Święta kradzież - Klaudiusz Szymańczak

Reflow text when sidebars are open.
Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych, Warszawa, 6 lipca 2026
Doktor Kenta Suzuki rozpoczynał dzień pracy na uczelni od tego samego rytuału, który od lat niezmiennie kultywował. Z właściwym Japończykom zamiłowaniem do dbałości o najdrobniejszy szczegół przygotował swoją ulubioną herbatę i w spokoju delektował się aromatycznym naparem. Minutowa wskazówka zegara wiszącego na ścianie gabinetu naukowca dotarła na szczyt tarczy i wskazała równo ósmą. Pierwsze zajęcia ze studentami kognitywistyki doktor Suzuki zaczynał o dziesiątej. Dwie godziny pozostałe do wykładów planował spędzić na pracy nad projektem swojego życia, który zdawał się mieć nie tylko olbrzymi potencjał naukowy, ale również komercyjny. Opracowane przez doktora urządzenie elektroniczne, sterowane przez sztuczną inteligencję i podłączone do mózgu człowieka, pozwalało w błyskawiczny sposób rozwiązać problemy osób chorych na depresję, padaczkę czy zmagających się z uzależnieniami. Badania nad tego typu sprzętem prowadzono już od wielu lat, a urządzenie doktora Kenta Suzuki można było uznać za zwieńczenie starań całego zespołu.
Mężczyzna wpatrywał się w wielki ekran monitora i analizował wyświetlone na nim dane pochodzące z badań klinicznych pacjentów. Upewniwszy się, że zgadzają się z założeniami przyjętymi podczas symulacji komputerowych, sięgnął po filiżankę z resztką herbaty i wypowiedział po cichu japońskie przysłowie:
- Nanakorobi yaoki...1
Kilka minut później wydrukował dokument i schował go do nowoczesnego plecaka zamykanego na zamek szyfrowy. Zerknął na zegar i wyszedł z gabinetu. Skierował się do dziekanatu uczelni i cicho zapukał do drzwi.
- Proszę... - Damski głos zaprosił go do środka. - Jest pan, doktorze, jedynym wykładowcą na tej uczelni, który puka i czeka na zaproszenie. Wszyscy inni pukają i wchodzą. Tylko studenci czekają na korytarzu, aż powiem "proszę". - Pracownica dziekanatu z uśmiechem powitała japońskiego naukowca pracującego na polskiej uczelni.
- To dobrze czy źle? - spytał po polsku z silnym akcentem.
- Raczej dobrze, panie doktorze. W czym mogę pomóc?
- Szukam pani doktor Pauliny Piskorskiej. Próbowałem się do niej dodzwonić, ale chyba ma wyłączony telefon. - Mężczyzna wyjaśnił cel wizyty niemalże szeptem, by dać do zrozumienia, że nie bardzo wie, w jaki sposób znaleźć koleżankę z pracy, i nieco go to krępuje.
- To coś pilnego, doktorze Suzuki?
- Obawiam się, że tak. - Japończyk co prawda z wyraźnym akcentem, ale jednak bezbłędnie posługiwał się językiem polskim.
- Doktor Piskorska jest na urlopie, ale zawsze w takiej sytuacji zostawia mi wytyczne co do tego, kto i jak mógłby się z nią skontaktować na jej prywatny numer. Pan jest na tej liście, doktorze - wyjaśniła kobieta, zniżając głos, jak gdyby ujawniała właśnie tajemnice państwowe, po czym sięgnęła po notes do szuflady i przepisała numer na karteczkę.
- Dziękuję pani. - Naukowiec pochylił głowę i złożył otrzymaną karteczkę na pół, po czym wsunął ją do kieszeni marynarki. - Do widzenia.
- Doktorze... - Sekretarka dziekanatu zatrzymała go przy drzwiach. - Pan dobrze zna doktor Piskorską? Miał pan okazję spotkać się z nią poza uczelnią?
- Nie.
- To proszę się niczemu nie dziwić. To bardzo sympatyczna i wybitna osoba, ale równie ekscentryczna.
- Zapamiętam. Dziękuję ponownie.
Już na korytarzu przepisał numer do telefonu, podarł kawałek papieru na drobne kawałki i wyrzucił do kosza. Zerknął jeszcze na zegarek i szybkim krokiem ruszył w kierunku sali wykładowej, pisząc jednocześnie wiadomość do Pauliny Piskorskiej.
Doktor Suzuki prowadził wykład ze studentami, ale pozostawał dużo bardziej rozkojarzony niż zazwyczaj. Panowanie nad emocjami było mocno zakorzenione w jego kulturze, podobnie jak etos pracy, którą naukowiec wykonywał zawsze z najwyższą starannością. Tym razem jednak trudno było mu skupić się na wykładzie. Kiedy na ekranie smartfona pojawiło się powiadomienie o wiadomości od doktor Piskorskiej, zarządził przerwę i niezwłocznie wybrał numer koleżanki.
- Witam kolegę. - W słuchawce rozległ się znajomy głos. - Skoro dzwonisz na ten numer, to znaczy, że pani Ela z dziekanatu wdrożyła protokół do spraw nagłych.
- Dzień dobry, na to wygląda. Przepraszam, że cię niepokoję na urlopie, ale muszę się z tobą pilnie skonsultować. Czy to możliwe dzisiaj? - Nienaganny polski Japończyka brzmiał aż nienaturalnie, jego rozmówczyni jednak tego nie skomentowała.
- W Warszawie jestem do jutra. Za godzinę będę miała jakieś dwie godziny wolne. Dasz radę przyjechać na Mokotów?
- Jasne. Skończę wykład wcześniej i będę na miejscu. Powiedz mi tylko gdzie.
- Puławska dwieście dwadzieścia. Jak będziesz na miejscu, dzwoń na ten numer.
- Oczywiście. - Suzuki rozłączył się, nie chcąc zabierać czasu koleżance i tracić swojego.
Drugą część wykładu zakończył kilka minut wcześniej, niż wynikało to z planu zajęć. Wykładowca przeprosił studentów tak uprzejmie, jak nigdy nie zdarzało się to jego polskim kolegom po fachu, po czym chwycił plecak i szybkim krokiem wyszedł przed siedzibę uczelni, skąd odjechał taksówką w kierunku Mokotowa.
Pod adresem podanym przez doktor Piskorską trafił na coś, czego zupełnie nie spodziewał. Elegancki i nierzucający się w oczy szyld informował, że na Puławskiej 220 mieści się studio tańca pole dance. Nieco zdezorientowany Suzuki sięgnął po telefon i zadzwonił do koleżanki, a ta zaprosiła go do środka. Ciekawość wzięła górę nad konfuzją i naukowiec wszedł do budynku niepewnym krokiem.
Recepcjonistka przywitała gościa szerokim uśmiechem i przez dłuższą chwilę przyglądała mu się z takim samym zdumieniem, z jakim on obserwował ją. Kobieta za wysokim blatem recepcyjnym przykuwała uwagę niezwykłą urodą, podczas gdy on wzbudzał jej zainteresowanie całkowitą nieadekwatnością swojej fizjonomii i aparycji względem miejsca, w którym przebywał. Drobnej budowy Azjata w eleganckich okularach i doskonale skrojonym garniturze nijak nie pasował do szkoły tańca pełnej na wpół roznegliżowanych kobiet, które w jakiś niepojęty dla laika sposób wygrywały właśnie z grawitacją, wykonując akrobacje na metalowych rurach ustawionych w dużej sali tanecznej.
- W czym mogę pomóc? - Recepcjonistka w końcu przerwała niezręczną ciszę.
- Proszę pani, moja znajoma umówiła się tu ze mną. Nazywa się... - zaczął nieśmiało Suzuki, ale w tej samej chwili przerwał mu znajomy głos.
- Cześć Kenta.
- Cześć... - Odwrócił się w kierunku Piskorskiej i z niemałym trudem próbował ukryć zdziwienie.
Kobieta, którą widywał co jakiś czas na uczelni w roli wykładowczyni akademickiej, stała teraz przed nim w skąpym stroju sportowym i butach na mniej więcej dwudziestocentymetrowej platformie z dodatkowym kilkucentymetrowym obcasem. Samo chodzenie w tym obuwiu wydawało się ekwilibrystyką, taniec zaś jawił się już jako czyn absolutnie niewykonalny. Nie to jednak robiło największe wrażenie na doktorze. Skromny strój sportowy, który więcej odsłaniał, niż zasłaniał, eksponował idealnie umięśnione, lecz zarazem smukłe i szczupłe ciało. Kobiety o takich proporcjach oglądał jedynie w japońskich komiksach, kiedy był młodym chłopakiem. Tam bowiem można było zobaczyć surrealistyczną wręcz damską sylwetkę z nienaturalnie długimi nogami i jednocześnie wydatnym biustem. Doktor Suzuki miał wrażenie, że patrzy na posąg, a nie na żywą kobietę. W pośpiechu szukał w głowie polskich słów, które nie zabrzmiałyby ani prostacko, ani zbyt poufale. Nie mógł bowiem dłużej udawać, że nie widzi tego, na co patrzy.
- Przepraszam, że w takim stroju, Kenta, ale dopiero skończyłam trening. Daj mi minutę i zaraz pogadamy. - Kobieta podeszła do kolegi, uścisnęła mu dłoń, jakby chciała wyrwać go z osłupienia, i skierowała się do szatni sąsiadującej z salą taneczną.
Suzuki powoli wypuścił powietrze ustami, czując, że nawet jego kulturowy, japoński background na niewiele się zdał w starciu z urodą koleżanki. Po kilku minutach w drzwiach pojawiła się doktor Piskorska w idealnie dopasowanych jeansach, białej bluzce i czarnej marynarce.
- Tu niedaleko jest fajna kawiarnia, mają też dobrą herbatę. Wiem, że za kawą nie przepadasz. A na sushi nie mam odwagi cię nigdzie w tym kraju zapraszać.
- W Warszawie można zjeść dobre sushi. Nie trzeba lecieć do Tokio. Tylko musisz wiedzieć, gdzie pójść. Tego z Żabki nie polecam. - Ostatnie zdanie, wypowiedziane przez rodowitego Japończyka mieszkającego w Warszawie, rozbawiło nie tylko jego rozmówczynię, ale również mimowolnie przysłuchującą się rozmowie recepcjonistkę.
Para naukowców opuściła studio tańca i ruszyła wzdłuż ulicy Puławskiej w kierunku wskazanym przez Paulinę Piskorską. Po kilku minutach marszu zniknęli za drzwiami niepozornej kawiarni.
Lokal nie zrobił na nim większego wrażenia. Zaledwie kilka czarnych stolików i czerwonych krzeseł, dwa stare stoły i równie wiekowy kredens, przerobiony w wyjątkowo zręczny sposób tak, że tworzył dość osobliwy kontuar upstrzony stosami filiżanek, imbryków, spodków i niepasującą zupełnie do niczego kasą fiskalną.
- Siadaj, Kenta, a ja zamówię coś do picia. Dla ciebie tradycyjnie zielona herbata?
- Poproszę - odparł niemal szeptem i przyglądał się uważnie wnętrzu, które urządzono, starając się hołdować zasadzie minimalizmu, niebezpiecznie blisko sąsiadującej w tym przypadku z eklektyzmem. Pomimo małej liczby mebli w pomieszczeniu znajdowało się sporo całkowicie zbędnych przedmiotów. W zamyśle projektanta miały zapewne pełnić funkcję ozdobną, jednak wyczulone na każdy szczegół zmysły Japończyka widziały w tym wszystkim zwykły bałagan.
- Zaraz będą kawa i herbata. To mów, co cię przycisnęło, że mnie na urlopie znalazłeś - odezwała się cicho do kolegi Piskorska, czując, że ten przyszedł do niej ze sprawą, która wymaga dyskrecji.
- Widzisz, analizowałem wyniki działania tego modelu AI, który chciałem zaimplementować do mojego urządzenia, i spójrz... - Doktor sięgnął po swój plecak, otworzył zamek szyfrowy, po czym podał dokumenty koleżance.
- Hmm... znając ciebie, sprawdziłeś to dwa razy. - Piskorska otworzyła papierową teczkę z wynikami badań.
- Cztery - sprostował, uśmiechając się jednocześnie do kelnerki, która podeszła z tacą zastawioną filiżankami.
- Jeśli ten model faktycznie tak dobrze steruje tym urządzeniem, to wiesz, co to oznacza? - spytała Piskorska, patrząc koledze w oczy i sącząc kawę.
- Że mamy fajny wynalazek. - Suzuki upił łyk herbaty. - O cholera... doskonała.
- Wiem. Lepszej kawy i herbaty w Warszawie nie znajdziesz. Tyle tylko, Kenta, że te twoje badania nie oznaczają jedynie tego, że mamy fajny wynalazek.
- A co jeszcze?
- Przede wszystkim można to opublikować w bardzo wysoko punktowanych czasopismach. Jeśli to, co tu piszesz, potwierdzi się w praktyce, nie zdziwię się, gdy za parę lat dadzą ci Nobla... - dodała szeptem, odstawiając filiżankę.
- Nie sądzę - odparł. - A nawet gdyby do tego doszło, nie mnie jedynemu by się należał, Paulino. - Japończyk uśmiechnął się dyskretnie w typowy dla swojej nacji sposób.
Nowa Słupia i okolice, 1 sierpnia 2026
Świt nad Puszczą Świętokrzyską miał rozprawić się z nocą otulającą pradawny las dopiero za dwa kwadranse. Na razie drzemał gdzieś za widnokręgiem, gdy po nierównych kamiennych schodach sunęła w dół smukła męska sylwetka. Ubrany w sportowy, czarny strój młody człowiek pokonywał kolejne stopnie, oddalając się od klasztoru i przybliżając się do leżącej kilkaset metrów niżej Nowej Słupi.
Małe świętokrzyskie miasteczko u podnóża Łysej Góry, nazywanej również Świętym Krzyżem, jeszcze długo miało się nie obudzić. Jego centralną część stanowiły rynek oraz droga wojewódzka numer 756, która przecinała rynek i przy której stały ciasno jeden obok drugiego niskie budynki. Na miano jedynego wysokiego zasługiwał kościół św. Wawrzyńca. Siedemnastowieczna świątynia była też prawdopodobnie najładniejszym obiektem architektonicznym w Nowej Słupi. Większość stojących tu budynków stanowił bowiem zlepek różnokolorowych, jednopiętrowych budowli wzniesionych bez jakiegokolwiek poczucia stylu. Paradoksalnie to te najstarsze, ledwie już stojące domy wyglądały najbardziej spójnie architektonicznie w kontekście wielowiekowej historii miasteczka.
Ciszę spowijającą rynek przerywały jedynie odgłosy owadów i ptaków rozpoczynających dzień wraz ze wschodem słońca. Minutę po piątej zakłóciło ją jednak klekotanie silnika diesla małego dostawczego Renault. Auto wyjechało spomiędzy ciasno ustawionych budynków i skierowało się na zachód w kierunku Kielc. Gdy zniknęło w oddali, na kilkanaście minut do miasteczka wróciła cisza przeplatana odgłosami natury.
Dokładnie w tym samym czasie, jakieś trzysta metrów wyżej, kolejny dzień rozpoczynali Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Wschód słońca oglądany z klasztoru położonego na wysokości niemalże sześciuset metrów nad poziomem morza, ponad koronami drzew Puszczy Świętokrzyskiej, był czymś, czego nigdy nie miało się dość. Nawet jeśli oglądało się go codziennie rano. Jutrznia w kaplicy klasztornej miała się zacząć dopiero za pół godziny. Brat Michał, jak większość mnichów, rozpoczynał dzień od osobistej modlitwy. Jedyne, co odróżniało go od pozostałych braci, to to, że bez względu na pogodę zawsze odmawiał pierwszą modlitwę dnia na zewnątrz. Czarna sutanna zakonnika załopotała cicho na wietrze, gdy mężczyzna wyszedł z klasztoru. Słońce wstawało nad puszczą, barwiąc niebo na jasnoróżowo. Duchowny przeszedł do wschodniej części wielkiego, otoczonego kamiennym murem podwórza wokół klasztoru i zamknął oczy, wystawiając twarz na nieśmiałe jeszcze promienie. Ten sam rytuał powtarzał każdego dnia w roku, bez względu na temperaturę panującą na zewnątrz. Starał się wstawać wcześniej niż jego współbracia, aby móc w samotności kontemplować wschód słońca. Jako człowiek wykształcony w naukach ścisłych doskonale rozumiał mechanizmy rządzące przyrodą, co wcale nie przeszkadzało mu niemal w każdym aspekcie życia widzieć obecność Boga. Tak jak miało to miejsce teraz, gdy różowa tarcza słońca na dobre wychyliła się zza ciemnozielonego oceanu drzew. Ciche słowa sączyły się z jego ust: "Przyjdź, Duchu Święty, a przed Twoją miłością ustąpią nasze pyszne ambicje. Przyjdź, Duchu Święty, dniem dzisiejszym kieruj i rządź. Bądź z nami i niech wszystko dzisiaj będzie dobre i nowe. Amen".
Po odmówieniu krótkiej modlitwy porannej brat Michał przeszedł do właściwej części swojego porannego rytuału. Lata praktyki pozwalały mu na kilka drobnych minut uwolnić umysł od wszelkich myśli. Był to wynik raczej niemożliwy do osiągnięcia dla przeciętnej osoby, zwłaszcza żyjącej w 2026 roku. Mnogość bodźców bombardujących współczesnego człowieka osiągała obecnie apogeum. Tego ranka jednak medytację zakłóciło zdarzenie, którego ten niespełna czterdziestoletni zakonnik miał nie zapomnieć do końca swoich dni.
Z kaplicy Oleśnickich wybiegł na podwórze brat Szczepan, który doskonale wiedział o tym, że o tej porze we wschodniej części kompleksu klasztornego zawsze można znaleźć brata Michała. Jeden z młodszych i mniej doświadczonych zakonników biegł ile sił w nogach ku starszemu koledze.
- Relikwia... - wydyszał, zatrzymując się przed nim. - Ukradli relikwię...
Brat Michał wziął głęboki oddech i na chwilę zamknął oczy. Wyszeptał krótką modlitwę, po czym przeżegnał się i spoglądając na rozjaśniające się niebo nad Górami Świętokrzyskimi, wypowiedział na głos słowa z Biblii:
- "I słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc stał się jak krew"2.
Komisariat Policji w Bodzentynie, 1 sierpnia 2026
Aspirant Joanna Mieczkowska pojawiła się w swojej jednostce ponad dwie godziny wcześniej, niż powinna. Codziennie przed służbą przebiegała kilka kilometrów. Jako pełniąca obowiązki komendanta miała w miarę regularne godziny pracy, rozpoczynające się oficjalnie o ósmej rano. Jeśli jednak służba w tutejszym komisariacie wymagała nadgodzin, wolała przyjść do pracy o świcie niż wychodzić po zmierzchu, czego nie znosiła jako osoba starająca się dbać o formę zarówno fizyczną, jak i psychiczną.
- Jak noc? - zwróciła się do sierżanta drzemiącego w dyżurce.
- Dzień dobry... Co tak wcześnie dziś? - odpowiedział Włodek pytaniem na pytanie.
- Papiery czekają. Ktoś musi przygotować statystyki wykrywalności w sprawach o uszkodzenie mienia albo ciała - odparła z przekąsem i zerknęła w notatki dyżurnego.
- Jakaś bijatyka na Spółdzielczej w Rudkach. Nic więcej - wyjaśnił i wstał zza biurka. - Kawy, szefowo?
- Poproszę, nie zdążyłam wypić rano.
Telefon w dyżurce zadzwonił dokładnie w chwili, gdy aspirant Mieczkowska poczuła w dłoniach ciepło kubka z kawą. Sierżant odebrał połączenie i przez chwilę w milczeniu wsłuchiwał się w spokojny głos przekazujący mu najbardziej niepokojące wieści, jakie słyszał w swojej niekrótkiej policyjnej karierze.
- Rozumiem, proszę niczego nie ruszać... Zaraz kogoś tam wyślemy - wyrecytował formułkę, którą powtarzał już tysiące razy, i odłożył słuchawkę.
- Co tam pierdolnęło? - spytała aspirant, upiwszy łyk taniej, choć wcale nie takiej złej kawy.
- Ukradli relikwię na Świętym Krzyżu... - wyszeptał tak cicho, jak gdyby bał się wyroku Sądu Ostatecznego.
- Jaja sobie robisz? - Mieczkowska gwałtownie odstawiła kubek i przez dłuższą chwilę przyglądała się swojemu podwładnemu, którego twarz jakby zastygła.
- Dzwonili z klasztoru - powiedział Włodek całkiem poważnie. - Trzeba tam wysłać radiowóz.
- Wywołaj chłopaków. Mają tu zaraz być, ale żadnych kogutów i syren. Siedźcie wszyscy cicho. To rozkaz.
Komendant jednym haustem dopiła kawę, zamknęła się w swoim gabinecie i sięgnęła po telefon.
- Chryste... Aśka, pomyliłem tygodnie, jak chodzi o Kingę, czy coś pierdolnęło w robocie? - Głos wyraźnie zaspanego byłego męża aspirant Joanny Mieczkowskiej zabrzmiał w słuchawce.
- Paweł, weź kilku najlepszych ludzi, jakich masz w Kielcach, i przyjedź natychmiast do mnie na komisariat. Tylko dyskretnie. Mam tu coś, na co jestem za cienka. Nie chcę mówić przez telefon.
- Jadę. Nie ruszaj się stamtąd. - Komisarz Paweł Mieczkowski wyskoczył z łóżka i włożył wiszące na oparciu krzesła jasnoniebieskie jeansy oraz białą bluzę z kapturem. Dotknął dłonią ramienia śpiącej obok obecnej żony i poczekał chwilę, aż ta się obudzi.
- Muszę jechać do pracy - wyszeptał.
- Co się stało? - spytała zaniepokojona.
- Jeszcze nie wiem, ale dzwonili z komendy. Muszę jechać. Edyta, miej oko na Kingę, nie chcę jej niepokoić - poprosił i ucałował żonę, po czym wyszedł z domu.
Około pół godziny później trzy cywilne samochody pojawiły się przed komisariatem w Bodzentynie i zahamowały z piskiem opon. Aspirant Joanna Mieczkowska stała już na zewnątrz, upychając pod wargą saszetkę z nikotyną.
- Mówiłem ci, żebyś rzuciła to gówno, Aśka. - Były mąż przywitał ją upomnieniem.
- Na razie fajki rzuciłam. Przyjdzie pora, że pozbędę się tego nawyku na dobre - odparła.
- To nie jest nawyk, tylko to drugie. Też na "n" zresztą. Co jest grane? - Komisarz uciął dawne małżeńskie spory.
- Mieliśmy telefon z klasztoru Oblatów na Świętym Krzyżu. Ktoś ukradł relikwiarz z relikwią Krzyża Świętego.
- Co? Po chuj to komu?
- Cały ty - Joanna zaśmiała się cicho. - Kilku rzeczy naprawdę w tobie nie znoszę, ale twój chłodny osąd wydarzeń czasami potrafi uspokoić sytuację. - Spojrzała na niego uważnie. - Paweł, czy ty masz pojęcie, czym jest ta relikwia?
- Wiesz przecież, jaki mam stosunek do kościoła i religii i że nie jestem stąd.
- To fragmenty krzyża, na którym ukrzyżowano Chrystusa - wyjaśniła. - Dla ludzi wierzących jest tym samym, czym dla ciebie byłby puchar Ligi Mistrzów dla Legii Warszawa.
- No, teraz mówisz moim językiem - mruknął z uznaniem. - Rozumiem, że trzeba tam pojechać i ogarnąć ten bałagan?
- Tak, ale... Paweł, rozumiesz, jaki to jest kaliber sprawy? Mieszkamy, kurwa, w Polsce.
- Nie lubię się po nie swoich jajach drapać, kochani, więc spytam wprost - odezwał się jeden z kolegów komisarza, podchodząc do Mieczkowskich. - Gadacie o sprawach prywatnych czy może o tym, dlaczego przyjechaliśmy tu na wolnym i o świcie? Bo jak o sprawach prywatnych, to pójdę się kawy napić w komisariacie. A jak o tym drugim, to wolałbym jak najszybciej zacząć - dodał, przecierając zaspane oczy.
- Skradziono relikwię Krzyża Świętego w klasztorze - powiedziała Joanna i tym razem efekt był zgoła odmienny.
- Ja pierdolę... - Zaspany dotychczas śledczy poczuł nagle, że kawa nie będzie mu potrzebna. - Jeszcze mi powiedz, że jakiś profesor od symboli napisał o tym książkę, a da Vinci to kiedyś namalował.
- Nic mi nie wiadomo o żadnym profesorze ani o malowidłach, ale...
- Ale lepiej tam jedźmy jak najszybciej, zanim wszystkie telewizje Europy się tam pojawią - dokończył zdanie policjant za Joannę i wrócił do auta.
- To na serio aż taka heca może być? - spytał komisarz, idąc za nim.
- Kurwa, sam jesteś heca, Paweł. Jedziemy.
Łysa Góra, 1 sierpnia 2026
Kilkoro rodzimowierców pakowało plecaki po zakończonej porannej kontemplacji wschodu słońca. Patrzyli na ten codzienny spektakl astronomiczny z takim samym podziwem, jaki towarzyszył każdego ranka bratu Michałowi z zakonu Oblatów na Świętym Krzyżu. Nawet widzieli w nim to samo, choć zupełnie inaczej to nazywali. Dla wyznawców pradawnych słowiańskich wierzeń słońce było okiem Swarożyca albo po prostu twarzą Boga. Dla zakonnika wschody i zachody słońca były poparciem jego ulubionego argumentu za istnieniem Boga. Ten bowiem mówił, że obiektywne piękno świata - jego proporcja, jedność i blask - nie może być przypadkowe, lecz wymaga ostatecznego Źródła Piękna, czyli Boga.
- Zabraliście wszystko? - zwrócił się do swoich współwyznawców nieformalny lider grupy. - Nie zostawiamy żadnych śmieci. Jeśli znajdziecie jakieś nie nasze, to też zabierzcie.
- Tak jest, wodzu. - Ewa, jedna z uczestniczek porannej wyprawy medytacyjnej, posłusznie podniosła papierek ze skalistego podłoża.
- Nabijasz się ze mnie? - spytał z uśmiechem Wojtek.
- Trochę, ale wszyscy wiedzą, że jak chodzi o przyrodę, nie ma z tobą żartów.
- Pełna zgoda. No dobrze, kochani, pora wracać do świata obłudy i nihilizmu. Jeśli macie czas, zapraszam na kanapki z serem - zwrócił się do pozostałych, zarzucając na ramię stary plecak.
- Jesz ser? - rzucił jeden z mężczyzn, nieco zdumionym głosem.
- Jajka też. Jestem wegetarianinem, nie weganinem. Nie musisz mordować kur i krów na masową skalę, żeby mieć ser i jajka.
- Żeby mieć ser, musisz więzić i eksploatować krowy na masową skalę - skomentowała Ewa.
- Owszem, ale widzę różnicę między podbieraniem jajek kurom i krowom mleka a zarzynaniem ich. Od lat kupuję jajka od miejscowych rolników, których kury łażą po podwórku, a nie siedzą całe życie w klatkach.
- W Warszawie trochę trudno znaleźć takich rolników.
- Mogę dać ci kilka adresów pod Warszawą. Nie jestem wariatem, Ewa. Wiem, że ludzie muszą jakoś żyć, zarabiać i płacić rachunki i nie każdy ma taki luksus jak ja, że może sobie codziennie chodzić po górach i nie zdechnie z głodu. Poza tym nie jestem zwolennikiem przymuszania ludzi do zmian. Wolę pokazywać alternatywy i pozwalać im samym zdecydować. Takie zmiany są zazwyczaj trwalsze - wyjaśnił Wojtek już zupełnie poważnie i sięgnął do plecaka po zawinięte w papier kanapki.
Większość uczestników skorzystała z jego oferty gastronomicznej i przez chwilę cała grupa szła w milczeniu drogą prowadzącą w dół z Łysicy.
- Czytałam trochę o obrzędach letnich. Kiedy organizujecie coś w nocy? - spytała Ewa, nie kryjąc typowego dla nowicjuszy podekscytowania.
- Liczysz na seans czarnej magii i latanie na miotłach? - rzucił półżartem.
- Daj spokój. Po prostu taka nocna impreza w górach wydaje mi się jeszcze ciekawsza niż oglądanie wschodu słońca. Który jest magiczny, ale... noc to noc.
- Akurat w sierpniu sporo się dzieje. Rodzimy Kościół Polski organizuje wtedy w jednym z chramów główne święto miesiąca, często z publicznym obrzędem, po którym następuje biesiadne spotkanie. W praktyce oznacza to składanie ofiar z chleba, zboża, miodu, mleka, owoców, śpiewanie pieśni pochwalnych, libację oraz wspólny obiad.
- Libację, mówisz? - dopytała zaciekawiona.
- Libacja i składanie ofiar zawsze wszystkich najbardziej interesują. - Wojtek uśmiechnął się szeroko. - Libacja w tradycji rodzimowierczej zwykle polega na wylaniu małej ilości miodu, piwa, wina, wody czy mleka na ziemię, w ogień, do wody albo przed wizerunek bóstwa. Żadnych orgii ani palenia dziewic na stosie.
- Kto by chciał palić dziewice na stosie? Stare baby to rozumiem - zażartowała Ewa, wywołując salwy śmiechu wśród towarzyszy wyprawy.
- Ciekawe, że tego określenia użyłaś. Słowo "baba" podobno pierwotnie oznaczało po prostu dojrzałą kobietę albo matkę matki. Z czasem nabrało znaczenia negatywnego. Jest taka teoria, że stało się tak dlatego, iż w przeszłości kobiety rzadko dożywały sędziwego wieku ze względu na wysoką śmiertelność przy porodach. Jak któraś dożyła starości, była podejrzana.
- Laski to jednak miały przejebane kiedyś.
- Do dziś nie jest różowo - zauważył Wojtek. - Największe religie świata w dużej mierze traktowały kobiety w podobny sposób. To są wieki dyskryminacji. W słowiańskim rodzimowierstwie raczej podkreślało się symbolicznie "świętą" - zamarkował w powietrzu palcami cudzysłów - rolę kobiet, szczególnie jako nosicielek życia, opiekunek rodu i ziemi. Najciekawsze jest to, że dopuszczano je także do pewnych funkcji kapłańskich, chociaż oczywiście zdecydowaną większość z nich pełnili mężczyźni. Żercy to kapłani ofiarnicy, czyli tacy goście, co składają ofiary. Nie ma tutaj jednak żadnych skrajności: ani w stronę feminizmu, ani jakiegoś przedmiotowego traktowania kobiet.
- Czyli dobrze trafiłam, przychodząc do was - skomentowała Ewa i w tej samej chwili w jej kieszeni rozdzwonił się smartfon. - Czym jest chram?
- Taka... rodzimowiercza świątynia. Odbierz, pewnie kierat wzywa - dodał Wojtek, wchodząc właśnie na parking u podnóża góry.
Ewa odeszła kilka kroków od grupy i przez moment rozmawiała przez telefon po angielsku. Jej mina sugerowała, że to coś naprawdę ważnego.
- Wszystko okej? - spytał jeden ze znajomych, gdy już się rozłączyła.
- Tak, ale muszę dziś wracać do Warszawy - odpowiedziała półgłosem.
- Nie to, żebym był wścibski, ale... co ty właściwie robisz na co dzień?
- Pracuję w szpitalu jako pielęgniarka i dodatkowo kończę neurobiologię.
Wojtek zerknął na nią. Wyraźnie była poruszona.
- Coś się stało? - rzucił.
- Moja pacjentka umarła.
Zebrani wokół niej współwyznawcy westchnęli niemal chórem i podeszli do koleżanki, próbując ją pocieszyć.
- Cholera... - odezwała się Ewa po dłuższej chwili milczenia. - Niby wiedziałam, że to kwestia czasu, ale kiedy już ten czas nadejdzie, jest do dupy.
- Ile miała lat? - spytał Wojtek szczerze zaciekawiony.
- Siedemdziesiąt osiem. Swoje babka przeżyła, ale końcówka tego życia była naprawdę nieznośna. Cierpiała na zaawansowanego Parkinsona. Śmierć chyba czasem może być wybawieniem. Może to nie są takie złe wieści, jak mi się wydawało. - Uśmiechnęła się smutno.
kaplica Oleśnickich, Święty Krzyż, 1 sierpnia 2026
Grupa policjantów z aspirant Mieczkowską na czele pojawiła się na miejscu przestępstwa kilka minut przed siódmą rano. Wszyscy funkcjonariusze byli stąd, z wyjątkiem jednego aspiranta, który w tych okolicach mieszkał dopiero od kilku lat, jednak żadne z nich nie mogło się oprzeć urokowi świątyni. Z zewnątrz kompleks klasztorny wyglądał jak wiele podobnych obiektów sakralnych w Polsce. Jego lokalizacja była co prawda niecodzienna, jako że świątynię i klasztor wzniesiono na szczycie góry, jednak nie tylko to robiło na zwiedzających największe wrażenie. Wnętrze kaplicy Oleśnickich, gdzie przechowywano relikwie Krzyża Świętego, nie odbiegało poziomem sztuki sakralnej od tego, co można zobaczyć w najwspanialszych świątyniach Europy. Bogato zdobione kopułowe sklepienie przykuło uwagę funkcjonariuszy na dłuższą chwilę.
- Nigdy tu nie byłem, ale nawet dla mnie, antychrysta, jest to coś oszałamiającego... - wyszeptał komisarz Mieczkowski, nie chcąc zakłócać idealnej ciszy wypełniającej kaplicę.
Chwilę później przy ołtarzu pojawił się brat Michał i z kamienną twarzą ruszył w stronę przybyłych.
- Dzień dobry państwu. - Wybrał świeckie powitanie, by oszczędzić gościom zakłopotania związanego z niepewnością, jak witać się z duchownym.
- Dzień dobry - odezwał się Mieczkowski jako najstarszy stopniem. - Proszę księdza, dostaliśmy telefon...
- Nie jestem księdzem, chociaż chodzimy w sutannach. - Brat uśmiechnął się serdecznie. - Jesteśmy zakonnikami. Oficjalnie ludzie zwracają się do nas per bracie. Ale jeśli to dla kogoś niezręczne, forma "proszę pana" nie jest bluźnierstwem. - Kiedy mówił, uśmiech nie znikał z jego twarzy. - Jestem brat Michał. Miło państwa poznać.
- Nam również miło, bracie Michale. - Komisarz przełamał wewnętrzny opór przed traktowaniem duchownych w jakiś specjalny sposób, wyraźnie ośmielony bezceremonialnym podejściem rozmówcy. - Komisarz Paweł Mieczkowski, Komenda Wojewódzka Policji w Kielcach. Szkoda tylko, że poznajemy się w takich okolicznościach.
- Podejrzewam, że większość ludzi poznaje pan w takich okolicznościach.
- Jak rozumiem, skradziono stąd coś cennego.
- Niestety tak, chociaż... Może usiądziemy? - Brat Michał wskazał dłonią puste ławy w kaplicy, po czym podjął, gdy już zajęli miejsca: - Nie określiłbym relikwii Krzyża Świętego jako czegoś cennego w sensie materialnym. Relikwiarz zapewne przedstawiał jakąś wartość, ale nie sądzę, aby złodziejowi o niego chodziło.
- Cieszę się, że brat to powiedział. Nie jestem człowiekiem Kościoła, nawet nie jestem wierzący i pierwsze, co pomyślałem, to właśnie: po co komu relikwie?
- Inaczej to zapamiętałem. - Jeden z policjantów siedzących w ławie nawiązał szeptem do obcesowego komentarza przełożonego sprzed kilkudziesięciu minut, czym wywołał rozbawienie kolegów i koleżanki.
- Widać Pan Bóg wie, co robi, skoro pana tu przysłał - roześmiał się zakonnik. - Człowiekowi niewierzącemu łatwiej skupić się na materialnym, a nie duchowym aspekcie tej sprawy.
- Może... - Mieczkowski wstał i wbił wzrok w kopułę kaplicy. - Tyle tylko, że jeśli motywem działania sprawcy nie była chęć zysku, to jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jego działania pozostaje religijny charakter tego przedmiotu.
Aspirant spojrzała na byłego męża w taki sposób, w jaki nie patrzyła na niego od dnia ich ślubu. Znała go od wielu lat i nigdy, nawet przez moment, nie podejrzewała go o umiejętność spojrzenia na sprawy w sposób inny niż ze skrajnie racjonalnego punktu widzenia.
- Ciekawy dobór słów, komisarzu. - Brat Michał najwyraźniej zwrócił uwagę na to samo, co zafrapowało Mieczkowską. - Jedynym racjonalnym wyjaśnieniem motywu jest aspekt religijny... Musicie państwo wiedzieć, że nie skradziono całej relikwii. Wszystkie fragmenty drewna mają łącznie dwadzieścia centymetrów długości. W dwa tysiące drugim roku otwarto relikwiarz z siedemnastego wieku, aby odciąć kilka mniejszych kawałków i umieścić je w takim relikwiarzu użytku codziennego. Jest mniejszy i bardziej poręczny, a jednocześnie był to sposób zabezpieczenia się na okoliczność... - Zakonnik zawiesił głos.
- Kradzieży - domyślił się Mieczkowski.
- Właśnie tak.
- Zatem skradziono ten mniejszy relikwiarz?
- Tak. Podejrzewam, że jest mniej wartościowy w sensie materialnym. Zawierał też mniejsze kawałki drewna, ale... jeśli faktycznie jest tak, że motywy były religijne, to wielkość relikwii nie miała dla złodzieja większego znaczenia.
- Zróbmy tak: moi koledzy rozejrzą się tutaj, a ja miałbym jeszcze kilka pytań do brata. - Komisarz spojrzał na aspirant. - Joanna, zostań z nami, a chłopaki się rozejrzą. I jeszcze jedno - zwrócił się znów do zakonnika. - Czy tu są jakieś zabezpieczenia i czy bracia natrafili na jakieś oczywiste ślady włamania?
- To jest najdziwniejsze. Nie ma żadnych śladów. Relikwiarz po prostu zniknął z tabernakulum, które pozostawiono otwarte. A zabezpieczenia oczywiście mamy. Jest alarm. Świątynie są zamykane na noc - wyjaśnił brat Michał, wstając z ławy podobnie jak podwładni komisarza, po czym wskazał policjantom drogę do miejsca kradzieży.
- Jaka tu u was jest zależność służbowa? Kto jest szefem tego interesu? - Mieczkowski wrócił do języka, którym posługiwał się na co dzień.
- Ojciec superior. Jednocześnie jest kustoszem relikwii Krzyża Świętego - wyjaśnił zakonnik, przyglądając się policjantom krzątającym się przy tabernakulum.
- Chłop ma niezły zgryz teraz - skomentował z przekąsem komisarz. - A jego szef to jakaś szycha z episkopatu?
- Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów jest zakonnym instytutem na prawie papieskim. Jesteśmy bardziej zależni od Watykanu niż episkopatu. Episkopat ma na nas pewien wpływ, ale stosunkowo niewielki. Przełożonym ojca superiora jest przełożony prowincji, a jego szefem przełożony generalny całego zgromadzenia zakonnego.
- Nie wiem, czy nadążam, ale jeśli dobrze rozumiem, ostatecznie papież może się wkurzyć, jak nie znajdziemy tej relikwii?
- Ostatecznie, panie komisarzu, to wkurzyć może się przełożony papieża, czyli ten, w którego istnienie pan nie wierzy - zażartował brat.
- Właściwie dlaczego brat z nami rozmawia, a nie ojciec superior? - włączyła się do rozmowy aspirant Mieczkowska .
- Z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że zależy nam na jak najmniejszym rozgłosie wokół tej sprawy, zatem do rozmowy z państwem oddelegowano tylko jedną osobę. Chcemy ściśle z państwem współpracować, ale unikając taniej sensacji. O taką nietrudno, jeśli ktoś ukradł relikwię.
- A drugi powód? - dopytał komisarz.
- Skończyłem studia magisterskie z zakresu inżynierii bezpieczeństwa na Politechnice Świętokrzyskiej. Specjalność kryminologia i kryminalistyka.
- Detektyw w sutannie. - Mieczkowski uśmiechnął się pod nosem.
- Nie mam nic wspólnego z pracą detektywa. Po prostu interesowało mnie zawsze to, dlaczego ludzie popełniają przestępstwa - odpowiedział rzeczowo zakonnik.
- I dowiedział się brat tego?
- Na studiach nie. Tutaj tak.
Kraków, Rynek Główny, 1 sierpnia 2026
Przyjemne dźwięki kantaty Ich habe genug Bacha przerwały ciszę w pracowni jednego z bardziej znanych w Krakowie marszandów. Około sześćdziesięcioletni mężczyzna zsunął małe okulary z czubka nosa i odłożył je starannie na wielką kartę albumu z reprodukcjami obrazów. Numer wyświetlający się na ekranie telefonu nie zapowiadał spokojnego dnia.
- Jerzy Fojt, słucham.
- Kopę lat, Jurek. - W słuchawce rozległ się życzliwy głos komisarza Mieczkowskiego.
- Zgadza się. Nie powiem, że się cieszę z twojego telefonu.
- A ja się nie obrażę. Miałbyś chwilę, żeby pogadać dziś wieczorem?
- O czym?
- O tym, co w branży piszczy, Jurek.
- Coś komuś zginęło? - Fojt bez problemu odczytał intencję swojego rozmówcy.
- No taki niefart się właśnie przydarzył. Zależy mi, żeby się znalazło.
- Popytam. O której chcesz przyjechać?
- Jak ci pasuje. - Mieczkowski nie robił problemów logistycznych.
- Zamykam o osiemnastej trzydzieści. Najprościej będzie pogadać u mnie.
- Będę. Nadal lubisz whisky?
- Ja lubię, ale mój kardiolog kazał mi co innego polubić. Mam butelkę dobrego wina. Musi wystarczyć.
- Do zobaczenia - pożegnał się komisarz.
Jerzy Fojt westchnął ciężko, nasunął okulary na nos i przeszedł do komputera stojącego w kącie wielkiego pomieszczenia, którego ściany niemal w całości pokrywały obrazy, tworząc przepiękną mozaikę barw. Marszand korzystał z urządzenia tylko w celach zawodowych, głównie do formułowania złożonych zapytań dla sztucznej inteligencji. Tym razem jednak przejrzał strony największych serwisów aukcyjnych i uruchomił z pendrive'a osobny system operacyjny, używany przez niego wyłącznie do rozmów zdalnych z ludźmi, którzy raczej stronili od tego typu konwersacji. Po chwili na ekranie pojawił się Telegram, uruchomiony w tymczasowym środowisku Linuksa. Fojt otworzył okna rozmów ze swoimi wieloletnimi znajomymi, wpisał pytanie do pierwszego, po czym skopiował je i wkleił do pozostałych okienek.
"Cześć, nie masz nic nowego?".
Mężczyzna westchnął po raz kolejny i podszedł do nienowego już zestawu audio ustawionego w drugim kącie wielkiego pokoju. Kompozycje Bacha wypełniły przestrzeń, podczas gdy gospodarz przyglądał się przez okno turystom na Rynku Głównym. Po kilku minutach przez muzykę przebił się dyskretny dźwięk. Fojt zerknął na ekran, na którym migały powiadomienia z okien rozmów.
"Mistrz powrócił. Jakiś kamień z katedry jest, ale szary".
"Jedna zakładka, gdyby jakiś z gazety się trafił".
"Mam stojące dla kogoś, co chce do salonu. Niedrogo".
"Kilka ładnych zdobijków".
Fojt doskonale znał slangowe określenia starych handlarzy dzieł sztuki. "Kamień" oznaczał rzeźbę, "szary" dzieło umiarkowanie ryzykowne w zakupie ze względu na niejasne pochodzenie, "zakładka" z kolei odnosiła się do kopii oryginału - niekoniecznie w kontekście handlu podrobionymi obrazami. Nierzadko określenia tego używano do opisu dzieła mającego zastąpić oryginał jedynie na czas transportu, w celu utrudnienia potencjalnej kradzieży. "Jakiś z gazety" oznaczał ni mniej, ni więcej laika, który chce nabyć dzieło, "stojące" instalację lub rzeźbę, zaś "zdobijki" - mało wartościowe dzieła kupowane w celu ozdobienia wnętrz.
Krakowski marszand odsunął sfatygowany fotel od biurka i wpisał tę samą wiadomość do kolegów i koleżanek: "Coś czerwonego?". Tym razem miał na myśli dzieło wysoce ryzykowne w zakupie ze względu na oczywiste nielegalne pochodzenie, domyślał się bowiem, że właśnie w tej sprawie dzwonił do niego komisarz.
"Nic".
"Nie".
"Zero".
"Popytam".
Fojt wyłączył komputer, wyciągnął pendrive'a z gniazda USB, po czym wrzucił go ponownie do szuflady biurka. Prosta, aczkolwiek skuteczna porada zaprzyjaźnionego informatyka zapadła mężczyźnie w pamięć. Wszelkie nośniki elektroniczne, które mogą być użyte przeciwko nam, należy trzymać pod ręką, aby w razie nagłej potrzeby móc je łatwo zniszczyć albo po prostu wyrzucić przez okno czy zgnieść pod butem. W 2026 roku wszelkie elektroniczne zabezpieczenia przegrywały z fizycznym zniszczeniem nośnika danych, a przynajmniej dawało to większą szansę na bezkarność.
Dźwięk domofonu przerwał Jerzemu Fojtowi to, co lubił najbardziej w swojej pracy, ale porzucił wiele lat temu w ramach zgniłego kompromisu zawartego z wówczas podkomisarzem Mieczkowskim. W zamian za przymknięcie przez niego oka na nielegalne transakcje mężczyzna bez większych problemów zdołał rozkręcić całkowicie legalny biznes w centrum Krakowa i całkiem dobrze z niego żyć.
Fojt podniósł się i porzucając na moment niezdrowe fantazje o handlu wspaniałymi dziełami sztuki o szemranej proweniencji, wpuścił do swojej pracowni i zarazem sklepu elegancką blondynkę.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
- Przejrzałam opinie o panu w internecie i nie ukrywam, że robią wrażenie - odezwała się kobieta. - Dlatego też chciałabym od pana kupić kilka obrazów. Uprzedzam, że na sztuce znam się tak jak na winie. Jeśli mi smakuje, uznaję, że jest dobre. Jestem kompletną ignorantką, ale zarazem miłośniczką rzeczy pięknych - dodała z rozbrajającą szczerością. - A nie chciałabym kupić byle czego.
- Pani podejście do sprawy mocno ułatwi nam współpracę. Zapraszam. Napije się pani czegoś? Kawa? Herbata? Coś mocniejszego? Mam niezłe czerwone wino.
- To może poproszę lampkę - odparła, zajmując miejsce w jednym ze wskazanych przez gospodarza foteli.
- Jeśli dobrze usłyszałem, interesują panią obrazy, nie rzeźby ani instalacje? - Fojt spytał, mając wciąż w pamięci krótką, internetową konwersację z dawnymi kolegami i koleżankami.
- Właściwie to nie mam żadnych preferencji - odpowiedziała z uśmiechem, sięgając po smukły kieliszek z winem. - Nie chcę kupić tandety i to jest główne kryterium. Liczę na pański profesjonalizm i korepetycję z historii sztuki.
- Postaram się pani nie zawieść. - Uniósł lekko swój kieliszek, a ona odwzajemniła jego gest.
Nowa Słupia, klasztor, 1 sierpnia 2026
Przez dziedziniec okalający zabudowania klasztorne szedł wolnym krokiem dyrektor Muzeum Przyrodniczego Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Uwadze mężczyzny nie umknęła krzątanina przed wejściem do kaplicy Oleśnickich.
- Szczęść Boże - przywitał się z bratem Michałem tradycyjnym pozdrowieniem.
- Szczęść Boże - odparł zakonnik i odszedł na moment od grupy śledczych. - Wojtku, mogę ci zająć chwilę? Sprawa jest pilna, delikatna i potwornie niezręczna - dodał szeptem.
- Oczywiście. Co się stało? - spytał zaciekawiony Wojciech Sumiński i zerknął w kierunku grupy policjantów w cywilu. Brat gestem poprosił go, by wraz z nim podszedł do funkcjonariuszy.
- Panowie, to pan Wojciech Sumiński, dyrektor Muzeum Przyrodniczego, które mieści się w części zabudowań klasztornych.
- Dzień dobry państwu. No, już niedługo, bracie Michale - zwrócił się do zakonnika. - Już niedługo. Cały ten idiotyczny konflikt niebawem dobiegnie końca. - Nawiązał tym samym do wieloletniego, ocierającego się o politykę sporu o grunty i zabudowania klasztorne, który od lat toczył się między administracją parku narodowego a Kościołem. - Państwo w sprawie naszej przeprowadzki i budowy w Nowej Słupi Centrum Edukacji?
- Bynajmniej - zabrał głos komisarz Mieczkowski, nie wyjaśniając jednak niczego.
- Państwo są z policji, Wojtku. W naszej kaplicy doszło niestety do kradzieży - powiedział cicho brat Michał.
- Co ty mówisz? Co skradziono? - Mężczyzna odruchowo zerknął na zabudowania, w których znajdowało się kierowane przez niego muzeum.
- Relikwiarz Krzyża Świętego. Wraz z relikwią.
- Jezu Chryste...
- Sam bym tego lepiej nie ujął. Państwo chcieliby przejrzeć wasz monitoring.
- Oczywiście, proszę za mną.
Sumiński sięgnął do teczki po pęk kluczy i bezzwłocznie ruszył w stronę starych drzwi, na których umieszczono informację, że ekspozycja muzeum jest niedostępna dla zwiedzających do odwołania.
Muzealne wnętrza nawet laikowi pozwalały bez problemu stwierdzić, że jedynie przypadek albo idiotyczna decyzja administracyjna, ewentualnie brak jakiejkolwiek decyzji, doprowadziły do tego, że muzeum przyrodnicze znajdowało się w zabudowaniach klasztornych. Gabloty z licznymi eksponatami przedstawiającymi przebogatą historię naturalną ziemi świętokrzyskiej ustawiono w pomieszczeniach całkowicie się do tego nienadających. Wąskie korytarze, okrągłe sale, kamienne mury i łukowate sklepienia zdawały się bardziej przyciągać uwagę gości niż zawartość gablot. Wszechobecny mrok i wyraźnie wyczuwalna w powietrzu wilgoć dopełniały obrazu urzędniczej głupoty.
- Kto wpadł na pomysł urządzania tu muzeum? - skomentował komisarz Mieczkowski pytaniem na poły retorycznym.
- Długo by opowiadać - westchnął Sumiński, otwierając kolejne drzwi. - Zapraszam. Wygląda na to, że nic nie zginęło - dodał, rozglądając się uważnie po swoim gabinecie.
Jeden problem mniej, pomyślała aspirant Mieczkowska, która doskonale pamiętała z dzieciństwa wszystkie te pomieszczenia. Jako miejscowa odbyła kilka obowiązkowych wycieczek szkolnych zarówno do klasztoru, jak i muzeum przyrodniczego, po czym nigdy tu nie wróciła - podobnie jak większość Warszawiaków, którzy taras widokowy w Pałacu Kultury i Nauki pamiętali jak przez mgłę z wycieczek klasowych. Jedyna różnica, jaką policjantka zauważyła, polegała na tym, że kilka gablot stało w innym miejscu niż przed laty, a gdzieniegdzie pojawiły się wielkie ekrany, które w ogóle nie pasowały do wiekowych murów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki