Scena przedstawia małą nędzną
izdebkę - drzwi w głębi, przy drzwiach siennik na tapczanie kocem
przykryty; na lewo okienko, na prawo kominek wysoki, na którego
gzymsie miska i parę garnków: na przodzie sceny w środku stół wązki
a długi, za nim ława. Przy kominku siedzi Pani w salopie w
zakwefionym głębokim kapeluszu i parasolką stara się wzniecić
tlejący ogień. Później wchodzi Pan w paltocie z kołnierzem wyżej
uszów podniesionym, w czapce nasuniętej na oczy i z latarnią
pojazdową w ręku. W pierwszej połowie sceny mówią zawsze odwróceni
od siebie.
Pan i
Pani.
Pan
(wchodząc.)
Niech jasny piorun trzaśnie wszystkie poczty razem! pocztylion
pijany, szkapy narowiste, karetka jak z ciasta, życia nie jest się
pewnym.
Pani
(wstając.)
Czy możemy już jechać?
Pan
(nie słuchając.)
Poduszki twarde, jak gdyby kasztanami wypchane. I zaledwie
człowiek nareszcie zasnąć potrafi. Brum bum, bum! Budzi się w
kałuży, to ani przyjemnie, ani wesoło.
Pani.
Czy możemy już jechać dalej?
Pan.
Szczęście, że uratowałem przecie latarnię z urzędową łojówką!
Pani.
Czy Pan nie słyszysz, o co się pytam? Można być grzeczniejszym
i odpowiadać przynajmniej; pytam się, czy już możemy jechać dalej?
Pan
(zniecierpliwiony.)
Gdzie, jak, co, czém mamy jechać?
Pani.
Jakto, czém? Końmi, karetą, jakeśmy tu przyjechali - prawdziwie
Pan jesteś niegrzeczny.
Pan.
Kareta do góry brzuchem tylko jednem kołem fika.
Pani.
Można dźwignąć, nie takie ciężary dźwigają. Trzeba tylko trochę
dobrej woli, trochę grzeczności. A nie można dźwignąć, to innym
sposobem trzeba się ratować - każ Pan konie założyć do jakiej
bryki.
Pan.
A gdzież jest jaka bryka?
Pani.
Do wozu nareszcie.
Pan.
A gdzież wóz?
Pani.
We wsi przecie woza znajdzie, tylko trzeba trochę dobrej woli,
trochę grzeczności.
Pan.
Ale, żeby wóz był we wsi, to na to trzeba wsi, a na milę wkoło
wsi niema.
Pani.
A to pięknie.
Pan.
Piękności nie widzę.
(Pani wraca na zydelek, on mówi do siebie.) Im starsza,
tém dla mnie niebezpieczniejsza; nie bylibyśmy się tak ogromnie
wywrócili, ale takie to już moje przeznaczenie, fatum!
Pani
(wstając.)
I cóż teraz będziemy robić.
Pan.
Czekać cierpliwie, póki pocztylion z innym nie wróci pojazdem.
Pani.
Długo to trwać będzie?
Pan.
Parę godzin.
Pani.
To bardzo nieprzyjemnie.
Pan.
W samej rzeczy nieprzyjemnie, ale nieprzyjemność przewidziałem,
jak tylko postrzegłem na stacyi, że jakaś pani wybiera się ze mną w
podróż.
Pani.
Bardzo grzecznie, niema co mówić.
Pan.
Ale grzeczniej byłoby, gdyby ta Pani nie straciła była
niepotrzebnie pół godziny czasu; ale jak się zaczęła rozbierać,
przebierać, ubierać, nie było końca. Gdybyśmy byli wczas wyjechali,
bylibyśmy nim księżyc zaszedł, przebyli zły kawał drogi i nie
byłoby katastrofy - ale takie to już moje szczęście.
Pani.
Nie byłoby katastrofy, gdybyś Pan był nie spał.
Pan.
To mój sen strącił z mostku?
Pani.
A tak jest poniekąd, bo gdybyś był trochę grzeczniejszym i nie
był spał, byłbyś mógł doglądać i budzić pocztyliona, byłby się
pojazd nie wywrócił i nie byłbyś Pan na mnie upadł tak okropnie,
bez najmniejszego względu, który się przecie każdéj damie należy.
Pan.
I cóż się złego stało?
Pani.
Dobre pytanie! Zgniotłeś niegodziwie, ledwie mnie Pan nie
zadusiłeś.
Pan.
Ale nie zadusiłem.
(Na stronie.) Niestety!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.