Święta kradzież - Klaudiusz Szymańczak

-
Proszę czekać

Prolog

Pol­sko-Japoń­ska Aka­de­mia Tech­nik Kom­pu­te­ro­wych, War­szawa, 6 lipca 2026

Dok­tor Kenta Suzuki roz­po­czy­nał dzień pracy na uczelni od tego samego rytu­ału, który od lat nie­zmien­nie kul­ty­wo­wał. Z wła­ści­wym Japoń­czy­kom zami­ło­wa­niem do dba­ło­ści o naj­drob­niej­szy szcze­gół przy­go­to­wał swoją ulu­bioną her­batę i w spo­koju delek­to­wał się aro­ma­tycz­nym napa­rem. Minu­towa wska­zówka zegara wiszą­cego na ścia­nie gabi­netu naukowca dotarła na szczyt tar­czy i wska­zała równo ósmą. Pierw­sze zaję­cia ze stu­den­tami kogni­ty­wi­styki dok­tor Suzuki zaczy­nał o dzie­sią­tej. Dwie godziny pozo­stałe do wykła­dów pla­no­wał spę­dzić na pracy nad pro­jek­tem swo­jego życia, który zda­wał się mieć nie tylko olbrzymi poten­cjał naukowy, ale rów­nież komer­cyjny. Opra­co­wane przez dok­tora urzą­dze­nie elek­tro­niczne, ste­ro­wane przez sztuczną inte­li­gen­cję i pod­łą­czone do mózgu czło­wieka, pozwa­lało w bły­ska­wiczny spo­sób roz­wią­zać pro­blemy osób cho­rych na depre­sję, padaczkę czy zma­ga­ją­cych się z uza­leż­nie­niami. Bada­nia nad tego typu sprzę­tem pro­wa­dzono już od wielu lat, a urzą­dze­nie dok­tora Kenta Suzuki można było uznać za zwień­cze­nie sta­rań całego zespołu.

Męż­czy­zna wpa­try­wał się w wielki ekran moni­tora i ana­li­zo­wał wyświe­tlone na nim dane pocho­dzące z badań kli­nicz­nych pacjen­tów. Upew­niw­szy się, że zga­dzają się z zało­że­niami przy­ję­tymi pod­czas symu­la­cji kom­pu­te­ro­wych, się­gnął po fili­żankę z resztką her­baty i wypo­wie­dział po cichu japoń­skie przy­sło­wie:

- Nana­ko­robi yaoki...1

Kilka minut póź­niej wydru­ko­wał doku­ment i scho­wał go do nowo­cze­snego ple­caka zamy­ka­nego na zamek szy­frowy. Zer­k­nął na zegar i wyszedł z gabi­netu. Skie­ro­wał się do dzie­ka­natu uczelni i cicho zapu­kał do drzwi.

- Pro­szę... - Dam­ski głos zapro­sił go do środka. - Jest pan, dok­to­rze, jedy­nym wykła­dowcą na tej uczelni, który puka i czeka na zapro­sze­nie. Wszy­scy inni pukają i wcho­dzą. Tylko stu­denci cze­kają na kory­ta­rzu, aż powiem "pro­szę". - Pra­cow­nica dzie­ka­natu z uśmie­chem powi­tała japoń­skiego naukowca pra­cu­ją­cego na pol­skiej uczelni.

- To dobrze czy źle? - spy­tał po pol­sku z sil­nym akcen­tem.

- Raczej dobrze, panie dok­to­rze. W czym mogę pomóc?

- Szu­kam pani dok­tor Pau­liny Piskor­skiej. Pró­bo­wa­łem się do niej dodzwo­nić, ale chyba ma wyłą­czony tele­fon. - Męż­czy­zna wyja­śnił cel wizyty nie­malże szep­tem, by dać do zro­zu­mie­nia, że nie bar­dzo wie, w jaki spo­sób zna­leźć kole­żankę z pracy, i nieco go to krę­puje.

- To coś pil­nego, dok­to­rze Suzuki?

- Oba­wiam się, że tak. - Japoń­czyk co prawda z wyraź­nym akcen­tem, ale jed­nak bez­błęd­nie posłu­gi­wał się języ­kiem pol­skim.

- Dok­tor Piskor­ska jest na urlo­pie, ale zawsze w takiej sytu­acji zosta­wia mi wytyczne co do tego, kto i jak mógłby się z nią skon­tak­to­wać na jej pry­watny numer. Pan jest na tej liście, dok­to­rze - wyja­śniła kobieta, zni­ża­jąc głos, jak gdyby ujaw­niała wła­śnie tajem­nice pań­stwowe, po czym się­gnęła po notes do szu­flady i prze­pi­sała numer na kar­teczkę.

- Dzię­kuję pani. - Nauko­wiec pochy­lił głowę i zło­żył otrzy­maną kar­teczkę na pół, po czym wsu­nął ją do kie­szeni mary­narki. - Do widze­nia.

- Dok­to­rze... - Sekre­tarka dzie­ka­natu zatrzy­mała go przy drzwiach. - Pan dobrze zna dok­tor Piskor­ską? Miał pan oka­zję spo­tkać się z nią poza uczel­nią?

- Nie.

- To pro­szę się niczemu nie dzi­wić. To bar­dzo sym­pa­tyczna i wybitna osoba, ale rów­nie eks­cen­tryczna.

- Zapa­mię­tam. Dzię­kuję ponow­nie.

Już na kory­ta­rzu prze­pi­sał numer do tele­fonu, podarł kawa­łek papieru na drobne kawałki i wyrzu­cił do kosza. Zer­k­nął jesz­cze na zega­rek i szyb­kim kro­kiem ruszył w kie­runku sali wykła­do­wej, pisząc jed­no­cze­śnie wia­do­mość do Pau­liny Piskor­skiej.

Dok­tor Suzuki pro­wa­dził wykład ze stu­den­tami, ale pozo­sta­wał dużo bar­dziej roz­ko­ja­rzony niż zazwy­czaj. Pano­wa­nie nad emo­cjami było mocno zako­rze­nione w jego kul­tu­rze, podob­nie jak etos pracy, którą nauko­wiec wyko­ny­wał zawsze z naj­wyż­szą sta­ran­no­ścią. Tym razem jed­nak trudno było mu sku­pić się na wykła­dzie. Kiedy na ekra­nie smart­fona poja­wiło się powia­do­mie­nie o wia­do­mo­ści od dok­tor Piskor­skiej, zarzą­dził prze­rwę i nie­zwłocz­nie wybrał numer kole­żanki.

- Witam kolegę. - W słu­chawce roz­legł się zna­jomy głos. - Skoro dzwo­nisz na ten numer, to zna­czy, że pani Ela z dzie­ka­natu wdro­żyła pro­to­kół do spraw nagłych.

- Dzień dobry, na to wygląda. Prze­pra­szam, że cię nie­po­koję na urlo­pie, ale muszę się z tobą pil­nie skon­sul­to­wać. Czy to moż­liwe dzi­siaj? - Nie­na­ganny pol­ski Japoń­czyka brzmiał aż nie­na­tu­ral­nie, jego roz­mów­czyni jed­nak tego nie sko­men­to­wała.

- W War­sza­wie jestem do jutra. Za godzinę będę miała jakieś dwie godziny wolne. Dasz radę przy­je­chać na Moko­tów?

- Jasne. Skoń­czę wykład wcze­śniej i będę na miej­scu. Powiedz mi tylko gdzie.

- Puław­ska dwie­ście dwa­dzie­ścia. Jak będziesz na miej­scu, dzwoń na ten numer.

- Oczy­wi­ście. - Suzuki roz­łą­czył się, nie chcąc zabie­rać czasu kole­żance i tra­cić swo­jego.

Drugą część wykładu zakoń­czył kilka minut wcze­śniej, niż wyni­kało to z planu zajęć. Wykła­dowca prze­pro­sił stu­den­tów tak uprzej­mie, jak ni­gdy nie zda­rzało się to jego pol­skim kole­gom po fachu, po czym chwy­cił ple­cak i szyb­kim kro­kiem wyszedł przed sie­dzibę uczelni, skąd odje­chał tak­sówką w kie­runku Moko­towa.

Pod adre­sem poda­nym przez dok­tor Piskor­ską tra­fił na coś, czego zupeł­nie nie spo­dzie­wał. Ele­gancki i nie­rzu­ca­jący się w oczy szyld infor­mo­wał, że na Puław­skiej 220 mie­ści się stu­dio tańca pole dance. Nieco zdez­o­rien­to­wany Suzuki się­gnął po tele­fon i zadzwo­nił do kole­żanki, a ta zapro­siła go do środka. Cie­ka­wość wzięła górę nad kon­fu­zją i nauko­wiec wszedł do budynku nie­pew­nym kro­kiem.

Recep­cjo­nistka przy­wi­tała gościa sze­ro­kim uśmie­chem i przez dłuż­szą chwilę przy­glą­dała mu się z takim samym zdu­mie­niem, z jakim on obser­wo­wał ją. Kobieta za wyso­kim bla­tem recep­cyj­nym przy­ku­wała uwagę nie­zwy­kłą urodą, pod­czas gdy on wzbu­dzał jej zain­te­re­so­wa­nie cał­ko­witą nie­ade­kwat­no­ścią swo­jej fizjo­no­mii i apa­ry­cji wzglę­dem miej­sca, w któ­rym prze­by­wał. Drob­nej budowy Azjata w ele­ganc­kich oku­la­rach i dosko­nale skro­jo­nym gar­ni­tu­rze nijak nie paso­wał do szkoły tańca peł­nej na wpół roz­ne­gli­żo­wa­nych kobiet, które w jakiś nie­po­jęty dla laika spo­sób wygry­wały wła­śnie z gra­wi­ta­cją, wyko­nu­jąc akro­ba­cje na meta­lo­wych rurach usta­wio­nych w dużej sali tanecz­nej.

- W czym mogę pomóc? - Recep­cjo­nistka w końcu prze­rwała nie­zręczną ciszę.

- Pro­szę pani, moja zna­joma umó­wiła się tu ze mną. Nazywa się... - zaczął nie­śmiało Suzuki, ale w tej samej chwili prze­rwał mu zna­jomy głos.

- Cześć Kenta.

- Cześć... - Odwró­cił się w kie­runku Piskor­skiej i z nie­ma­łym tru­dem pró­bo­wał ukryć zdzi­wie­nie.

Kobieta, którą widy­wał co jakiś czas na uczelni w roli wykła­dow­czyni aka­de­mic­kiej, stała teraz przed nim w ską­pym stroju spor­to­wym i butach na mniej wię­cej dwu­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wej plat­for­mie z dodat­ko­wym kil­ku­cen­ty­me­tro­wym obca­sem. Samo cho­dze­nie w tym obu­wiu wyda­wało się ekwi­li­bry­styką, taniec zaś jawił się już jako czyn abso­lut­nie nie­wy­ko­nalny. Nie to jed­nak robiło naj­więk­sze wra­że­nie na dok­to­rze. Skromny strój spor­towy, który wię­cej odsła­niał, niż zasła­niał, eks­po­no­wał ide­al­nie umię­śnione, lecz zara­zem smu­kłe i szczu­płe ciało. Kobiety o takich pro­por­cjach oglą­dał jedy­nie w japoń­skich komik­sach, kiedy był mło­dym chło­pa­kiem. Tam bowiem można było zoba­czyć sur­re­ali­styczną wręcz dam­ską syl­wetkę z nie­na­tu­ral­nie dłu­gimi nogami i jed­no­cze­śnie wydat­nym biu­stem. Dok­tor Suzuki miał wra­że­nie, że patrzy na posąg, a nie na żywą kobietę. W pośpie­chu szu­kał w gło­wie pol­skich słów, które nie zabrzmia­łyby ani pro­stacko, ani zbyt poufale. Nie mógł bowiem dłu­żej uda­wać, że nie widzi tego, na co patrzy.

- Prze­pra­szam, że w takim stroju, Kenta, ale dopiero skoń­czy­łam tre­ning. Daj mi minutę i zaraz poga­damy. - Kobieta pode­szła do kolegi, uści­snęła mu dłoń, jakby chciała wyrwać go z osłu­pie­nia, i skie­ro­wała się do szatni sąsia­du­ją­cej z salą taneczną.

Suzuki powoli wypu­ścił powie­trze ustami, czu­jąc, że nawet jego kul­tu­rowy, japoń­ski back­gro­und na nie­wiele się zdał w star­ciu z urodą kole­żanki. Po kilku minu­tach w drzwiach poja­wiła się dok­tor Piskor­ska w ide­al­nie dopa­so­wa­nych jean­sach, bia­łej bluzce i czar­nej mary­narce.

- Tu nie­da­leko jest fajna kawiar­nia, mają też dobrą her­batę. Wiem, że za kawą nie prze­pa­dasz. A na sushi nie mam odwagi cię ni­gdzie w tym kraju zapra­szać.

- W War­sza­wie można zjeść dobre sushi. Nie trzeba lecieć do Tokio. Tylko musisz wie­dzieć, gdzie pójść. Tego z Żabki nie pole­cam. - Ostat­nie zda­nie, wypo­wie­dziane przez rodo­wi­tego Japoń­czyka miesz­ka­ją­cego w War­sza­wie, roz­ba­wiło nie tylko jego roz­mów­czy­nię, ale rów­nież mimo­wol­nie przy­słu­chu­jącą się roz­mo­wie recep­cjo­nistkę.

Para naukow­ców opu­ściła stu­dio tańca i ruszyła wzdłuż ulicy Puław­skiej w kie­runku wska­za­nym przez Pau­linę Piskor­ską. Po kilku minu­tach mar­szu znik­nęli za drzwiami nie­po­zor­nej kawiarni.

Lokal nie zro­bił na nim więk­szego wra­że­nia. Zale­d­wie kilka czar­nych sto­li­ków i czer­wo­nych krze­seł, dwa stare stoły i rów­nie wie­kowy kre­dens, prze­ro­biony w wyjąt­kowo zręczny spo­sób tak, że two­rzył dość oso­bliwy kon­tuar upstrzony sto­sami fili­ża­nek, imbry­ków, spodków i nie­pa­su­jącą zupeł­nie do niczego kasą fiskalną.

- Sia­daj, Kenta, a ja zamó­wię coś do picia. Dla cie­bie tra­dy­cyj­nie zie­lona her­bata?

- Popro­szę - odparł nie­mal szep­tem i przy­glą­dał się uważ­nie wnę­trzu, które urzą­dzono, sta­ra­jąc się hoł­do­wać zasa­dzie mini­ma­li­zmu, nie­bez­piecz­nie bli­sko sąsia­du­ją­cej w tym przy­padku z eklek­ty­zmem. Pomimo małej liczby mebli w pomiesz­cze­niu znaj­do­wało się sporo cał­ko­wi­cie zbęd­nych przed­mio­tów. W zamy­śle pro­jek­tanta miały zapewne peł­nić funk­cję ozdobną, jed­nak wyczu­lone na każdy szcze­gół zmy­sły Japoń­czyka widziały w tym wszyst­kim zwy­kły bała­gan.

- Zaraz będą kawa i her­bata. To mów, co cię przy­ci­snęło, że mnie na urlo­pie zna­la­złeś - ode­zwała się cicho do kolegi Piskor­ska, czu­jąc, że ten przy­szedł do niej ze sprawą, która wymaga dys­kre­cji.

- Widzisz, ana­li­zo­wa­łem wyniki dzia­ła­nia tego modelu AI, który chcia­łem zaim­ple­men­to­wać do mojego urzą­dze­nia, i spójrz... - Dok­tor się­gnął po swój ple­cak, otwo­rzył zamek szy­frowy, po czym podał doku­menty kole­żance.

- Hmm... zna­jąc cie­bie, spraw­dzi­łeś to dwa razy. - Piskor­ska otwo­rzyła papie­rową teczkę z wyni­kami badań.

- Cztery - spro­sto­wał, uśmie­cha­jąc się jed­no­cze­śnie do kel­nerki, która pode­szła z tacą zasta­wioną fili­żan­kami.

- Jeśli ten model fak­tycz­nie tak dobrze ste­ruje tym urzą­dze­niem, to wiesz, co to ozna­cza? - spy­tała Piskor­ska, patrząc kole­dze w oczy i sącząc kawę.

- Że mamy fajny wyna­la­zek. - Suzuki upił łyk her­baty. - O cho­lera... dosko­nała.

- Wiem. Lep­szej kawy i her­baty w War­sza­wie nie znaj­dziesz. Tyle tylko, Kenta, że te twoje bada­nia nie ozna­czają jedy­nie tego, że mamy fajny wyna­la­zek.

- A co jesz­cze?

- Przede wszyst­kim można to opu­bli­ko­wać w bar­dzo wysoko punk­to­wa­nych cza­so­pi­smach. Jeśli to, co tu piszesz, potwier­dzi się w prak­tyce, nie zdzi­wię się, gdy za parę lat dadzą ci Nobla... - dodała szep­tem, odsta­wia­jąc fili­żankę.

- Nie sądzę - odparł. - A nawet gdyby do tego doszło, nie mnie jedy­nemu by się nale­żał, Pau­lino. - Japoń­czyk uśmiech­nął się dys­kret­nie w typowy dla swo­jej nacji spo­sób.

Rozdział pierwszy

Nowa Słu­pia i oko­lice, 1 sierp­nia 2026

Świt nad Pusz­czą Świę­to­krzy­ską miał roz­pra­wić się z nocą otu­la­jącą pra­dawny las dopiero za dwa kwa­dranse. Na razie drze­mał gdzieś za wid­no­krę­giem, gdy po nie­rów­nych kamien­nych scho­dach sunęła w dół smu­kła męska syl­wetka. Ubrany w spor­towy, czarny strój młody czło­wiek poko­ny­wał kolejne stop­nie, odda­la­jąc się od klasz­toru i przy­bli­ża­jąc się do leżą­cej kil­ka­set metrów niżej Nowej Słupi.

Małe świę­to­krzy­skie mia­steczko u pod­nóża Łysej Góry, nazy­wa­nej rów­nież Świę­tym Krzy­żem, jesz­cze długo miało się nie obu­dzić. Jego cen­tralną część sta­no­wiły rynek oraz droga woje­wódzka numer 756, która prze­ci­nała rynek i przy któ­rej stały cia­sno jeden obok dru­giego niskie budynki. Na miano jedy­nego wyso­kiego zasłu­gi­wał kościół św. Waw­rzyńca. Sie­dem­na­sto­wieczna świą­ty­nia była też praw­do­po­dob­nie naj­ład­niej­szym obiek­tem archi­tek­to­nicz­nym w Nowej Słupi. Więk­szość sto­ją­cych tu budyn­ków sta­no­wił bowiem zle­pek róż­no­ko­lo­ro­wych, jed­no­pię­tro­wych budowli wznie­sio­nych bez jakie­go­kol­wiek poczu­cia stylu. Para­dok­sal­nie to te naj­star­sze, led­wie już sto­jące domy wyglą­dały naj­bar­dziej spój­nie archi­tek­to­nicz­nie w kon­tek­ście wie­lo­wie­ko­wej histo­rii mia­steczka.

Ciszę spo­wi­ja­jącą rynek prze­ry­wały jedy­nie odgłosy owa­dów i pta­ków roz­po­czy­na­ją­cych dzień wraz ze wscho­dem słońca. Minutę po pią­tej zakłó­ciło ją jed­nak kle­ko­ta­nie sil­nika die­sla małego dostaw­czego Renault. Auto wyje­chało spo­mię­dzy cia­sno usta­wio­nych budyn­ków i skie­ro­wało się na zachód w kie­runku Kielc. Gdy znik­nęło w oddali, na kil­ka­na­ście minut do mia­steczka wró­ciła cisza prze­pla­tana odgło­sami natury.

Dokład­nie w tym samym cza­sie, jakieś trzy­sta metrów wyżej, kolejny dzień roz­po­czy­nali Misjo­na­rze Oblaci Maryi Nie­po­ka­la­nej. Wschód słońca oglą­dany z klasz­toru poło­żo­nego na wyso­ko­ści nie­malże sze­ściu­set metrów nad pozio­mem morza, ponad koro­nami drzew Pusz­czy Świę­to­krzy­skiej, był czymś, czego ni­gdy nie miało się dość. Nawet jeśli oglą­dało się go codzien­nie rano. Jutrz­nia w kaplicy klasz­tor­nej miała się zacząć dopiero za pół godziny. Brat Michał, jak więk­szość mni­chów, roz­po­czy­nał dzień od oso­bi­stej modli­twy. Jedyne, co odróż­niało go od pozo­sta­łych braci, to to, że bez względu na pogodę zawsze odma­wiał pierw­szą modli­twę dnia na zewnątrz. Czarna sutanna zakon­nika zało­po­tała cicho na wie­trze, gdy męż­czy­zna wyszedł z klasz­toru. Słońce wsta­wało nad pusz­czą, bar­wiąc niebo na jasno­ró­żowo. Duchowny prze­szedł do wschod­niej czę­ści wiel­kiego, oto­czo­nego kamien­nym murem podwó­rza wokół klasz­toru i zamknął oczy, wysta­wia­jąc twarz na nie­śmiałe jesz­cze pro­mie­nie. Ten sam rytuał powta­rzał każ­dego dnia w roku, bez względu na tem­pe­ra­turę panu­jącą na zewnątrz. Sta­rał się wsta­wać wcze­śniej niż jego współ­bra­cia, aby móc w samot­no­ści kon­tem­plo­wać wschód słońca. Jako czło­wiek wykształ­cony w naukach ści­słych dosko­nale rozu­miał mecha­ni­zmy rzą­dzące przy­rodą, co wcale nie prze­szka­dzało mu nie­mal w każ­dym aspek­cie życia widzieć obec­ność Boga. Tak jak miało to miej­sce teraz, gdy różowa tar­cza słońca na dobre wychy­liła się zza ciem­no­zie­lo­nego oce­anu drzew. Ciche słowa sączyły się z jego ust: "Przyjdź, Duchu Święty, a przed Twoją miło­ścią ustą­pią nasze pyszne ambi­cje. Przyjdź, Duchu Święty, dniem dzi­siej­szym kie­ruj i rządź. Bądź z nami i niech wszystko dzi­siaj będzie dobre i nowe. Amen".

Po odmó­wie­niu krót­kiej modli­twy poran­nej brat Michał prze­szedł do wła­ści­wej czę­ści swo­jego poran­nego rytu­ału. Lata prak­tyki pozwa­lały mu na kilka drob­nych minut uwol­nić umysł od wszel­kich myśli. Był to wynik raczej nie­moż­liwy do osią­gnię­cia dla prze­cięt­nej osoby, zwłasz­cza żyją­cej w 2026 roku. Mno­gość bodź­ców bom­bar­du­ją­cych współ­cze­snego czło­wieka osią­gała obec­nie apo­geum. Tego ranka jed­nak medy­ta­cję zakłó­ciło zda­rze­nie, któ­rego ten nie­spełna czter­dzie­sto­letni zakon­nik miał nie zapo­mnieć do końca swo­ich dni.

Z kaplicy Ole­śnic­kich wybiegł na podwó­rze brat Szcze­pan, który dosko­nale wie­dział o tym, że o tej porze we wschod­niej czę­ści kom­pleksu klasz­tor­nego zawsze można zna­leźć brata Michała. Jeden z młod­szych i mniej doświad­czo­nych zakon­ni­ków biegł ile sił w nogach ku star­szemu kole­dze.

- Reli­kwia... - wydy­szał, zatrzy­mu­jąc się przed nim. - Ukra­dli reli­kwię...

Brat Michał wziął głę­boki oddech i na chwilę zamknął oczy. Wyszep­tał krótką modli­twę, po czym prze­że­gnał się i spo­glą­da­jąc na roz­ja­śnia­jące się niebo nad Górami Świę­to­krzy­skimi, wypo­wie­dział na głos słowa z Biblii:

- "I słońce stało się czarne jak wło­sienny wór, a cały księ­życ stał się jak krew"2.

Rozdział drugi

Komi­sa­riat Poli­cji w Bodzen­ty­nie, 1 sierp­nia 2026

Aspi­rant Joanna Miecz­kow­ska poja­wiła się w swo­jej jed­no­stce ponad dwie godziny wcze­śniej, niż powinna. Codzien­nie przed służbą prze­bie­gała kilka kilo­me­trów. Jako peł­niąca obo­wiązki komen­danta miała w miarę regu­larne godziny pracy, roz­po­czy­na­jące się ofi­cjal­nie o ósmej rano. Jeśli jed­nak służba w tutej­szym komi­sa­ria­cie wyma­gała nad­go­dzin, wolała przyjść do pracy o świ­cie niż wycho­dzić po zmierz­chu, czego nie zno­siła jako osoba sta­ra­jąca się dbać o formę zarówno fizyczną, jak i psy­chiczną.

- Jak noc? - zwró­ciła się do sier­żanta drze­mią­cego w dyżurce.

- Dzień dobry... Co tak wcze­śnie dziś? - odpo­wie­dział Wło­dek pyta­niem na pyta­nie.

- Papiery cze­kają. Ktoś musi przy­go­to­wać sta­ty­styki wykry­wal­no­ści w spra­wach o uszko­dze­nie mie­nia albo ciała - odparła z prze­ką­sem i zer­k­nęła w notatki dyżur­nego.

- Jakaś bija­tyka na Spół­dziel­czej w Rud­kach. Nic wię­cej - wyja­śnił i wstał zza biurka. - Kawy, sze­fowo?

- Popro­szę, nie zdą­ży­łam wypić rano.

Tele­fon w dyżurce zadzwo­nił dokład­nie w chwili, gdy aspi­rant Miecz­kow­ska poczuła w dło­niach cie­pło kubka z kawą. Sier­żant ode­brał połą­cze­nie i przez chwilę w mil­cze­niu wsłu­chi­wał się w spo­kojny głos prze­ka­zu­jący mu naj­bar­dziej nie­po­ko­jące wie­ści, jakie sły­szał w swo­jej nie­krót­kiej poli­cyj­nej karie­rze.

- Rozu­miem, pro­szę niczego nie ruszać... Zaraz kogoś tam wyślemy - wyre­cy­to­wał for­mułkę, którą powta­rzał już tysiące razy, i odło­żył słu­chawkę.

- Co tam pier­dol­nęło? - spy­tała aspi­rant, upiw­szy łyk taniej, choć wcale nie takiej złej kawy.

- Ukra­dli reli­kwię na Świę­tym Krzyżu... - wyszep­tał tak cicho, jak gdyby bał się wyroku Sądu Osta­tecz­nego.

- Jaja sobie robisz? - Miecz­kow­ska gwał­tow­nie odsta­wiła kubek i przez dłuż­szą chwilę przy­glą­dała się swo­jemu pod­wład­nemu, któ­rego twarz jakby zasty­gła.

- Dzwo­nili z klasz­toru - powie­dział Wło­dek cał­kiem poważ­nie. - Trzeba tam wysłać radio­wóz.

- Wywo­łaj chło­pa­ków. Mają tu zaraz być, ale żad­nych kogu­tów i syren. Siedź­cie wszy­scy cicho. To roz­kaz.

Komen­dant jed­nym hau­stem dopiła kawę, zamknęła się w swoim gabi­ne­cie i się­gnęła po tele­fon.

- Chry­ste... Aśka, pomy­li­łem tygo­dnie, jak cho­dzi o Kingę, czy coś pier­dol­nęło w robo­cie? - Głos wyraź­nie zaspa­nego byłego męża aspi­rant Joanny Miecz­kow­skiej zabrzmiał w słu­chawce.

- Paweł, weź kilku naj­lep­szych ludzi, jakich masz w Kiel­cach, i przy­jedź natych­miast do mnie na komi­sa­riat. Tylko dys­kret­nie. Mam tu coś, na co jestem za cienka. Nie chcę mówić przez tele­fon.

- Jadę. Nie ruszaj się stam­tąd. - Komi­sarz Paweł Miecz­kow­ski wysko­czył z łóżka i wło­żył wiszące na opar­ciu krze­sła jasno­nie­bie­skie jeansy oraz białą bluzę z kap­tu­rem. Dotknął dło­nią ramie­nia śpią­cej obok obec­nej żony i pocze­kał chwilę, aż ta się obu­dzi.

- Muszę jechać do pracy - wyszep­tał.

- Co się stało? - spy­tała zanie­po­ko­jona.

- Jesz­cze nie wiem, ale dzwo­nili z komendy. Muszę jechać. Edyta, miej oko na Kingę, nie chcę jej nie­po­koić - popro­sił i uca­ło­wał żonę, po czym wyszedł z domu.

Około pół godziny póź­niej trzy cywilne samo­chody poja­wiły się przed komi­sa­ria­tem w Bodzen­ty­nie i zaha­mo­wały z piskiem opon. Aspi­rant Joanna Miecz­kow­ska stała już na zewnątrz, upy­cha­jąc pod wargą saszetkę z niko­tyną.

- Mówi­łem ci, żebyś rzu­ciła to gówno, Aśka. - Były mąż przy­wi­tał ją upo­mnie­niem.

- Na razie fajki rzu­ci­łam. Przyj­dzie pora, że pozbędę się tego nawyku na dobre - odparła.

- To nie jest nawyk, tylko to dru­gie. Też na "n" zresztą. Co jest grane? - Komi­sarz uciął dawne mał­żeń­skie spory.

- Mie­li­śmy tele­fon z klasz­toru Obla­tów na Świę­tym Krzyżu. Ktoś ukradł reli­kwiarz z reli­kwią Krzyża Świę­tego.

- Co? Po chuj to komu?

- Cały ty - Joanna zaśmiała się cicho. - Kilku rze­czy naprawdę w tobie nie zno­szę, ale twój chłodny osąd wyda­rzeń cza­sami potrafi uspo­koić sytu­ację. - Spoj­rzała na niego uważ­nie. - Paweł, czy ty masz poję­cie, czym jest ta reli­kwia?

- Wiesz prze­cież, jaki mam sto­su­nek do kościoła i reli­gii i że nie jestem stąd.

- To frag­menty krzyża, na któ­rym ukrzy­żo­wano Chry­stusa - wyja­śniła. - Dla ludzi wie­rzą­cych jest tym samym, czym dla cie­bie byłby puchar Ligi Mistrzów dla Legii War­szawa.

- No, teraz mówisz moim języ­kiem - mruk­nął z uzna­niem. - Rozu­miem, że trzeba tam poje­chać i ogar­nąć ten bała­gan?

- Tak, ale... Paweł, rozu­miesz, jaki to jest kali­ber sprawy? Miesz­kamy, kurwa, w Pol­sce.

- Nie lubię się po nie swo­ich jajach dra­pać, kochani, więc spy­tam wprost - ode­zwał się jeden z kole­gów komi­sa­rza, pod­cho­dząc do Miecz­kow­skich. - Gada­cie o spra­wach pry­wat­nych czy może o tym, dla­czego przy­je­cha­li­śmy tu na wol­nym i o świ­cie? Bo jak o spra­wach pry­wat­nych, to pójdę się kawy napić w komi­sa­ria­cie. A jak o tym dru­gim, to wolał­bym jak naj­szyb­ciej zacząć - dodał, prze­cie­ra­jąc zaspane oczy.

- Skra­dziono reli­kwię Krzyża Świę­tego w klasz­to­rze - powie­działa Joanna i tym razem efekt był zgoła odmienny.

- Ja pier­dolę... - Zaspany dotych­czas śled­czy poczuł nagle, że kawa nie będzie mu potrzebna. - Jesz­cze mi powiedz, że jakiś pro­fe­sor od sym­boli napi­sał o tym książkę, a da Vinci to kie­dyś nama­lo­wał.

- Nic mi nie wia­domo o żad­nym pro­fe­so­rze ani o malo­wi­dłach, ale...

- Ale lepiej tam jedźmy jak naj­szyb­ciej, zanim wszyst­kie tele­wi­zje Europy się tam poja­wią - dokoń­czył zda­nie poli­cjant za Joannę i wró­cił do auta.

- To na serio aż taka heca może być? - spy­tał komi­sarz, idąc za nim.

- Kurwa, sam jesteś heca, Paweł. Jedziemy.

Rozdział trzeci

Łysa Góra, 1 sierp­nia 2026

Kil­koro rodzi­mo­wier­ców pako­wało ple­caki po zakoń­czo­nej poran­nej kon­tem­pla­cji wschodu słońca. Patrzyli na ten codzienny spek­takl astro­no­miczny z takim samym podzi­wem, jaki towa­rzy­szył każ­dego ranka bratu Micha­łowi z zakonu Obla­tów na Świę­tym Krzyżu. Nawet widzieli w nim to samo, choć zupeł­nie ina­czej to nazy­wali. Dla wyznaw­ców pra­daw­nych sło­wiań­skich wie­rzeń słońce było okiem Swa­ro­życa albo po pro­stu twa­rzą Boga. Dla zakon­nika wschody i zachody słońca były popar­ciem jego ulu­bio­nego argu­mentu za ist­nie­niem Boga. Ten bowiem mówił, że obiek­tywne piękno świata - jego pro­por­cja, jed­ność i blask - nie może być przy­pad­kowe, lecz wymaga osta­tecz­nego Źró­dła Piękna, czyli Boga.

- Zabra­li­ście wszystko? - zwró­cił się do swo­ich współ­wy­znaw­ców nie­for­malny lider grupy. - Nie zosta­wiamy żad­nych śmieci. Jeśli znaj­dzie­cie jakieś nie nasze, to też zabierz­cie.

- Tak jest, wodzu. - Ewa, jedna z uczest­ni­czek poran­nej wyprawy medy­ta­cyj­nej, posłusz­nie pod­nio­sła papie­rek ze ska­li­stego pod­łoża.

- Nabi­jasz się ze mnie? - spy­tał z uśmie­chem Woj­tek.

- Tro­chę, ale wszy­scy wie­dzą, że jak cho­dzi o przy­rodę, nie ma z tobą żar­tów.

- Pełna zgoda. No dobrze, kochani, pora wra­cać do świata obłudy i nihi­li­zmu. Jeśli macie czas, zapra­szam na kanapki z serem - zwró­cił się do pozo­sta­łych, zarzu­ca­jąc na ramię stary ple­cak.

- Jesz ser? - rzu­cił jeden z męż­czyzn, nieco zdu­mio­nym gło­sem.

- Jajka też. Jestem wege­ta­ria­ni­nem, nie wega­ni­nem. Nie musisz mor­do­wać kur i krów na masową skalę, żeby mieć ser i jajka.

- Żeby mieć ser, musisz wię­zić i eks­plo­ato­wać krowy na masową skalę - sko­men­to­wała Ewa.

- Ow­szem, ale widzę róż­nicę mię­dzy pod­bie­ra­niem jajek kurom i kro­wom mleka a zarzy­na­niem ich. Od lat kupuję jajka od miej­sco­wych rol­ni­ków, któ­rych kury łażą po podwórku, a nie sie­dzą całe życie w klat­kach.

- W War­sza­wie tro­chę trudno zna­leźć takich rol­ni­ków.

- Mogę dać ci kilka adre­sów pod War­szawą. Nie jestem waria­tem, Ewa. Wiem, że ludzie muszą jakoś żyć, zara­biać i pła­cić rachunki i nie każdy ma taki luk­sus jak ja, że może sobie codzien­nie cho­dzić po górach i nie zdech­nie z głodu. Poza tym nie jestem zwo­len­ni­kiem przy­mu­sza­nia ludzi do zmian. Wolę poka­zy­wać alter­na­tywy i pozwa­lać im samym zde­cy­do­wać. Takie zmiany są zazwy­czaj trwal­sze - wyja­śnił Woj­tek już zupeł­nie poważ­nie i się­gnął do ple­caka po zawi­nięte w papier kanapki.

Więk­szość uczest­ni­ków sko­rzy­stała z jego oferty gastro­no­micz­nej i przez chwilę cała grupa szła w mil­cze­niu drogą pro­wa­dzącą w dół z Łysicy.

- Czy­ta­łam tro­chę o obrzę­dach let­nich. Kiedy orga­ni­zu­je­cie coś w nocy? - spy­tała Ewa, nie kry­jąc typo­wego dla nowi­cju­szy pod­eks­cy­to­wa­nia.

- Liczysz na seans czar­nej magii i lata­nie na mio­tłach? - rzu­cił pół­żar­tem.

- Daj spo­kój. Po pro­stu taka nocna impreza w górach wydaje mi się jesz­cze cie­kaw­sza niż oglą­da­nie wschodu słońca. Który jest magiczny, ale... noc to noc.

- Aku­rat w sierp­niu sporo się dzieje. Rodzimy Kościół Pol­ski orga­ni­zuje wtedy w jed­nym z chra­mów główne święto mie­siąca, czę­sto z publicz­nym obrzę­dem, po któ­rym nastę­puje bie­siadne spo­tka­nie. W prak­tyce ozna­cza to skła­da­nie ofiar z chleba, zboża, miodu, mleka, owo­ców, śpie­wa­nie pie­śni pochwal­nych, liba­cję oraz wspólny obiad.

- Liba­cję, mówisz? - dopy­tała zacie­ka­wiona.

- Liba­cja i skła­da­nie ofiar zawsze wszyst­kich naj­bar­dziej inte­re­sują. - Woj­tek uśmiech­nął się sze­roko. - Liba­cja w tra­dy­cji rodzi­mo­wier­czej zwy­kle polega na wyla­niu małej ilo­ści miodu, piwa, wina, wody czy mleka na zie­mię, w ogień, do wody albo przed wize­ru­nek bóstwa. Żad­nych orgii ani pale­nia dzie­wic na sto­sie.

- Kto by chciał palić dzie­wice na sto­sie? Stare baby to rozu­miem - zażar­to­wała Ewa, wywo­łu­jąc salwy śmie­chu wśród towa­rzy­szy wyprawy.

- Cie­kawe, że tego okre­śle­nia uży­łaś. Słowo "baba" podobno pier­wot­nie ozna­czało po pro­stu doj­rzałą kobietę albo matkę matki. Z cza­sem nabrało zna­cze­nia nega­tyw­nego. Jest taka teo­ria, że stało się tak dla­tego, iż w prze­szło­ści kobiety rzadko doży­wały sędzi­wego wieku ze względu na wysoką śmier­tel­ność przy poro­dach. Jak któ­raś dożyła sta­ro­ści, była podej­rzana.

- Laski to jed­nak miały prze­je­bane kie­dyś.

- Do dziś nie jest różowo - zauwa­żył Woj­tek. - Naj­więk­sze reli­gie świata w dużej mie­rze trak­to­wały kobiety w podobny spo­sób. To są wieki dys­kry­mi­na­cji. W sło­wiań­skim rodzi­mo­wier­stwie raczej pod­kre­ślało się sym­bo­licz­nie "świętą" - zamar­ko­wał w powie­trzu pal­cami cudzy­słów - rolę kobiet, szcze­gól­nie jako nosi­cie­lek życia, opie­ku­nek rodu i ziemi. Naj­cie­kaw­sze jest to, że dopusz­czano je także do pew­nych funk­cji kapłań­skich, cho­ciaż oczy­wi­ście zde­cy­do­waną więk­szość z nich peł­nili męż­czyźni. Żercy to kapłani ofiar­nicy, czyli tacy goście, co skła­dają ofiary. Nie ma tutaj jed­nak żad­nych skraj­no­ści: ani w stronę femi­ni­zmu, ani jakie­goś przed­mio­to­wego trak­to­wa­nia kobiet.

- Czyli dobrze tra­fi­łam, przy­cho­dząc do was - sko­men­to­wała Ewa i w tej samej chwili w jej kie­szeni roz­dzwo­nił się smart­fon. - Czym jest chram?

- Taka... rodzi­mo­wier­cza świą­ty­nia. Odbierz, pew­nie kie­rat wzywa - dodał Woj­tek, wcho­dząc wła­śnie na par­king u pod­nóża góry.

Ewa ode­szła kilka kro­ków od grupy i przez moment roz­ma­wiała przez tele­fon po angiel­sku. Jej mina suge­ro­wała, że to coś naprawdę waż­nego.

- Wszystko okej? - spy­tał jeden ze zna­jo­mych, gdy już się roz­łą­czyła.

- Tak, ale muszę dziś wra­cać do War­szawy - odpo­wie­działa pół­gło­sem.

- Nie to, żebym był wścib­ski, ale... co ty wła­ści­wie robisz na co dzień?

- Pra­cuję w szpi­talu jako pie­lę­gniarka i dodat­kowo koń­czę neu­ro­bio­lo­gię.

Woj­tek zer­k­nął na nią. Wyraź­nie była poru­szona.

- Coś się stało? - rzu­cił.

- Moja pacjentka umarła.

Zebrani wokół niej współ­wy­znawcy wes­tchnęli nie­mal chó­rem i pode­szli do kole­żanki, pró­bu­jąc ją pocie­szyć.

- Cho­lera... - ode­zwała się Ewa po dłuż­szej chwili mil­cze­nia. - Niby wie­dzia­łam, że to kwe­stia czasu, ale kiedy już ten czas nadej­dzie, jest do dupy.

- Ile miała lat? - spy­tał Woj­tek szcze­rze zacie­ka­wiony.

- Sie­dem­dzie­siąt osiem. Swoje babka prze­żyła, ale koń­cówka tego życia była naprawdę nie­zno­śna. Cier­piała na zaawan­so­wa­nego Par­kin­sona. Śmierć chyba cza­sem może być wyba­wie­niem. Może to nie są takie złe wie­ści, jak mi się wyda­wało. - Uśmiech­nęła się smutno.

Rozdział czwarty

kaplica Ole­śnic­kich, Święty Krzyż, 1 sierp­nia 2026

Grupa poli­cjan­tów z aspi­rant Miecz­kow­ską na czele poja­wiła się na miej­scu prze­stęp­stwa kilka minut przed siódmą rano. Wszy­scy funk­cjo­na­riu­sze byli stąd, z wyjąt­kiem jed­nego aspi­ranta, który w tych oko­li­cach miesz­kał dopiero od kilku lat, jed­nak żadne z nich nie mogło się oprzeć uro­kowi świą­tyni. Z zewnątrz kom­pleks klasz­torny wyglą­dał jak wiele podob­nych obiek­tów sakral­nych w Pol­sce. Jego loka­li­za­cja była co prawda nie­co­dzienna, jako że świą­tynię i klasz­tor wznie­siono na szczy­cie góry, jed­nak nie tylko to robiło na zwie­dza­ją­cych naj­więk­sze wra­że­nie. Wnę­trze kaplicy Ole­śnic­kich, gdzie prze­cho­wy­wano reli­kwie Krzyża Świę­tego, nie odbie­gało pozio­mem sztuki sakral­nej od tego, co można zoba­czyć w naj­wspa­nial­szych świą­tyniach Europy. Bogato zdo­bione kopu­łowe skle­pie­nie przy­kuło uwagę funk­cjo­na­riu­szy na dłuż­szą chwilę.

- Ni­gdy tu nie byłem, ale nawet dla mnie, anty­chry­sta, jest to coś osza­ła­mia­ją­cego... - wyszep­tał komi­sarz Miecz­kow­ski, nie chcąc zakłó­cać ide­al­nej ciszy wypeł­nia­ją­cej kaplicę.

Chwilę póź­niej przy ołta­rzu poja­wił się brat Michał i z kamienną twa­rzą ruszył w stronę przy­by­łych.

- Dzień dobry pań­stwu. - Wybrał świec­kie powi­ta­nie, by oszczę­dzić gościom zakło­po­ta­nia zwią­za­nego z nie­pew­no­ścią, jak witać się z duchow­nym.

- Dzień dobry - ode­zwał się Miecz­kow­ski jako naj­star­szy stop­niem. - Pro­szę księ­dza, dosta­li­śmy tele­fon...

- Nie jestem księ­dzem, cho­ciaż cho­dzimy w sutan­nach. - Brat uśmiech­nął się ser­decz­nie. - Jeste­śmy zakon­ni­kami. Ofi­cjal­nie ludzie zwra­cają się do nas per bra­cie. Ale jeśli to dla kogoś nie­zręczne, forma "pro­szę pana" nie jest bluź­nier­stwem. - Kiedy mówił, uśmiech nie zni­kał z jego twa­rzy. - Jestem brat Michał. Miło pań­stwa poznać.

- Nam rów­nież miło, bra­cie Michale. - Komi­sarz prze­ła­mał wewnętrzny opór przed trak­to­wa­niem duchow­nych w jakiś spe­cjalny spo­sób, wyraź­nie ośmie­lony bez­ce­re­mo­nial­nym podej­ściem roz­mówcy. - Komi­sarz Paweł Miecz­kow­ski, Komenda Woje­wódzka Poli­cji w Kiel­cach. Szkoda tylko, że pozna­jemy się w takich oko­licz­no­ściach.

- Podej­rze­wam, że więk­szość ludzi poznaje pan w takich oko­licz­no­ściach.

- Jak rozu­miem, skra­dziono stąd coś cen­nego.

- Nie­stety tak, cho­ciaż... Może usią­dziemy? - Brat Michał wska­zał dło­nią puste ławy w kaplicy, po czym pod­jął, gdy już zajęli miej­sca: - Nie okre­ślił­bym reli­kwii Krzyża Świę­tego jako cze­goś cen­nego w sen­sie mate­rial­nym. Reli­kwiarz zapewne przed­sta­wiał jakąś war­tość, ale nie sądzę, aby zło­dzie­jowi o niego cho­dziło.

- Cie­szę się, że brat to powie­dział. Nie jestem czło­wie­kiem Kościoła, nawet nie jestem wie­rzący i pierw­sze, co pomy­śla­łem, to wła­śnie: po co komu reli­kwie?

- Ina­czej to zapa­mię­ta­łem. - Jeden z poli­cjan­tów sie­dzą­cych w ławie nawią­zał szep­tem do obce­so­wego komen­ta­rza prze­ło­żo­nego sprzed kil­ku­dzie­się­ciu minut, czym wywo­łał roz­ba­wie­nie kole­gów i kole­żanki.

- Widać Pan Bóg wie, co robi, skoro pana tu przy­słał - roze­śmiał się zakon­nik. - Czło­wie­kowi nie­wie­rzą­cemu łatwiej sku­pić się na mate­rial­nym, a nie ducho­wym aspek­cie tej sprawy.

- Może... - Miecz­kow­ski wstał i wbił wzrok w kopułę kaplicy. - Tyle tylko, że jeśli moty­wem dzia­ła­nia sprawcy nie była chęć zysku, to jedy­nym racjo­nal­nym wyja­śnie­niem jego dzia­ła­nia pozo­staje reli­gijny cha­rak­ter tego przed­miotu.

Aspi­rant spoj­rzała na byłego męża w taki spo­sób, w jaki nie patrzyła na niego od dnia ich ślubu. Znała go od wielu lat i ni­gdy, nawet przez moment, nie podej­rze­wała go o umie­jęt­ność spoj­rze­nia na sprawy w spo­sób inny niż ze skraj­nie racjo­nal­nego punktu widze­nia.

- Cie­kawy dobór słów, komi­sa­rzu. - Brat Michał naj­wy­raź­niej zwró­cił uwagę na to samo, co zafra­po­wało Miecz­kow­ską. - Jedy­nym racjo­nal­nym wyja­śnie­niem motywu jest aspekt reli­gijny... Musi­cie pań­stwo wie­dzieć, że nie skra­dziono całej reli­kwii. Wszyst­kie frag­menty drewna mają łącz­nie dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów dłu­go­ści. W dwa tysiące dru­gim roku otwarto reli­kwiarz z sie­dem­na­stego wieku, aby odciąć kilka mniej­szych kawał­ków i umie­ścić je w takim reli­kwiarzu użytku codzien­nego. Jest mniej­szy i bar­dziej poręczny, a jed­no­cze­śnie był to spo­sób zabez­pie­cze­nia się na oko­licz­ność... - Zakon­nik zawie­sił głos.

- Kra­dzieży - domy­ślił się Miecz­kow­ski.

- Wła­śnie tak.

- Zatem skra­dziono ten mniej­szy reli­kwiarz?

- Tak. Podej­rze­wam, że jest mniej war­to­ściowy w sen­sie mate­rial­nym. Zawie­rał też mniej­sze kawałki drewna, ale... jeśli fak­tycz­nie jest tak, że motywy były reli­gijne, to wiel­kość reli­kwii nie miała dla zło­dzieja więk­szego zna­cze­nia.

- Zróbmy tak: moi kole­dzy rozej­rzą się tutaj, a ja miał­bym jesz­cze kilka pytań do brata. - Komi­sarz spoj­rzał na aspi­rant. - Joanna, zostań z nami, a chło­paki się rozej­rzą. I jesz­cze jedno - zwró­cił się znów do zakon­nika. - Czy tu są jakieś zabez­pie­cze­nia i czy bra­cia natra­fili na jakieś oczy­wi­ste ślady wła­ma­nia?

- To jest naj­dziw­niej­sze. Nie ma żad­nych śla­dów. Reli­kwiarz po pro­stu znik­nął z taber­na­ku­lum, które pozo­sta­wiono otwarte. A zabez­pie­cze­nia oczy­wi­ście mamy. Jest alarm. Świą­ty­nie są zamy­kane na noc - wyja­śnił brat Michał, wsta­jąc z ławy podob­nie jak pod­władni komi­sa­rza, po czym wska­zał poli­cjan­tom drogę do miej­sca kra­dzieży.

- Jaka tu u was jest zależ­ność służ­bowa? Kto jest sze­fem tego inte­resu? - Miecz­kow­ski wró­cił do języka, któ­rym posłu­gi­wał się na co dzień.

- Ojciec supe­rior. Jed­no­cze­śnie jest kusto­szem reli­kwii Krzyża Świę­tego - wyja­śnił zakon­nik, przy­glą­da­jąc się poli­cjan­tom krzą­ta­ją­cym się przy taber­na­ku­lum.

- Chłop ma nie­zły zgryz teraz - sko­men­to­wał z prze­ką­sem komi­sarz. - A jego szef to jakaś szy­cha z epi­sko­patu?

- Zgro­ma­dze­nie Misjo­na­rzy Obla­tów jest zakon­nym insty­tu­tem na pra­wie papie­skim. Jeste­śmy bar­dziej zależni od Waty­kanu niż epi­sko­patu. Epi­sko­pat ma na nas pewien wpływ, ale sto­sun­kowo nie­wielki. Prze­ło­żo­nym ojca supe­riora jest prze­ło­żony pro­win­cji, a jego sze­fem prze­ło­żony gene­ralny całego zgro­ma­dze­nia zakon­nego.

- Nie wiem, czy nadą­żam, ale jeśli dobrze rozu­miem, osta­tecz­nie papież może się wku­rzyć, jak nie znaj­dziemy tej reli­kwii?

- Osta­tecz­nie, panie komi­sa­rzu, to wku­rzyć może się prze­ło­żony papieża, czyli ten, w któ­rego ist­nie­nie pan nie wie­rzy - zażar­to­wał brat.

- Wła­ści­wie dla­czego brat z nami roz­ma­wia, a nie ojciec supe­rior? - włą­czyła się do roz­mowy aspi­rant Miecz­kow­ska .

- Z dwóch powo­dów. Pierw­szy jest taki, że zależy nam na jak naj­mniej­szym roz­gło­sie wokół tej sprawy, zatem do roz­mowy z pań­stwem odde­le­go­wano tylko jedną osobę. Chcemy ści­śle z pań­stwem współ­pra­co­wać, ale uni­ka­jąc taniej sen­sa­cji. O taką nie­trudno, jeśli ktoś ukradł reli­kwię.

- A drugi powód? - dopy­tał komi­sarz.

- Skoń­czy­łem stu­dia magi­ster­skie z zakresu inży­nie­rii bez­pie­czeń­stwa na Poli­tech­nice Świę­to­krzy­skiej. Spe­cjal­ność kry­mi­no­lo­gia i kry­mi­na­li­styka.

- Detek­tyw w sutan­nie. - Miecz­kow­ski uśmiech­nął się pod nosem.

- Nie mam nic wspól­nego z pracą detek­tywa. Po pro­stu inte­re­so­wało mnie zawsze to, dla­czego ludzie popeł­niają prze­stęp­stwa - odpo­wie­dział rze­czowo zakon­nik.

- I dowie­dział się brat tego?

- Na stu­diach nie. Tutaj tak.

Rozdział piąty

Kra­ków, Rynek Główny, 1 sierp­nia 2026

Przy­jemne dźwięki kan­taty Ich habe genug Bacha prze­rwały ciszę w pra­cowni jed­nego z bar­dziej zna­nych w Kra­ko­wie mar­szan­dów. Około sześć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna zsu­nął małe oku­lary z czubka nosa i odło­żył je sta­ran­nie na wielką kartę albumu z repro­duk­cjami obra­zów. Numer wyświe­tla­jący się na ekra­nie tele­fonu nie zapo­wia­dał spo­koj­nego dnia.

- Jerzy Fojt, słu­cham.

- Kopę lat, Jurek. - W słu­chawce roz­legł się życz­liwy głos komi­sa­rza Miecz­kow­skiego.

- Zga­dza się. Nie powiem, że się cie­szę z two­jego tele­fonu.

- A ja się nie obrażę. Miał­byś chwilę, żeby poga­dać dziś wie­czo­rem?

- O czym?

- O tym, co w branży pisz­czy, Jurek.

- Coś komuś zgi­nęło? - Fojt bez pro­blemu odczy­tał inten­cję swo­jego roz­mówcy.

- No taki nie­fart się wła­śnie przy­da­rzył. Zależy mi, żeby się zna­la­zło.

- Popy­tam. O któ­rej chcesz przy­je­chać?

- Jak ci pasuje. - Miecz­kow­ski nie robił pro­ble­mów logi­stycz­nych.

- Zamy­kam o osiem­na­stej trzy­dzie­ści. Naj­pro­ściej będzie poga­dać u mnie.

- Będę. Na­dal lubisz whi­sky?

- Ja lubię, ale mój kar­dio­log kazał mi co innego polu­bić. Mam butelkę dobrego wina. Musi wystar­czyć.

- Do zoba­cze­nia - poże­gnał się komi­sarz.

Jerzy Fojt wes­tchnął ciężko, nasu­nął oku­lary na nos i prze­szedł do kom­pu­tera sto­ją­cego w kącie wiel­kiego pomiesz­cze­nia, któ­rego ściany nie­mal w cało­ści pokry­wały obrazy, two­rząc prze­piękną mozaikę barw. Mar­szand korzy­stał z urzą­dze­nia tylko w celach zawo­do­wych, głów­nie do for­mu­ło­wa­nia zło­żo­nych zapy­tań dla sztucz­nej inte­li­gen­cji. Tym razem jed­nak przej­rzał strony naj­więk­szych ser­wi­sów aukcyj­nych i uru­cho­mił z pen­drive'a osobny sys­tem ope­ra­cyjny, uży­wany przez niego wyłącz­nie do roz­mów zdal­nych z ludźmi, któ­rzy raczej stro­nili od tego typu kon­wer­sa­cji. Po chwili na ekra­nie poja­wił się Tele­gram, uru­cho­miony w tym­cza­so­wym śro­do­wi­sku Linuksa. Fojt otwo­rzył okna roz­mów ze swo­imi wie­lo­let­nimi zna­jo­mymi, wpi­sał pyta­nie do pierw­szego, po czym sko­pio­wał je i wkleił do pozo­sta­łych okie­nek.

"Cześć, nie masz nic nowego?".

Męż­czy­zna wes­tchnął po raz kolejny i pod­szedł do nie­no­wego już zestawu audio usta­wio­nego w dru­gim kącie wiel­kiego pokoju. Kom­po­zy­cje Bacha wypeł­niły prze­strzeń, pod­czas gdy gospo­darz przy­glą­dał się przez okno tury­stom na Rynku Głów­nym. Po kilku minu­tach przez muzykę prze­bił się dys­kretny dźwięk. Fojt zer­k­nął na ekran, na któ­rym migały powia­do­mie­nia z okien roz­mów.

"Mistrz powró­cił. Jakiś kamień z kate­dry jest, ale szary".

"Jedna zakładka, gdyby jakiś z gazety się tra­fił".

"Mam sto­jące dla kogoś, co chce do salonu. Nie­drogo".

"Kilka ład­nych zdo­bij­ków".

Fojt dosko­nale znał slan­gowe okre­śle­nia sta­rych han­dla­rzy dzieł sztuki. "Kamień" ozna­czał rzeźbę, "szary" dzieło umiar­ko­wa­nie ryzy­kowne w zaku­pie ze względu na nie­ja­sne pocho­dze­nie, "zakładka" z kolei odno­siła się do kopii ory­gi­nału - nie­ko­niecz­nie w kon­tek­ście han­dlu pod­ro­bio­nymi obra­zami. Nie­rzadko okre­śle­nia tego uży­wano do opisu dzieła mają­cego zastą­pić ory­gi­nał jedy­nie na czas trans­portu, w celu utrud­nie­nia poten­cjal­nej kra­dzieży. "Jakiś z gazety" ozna­czał ni mniej, ni wię­cej laika, który chce nabyć dzieło, "sto­jące" insta­la­cję lub rzeźbę, zaś "zdo­bijki" - mało war­to­ściowe dzieła kupo­wane w celu ozdo­bie­nia wnętrz.

Kra­kow­ski mar­szand odsu­nął sfa­ty­go­wany fotel od biurka i wpi­sał tę samą wia­do­mość do kole­gów i kole­ża­nek: "Coś czer­wo­nego?". Tym razem miał na myśli dzieło wysoce ryzy­kowne w zaku­pie ze względu na oczy­wi­ste nie­le­galne pocho­dze­nie, domy­ślał się bowiem, że wła­śnie w tej spra­wie dzwo­nił do niego komi­sarz.

"Nic".

"Nie".

"Zero".

"Popy­tam".

Fojt wyłą­czył kom­pu­ter, wycią­gnął pen­drive'a z gniazda USB, po czym wrzu­cił go ponow­nie do szu­flady biurka. Pro­sta, acz­kol­wiek sku­teczna porada zaprzy­jaź­nio­nego infor­ma­tyka zapa­dła męż­czyź­nie w pamięć. Wszel­kie nośniki elek­tro­niczne, które mogą być użyte prze­ciwko nam, należy trzy­mać pod ręką, aby w razie nagłej potrzeby móc je łatwo znisz­czyć albo po pro­stu wyrzu­cić przez okno czy zgnieść pod butem. W 2026 roku wszel­kie elek­tro­niczne zabez­pie­cze­nia prze­gry­wały z fizycz­nym znisz­cze­niem nośnika danych, a przy­naj­mniej dawało to więk­szą szansę na bez­kar­ność.

Dźwięk domo­fonu prze­rwał Jerzemu Foj­towi to, co lubił naj­bar­dziej w swo­jej pracy, ale porzu­cił wiele lat temu w ramach zgni­łego kom­pro­misu zawar­tego z wów­czas pod­ko­mi­sa­rzem Miecz­kow­skim. W zamian za przy­mknię­cie przez niego oka na nie­le­galne trans­ak­cje męż­czy­zna bez więk­szych pro­ble­mów zdo­łał roz­krę­cić cał­ko­wi­cie legalny biz­nes w cen­trum Kra­kowa i cał­kiem dobrze z niego żyć.

Fojt pod­niósł się i porzu­ca­jąc na moment nie­zdrowe fan­ta­zje o han­dlu wspa­nia­łymi dzie­łami sztuki o szem­ra­nej pro­we­nien­cji, wpu­ścił do swo­jej pra­cowni i zara­zem sklepu ele­gancką blon­dynkę.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

- Przej­rza­łam opi­nie o panu w inter­ne­cie i nie ukry­wam, że robią wra­że­nie - ode­zwała się kobieta. - Dla­tego też chcia­ła­bym od pana kupić kilka obra­zów. Uprze­dzam, że na sztuce znam się tak jak na winie. Jeśli mi sma­kuje, uznaję, że jest dobre. Jestem kom­pletną igno­rantką, ale zara­zem miło­śniczką rze­czy pięk­nych - dodała z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią. - A nie chcia­ła­bym kupić byle czego.

- Pani podej­ście do sprawy mocno uła­twi nam współ­pracę. Zapra­szam. Napije się pani cze­goś? Kawa? Her­bata? Coś moc­niej­szego? Mam nie­złe czer­wone wino.

- To może popro­szę lampkę - odparła, zaj­mu­jąc miej­sce w jed­nym ze wska­za­nych przez gospo­da­rza foteli.

- Jeśli dobrze usły­sza­łem, inte­re­sują panią obrazy, nie rzeźby ani insta­la­cje? - Fojt spy­tał, mając wciąż w pamięci krótką, inter­ne­tową kon­wer­sa­cję z daw­nymi kole­gami i kole­żan­kami.

- Wła­ści­wie to nie mam żad­nych pre­fe­ren­cji - odpo­wie­działa z uśmie­chem, się­ga­jąc po smu­kły kie­li­szek z winem. - Nie chcę kupić tan­dety i to jest główne kry­te­rium. Liczę na pań­ski pro­fe­sjo­na­lizm i kore­pe­ty­cję z histo­rii sztuki.

- Posta­ram się pani nie zawieść. - Uniósł lekko swój kie­li­szek, a ona odwza­jem­niła jego gest.

Rozdział szósty

Nowa Słu­pia, klasz­tor, 1 sierp­nia 2026

Przez dzie­dzi­niec oka­la­jący zabu­do­wa­nia klasz­torne szedł wol­nym kro­kiem dyrek­tor Muzeum Przy­rod­ni­czego Świę­to­krzy­skiego Parku Naro­do­wego. Uwa­dze męż­czy­zny nie umknęła krzą­ta­nina przed wej­ściem do kaplicy Ole­śnic­kich.

- Szczęść Boże - przy­wi­tał się z bra­tem Micha­łem tra­dy­cyj­nym pozdro­wie­niem.

- Szczęść Boże - odparł zakon­nik i odszedł na moment od grupy śled­czych. - Wojtku, mogę ci zająć chwilę? Sprawa jest pilna, deli­katna i potwor­nie nie­zręczna - dodał szep­tem.

- Oczy­wi­ście. Co się stało? - spy­tał zacie­ka­wiony Woj­ciech Sumiń­ski i zer­k­nął w kie­runku grupy poli­cjan­tów w cywilu. Brat gestem popro­sił go, by wraz z nim pod­szedł do funk­cjo­na­riu­szy.

- Pano­wie, to pan Woj­ciech Sumiń­ski, dyrek­tor Muzeum Przy­rod­ni­czego, które mie­ści się w czę­ści zabu­do­wań klasz­tor­nych.

- Dzień dobry pań­stwu. No, już nie­długo, bra­cie Michale - zwró­cił się do zakon­nika. - Już nie­długo. Cały ten idio­tyczny kon­flikt nie­ba­wem dobie­gnie końca. - Nawią­zał tym samym do wie­lo­let­niego, ocie­ra­ją­cego się o poli­tykę sporu o grunty i zabu­do­wa­nia klasz­torne, który od lat toczył się mię­dzy admi­ni­stra­cją parku naro­do­wego a Kościo­łem. - Pań­stwo w spra­wie naszej prze­pro­wadzki i budowy w Nowej Słupi Cen­trum Edu­ka­cji?

- By­naj­mniej - zabrał głos komi­sarz Miecz­kow­ski, nie wyja­śnia­jąc jed­nak niczego.

- Pań­stwo są z poli­cji, Wojtku. W naszej kaplicy doszło nie­stety do kra­dzieży - powie­dział cicho brat Michał.

- Co ty mówisz? Co skra­dziono? - Męż­czy­zna odru­chowo zer­k­nął na zabu­do­wa­nia, w któ­rych znaj­do­wało się kie­ro­wane przez niego muzeum.

- Reli­kwiarz Krzyża Świę­tego. Wraz z reli­kwią.

- Jezu Chry­ste...

- Sam bym tego lepiej nie ujął. Pań­stwo chcie­liby przej­rzeć wasz moni­to­ring.

- Oczy­wi­ście, pro­szę za mną.

Sumiń­ski się­gnął do teczki po pęk klu­czy i bez­zwłocz­nie ruszył w stronę sta­rych drzwi, na któ­rych umiesz­czono infor­ma­cję, że eks­po­zy­cja muzeum jest nie­do­stępna dla zwie­dza­ją­cych do odwo­ła­nia.

Muze­alne wnę­trza nawet laikowi pozwa­lały bez pro­blemu stwier­dzić, że jedy­nie przy­pa­dek albo idio­tyczna decy­zja admi­ni­stra­cyjna, ewen­tu­al­nie brak jakiej­kol­wiek decy­zji, dopro­wa­dziły do tego, że muzeum przy­rod­ni­cze znaj­do­wało się w zabu­do­wa­niach klasz­tor­nych. Gabloty z licz­nymi eks­po­na­tami przed­sta­wia­ją­cymi prze­bo­gatą histo­rię natu­ralną ziemi świę­to­krzy­skiej usta­wiono w pomiesz­cze­niach cał­ko­wi­cie się do tego nie­na­da­ją­cych. Wąskie kory­ta­rze, okrą­głe sale, kamienne mury i łuko­wate skle­pie­nia zda­wały się bar­dziej przy­cią­gać uwagę gości niż zawar­tość gablot. Wszech­obecny mrok i wyraź­nie wyczu­walna w powie­trzu wil­goć dopeł­niały obrazu urzęd­ni­czej głu­poty.

- Kto wpadł na pomysł urzą­dza­nia tu muzeum? - sko­men­to­wał komi­sarz Miecz­kow­ski pyta­niem na poły reto­rycz­nym.

- Długo by opo­wia­dać - wes­tchnął Sumiń­ski, otwie­ra­jąc kolejne drzwi. - Zapra­szam. Wygląda na to, że nic nie zgi­nęło - dodał, roz­glą­da­jąc się uważ­nie po swoim gabi­ne­cie.

Jeden pro­blem mniej, pomy­ślała aspi­rant Miecz­kow­ska, która dosko­nale pamię­tała z dzie­ciń­stwa wszyst­kie te pomiesz­cze­nia. Jako miej­scowa odbyła kilka obo­wiąz­ko­wych wycie­czek szkol­nych zarówno do klasz­toru, jak i muzeum przy­rod­ni­czego, po czym ni­gdy tu nie wró­ciła - podob­nie jak więk­szość War­sza­wia­ków, któ­rzy taras wido­kowy w Pałacu Kul­tury i Nauki pamię­tali jak przez mgłę z wycie­czek kla­so­wych. Jedyna róż­nica, jaką poli­cjantka zauwa­żyła, pole­gała na tym, że kilka gablot stało w innym miej­scu niż przed laty, a gdzie­nie­gdzie poja­wiły się wiel­kie ekrany, które w ogóle nie paso­wały do wie­ko­wych murów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki