Świeczka zgasła - Aleksander Fredro

Kup ebooka

12.99 zł
10.65 zł (10,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena

Scena przedstawia małą nędzną izdebkę - drzwi w głębi, przy drzwiach siennik na tapczanie kocem przykryty; na lewo okienko, na prawo kominek wysoki, na którego gzymsie miska i parę garnków: na przodzie sceny w środku stół wązki a długi, za nim ława. Przy kominku siedzi Pani w salopie w zakwefionym głębokim kapeluszu i parasolką stara się wzniecić tlejący ogień. Później wchodzi Pan w paltocie z kołnierzem wyżej uszów podniesionym, w czapce nasuniętej na oczy i z latarnią pojazdową w ręku. W pierwszej połowie sceny mówią zawsze odwróceni od siebie.

Pan i Pani.

Pan (wchodząc.)

Niech jasny piorun trzaśnie wszystkie poczty razem! pocztylion pijany, szkapy narowiste, karetka jak z ciasta, życia nie jest się pewnym.

Pani (wstając.)

Czy możemy już jechać?

Pan (nie słuchając.)

Poduszki twarde, jak gdyby kasztanami wypchane. I zaledwie człowiek nareszcie zasnąć potrafi. Brum bum, bum! Budzi się w kałuży, to ani przyjemnie, ani wesoło.

Pani.

Czy możemy już jechać dalej?

Pan.

Szczęście, że uratowałem przecie latarnię z urzędową łojówką!

Pani.

Czy Pan nie słyszysz, o co się pytam? Można być grzeczniejszym i odpowiadać przynajmniej; pytam się, czy już możemy jechać dalej?

Pan (zniecierpliwiony.)

Gdzie, jak, co, czém mamy jechać?

Pani.

Jakto, czém? Końmi, karetą, jakeśmy tu przyjechali - prawdziwie Pan jesteś niegrzeczny.

Pan.

Kareta do góry brzuchem tylko jednem kołem fika.

Pani.

Można dźwignąć, nie takie ciężary dźwigają. Trzeba tylko trochę dobrej woli, trochę grzeczności. A nie można dźwignąć, to innym sposobem trzeba się ratować - każ Pan konie założyć do jakiej bryki.

Pan.

A gdzież jest jaka bryka?

Pani.

Do wozu nareszcie.

Pan.

A gdzież wóz?

Pani.

We wsi przecie woza znajdzie, tylko trzeba trochę dobrej woli, trochę grzeczności.

Pan.

Ale, żeby wóz był we wsi, to na to trzeba wsi, a na milę wkoło wsi niema.

Pani.

A to pięknie.

Pan.

Piękności nie widzę. (Pani wraca na zydelek, on mówi do siebie.) Im starsza, tém dla mnie niebezpieczniejsza; nie bylibyśmy się tak ogromnie wywrócili, ale takie to już moje przeznaczenie, fatum!

Pani (wstając.)

I cóż teraz będziemy robić.

Pan.

Czekać cierpliwie, póki pocztylion z innym nie wróci pojazdem.

Pani.

Długo to trwać będzie?

Pan.

Parę godzin.

Pani.

To bardzo nieprzyjemnie.

Pan.

W samej rzeczy nieprzyjemnie, ale nieprzyjemność przewidziałem, jak tylko postrzegłem na stacyi, że jakaś pani wybiera się ze mną w podróż.

Pani.

Bardzo grzecznie, niema co mówić.

Pan.

Ale grzeczniej byłoby, gdyby ta Pani nie straciła była niepotrzebnie pół godziny czasu; ale jak się zaczęła rozbierać, przebierać, ubierać, nie było końca. Gdybyśmy byli wczas wyjechali, bylibyśmy nim księżyc zaszedł, przebyli zły kawał drogi i nie byłoby katastrofy - ale takie to już moje szczęście.

Pani.

Nie byłoby katastrofy, gdybyś Pan był nie spał.

Pan.

To mój sen strącił z mostku?

Pani.

A tak jest poniekąd, bo gdybyś był trochę grzeczniejszym i nie był spał, byłbyś mógł doglądać i budzić pocztyliona, byłby się pojazd nie wywrócił i nie byłbyś Pan na mnie upadł tak okropnie, bez najmniejszego względu, który się przecie każdéj damie należy.

Pan.

I cóż się złego stało?

Pani.

Dobre pytanie! Zgniotłeś niegodziwie, ledwie mnie Pan nie zadusiłeś.

Pan.

Ale nie zadusiłem. (Na stronie.) Niestety!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.