboje są tak szczę­śliwi.

Gdy wy­pi­łam trzeci ku­bek her­baty i zja­dłam wielki ka­wa­łek pysz­nego cia­sta owo­co­wego Do­ro­thy, już nie po­wstrzy­my­wa­łam zie­wa­nia.

- Więc wró­ci­łaś do kraju? - za­py­tała Ca­the­rine, gdy za­uwa­żyła, że oczy za­czy­nają mi się kleić.

- Kilka go­dzin temu - od­par­łam, znów zie­wa­jąc i zmu­sza­jąc się, by usiąść pro­sto. - Wczo­raj o tej po­rze by­łam jesz­cze w Jor­da­nii.

- O mój Boże - jęk­nęła Ca­the­rine. - Nic dziw­nego, że wy­glą­dasz na zmę­czoną. Mu­sisz być wy­czer­pana.

- Za­czy­nam to tro­chę od­czu­wać - wy­zna­łam. - Mimo że spa­łam w au­to­bu­sie.

- W ta­kim ra­zie - na­le­gała - mu­sisz iść od­po­cząć.

- Tak - po­wie­działa Molly, na co znowu się roz­bu­dzi­łam. - Na­prawdę mu­sisz te­raz po­my­śleć o so­bie, Pa­ige. Po­trze­bu­jesz czasu, żeby dojść do sie­bie.

Czy miała na my­śli po­dróż, czy już pró­bo­wała wy­do­być ze mnie prawdę? Wo­la­łam się nie do­my­ślać.

- Jak to jest pra­co­wać w tych obo­zach? - za­py­tał Ar­chie.

Ca­the­rine i Molly wy­mie­niły spoj­rze­nia.

- To musi być wy­czer­pu­jące - stwier­dziła Ca­the­rine. - Za­bie­rzemy cię na górę, Pa­ige.

- Po­kój Ró­żany jest go­towy - ode­zwała się Do­ro­thy, co było naj­lep­szą wia­do­mo­ścią tego dnia.

Za­wsze naj­bar­dziej lu­bi­łam Po­kój Ró­żany. Z ko­min­kiem, wy­godną sofą i naj­głęb­szą wanną w ła­zience, był szczy­tem luk­susu, a po spa­niu przez tak długi czas na łóżku po­lo­wym za­mie­rza­łam to w pełni wy­ko­rzy­stać.

- A za­tem Po­kój Ró­żany - po­wie­dział Ar­chie, pod­no­sząc mój ple­cak. Po­dob­nie jak jego oj­ciec, ugiął się pod cię­ża­rem ba­gażu i jęk­nął.

- Czego się spo­dzie­wa­łeś? - Za­śmia­łam się. - Tam są prak­tycz­nie wszyst­kie moje do­bra ziem­skie.

- Spo­dzie­wa­łem się, że nie wo­zisz ze sobą cięż­kich rze­czy - uśmiech­nął się w od­po­wie­dzi - a ten ple­cak waży z tonę. Jak, u li­cha, udało ci się go dźwi­gać?

- Ona jest sil­niej­sza, niż wy­gląda - stwier­dziła Molly i mru­gnęła do mnie.

Zo­sta­wi­łam tę uwagę bez ko­men­ta­rza.

Wie­czorna ko­la­cja oka­zała się ko­lej­nym mi­łym spo­tka­niem w Wyn­thorpe Hall, a zje­dli­śmy ją przy ru­sty­kal­nym stole ku­chen­nym. Do­ro­thy jak zwy­kle ugo­to­wała tyle co dla woj­ska i na­ło­żyła mi kieł­ba­ski za­pie­kane w cie­ście i pu­rée z wa­rzyw ko­rze­nio­wych, a wszystko po­lała gę­stym so­sem.

- To wy­gląda pysz­nie, Do­ro­thy - po­wie­dzia­łam od razu - ale praw­do­po­dob­nie nie dam rady zjeść na­wet po­łowy. Bar­dzo długo mia­łam ra­cjo­no­wane je­dze­nie, więc mu­szę uwa­żać. Wiem z do­świad­cze­nia, że zmiana diety bez okresu ad­ap­ta­cyj­nego nie jest do­brym po­my­słem.

- Nie ma sprawy - od­parła. - Po pro­stu zjesz, ile bę­dziesz mo­gła.

Brzmiała szcze­rze, ale wie­dzia­łam, że bę­dzie roz­cza­ro­wana, je­śli zo­sta­wię choć kęs.

- Więc - ode­zwał się An­gus z prze­ję­ciem - może za­czniemy od tego, gdzie skoń­czy­li­śmy wcze­śniej?

- Tak - po­parł go Ar­chie. - To do­bry po­mysł, tato, a po przy­by­ciu Pa­ige te­mat nie wy­daje się już tak prze­ra­ża­jący.

- Boże - za­re­ago­wa­łam, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze. - Nie je­stem pewna, czy moja obec­ność uza­sad­nia taką ulgę, Ar­chie. Je­stem prze­cież tylko jedna.

- Jedna osoba może sporo zmie­nić - oświad­czyła pro­ro­czo Molly.

- A no to zero pre­sji - stwier­dzi­łam, a reszta wy­buch­nęła śmie­chem.

- Ty po­trze­bu­jesz nas tak samo mocno jak my cie­bie, Pa­ige - do­dała. - Tak miało być.

Wi­dać było, że Ar­chie ma ochotę za­py­tać, o co jej cho­dziło, ale mu prze­rwa­łam.

- Więc - ode­zwa­łam się, od­kła­da­jąc sztućce, przez co brwi Do­ro­thy po­szy­bo­wały w górę - wiem tro­chę o wo­lon­ta­ria­cie Anny, do­star­cza­niu prze­sy­łek i za­wo­że­niu lu­dzi na wi­zyty le­kar­skie i tak da­lej, ale co ze sprzą­ta­niem domu? Czy na­prawdę nie można za­trud­nić od­po­wied­niej firmy?

- Zro­bi­li­by­śmy to, ale plany Hay­ley i Gabe zmie­niły się w ostat­niej chwili - wy­ja­śniła Ca­the­rine - dla­tego nie zdą­ży­li­śmy się z ni­kim do­ga­dać.

- Wiem, co trzeba zro­bić - wtrą­cił się Ar­chie - ale gdy się tym zaj­muję, nie mam czasu na swoją pracę.

- W ta­kim ra­zie - ode­zwa­łam się, na­bie­ra­jąc wi­del­cem ma­śla­nego pu­rée z mar­chwi i pa­ster­naku - mu­sisz prze­ka­zać mi, co wiesz. Po­ła­pię się w tym, prawda? - Bar­dzo mi za­le­żało na tym pięk­nym dworku i nie chcia­łam ni­czego ro­bić po łeb­kach, jak przy­pad­kowi pra­cow­nicy.

- By­łoby wspa­niale, jak­byś mo­gła to ode mnie prze­jąć - po­wie­dział Ar­chie z wdzięcz­no­ścią. - A je­śli ja po­tra­fię so­bie z tym po­ra­dzić, nie wi­dzę po­wodu, dla któ­rego ty mia­ła­byś temu nie po­do­łać.

- A co z Zi­mową Kra­iną Cza­rów? - do­py­ta­łam. - Bę­dziesz po­trze­bo­wał z tym po­mocy? Sły­sza­łam, że to nie lada wy­zwa­nie.

Wie­dzia­łam, że w le­sie po­wstał szlak dla od­wie­dza­ją­cych, szy­kują się róż­no­rodne świą­teczne za­bawy, w tym prze­jażdżki sa­niami, od­wie­dziny w domku Świę­tego Mi­ko­łaja, spo­tka­nia z re­ni­fe­rami i so­wami, śpie­wa­nie ko­lęd i ogrom wszel­kiego ro­dzaju świą­tecz­nego je­dze­nia i na­po­jów, a także kilka pięk­nie ude­ko­ro­wa­nych drze­wek. Cały week­end pe­łen wspa­nia­łych świą­tecz­nych przy­jem­no­ści i cho­ciaż zo­stało jesz­cze kilka ty­go­dni, nie­wąt­pli­wie sporo trzeba było za­pla­no­wać i za­cząć to wkrótce re­ali­zo­wać.

- Mick i ja zaj­mu­jemy się lo­gi­styką i czę­ścią przy­go­to­wań - po­wie­dział An­gus. - Ale Ja­mie i Gabe ra­zem z Ar­chiem za­zwy­czaj biorą na sie­bie wszystko, co wy­maga siły.

- Do­brze, że dbam o formę. - Uśmiech­nę­łam się. - Te mię­śnie so­bie ze wszyst­kim po­ra­dzą.

- Je­śli zjesz wszystko, bę­dziesz miała jesz­cze wię­cej siły - wtrą­ciła Do­ro­thy, wy­ko­rzy­stu­jąc mo­ment.

- Mam w mie­ście kum­pli, któ­rzy też po­mogą - do­dał Ar­chie. - Szcze­rze mó­wiąc, my­ślę, że damy radę z Zi­mową Kra­iną Cza­rów. Naj­trud­niej za­stą­pić Annę i Hay­ley.

- Już nie. - Molly się uśmiech­nęła.

- Nie. - Od­wza­jem­ni­łam uśmiech, wdzięczna, że te słowa pa­dły aku­rat te­raz. - Już nie.

Roz­dział 3

Nie­długo po ko­la­cji wy­mó­wi­łam się i po­szłam spać. Z peł­niej­szym niż zwy­kle brzu­chem i ma­rze­niem o ką­pieli po­czu­łam się po­now­nie senna i mia­łam na­dzieję, że nie przy­śni mi się znowu mój kosz­marny błąd. Rze­czy­wi­stość była wy­star­cza­jąco straszna, ale we śnie naj­wy­raź­niej lu­bi­łam so­bie jesz­cze do­kła­dać i ostat­nie nie po­tra­fi­łam prze­spać spo­koj­nie nocy.

- Może wpad­niesz do domku rano? - za­pro­po­no­wała Molly, za­nim po­szłam na górę. - Bę­dziemy mo­gły w końcu po­rząd­nie się na­ga­dać.

Przy­ję­łam jej za­pro­sze­nie, ale nie­chęt­nie. Z przy­jem­no­ścią od­no­wi­ła­bym na­szą przy­jaźń, ale wie­dzia­łam, że gdy bę­dziemy same, mogę jej wy­ja­wić wię­cej, niż za­mie­rza­łam. W końcu nie mi­nęło zbyt dużo czasu od mo­jego po­wrotu i nie na­bra­łam jesz­cze dy­stansu do sy­tu­acji w obo­zie.

- I weź to - do­dała Molly, wci­ska­jąc mi w dło­nie małą za­kor­ko­waną fiolkę z ró­żo­wym pły­nem. - To po­może.

- Nie wy­piję tego, Molly - po­wie­dzia­łam sta­now­czo, za­kła­da­jąc, że to je­den z jej elik­si­rów.

- To do­brze. - Za­śmiała się. - Bo to do ką­pieli.

- Och - za­re­ago­wa­łam, czu­jąc, że się ru­mie­nię. - W ta­kim ra­zie dzię­kuję.

Na­la­łam so­bie do wanny sporo wody, a do pa­ru­ją­cego stru­mie­nia do­da­łam płynu o kwia­to­wym za­pa­chu, który przy­jem­nie się spie­nił. Po­miesz­cze­nie mo­men­tal­nie wy­peł­nił ko­ją­cym za­pa­chem la­wendy, ru­mianku i cze­goś słod­kiego, czego nie po­tra­fi­łam zi­den­ty­fi­ko­wać. Woń po­mo­gła mi się jesz­cze bar­dziej zre­lak­so­wać i cho­ciaż nie mia­łam po­ję­cia, co do­kład­nie znaj­do­wało się w tej ma­łej bu­te­leczce, na szczę­ście przy­nio­sło mi głę­boki sen bez kosz­ma­rów. Obu­dzi­łam się od­świe­żona, zre­ge­ne­ro­wana i, co za­ska­ku­jące, pełna chęci do dzia­ła­nia.

- Chwi­leczkę - za­wo­ła­łam, od­su­wa­jąc koł­drę, gdy ktoś za­pu­kał do drzwi kilka mi­nut póź­niej. - Za­raz. - Gdy prze­krę­ci­łam stary me­ta­lowy klucz w zamku, zda­łam so­bie sprawę, że to nie było pu­ka­nie, a ra­czej dra­pa­nie. Co się po­twier­dziło, gdy otwo­rzy­łam drzwi i zo­ba­czy­łam w ko­ry­ta­rzu Brana, ogrom­nego wil­cza­rza.

Wbiegł do po­koju, wsko­czył na sofę i wpa­try­wał się we mnie spod swo­ich wiel­kich, ku­dła­tych brwi. Na­prawdę był gi­gan­tyczny i nie da­łoby się go wy­pro­sić.

- Cóż - po­wie­dzia­łam, za­my­ka­jąc drzwi. - To­bie rów­nież dzień do­bry. Czuj się jak u sie­bie, bo prze­cież tak jest, prawda?

Bran cier­pli­wie cze­kał, aż się ubiorę i zwiążę włosy. Za­ło­ży­łam na sie­bie tyle warstw, ile się dało, bo wciąż było mi zimno, i ra­zem ze­szli­śmy na śnia­da­nie.

- Tu je­steś - ode­zwała się Do­ro­thy, po­cie­ra­jąc Brana po łebku.

- Nie po­rwa­łam go - za­pew­ni­łam. - Po pro­stu po­ja­wił się przy drzwiach, wśli­zgnął do środka i nie chciał się ru­szyć.

- In­te­re­su­jące - od­parła ku­charka, po­da­jąc mi czaj­ni­czek.

Mick po­krę­cił głową.

- Na­prawdę? - Zmarsz­czy­łam brwi, na­le­wa­jąc so­bie ku­bek.

Do­ro­thy nie roz­wi­nęła te­matu, ale Bran po­ło­żył mi na ko­la­nach swoją ciężką łapę, jakby chciał po­wie­dzieć: "Nie przej­muj się nią", i spoj­rzał na mnie współ­czu­jąco.

- Idę zo­ba­czyć się z Molly - oznaj­mi­łam, gdy tylko skoń­czy­łam her­batę.

- Nie jesz śnia­da­nia? - za­py­tała Do­ro­thy zdu­miona.

- Nie - od­par­łam, marsz­cząc nos. - Nie je­stem głodna. Zjem coś póź­niej.

Pró­bo­wa­łam wstać, ale Bran wciąż sie­dział przy­kle­jony do mo­jego boku.

- Mo­żesz go za­brać ze sobą, je­śli chcesz. - Mick się uśmiech­nął.

- Chyba nie mam wy­boru - za­uwa­ży­łam, gdy ku­dłaty ol­brzym szturch­nął moją dłoń zim­nym no­sem.

- Ale czy nie by­łoby mu le­piej z tobą, Mick?

- Naj­wy­raź­niej nie - od­rzekł męż­czy­zna, zu­peł­nie nie­wzru­szony swoim nie­lo­jal­nym pod­opiecz­nym. - To pies, który idzie tam, gdzie jest naj­bar­dziej po­trzebny, a te­raz za­pewne czuje, że po­wi­nien przy­lgnąć do cie­bie, Pa­ige.

Nie chcia­łam zo­stać dłu­żej, żeby nikt nie po­cią­gnął tego te­matu.

- Pro­szę - po­wie­działa Do­ro­thy, wci­ska­jąc mi ka­napkę z be­ko­nem, gdy na­rzu­ca­łam na sie­bie je­den z wielu płasz­czy prze­ciw­desz­czo­wych, które wi­siały do użytku wszyst­kich przy tyl­nych drzwiach. - Mo­żesz to zjeść po dro­dze i le­piej za­łóż ka­lo­sze. W le­sie bę­dzie mo­kro.

Było też do­tkli­wie zimno. Pew­nie ty­powo jak na tę porę roku, ale ja by­łam przy­zwy­cza­jona do zgoła in­nych tem­pe­ra­tur. Gdy wy­ru­szy­łam, od razu wgry­złam się w bułkę, ale wspo­mnie­nia in­ten­syw­nego upału, a za­raz po­tem my­śli o nie­do­szłej ka­ta­stro­fie wy­peł­niły mi głowę, więc nie da­łam rady prze­łknąć kęsa, któ­rego wła­śnie prze­żu­wa­łam.

- Pro­szę, Bran - ode­zwa­łam się, wy­cią­ga­jąc do niego to, co zo­stało. - Masz.

Chap­nął je­dze­nie de­li­kat­nie, ale po­łknął na raz.

- To bę­dzie nasz mały se­kret. - Uśmiech­nę­łam się, głasz­cząc go po grzbie­cie, gdy szedł obok mnie.

Molly otwo­rzyła drzwi domku, za­nim jesz­cze we­szłam na pro­wa­dzącą do niego ścieżkę, i zda­łam so­bie sprawę, że na­wet spe­cjal­nie nie szu­ka­łam drogi. Po pro­stu po­dą­ża­łam za swo­imi sto­pami, za­chwy­cona, że nic się nie zmie­niło, cho­ciaż wie­dzia­łam, że nie­które drzewa są wyż­sze i po­ja­wiło się wię­cej je­mioły. Poza tym jed­nak wszystko wy­da­wało mi się zna­jome, jak­bym od­wie­dziła to miej­sce le­d­wie ty­dzień wcze­śniej.

- Więc zna­la­złaś drogę? - Molly uśmiech­nęła się, sto­jąc boso w drzwiach.

- Oczy­wi­ście. - Od­po­wie­dzia­łam uśmie­chem.

- Nie by­łam pewna, czy przyj­dziesz - do­dała, od­su­wa­jąc się, by wpu­ścić mnie i mo­jego ku­dła­tego to­wa­rzy­sza do środka. - Nie mo­głam się oprzeć wra­że­niu, że troszkę nie­chęt­nie się wczo­raj zgo­dzi­łaś.

- Wcale nie - skła­ma­łam, cho­ciaż Molly mnie przej­rzała.

Ogień strze­lał w ko­minku, z przy­jem­no­ścią więc zdję­łam płaszcz, a gdy przy­ja­ciółka krzą­tała się w kuchni, ścią­gnę­łam rów­nież ka­lo­sze, ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu i uło­ży­łam się wy­god­nie wśród licz­nych ha­fto­wa­nych, pat­chwor­ko­wych po­du­szek na so­fie. To miej­sce pod pew­nymi wzglę­dami z pew­no­ścią się zmie­niło, ale na­dal uno­sił się tu­taj ten sam za­pach ka­dzi­dła i pa­no­wała nie­ziem­ska at­mos­fera. Po­dob­nie było z samą Molly.

- Po­czę­stuj się - po­wie­działa, gdy wy­nu­rzyła się zza ko­ra­li­ko­wej za­słony z tacą pełną ku­szą­cych to­stów fran­cu­skich, świe­żych owo­ców i czaj­nicz­kiem. - To nie ża­den z mo­ich zio­ło­wych na­pa­rów, tylko her­bata.

- Czy to wpływ Ar­chiego? - za­py­ta­łam, wdzięczna, że nie za­mie­rzała mi wci­skać ni­czego na siłę, jak ro­biła to Do­ro­thy.

- Tak - po­twier­dziła, a jej po­liczki się za­ró­żo­wiły, co mnie roz­ba­wiło. Molly zwy­kle tak nie re­ago­wała. - Wróci póź­niej - cią­gnęła, ru­mie­niąc się jesz­cze bar­dziej. - Nie może się do­cze­kać, aż nad­ro­bi­cie stra­cony czas. Wszy­scy się cie­szymy, że przej­miesz obo­wiązki Anny i Hay­ley, a Ar­chie to już w ogóle. Jak wiesz, An­gus ma do­bre in­ten­cje, ale nie za­wsze po­my­śli, za­nim coś zrobi, więc cze­kała nas praw­dziwa ka­ta­strofa.

- Zero pre­sji - po­wie­dzia­łam po raz drugi, po­now­nie ją roz­śmie­sza­jąc.

- I czeka cię na­groda za ten miły i hojny gest. Gdy wszy­scy wrócą na Boże Na­ro­dze­nie, bę­dziesz mo­gła od­dać stery i wtedy po­rząd­nie się zre­lak­so­wać i po­świę­to­wać.

- Szcze­rze mó­wiąc, nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio tak na­prawdę ob­cho­dzi­łam święta. - Wes­tchnę­łam, wpa­tru­jąc się hip­no­tycz­nie w pło­mie­nie.

- Cóż, z pew­no­ścią w tym roku je­steś we wła­ści­wym miej­scu, żeby to zmie­nić - po­wie­działa Molly. - Wyn­thorpe Hall jest naj­pięk­niej­sze wła­śnie w środku zimy.

Przez chwilę mil­cza­ły­śmy, a po­tem przy­po­mnia­łam so­bie o pu­stej bu­te­leczce.

- Nie mam po­ję­cia, co do­kład­nie do niej wla­łaś, ale wzię­łam długą ką­piel i nie pa­mię­tam, kiedy ostatni raz tak do­brze spa­łam. Chyba kilka ty­go­dni temu. Dzię­kuję.

Molly ze wzro­kiem utkwio­nym w mo­jej twa­rzy wzięła ode mnie fiolkę.

- A więc źle sy­piasz? - do­py­ty­wała.

- Och, Molly - od­par­łam, krę­cąc głową. - Do­brze wiesz, że nie śpię. W prze­ciw­nym ra­zie nie dał­byś mi tej bu­te­leczki, prawda?

- Tak, to prawda - przy­znała lekko, za­mil­kła na chwilę, po czym do­dała: - Nie da­ła­bym, ale na­dal nie mogę po­jąć, dla­czego nie mo­żesz od­po­cząć tak, jak na to za­słu­gu­jesz...

Po­nie­waż po­peł­ni­łam ko­lo­salny błąd w oce­nie sy­tu­acji, nie za­słu­guję na ża­den od­po­czy­nek i go­dzę się z tym. To był wy­jąt­kowo głupi błąd, który mógł do­pro­wa­dzić do ka­ta­strofy, uzna­łam więc, że po­win­nam od­czu­wać jego skutki, na­wet je­śli na szczę­ście nie wy­da­rzyło się naj­gor­sze.

- Pa­ige?

- Prze­pra­szam - ode­zwa­łam się, od­ry­wa­jąc wzrok od pło­mieni. - Co mó­wi­łaś?

- Czy sły­sza­łaś co­kol­wiek z tego, co wła­śnie po­wie­dzia­łam?

Po­krę­ci­łam głową.

- Mó­wi­łam, że chcę ci po­móc - po­wtó­rzyła Molly czule.

- Nie mo­żesz - wy­rzu­ci­łam z sie­bie, a moje oczy za­szkliły się od zdra­dziec­kich łez. - Zga­dza się, coś mnie trapi, i wiem, że masz do­bre in­ten­cje, ale mu­szę po­ra­dzić so­bie z tym sama.

- Czy to ma coś wspól­nego z Cha­dią?

Za­dała to py­ta­nie z życz­li­wo­ścią, ale na dźwięk imie­nia mo­jej przy­ja­ciółki i men­torki po­czu­łam taki szok, jakby ktoś prze­bił mi serce no­żem. Dawno z ni­kim nie roz­ma­wia­łam o Cha­dii, która ode­szła za wcze­śnie, i cho­ciaż mój błąd nie był tego bez­po­śred­nim skut­kiem, te dwie sprawy się ze sobą wią­zały. Mimo że bar­dzo nie chcia­łam tego przy­znać.

Moje palce po­wę­dro­wały do szyi i wi­siorka z je­dy­nym zdję­ciem przy­ja­ciółki, ja­kie mia­łam, ale nie do­tknę­łam go, żeby Molly go nie za­uwa­żyła.

- Nie. - Prze­łknę­łam ślinę. - Poza tym to było lata temu.

- Tylko dla­tego, że coś wy­da­rzyło się dawno temu...

- Nie cho­dzi o Cha­dię - od­par­łam sta­now­czo.

- Więc zła­mane serce? - za­su­ge­ro­wała Molly, zmie­nia­jąc kurs. - Pro­blemy w związku?

- O mój Boże, nie - po­wie­dzia­łam, wy­wra­ca­jąc zna­cząco oczami. - Od bar­dzo dawna nie by­łam w związku.

- Może wła­śnie tego po­trze­bu­jesz - pod­su­nęła, uno­sząc brwi. - Ko­goś do ko­cha­nia i ko­goś, kto od­wza­jemni twoje uczu­cie.

Po­krę­ci­łam głową.

- Dla­czego za­ko­chane pary za­wsze chcą, żeby wszy­scy inni byli za­ko­chani? - Uda­wa­łam, że się dą­sam, się­ga­jąc po po­duszkę, i przy­tu­li­łam ją do sie­bie jak bla­szany na­pier­śnik.

- W tym przy­padku nie po­trzeba żad­nego męż­czy­zny, więc na­wet nie myśl o przy­rzą­dza­niu elik­siru mi­ło­snego, ani na­wet elik­siru na prze­lotny ro­mans. Wiesz, że to nie w moim stylu.

- W po­rządku. - Uśmiech­nęła się. - Chyba nie je­stem w sta­nie wy­my­ślić ni­czego, co prze­bi­łoby się przez taki opór.

- Cóż, dzięki Bogu za to.

- Ale co­kol­wiek cię drę­czy - po­wie­działa, znowu na po­waż­nie - wy­daje się dość silne. W ogóle nie mogę zro­zu­mieć two­jej aury.

Opar­łam się po­ku­sie i nie ro­zej­rza­łam wo­kół w po­szu­ki­wa­niu tego, na co pa­trzy. Ni­gdy wcze­śniej mi się to nie uda­wało, więc zde­cy­do­wa­łam się pa­trzeć przed sie­bie.

- Je­stem pewna, że w re­zy­den­cji aura przy­bie­rze bar­dziej zna­jomy ko­lor - stwier­dzi­łam.

- Ja też - zgo­dziła się Molly. - Prze­ję­cie obo­wiąz­ków Anny i Hay­ley na pewno ci po­może. Zaj­miesz swój umysł zu­peł­nie czymś in­nym i wy­zdro­wie­jesz, na­wet o tym nie wie­dząc.

Mia­łam na­dzieję, że się nie myli. Może i uwa­ża­łam te­raz, że za­słu­guję na cier­pie­nie, ale nie chcia­ła­bym się tak czuć już za­wsze.

- Zjesz to wszystko? - za­py­ta­łam, się­ga­jąc po brioszkę z cy­na­mo­nem i wa­ni­lią i zde­cy­do­wa­nie zmie­nia­jąc te­mat.

Kiedy po­chło­nę­ły­śmy wię­cej je­dze­nia, niż są­dzi­łam, że zmiesz­czę, Molly się­gnęła po ta­lię kart ta­rota, które za­wsze trzy­mało bli­sko sie­bie. Zro­biła głę­boki od­dech i za­częła je spraw­nie ta­so­wać, a ja się uśmiech­nę­łam, gdy za­mknęła oczy i od­pły­nęła, po­nie­waż ta sy­tu­acja i jej wy­raz twa­rzy wy­da­wały się tak zna­jome. Karty były obecne w jej ro­dzi­nie od po­ko­leń, prze­ka­zy­wane z matki na córkę i trak­to­wane z ogrom­nym sza­cun­kiem.

- Po­sta­wię ci ta­rota, je­śli chcesz - za­pro­po­no­wała, otwie­ra­jąc oczy i wy­raź­nie sta­ra­jąc się, aby za­brzmiało to tak, jakby do­piero wpa­dła na ten po­mysł.

- Nie, dzię­kuję - od­po­wie­dzia­łam szybko. - Wo­la­ła­bym, że­byś tego nie ro­biła.

- To może ci po­móc - do­dała nie­win­nie.

- Ra­czej to­bie - od­par­łam z uśmie­chem. - Z kart do­wie­dzia­ła­byś się wię­cej, a ja na­prawdę nie mam ochoty jesz­cze ni­czym się dzie­lić.

- W po­rządku - wes­tchnęła. - Warto było spró­bo­wać.

- Ty prze­bie­gła pindo - sap­nę­łam, gdy odło­żyła ta­lię.

- No to może weź­miesz ka­mień? - za­py­tała. Się­gnęła po mi­skę z ko­minka i wy­jęła kilka. - Pro­szę - za­chę­ciła, wy­cią­ga­jąc dłoń. - Weź je­den z nich.

Po­pa­trzy­łam na nią su­rowo.

- Wy­bierz je­den, a prze­stanę się drę­czyć - obie­cała, wcale nie znie­chę­cona moją skrzy­wioną miną.

- Wszyst­kie wy­glą­dają tak samo - stwier­dzi­łam.

W dłoni trzy­mała z pół tu­zina ró­żo­wych ka­mieni. Fak­tycz­nie róż­niły się je­dy­nie roz­mia­rem, no może bar­dzo de­li­kat­nie ko­lo­rem. Do­strze­głam je­den, któ­rzy kształ­tem przy­po­mi­nał tro­chę serce. Był z nich naj­ład­niej­szy.

- Po pro­stu weź ten, który cię przy­ciąga - na­le­gała Molly, ob­ser­wu­jąc mnie ni­czym ja­strząb.

Omi­nę­łam serce, które przy­kuło moją uwagę. i wy­bra­łem mniej­szy ka­wa­łek o nie­rów­nych kra­wę­dziach. Był bled­szy od po­zo­sta­łych, mniej gładki i przy­jemny w do­tyku.

- Za­do­wo­lona? - za­py­ta­łam, po­ka­zu­jąc jej ka­wa­łek, który wy­bra­łam. Za­sta­na­wia­łam się, czy wie­działa, że od­rzu­ci­łam swój ulu­biony.

- Pra­wie za­wsze je­stem za­do­wo­lona. - Wes­tchnęła z sa­tys­fak­cją, ostroż­nie od­kła­da­jąc po­zo­stałe ka­mie­nie do mi­ski, a po­tem mi­skę na ko­mi­nek.

- Więc co to jest? - za­py­ta­łam, pod­no­sząc do świa­tła swój drugi ulu­biony ka­wa­łek.

- Kwarc ró­żowy - od­parła. - Po­maga w sa­mo­uz­dra­wia­niu i po­ko­cha­niu sie­bie.

- Ro­zu­miem - sap­nę­łam, po­dej­rze­wa­jąc, że moja prze­bie­gła za­przy­jaź­niona cza­row­nica po­jęła, że w tej chwili na­wet sie­bie nie lu­bię, o ko­cha­niu nie wspo­mi­na­jąc.

- Chyba le­piej bę­dzie, je­śli wrócę do dworku - stwier­dzi­łam, wsta­jąc i wsu­wa­jąc mi­ne­rał do kie­szeni dżin­sów.

- Daj so­bie czas, Pa­ige - rze­kła Molly prze­ni­kli­wie. - Do Bo­żego Na­ro­dze­nia po­czu­jesz się jak zu­peł­nie nowa osoba.

Szcze­rze mó­wiąc, nie mo­głam w to uwie­rzyć, cho­ciaż po­wie­działa to Molly.

- Wiesz, że do Bo­żego Na­ro­dze­nia zo­stało za­le­d­wie kilka krót­kich ty­go­dni, prawda? za­py­ta­łam z iro­nicz­nym uśmie­chem, ale tym ra­zem przy­ja­ciółka go nie od­wza­jem­niła.

Roz­dział 4

Resztę dnia z chę­cią spę­dzi­łam w dworku, z Bra­nem, który wciąż nie od­stę­po­wał mnie na krok, i z roz­ba­wie­niem od­kry­łam, że Ar­chie wciąż jest tym sa­mym za­dzior­nym ło­bu­zem co w mło­do­ści. W za­sa­dzie to te­raz był nim jesz­cze bar­dziej i po­ku­si­ła­bym się o stwier­dze­nie, że co­raz bar­dziej przy­po­mina ojca.

- Skoro bę­dziesz tu w trak­cie Zi­mo­wej Kra­iny Cu­dów - ode­zwał się z uśmie­chem, gdy zaj­mo­wa­li­śmy miej­sca przy ko­la­cji, i po­cią­gnął mnie za ku­cyk, jak­by­śmy byli w przed­szkolu, a nie dwójką do­ro­słych lu­dzi - mam na­dzieję, że zo­sta­niesz el­fem w domku Świę­tego Mi­ko­łaja.

Prze­wró­ci­łam oczami i wy­bra­łam inne krze­sło, żeby usiąść jak naj­da­lej od Ar­chiego.

- My­ślę, że jest za wy­soka na to prze­bra­nie - po­wie­działa po­waż­nie Do­ro­thy, przy­glą­da­jąc mi się z za­in­te­re­so­wa­niem. - Ale raj­stopy mogą się tro­chę roz­cią­gnąć.

- Nie za­chę­caj go, Do­ro­thy - jęk­nę­łam prze­ko­nana, że nie­ba­wem za­cznie szu­kać w in­ter­ne­cie stroju w więk­szym roz­mia­rze, je­śli wy­czuje choćby mi­ni­malne szanse, że mo­gła­bym się zgo­dzić.

- Co po­wiesz na ju­trzej­szą wy­cieczkę do mia­sta?- za­py­tał mnie Ar­chie, po­rzu­ca­jąc te­mat pa­sia­stych raj­stop i cza­pek z dzwon­kami, gdy tylko wy­lą­do­wał przed nim ta­lerz z je­dze­niem. - Po­my­śla­łem, że do­brze by­łoby przed­sta­wić cię kilku oso­bom i jak naj­szyb­ciej wpro­wa­dzić we wszystko.

Cho­ciaż tro­chę się de­ner­wo­wa­łam, mu­sia­łam przy­znać mu ra­cję: im szyb­ciej za­cznę, tym le­piej. Za­równo dla mnie, jak i dla od­bior­ców hoj­nej dzia­łal­no­ści wo­lon­ta­ryj­nej Anny.

- Dla mnie w po­rządku. - Ski­nę­łam głową, sta­ra­jąc się brzmieć na pew­niej­szą, niż się czu­łam. - Trzeba żyć tym, co tu i te­raz, prawda?

- Słusz­nie - zgo­dził się, znowu fi­glar­nie się uśmie­cha­jąc.

Noc mi­nęła mi dość spo­koj­nie i cie­szy­łam się na mroźny dzień, cho­ciaż na­dal było mi zimno. Na tle błę­kit­nego nieba po­kryty skrzy­pią­cym szro­nem dwo­rek i ogród wy­glą­dały jesz­cze pięk­niej, po­dob­nie jak mia­steczko.

- O mój Boże - wy­krztu­si­łam, gdy Ar­chie ja­koś wci­snął się ma­leń­kim fia­tem 500 Anny, któ­rym mię­dzy in­nymi mia­łam do­star­czać prze­syłki, na jesz­cze mniej­sze miej­sce par­kin­gowe przy rynku. - Nie mia­łam po­ję­cia, że bę­dzie tak tłoczno.

Kiedy przy­je­cha­łam au­to­bu­sem, by­łam zbyt zmę­czona, żeby po­rząd­nie ro­zej­rzeć się po mia­steczku, ale szybki rzut oka wy­star­czył, aby za­uwa­żyć, że bar­dzo się zmie­niło od mo­jej ostat­niej wi­zyty.

- Wiem. - Ar­chie się roz­pro­mie­nił. - Czyż to nie cu­downe? Mia­steczko prze­szło sporą trans­for­ma­cję w ostat­nich la­tach i w czwartki jest tu bar­dziej tło­czono, bo na targu po­ja­wia się kilka do­dat­ko­wych stra­ga­nów.

Oprócz ru­chli­wego tar­go­wi­ska do­strze­głam rów­nież ele­gancką ga­le­rię, ka­wiar­nię i de­li­ka­tesy w od­le­gło­ści za­le­d­wie kilku me­trów od sie­bie, i wszystko to wy­glą­dało idyl­licz­nie. Za­uwa­ży­łam też kilka świą­tecz­nych de­ko­ra­cji, czego na­le­żało się spo­dzie­wać w po­ło­wie li­sto­pada, i za­sta­na­wia­łam się, jak bę­dzie wy­glą­dać ry­nek już w pełni ude­ko­ro­wany na Boże Na­ro­dze­nie. Wła­ści­wie to wy­da­wało mi się, że o tej po­rze roku zwy­kle już był w pełni ude­ko­ro­wany.

- A oko­lica co­raz bar­dziej przy­ciąga wszel­kiego ro­dzaju ar­ty­stów - do­dał Ar­chie, gdy zo­ba­czył, że po­dzi­wiam ga­le­rię, za­nim na­wet zdą­ży­łam za­py­tać o brak ozdób świą­tecz­nych. Po­tem opro­wa­dził mnie po targu, a na­stęp­nie we­szli­śmy do lo­kalu o na­zwie The Cherry Tree Café.

Woń kawy ku­sząco mie­szała się tu­taj z za­pa­chem słod­ko­ści i gdy prze­kro­czy­li­śmy próg, od razu za­bur­czało mi w brzu­chu. Było też tu­taj cie­pło, więc li­czy­łam, że zo­sta­niemy.

- Oto i osoba, którą chcia­łam zo­ba­czyć! - za­wo­łała ko­bieta o krę­co­nych, ru­dych wło­sach, która stała obok lady. - Sia­daj­cie, a ja po­wiem Jem­mie, że je­steś.

- Przy­go­tuj się - po­wie­dział mi Ar­chie, gdy zna­leź­li­śmy miej­sce. - Nie je­stem pewny, jak to się po­to­czy.

- O czym mó­wisz? - za­py­ta­łam, roz­glą­da­jąc się wo­kół i po­dzi­wia­jąc ładny wy­strój. - To nie bę­dzie pro­blem, je­śli przejmę obo­wiązki Anny, prawda? Da­łeś mi od­czuć, że cie­szysz się z przyj­ścia tu­taj.

Mia­łam szczerą na­dzieję, że zmiana w jego za­cho­wa­niu nie wią­zała się z moją de­cy­zją o za­stą­pie­niu Anny. Pla­no­wa­łam roz­wią­zy­wać pro­blemy, a nie two­rzyć nowe.

- Ar­chie! - ode­zwała się inna ko­bieta, za­nim zdą­żył od­po­wie­dzieć. - Już my­śla­łam, że będę mu­siała sama do­trzeć do dworku. - Cześć - do­dała, zer­ka­jąc na mnie. - Prze­pra­szam, chyba się nie znamy.

- To Pa­ige - po­wie­dział Ar­chie, zdej­mu­jąc sza­lik i rę­ka­wiczki. - Chrze­śniaczka mo­ich ro­dzi­ców. Zo­sta­nie z nami w dworku na ja­kiś czas i przej­mie wo­lon­ta­riat Anny, do­póki ona i Ja­mie nie wrócą.

Oczy ko­biety się roz­sze­rzyły i ob­da­rzyła mnie naj­cie­plej­szym z uśmie­chów. Naj­wy­raź­niej to nie moje nowe obo­wiązki mar­twiły Ar­chiego.

- Cóż, to wspa­niała wia­do­mość i ogromna ulga - wy­znała. - Wiem, że Ka­th­leen za­czy­nała się tym wszyst­kim bar­dzo przej­mo­wać.

Za­sta­na­wia­łam się, kim jest Ka­th­leen.

- Twój oj­ciec sporo na­wy­wi­jał - do­dała, wska­zu­jąc pal­cem na Ar­chiego.

- My­ślisz, że o tym nie wiem?- wes­tchnął.

- Ale on ma do­bre in­ten­cje - cią­gnęła ko­bieta, a jej ja­sne oczy się skrzyły. - I cie­szę się, że cię po­zna­łam, Pa­ige. Je­stem Jemma, ak­tu­al­nie wy­czer­pana wła­ści­cielka The Cherry Tree Café.

- Ojejku - po­wie­dział Ar­chie, za­nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć. - Nie mo­żesz być już wy­czer­pana, Jemma. Do świąt jesz­cze kilka ty­go­dni.

- Wiem - jęk­nęła, wa­chlu­jąc się sta­ro­mod­nym pa­pie­ro­wym no­te­sem kel­ner­skim. - Ale już je­stem na skraju, a Liz­zie jest bar­dzo za­jęta. A te­raz, Ar­chie Con­nelly, po­wiedz mi, że masz pro­jekty Hay­ley - do­dała, zmie­nia­jąc ton na znacz­nie su­row­szy. - To już ter­min, a ja nie­na­wi­dzę dzia­łać pod taką pre­sją czasu.

Męż­czy­zna spoj­rzał na Jemmę i po­krę­cił głową.

- Żar­tu­jesz? - za­pro­te­sto­wała ko­bieta.

- Prze­pra­szam - ode­zwał się Ar­chie, wi­docz­nie usztyw­niony w bar­kach. - Na­dal nie mo­żemy ich zna­leźć, a Hay­ley ma wy­łą­czony te­le­fon.

- Cóż, je­śli wkrótce się nie znajdą - po­wie­działa Jemma, zi­ry­to­wana - bę­dziemy mu­sieli wszystko od­wo­łać. Jej stali klien­cie się roz­cza­rują, ale nie bę­dzie in­nego wyj­ścia.

Gdy Jemma przy­jęła na­sze za­mó­wie­nie i wró­ciła do kuchni, Ar­chie opo­wie­dział mi o ka­wiarni i zwią­za­nych z nią in­te­re­sach. Liz­zie, ko­bieta o wspa­nia­łych ru­dych wło­sach, była part­nerką biz­ne­sową Jemmy i znaną mi­strzy­nią kra­wiec­twa i rę­ko­dzieła.

- Kie­dyś pro­wa­dziła tu­taj za­ję­cia z dzier­ga­nia i plot­ko­wa­nia - cią­gnął. - Ale kiedy jej fak­tyczna dzia­łal­ność na­prawdę się roz­wi­nęła, prze­nio­sła się do lo­kalu obok. Te­raz jest to po­pu­larna spół­dziel­nia rze­mieśl­ni­cza, a także ga­le­ria, do tego mają rów­nież food trucka w stylu re­tro, któ­rym jeż­dżą na wy­da­rze­nia w ca­łym hrab­stwie. Będą na Zi­mo­wej Kra­inie Cu­dów w przy­szłym mie­siącu.

Za­sko­czyło mnie, że Do­ro­thy się zgo­dziła. Za­ło­ży­łam, że tylko ona od­po­wiada za ca­te­ring, ale je­śli była go­towa po­dzie­lić się tym za­da­niem, za­czy­na­łam poj­mo­wać, jak wiel­kim przed­się­wzię­ciem jest Zi­mowa Kra­ina Cu­dów.

- Och, i mają też sto­isko te­ma­tyczne na tar­go­wi­sku, na któ­rym sprze­dają wię­cej se­zo­no­wych wy­pie­ków, niż zmie­ści się tu­taj i obok - do­dał Ar­chie dla pew­no­ści.

- O rany - za­re­ago­wa­łam, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze i czu­jąc po­dziw dla po­my­sło­wego du­etu. - To z pew­no­ścią dzieło ca­łego ze­społu, a nie tylko dwóch ko­biet.

- Te­raz pra­cuje z nimi wię­cej osób - przy­znał Ar­chie - ale Jemma i Liz­zie kie­rują tym biz­ne­sem. Pra­cują za dzie­się­ciu, za­wsty­dza­jąc nas wszyst­kich. - Brzmiał, jakby le­dwo wie­rzył w to, ile ro­bią, i wła­ści­wie wcale mu się nie dzi­wi­łam. To było ogromne im­pe­rium.

- A co z Hay­ley? - za­py­ta­łam. - Co Jemma miała na my­śli, mó­wiąc o jej pro­jek­tach?

Ar­chie się­gnął do półki za sobą po ku­bek, na któ­rym na­ma­lo­wano dzi­wacz­nego i od­waż­nego ma­łego ru­dzika.

- To je­den z pro­jek­tów Hay­ley - po­wie­dział z dumą. - Ona stwo­rzyła ru­dzika.

- Och, wow - wy­krztu­si­łam, bio­rąc od niego ku­bek, aby przyj­rzeć mu się do­kład­niej.

- To nie­zwy­kła ar­tystka - do­dał Ar­chie. - Naj­le­piej wy­cho­dzi jej ma­lo­wa­nie pta­ków róż­nego ga­tunku. Po­trafi wy­do­być ich ce­chy oso­bo­wo­ści. Przez ostat­nie kilka lat sporo ich już na­ma­lo­wała, a Jemma zle­ciła na­druk na kub­kach, po­dusz­kach i ar­ty­ku­łach pi­śmien­nych i sprze­daje je w imie­niu Hay­ley.

- Wy­jąt­kowy ta­lent - przy­zna­łam, od­wra­ca­jąc ku­bek.

- Wiem - po­twier­dził Ar­chie, rów­nież pa­trząc na pro­jekt. - Ja nie po­tra­fię na­wet zro­bić po­rząd­nego lu­dzika z za­pa­łek i kasz­ta­nów.

- Ja też nie. - Za­śmia­łam się.

- Nie­stety - wes­tchnął - Hay­ley jest rów­nie roz­trze­pana, co uta­len­to­wana, i wy­je­chała, nie od­da­jąc pro­jek­tów na zbli­ża­jące się święta ani nie mó­wiąc ni­komu, gdzie je scho­wała. Szu­ka­li­śmy wszę­dzie, ale nie mo­żemy ich zna­leźć, a wiem, że Jemma li­czyła na nie już kilka ty­go­dni temu.

Je­śli wziąć pod uwagę, że jest śro­dek li­sto­pada, za­pewne trudno bę­dzie zdą­żyć z przy­go­to­wa­niem ta­kich pre­zen­tów świą­tecz­nych.

- Że też mu­siała za­po­mnieć o czymś ta­kim - po­wie­dzia­łam, ro­zu­mie­jąc fru­stra­cję Jemmy.

- Cała Hay­ley. - Ar­chie wzru­szył ra­mio­nami. - Cho­ciaż trzeba przy­znać, że wy­je­chali z Ga­bem w po­śpie­chu, gdy jego sio­stra na­gle zmie­niła plany, więc tro­chę ro­zu­miem, że mo­gła o tym za­po­mnieć.

- A dla­czego ma wy­łą­czony te­le­fon? - za­py­ta­łam.

- Kto to wie - od­parł Ar­chie, wy­cią­ga­jąc swój te­le­fon, żeby za­dzwo­nić do Hay­ley, po raz enty za­pewne. - Znowu nic - wes­tchnął, gdy od razu włą­czyła się poczta gło­sowa.

- Po­szu­kamy tych pro­jek­tów jesz­cze raz, kiedy wró­cimy - za­pro­po­no­wa­łam, gdy kel­nerka po­de­szła i po­sta­wiła na sto­liku kubki z pa­ru­jącą kawą i ta­le­rze z wiel­kimi bu­łecz­kami cy­na­mo­no­wymi. - Może uda mi się je zna­leźć. Może musi po­szu­kać ich ktoś, kto jesz­cze tego nie ro­bił.

Ar­chie wy­glą­dał, jakby po­wąt­pie­wał w po­wo­dze­nie tego planu, ale ja chcia­łam spró­bo­wać.

Kiedy zje­dli­śmy do ostat­niego okruszka pyszne lu­kro­wane bu­łeczki, które ka­wiar­nia ser­wo­wała tra­dy­cyj­nie od li­sto­pada do świąt, prze­szli­śmy przez za­tło­czony ry­nek do bi­blio­teki.

Le­dwo prze­kro­czy­li­śmy próg, ktoś za­cze­pił Ar­chiego.

- Po­szczę­ściło się? - za­py­tała ele­gancka pani o ide­al­nie uło­żo­nych si­wych lo­kach i szczu­płej syl­wetce. - U mnie na­dal wię­cej po­ra­żek niż suk­ce­sów, ale jesz­cze nie tracę na­dziei. - Ta in­te­li­gentna i za­radna ko­bieta miała praw­do­po­dob­nie około sie­dem­dzie­siątki, ale ema­no­wała ener­gią ko­goś o de­kady młod­szego.

- Z przy­jem­no­ścią mogę po­wie­dzieć, że wy­słu­chano two­ich mo­dlitw, Ka­th­leen - od­parł dumny jak paw Ar­chie, wy­pi­na­jąc pierś.

- Na­prawdę? - jęk­nęła z na­dzieją, a jej oczy roz­sze­rzyły się ze zdzi­wie­nia.

- Na­prawdę. Pa­ige, chciał­bym ci przed­sta­wić Ka­th­leen. Ka­th­leen, to jest Pa­ige, chrze­śnica ro­dzi­ców, która za­stąpi Annę.

- Och, mój Boże - po­wie­działa ko­bieta, rzu­ca­jąc się w moją stronę, się­ga­jąc po moją dłoń i ener­gicz­nie ści­ska­jąc ją w swo­ich. - Wspa­niale cię po­znać, moja droga.

- Cie­bie rów­nież - od­par­łam, lekko zszo­ko­wana.

- Jak cu­dow­nie, że ura­tu­jesz nam tyłki! - wy­buch­nęła. - Na­prawdę nie mo­głaś się po­ja­wić w lep­szym mo­men­cie.

- Cóż. - Prze­łknę­łam ślinę. - Po­sta­ram się za­tem ura­to­wać wam tyłki.

Naj­wy­raź­niej wiele spo­czy­wało na mo­ich bar­kach, z pew­no­ścią wię­cej, niż się spo­dzie­wa­łam, i nie by­łam pewna, co o tym my­śleć.

- Chodź - cią­gnęła Ka­th­leen. Po­pę­dziła z po­wro­tem do lady bi­blio­tecz­nej, roz­rzu­ca­jąc po dro­dze ulotki, które Ar­chie mu­siał po­zbie­rać, i z roz­ma­chem wy­cią­gnęła ja­kąś teczkę. - Chodźmy rzu­cić okiem na li­stę, do­brze?

Po­czu­łam lekki ścisk w żo­łądku. Teczka wy­glą­dała na pę­katą, a wła­ści­wie prze­peł­nioną, a Ka­th­leen tak pod­kre­ślała waż­ność tej li­sty, że aż przy­spie­szyło mi tętno.

- Do­sko­nały po­mysł, Ka­th­leen - stwier­dził Ar­chie, od­kła­da­jąc ulotki na ladę i po­py­cha­jąc mnie da­lej.

Sie­dli­śmy we trójkę w ką­cie, z dala od miej­sca, w któ­rym więk­szość czy­tel­ni­ków prze­glą­dała książki. Po­dob­nie jak sklepy i ry­nek, bi­blio­teka rów­nież do­brze pro­spe­ro­wała. Ten wi­dok pod­niósł mnie na du­chu, mimo że coś dziw­nego działo się w moim brzu­chu, a serce biło jak sza­lone.

- Więc - za­częła Ka­th­leen, roz­kła­da­jąc pa­piery na ni­skim sto­liku - tu mamy wszystko. Nic prost­szego.

Ja to wi­dzia­łam tro­chę ina­czej.

- Tu­taj są wi­zyty w szpi­talu i kli­nice - wy­ja­śniła, wska­zu­jąc na jedną za­peł­nioną kartkę. - Na więk­szość z nich mamy już za­stęp­stwa.

To już coś. Chyba.

- A tu­taj - kon­ty­nu­owała, się­ga­jąc po ko­lejną - jest har­mo­no­gram do­staw owo­ców i wa­rzyw.

- Ro­dzina Demp­ste­rów od lat pro­wa­dzi stra­gan i kie­dyś zaj­mo­wała się do­sta­wami - wy­ja­śnił Ar­chie - ale po­nie­waż pani Demp­ster, Ma­rie, za­mie­rza w no­wym roku roz­sze­rzyć dzia­łal­ność o kwia­ciar­nię, te­raz po pro­stu nie mają na to czasu.

- Oba­wia­li­śmy się, że bę­dziemy mu­sieli cał­ko­wi­cie od­wo­łać do­stawy świe­żych pro­duk­tów, ale Anna wzięła na sie­bie rów­nież to, poza książ­kami z bi­blio­teki i re­ali­zo­wa­niem re­cept.

- Nie za­po­mi­najmy o re­gu­lar­nych za­ku­pach spo­żyw­czych - przy­po­mniał uprzej­mie Ar­chie. - I za­mó­wie­niach od rzeź­nika i pie­ka­rza.

- Oczy­wi­ście - przy­znała Ka­th­leen. - Za­re­je­stro­wane osoby dzwo­nią do mnie raz w ty­go­dniu, a ja za­ma­wiam, czę­sto z ra­ba­tem hur­to­wym, od­bie­ram i pa­kuję to, czego po­trze­bują, a Anna, to wszystko przy­wozi. A te­raz ty się tym zaj­miesz, Pa­ige. Co ty na to?

- Więc mam być w za­sa­dzie ku­rierką? - za­py­ta­łam, chcąc się upew­nić, że nie ma dla mnie żad­nych do­dat­ko­wych obo­wiąz­ków.

- W za­sa­dzie tak. - Ka­th­leen ski­nęła głową, nie do końca po­twier­dza­jąc to, o co za­py­ta­łam. - Może się zda­rzyć, że po­pro­szę cię o po­moc w ode­bra­niu cze­goś. Na przy­kład gdy to bę­dzie ko­li­do­wać z mo­imi za­ję­ciami ta­necz­nymi.

- Ka­th­leen pro­wa­dzi za­ję­cia ta­neczne, nie uczy się tań­czyć - wy­ja­śnił Ar­chie.

Nic dziw­nego, że jest taka szczu­pła.

- Nie masz nic prze­ciwko? - za­py­tała. - To nie zda­rza się zbyt czę­sto.

Nie mia­łam nic in­nego do ro­boty i już zgo­dzi­łam się po­móc, nie mo­głam za­tem od­mó­wić ta­kiego dro­bia­zgu, cho­ciaż tro­chę mnie nie­po­ko­iło, że wy­tyczne zmie­niają się jesz­cze przed roz­po­czę­ciem pracy. Li­czy­łam, że będę od­po­wia­dać je­dy­nie za do­star­cza­nie rze­czy i nic wię­cej, zwłasz­cza że gdy ostat­nio by­łam za coś od­po­wie­dzialna, nie skoń­czyło się to do­brze.

- Nie ma - od­parł Ar­chie za mnie.

Ka­th­leen wciąż na mnie pa­trzyła.

- Oczy­wi­ście - ode­zwa­łam się, prze­ły­ka­jąc ślinę. - Ża­den pro­blem.

Po usta­le­niu mo­jego nieco szer­szego za­kresu obo­wiąz­ków i uści­śnię­ciu Ka­th­leen, któ­rej wy­raź­nie ulżyło, uda­li­śmy się do rzeź­nika, pie­ka­rza i ap­teki. Ar­chie uznał, że skoro fak­tycz­nie będę od­bie­rała część pa­czek, to do­brze by­łoby po­znać nie­któ­rych wła­ści­cieli. Co, moim zda­niem, miało sens.

- My­śla­łam, że przy­naj­mniej ap­teka ofe­ruję opcję do­stawy - przy­zna­łam, gdy wra­ca­li­śmy do sa­mo­chodu. - To te­raz w za­sa­dzie stan­dard, prawda?

- Tak - zgo­dził się Ar­chie - ale tu­taj ro­bimy rze­czy ina­czej. Anna za­wsze spę­dza kilka mi­nut z ludźmi, któ­rym za­wozi spra­wunki, po­nie­waż żyją od­izo­lo­wani od spo­łecz­no­ści. Wła­ści­ciele firm nie mają czasu na spo­tka­nia to­wa­rzy­skie, więc w ten spo­sób od­biorcy mogą wejść w ja­kieś in­te­rak­cje z czło­wie­kiem i cza­sem po­móc w domu, a przy oka­zji otrzy­mują książki, za­kupy i tak da­lej. To bar­dzo war­to­ściowy pro­jekt.

Li­sta obo­wiąz­ków wy­dłu­żała się z mi­nuty na mi­nutę.

- Taki się wy­daje - przy­tak­nę­łam, za­sta­na­wia­jąc się, o jaką po­moc w domu w ogóle cho­dzi.

Przy tym wszyst­kim i jesz­cze sprzą­ta­niu dworku z pew­no­ścią będę miała ręce pełne ro­boty, więc przy­naj­mniej nie będę roz­my­ślać o tym, co wy­da­rzyło się w Jor­da­nii. Wła­ści­wie to ja­dąc do mia­steczka, po­my­śla­łam o tym le­d­wie przez chwilę. Tro­chę to za­ska­ku­jące. Czy moż­liwe, że plan już dzia­łał?

Kiedy usa­da­wia­łam się na sie­dze­niu pa­sa­żera, po­czu­łam, jak krysz­tał Molly wbija mi się w bio­dro. Na­dal da­leko mi było do ko­cha­nia sie­bie, ale po za­po­zna­niu się z pro­jek­tem, który dzięki mnie miał być na­dal re­ali­zo­wany, i po­mimo od­czu­wa­nego zde­ner­wo­wa­nia po­lu­bi­łam sie­bie odro­binę bar­dziej. Cuda stale się zda­rzają!

- No do­brze - ode­zwa­łam się, gdy Ar­chie uru­cho­mił sa­mo­chód, a ja zrzu­ci­łam z sie­bie obawy, że nie dam rady tego wszyst­kiego zro­bić - wróćmy do dworku i zo­baczmy, czy uda nam się od­szu­kać pro­jekty Hay­ley, do­brze? A po­tem mo­żesz mi po­ka­zać, gdzie po­ma­chać mio­tełką do ku­rzu.

Ar­chie spoj­rzał na mnie z ukosa, ostroż­nie wy­co­fu­jąc auto z wą­skiego miej­sca par­kin­go­wego.

- Czeka cię dużo wię­cej, ale nie mam wąt­pli­wo­ści, że spro­stasz za­da­niu.

Prze­cież sprzą­ta­nie musi być o wiele prost­sze niż stale roz­wi­ja­jąca się dzia­łal­ność cha­ry­ta­tywna, po­my­śla­łam.

Roz­dział 5

Gdy wró­ci­li­śmy do dworku, a Bran znowu usa­do­wił się bli­sko mnie, opo­wie­dzie­li­śmy do­mow­ni­kom w szcze­gó­łach, co się wy­da­rzyło w mia­steczku. Molly wy­glą­dała na szcze­gól­nie za­do­wo­loną z sy­tu­acji.

- Wszystko układa się ide­al­nie - po­wie­działa swoim naj­bar­dziej ma­rzy­ciel­skim to­nem. - I w samą porę.

Po­krę­ci­łam głową, a ona wy­czuła, że nie chcę, aby inni do­wie­dzieli się, że przy­je­cha­łam do dworku z więk­szym ba­ga­żem niż ple­cak, zni­żyła więc na szczę­ście głos, że­bym tylko ja mo­gła ją usły­szeć.

- Dzięki temu krysz­tał uak­tywni swoje ma­giczne wła­ści­wo­ści - wy­szep­tała. - Wkrótce po­czu­jesz się ze sobą le­piej.

- To do­piero by­łaby nie­zła sztuczka - od­szep­ną­łem, igno­ru­jąc fakt, że już do­świad­czy­łam ma­leń­kiej zmiany.

- To nie żadna sztuczka - od­parła Molly po­waż­nie. - Za­nim przyj­dzie Jul, bę­dziesz inną osobą. Zo­ba­czysz. Po­świę­cisz czas na po­ma­ga­nie wszyst­kim, a to od­wróci twoją uwagę od tego, co cię tak wku­rza. Tro­chę dy­stansu i spoj­rzysz na wszystko z in­nej per­spek­tywy.

Po­my­śla­łam, że skoro na­dal spę­dzam dużo czasu w sa­mot­no­ści, wy­obra­ża­jąc so­bie, co naj­gor­szego mo­gło się wy­da­rzyć w Jor­da­nii, zmiana per­spek­tywy nie jest wcale ta­kim złym po­my­słem. Mu­sia­łam się po­sta­rać i po­sta­wić gra­nicę mię­dzy tym, co się fak­tycz­nie wy­da­rzyło, a tym, co mo­gło się wy­da­rzyć, i prze­stać się za­mar­twiać tym dru­gim.

- Co mia­łaś na my­śli, mó­wiąc "w samą porę", Molly? - za­py­tał Ar­chie tak gło­śno, że aż pod­sko­czy­łam.

- Dla lu­dzi, któ­rzy po­le­gają na An­nie - od­po­wie­działa bez wa­ha­nia. - Pa­ige jest chętna za­cząć pracę od razu, te­raz nie bę­dzie żad­nych prze­sto­jów, prawda? A to wyj­dzie wszyst­kim tylko na do­bre.

Z wy­razu twa­rzy Ar­chiego wy­wnio­sko­wa­łam, że chyba nie do końca uwie­rzył, że o to cho­dziło Molly.

- To prawda - od­parł mimo to. - Ka­th­leen była wnie­bo­wzięta, prawda, Pa­ige?

- Tak - po­twier­dzi­łam, my­śląc o jej re­ak­cji. - Wy­da­wała się cał­kiem za­do­wo­lona.

Do­ro­thy prych­nęła, a gdy od­wró­ci­łam się w jej stronę, zo­ba­czy­łam, że za­ci­ska usta w cienką pro­stą li­nię, wy­ra­ża­jącą nie­prze­jed­na­nie.

- Wszystko w po­rządku? - za­py­ta­łam, za­sta­na­wia­jąc się, co, u li­cha, może być nie tak.

- Ta ko­bieta - mruk­nęła Do­ro­thy. Wy­glą­dała na wście­kłą.

- Nie lu­bisz Ka­th­leen? - Prze­ra­zi­łam się.

Ar­chie ode­tchnął głę­boko i prze­wró­cił oczami, a ja zda­łam so­bie sprawę, że po­wie­dzia­łam coś złego. Cho­ciaż nie mo­głam po­jąć, jak ktoś mógłby nie lu­bić Ka­th­leen z jej mięk­kimi, si­wymi lo­kami i po­zy­tyw­nym na­sta­wie­niem. Spo­dzie­wa­łam się ra­czej, że ona i Do­ro­thy świet­nie się do­ga­dują. Naj­wy­raź­niej jed­nak ich re­la­cji bli­żej było do fa­jer­wer­ków niż ża­rzą­cych się wę­gli.

- Może nie, że jej nie lu­bię - od­parła zwięźle Do­ro­thy - ale wku­rzyła wielu lu­dzi, od­kąd po­ja­wiła się w mia­steczku i wszystko zmie­niła.

Nie wie­dzia­łam, jak za­re­ago­wać.

- Je­dyne, co zmie­niła - ode­zwał się cier­pli­wie Ar­chie - to umie­jęt­no­ści ta­neczne miesz­kań­ców, dzięki za­ję­ciom, które pro­wa­dzi w ra­tu­szu.

- Nie lu­bisz tań­czyć? - za­py­ta­łam Do­ro­thy.

Ka­th­leen bez wąt­pie­nia wy­glą­dała, jakby świet­nie so­bie z tym ra­dziła, ale oczy­wi­ście tego nie po­wie­dzia­łam.

- Nie ma nic złego w tań­cach - przy­znała ku­charka. - Ale ona su­ge­ruje, że starsi człon­ko­wie spo­łecz­no­ści po­winni się ru­szać, a ja się z tym nie zga­dzam. Wzbu­dza po­czu­cie winy i na­ma­wia wszyst­kich do więk­szej ak­tyw­no­ści, je­śli chcą do­żyć eme­ry­tury.

Po tej wy­po­wie­dzi Ar­chie tak wy­wró­cił oczami, że pra­wie mu wy­pa­dły, a Ca­the­rine wy­glą­dała szcze­gól­nie nie­swojo. Oso­bi­ście uwa­ża­łam, że Ka­th­leen do­brze robi, po­ma­ga­jąc lu­dziom za­cho­wać zdro­wie i spraw­ność, bez względu na wiek. Od­nio­słam jed­nak wra­że­nie, że nie­chęć Do­ro­thy wy­ni­kała z cze­goś wię­cej niż tylko ze spryt­nej agi­ta­cji Ka­th­leen.

- I kil­koro z nas za­pro­po­no­wało zor­ga­ni­zo­wa­nie na tań­cach po­po­łu­dnio­wej her­batki z prze­ką­skami, zgod­nie z tra­dy­cją - wy­ja­śniła Do­ro­thy, czer­wie­niąc się, gdy do­tarła do sedna sprawy - ale ona od­mó­wiła. Naj­wy­raź­niej, jak to ujęła, całe to ob­żar­stwo - wark­nęła, wy­da­jąc się co­raz bar­dziej obu­rzona i ude­rza­jąc w stół drew­nianą łyżkę, którą trzy­mała - nie jest do­bre dla ki­szek. Sły­sza­łam, jak mówi do ko­goś zgryź­li­wie, że nie ma sensu pod­no­sić so­bie tętna, żeby za­raz spo­wol­nić je je­dze­niem. Co za bez­czel­ność!

- I Do­ro­thy nie roz­ma­wiała z nią od tam­tej pory - do­koń­czył zgrab­nie Ar­chie, uci­na­jąc te­mat. - Na ja­kim eta­pie je­ste­śmy z ubez­pie­cze­niem po­jazdu, Mick?

- Wszystko za­ła­twione. - Ski­nął głową. - Pa­ige wid­nieje te­raz w po­li­sie fiata Anny i land ro­vera dworku. Mo­żesz te­raz pro­wa­dzić oba, ko­cha­nie.

- My­ślisz, że po­ra­dzisz so­bie z land ro­ve­rem? - za­py­tał Ar­chie, gdy Do­ro­thy da­lej mru­czała pod no­sem.

- Cóż, jeź­dzi­łam po trud­nym te­re­nie w po­jaz­dach opan­ce­rzo­nych w Jor­da­nii - od­par­łam. - Więc po­win­nam dać so­bie radę.

- No nie wiem - wtrą­cił się Mick, zu­peł­nie nie ła­piąc mo­jego sar­ka­zmu. - Cza­sem coś się chrzani przy zmia­nie dru­giego biegu na trzeci.

- Je­stem pewna, że się z tym oswoję - po­wie­dzia­łam, gdy An­gus par­sk­nął śmie­chem.

- I sama wiesz, kto tak zor­ga­ni­zo­wał szpi­tal i kli­nikę, że nie trzeba wo­zić lu­dzi ani ma­łym fia­tem, ani du­żym land ro­ve­rem - przy­po­mniał mi Ar­chie szep­tem.

- Vol­de­mort? - za­py­ta­łam nie­win­nie, a on rzu­cił mi pełne nie­na­wi­ści spoj­rze­nie.

- Śmiem twier­dzić, że ma na my­śli Ka­th­leen - pod­su­nęła Do­ro­thy, a Ar­chie jęk­nął.

- Co po­wiesz na to, że­by­śmy po­szli po­szu­kać pro­jek­tów Hay­ley? - za­pro­po­no­wa­łam szybko, żeby znów nie wy­pro­wa­dzić Do­ro­thy z rów­no­wagi.

- Nie ma po­trzeby - wtrą­cił An­gus, wy­raź­nie za­do­wo­lony z sie­bie. - Kiedy by­li­ście w mia­steczku, Hay­ley za­dzwo­niła z in­for­ma­cją, że są w se­kret­nej szu­fla­dzie w jej pra­cowni. -

Wi­dać było, że Ar­chiemu tro­chę ulżyło, ale przy­gry­zał wargę i wy­glą­dał bar­dziej na ze­stre­so­wa­nego oj­cem niż zi­ry­to­wa­nego mną.

- A czy po­wie­działa ci, gdzie do­kład­nie znaj­duje się se­kretna szu­flada, tato? - za­py­tał, przy­ci­ska­jąc palce do skroni i krę­cąc nimi małe okręgi.

An­gus uniósł brwi i od­chrząk­nął.

- Ach - od­parł, czer­wie­nie­jąc się. - Cóż, jak już o to py­tasz, to nie, nie po­wie­działa, gdzie do­kład­nie znaj­duje się szu­flada.

- Och, na li­tość bo­ską - wes­tchnął Ar­chie.

- Ale przy­naj­mniej za­wę­zi­li­śmy po­szu­ki­wa­nia do jed­nego po­koju - za­uwa­żył trzeźwo An­gus.

- To prawda - przy­znała Molly, pod­ska­ku­jąc. - Chodźmy i po­szu­kajmy.

Ar­chie pró­bo­wał po­now­nie za­dzwo­nić do Hay­ley, ale nie udało mu się po­łą­czyć, więc wszy­scy za­czę­li­śmy szu­kać szu­flady z pro­jek­tami. Pra­cow­nia znaj­do­wała się w daw­nej oran­że­rii i było to piękne, ja­sne i prze­wiewne miej­sce z czę­ścio­wym wi­do­kiem na ogrody. Ro­zu­mia­łam, dla­czego Hay­ley się tam urzą­dziła, i bar­dzo się cie­szy­łam na spo­tka­nie z tą uta­len­to­waną ko­bietą, kiedy wrócą z Ga­bem na Boże Na­ro­dze­nie.

- My­śla­łam, że już znasz wszyst­kie tajne kry­jówki w dworku - ode­zwa­łam się do An­gusa, gdy prze­su­wa­li­śmy pal­cami po gzym­sach i mru­ży­li­śmy oczy, wpa­tru­jąc się w ciemne prze­strze­nie. - Na pewno miesz­kasz tu na tyle długo, by zdą­żyć po­znać każdy za­ka­ma­rek.

Mój oj­ciec chrzestny się nie zgo­dził.

- To miej­sce wciąż jest pełne ta­jem­nic - stwier­dził ra­do­śnie. - Za każ­dym ro­giem czy­hają ko­lejne nie­spo­dzianki.

Już mia­łam od­po­wie­dzieć, gdy spo­tkał mnie... cóż, ra­czej nie­mały szok niż miła nie­spo­dzianka.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział Ar­chie, uno­sząc ręce. - To była moja wina.

Nie wie­dzia­łam, co się wy­da­rzyło, ale za­re­ago­wa­łam od razu, pa­da­jąc twa­rzą na zimną, ka­fel­kową pod­łogę. Cała drżąc, le­ża­łam na brzu­chu z ło­mo­czą­cym ser­cem i brzę­cze­niem w uszach.

- Co ty, do cho­lery, tam ro­bisz? - ro­ze­śmiał się Ar­chie, pod­no­sząc szta­lugę, którą z ło­sko­tem prze­wró­cił, i pod­szedł mi po­móc. - Pa­ige?

Za­mknę­łam oczy i pró­bo­wa­łam prze­łknąć ślinę.

- Pa­ige? - Jego głos roz­legł się po­now­nie, tym ra­zem prze­peł­niony tro­ską.

- Nic mi nie jest - od­par­łam nie­pew­nie, sta­ra­jąc pod­nieść się do po­zy­cji sie­dzą­cej, mimo że jed­nak coś mi było.

- Zo­stań tam, gdzie je­steś - po­ra­dziła mi Molly, sia­da­jąc obok mnie. - Daj so­bie chwilę.

Po­czu­łam się jak idiotka i wie­dzia­łam, że wszy­scy na mnie pa­trzą.

- Na­prawdę, wszystko w po­rządku - za­pew­ni­łam, klę­ka­jąc obok niej.

Molly ujęła moje ręce w swoje.

- To ty­powa od­ru­chowa re­ak­cja na gło­śne dźwięki - po­wie­dzia­łam wszyst­kim, wzru­sza­jąc non­sza­lancko ra­mio­nami. Przy­naj­mniej taką mia­łam na­dzieję. - Stare na­wyki i tyle. - Uśmiech­nę­łam się, pró­bu­jąc zba­ga­te­li­zo­wać całe zaj­ście.

- Chyba ci nie wie­rzę - ode­zwał się An­gus, marsz­cząc brwi i wpa­tru­jąc się we mnie z mi­łym wy­ra­zem twa­rzy.

- Ja też nie - do­dał Ar­chie.

Molly ści­snęła moje dło­nie.

- Ma­cie ra­cję - przy­zna­łam.

- To chyba część wa­szego tre­ningu, prawda? - za­py­tała moja przy­ja­ciółka.

- Ow­szem - od­par­łam, rów­nież ści­ska­jąc jej dło­nie z wdzięcz­no­ścią. - Zu­peł­nie stan­dar­dowa prak­tyka.

- Je­śli je­steś w woj­sku, to tak, ale... - za­czął Ar­chie, jed­nak Molly uci­szyła go spoj­rze­niem.

- Twój te­le­fon dzwoni, Ar­chie - po­wie­dzia­łam, wska­zu­jąc głową kie­szeń jego ko­szuli.

Wy­cią­gnął go, wciąż mi się przy­glą­da­jąc, gdy Molly ostroż­nie po­ma­gała mi wstać. Nogi mia­łam jak z waty i by­łam wdzięczna przy­ja­ciółce, że nie pu­ściła mo­jej ręki, bo po­trze­bo­wa­łam chwili, aby od­zy­skać rów­no­wagę.

- Dzię­kuję - zwró­ci­łam się do Molly, gdy Ar­chie prze­ciął po­kój zde­cy­do­wa­nym kro­kiem.

- Wiesz, że za­wsze mo­żesz ze mną po­roz­ma­wiać, prawda? - wy­szep­tała.

- Tak - od­par­łam.

- To była Hay­ley - oznaj­mił Ar­chie. - Zdała so­bie sprawę, że za­po­mniała po­wie­dzieć ta­cie, gdzie jest szu­flada. Gdzieś tu, naj­wy­raź­niej. - Przez kilka se­kund krę­cił się pod biur­kiem, a po­tem usły­sze­li­śmy klik­nię­cie i z roz­ma­chem wy­cią­gnął ko­pertę A4.

- Ka­mień z serca - po­wie­dział, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze.

Wszy­scy przy­kla­snę­li­śmy, a ja po­dzię­ko­wa­łam w du­chu Hay­ley za jej szybką re­ak­cję.

Roz­dział 6

- Za­wiozę je do mia­steczka, je­śli chcesz - za­pro­po­no­wa­łam, gdy usta­li­li­śmy, że wszystko jest ważne, ale do­star­cze­nie pro­jek­tów naj­waż­niej­sze. - Mogę po­ćwi­czyć jazdę po trud­nych te­re­nach Fen­land.

- Ha, ha - za­śmiał się Ar­chie, po­da­jąc mi ko­pertę. - Bę­dziesz mu­siała wziąć land ro­vera - do­dał, ki­wa­jąc głową w stronę Brana, który znów się do mnie przy­kleił. - On się nie zmie­ści w fia­cie.

- Cie­kawe, czemu ten pies tak sza­leje na twoim punk­cie, Pa­ige - ode­zwał się An­gus.

- On jeź­dzi tam, gdzie jest naj­bar­dziej po­trzebny... - wy­ja­śniła Molly roz­ma­rzona. Ucięła na­gle, gdy zdała so­bie sprawę, że tro­chę się za­ga­lo­po­wała, a ja wy­ko­rzy­sta­łam oka­zję, by szybko się ulot­nić. Pies wy­szedł tuż za mną.

- Nie mo­żesz wejść z nim do ka­wiarni - stwier­dził Ar­chie, po­da­jąc mi bu­telkę wody i mi­skę wiel­ko­ści Brana, gdy otwie­ra­łam okna za­pa­ro­wane od dy­sze­nia ol­brzy­miego czwo­ro­noga. - Ale je­śli otwo­rzysz drzwi i krzyk­niesz, Jemma na pewno przy­bie­gnie.

- Zwłasz­cza gdy się zo­rien­tuje, co przy­wio­złam - od­par­łam, kle­piąc le­żącą na sie­dze­niu pa­sa­żera ko­pertę z cenną za­war­to­ścią.

- Otóż to - zgo­dził się Ar­chie, po­tem wrę­czył mi smycz i po­ma­chał nam na po­że­gna­nie.

Do­je­cha­łam le­d­wie na po­czą­tek drogi, gdy za­trzy­mał mnie Mick.

- Ka­ble roz­ru­chowe.

Zmarsz­czy­łam brwi, gdy prze­cią­gał tę plą­ta­ninę przez okno i rzu­cił na pod­łogę przy miej­scu dla pa­sa­żera.

- Na wszelki wy­pa­dek - wy­ja­śnił. - Sa­mo­chód jeź­dzi, ale ni­gdy nie wiesz, co się sta­nie o tej po­rze roku. Umia­ła­byś ich użyć w ra­zie czego?

Spoj­rza­łam na niego, a on się za­śmiał.

- Wiem, jak się nimi po­słu­gi­wać - od­par­łam. - Ale będę mu­siała zna­leźć spory po­jazd, żeby od­pa­lić sa­mo­chód.

- Wyn­bridge leży na te­re­nach wiej­skich - stwier­dził Ar­chie. - Gdy zaj­dzie taka po­trzeba, na pewno coś znaj­dziesz. Po rynku za­wsze kręcą się przy­naj­mniej ze trzy cię­ża­rówki.

W cen­trum bra­ko­wało jed­nak miejsc par­kin­go­wych i mu­sia­łam zo­sta­wić land ro­vera kilka ulic da­lej od ka­wiarni, ale chęt­nie wy­bra­li­śmy się z Bra­nem na spa­cer. Cho­ciaż bar­dzo lu­bi­łam dwo­rek, do­brze było się na chwilę ode­rwać, szcze­gól­nie po tym, gdy rzu­ci­łam się na pod­łogę pra­cowni jak ja­kaś ko­man­do­ska, wzbu­dza­jąc tym ogólne za­in­te­re­so­wa­nie.

- Nie je­stem pewna, czy to ko­nieczne, Bran - po­wie­dzia­łam, przy­pi­na­jąc mu smycz do ob­roży - ale uży­jemy jej, na wy­pa­dek gdyby się oka­zało, że lu­bisz so­bie po­ucie­kać.

Pies w ogóle się tym nie prze­jął i kro­czył obok mnie, uprzej­mie do­pa­so­wu­jąc swoje tempo do mo­jego, że­bym się nie za­sa­pała. Gdy pchnę­łam drzwi ka­wiarni, roz­legł się dźwięk dzwonka, a ja cier­pli­wie cze­ka­łam w progu z na­dzieją, że zwrócę czy­jąś uwagę.

- Wcho­dzi pani czy nie? - za­py­tał klient sto­jący naj­bli­żej mnie, bo zro­bi­łam prze­ciąg.

- Oba­wiam się, że nie - prze­pro­si­łam. - Ale to tylko mi­nutka.

- W czym mogę po­móc? - spy­tała kel­nerka, która za­uwa­żyła mnie przy­pad­kiem.

- Mam do­stawę dla Jemmy - od­par­łam. - Ale nie mogę wejść, bo jest ze mną pies.

Ko­bieta szybko wy­szła na ze­wnątrz i za­mknęła za sobą drzwi.

- Cześć, Bran - przy­wi­tała się, głasz­cząc zwie­rzaka, co chęt­nie przy­jął. - Ty pew­nie je­steś Pa­ige - po­wie­działa do mnie.

- Tak - po­twier­dzi­łam. Do­brze wie­dzia­łam, jak szybko roz­cho­dzą się wie­ści w ma­łych mie­ści­nach, więc na­wet nie py­ta­łam, skąd wie. - I mam ko­pertę od Hay­ley.

- Jej pro­jekty w końcu! - krzyk­nęła ko­bieta z za­chwy­tem.

- Jemmy tu nie ma, ale Liz­zie jest w ga­le­rii obok. Mo­żesz je u niej zo­sta­wić.

Spoj­rza­łam na Brana.

- Nikt nie bę­dzie miał nic prze­ciwko temu, je­śli go tam za­bie­rzesz. - Kel­nerka się uśmiech­nęła. - Wszy­scy tu znamy tego ol­brzyma o wspa­nia­łych ma­nie­rach.

Po­dzię­ko­wa­łam ko­bie­cie i skie­ro­wa­łam się do ga­le­rii. Przed wej­ściem do środka zaj­rza­łam przez okno i mia­łam na­dzieję, że uprzejma kel­nerka miała ra­cję co do Brana, po­nie­waż naj­wy­raź­niej z tyłu od­by­wały się ja­kieś za­ję­cia. Za­sta­na­wia­łam się, czy to warsz­taty rze­mieśl­ni­cze Liz­zie.

- No to chodź - po­pę­dzi­łam Brana, który wy­brał aku­rat ten mo­ment, żeby klap­nąć na chod­nik.

Pies pod­cią­gnął się, z lekko mo­krym brzu­chem, i we­szli­śmy do środka. W przed­niej czę­ści ga­le­rii na pół­kach znaj­do­wały się piękne drew­niane misy, ręcz­nie dzier­gane sza­liki i tro­chę pro­duk­tów ze wzo­rami zu­chwa­łego upie­rzo­nego stada au­tor­stwa Hay­ley. Na ścia­nach wi­siały ob­razy róż­nej wiel­ko­ści, wiele z nich przed­sta­wiało piękny lo­kalny kra­jo­braz i dziką przy­rodę.

Po­woli prze­nio­słam uwagę ze ścian ga­le­rii na pro­wa­dzone za­ję­cia i zda­łam so­bie sprawę, że to jed­nak nie były warsz­taty rze­mieśl­ni­cze. Przed roz­sta­wio­nymi szta­lu­gami stało kilka ko­biet wpa­tru­ją­cych się z za­chwy­tem w pro­wa­dzą­cego.

Pa­nie ki­wały prze­chy­lo­nymi gło­wami i wy­glą­dały po­waż­nie, a ja od­nio­słam wra­że­nie, że wszyst­kie trze­po­czą rzę­sami. Jedna na­wet przy­gry­zała dolną wargę. Sama z chę­cią zo­ba­czy­ła­bym twarz osoby, która wzbu­dziła tak duże za­in­te­re­so­wa­nie.

Wła­śnie mia­łam od­chrząk­nąć w na­dziei, że męż­czy­zna się od­wróci, gdy pies po­sta­no­wił po­rząd­nie się otrzą­snąć.

- Och, Bran - upo­mnia­łam go gło­śno i aż pod­sko­czy­łam. Do­tarło do mnie, że mnie też za­uro­czył pro­wa­dzący, cho­ciaż wi­dzia­łam go tylko od tyłu. - Głup­tas z cie­bie - skar­ci­łam ku­dła­tego czwo­ro­noga zde­ner­wo­wana.

Na szczę­ście nie zmo­czył się za bar­dzo przy krót­kim kon­tak­cie z chod­ni­kiem, więc nic wy­rzą­dził żad­nych szkód, ale męż­czy­zna, który w końcu się od­wró­cił i te­raz pa­trzył na mnie z po­nurą miną, naj­wy­raź­niej my­ślał ina­czej.

Mocno za­ci­snął po­krytą kil­ku­dnio­wym za­ro­stem szczękę, a gdy od­gar­nął ciemne włosy z czoła, jego oczy wy­da­wały się pra­wie czarne i nie­po­ko­jące groźne. Sko­ja­rzył mi się z pa­nem Dar­cym i po­czu­łam, że kur­czę się pod jego peł­nym dez­apro­baty spoj­rze­niem.

- Prze­pra­szam - wy­ją­ka­łam sfru­stro­wana swoim drżą­cym gło­sem. - Nie chcia­łam prze­ry­wać. Szu­kam Jemmy.

Męż­czy­zna się nie ode­zwał.

- Mam na my­śli Liz­zie. - Za­ru­mie­ni­łam się, wy­cią­ga­jąc ko­pertę Hay­ley, jakby to miało wszystko wy­ja­śnić. - Po­wie­dziano mi, że ją tu­taj znajdę.

Męż­czy­zna zro­bił krok w moją stronę, a ja od razu się cof­nę­łam. Bran wy­czuł moje za­kło­po­ta­nie i sta­nął nie­mal przede mną.

- Nie mo­żesz tu wcho­dzić z mo­krym psem - fuk­nął w końcu nie­zna­jomy. Na­dal był wście­kły.

- On nie jest mo­kry. - Otrzą­snę­łam się, wy­pro­sto­wa­łam i od­da­łam głos swo­jej we­wnętrz­nej Eli­za­beth Ben­net. - Jest le­d­wie wil­gotny.

- Cóż, nie­ważne - od­po­wie­dział męż­czy­zna szorstko. - Mo­żesz mi to zo­sta­wić - do­dał wy­nio­śle, się­ga­jąc po ko­pertę.

- Nie - od­par­łam, przy­cią­ga­jąc ko­pertę do sie­bie. - Wo­lał­bym nie. - Nie mia­łam po­ję­cia, kim jest ten czło­wiek, więc ra­czej nie za­mie­rza­łam prze­ka­zy­wać mu pro­jek­tów Hay­ley.

Wy­da­wał się za­sko­czony moją od­mową i już cze­ka­łam na jego ri­po­stę, gdy po­ja­wiła się Liz­zie i szybko za­że­gnała pro­blem.

- Pa­ige - po­wie­działa, pod­cho­dząc. - Je­steś Pa­ige, prawda?

- Tak. - Ski­nę­łam głową.

- Ar­chie za­dzwo­nił kilka mi­nut temu z in­for­ma­cją, że wpad­niesz. - Uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

Męż­czy­zna bez słowa od­wró­cił się do grupy, która z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dała się ca­łemu zda­rze­niu. Co za nie­przy­jemny typ.

- Prze­pra­szam, że prze­rwa­łam - rzu­ci­łam na tyle gło­śno, żeby mógł mnie usły­szeć.

- Nie przej­muj się Bro­diem - wy­szep­tała Liz­zie.

- Och, na pewno tak zro­bię - od­par­łam i z przy­jem­no­ścią zo­ba­czy­łam, jak się spina. - To dla cie­bie, Liz­zie - do­da­łam, wy­cią­ga­jąc po­now­nie ko­pertę. - I Jemmy.

- Czy wiesz, co wy­my­śliła Hay­ley? - za­py­tała ko­bieta, prze­su­wa­jąc pal­cami po za­pie­czę­to­wa­nej kra­wę­dzi ko­perty.

- Nie­stety nie. Mia­łam ochotę zaj­rzeć do środka, ale uzna­łam w końcu, że po­win­nam po­cze­kać ra­zem z in­nymi na ofi­cjalną pre­mierę.

- Po­dzi­wiam twoją sa­mo­kon­trolę! - ro­ze­śmiała się Liz­zie. - Ale je­stem pewna, że twoja de­cy­zja zo­sta­nie so­wi­cie wy­na­gro­dzona.

- Bio­rąc pod uwagę przed­mioty z po­przed­nich lat - uśmiech­nę­łam się, po­now­nie pa­trząc na półki - je­stem pewna, że masz ra­cję. A te­raz le­piej już pójdę, za­nim Bran znów po­sta­nowi się otrze­pać i wpa­kuje nas w ko­lejne kło­poty.

- Bran jest tu za­wsze mile wi­dziany - po­wie­działa Liz­zie ra­do­śnie, głasz­cząc go po gło­wie - i na­wet nie jest mo­kry, więc nic złego się nie stało.

- Na­wet nie jest mo­kry - po­wtó­rzy­łam, roz­ko­szu­jąc się tym, że Bro­die aż prze­rwał swoją prze­mowę.

Wy­szłam z ga­le­rii sprę­ży­stym kro­kiem i kiedy się od­wró­ci­łam, z za­sko­cze­niem za­uwa­ży­łam, że zrzę­dliwy drań pa­trzy, jak od­cho­dzę.

- No do­brze, Bran - ode­zwa­łam się, po­wstrzy­mu­jąc się od po­ma­cha­nia ręką. - Może po­szu­kamy so­bie cze­goś smacz­nego do je­dze­nia?

Stra­gany na tar­go­wi­sku ofe­ro­wały mnó­stwo sma­ko­ły­ków, więc la­wi­ro­wa­li­śmy mię­dzy nimi, pró­bu­jąc róż­nych rze­czy. Ku­pi­łam kilka pro­duk­tów na nasz mały pro­wi­zo­ryczny pik­nik przed po­wro­tem do dworku. W dro­dze do mia­steczka wi­dzia­łam be­to­nowy pod­jazd pro­wa­dzący na pole, ide­alne miej­sce, żeby się za­trzy­mać.

- No to chodź, Bran - za­chę­ci­łam psa, gdy tylko da­łam mu się na­pić. Mia­łam na­dzieję, że wsko­czy z po­wro­tem do land ro­vera.

Bran zro­bił, o co pro­si­łam, i przy­cup­nął, a ja uru­cho­mi­łam sil­nik, który na szczę­ście od­pa­lił za pierw­szym ra­zem.

Po­woli wy­je­cha­łam z mia­steczka tą samą drogą, którą przy­je­cha­li­śmy, z ła­two­ścią zmie­nia­jąc drugi bieg na trzeci, tak jak za pierw­szym ra­zem, a po kilku mi­nu­tach znów za­par­ko­wa­łam i za­bra­łam się do pa­ła­szo­wa­nia.

- Tę kieł­ba­skę za­pie­kaną w cie­ście - po­wie­dzia­łam Bra­nowi, kar­miąc go przez opar­cie sie­dze­nia - wy­ra­bia się w go­spo­dar­stwa Sky­lark i we­dług pani ze sto­iska nie jest to wcale da­leko. Sma­kuje ci?

Bran chęt­nie wsu­nął głowę głę­biej przez szparę po jesz­cze je­den kęs.

- Zga­dzam się z tobą. Ab­so­lut­nie wy­śmie­nita.

Bra­nowi nie­zbyt przy­padł do gu­stu chut­ney jabł­kowy, który wy­bra­łam do kieł­ba­ski, ale we­dług mnie był wy­borny. Na ko­niec zja­dłam kilka lu­kro­wa­nych cia­ste­czek ze sto­iska The Cherry Tree Café i po­pi­łam go­rącą cze­ko­ladą, która ogrze­wała mi też ręce. Wspa­niała uczta. Dość szybko prze­cho­dzi­łam od skrom­nych ra­cji ży­wie­nio­wych do więk­szych po­sił­ków, które kie­dyś ja­da­łam, i o dziwo nic mi nie do­le­gało.

- Mo­żemy tu jesz­cze zo­stać kilka mi­nut? - za­su­ge­ro­wa­łam, od­wra­ca­jąc się do psa, który już zdą­żył za­snąć. - Chyba tak. - Uśmiech­nę­łam się.

Za­sta­na­wia­łam się, czy wy­siąść i roz­pro­sto­wać nogi, spa­ce­ru­jąc skra­jem pola, ale nie chcia­łam prze­szka­dzać Bra­nowi, otwo­rzy­łam więc okna i wy­cią­gnę­łam te­le­fon z kie­szeni kurtki.

Od­kąd wy­je­cha­łam z dworku, przy­szły dwie wia­do­mo­ści. Pew­nie dla­tego, że w Wyn­bridge był lep­szy za­sięg niż Wyn­thorpe. Pierw­szą wy­słała mama, in­for­mu­jąc, jak bar­dzo się cie­szą z mo­jego po­bytu w domu Ca­the­rine i An­gusa i że za­dzwo­nią wkrótce, żeby się do­wie­dzieć, czy już się za­do­mo­wi­łam.

Druga była od mamy Cha­dii, która wy­ra­żała na­dzieję, że ją od­wie­dzę, skoro je­stem z po­wro­tem w kraju. Jej rów­nież, tak jak ro­dzi­com, po­wie­dzia­łam, że wy­je­cha­łam z Jor­da­nii wcze­śniej, po­nie­waż wy­co­fał się spon­sor i na­stą­piła re­duk­cja per­so­nelu, i cho­ciaż czu­łam się jak oszustka, wie­dzia­łam, że na dłuż­szą metę le­piej nie kom­pli­ko­wać sy­tu­acji.

To Cha­dia za­in­te­re­so­wała mnie wo­lon­ta­ria­tem za gra­nicą, a na­stęp­nie pracą dla or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej, którą nie­dawno opu­ści­łam. Na trze­cim roku stu­diów wy­bra­łam się na uni­wer­sy­tec­kie targi pracy, gdzie się spo­tka­ły­śmy, i za­pi­sa­łam się do tego sa­mego pro­gramu co ona. Szybko się za­przy­jaź­ni­ły­śmy i pra­co­wa­ły­śmy nad tym sa­mym pro­jek­tem.

Do­łą­czy­łam do niej w Tan­za­nii, a po­tem prze­nio­sły­śmy się z pro­gra­mem do Ne­palu i Ma­roka. Pra­co­wa­ły­śmy z dziećmi z ubo­gich ro­dzin i ko­bie­tami, które uczy­ły­śmy sa­mo­dziel­no­ści, za­ra­bia­nia pie­nię­dzy, a także więk­szej świa­do­mo­ści swo­ich praw. Na po­czątku wy­da­wało mi się, że ro­bimy za mało, ale wkrótce sama do­strze­głam po­żą­dane zmiany.

Uwiel­bia­łam pracę z Cha­dią. Na­le­żała do tych osób, które za­wsze ro­biły wię­cej, niż od nich ocze­ki­wano, i wy­ci­skały mak­si­mum z każ­dej se­kundy. Była tylko kilka lat star­sza ode mnie, ale bar­dzo dużo mnie na­uczyła i to ona wpa­dła na po­mysł, żeby do­łą­czyć do or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej dzia­ła­ją­cej w kra­jach ogar­nię­tych wojną i po­wsta­łych tam obo­zach.

Na­sze apli­ka­cje zo­stały roz­pa­trzone po­zy­tyw­nie i nasz świet­nie do­pa­so­wany tan­dem mógł dzia­łać da­lej. Praca róż­niła się od tej, którą wy­ko­ny­wa­li­śmy na po­czątku, re­ali­zo­wa­ły­śmy bar­dziej pod­sta­wowe, ale nie­zbędne po­trzeby, i czę­ściej czu­ły­śmy się wy­czer­pane, jed­nak wie­rzy­łam, że Cha­dia za­częła po­le­gać na mnie tak samo jak ja na niej. Nie­stety na­sza współ­praca skoń­czyła się na­gle i w roz­dzie­ra­ją­cych serce oko­licz­no­ściach.

Pew­nego lata Cha­dia po­sta­no­wiła zło­żyć ro­dzi­nie krótką wi­zytę, ja­kiś kie­rowca wje­chał w nią na przej­ściu dla pie­szych i tak moja przy­ja­ciółka ode­szła z tego świata. Czu­łam się zdru­zgo­tana. Mama Cha­dii po­da­ro­wała mi wi­sior ze zdję­ciem córki w środku i była to je­dyna cenna dla mnie rzecz, od­kąd zo­sta­łam sa­mot­nym wil­kiem, trzy­ma­ją­cym się z dala od ca­łego ze­społu.

Po przed­wcze­snej śmierci przy­ja­ciółki do­szłam do wnio­sku, że praca w po­je­dynkę jest naj­bez­piecz­niej­sza, ale naj­wy­raź­niej się my­li­łam, je­śli wziąć pod uwagę mój ostatni błąd. Za­mru­ga­łam, by po­wstrzy­mać łzy, i przy­po­mnia­łam so­bie, że mia­łam prze­cież zmie­nić per­spek­tywę. Po­peł­ni­łam w Jor­da­nii błąd, ale kon­se­kwen­cje nie były tra­giczne, i mu­sia­łam się tym po­cie­szać, za­miast cią­gle wy­obra­żać so­bie naj­gor­szy sce­na­riusz.

Od­pi­sa­łam na wia­do­mość, gdy po dru­giej stro­nie pola coś się po­ru­szyło. Trzy je­lonki błotne bez wy­siłku prze­sko­czyły wał od­dzie­la­jący pole od są­sied­niego, a na­stęp­nie znik­nęły w od­le­głym za­gaj­niku. W ga­le­rii wi­siał ob­raz przed­sta­wia­jący grupę je­leni sto­ją­cych na oszro­nio­nej ziemi. Za­sta­na­wia­łam się, kto go na­ma­lo­wał. Wąt­pi­łam, by pro­wa­dzą­cego za­ję­cia pana Darcy'ego stać było na taką ma­lar­ską lek­kość.

Pró­bo­wa­łam sku­pić się na czymś in­nym, ale ob­raz jego twa­rzy i syl­wetki w dżin­sach wy­peł­nił moją głowę. Od dawna nie za­in­te­re­so­wał mnie ża­den męż­czy­zna i mia­łam na­dzieję, że moje li­bido nie da o so­bie znać. Po­wie­dzia­łam Molly, że ostat­nie, czego po­trze­buję, to roz­pra­szać się ja­kimś przed­sta­wi­cie­lem płci prze­ciw­nej, a już na pewno nie ta­kim trud­nym i zrzę­dli­wym.

Moje ciało mi­mo­wol­nie za­drżało i zda­łam so­bie sprawę, jak bar­dzo zmar­z­łam, sie­dząc w jed­nej po­zy­cji i roz­my­śla­jąc nad nie­uda­nym spo­tka­niem z Bro­diem.

- Chyba le­piej bę­dzie, jak wró­cimy - po­wie­dzia­łam do Brana, który na­dal gło­śno chra­pał.

Prze­krę­ci­łam klu­czyk w sta­cyjce, ale za­miast ko­ją­cego od­głosu sil­nika roz­legł się ja­kiś trzask. Po­li­czy­łam do trzech i spró­bo­wa­łam po­now­nie, ale sil­nik był mar­twy jak ka­mień.

- Cho­lera - jęk­nę­łam, opie­ra­jąc głowę o kie­row­nicę. Nie zo­sta­wi­łam włą­czo­nych świa­teł, spraw­dzi­łam. - Cho­lera, cho­lera, cho­lera, cho­lera, cho­lera.

Zna­la­złam uchwyt otwie­ra­nia ma­ski i wy­sko­czy­łam z auta z ka­blami roz­ru­cho­wymi, cho­ciaż nie wiem po co, skoro nie mia­łam do czego ich pod­łą­czyć. Mu­sia­ła­bym za­dzwo­nić do dworku i za­py­tać, czy sa­mo­chód ma w ubez­pie­cze­niu ja­kąś po­moc dro­gową.

- Mu­sisz tam zo­stać - na­ka­za­łam Bra­nowi, który się obu­dził i ję­czał, żeby do mnie do­łą­czyć. - Za­raz do cie­bie wrócę.

Wła­śnie wpi­sy­wa­łam PIN, żeby od­blo­ko­wać te­le­fon, gdy za­uwa­ży­łam duży po­jazd zmie­rza­jący w moim kie­runku. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy od­ważę się go za­trzy­mać. Był już pra­wie na mo­jej wy­so­ko­ści, gdy po­sta­no­wi­łam po­ra­dzić so­bie sama, ale i tak zje­chał na be­to­nowy pod­jazd.

- Ja­kieś kło­poty? - za­py­tał kie­rowca, po­godny fa­cet w moim wieku, z ciem­nymi krę­co­nymi wło­sami.

- Skąd ten po­mysł? - Uśmiech­nę­łam się z ulgą na wi­dok tak przy­ja­znej twa­rzy.

- Pod­nie­siona ma­ska i ze­staw ka­bli roz­ru­cho­wych w ręce tro­chę cię zdra­dzają. - Rów­nież się uśmiech­nął i uro­czo zmru­żył oczy.

Po­czu­łam, że się ru­mie­nię, gdy zda­łam so­bie sprawę, że nie zro­zu­miał mo­jego żartu.

- Czy to Bran? - za­py­tał, wy­ska­ku­jąc z auta i za­kła­da­jąc kurtkę prze­ciw­desz­czową, która prze­szła wię­cej niż wszyst­kie w Wyn­thorpe. - Mu­sisz być z dworku.

- Śmiem twier­dzić, że za­par­ko­wa­łaś i zo­sta­wi­łaś włą­czone świa­tła, prawda ? - roz­legł się inny głos.

Spoj­rza­łam przez sie­dze­nie, które wła­śnie zwol­nił kie­rowca, i po­czu­łam, jak moje ra­miona na­pi­nają się na wi­dok Bro­diego wpa­tru­ją­cego się we mnie ze słabo oświe­tlo­nego wnę­trza.

Wy­glą­dało na to, że naj­bar­dziej lu­bił rzu­cać po­nure spoj­rze­nia, przy­naj­mniej w moim i Brana kie­runku. Do ko­biet, które pa­trzyły na niego z po­dzi­wem w ga­le­rii, ra­czej nie od­no­sił się z taką wro­go­ścią. Mimo wszystko serce za­biło mi moc­niej, co było bar­dzo nie­po­ko­jące.

- Nie - od­par­łam sztywno. - Wła­ści­wie nie.

- Zi­gno­ruj mo­jego brata - po­wie­dział drugi fa­cet, przej­mu­jąc ode mnie ka­ble. - Cały dzień jest w złym hu­mo­rze.

- Och, do­sko­nale o tym wiem - od­par­łam sar­ka­stycz­nie, trza­ska­jąc drzwiami ich cię­ża­rówki i od­wra­ca­jąc się ple­cami. - Nie­stety spo­tka­li­śmy się już dzi­siaj w mia­steczku.

Fa­cet się za­śmiał i otwo­rzył drzwi, żeby pod­nieść ma­skę swo­jego auta.

- A tak w ogóle je­stem Jack. - Uśmiech­nął się pro­mien­nie.

Mia­łam wra­że­nie, że cią­gle się tak uśmie­cha, i za­sta­na­wia­łam się, czy Bro­die jest taki po­nury, bo jego brat do­stał w ge­nach całe szczę­ście na­leżne tej ro­dzi­nie.

- Pro­wa­dzę de­sty­lar­nię Bram­bles na obrze­żach mia­sta.

- Nie wie­dzia­łam, że Wyn­bridge ma de­sty­lar­nię - od­par­łam. - Ale w końcu długo mnie tu nie było. Świet­nie.

- Chyba się nie po­zna­li­śmy - po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni kurtki lekko po­gnie­cioną ulotkę. - De­sty­lar­nia jest sto­sun­kowo no­wym na­byt­kiem w oko­licy. Po­win­naś nas od­wie­dzić - do­dał, po­da­jąc mi zmięty pa­pier. - Je­śli chcesz, mogę cię opro­wa­dzić.

- By­łoby wspa­niale - ucie­szy­łam się.

Ra­czej ze mną nie flir­to­wał. Po pro­stu był szcze­rze ra­do­sny. W prze­ci­wień­stwie do brata.

- Po­spiesz się, Jack! - krzyk­nął Bro­die, który wciąż sie­dział w cie­płym wnę­trzu ka­biny. - By­łem już spóź­niony, kiedy od­bie­ra­łeś mnie z mia­sta.

Jack wziął głę­boki od­dech i prze­wró­cił oczami.

- Coś mi mówi, że dziś wie­czo­rem bę­dziesz de­gu­sto­wać wła­sne drinki - za­żar­to­wa­łam.

- Nie my­lisz się - od­parł. - A te­raz może uru­cho­mimy twój sa­mo­chód, co ty na to?

Mocny sil­nik cię­ża­rówki nie­mal na­tych­miast tchnął ży­cie w sta­rego land ro­vera, ale Jack na­le­gał, że­by­śmy wy­mie­nili się nu­me­rami, a po­tem po­je­chał za mną aż do dworku, żeby się upew­nić, że do­tar­łam cała i zdrowa.

Cią­gle zer­ka­łam na męż­czyzn we wstecz­nym lu­sterku i za­sta­na­wia­łam się, o czym roz­ma­wiają. Gdy ma­cha­łam Jac­kowi na po­że­gna­nie, Bro­die wy­glą­dał jesz­cze bar­dziej groź­nie i po­nuro, wpa­tru­jąc się w okno od strony pa­sa­żera, a uśmiech jego brata zda­wał się tro­chę wy­mu­szony.

- Cóż - ode­zwa­łam się do Brana, który wy­ba­czył mi, że go po­rzu­ci­łam, i ciężko po­ło­żył głowę na moim ra­mie­niu, gdy wje­cha­li­śmy na wy­bo­isty pod­jazd. - To była więk­sza przy­goda, niż się spo­dzie­wa­li­śmy, prawda?

Nie zdą­ży­łam na­wet zdjąć kurtki, gdy po­ja­wiła się Molly.

- Sły­sza­łam, że po­zna­łaś no­wego fa­ceta w mie­ście - ode­zwała się z szel­mow­skim uśmie­chem, żar­to­bli­wie szar­piąc mnie za rę­kaw swe­tra.

Po raz ko­lejny plot­ka­rze z ma­łego mia­steczka ciężko się na­pra­co­wali.

- Kogo? - Zmarsz­czy­łam brwi, uda­jąc igno­ran­cję.

Wie­dzia­łam, o kim mowa, ale za­mie­rza­łam za­cho­wać spo­kój.

- Bro­diego, oczy­wi­ście.

- A, jego - po­wie­dzia­łam lekko, od­su­wa­jąc się zgrab­nie poza jej za­sięg. - Tak, spo­tka­łam.

- I co my­ślisz? - za­py­tała.

- Nic do­brego - oznaj­mi­łam, prze­no­sząc uwagę na ulotkę. - Ale jego brat Jack, wła­ści­ciel de­sty­larni Bram­bles, to ab­so­lut­nie uro­czy czło­wiek.

Wy­raz za­sko­cze­nia na twa­rzy Molly był bez­cenny.

Roz­dział 7

Tej nocy mia­łam zu­peł­nie inne sny, ale na­dal nie­po­ko­jące. Co wię­cej, mimo że Jack oka­zał się tak przy­jem­nym czło­wie­kiem i bar­dzo mi po­mógł, to jego po­nury brat wy­peł­niał moje my­śli, gdy długo nie mo­głam za­snąć. Świat mnie oszu­kał.

Po­nie­waż cały na­stępny dzień zie­wa­łam, Ar­chie uznał, że nie bę­dzie mnie in­stru­ował w kwe­stii prac do­mo­wych, do­póki nie zro­zu­miem do­kład­nie, na czym po­le­gają moją obo­wiązki przy do­sta­wach.

- W nie­dziele na­leży od­po­czy­wać - po­wie­dział, wy­ka­zu­jąc nie­ocze­ki­wane zro­zu­mie­nie. - Wszy­scy po­win­ni­śmy po­le­niu­cho­wać cho­ciaż je­den dzień w ty­go­dniu, prawda?

Za­sta­na­wia­łam się, czy nie za­in­spi­ro­wała go do tych prze­my­śleń Molly, ale jej roz­anie­lony wy­raz twa­rzy ni­czego nie zdra­dzał. Tak czy owak, z przy­jem­no­ścią spę­dzi­łam dzień, drze­miąc przed ko­min­kiem i roz­ko­szu­jąc się le­gen­darną nie­dzielną pie­cze­nią Do­ro­thy.

W po­nie­dział­kowy po­ra­nek czu­łam się tro­chę po­de­ner­wo­wana i wcze­śnie rano po­je­cha­łam do Wyn­bridge prze­ana­li­zo­wać z Ka­th­leen plan na ten ty­dzień. Nie było to ab­so­lut­nie ko­nieczne, ale po­nie­waż w ostat­nim cza­sie ubyło mi pew­no­ści sie­bie, nie zo­sta­wi­łam ni­czego przy­pad­kowi. Może i mia­łam być tylko ku­rierką, ale mu­sia­łam się od­po­wied­nio przy­go­to­wać do tej roli, bo ostat­nie, czego po­trze­bo­wa­łam, to ko­lejny wy­pa­dek.

Wie­dzia­łam, że do­stawy są re­ali­zo­wane we wto­rek, czwar­tek, a na­wet w so­botę, je­śli za­cho­dzi taka ko­niecz­ność, co ozna­czało, że na sprawy w dworku zo­sta­wały mi tylko po­nie­dzia­łek, środę i pią­tek. W osta­tecz­no­ści mo­gła­bym po­świę­cić na sprzą­ta­nie nie­dzielę, ale Ca­the­rine już po­wie­działa, że nie ma ta­kiej po­trzeby. Za­pew­niła mnie, że każdy może zmie­nić swoją po­ściel, a Molly po­sprząta po­kój jej i An­gusa, a także Do­ro­thy i Micka.

- Od­pa­lił za pierw­szym ra­zem?

Za­par­ko­wa­łam wła­śnie na rynku, gdy Jack sta­nął na miej­scu obok i wy­siadł z auta ra­zem z bra­tem Grim. Gdy tu je­cha­łam, sta­ra­łam się nie za­sta­na­wiać, czy na nich wpadnę, ale nie bar­dzo mi się udało.

- Otóż tak - od­par­łam, uśmie­cha­jąc się cie­pło do Jacka. - Ale Mick na­le­gał, że­bym miała przy so­bie ka­ble roz­ru­chowe na wszelki wy­pa­dek.

- Do­bry plan. - Jack ski­nął głową. - I nie będę mu­siał jeź­dzić za tobą i pil­no­wać, że­byś ni­g­dzie nie utknęła.

- Brzmisz tro­chę jak stal­ker, Jack - ode­zwał się Bro­die, na co jego brat się za­ru­mie­nił.

- Nie mia­łem ta­kiego za­miaru. - Skrzy­wił się.

- Zi­gno­ruj go, Jack - ode­zwa­łam się zi­ry­to­wana, ga­sząc Bro­diego. - Po­stą­pi­łeś po ry­cer­sku. Kto wie, kiedy znów będę po­trze­bo­wać po­mocy.

Bro­die wbił we mnie spo­kojne spoj­rze­nie, a kiedy jego twarz na­gle zmie­niła się pod wpły­wem uśmie­chu, sta­nę­łam jak wryta, a moje po­liczki ob­lały się ta­kim ru­mień­cem jak przed chwilą po­liczki Jacka. A więc w ten spo­sób Bro­die uwiódł grupę ko­biet w ga­le­rii w so­botę. To nie po­nury wy­raz twa­rzy je ocza­ro­wał, ale uśmiech.

Wpa­try­wa­łam się osłu­piała, urze­czona i za­hip­no­ty­zo­wana, kiedy prze­chy­lił głowę na bok. To była ja­kaś ma­gia i to na tyle po­tężna, że do­rów­ny­wała umie­jęt­no­ściom Molly.

- Na­prawdę nie wy­glą­dasz mi na ko­bietę, która po­trze­buje ra­tunku - po­wie­dział, przez co za­czer­wie­ni­łam się jesz­cze bar­dziej.

- Cóż - prze­łknę­łam ślinę - może i tak... - Urwa­łam i po pro­stu sta­łam da­lej, jak idiotka.

- Pa­mię­tasz o wy­cieczce po de­sty­larni? - za­py­tał Jack, czym na szczę­ście zdjął za­klę­cie, które Bro­die ja­kimś cu­dem na mnie rzu­cił.

- Tak - od­par­łam, od­wra­ca­jąc się, żeby na niego spoj­rzeć, i od razu po­czu­łam się bar­dziej czło­wie­kiem. - Oczy­wi­ście, że tak, ale będę mo­gła sko­rzy­stać z two­jej pro­po­zy­cji do­piero za kilka ty­go­dni, je­śli ci to pa­suje. Ak­tu­al­nie wdra­żam się w dzia­ła­nia wo­lon­ta­ryjne tu­taj w mia­steczku i obo­wiązki w dworku, więc nie mam zbyt wiele wol­nego czasu.

- W po­rządku - stwier­dził Jack ra­do­śnie. - Ale je­śli chcesz po­znać to miej­sce, za­wsze mo­żesz je spraw­dzić on­line. Konto na In­sta­gra­mie tro­chę ci je przy­bliży.

- Dzięki za su­ge­stię, ale nie mam In­sta­grama ani żad­nych in­nych me­diów spo­łecz­no­ścio­wych.

Bro­die za­śmiał się gło­śno i kla­snął w dło­nie, że aż pod­sko­czy­łam.

- No, Jack - po­wie­dział, sta­jąc obok mnie i ude­rza­jąc brata w ra­mię. - Nie je­stem je­dy­nym wa­ria­tem na świe­cie, któ­rego nie ma w sieci. Pa­ige też jest wa­riatką. Bez urazy - do­dał szybko, spo­glą­da­jąc na mnie z ukosa.

- W po­rządku. - Od­wza­jem­ni­łam spoj­rze­nie.

Za­szła w nim ja­kaś zmiana i cią­gnęło mnie do niego jak ćmę do ognia. Przy­po­mnia­łam so­bie, co ta­kiej ćmie mo­głoby się przy­da­rzyć, ale nie po­tra­fi­łam od­fru­nąć.

- Nie su­ge­ro­wa­łem, że je­steś wa­riatką - po­wie­dział, wciąż pa­trząc mi w oczy. - Ale Jack cią­gle mi su­ge­ruje, że zwa­rio­wa­łem. Uważa, że je­stem ostat­nią osobą na świe­cie, któ­rej nie ma w sieci, ale się my­lił. Jest nas dwoje.

- Naj­wy­raź­niej - zgo­dzi­łam się, po­śpiesz­nie zmu­sza­jąc się do spoj­rze­nia na Jacka, za­nim jego brat za­cza­ruje mnie bar­dziej.

Nie są­dzi­łam, że coś może mnie łą­czyć z Bro­diem, ale ku mo­jemu za­sko­cze­niu tak wła­śnie było. Jack prze­wró­cił oczami, do­my­śli­łam się więc, że bra­cia już wie­lo­krot­nie się spie­rali w tym te­ma­cie.

- Po pro­stu my­ślę - po­wie­dział Jack - że nie za­szko­dzi­łoby, gdy­byś gdzieś ja­kieś konto za­ło­żył.

Za­ry­zy­ko­wa­łam ko­lejne spoj­rze­nie na Bro­diego, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego nie ma żad­nych me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, ale gdy za­uwa­ży­łam, że znów jest roz­sier­dzony, nie od­wa­ży­łam się za­py­tać. Szybko mu się zmie­niały na­stroje.

- Mu­szę iść - wark­nął, od­cho­dząc ni­czym Darcy w zły dzień. - Zo­ba­czymy się póź­niej, Jack. Po­wo­dze­nia przy wo­lon­ta­ria­cie, Pa­ige.

- Pa - za­wo­ła­łam za nim. - Dzięki.

Na twa­rzy Jacka ma­lo­wała się nie­mal roz­pacz, gdy pa­trzył na brata, a ja chcia­łam się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej o tych dwóch.

- Pa­ige, nie przy­je­cha­łaś tu cza­sem, żeby się ze mną zo­ba­czyć? - za­wo­łała sto­jąca po dru­giej strony ulicy Ka­th­leen, po­zba­wia­jąc mnie oka­zji do py­tań.

- Tak jest - od­krzyk­nę­łam.

- Spo­tkajmy się w bi­blio­tece - po­wie­działa, wska­zu­jąc w kie­runku bu­dynku. - Jest jesz­cze za­mknięta, ale po pro­stu za­pu­kaj, a cię wpusz­czę.

- Le­piej już pójdę - zwró­ci­łam się do Jacka. - Dzięki, że mnie pil­nu­jesz.

- Nie ma pro­blemu. - Uśmiech­nął się, ale wi­dzia­łam, że wciąż my­śli o Bro­diem. - Wkrótce się zo­ba­czymy.

Na­stęp­nego dnia nie mia­łam wiele do ro­boty w roli ku­rierki, ale szybko od­kry­łam, jak ważna to była usługa. Przy nie­któ­rych dłu­gich i pro­stych dro­gach prze­ci­na­ją­cych Fen­land stały tylko trzy lub cztery domy w bar­dzo du­żych od­le­gło­ściach od sie­bie. Nie kur­so­wał tam ża­den au­to­bus, więc je­śli ktoś miesz­kał sam albo nie miał sa­mo­chodu czy in­nego środka trans­portu, nie było szans na spo­tka­nie z drugą osobą.

- Och, twój wi­dok ra­duje moje serce - ode­zwała się po uchy­le­niu drzwi pierw­sza star­sza ko­bieta, którą od­wie­dzi­łam. Mia­łam za­miar po pro­stu po­dać jej torbę z le­kami i za­mie­nić kilka słów na progu. - I masz ide­alne wy­czu­cie czasu. Woda wła­śnie się za­go­to­wała. Wiem, że Anna woli her­batę, ale mam też kawę.

- Her­bata mi jak naj­bar­dziej od­po­wiada - po­wie­dzia­łam, wcho­dząc do środka.

- Mam też cia­steczka. - Uśmiech­nęła się. - I cia­sto.

Oprócz mi­łej pro­po­zy­cji Joan przy­ję­łam też za­pro­sze­nia wszyst­kich in­nych i wró­ci­łam do dworku z prze­peł­nio­nym pę­che­rzem. W gar­dle też mnie tro­chę dra­pało. Dawno tyle nie mó­wi­łam. Do­star­cze­nie wszyst­kiego za­jęło mi znacz­nie wię­cej czasu, niż przy­pusz­cza­łam, ale mia­łam sa­tys­fak­cję z do­brze wy­ko­na­nej pracy. Gdy wró­ci­łam z to­a­lety, do któ­rej rzu­ci­łam się bie­giem, jako pierw­szy ode­zwał się Ar­chie:

- No więc? Jak ci po­szło?

Spoj­rza­łam na no­tat­nik z ry­sun­kiem sto­ją­cych równo w rzę­dzie ptasz­ków, który po­ło­ży­łam na stole i który skru­pu­lat­nie wer­to­wa­łam po każ­dym po­stoju. Za­dzwo­ni­łam też do Ka­th­leen, żeby po­twier­dzić kilka rze­czy. Nie wy­da­wało się, że dzia­ła­łam jej na nerwy. Mia­łam na­dzieję, że fak­tycz­nie jej nie iry­tuję. Chcia­łam tylko mieć pew­ność, że wszystko ro­bię do­brze.

- W po­rządku - od­par­łam, po­ka­zu­jąc mu od­ha­czoną chec­kli­stę i cie­sząc się uczu­ciem speł­nie­nia, które wy­wo­łała. - Mi­sja wy­ko­nana. Owoce, wa­rzywa, leki i puszki z zupą, wszystko do­star­czone i bez­piecz­nie scho­wane.

- Mu­sisz być z sie­bie za­do­wo­lona - po­wie­działa Molly zna­cząco.

- Po­wiedzmy po pro­stu - od­par­łam, czo­chra­jąc Brana, nieco roz­ża­lo­nego, że nie mo­głam go za­brać ze sobą - że będę spać spo­koj­niej pewna, że Harry Hod­ges może zjeść na ko­la­cję pie­czo­nego ziem­niaka, na któ­rego miał ochotę przez cały dzień.

Ar­chie się ro­ze­śmiał, oby nie­świa­domy, że słowa Molly od­no­siły się do ró­żo­wego krysz­tału, który no­si­łam w kie­szeni.

- I tak się za­czyna. - Uśmiech­nęła się, sprzą­ta­jąc ze stołu.

- A ju­tro rano - ode­zwa­łam się do Ar­chiego, chcąc zmie­nić te­mat - mo­żemy się za­jąć wszyst­kim tu­taj. Dziś wie­czo­rem na­to­miast - zwró­ci­łam się do An­gusa, który wła­śnie wszedł - omó­wić sprawy zwią­zane z Zi­mową Kra­iną Cza­rów. Wiem, że zo­stało jesz­cze kilka ty­go­dni, ale do­brze być przy­go­to­wa­nym, prawda?

- Od dzi­siaj mamy pięć ty­go­dni na zor­ga­ni­zo­wa­nie wszyst­kiego - oświad­czył An­gus pod­eks­cy­to­wany. - I nie ma po­trzeby się tym mar­twić, Pa­ige, ale je­śli cię to uspo­koi, omó­wimy szcze­góły. Ni­gdy nie uczest­ni­czy­łaś w tym wy­da­rze­niu, do­brze za­tem bę­dzie cię wpro­wa­dzić.

Brzmiał szcze­rze, ale sły­sza­łam już dość dużo o szko­dach i cha­osie, które mój oj­ciec chrzestny po­tra­fił wy­wo­łać przez Bo­żym Na­ro­dze­niem, wo­la­łam więc mieć pew­ność, że wszystko jest na do­brej dro­dze i że nie cze­kają mnie żadne nie­spo­dzianki.

Wie­dzia­łam, że raz mu­siała go ra­to­wać straż po­żarna, gdy pró­bo­wał ozdo­bić dwo­rek lamp­kami i utknął ze wstrzą­śnie­niem mó­zgu kilka me­trów nad zie­mią w ze­psu­tym pod­no­śniku ko­szo­wym, i z pew­no­ścią nie chcia­łam, żeby taka ka­ta­strofa się po­wtó­rzyła na mo­jej zmia­nie.

- I nie wolno ci uży­wać pa­sty do me­bli - oświad­czył Ar­chie, od­no­sząc się po raz ko­lejny do dłu­giej li­sty wy­tycz­nych, którą zo­sta­wiła mu Hay­ley, a którą trzy­ma­łam te­raz w ręku.

Wzię­łam głę­boki od­dech za­miast ziew­nąć. An­gus, Mick i ja sie­dzie­li­śmy do późna, opra­co­wu­jąc plan or­ga­ni­za­cji Zi­mo­wej Kra­iny Cza­rów, i w re­zul­ta­cie czu­łam się zmę­czona, ale ro­bi­łam, co mo­głam, by za­pa­mię­tać, jak utrzy­mać dwo­rek w naj­lep­szym sta­nie.

- Albo to - do­dał. - Czy ona to za­pi­sała? Je­stem pe­wien, że za­bro­niła po­le­ro­wać krze­sła pa­stą do me­bli.

- Tak - po­twier­dzi­łam, zer­ka­jąc na li­stę, która była jesz­cze dłuż­sza niż ta od Ka­th­leen. - Spójrz. Żad­nej pa­sty.

Za­do­wo­lony z sie­bie Ar­chie prze­szedł do ko­lej­nego punktu.

- Te­raz to - po­wie­dział, trzy­ma­jąc w gó­rze mały le­jek ze skar­petką raj­sto­pową na końcu, który oka­zał się na­sadką do od­ku­rza­cza. - Można tego uży­wać do ta­pi­cerki w sa­lo­nie, ale tylko na naj­niż­szych ob­ro­tach.

- Zro­zu­mia­łam. - Ski­nę­łam głową. - I ona to za­pi­sała i pod­kre­śliła, więc ra­czej nie za­po­mnę.

Ar­chie spoj­rzał na mnie i uniósł brwi.

- Nie na­śmie­wam się - za­pew­ni­łam. - Jest sporo do zro­bie­nia, prawda?

- Tak - wes­tchnął - jest tego sporo i to jest na­prawdę okro­jona wer­sja.

- Jak Hay­ley znaj­duje czas na sztukę, ro­biąc to wszystko? - za­py­ta­łam. - To jest coś wię­cej niż praca na pe­łen etat.

- Nie wiem. - Ar­chie wzru­szył ra­mio­nami. - Je­steś pewna, że chcesz się tego pod­jąć? Molly po­może, kiedy bę­dzie mo­gła, po­mię­dzy od­czy­tami i se­sjami re­iki, ale to i tak dużo dla jed­nej osoby.

- Je­stem. Co da­lej?

- Nie bę­dziesz mu­siał uży­wać żad­nego z tych spe­cja­li­stycz­nych środ­ków czysz­czą­cych - po­wie­dział, kiedy prze­glą­da­li­śmy za­war­tość jed­nej z sza­fek. - Hay­ley chce, że­by­śmy sku­pili się na głów­nych po­miesz­cze­niach, a resztę zrobi sama, kiedy wróci.

Oby nie miała nic prze­ciwko temu, że prze­ję­łam obo­wiązki od Ar­chiego.

- A Mick zaj­mie się ko­min­kami - do­da­łam, zmu­sza­jąc się, żeby się tym nie przej­mo­wać.

- Tak - po­twier­dził Ar­chie. - Za­wsze się nimi zaj­muje.

- Ja­sne - przy­tak­nę­łam, na­dy­ma­jąc po­liczki, gdy prze­glą­da­łam li­stę, aby się upew­nić, że o ni­czym nie za­po­mnie­li­śmy. - My­ślę, że to wszystko, i nie martw się, nie za­wiodę cię.

- Och - za­śmiał się - wiem o tym.

- Zero pre­sji - po­wie­dzia­łam, zresztą nie po raz pierw­szy, od­kąd tu przy­je­cha­łam.

- Żad­nej. - Uśmiech­nął się pro­mien­nie. - Do­bra, chodźmy i zo­baczmy, czy nie trzeba uspo­koić Do­ro­thy. To bar­dzo ważna za­da­nie Hay­ley tu­taj, wiesz?

I za cho­lerę bym się go nie pod­jęła.

Roz­dział 8

Po do­kład­nym in­struk­tażu Ar­chiego na te­mat tego, jak naj­le­piej sprzą­tać dwo­rek, żeby się wy­ro­bić, za­częło do mnie do­cie­rać, ile do­kład­nie pracy zgo­dzi­łam się na sie­bie wziąć. W ze­sta­wie­niu z obo­wiąz­kami Anny wy­cho­dziło mi, że nie będę mieć w ogóle czasu wol­nego przed świę­tami, a za­tem le­piej prze­stać my­śleć o ta­jem­ni­czym i peł­nym sprzecz­no­ści Bro­diem, który na do­bre za­do­mo­wił się w mo­jej gło­wie i bar­dzo mnie roz­pra­szał.

Spo­ty­ka­łam go tylko prze­lot­nie, więc po­win­nam go z ła­two­ścią igno­ro­wać, ale jego po­nury spo­sób by­cia i nie­spo­dzie­wa­nie uwo­dzi­ciel­ski uśmiech w po­łą­cze­niu z od­kry­ciem, że mamy ze sobą coś wspól­nego, zmie­niły za­sady gry. W moim umy­śle zro­dziła się fan­ta­zja o umo­ru­sa­nym od farby ma­la­rzu w za­cisz­nej pra­cowni i nie mo­głam się jej po­zbyć. Mu­sia­łam przy­znać, że była to miła od­miana od za­mar­twia­nia się praw­dzi­wym po­wo­dem mo­jego przy­jazdu do dworku, ale mimo wszystko...

Czwart­kowa runda do­staw po­mo­gła mi za­po­mnieć o Bro­diem, po­nie­waż mia­łam dużo wię­cej do zro­bie­nia. Prak­tycz­nie każdy z li­sty Ka­th­leen o coś pro­sił, a dom Gla­dys Bur­dock opu­ści­łam do­piero po zmroku, co na­pa­wało mnie nie­po­ko­jem, po­nie­waż wciąż nie wie­dzia­łam, jak się po­ru­szać, i nie czu­łam się szcze­gól­nie kom­for­towo, jeż­dżąc po ciemku. Jesz­cze kilka mie­sięcy temu w ogóle by mnie to nie obe­szło, ale te­raz by­łam bez­bronna i ża­ło­wa­łam, że Bran mi nie to­wa­rzy­szy.

- Prze­pra­szam, że cię tu za­trzy­ma­łam - po­wie­działa Gla­dys na po­że­gna­nie, gdy roz­ma­wia­ły­śmy o tym, jak szybko się ściem­niło.

- Na­prawdę nic się nie stało - za­pew­ni­łam ją, nie chcąc, żeby wy­czuła moje zde­ner­wo­wa­nie i miała wy­rzuty su­mie­nia. - W końcu wszystko za­ła­twi­ły­śmy, prawda?

- Prawda. - Uśmiech­nęła się. - I dzięki temu będę spo­koj­niej­sza.

- To warte mo­jego spóź­nie­nia - od­par­łam z uśmie­chem.

Gla­dys nie wie­działa, jak przez te­le­fon umó­wić się na długo ocze­ki­waną wi­zytę w szpi­talu, ale w końcu udało nam się to ogar­nąć, a gdy zo­ba­czy­łam ulgę ma­lu­jącą się na jej twa­rzy, upew­ni­łam się tylko, że warto było zo­stać dłu­żej.

Oczy­wi­ście mo­gła­bym to za­ła­twić o wiele szyb­ciej, gdy­bym nie ana­li­zo­wała in­struk­cji w śli­ma­czym tem­pie, spraw­dza­jąc każdy etap dwu­krot­nie, ale to wszystko moja wina. Mimo to osta­tecz­nie uzy­ska­ły­śmy po­żą­dany re­zul­tat i po­czu­łam we­wnętrzną sa­tys­fak­cję, że mo­głam po­móc ko­muś roz­wią­zać jego pro­blem.

Do­kład­nie w tym mo­men­cie ka­wa­łek ró­żo­wego kwarcu od Molly otarł się o klu­czyki do sa­mo­chodu w mo­jej kie­szeni i ulżyło mi, że przy­ja­ciółka nie wi­dzi na wła­sne oczy mo­jego po­czu­cia speł­nie­nia. Od razu zwró­ci­łaby na to moją uwagę, a po­tem wpa­dła w sa­mo­za­chwyt.

- Te­raz - zwró­ci­łam się Gla­dys, od­su­wa­jąc od sie­bie my­śli o spryt­nej Molly - wra­caj do cie­płego domu i zo­ba­czymy się w przy­szłym ty­go­dniu.

Zro­biło się zimno i wie­dzia­łam, że noc też pew­nie bę­dzie mroźna. Drża­łam, cze­ka­jąc, aż sa­mo­chód się na­grzeje, a na­stęp­nie zre­se­to­wa­łam na­wi­ga­cję, by po­pro­wa­dziła mnie do mo­jego ostat­niego miej­sca po­stoju. Kiedy na­ka­zała mi za­wró­cić z apo­dyk­tycz­nym au­stra­lij­skim ak­cen­tem, któ­rego nie po­tra­fi­łam zmie­nić, ostroż­nie wy­ko­na­łam po­le­ce­nie, uwa­ża­jąc na głę­bo­kie rowy bie­gnące po obu stro­nach po­bo­cza, i ru­szy­łam.

- Cho­lera! - za­klę­łam, gdy urzą­dze­nie od­kle­iło się od przed­niej szyby, o włos mi­ja­jąc mój but, i na­tych­miast wci­snę­łam pe­dał ha­mulca.

Za­klę­łam po­now­nie, gdy pod­nio­słam na­wi­ga­cję, która nie chciała się włą­czyć, na­wet gdy nią po­trzą­snę­łam. Od­pu­ści­łam so­bie i się­gnę­łam po te­le­fon z za­mia­rem uru­cho­mie­nia Go­ogle Maps albo za­dzwo­nie­nia do dworku, ale nie mia­łam w ogóle za­sięgu, a co gor­sza, ba­te­ria pra­wie się roz­ła­do­wała.

- Do cho­lery - wy­mam­ro­ta­łam sfru­stro­wana, ale nie go­dzi­łam się ani na po­rażkę, ani na to, by nerwy wzięły górę. - Cóż, w baku jest pa­liwo - stwier­dzi­łam, spraw­dza­jąc wskaź­nik - więc po pro­stu ru­szę przed sie­bie i zo­ba­czę, do­kąd do­jadę. Nie że­bym za dużo wi­działa...

W końcu re­flek­tory oświe­tliły od­da­lony od drogi dom w po­ło­wie po­kryty blusz­czem, który zle­wał się z kra­jo­bra­zem i po­bli­skimi drze­wami, więc pra­wie go prze­ga­pi­łam, ale kiedy za­trzy­ma­łam się z więk­szym en­tu­zja­zmem niż wdzię­kiem, do­strze­głam słabe świa­tło w oknie na dole. Z ko­mina nie wy­do­by­wał się ża­den dym, ale ktoś mu­siał być w środku.

- W końcu cy­wi­li­za­cja - wes­tchnę­łam z ulgą, przy­go­to­wu­jąc się na nie­prze­nik­nioną ciem­ność. - Cóż, pra­wie - do­da­łam, gdy otwo­rzy­łam chy­bo­tliwą drew­nianą furtkę i po­tknę­łam się na za­ro­śnię­tej ścieżce pro­wa­dzą­cej do drzwi.

Nie wi­dzia­łam dzwonka i nie chcia­łam uży­wać la­tarki w te­le­fo­nie, bo ba­łam się cał­ko­wi­cie wy­czer­pać ba­te­rię, więc za­pu­ka­łam.

- No da­lej - po­wie­dzia­łam, tu­piąc no­gami i po­cie­ra­jąc ra­miona, kiedy nikt nie od­po­wia­dał, a prze­ni­kliwy chłód za­czął mnie ką­sać.

Za­pu­ka­łam po­now­nie gło­śniej i cof­nę­łam się o krok. Za­słony w oknie, w któ­rym pa­liło się świa­tło, lekko się po­ru­szyły, ale na­dal było ci­cho, a drzwi po­zo­stały za­mknięte. Wie­dzia­łam, że ktoś tam jest, naj­wy­raź­niej jed­nak nie był w na­stroju, żeby mnie wpu­ścić.

Wtedy w mo­jej gło­wie po­ja­wił się ob­raz Gla­dys. A co, je­śli w domku mieszka ktoś taki jak ona? Moje stu­ka­nie praw­do­po­dob­nie wy­stra­szyło tego ko­goś na śmierć. Za­wa­ha­łam się przez se­kundę, zer­k­nę­łam ostatni raz na okno i wró­ci­łam do sa­mo­chodu. W naj­gor­szym wy­padku będę mu­siała tu po­cze­kać do wschodu słońca.

Na szczę­ście do tego nie do­szło, po­nie­waż chwilę póź­niej do­strze­głam be­to­nowy pod­jazd, na któ­rym za­trzy­ma­łam się kilka dni wcze­śniej (po­wró­ciły my­śli o Bro­diem), i udało mi się stam­tąd wró­cić do dworku. Gdy do­tar­łam i wy­ja­śni­łam, co się stało, Ca­the­rine uprzej­mie do­trzy­mała mi to­wa­rzy­stwa, gdy wy­ko­ny­wa­łam ostatni te­le­fon tego dnia, a Mick za­jął się na­prawą ze­psu­tej na­wi­ga­cji.

Do ko­la­cji wszystko było za­ła­twione, ale gdy le­ża­łam w łóżku tej nocy, nie mo­głam prze­stać my­śleć o zruj­no­wa­nym domku i o wy­glą­da­ją­cej zza za­słony oso­bie w środku. Mia­łam na­dzieję, że jej nie wy­stra­szy­łam, a gdy już za­sy­pia­łam, za­sta­na­wia­łam się jesz­cze, czy po­win­nam spró­bo­wać zna­leźć drogę po­wrotną za dnia i prze­pro­sić. Przy­naj­mniej nie my­śla­łam o od­gło­sie strza­łów z ka­ra­binu ani o po­nęt­nym ma­la­rzu.

Pra­wie cały pią­tek, kiedy An­gus z wielką przy­jem­no­ścią przy­po­mi­nał wszyst­kim, że do świąt po­zo­stał do­kład­nie mie­siąc, sprzą­ta­łam dwo­rek zgod­nie z in­struk­cją Ar­chiego i ry­go­ry­stycz­nymi wy­mo­gami Hay­ley, ale week­end na­le­żał do mnie i mo­głam z nim ro­bić, co mi się po­do­bało.

W so­botni po­ra­nek ze­szłam na śnia­da­nie tro­chę wcze­śniej niż zwy­kle, żeby po­tem po­je­chać do zruj­no­wa­nego domku i prze­pro­sić za naj­ście. Nie udało mi się jed­nak wejść do kuchni, po­nie­waż An­gus z kimś roz­ma­wiał. Przy­brał przy tym ja­kiś ta­jem­ni­czy ton, do­szłam więc do wnio­sku, że pew­nie nie chce to­wa­rzy­stwa.

- Mam do cie­bie pełne za­ufa­nie - usły­sza­łam, gdy z po­czu­ciem winy krę­ci­łam się przed kuch­nią. - Wiem, że mo­żesz to zro­bić, po­nie­waż wi­dzia­łem już, co po­tra­fisz, pa­mię­tasz?

Mia­łam za­miar za­cho­wać się ho­no­rowo i so­bie pójść, ale roz­po­zna­łam głos roz­mówcy An­gusa, a serce za­częło mi wa­lić. Bro­die nie krę­cił się już po mo­jej gło­wie, był te­raz w kuchni Wyn­thorpe Hall.

- Wiem, że ma pan do­bre in­ten­cje, pa­nie Con­nelly... - po­wie­dział sfru­stro­wany.

- An­gus, pro­szę - na­le­gał mój oj­ciec chrzestny.

- Wiem, że masz do­bre in­ten­cje, An­gu­sie - po­wtó­rzył Bro­die, jed­nak do­koń­czył już po swo­jemu: - ale twoja wiara we mnie spra­wia, że czuję się...

- Za­chę­cony - prze­rwał mu An­gus z na­dzieją.

Bro­die ra­czej nie to miał na my­śli.

- I spo­kojny, bo wiesz, że ja wiem, że znów może ci się udać - do­dał An­gus z za­pa­łem. - Mu­sisz po pro­stu się tym za­jąć. Prze­stań się wa­hać i bierz się do ro­boty. Chcę znowu w cie­bie uwie­rzyć, więc na­prawdę nie ma czasu do stra­ce­nia, bo święta za pa­sem.

Na­sta­wi­łam uszu jesz­cze uważ­niej.

- Ale to już za nie­cały mie­siąc - po­wie­dział Bro­die zi­ry­to­wany. - A ta­kie rze­czy wy­ma­gają czasu.

- Być może - mó­wił wła­śnie An­gus, gdy na scho­dach za mo­imi ple­cami roz­le­gły się kroki - ale od­pusz­cza­jąc, bar­dzo mnie roz­cza­ru­jesz, a ja na­prawdę chcę, żeby to były naj­lep­sze święta w dworku.

Bro­die wes­tchnął na tyle gło­śno, że dało się go usły­szeć z od­le­gło­ści kilku me­trów. Cią­gle się za­sta­na­wia­łam, czego An­gus tak roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wał. Boże Na­ro­dze­nie za­wsze było naj­wspa­nial­szym wy­da­rze­niem w dworku, a te­raz, gdy do­cho­dziła do tego Zi­mowa Kra­ina Cza­rów, miało być jesz­cze le­piej. Tak mi przy­naj­mniej po­wie­dziano. Co na Boga Bro­die mógłby do­star­czyć mo­jemu ojcu chrzest­nemu, żeby uświet­nić jesz­cze bar­dziej to wy­da­rze­nie?

- I to po­zo­staje mię­dzy nami - do­dał An­gus, przez co zro­bi­łam się bar­dziej po­dejrz­liwa niż za­in­try­go­wana.

Gdy się od­wró­ci­łam, zo­ba­czy­łam Micka i za­kry­łam usta dło­nią, by stłu­mić jęk, który wy­do­był się z mo­ich ust. Wska­za­łam z po­wro­tem na ko­ry­tarz i ukrad­kiem wy­co­fa­li­śmy się do pra­cowni Hay­ley.

- Co się dzieje? - wy­szep­tał Mick, gdy ci­cho za­mknę­łam drzwi i wy­pu­ści­łam po­wie­trze.

- An­gus coś knuje - od­szep­nę­łam.

Mick spoj­rzał na mnie.

- Tak, wiem - po­wie­dzia­łam, krę­cąc głową. - Wiem, że on za­wsze coś knuje, ale to brzmi po­waż­nie. Roz­ma­wia o czymś z Bro­diem i od­nio­słam wra­że­nie, że nie chce, by ktoś to usły­szał.

- Kim jest Bro­die? - Mick zmarsz­czył brwi.

- Bra­tem wła­ści­ciela Bram­bles.

- O, on - od­parł Mick. - Ten Bro­die to chyba zje­chał tu nie­dawno, prawda? Nie wie­dzia­łem, że An­gus go w ogóle zna.

- Och, na li­tość bo­ską - prych­nę­łam po­iry­to­wana. - Miesz­kasz tu, Mick, więc po­my­śla­łam, że mo­żesz mi coś o nim po­wie­dzieć.

Męż­czy­zna prze­su­nął dło­nią po karku.

- Nic o nim nie wiem. - Wzru­szył ra­mio­nami.

- A co z jego pracą? - za­py­ta­łam. Spo­sób, w jaki An­gus się wy­po­wia­dał, spra­wił, że za­czę­łam wąt­pić w swoją fan­ta­zję, i po­my­śla­łam, że może Bro­die jed­nak nie jest żad­nym ar­ty­stą. - Czym on się wła­ści­wie zaj­muje?

- Nie mam po­ję­cia. - Mick zmarsz­czył brwi, od­rzu­ca­jąc głowę do tyłu i po­cie­ra­jąc dło­nią szczękę.

Już mia­łam mu prze­ka­zać wszystko, co usły­sza­łam, gdy drzwi otwo­rzyły się z hu­kiem, a ja wrza­snę­łam za­sko­czona.

- Co tu ro­bi­cie? - Ar­chie się za­śmiał.

Wy­raź­nie roz­ba­wiła go moja re­ak­cja. Naj­pew­niej za­po­mniał, że nie je­stem do końca sobą, a w re­zul­ta­cie tro­chę ner­wowa. Chyba po­winno mnie to cie­szyć.

- Nic - od­par­łam, za­nim Mick zdą­żył otwo­rzyć usta.

Ar­chie zmru­żył oczy, ale nie drą­żył te­matu, a ja mil­cza­łam. Na­dal mógł się ze mną dro­czyć, nie chcia­łam jed­nak, żeby mar­twił się nie­po­trzeb­nie ko­lej­nymi po­ten­cjal­nymi in­try­gami swo­jego ojca.

- Je­dziemy te­raz z Molly do mia­steczka - po­wie­dział. - Mamy coś dla was ode­brać?

Zja­dłam śnia­da­nie w sa­mot­no­ści, a w gło­wie hu­czało mi od tego, co pod­słu­cha­łam. W końcu jed­nak wy­je­cha­łam i udało mi się zna­leźć do­mek, ale bar­dziej przez przy­pa­dek niż roz­myśl­nie. Wpi­sa­łam do na­pra­wio­nej na­wi­ga­cji kod pocz­towy miej­sca, do któ­rego je­cha­łam w czwar­tek, a gdy do­tar­łam mniej wię­cej do punktu, gdzie urzą­dze­nie od­kle­iło się od przed­niej szyby, klu­czy­łam po oko­licy, aż do­brnę­łam do celu. Bu­dy­nek ła­twiej było do­strzec za dnia, a po­nie­waż je­cha­łam land ro­ve­rem, sie­dzia­łam wy­żej i le­piej wi­dzia­łam.

Mały, wol­no­sto­jący do­mek wy­glą­dał jesz­cze go­rzej w zim­nym świe­tle dnia, a gdy­bym wtedy nie zo­ba­czyła włą­czo­nego świa­tła i po­ru­szo­nej za­słony, uzna­ła­bym, że jest opusz­czony. Może nie miał się za chwilę za­wa­lić, ale ogród był gro­te­skowo za­ro­śnięty, okna brudne, a wo­kół roz­ta­czała się aura za­nie­dba­nia. Gdy za­ry­zy­ko­wa­łam i ru­szy­łam ścieżką, za­czął pa­dać deszcz, przez co wszystko spra­wiało jesz­cze gor­sze wra­że­nie.

Za­pu­ka­łam trzy razy, za każ­dym ra­zem co­raz gło­śniej, aż w końcu drzwi lekko się uchy­liły.

- Czego chcesz? - roz­legł się szorstki głos lo­ka­tora. Brzmiał jak głos star­szego pana, ale ta osoba wo­lała nie po­ka­zy­wać swo­jej twa­rzy, więc ja po­sta­no­wi­łam ni­czego nie za­kła­dać. - Ni­czego nie ku­pię - krzyk­nął, gdy nie od­po­wie­dzia­łam na­tych­miast. - Czego chcesz? - Po­mimo wro­giego na­sta­wia­nie wy­czu­łam nutę stra­chu w to­nie i za­sta­na­wia­łam się, czy do­brze zro­bi­łam, wra­ca­jąc tu.

- Ni­czego nie chcę - od­par­łam, co­fa­jąc się o krok, i w re­zul­ta­cie jesz­cze bar­dziej mo­kłam na desz­czu. - I ni­czego też nie sprze­daję. Przy­je­cha­łam tylko prze­pro­sić.

Za­czy­nało pa­dać co­raz moc­niej i ża­ło­wa­łam, że zo­sta­wi­łam płaszcz w sa­mo­cho­dzie.

- Za co?

- W czwar­tek wie­czo­rem za­pu­ka­łam do tych drzwi - za­drża­łam - żeby za­py­tać o drogę, i po­szłam so­bie, po­nie­waż nikt nie otwo­rzył. Kiedy do­tar­łam w końcu domu, mar­twi­łam się, że mo­głam ko­goś wy­stra­szyć, więc wró­ci­łam prze­pro­sić.

- To by­łaś ty? - wark­nął głos.

- Tak - po­twier­dzi­łam, szczę­ka­jąc zę­bami.

Drzwi otwo­rzyły się tro­chę sze­rzej i po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam osobę miesz­ka­jącą w domku. Był to męż­czy­zna, naj­praw­do­po­dob­niej po osiem­dzie­siątce. Miał siwe włosy, które już mu od­ro­sły po ostat­nim cię­ciu, długi za­rost i weł­niany płaszcz na so­bie. Wy­da­wało się, że w domu jest jesz­cze chłod­niej niż na ze­wnątrz.

- Dzięki za in­for­ma­cję - prych­nął, ska­nu­jąc mnie od góry do dołu. - Za­sta­na­wia­łem się, kto to był.

Osią­gnę­łam swój cel, w tym mo­men­cie po­win­nam za­tem uciec przed desz­czem, wra­ca­jąc do land ro­vera, ale moja in­tu­icja ka­zała mi stać w tym miej­scu, gdzie mo­kłam. Dawno z niej nie ko­rzy­sta­łam, a je­śli zwa­żyć na po­godę, mo­głam wy­brać lep­szy mo­ment.

- Ra­czej nie mogę pana te­raz pro­sić o wska­zówki, prawda?

- Nie chcesz chyba po­wie­dzieć, że przez cały ten czas nie zna­la­złaś drogi? - za­py­tał po­dejrz­li­wie męż­czy­zna, uno­sząc krza­cza­ste brwi, i przy­mknął tro­chę drzwi.

- Nie­zu­peł­nie - od­par­łam, gdy moje prze­mo­czone włosy za­częły przy­kle­jać mi się do czoła. - Nie do­tar­łam tam, gdzie mia­łam się udać, a mu­szę tam wró­cić w przy­szłym ty­go­dniu.

Na­gle po­czu­łam, że mu­szę prze­kro­czyć próg. Ten męż­czy­zna był wy­raź­nie chory i cho­ciaż po­wie­dzia­łam Ka­th­leen i Ar­chiemu, że nie chcę brać na sie­bie żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści, i nie mia­łam wol­nego miej­sca w swoim gra­fiku, żeby zro­bić dla ko­goś coś jesz­cze, po­czu­łam prze­możną po­trzebę spraw­dze­nia, czy z tym czło­wie­kiem wszystko w po­rządku.

- Chyba le­piej bę­dzie, jak wej­dziesz - wy­mam­ro­tał w końcu. - Ale mam tylko pięć mi­nut. Po­tem mu­szę się za­jąć czymś waż­nym.

- Dzię­kuję - od­par­łam, trzę­sąc się z zimna.

We­szłam do domku i za­mknę­łam za sobą skrzy­piące drzwi, ale to tylko utrzy­mało zimno w środku i nie wpu­ściło nie­znacz­nie cie­plej­szego po­wie­trza z ze­wnątrz. Drzwi pro­wa­dziły pro­sto do sa­lonu, który był ab­so­lut­nie lo­do­waty. Wi­dzia­łam, że w domu jest ko­mi­nek, a na ścia­nach znaj­dują się grzej­niki, ale lo­ka­tor nie ko­rzy­stał z żad­nego ze źró­deł cie­pła i to naj­wy­raź­niej od dłuż­szego czasu.

- Zo­stań tam, gdzie je­steś - po­le­cił, wska­zu­jąc na wy­cie­raczkę. - I po­sta­raj się nie ka­pać.

Ski­nę­łam głową i skrzy­żo­wa­łam ra­miona na piersi.

- Na­wia­sem mó­wiąc, je­stem Pa­ige - przed­sta­wi­łam się.

- Al­bert - od­po­wie­dział męż­czy­zna, owi­ja­jąc się szczel­niej płasz­czem, jak war­stwą ochronną. - Al­bert Price.

- Miło cię po­znać, Al­ber­cie. - Uśmiech­nę­łam się sze­roko, ale on nie od­wza­jem­nił ge­stu.

- Więc gdzie pró­bo­wa­łaś się do­stać? - Zmarsz­czył brwi.

Wy­re­cy­to­wa­łam ad­res, a on prze­ka­zał mi zwię­złe wska­zówki, któ­rych i tak bym nie spa­mię­tała, bo my­śla­łam tylko o tym, jak bar­dzo mi zimno. Gdy męż­czy­zna mó­wił, ja szybko prze­ska­no­wa­łam po­miesz­cze­nie. Za­uwa­ży­łam stosy nie­umy­tych na­czyń, po­roz­rzu­ca­nych ubrań i sta­rych ga­zet. Gdyby nie ten ba­ła­gan i gdyby roz­pa­lono tu ogień lub włą­czono ogrze­wa­nie, byłby to z pew­no­ścią wy­godny i przy­tulny po­kój.

- Więc po co tam je­dziesz? - za­py­tał, gdy wy­ja­śnił mi, jak do­trzeć do miej­sca, któ­rego uży­łam jako pre­tek­stu, aby do­stać się do jego ja­skini lo­do­wej. - Czego stary Fran­klin Duc­kett, bo to on tam mieszka, mógłby od cie­bie chcieć?

Opo­wie­dzia­łam o do­sta­wie i rze­czach, które pod­rzu­ca­łam. Je­śli ktoś po­wi­nien zna­leźć się na li­ście Ka­th­leen, to był to Al­bert Price.

- Będę czę­sto prze­jeż­dżała obok two­jego domu przed Bo­żym Na­ro­dze­niem, daj, pro­szę, znać, je­śli cze­goś po­trze­bu­jesz z mia­steczka lub żeby gdzieś cię pod­rzu­cić.

- Boże Na­ro­dze­nie - ode­zwał się lek­ce­wa­żąco Al­bert, igno­ru­jąc moją ofertę.

Wy­da­wało mi się, że za­raz po­wie: "bzdury", ale tak się nie stało.

- Mogę re­ali­zo­wać re­cepty i od­bie­rać wszel­kiego ro­dzaju ar­ty­kuły spo­żyw­cze - po­wtó­rzy­łam, ale on nie­cier­pli­wie mach­nął ręką, ba­ga­te­li­zu­jąc moje słowa.

- To nie dla mnie - po­wie­dział chłodno. - Dość do­brze so­bie ra­dzę sam.

Ra­dze­nie so­bie było ostat­nią rze­czą, jaką ro­bił.

- A kto to jest? - za­py­ta­łam, de­cy­du­jąc się nie na­ci­skać, i ski­nę­łam głową w stronę ma­łego, hardo wy­glą­da­ją­cego kota, który zwi­nął się w ma­leńką kulkę na jed­nym z fo­teli.

Al­bert zmru­żył oczy.

- To Bella - od­parł chra­pli­wie. - Na­le­żała do mo­jej sio­stry.

Ze zmiany tonu do­my­śli­łam się, że jego sio­stra albo wy­je­chała, albo umarła. Wo­la­łam nie py­tać.

- Czy mam ci za­pi­sać swój nu­mer te­le­fonu? - za­su­ge­ro­wa­łam za­chę­ca­jąco. - Na wy­pa­dek gdy­byś jed­nak po­trze­bo­wał cze­goś z mia­sta, albo na­wet pod­wózki. Chęt­nie zo­stanę szo­ferką.

- Nie ma po­trzeby - od­parł, to­cząc się z tru­dem w stronę biurka w ką­cie po­koju i szu­ka­jąc ja­kiejś kartki. - Ale zrób to, je­śli dzięki temu szyb­ciej stąd wyj­dziesz.

Wy­raź­nie nad­uży­łam go­ścin­no­ści, ale po­sta­no­wi­łam zo­sta­wić swój nu­mer.

- Nie mogę zna­leźć dłu­go­pisu - po­wie­dział podi­ry­to­wany. - By­łem pe­wien, że gdzieś tu jest.

Za­sta­na­wia­łam się, dla­czego po­ru­sza się po po­koju po omacku, a gdy się oka­zało, że nie do­strzegł dłu­go­pisu le­żą­cego tuż przed nim, utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że mimo oku­la­rów nie wi­dzi zbyt do­brze.

- Nie ma pro­blemu - ode­zwa­łam się, żeby oszczę­dzić mu wstydu. - Za­pi­szę go i wrzucę do skrzynki pocz­to­wej na­stęp­nym ra­zem, kiedy będę tędy prze­jeż­dżać.

- Na­prawdę nie ma po­trzeby - prych­nął.

- Cóż, w ta­kim ra­zie nie będę ci dłu­żej prze­szka­dzać. Roz­pa­lić ogień w ko­minku, za­nim so­bie pójdę?

- Oczy­wi­ście, że nie - wark­nął. - Mogę sam roz­pa­lić ogień i mogę też za­jąć się swo­imi za­ku­pami. Nie po­trze­buję, żeby ja­kiś do­bro­tliwa baba przy­cho­dziła tu i wty­kała nos w nie swoje sprawy.

Ewi­dent­nie mnie przej­rzał.

- Czy ktoś cię przy­słał? - za­py­tał bar­dziej roz­trzę­sio­nym niż szorst­kim to­nem.

- Nie - od­par­łam, szybko otwie­ra­jąc drzwi. - Nikt mnie nie przy­słał. Na­prawdę chcia­łam tylko prze­pro­sić za to, że cię nie­po­ko­iłam ze­szłej nocy.

- Cóż, już to zro­bi­łaś, więc mo­żesz so­bie iść i nie mu­sisz wra­cać.

Nie za­uwa­żył, że upu­ści­łam swój sza­lik na fo­tel sto­jący naj­bli­żej drzwi, więc będę mu­siał wró­cić, przy­naj­mniej jesz­cze raz.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki