Więzienie Holloway
Będą kogoś wieszać? -?dopytywał mały,
rozemocjonowany gazeciarz, nie zwracając się do nikogo w szczególności.
Niski, zaledwie trzynastoletni, podskakiwał jak na sprężynach, usiłując
dojrzeć, co też wywołało tę zgoła wodewilową atmosferę. Dopiero
zaczynało świtać i miasto wciąż spowijał mrok, co nie przeszkodziło
żądnemu rozrywki tłumowi osób najrozmaitszej proweniencji zebrać się
przed bramą więzienia Holloway. Na pierwszy rzut oka połowa z nich
wstała wczesnym rankiem specjalnie w tym celu, podczas gdy druga połowa
najwyraźniej wcale się nie położyła.
Wielu obecnych miało na sobie stroje wieczorowe: mężczyźni marynarki
albo fraki, białe kamizelki i takież muchy, a drżące z chłodu kobiety -
cienkie jedwabne suknie z odkrytymi plecami, na które narzuciły
kosztowne futra. Chłopak wyczuwał w powietrzu opary przetrawionego
alkoholu zmieszane z zapachem perfum i wonią tytoniu. Szychy z wyższych
sfer, pomyślał. Zdziwiło go, że tak chętnie tłoczą się tutaj ramię w ramię z ulicznymi latarnikami, mleczarzami i robotnikami w drodze na
pierwszą zmianę, nie mówiąc już o zwykłej hołocie i przygodnych gapiach,
których zawsze ciągnęło do wszelkich zbiegowisk, nawet jeśli nie mieli
pojęcia, o co właściwie chodzi. Mały gazeciarz nie zaliczał się do tej
ostatniej grupy; był tylko ciekawym obserwatorem absurdów tego świata.
-?To jak? Będą kogoś wieszać? -?powtórzył niezrażony brakiem odpowiedzi
i szarpnął za rękaw stojącego obok ważniaka: tęgiego, rumianego
mężczyznę z cuchnącym cygarem między zębami i otwartą butelką szampana w ręce. Chłopak przypuszczał, że mężczyzna rozpoczął wieczór w nieskazitelnym stroju, lecz teraz sztywny przód białej kamizelki miał
cały upstrzony plamami i resztkami jedzenia, a błyszczące lakierki
nosiły ślady wymiocin. Czerwony goździk, mocno przywiędły po całonocnych
ekscesach, dyndał smętnie w jego butonierce.
-?Wręcz przeciwnie -?odparł uprzejmie ważniak, chwiejąc się lekko. -
Dzisiaj świętujemy. Mateczka Coker wychodzi wreszcie na wolność.
Chłopiec pomyślał, że "mateczka Coker" brzmi jak imię postaci z dziecięcej rymowanki.
Stojąca z jego drugiej strony kobieta w szarym gabardynowym stroju
dzierżyła przed sobą kawałek kartonu jak tarczę. Gazeciarz musiał dobrze
wyciągnąć szyję, żeby przeczytać, co jest na nim napisane. Na tekturze z furią nabazgrano ołówkiem: "Zapłatą prawego jest życie, niegodziwiec
zyskuje karę. Księga Przysłów 10,16"2. Chłopiec bezgłośnie
wymawiał czytane słowa, nie starając się nawet dociec ich znaczenia.
Przez dziesięć lat równo tydzień w tydzień zmuszony był chodzić do
szkółki niedzielnej, gdzie jednak tylko dość powierzchownie zapoznał się
z pojęciem grzechu.
-?Zdrowie szanownej pani! -?zawołał radośnie ważniak z cygarem i wzniósłszy butelkę w kierunku odzianej na szaro kobiety, pociągnął
solidny łyk szampana. W odpowiedzi łypnęła na niego spode łba, mamrocząc
coś o Sodomie i Gomorze.
Gazeciarz przepchnął się naprzód, skąd miał lepszy widok na budzące
grozę drewniane, nabijane żelaznymi ćwiekami więzienne wrota; pasowały
bardziej do średniowiecznej fortecy niż do zakładu karnego dla kobiet.
Gdyby trzech takich jak on stanęło nawzajem na swoich ramionach niczym
chińscy akrobaci, których oglądał w Hipodromie, wówczas ten stojący
najwyżej z trudem dosięgnąłby łukowatego zwieńczenia bramy. Holloway
budziło w chłopaku romantyczne skojarzenia: wyobrażał sobie uwięzione za
grubymi kamiennymi murami piękne, bezradne białogłowy, czekające na
swego wybawcę. Chętnie pospieszyłby im na ratunek.
Na miejscu, gotów na bieżąco dokumentować emocje tłumu, był już fotograf
z redakcji "Empire News". Jego profesję zdradzała legitymacja zawadiacko
zatknięta za wstążkę kapelusza. Chłopak czuł z nim pewne pokrewieństwo -
ostatecznie obaj pracowali w branży informacyjnej. Fotograf pstrykał
właśnie zdjęcie grupce ślicznotek. Gazeciarz słyszał wcześniej o takich
młodych kobietach; nie uważał, aby przeglądanie egzemplarzy "Tatlera" i "Bystandera", które raz w tygodniu wrzucał do skrzynek na listy, było
poniżej jego godności.
Ślicznotki -?rzadko spotykane w tej okolicy miasta -?pozowały przed
bramą więzienia. Trzy z nich, otulone puszystymi futrami dla ochrony
przed porannym chłodem, mogły liczyć sobie około dwudziestu lat, czwarta
-?zbyt młoda, aby można ją było uznać za przedstawicielkę słynnej złotej
młodzieży -?nosiła szkolny mundurek z wełny czesankowej. Wszystkie
cztery przybierały wyszukane pozy, jak na pokazie mody; wyglądało na to,
że nie pierwszy raz stoją przed obiektywem. Chłopak nawet nie próbował
ukryć swojego oczarowania. Łatwo ulegał kobiecym wdziękom.
Fotograf zapisał imiona dziewcząt w wyjętym z kieszeni notesie, żeby w jutrzejszym wydaniu gazety opatrzyć zdjęcie właściwym podpisem. Nellie
Coker miała kwity na redaktora działu fotograficznego; mężczyzna
podejrzewał, że jego szef dał się przyłapać jak zwykły uczniak.
-?Śmiało! -?zawołał do kogoś, kto znajdował się poza zasięgiem wzroku
gazeciarza. -?Podejdź do nas, Ramsay! Dołącz do swoich sióstr!
Nie wiadomo skąd pojawił się młody człowiek i pozujące dziewczęta od
razu przyciągnęły go do siebie. Sprawiał wrażenie niezadowolonego, lecz
na znak dany przez fotografa zmusił się do krzywego uśmiechu w blasku
flesza.
A potem osadzone w potężnych więziennych wrotach mniejsze drzwi
otworzyły się bez fanfar i niska, sowiooka kobieta wyszła przez nie na
spotkanie wolności, mrugając intensywnie w świetle wstającego dnia. Tłum
-?głównie ci z wyższych sfer -?począł wiwatować, wołając: "Brawo,
staruszko!" i "Witaj z powrotem, Nellie!", choć do uszu chłopaka dotarł
też dobiegający z głębi tłumu okrzyk: "Jezabel!". Podejrzewał, że wyrwał
się on z ust tamtej kobiety w szarej gabardynie.
Nellie Coker wydała mu się całkiem nijaka i nie potrafił dostrzec w niej
żadnego podobieństwa do Jezabel, o której słyszał kiedyś w szkółce
niedzielnej. Niemal uginała się pod wielkim bukietem białych lilii i pąsowych róż, który wciśnięto jej w objęcia. Jedna ze ślicznotek
zarzuciła na byłą już więźniarkę trzymane w pogotowiu obszerne futro,
jakby próbowała ugasić ogień. Matka małego gazeciarza też narzuciła swój
płaszcz na jego malutką siostrzyczkę, gdy ta przewróciła się na
palenisko i jej luźna sukienka zajęła się od żaru. Obie przeżyły, a siostrze na pamiątkę została tylko niewielka blizna.
Młode piękności tłoczyły się, na zmianę przytulając i całując uwolnioną,
więc chłopak domyślił się, że to ich matka. Młodsza przywarła do niej w sposób, który wydał się gazeciarzowi dziwnie sztuczny, rodem ze
szmirowatej farsy. Uważał się za znawcę teatru; dzięki temu, że roznosił
gazety, znał dobrze wszystkie sceny na West Endzie. W Palace Theatre
portier, gadatliwy weteran znad Sommy, podczas popołudniowych spektakli
wpuszczał go za darmo na najwyższy balkon. W ten sposób gazeciarz już
pięć razy obejrzał No, No, Nanette i był po uszy zakochany w Binnie
Hale, olśniewającej gwieździe przedstawienia. Znał też na pamięć słowa
do Herbatki dla dwojga oraz Chcę być szczęśliwa i chętnie by je
odśpiewał, gdyby go ktoś poprosił. W spektaklu była scena, w której
tancerki wraz z Binnie (gazeciarz uważał, że widuje ją wystarczająco
często, aby pozwolić sobie w myślach na taką poufałość) wchodziły na
scenę w kostiumach kąpielowych. Na ten porywający i skandaliczny widok
oczy niemal wychodziły mu z orbit, ilekroć to oglądał.
Jedyny minus był taki, że aby wślizgnąć się niepostrzeżenie na widownię,
za każdym razem musiał wysłuchiwać przydługich wojennych wspominków
portiera, a także podziwiać kolekcję jego ran odniesionych w Blighty
Valley. Kiedy wybuchła wojna, gazeciarz liczył sobie zaledwie rok i nie
miał o niej żadnego wyobrażenia, podobnie jak o grzechu.
Ramsay, młodszy syn Nellie, zmuszony był przejąć z rąk matki ciężki
bukiet. Fotograf uchwycił go w momencie, gdy tulił kwiaty do piersi
niczym zarumieniona panna młoda, i ku irytacji jego sióstr (oraz samego
Ramsaya) akurat to zdjęcie trafiło nazajutrz na pierwszą stronę, wprost
pod nagłówek obwieszczający: "SYN CIESZĄCEJ SIĘ ZŁĄ SŁAWĄ WŁAŚCICIELKI
KLUBU NOCNEGO W SOHO, NELLIE COKER, WITA WYCHODZĄCĄ Z WIĘZIENIA MATKĘ".
Ramsay liczył, że zdoła samodzielnie zapracować na sławę, zamiast wciąż
świecić światłem odbitym od swej matki. Duszna woń kwiatów sprawiła, że
zakręciło mu się w nosie i wydał z siebie głośną serię kichnięć.
Gazeciarz usłyszał jeszcze, jak Nellie burczy na syna: "Ramsay, weź się
w garść, na miłość boską!", i pomyślał, że takich samych słów
spodziewałby się z ust własnej matki.
-?Chodź, mamo -?odezwała się jedna z dziewcząt. -?Wracamy do domu.
-?Nie -?zaprotestowała stanowczo Nellie Coker. -?Pojedziemy do Ametystu,
żeby świętować. -?Pilot w końcu objął stery.
Tłum zaczął rzednąć i mały gazeciarz także ruszył w swoją drogę,
podniesiony na duchu myślą, że dane mu było uczestniczyć w tak
wiekopomnym wydarzeniu. Nagle przypomniał sobie o jabłku, starym i pomarszczonym, które z samego rana schował na później. Wyjął je teraz z kieszeni i zaczął chrupać głośno jak koń, rozkoszując się cudowną
słodyczą.
Ważniak z cygarem spostrzegł go i zagadnął: "Niezłe widowisko, co?",
jakby opinia chłopaka naprawdę się dla niego liczyła, po czym trzepnął
go po przyjacielsku w ucho i wręczył mu sześciopensówkę. Uszczęśliwiony
gazeciarz oddalił się tanecznym krokiem.
Kiedy odchodził, ktoś z tłumu krzyknął:
-?Złodziej!
Obelga mogła w zasadzie dotyczyć każdego, może poza jednym człowiekiem,
który obserwował całe zajście z tylnego siedzenia nieoznakowanego auta.
Był to nie kto inny jak nadinspektor John Frobisher -?"Frobisher z Yardu", jak nazywano go na łamach "Johna Bulla", zresztą niezgodnie z prawdą, jako że ostatnio oddelegowano go na posterunek przy Bow Street w Covent Garden, żeby go trochę "posprzątał". Uznawszy, że na Bow Street
pleni się korupcja, szefostwo powierzyło mu zadanie odsiania ziaren od
plew.
Jakiś czas wcześniej "John Bull" zlecił temuż Frobisherowi napisanie
serii artykułów na podstawie własnych doświadczeń, z zamiarem wydania
ich później w postaci książki. Frobisher nie był narcyzem -?wręcz
przeciwnie -?lecz propozycja mile go połechtała. Jako zapalony czytelnik
nie mógł przejść obojętnie obok takiego wyzwania. Teraz jednak nie był
już pewien, czy dobrze postąpił; zaproponował, żeby zatytułować ów zbiór
opowiadań Londyn po zmierzchu, ale redakcja wolała tytuł Noc na
ulicach występku. Sam nie wiedział, dlaczego tak go to zaskoczyło;
ostatecznie wszystkie brukowce lubowały się w opisywaniu drastycznych
historii, takich jak te o cudzoziemcach uwodzących kobiety, chociaż tym
ostatnim częściej groziła utrata torebki na ulicy w biały dzień.
Dotychczas żadne z opowiadań nadinspektora nie ukazało się drukiem.
Ilekroć składał w redakcji tekst, słyszał, że kolejny ma być bardziej
pikantny, bardziej "sensacyjny", chociaż wszelka wulgarność i upodobanie
do sensacji były mu z gruntu obce. Trzeźwo myślący Frobisher nie był
pozbawiony psychologicznej głębi i poczucia humoru, lecz służąc w policji metropolitalnej, rzadko miał okazję robić użytek z jednego albo
drugiego.
Z roztargnieniem śledził teraz wędrówkę dwóch kobiet, które -?starając
się nie zwracać na siebie uwagi -?przeciskały się przez tłum i zręcznie
opróżniały kieszenie gapiów. Frobisher rozpoznał w nich członkinie
żeńskiego gangu Czterdziestu Złodziejek, w tej chwili jednak go nie
interesowały -?to były zwykłe płotki.
Pod więzienie zajechały dwa kremowo-czarne bentleye: jeden prywatny,
drugi wynajęty dla większego efektu. Klan Cokerów rozdzielił się na dwie
grupy i odjechał, machając do tłumu niczym członkowie rodziny
królewskiej. Przestępstwo najwyraźniej popłacało; walka z nim już nie.
Jako praworządny obywatel Frobisher poczuł, że wzbiera w nim złość.
Zarazem musiał zdusić ukłucie zazdrości na widok bentleyów: sam
przymierzał się właśnie do zakupu skromnych czterech kółek -
nierzucającego się w oczy modelu austin seven, będącego samochodem dla
zwykłych zjadaczy chleba.
Imperium mateczki Coker było domkiem z kart, który Frobisher zamierzał
zburzyć. Stołeczne nocne kluby, a zwłaszcza Ametyst, jarmarczny klejnot
w samym sercu Soho, dzielnicy nocnych uciech, uważał za brudne, choć
niepozbawione blichtru trzewia Londynu. Nadinspektora nie gorszyły przy
tym wcale występki natury moralnej -?tańce, popijawy czy nawet narkotyki
-?chodziło mu o dziewczęta. Dziewczęta, które przepadały bez wieści jak
Londyn długi i szeroki. Sam wiedział przynajmniej o pięciu, które
zaginęły w ciągu ostatnich kilku tygodni. Gdzie się podziały?
Podejrzewał, że przekroczyły próg któregoś z klubów w Soho i już stamtąd
nie wyszły.
Zwrócił się teraz do kobiety siedzącej obok niego na tylnym siedzeniu
nieoznakowanego radiowozu:
-?Dobrze im się pani przyjrzała, panno Kelling? Sądzi pani, że da radę
zrobić to, o co panią proszę?
-?Ależ oczywiście, panie nadinspektorze -?odpowiedziała Gwendolen.
Królowa Nocy
W Ametyście szef barmanów Freddie Bassett
wręczył Nellie kolejny rozłożysty bukiet.
-?Witamy z powrotem, pani Coker -?rzekł.
Żadna tam "Nellie", nigdy nie pozwoliłby sobie na taką poufałość wobec
kogokolwiek z tej rodziny. Miał swoje zasady; bądź co bądź praktyki
odbywał w Ritzu, zanim stracił tam posadę po niefortunnym incydencie z udziałem dwóch pokojówek i bieliźniarki.
-?Ciąg dalszy może sobie pani dośpiewać -?oznajmił Nellie, ubiegając się
o pracę w Ametyście, a ona odparła:
-Wolałabym nie.
Nellie nie lubiła kwiatów, uważała je za zbyt ostentacyjne. Według niej
bukiety powinno się przynosić wyłącznie na śluby i pogrzeby. Byle nie na
jej pogrzeb -?co to, to nie. Pragnęła opuścić świat równie naga, jak na
niego przyszła, bez choćby jednej stokrotki.
Zamiast kwiatów wolałaby dziś dostać pudełko ciastek z mieszczącej się
tuż za rogiem, przy Greek Street, cukierni Maison Bertaux -
czekoladowych eklerów albo rumowych babeczek, a najchętniej i jednych, i drugich. Miała okropną słabość do słodyczy, zapoczątkowaną przez
cierpkie landrynki i miętówki, którymi zajadała się podczas swojego
dzieciństwa w Szkocji. Najgorszą rzeczą w więzieniu było jedzenie. Córki
dostarczały jej do Holloway słodycze w dni odwiedzin. Podczas odsiadki
Nellie snuła wiele przemyśleń na temat reformy więziennictwa, a na
szczycie listy plasowała się cotygodniowa porcja słodyczy za dwa pensy -
pianek albo kokosanek, do wyboru.
Kiedy pół roku wcześniej przekroczyła próg zakładu karnego, personel
Ametystu przesłał jej dar godny święta plonów -?wielki bukiet kwiatów
oraz kosz egzotycznych owoców, wymyślnie ułożonych przez handlarza z Covent Garden, prywatnie stałego bywalca klubu. Dołączony liścik
zawierał tylko jedno słowo: "Powodzenia"; litery wycięto z fantazyjnie
tłoczonej srebrnej kartki okolicznościowej, wydobytej z szafki stojącej
w jakimś ciemnym kącie i mieszczącej klubowe ozdoby noworoczne.
Ekstrawagancki podarunek został naturalnie zarekwirowany przez
strażniczkę, ledwie Nellie przekroczyła złowrogie mury więzienia.
Egzotyczne specjały w postaci ananasów, brzoskwiń i fig rozdzielono
między pracowników Holloway, Nellie musiała zaś zadowolić się skromną
więzienną strawą: codzienną porcją grochówki, puddingiem z łojem oraz
gulaszem wołowym -?mocno nieświeżym daniem, które nigdy nawet nie stało
obok krowy.
Pierwszej nocy, zanim Nellie udała się na spoczynek, przez podajnik w drzwiach celi ktoś wetknął do środka kwiat -?czerwoną różę wyjętą z bukietu. Nie było dla niej jasne, co miałby wyrażać ten gest -?pogardę
czy raczej pocieszenie? Jej towarzyszka z celi, Belgijka, która
zastrzeliła kochanka, nie miała takich rozterek. Chwyciła różę i tak
długo po niej deptała, aż zimne płyty posadzki pod jej ciężkimi
podeszwami zabarwiły się na czerwono.
Klub dopiero co zamknął swe podwoje, lecz większość personelu została,
żeby uroczyście powitać na pokładzie szefową, i tylko muzycy z orkiestry
jak na złość spakowali się i poszli (na każdym kroku podkreślali swoją
niezależność). Ledwie przed godziną grali Boże, chroń króla, podczas
gdy ostatnie niedobitki na parkiecie chwiejnie starały się utrzymać
postawę na baczność. Nellie surowo przestrzegała zasad (a pod jej
nieobecność przestrzegano ich jeszcze surowiej) i nikt, nawet
najbardziej pijany, nie ośmieliłby się usiąść podczas hymnu. Teraz w środku było już tylko kilku stałych bywalców, sympatycznych bulwarowych
birbantów, którzy do wtóru z posługaczami, portierami, kelnerami i szefem kuchni z porannej zmiany powtarzali chórem za Freddiem:
-?Witamy z powrotem, pani Coker!
Wszyscy mieli za sobą kolejną gorącą noc w środku tygodnia, gdy co drugi
klient wygląda, jakby wracał z meczu rugby albo studenckiej popijawy.
Zmęczone fordanserki otoczyły Nellie ciasnym wianuszkiem. Z bliska
roztaczały wokół siebie nieświeżą woń taniego pudru, perfum i potu, lecz
po zaduchu w Holloway była to całkiem miła, znajoma mieszanka i Nellie
pozwoliła im się wyściskać, po czym przegoniła je do łóżek. O świcie
Ametyst zamierał i ożywał ponownie dopiero po zmierzchu. Otwierał
wówczas szeroko swą paszczę przed nieprzerwanym korowodem ludzi.
Kucharz specjalnie rozpalił pod kuchnią, żeby przygotować dla Nellie
śniadanie. Kury z Norfolk nie narzekały na brak zajęcia, dostarczając
Ametystowi jaj, których całe tuziny dowożono co dzień pierwszym porannym
pociągiem. Szef kuchni był bardzo ciekaw jej więziennych śniadań.
-?Pajda chleba z margaryną i kubek kakao -?poinformowała go krótko
Nellie.
-?Dołożę pani jeszcze kilka kiełbasek. Trzeba panią trochę podtuczyć -
odparł z troską.
-?Pewnie tak -?przyznała.
Rodzina przeszła do jednego z prywatnych pomieszczeń, gdzie czekał już
nakryty przez kelnera stół ze świeżym obrusem i srebrnymi sztućcami.
Freddie otworzył dla wszystkich szampana: butelkę Dom Perignon dla
rodziny, a dla pracowników klubu tańszą markę, kupowaną za siedem
szylingów i sześć pensów, a sprzedawaną po trzy gwinee za sztukę, osiem
za dwie butelki.
-?Czy jest coś milszego niż odgłos strzelającego korka od szampana? -
zauważyła Nellie.
-?Tylko świadomość, że nie odlicza się go od zysków -?odrzekła Edith, w której żyłach krew Cokerów płynęła żywym, wartkim strumieniem.
Potomstwo Nellie Coker wkroczyło na scenę tego świata w następującej
kolejności: jako pierwszy Niven -?zgodnie z powszechnym oczekiwaniem
nieobecny tego ranka pod Holloway -?a zaraz po nim Edith. Później
nastąpiła chwilowa przerwa: Nellie próbowała walczyć z perspektywą
dalszego macierzyństwa, a gdy przegrała, w szybkim tempie urodziła
kolejno Betty, Shirley i Ramsaya. Korowód zamykała jedenastoletnia dziś
Kitty, najsłabsza z miotu, znana też jako le bébé3, jak nazywała
ją matka, gdy wśród tak wielu imion bez powodzenia szukała tego
właściwego. Nellie odebrała francuskie wykształcenie -?fakt, który można
było rozmaicie interpretować.
W akcie urodzenia Kitty widniało nazwisko jej ojca, chociaż według Edith
należało ono do majora, który zginął w pierwszej bitwie nad Marną, rok
przed narodzinami jej najmłodszej siostry. ("Powiedzmy, że zdarzył się
cud" -?odpierała zarzuty niewzruszona Nellie).
Trzy najstarsze córki stanowiły podporę rodziny. Betty i Shirley
studiowały w Cambridge.
-?Nie obnoszą się ze swoim wykształceniem -?zachwalała je z dumą matka
potencjalnym zalotnikom. ("Prawie wcale go po nich nie widać" -?dorzucał
Niven). Czasami Nellie zachowywała się bardziej jak impresario teatralny
niż matka.
Edith zrezygnowała z uniwersytetu oraz małżeństwa na rzecz kursu
księgowości i rachunkowości. Podczas gdy Nellie była hors de
combat4 w Holloway, to ona dzierżyła ster okrętu Cokerów.
Ametyst oficjalnie zamknięto, chociaż Edith rzecz jasna otworzyła go
ponownie, nazajutrz po skazaniu Nellie, pod nową nazwą Talia Kart, lecz
dla bywalców klub pozostał i już zawsze miał być Ametystem.
W osobistym rankingu Nellie Edith zajmowała drugą lokatę -?ulepiona z równie twardej gliny, co matka, była jej chef d'affaires5.
Znała się na interesach i wykazywała się niezbędną do ich prowadzenia
bezwzględnością godną rodu Borgiów. Pieniądze były najważniejsze. Cała
rodzina wiedziała, jak to jest mieć ich trochę, potem nie mieć ich
wcale, a jeszcze później opływać w dostatki, i żadne nie pragnęło znowu
popaść w nędzę. No, może z wyjątkiem Ramsaya, ale akurat on chciał być
pisarzem.
-?Co za koszmarny pomysł -?biadała Nellie.
Ramsay, zaledwie dwudziestojednoletni, stale miał poczucie, że coś go
ominęło.
-?Tak jakbym wszedł do pokoju, z którego właśnie wszyscy wyszli -
próbował to wyjaśnić Shirley, swojej powierniczce.
Niven wyjechał na wojnę, Betty i Shirley do Cambridge, lecz Ramsay był
za młody na wojaczkę, a w Oksfordzie wytrwał zaledwie jeden semestr, po
czym wylądował w alpejskim sanatorium, ponieważ -?zdaniem specjalisty ze
szpitala Świętego Bartłomieja -?jego płuca przypominały "dwa miechy
akordeonowe". Gwoli ścisłości sam zainteresowany przyjął to z ulgą: w Merton College cierpiał, zastraszany przez kolegów, którzy kończyli
przerwane wojną studia. Zahartowani w ogniu walki, byli starsi, niż
wskazywałaby data na ich akcie urodzenia, a Ramsay zdawał sobie sprawę,
że pod każdym względem przerastają go dojrzałością.
Jego własna rodzina traktowała go tak, jakby był przezroczysty. Z kolei
Niven dla wszystkich stanowił zagadkę. Miał udziały w salonie
samochodowym na Piccadilly, był wspólnikiem w firmie importującej wina,
wystawiał psy w gonitwach w White City i był współwłaścicielem konia,
który -?przez nikogo niedoceniany -?pojawiał się od czasu do czasu na
torze wyścigowym, aż nieoczekiwanie zajął pierwsze miejsce. ("No proszę"
-?skwitowała to Nellie). Obracał się wśród przestępców i książąt. ("A jest między nimi jakaś różnica?" -?chciała wiedzieć Nellie). Prawie
wcale nie pił alkoholu, chociaż bywał na wielu przyjęciach. Nie
przepadał jednak za ich bywalcami i za ludźmi w ogóle, a głupców wręcz
chorobliwie nie znosił. O ile było wiadomo, narkotyków nie tykał,
zadawał się za to z Chińczykami, którzy nimi handlowali, i często
widywano go w Limehouse. Zanim deportowano owianego złą sławą Genialnego
Changa, można ich było spotkać razem w jego chińskiej restauracji na
Regent Street przy imbryku herbaty chryzantemowej. Byłby dobrym
metodystą, gdyby nie fakt, że Kościół jako taki go drażnił.
Początki samej Nellie ginęły w odmętach czasu, a dokładniej we mgle
irlandzkich bagien. Wiadomo było jednak -?a przynajmniej tak się mówiło
-?że jej babkę ze strony matki wygnano z Irlandii za włóczęgostwo, w związku z tym szczęśliwie ominął ją wielki głód i mogła położyć
podwaliny swojej dynastii w Glasgow. Zajmowała się tam domokrążnym
handlem "miękkimi towarami", by po pewnym czasie wyjechać na wschód i wkraść się w łaski zamożnego dziedzica z Królestwa Fife, który -?choć
dopiero drugi w kolejce do spadku -?wkrótce wszedł w posiadanie majątku
po śmierci swojego starszego brata, zmarłego w tajemniczych
okolicznościach. Ciemny lud szeptał, że ktoś rzucił na niego urok.
Odbył się pospieszny ślub, babka Nellie nosiła już bowiem pod sercem
słodką tajemnicę, która miała przybrać fizyczną postać matki Nellie. Po
narodzinach dziecka świeżo upieczony dziedzic radośnie oddawał się
hazardowi i przepuszczaniu swojej schedy, przy okazji zapijając się na
śmierć.
Gdy na świecie pojawiła się Nellie, z rodzinnej fortuny niewiele już
zostało. We wczesnej młodości wysłano ją do Francji, aby zdobyła
wykształcenie w szkole przyklasztornej w Lyonie, a potem do Paryża, aby
nabrała ogłady (jakkolwiek to rozumieć). Po powrocie z francuskiej
stolicy, gdy najprawdopodobniej była już enceinte6 z Nivenem,
trafiła do Edynburga i wyszła za mąż za lekarza z Inverness. Zamieszkali
na edynburskim Nowym Mieście, w wystawnym domu, na który nie było ich
stać, zwłaszcza że Nellie odkryła, iż jej świeżo poślubiony mąż jest nie
tylko pijakiem, ale i hazardzistą. Gdy pieniądze i dobre chęci się
skończyły, wzięła sprawy w swoje ręce: zapakowała dzieci do wagonu
trzeciej klasy na dworcu Waverley, po czym wypakowała je na stacji
King's Cross -?wszystkie oprócz pierworodnego Nivena, którego wcielono
tymczasem do Gwardii Szkockiej w Edynburgu i służył już wówczas na
froncie.
Nie trafił tam bynajmniej z własnej woli -?Niven nigdy nie zgłosiłby się
na ochotnika do wojska ani w ogóle nigdzie, skoro już o tym mowa.
Wysłano go na front po odmowie przyjęcia stopnia oficerskiego, który
przysługiwał mu wyłącznie dlatego, że ukończył Fettes. Brytyjskie szkoły
prywatne gorliwie służyły mięsem armatnim, zasilając topniejące szeregi
młodszych oficerów. Niven jednak nie życzył sobie żadnych przywilejów i stwierdził, że woli wykazać się na innym szczeblu. Tak też zrobił i przeżył.
Pozostawiwszy resztę potomstwa na peronie, Nellie przykazała im
grzecznie siedzieć na kufrach, a sama poszła szukać mieszkania. Znalazła
je tuż za rogiem: funt tygodniowo za lokum na pierwszym piętrze przy
Great Percy Street. Ponieważ pieniędzy nie starczyło jej nawet na
pierwszy tydzień, oddała w depozyt obrączkę. Nie swoją, rzecz jasna -?tę
jakiś czas wcześniej zgubiła (ktoś mógłby powiedzieć, że wykazała się w tej kwestii znaczną niefrasobliwością) -?tylko tanią,
dziewięciokaratową, kupioną w lombardzie. W rozmowie z gospodynią domu
przy Great Percy Street przedstawiła się jako wdowa wojenna, której mąż
zginął pod Ypres. Dzieci przyglądały jej się zdziwione. Betty i Shirley
widziały swojego ojca raptem przed tygodniem: wracając ze szkoły
zauważyły, jak pijany w sztok zatacza się na placu Świętego Andrzeja.
Nellie odmalowała przed gospodynią barwną panoramę swoich licznych
nieszczęść -?sześcioro dzieci, w tym jedno nadal (powiedzmy) w wieku
niemowlęcym i jedno walczące na froncie. Łatwo skruszyła serce owej
dobrej kobiety, która powitała ich serdecznie w swych progach,
odmawiając przyjęcia w zastaw obrączki. Była to zacna staruszka, nosząca
się zgodnie z modą obowiązującą w minionym stuleciu.
Dom miał cztery piętra. Gospodyni zajmowała parter, piętro wyżej
gnieździła się hałaśliwa rodzina uchodźców z Belgii, na poddaszu zaś
rezydowało dwóch rosyjskich bolszewików -?bardzo miłych, chociaż
niechlujnych mężczyzn, którzy wykonywali w domu rozmaite drobne naprawy,
a małego Ramsaya nauczyli kilku słów w swoim języku oraz gry zwanej
preferansem. Potrafili całymi nocami grać razem w karty, popijając wódkę
z ziemniaków kupowaną w nielegalnej bimbrowni w Holborn. Nellie była
wściekła, gdy się o tym dowiedziała. Stwierdziła, że hazard już raz
doprowadził jej rodzinę do upadku i nie dopuści, aby powtórzyło się to w przyszłości.
Dziewczęta były zachwycone nowym mieszkaniem: gospodyni miała wielkiego
kota o ciemnej sierści, zwanego Kruszynką, a one spędzały mnóstwo czasu,
niańcząc go, strojąc w sukieneczki i czepki małej Kitty oraz szczotkując
jego wspaniałą sierść tak zapamiętale, że biedny Ramsay nieomal wypluwał
płuca od kaszlu. Nellie dorabiała szyciem; była znakomitą szwaczką, co
zawdzięczała naukom pobieranym u zakonnic w swojej lyońskiej Alma Mater.
Gospodyni miała maszynę Singera, której już nie potrzebowała, i bolszewicy wtaszczyli ją na górę do mieszkania Cokerów.
Rodzina musiała zaciskać pasa. Podeszwy butów łatano płynnym roztworem
gumy, białe kołnierzyki czyszczono piętką od chleba, a na co dzień
żywiono się zupą z wątróbek i zapiekanką z węgorza. Nellie dobrze
wiedziała, jak i na czym oszczędzać -?pens tu, dwa pensy tam -?i przez
cały ten czas cyzelowała w swojej głowie plan.
Dzieci z radością zostałyby dłużej przy Great Percy Street, jednak już
po kilku miesiącach gospodyni umarła, a jej syn, który na stałe mieszkał
w Birmingham i nigdy jej nie odwiedzał, postanowił sprzedać dom i za
uzyskane pieniądze urządzić się w Ameryce. Nellie zdążyła polubić
gospodynię; zdarzało się, że jadały razem podwieczorek, starsza pani
była bowiem mistrzynią domowych wypieków. Jej repertuar sprowadzał się
do przepisów zaczerpniętych z książki wydanej przez producenta mąki i proszku do pieczenia i obejmował twarde ciasteczka z rodzynkami, racuchy
oraz babeczki z rodzynkami, wszystkie wysoko oceniane przez Nellie.
Przywykła do akompaniamentu odgłosów codziennego życia dobiegających z mieszkania staruszki -?ciurkającej wody, trzaskających drzwi i tak dalej
-?i gdy pewnego dnia z niejakim opóźnieniem dotarło do niej, że na dole
panuje głucha cisza, zeszła sprawdzić, co się stało. Dzień wcześniej
postawiła gospodyni karty i wyczytała z nich "wielkie zmiany", jednak
nic, co miałoby jakikolwiek związek ze śmiercią.
Zapukała, a gdy nikt jej nie otworzył, nacisnęła klamkę, wiedząc, że
drzwi są zawsze otwarte. Mieszkanie wydało jej się opustoszałe, jakby
przysypane kurzem ciszy. Ze smutkiem, lecz bez szczególnego zaskoczenia
stwierdziła, że gospodyni nie wstała tego ranka z łóżka i nadal w nim
leży, pogrążona we śnie wiecznym.
Pierwszą rzeczą, jaką wówczas zrobiła, było doprowadzenie mieszkania
staruszki do porządku. Starannie przejrzała zawartość wszystkich półek i szuflad, odstawiając jedne rzeczy na miejsce, a inne wyjmując.
Wiedziała, że w puszce na herbatę -?pamiątkowej, z okazji koronacji
Edwarda VII -?jest schowana gotówka, wyjęła więc pieniądze i wsunęła do
kieszeni swojego fartucha. Pod mosiężną ramą wysokiego łóżka, na którym
godnie spoczywały zwłoki gospodyni, dostrzegła zardzewiałe metalowe
pudełko przypominające sporą kasetkę. Za pomocą należącej do staruszki
laski wysunęła ją, lecz okazała się zamknięta i Nellie musiała się
porządnie naszukać, zanim znalazła klucz ukryty w wazoniku z potpourri.
Spodziewała się w środku pliku pożółkłych, zakurzonych dokumentów -?akt
dzierżawy, może testamentu -?ale na pewno nie skarbu z tysiąca i jednej
nocy. Diamentów, rubinów, szafirów, opali i granatów, pierścieni i broszek, bransolet i bransoletek, obręczy i opasek, szmaragdowego
diademu w stylu rosyjskim, naszyjnika z pięciu sznurów pereł, kamei,
korali, pary długich, delikatnych kolczyków z akwamarynem oraz
bransolety z wielu rzędów opali z rubinami i diamentami.
Jakież to sekretne życie musiała wieść ich niczym niewyróżniająca się
gospodyni, żeby zgromadzić takie bogactwa? Nellie wolała się nad tym nie
zastanawiać. Dopiero później odkryła, że sympatyczna staruszka była w istocie paserką pracującą dla londyńskich gangów, a biżuteria okazała
się wielokrotnie kradziona. Nie mogła przy tym nie podziwiać
dwulicowości poczciwej gospodyni; była to dla niej świetna lekcja
kamuflażu.
Z własnego występku wytłumaczyła się przed wewnętrznym sędzią w następujący sposób: wiedząc, że wkrótce umrze, gospodyni mogła przecież
dobrowolnie podarować jej biżuterię. Była to mało prawdopodobna, ale
krzepiącą wizja. Nellie wróciła na górę, ze skruchą stąpając po
schodach, po czym posłała Edith po lekarza dla starszej pani.
-?Jest chora? -?spytała ją córka.
-?Bardzo -?westchnęła Nellie.
Później zastanawiała się, czy aby zamiast przyszłości gospodyni nie
wyczytała z kart własnego przeznaczenia, to w ich życiu zaszła bowiem
wielka zmiana. Rodzina Cokerów pożegnała się z bolszewikami, którzy
ruszyli w podróż powrotną przez Europę, aby wstąpić w szeregi rewolucji,
i opuściła dom przy Great Percy Street, zanim syn gospodyni zdążył ich
eksmitować, a znajomi staruszki z półświatka zjawili się, aby szukać
zrabowanych dóbr. Przez kolejne lata Nellie oglądała się za siebie na
ulicy w obawie, że złodzieje odkryli, kto przywłaszczył sobie ich łup, i zechcą się na niej zemścić. Pomimo upływu czasu wciąż jej się to
zdarzało.
Wynajęli zawilgoconą, pełną myszy suterenę przy Tottenham Court Road.
Zabrali ze sobą Kruszynkę, który świetnie sprawdzał się jako kot łowny i z naddatkiem zarabiał na swoje utrzymanie. W ramach pokuty Nellie
postanowiła sprzedać ulubiony klejnot z kolekcji -?wspaniały ametystowy
naszyjnik z początku XVIII wieku -?znajomemu właścicielowi lombardu,
przekonawszy go do wypłacenia jej zawrotnej sumy pięćdziesięciu funtów.
Była ekspertem w dziedzinie targowania się. Resztę skarbu odłożyła, aby
-?gdy zajdzie potrzeba -?wyprzedawać go po kawałku. W interesach
kierowała się daleko posuniętą oszczędnością: uważała, że jedno
przedsięwzięcie powinno finansować kolejne. Według niej pieniądz rodził
pieniądz.
Jakiś czas wcześniej w "Gazette" wpadło jej w oko ogłoszenie niejakiego
Jaegera. Był to ordynarny człowieczek o twarzy łasicy, ale znał się na
swojej robocie. Podczas wojny urządzał "podwieczorki z tangiem" w pewnej
suterenie w Fitzrovii, ale moda na tango przeminęła i obecnie szukał
kogoś do spółki, żeby organizować thés dansants7. Wspólnie z Nellie znaleźli suterenę -?a właściwie piwnicę -?przy Little Newport
Street, nieopodal Leicester Square, i wydali sporo pieniędzy na jej
odnowienie, po czym zaczęli rozprowadzać abonamenty na tańce z przekąskami, dwa szylingi za wieczór. Lokal nazwali Salą Taneczną u Jaegera.
W Savoyu -?gdzie na porządku dziennym były szampan i orchidee -?za
podobną usługę liczono sobie pięć szylingów, choć Nellie przypuszczała,
że jedzenie istotnie było tam bardziej wykwintne. Sala Taneczna u Jaegera zapewniała bardziej pożywne thés -?ciasta z lukrem, kanapki,
lemoniadę oraz coś, co nazywało się "Turecka Krew", miało jasnoróżowy
kolor i składało się z lemoniady, angostury i szczypty koszenili.
Licencji na sprzedaż alkoholu rzecz jasna nie mieli. Początkowo
przestrzegali prawa, z czasem jednak doszli do wniosku, że jeśli nie
będą podawać drinków, zrobi to za nich ktoś inny, więc je podawali.
Aby móc swobodnie lawirować na granicy prawa, Jaeger wykupił polisę
ubezpieczeniową w postaci usług policjanta -?detektywa sierżanta Arthura
Maddoxa z posterunku przy Bow Street. Maddox okazał się niezwykle
pomocny; w zamian za cotygodniową okrągłą sumkę przymykał oko na
przepisy dotyczące obrotu napojami wyskokowymi, a także informował
Jaegera i Nellie o planowanych przez policję nalotach.
Lokal szybko zyskał rozgłos. Goście bawili się do utraty tchu przy
dźwiękach jazzu i fokstrota wygrywanego przez zespół ragtime'owy -
wyglądało na to, że w czasie wojennej zawieruchy ludzie nie marzą o niczym innym jak o dobrej zabawie. Była wiosna 1918 roku i wszyscy mieli
już serdecznie dość wojny pozycyjnej.
Dla Nellie było to prawdziwe objawienie. Nie mogła nie zauważyć, że nad
ranem wielu mężczyzn wymyka się do domu z partnerką do tańca, której
przed kilkoma godzinami jeszcze nie znali.
-?Panienki dostają za to sute napiwki -?stwierdził flegmatycznie Jaeger.
-?Więc trudno je winić, no nie?
W noc zawieszenia broni Nellie widziała pary kompletnie obcych ludzi
spółkujących ze sobą w ciemnych zakamarkach sali, podczas gdy na ulicach
trwała istna orgia.
-?Kopulacja -?rzekł Jaeger, jeszcze bardziej flegmatycznie. -?Dzięki
niej ten świat nadal się kręci. Lepsze to niż zabijać się nawzajem.
Pieprzenie to naturalna rzecz, no nie?
Nellie wzdrygnęła się, słysząc ten wulgaryzm, lecz chcąc nie chcąc
musiała przyznać wspólnikowi rację. Usiłując nadać pozory wyrafinowania
prymitywnym popędom, pomyślała, że skoro podczas wojny zginęło tylu
ludzi, być może ci, którzy przeżyli, instynktownie ulegają presji
odbudowy gatunku. Jak żaby.
Przypuszczała, że powinna się oswoić z koncepcją "dobrej zabawy". Nie
szukała jej dla siebie, lecz z największą przyjemnością była gotowa
zapewniać ją innym -?za odpowiednią cenę, naturalnie. W dobrej zabawie
nie było nic złego, o ile sama nie musiała w niej uczestniczyć.
Tamtej nocy jedna z fordanserek -?Irlandka imieniem Maud -?zmarła z powodu przedawkowania opium. Nellie znalazła ją godzinę przed świtem,
skuloną w kącie za barem. Jaegera nigdzie nie było, zmobilizowała więc
kilku nieokrzesanych szeregowych z wojska, żeby wynieśli dziewczynę na
zewnątrz, wręczając im po butelce whisky w zamian za pozbycie się ciała.
-?Gdzie mamy to zrobić? -?zapytał jeden.
-?Nie wiem -?odparła Nellie. -?Użyj mózgu. Może gdzieś nad rzeką. -?Przy
odrobinie szczęścia dziewczyna spłynie przez bagna Essex i zostanie
zmyta do morza. Nellie nigdy więcej nie zobaczyła tych żołnierzy i nie
miała pojęcia, czy zastosowali się do jej sugestii. "Czego oczy nie
widzą, tego sercu nie żal" -?brzmiała jedna z przydatnych życiowych
maksym, jakimi się kierowała.
Jaeger był tylko odskocznią do przyszłej kariery Nellie. Wprawką. Jej
plany sięgały znacznie dalej. Po zawieszeniu broni sprzedała mu swoje
udziały za pięćset funtów. Później został kilkakrotnie napadnięty,
uznany za winnego "sprzedaży odurzających trunków" i dopuszczenia do
tego, by sala taneczna stała się "matecznikiem upadłych kobiet", co za
każdym razem kosztowało go grzywnę w wysokości trzystu dwudziestu pięciu
funtów. Po czwartym nalocie z rzędu uznał swoją porażkę i porzucił
branżę rozrywkową.
Dzięki zyskom z prowadzenia lokalu U Jaegera i pod wpływem nostalgii za
Paryżem lat swojej młodości Nellie założyła klub kabaretowy (mówiła o nim cabaret intime8) o nazwie Moulin Vert (lub "Moolinvurt", jak
nazywali go ci, którzy nie znali francuskiego).
Wziąwszy w dzierżawę brudną piwnicę przy Brewer Street, Nellie uczyniła
z niej istny pałac -?złocone wykończenia i amortyzujący parkiet
taneczny, a pod ścianami kawiarniane stoliki a la
Montparnasse9. Miała swoją wizję -?mise en sc?ne10,
jak powiedziała weteranowi regimentu Artists Rifles11, którego
najęła do pomalowania lokalu, on zaś wykonał dla niej malowidła ścienne
w stylu Renoira.
-?Można by pomyśleć, że jest się na paryskiej ulicy -?stwierdziła Nellie
i w ramach podziękowania dała mu dodatkowe pięć funtów, co było do niej
całkiem niepodobne.
Nadeszły szalone lata dwudzieste i Moulin Vert z hukiem otworzył swe
podwoje. Pomiędzy występami artystów kabaretowych -?ściągniętych ze
wszystkich scen West Endu -?odbywały się tam tańce, a po północy
zjawiały się wszystkie tancerki z Gaiety. Nellie zaangażowała cygańską
orkiestrę -?co prawda nie prosto z Francji, ale wystarczająco egzotyczną
dla tłumów okupujących "Moolinvurt". Alkohol płynął szerokim
strumieniem, podobnie jak pieniądze. W lokalu rzadko dochodziło do
nalotów; bądź co bądź sierżant Maddox nadal pracował dla Nellie.
Kilka miesięcy po otwarciu klubu Nellie dowiedziała się, że autor jej
malowideł ściennych się zastrzelił. Nie był pierwszym żołnierzem, który
nie potrafił poradzić sobie w czasach pokoju. Po zamknięciu klubu wypiły
z Edith po kieliszku w hołdzie dla niego.
Parę lat później Nellie otrzymała ofertę zbyt dobrą, aby ją odrzucić, i sprzedała klub. Z tej okazji kupiła każdej z córek po sznurze nowych
pereł hodowlanych Ciro z małymi diamentowymi zapięciami.
Za pieniądze ze sprzedaży Moulin Vert nabyła lokal, w którym miał
powstać jej nowy klub. Szukając dla niego nazwy, pomyślała o skarbie
znalezionym na Great Percy Street i kasetce pełnej migotliwych
klejnotów. "Diament? -?zastanawiała się. -?Albo Szafir? A może Rubin?"
Potem przypomniała sobie o naszyjniku, dzięki któremu miała od czego
zacząć karierę w Londynie, i niczym Złotowłosa wymyśliła nazwę akurat w sam raz: Ametyst.
Obecnie na imperium Nellie składało się pięć klubów nocnych: Pixie,
Lisia Jama, Sfinks i Kryształowa Czara, jednak klejnotem w koronie
zawsze był i na zawsze miał pozostać Ametyst.
Przed uwięzieniem przez większość wieczorów można ją było zastać w małej, odpornej na przeciągi budce przy wejściu do klubu, w której
mieściła się kasa. Stamtąd rządziła swoim królestwem -?rozliczała
rachunki na koniec każdego wieczoru, wydawała resztę kelnerom, pobierała
opłaty za wejście. Wstęp za jednego funta, tylko dla członków, przy czym
wystarczyło wpłacić dokładnie funta, żeby zostać członkiem. Klub
zgarniał tysiąc funtów tygodniowo -?istna kopalnia złota!
Nikogo nie wpuszczano za darmo, choćby był samym księciem Walii. Przed
tygodniem w klubie gościł Rudolph Valentino, a tydzień wcześniej młody
książę Jerzy. Oczywiście ten drugi nie miał przy sobie pieniędzy -?tacy
jak on nigdy nie nosili gotówki, więc jego towarzysze musieli
przetrząsnąć własne kieszenie, żeby uiścić opłatę. Nellie dawała ludziom
odczuć, że robi im przysługę, pozwalając przekroczyć próg Ametystu, a to
był dopiero początek łupienia gości. Gdy po skończonej zabawie chciało
się przy wyjściu odzyskać swoje okrycie, trzeba było wręczyć szylinga
szatniarzowi. Do tego, oczywiście, dochodziły napiwki. Ametyst stał
napiwkami. Fordanserki zarabiały trzy funty tygodniowo, ale w dobrą
sobotę -?podczas regat lub derby -?zdarzało im się wracać do domu nawet
z osiemdziesięcioma funtami w portmonetce. Nikt z personelu nigdy nie
poprosił Nellie o podwyżkę. Nikt by się nie ośmielił.
Ametyst nie snobował się na haut monde12, jak klub Embassy, ale i nie musiał grzebać w rynsztoku w poszukiwaniu klientów, jak niektóre z zapchlonych lokali przy Curzon Street.
Londyńscy gangsterzy, którzy od czasu do czasu tam wpadali, traktowali
lokal jak pole bitwy. Hałastra z Elephant and Castle, zabijaki od
Darby'ego Sabiniego, Monty Abrahams i jego kumple, gang z Hoxton,
Hunowie z Hackney, chłopaki od Frazziniego. Ich przywódca, Luca
Frazzini, był schludnym, eleganckim mężczyzną, którego często można było
spotkać w Ametyście, gdzie przesiadywał spokojnie przy stoliku w kącie z niemal nietkniętym kieliszkiem (darmowego) szampana. Mógłby uchodzić za
maklera giełdowego. Między nim a Nellie obowiązywało swoiste entente
cordiale13. Znali się od dawna, jeszcze z czasów Sali
Tanecznej u Jaegera, i mieli do siebie całkowite zaufanie. No, prawie
całkowite.
"Zwykli" obywatele i szumowiny z gangów obracali się tu w towarzystwie
członków rodziny królewskiej, zarówno tych przebywających na wygnaniu,
jak i tych, którym na razie udało się zachować tron, obrzydliwie
bogatych Amerykanów, hinduskich i afrykańskich książąt, oficerów gwardii
królewskiej, pisarzy, artystów, śpiewaków operowych, dyrygentów
orkiestr, gwiazd West Endu oraz tancerek i tancerzy. Nigdzie indziej w Anglii, a może i na świecie, nie widywało się przedstawicieli tylu
stanów naraz, nawet w Epsom w dniu derby. W przeciwieństwie do wielu
osób -?a nawet do większości z nich -?Nellie raczej nie żywiła
uprzedzeń. Nie dyskryminowała nikogo ze względu na jego kolor skóry,
rangę czy rasę. Kto miał czym zapłacić za wstęp, mógł wejść do jej
królestwa. Uważała, że pieniądze stanowią wyznacznik wartości każdego
mężczyzny -?oraz kobiety, skoro już o tym mowa.
Minąwszy strzegącego wejścia cerbera w postaci Nellie, przechodziło się
za bambusową zasłonę i schodziło po słabo oświetlonych, wąskich
stopniach, niepozornych jak schody prowadzące do piwniczki na węgiel.
Nellie uważała, że dodają całości "dramatyzmu", a dramatyzm był w cenie.
U dołu schodów gości witał kolejny portier, tym razem w liberii zdobnej
w szamerunek, epolety i tak dalej. Strój ten wyglądałby nie od rzeczy na
operetkowym kontradmirale. Noszący go osobnik, niejaki Linwood, mistrz
umizgów i kłaniania się w pas (zarabiał zaskakująco dużo na napiwkach),
był w istocie skompromitowanym kamerdynerem wyrzuconym z jednej z królewskich rezydencji. Nellie była zdania, że każdemu należy się druga
szansa -?ostatecznie sama z niejednej skorzystała. Zabawnie było
obserwować zaskoczone miny niektórych spośród co bardziej
arystokratycznych bywalców klubu na widok Linwooda (jak to zwykle z kamerdynerami bywa, znanego wszem i wobec wyłącznie z nazwiska), który w swoim czasie stał na straży wielu szokujących sekretów. Większość tkwiła
jednak w błogiej nieświadomości -?tak to już jest, że choć niemal
wszyscy służący wszędzie rozpoznaliby swoich panów, niewielu panów
pamięta twarze swoich służących. Linwood jak gdyby nigdy nic odsuwał
więc przed gośćmi zasłaniającą przejście ciężką czarną kotarę z mieszanki jedwabiu oraz wełny i nareszcie można było przekroczyć
upragniony próg klubu. Coup de théâtre14. Tadam! Witamy w Ametyście!
Na stół wjechały jajka na bekonie, wraz z obiecanymi kiełbaskami i słodką kawą z mlekiem, a Strażnik, owczarek Nivena, nosem otworzył drzwi
jadalni, zwiastując przybycie swojego pana.
Pies był jedynym stworzeniem na ziemi, które Niven zdawał się szanować.
Uparcie nazywał go "owczarkiem niemieckim" zamiast "alzackim", niepomny
-?lub nieczuły -?na złe skojarzenia, jakie wciąż budził ów przymiotnik.
Tak jak wielu żołnierzy walczących w okopach, Niven miał okazję widywać
psy podobne do Strażnika podczas ich służby, lecz była to jedna z niewielu informacji o czasie spędzonym w szeregach szkockich
gwardzistów, jaką był gotów z kimkolwiek się podzielić. W żadnym
momencie konfliktu zbrojnego ani po nim, włączając w to dzień
zawieszenia broni oraz zawarcia pokoju, Niven nie pomyślał, że
którakolwiek ze stron wygrała tę wojnę.
Nie tolerował ludzkich słabości. W ogóle nie miał cierpliwości do ludzi.
Religia, skrupuły, uczucia -?wszystko to była dla niego strata czasu.
Wydawało się, że serce Nivena, wypalone w wojennym tyglu, stwardniało na
kamień.
Był strzelcem wyborowym, w okopach trafiał Niemców ze swojego enfielda
wzór 1914. Ci nie pozostawali dłużni: pewnego ranka, podczas bitwy pod
Passchendaele, stojącemu tuż obok kapralowi, który był obserwatorem
artyleryjskim Nivena, wróg odstrzelił głowę. Po południu to samo
przydarzyło się innemu obserwatorowi. Trudno się dziwić, że nikt nie
palił się, aby go zastąpić. Snajperzy i obserwatorzy zwykle zamieniali
się rolami, więc następnym razem, gdy Niven miał służbę, zdecydował się
pełnić funkcję obserwatora, choćby po to, aby zademonstrować innym, na
czym polega przypadek. Nie zginął; może miał szczęście, a może po prostu
wiedział, kiedy wystawiać głowę ponad nasyp, a kiedy lepiej jej nie
wychylać.
Obecnie znajdował się bliżej jadalni, niż sądzili jego najbliżsi:
wysłuchiwał żalów jednej z fordanserek w składziku na zapleczu klubu,
pośród skrzynek z piwem i szampanem oraz beczek wędzonych śledzi, które
co tydzień sprowadzano pociągiem z firmy Fortune's Kippers w Whitby, aby
wzbogacić serwowane w Ametyście śniadania. Pragnąc położyć kres
płaczliwej opowieści dziewczyny, dał jej dość gotówki, żeby pozbyła się
"problemu". W Covent Garden mieszkała kobieta znana wszystkim
dziewczętom. Rozwiązanie bywało często gorsze niż sam problem, jednak
fordanserka uznała, że "musi zaryzykować". Jej "problem" nie był dziełem
Nivena; bardzo uważał, żeby nie pozostawić po sobie na tym świecie
żadnego śladu.
Wszedł teraz do pokoju i cmoknąwszy Nellie w policzek na modłę
kontynentalną, oznajmił:
-?A więc nasz ptaszek nareszcie wyleciał z klatki? -?Po czym porwał z talerza Betty plaster bekonu i rzucił go zaskoczonemu Strażnikowi.
Jego pocałunek zaniepokoił Nellie. Skojarzył jej się raczej z ogrodem
Getsemani niż z wyrazem synowskiej czułości.
-?Pora, abyśmy wszyscy położyli się spać -?stwierdziła ostro.
Niven zasalutował matce; udało mu się sprawić, że gest ten był
jednocześnie dwuznaczny i pełen szacunku. Wyćwiczył się w tym podczas
wojny.
-?Sofort, mein Kapitän15 -?rzucił. Nellie łypnęła na niego
gniewnie; chociaż nie znała niemieckiego, potrafiła rozpoznać język
wroga, ilekroć go słyszała.
Bow Street
Ma pan dzisiaj wolne, sir. -?Sierżant z porannej zmiany wyglądał na zaniepokojonego widokiem Frobishera, który
jak burza wpadł do dyżurki posterunku przy Bow Street.
-?Wiem o tym, sierżancie. Jeszcze całkiem nie zdziecinniałem.
-?Nawet mi to przez myśl nie przeszło, sir.
Dyżurny sierżant dopiero dochodził do siebie nad emaliowanym kubkiem
mocnej, obficie posłodzonej herbaty. Zdecydowanie nie był jeszcze gotów
do działania, nauczył się jednak wyczuwać nastroje nowego nadinspektora.
Frobisher urzędował przy Bow Street od niewiele ponad tygodnia i sierżant wciąż poznawał jego codzienne zwyczaje. Tego ranka z ostrożnym
optymizmem zaryzykował pytanie:
-?Herbaty, sir?
-?Nie, dziękuję, sierżancie -?odparł raźnie Frobisher.
Nie uprzedził panny Kelling, że ma dzisiaj wolne. Nie poinformował też
swojej małżonki, lecz Lottie i tak nieszczególnie się interesowała tym,
kiedy i dokąd wychodzi. Miał zadanie do wykonania: musiał uprzątnąć tę
stajnię Augiasza. Plugastwo nie śpi, on zatem również nie zmruży oka,
dopóki go nie usunie; nadinspektor lubował się w metaforach.
Posterunek przy Bow Street nie był cichym miejscem. Do uszu Frobishera
dobiegało metaliczne pobrzękiwanie i trzaskanie drzwi aresztu oraz
głośne protesty więźniów domagających się zwolnienia. Skojarzyły mu się
one z krzykiem potępionych dusz dochodzącym z otchłani Hadesu, chociaż
cele przy Bow Street znajdowały się powyżej poziomu gruntu. W pewnej
chwili z oddziału kobiecego piętro wyżej dobiegło go jękliwe zawodzenie
-?trudno było stwierdzić, czy wyrażało rozpacz, czy szaleństwo. Jedno od
drugiego oddzielała cienka linia. Frobisher pomyślał o swojej żonie.
Tego dnia zerwał się o nieludzkiej porze, żeby pojechać do Holloway, i czuł pustkę w żołądku, który domagał się obfitego posiłku. Myśli
nadinspektora powędrowały ku owsiance z miodem świeżo wybranym z plastra
i ze śmietanką prosto od krowy, a może i ku jajku dopiero co zniesionym
przez tłustą kurę. Marzenie ściętej głowy; Frobisher dorastał na wsi i chociaż skończył czterdzieści lat, w głębi duszy wciąż tęsknił za
Shropshire. Kiedy był mały, hodowali kury, które swobodnie biegały po
podwórku, a gdy po południu wracał ze szkoły, do niego należało
wyszukiwanie jajek. Każde takie odkrycie było małym triumfem, który
nieodmiennie sprawiał mu satysfakcję. Od tamtej pory żadne jajko nie
smakowało mu już tak samo.
-?Jaki mamy bilans po nocy, sierżancie? -?zapytał.
-?Areszt pęka w szwach, sir. Sąd będzie potrzebował całego dnia, żeby
się ze wszystkimi uporać.
-?To co zwykle?
-?Obawiam się, że tak. Typowe wykroczenia: nagabywanie, kradzieże,
upojenie alkoholowe, napaści. Cała gromada pijaków kisi się we własnym
sosie. Morderstwo na Greek Street...
-?O? -?W ciągu ostatnich kilku miesięcy w Londynie doszło do serii
zdumiewających zabójstw. Niewyjaśnionych, przypadkowych napaści na
niewinnych przechodniów. Oczywiście natychmiast znaleźli się przesądni
głupcy, którzy -?podjudzani przez brukowce -?uznali to za klątwę
Tutanchamona. Frobisher pracował w wydziale zabójstw Scotland Yardu i wiedział z pierwszej ręki, jak denerwujące były to sprawy: nic ich ze
sobą nie łączyło. Jedyny wniosek, jaki się nasuwał, to że stanowią
dzieło szaleńca.
-?Nic szczególnego, sir -?odrzekł sierżant. -?Dwóch nietrzeźwych
dżentelmenów postanowiło zatłuc się na śmierć. Sprawę prowadzi Śmiejący
się Policjant.
-?Sierżant Oakes? Wolałbym, abyście używali jego nazwiska. -?Frobisher
szczerze nie cierpiał durnej piosenki Charlesa Penrose'a.
-?Zgadza się, sir. Ale musi pan przyznać, że Oakes lubi się pośmiać. We
wszystkim widzi okazję do żartu.
Oakesowi z pewnością nie brakowało doświadczenia i Frobisher uważał, że
można na nim polegać, chociaż wesołkowatość podwładnego powoli zaczynała
go męczyć.
-?Inspektor Maddox jest dziś na służbie? -?spytał.
-?Dalej na chorobowym, sir.
-?Tyle czasu? -?Arthur Maddox przebywał na zwolnieniu od dnia, w którym
Frobisher zjawił się na Bow Street, i nadinspektor był przekonany, że to
on jest rakiem zżerającym zdrową tkankę posterunku, najbardziej zgniłym
jabłkiem w całym koszyku. -?Co mu dolega, u licha? Symuluje?
-?Ma chyba jakieś kłopoty z kręgosłupem, sir.
Ból pleców nie powinien nikomu przeszkadzać w wykonywaniu jego
obowiązków, pomyślał poirytowany Frobisher.
-?No cóż, jeżeli jakimś cudem stawi się dzisiejszego ranka w pracy,
przekażcie mu, że o niego pytałem.
Podejrzewano, że Maddox, po wojnie awansowany na inspektora, bierze w łapę od tych, których powinien ścigać. Żył ponad stan -?duży dom w zabudowie bliźniaczej w Crouch End, żona i pięcioro dzieci. (Pięcioro!
Frobisher nie mógł sobie wyobrazić, że ma choćby jedno). Miał też
samochód, wolseleya open tourera, jakim jeździli ludzie zamożni i jakiego mógł mu tylko pozazdrościć ktoś przymierzający się do zakupu
austina seven. Do tego stać go było na letnie wakacje dla całej rodziny
w Bournemouth albo Broadstairs, i to nie w byle jakich pensjonatach, ale
w dobrych hotelach. Frobisher był pewien, że Maddox jest w zmowie z Nellie Coker i chroni ją przed wymiarem sprawiedliwości, ale z czego
jeszcze czerpał korzyści? Szczwany był z niego lis, a Nellie trzymała
całe stadko kur, którym matkowała niczym kwoka. Czyżby zapewniła
Maddoxowi swobodny dostęp do swojego kurnika? (Nadinspektor zdecydowanie
lubował się w metaforach).
Na sam dźwięk nazwiska Maddoxa dyżurny sierżant wziął głęboki oddech i wyprostował się, co nie umknęło uwadze Frobishera. Ostatnimi czasy
zainteresował się tak zwaną mową ciała lub "mową subwokalną", czyli
sytuacjami, podczas których człowieka zdradzają rozmaite drobiazgi.
Rzecz jasna, dyżurny sierżant mógł się zwyczajnie wyprostować, żeby
rozciągnąć bolący mięsień. Od czasu do czasu można niedomagać -?to
Frobisher jeszcze by zrozumiał, ale nie cały tydzień zwolnienia, na
litość boską!
Pociągnął nosem: skądś doleciał go aromat smażonego bekonu. Czysta
poezja! Zaburczało mu w żołądku, a nadinspektor poczuł przypływ
zazdrości. Zmarszczył brwi; czyżby funkcjonariusze pod jego nieobecność
jedli? I to kanapki z bekonem? Ciekawe, co jeszcze robili, kiedy go nie
było. Ogarnęło go dziwne rozczarowanie, jak wówczas, gdy jako młody
chłopak był wykluczany z zabaw przez swoich rówieśników. Nie da się
ukryć, był niezdarnym, skrytym dzieckiem, które wyrosło na niezręcznego,
zamkniętego mężczyznę. Tyle że teraz lepiej to ukrywał pod sztywnym
pancerzem.
Łypnął gniewnie na dyżurnego sierżanta, ten zaś, czując, że jego bekon
jest zagrożony, próbował ratować się nagłą zmianą tematu.
-?Podobno dziś rano wypuścili z więzienia mateczkę Coker. -?Sierżant,
podobnie jak cały posterunek, doskonale zdawał sobie sprawę z obsesji,
jaką Frobisher miał na punkcie rodziny Cokerów, a zwłaszcza Nellie.
-?Owszem -?mruknął nadinspektor.
-?Był pan tam, sir?
-?Byłem.
Nie rozwijał tematu, a sierżant wolał nie ryzykować i nie naciskał.
Frobisher nie był mistrzem niezobowiązujących pogaduszek; nigdy w nich
nie gustował, a to oznaczało, że musiał mierzyć się z niezrozumieniem,
uchodząc za nieprzystępnego, wręcz aroganckiego człowieka. Bóg mu
świadkiem, że próbował to zmienić i gawędzić o pogodzie, wyścigach
konnych, a nawet o filmach, lecz ostatecznie zawsze wypadał jak kiepski
aktor teatru amatorskiego. ("A zatem, posterunkowy, co tam słychać na
waszej działce?") Jego prawdziwe pasje były zbyt enigmatyczne i mało
interesujące dla przeciętnego człowieka czy kolegów z Bow Street, a już
na pewno dla jego żony. Traktat berliński między Niemcami a Sowietami
(czy to mogło się dobrze skończyć?) albo demonstracja wynalazku zwanego
"telewizorem" w Towarzystwie Królewskim, dokonana przez niejakiego
Bairda (urządzenie wyglądało jak coś rodem z powieści H.G. Wellsa).
Frobisher miał dociekliwy umysł, co zwykle jest przekleństwem, nawet dla
detektywa.
W jego domu w Ealing przed koniecznością towarzyskich pogawędek ratował
go wzajemny brak zrozumienia. Jego żona miała na imię Charlotte -?Lottie
-?choć nie mogła tego potwierdzić aktem urodzenia, więc nadinspektor
miał wątpliwości, czy naprawdę tak się nazywa. Tkwiący w nim detektyw
chętnie zbadałby sprawę dokładniej, jako mąż uważał jednak, że
rozsądniej będzie nie roztrząsać tej kwestii. Lottie była Francuzką albo
Belgijką -?niepewna własnego pochodzenia, z pewnością mieszkała na
pograniczu. Pod koniec wojny wyszła z gruzów Ypres z główką czosnku w kieszeni, bez żadnych dokumentów, i niczego nie pamiętała. Lekarze
nazywali to "amnezją histeryczną".
Za młodu Frobisher wyobrażał sobie wiele cech swojej potencjalnej
przyszłej żony, nie spodziewał się jednak, że będzie cierpiała na
amnezję histeryczną. Historia Lottie okazała się równie tragiczna, co
skomplikowana -?to również było coś, czego nie przewidział, dumając o przyszłej małżonce.
Drzwi otworzyły się i dwóch posterunkowych wciągnęło do środka kobietę,
gromkim głosem zapewniającą o swej niewinności, co uchroniło
nadinspektora przed dalszymi rozmyślaniami.
-?Dolly Pargeter, oskarżona o kradzieże kieszonkowe na Strandzie -
zwrócił się do dyżurnego jeden z mundurowych, którzy usiłowali poskromić
zatrzymaną.
-?Ranny ptaszek z ciebie, Dolly -?zauważył przyjaźnie sierżant. -?Zaraz
zakwaterujemy cię w naszym hoteliku. -?Jego nozdrza rozszerzyły się,
łowiąc woń przypalającego się bekonu, lecz pójście na zaplecze byłoby
równoznaczne z przyznaniem się Frobisherowi, że pichci tam śniadanie dla
siebie i kolegów.
-?Pójdę już -?rzucił niechętnie nadinspektor. Wolał posterunek od swego
domu w Ealing, co wiele mówiło o tym ostatnim. Odwrócił się do wyjścia i usłyszał, jak sierżant mówi:
-?Byłbym zapomniał, sir. Mamy topielicę. Wyłowili ją przy nabrzeżu obok
Tower Bridge. Pewnie nadal jest w Dziupli Umarlaka16. Uznałem,
że chciałby pan o tym wiedzieć. -?W opinii całego posterunku przy Bow
Street Frobisher wykazywał niemal niezdrowe zainteresowanie martwymi
młodymi kobietami.
-?Dziękuję, sierżancie -?odparł nadinspektor, odczuwając wdzięczność na
myśl, że chwilowo oszczędzono mu konieczności powrotu do Ealing. -
Sprawdzę to.
-?Ma pan dziś wolne, sir -?przypomniał mu dyżurny.
-?Przestępcy nie śpią -?burknął Frobisher. Wiedział, że brzmi jak bufon.
-?Nawiasem mówiąc, sierżancie...
-?Tak, sir?
-?Chyba przypaliliście bekon.
Opuszczając posterunek, nadinspektor nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Dobrze im tak, skoro go nie zapraszają.
Podczas przechodzenia przez ulicę musiał wykonać gwałtowny unik, żeby
nie wpaść pod nadjeżdżający motocykl marki Enfield, prowadzony przez
mężczyznę w skórzanym kasku, z twarzą ukrytą za parą gogli. Tak łatwo
było zginąć na ulicach Londynu -?za sprawą przypadku lub umyślnego
działania.
Trudny wiek
Zanim Cokerowie wsiedli do swoich
bentleyów przed Holloway, czternastoletnią Fredę wyrwały ze snu krzyki i fałszywe przyśpiewki nocnych tragarzy na targu w Covent Garden,
rozładowujących ciężarówki, które od północy ściągały tam z łoskotem z całego kraju, zwożąc jabłka z Evesham, grzyby z Suffolk oraz egzotyczne
towary z całego świata.
Odkąd uciekła z domu, Freda -?a właściwie Alfreda Murgatroyd -
wynajmowała pokój na poddaszu w obskurnym pensjonacie przy Henrietta
Street, tak blisko targu, że mogłaby przysiąc, iż czuje smród gnijących
kapuścianych liści, rozdeptywanych codziennie setkami stóp. Przyjechała
do Londynu, żeby zrobić karierę i zostać gwiazdą na West Endzie. Na
razie nikt jeszcze nie odkrył jej talentu, ale nie traciła otuchy i w najbliższą sobotę wybierała się na przesłuchanie. Była pewna, że wkrótce
jej los się odmieni.
Pomimo drobnej budowy ciała wyglądała na starszą, niż była w rzeczywistości, a jak na tak ładną dziewczynę była zaskakująco
pozbawiona próżności, traktując swoją urodę raczej jak dzieło przypadku.
Albo jak dar od Boga -?o ile ktoś wierzył, że Bóg rozdaje urodę w prezencie, co Fredzie wydawało się mało prawdopodobne. Uważała piękno za
rodzaj psikusa, jakiego greccy bogowie płatali śmiertelnikom, bardziej
za przekleństwo niż dar. Jedną z niewielu książek, które w życiu
przeczytała, była ilustrowana antologia mitów greckich (wydanie dla
dzieci), którą znalazła porzuconą na siedzeniu w pociągu, gdy miała
dziesięć lat. Trudno ją było uznać za dobry przewodnik po dorosłym
życiu.
Odkąd nauczyła się samodzielnie siedzieć, Freda czuła się jak eksponat.
W domu miała cały album zdjęć katalogujących jej postępy -?od udziału w konkursach na najładniejsze niemowlę po występy w spektaklu Dziadek do
orzechów w minione Boże Narodzenie, wystawianym przez zawodowy teatr
objazdowy; dostrzeżono ją wówczas wśród innych miejscowych dziewcząt i zaangażowano do roli Klary. Jej matka Gladys, niegdysiejsza kronikarka
rozkwitającej urody córki, ostatnio straciła nią zainteresowanie i całą
energię wkładała w poszukiwania nowego męża, który finansowałby jej
gnuśny styl życia. W przeszłości wykorzystywała wygląd Fredy w celach
zarobkowych, lecz z czasem ta inwestycja przestała jej się opłacać.
-?Straciłaś swój blask -?oznajmiła kiedyś Fredzie. Dziewczyna
zmarszczyła brwi; coś jej mówiło, że jeszcze na dobre nie rozbłysła.
Prawdziwym powodem do dumy był dla niej talent, a nie wygląd. Godziny
spędzane na kręceniu się, wirowaniu, stepowaniu, obciąganiu palców i wykonywaniu podskoków. Od trzeciego roku życia uczęszczała do szkoły
tańca, z której co roku Teatr Królewski wybierał najlepsze uczennice na
tancerki do muzycznych przedstawień gwiazdkowych. Podobnie robiły ekipy
objazdowych spektakli baletowych i operowych, które odwiedzały York -
stąd też rola Klary ("Dziewczyna z Groves urzeka widownię"). Groves było
dzielnicą Yorku; nazwa kojarzyła się z gajem i Fredzie bardzo podobała
się myśl, że w publicznej świadomości może uchodzić za leśną nimfę, a nie za osobę zamieszkującą zapuszczony domek na końcu szeregowca
stojącego za zakładem Rowntree. Kiedyś mieszkali w znacznie lepszym domu
przy Wigginton Road, naprzeciwko zakładu, w którym ojciec Fredy
pracował, zanim umarł, i skąd przed trzema laty eksmitował je z matką
komornik.
W swoim krótkim życiu Freda zdążyła wcielić się w dziesiątki kotów,
psów, niedźwiadków, śnieżynek oraz wróżek, miała też w swoim repertuarze
liczne (choć jakby wciąż takie same) role "wiejskich dzieci" tańczących,
śpiewających i podskakujących wokół słupa majowego. Wyglądało na to, że
żadne przedstawienie bożonarodzeniowe nie może się obyć bez sceny
rozgrywającej się na wiejskim placu. Freda miała naturalną grację ruchów
i skrzętnie wykonywała polecenia, co czyniło ją popularną wśród
dorosłych.
Uważała, że na całym świecie nie ma nic lepszego od występowania na
scenie. Było w tym coś wyjątkowego, co wykraczało poza nijaką
codzienność. Serce rosło w jej piersi na samą myśl o tym.
Pomiędzy siódmym a trzynastym rokiem życia Freda pozowała jako modelka
ręcznie dzierganej odzieży dla producenta przędzy. I to nie tylko do
zdjęć ilustrujących publikowane w czasopismach wzory -?wykonywanych w zimnym studio na poddaszu gdzieś w Manchesterze -?ale także podczas
pokazów na żywo, z którymi modelki objeżdżały północ kraju na
zaproszenie lokalnych sklepów z wełną, oferujących wzory robótek
ręcznych, druty i kłębki wełny, z których można było wykonać
prezentowane ubrania.
Te sporadyczne pokazy organizowano głównie w przygnębiających salkach
parafialnych i z reguły dla publiczności złożonej z samych kobiet, które
nie doszły jeszcze do siebie po okropieństwach wojny, bardzo często
pogrążonych w żałobie. W dodatku z jakiegoś powodu zawsze odbywały się w zimie! "Taki już chyba urok wełny" -?mawiała Vanda.
Vanda stale podkreślała, że stanowią zespół. Było ich troje: Duncan,
Vanda i Freda, plus Adele, która "pracowała dla firmy" i odpowiadała za
ich podróże oraz zakwaterowanie. Gdy przesiadali się z jednego
zadymionego wagonu trzeciej klasy do drugiego, w jednej ręce zawsze
ściskała swój rozkład jazdy Bradshawa, a w drugiej taszczyła walizę
pełną "Dzianin", jak o nich mówiła (bezsprzecznie przez duże "D"). Żadne
z nich, nawet Adele, nie umiało robić na drutach; ich umiejętności nie
wybiegały poza ścieg gładki prawy i lewy, chociaż Duncan twierdził, że
jest całkiem niezły w ściegu francuskim. Vanda śmiała się wtedy i mówiła: "Przestań świntuszyć". Podczas wojny Duncan służył w marynarce;
najwyraźniej marynarze lubili dziergać w wolnych chwilach.
Podczas prezentacji wyrobów nieodmiennie padały pytania:
-?Jak to jest wykończone? Czy to jest ścieg jodełkowy?
Vanda zręcznie odbijała piłeczkę, zamieniając wątpliwości w pochlebstwa:
-?Ależ ma pani bystre oko, brawo! Jak pani myśli, jaki to rodzaj ściegu?
Chętnie poznam zdanie specjalistki. -?I tak dalej, i tak dalej.
"Zmiana kostiumów", jak Adele określała przebieranie się z jednego
dzianinowego stroju w drugi, odbywała się zwykle w półmroku zaplecza
sali, które służyło jako składzik śpiewników, sfatygowanych jasełkowych
żłóbków i innych nieużywanych na co dzień akcesoriów kościelnych.
Podczas pokazów nie wchodzili na scenę (o ile w ogóle była tam jakaś
scena, bo często wcale jej nie było), tylko paradowali gęsiego między
rzędami rozchwianych krzeseł zajmowanych przez publiczność. Po dojściu
do ściany w głębi wykonywali powolny obrót, po czym wracali tą samą
drogą.
-?Im wolniej, tym lepiej -?doradzała Adele. -?Te kobiety nie przychodzą
tutaj w deszczowy środowy wieczór z powodu robótek ręcznych, tylko
dlatego, że mają okazję przeżyć coś wyjątkowego.
Freda prezentowała kardigany i swetry o misternych wzorach oraz
trzyczęściowe komplety z plisowanymi spódnicami i szetlandzkimi
beretami. Przy tym wszystkim nie brakowało pomponów.
-?Wyglądasz w nich bardzo pociągająco -?twierdziła Vanda.
Freda szybko nauczyła się spoglądać prosto przed siebie z łagodnym
uśmiechem na ustach, podczas gdy publiczność wyciągała ręce, żeby
dotknąć jej rękawów, pomacać ścieg ściągaczowy albo, od czasu do czasu,
samą Fredę -?podszczypując skórę na grzbiecie jej dłoni lub poklepując
łydkę, która uwypuklała się, jędrna i zachęcająca, nad białymi
skarpetkami i czarnymi lakierkami. Freda zdejmowała je natychmiast po
pokazie, żeby przypadkiem ich nie porysować, i zastępowała zwykłymi
brązowymi skórzanymi oksfordkami.
Często nieśmiało ją oklaskiwano, co nie miało nic wspólnego z "Dzianinami", tylko raczej z tym, że promieniała obietnicą przyszłości -
przyszłości, która musiała być lepsza niż przeszłość. To sprawiało, że
publiczność patrzyła na nią jak na świętą. Gdyby mogli zachować kawałek
Fredy jako relikwię -?kość palca, pukiel włosów czy choćby jakiś pompon
-?uczyniliby to bez wahania.
Vanda była wysoka i koścista, z włosami koloru ciasteczek imbirowych,
efektowna, choć w dość tandetny sposób. Spryskiwała się Habanitą
Molinarda tak obficie, że każdy, kto podszedł zbyt blisko, zaczynał się
dusić. Perfumowała nawet swoje papierosy marki Sarony, z którymi się nie
rozstawała, co sprawiało, że jej głos, pobrzmiewający akcentem z Teesdale, przypominał "krakanie wrony", jak zwykł mawiać Duncan. Vanda
stale częstowała Fredę papierosami ("Śmiało, nie krępuj się, złotko"), a chrapliwy, mokry kaszel zwiastował jej nadejście na długo przed tym, nim
się pojawiła.
Duncan, który przed wojną "wycierał deski teatralne", dzielił niegdyś
scenę z początkującą Edith Evans w Haymarket -?"wtedy nosiła jeszcze
halabardę", twierdził lekceważąco. Oba te sformułowania były dla Fredy
niezrozumiałe; uczyła się jednak przez swego rodzaju osmozę i często to,
co usłyszała jednego dnia, nazajutrz nabierało dla niej sensu. Uznała,
że "noszenie halabardy" brzmi jak bardzo szlachetne zajęcie.
Zadaniem Duncana było prezentowanie na pokazach swetrów, kardiganów i kamizelek, z których wiele wydziergano w skomplikowane wzory z Fair
Isle. Jako rekwizyt często towarzyszyła mu niezapalona fajka, żeby
wydawał się bardziej męski. Pomimo młodego wieku Freda była już
świadoma, że męskość niekoniecznie jest cechą, na której eksponowaniu
zależałoby Duncanowi. Miał dziwny akcent, według Vandy "liverpoolski z wyższych sfer", który bardzo podobał się Fredzie i przez większość czasu
starała się go naśladować.
Vanda również była doświadczoną artystką, która niegdyś występowała na
scenie -?co wieczór lewitowała w music-hallu jako asystentka magika.
-?To się nie działo naprawdę, złotko -?wyjaśniła Fredzie, gdy ta głośno
wyraziła swój podziw. -?To tylko taka sztuczka. -?W oczach Fredy czyniło
to tylko ten wyczyn jeszcze bardziej fascynującym.
Vanda paradowała w "damskich dodatkach", co według niej obejmowało
"liczne grzechy mody", od bolerek po dzianinowe sukienki i babcine
kardigany. Niemowlęta i małe dzieci były na pokazach pomijane, chociaż
Vanda od czasu do czasu nosiła w objęciach dużą lalkę w pełnym
przyodziewku. Pojawiała się nie wiadomo skąd, zbyt duża, aby zmieścić
się w walizce Adele. Mówili na nią Dorothy.
-?Bardziej matką już nie będę -?mawiała Vanda, a z jej tonu przebijał
raczej triumf niż smutek, gdy poprawiała wstążki na czepeczku
nieruchomej Dorothy.
W przeciwieństwie do własnej matki, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej
chaotycznej, Freda była wyjątkowo schludnym i uporządkowanym dzieckiem.
(Nawet "pedantycznym" zdaniem Duncana). Każdego wieczoru przed snem
zakręcała włosy na papiloty i nacierała piegi sodą oczyszczoną, ponieważ
ktoś kiedyś powiedział jej, że dzięki temu zbledną. Zanim położyła się
do łóżka, które zwykle dzieliła z Vandą, składała wszystkie ubrania i układała je w piramidkę na krześle -?spódnica na dole, majtki na górze,
a na wierzchu skarpetki, wszystko gotowe na kolejny dzień. Rano
rozmontowywała piramidę w odwrotnej kolejności.
-?Ależ ty jesteś grzeczna! -?chwaliła ją Vanda.
Dzieliły ze sobą sypialnie w różnych pensjonatach. Vanda, podobnie jak
matka Fredy, była niechlujna: ubrania zrzucała tam, gdzie stała, i wszędzie rozsypywała puder do twarzy. Freda jej nie osądzała -?uczyła
się od niej kobiecości. Jak powiedziałby Duncan, trzeba korzystać z tego, co ma się pod ręką.
Freda była też bardzo dobra w pakowaniu; w swojej małej walizeczce
potrafiła upchnąć dwa razy więcej niż Vanda w wielkiej walizie, więc
czasami ją wyręczała. Cała sztuka polegała na tym, żeby właściwie
poskładać ubrania. "To jak z geometrią", mówił Duncan. Znajomość
geometrii Fredy, podobnie jak jakiejkolwiek innej dziedziny matematyki,
była godna pożałowania. Czasami przychodziło jej do głowy, że może
powinna częściej chodzić do szkoły.
-?Nie przejmuj się, złotko -?pocieszała ją Vanda. -?Tancerce wystarczy,
jeśli będzie umiała zliczyć do ośmiu.
Vanda miała futro -?rzekomo podarunek od wielbiciela -?uszyte ze skór
trzydziestu sześciu gronostajów. Przypominało puszysty śnieżnobiały
obłok i podczas niekończących się podróży koleją Freda często zasypiała
z głową na miękkim ramieniu Vandy. Według Duncana futro było z królików,
a nie gronostajów. Freda nie miała pojęcia, co to jest gronostaj;
wiedziała tylko, że to rodzaj zwierzęcia, chociaż jej wiedza w tym
zakresie była mocno ograniczona. Nigdy nie miała własnego zwierzątka,
nie była na farmie ani w ogrodzie zoologicznym. Krowy i owce stanowiły
jedynie element dekoracyjny, który urozmaicał rozpościerający się za
oknem wagonu krajobraz północy. Teraz wstydziła się swojej dawnej
niewiedzy, lecz kiedyś bardzo się zdumiała, słysząc od Vandy, że
"Dzianiny" pochodzą od owiec.
Wieczorami w pensjonatach, gdzie się zatrzymywali, Duncan wyjmował z walizki butelkę. Zawsze miał jakąś w zanadrzu i proponował Fredzie
"kropelkę", a ona grzecznie odmawiała. Raz spróbowała i poczuła się tak,
jakby jej wnętrzności zapłonęły żywym ogniem.
-?To rum Old Navy -?wyjaśnił jej Duncan. -?Zmyłby farbę z okrętu
wojennego. Tam się w nim rozsmakowałem, w starej, dobrej Królewskiej
Marynarce Wojennej.
Czasami przy takich okazjach Vanda (która wolała porto) z zaskakująco
lubieżnym uśmiechem na ustach prosiła:
-?Opowiedz nam coś o swoich wojennych przygodach, Duncan.
Na co ten wybuchał śmiechem i odpowiadał:
-?Takiego wała, moja droga. -?Po czym mimo wszystko raczył je opowieścią
o tym, jak w 1915 roku na pokładzie statku Jego Królewskiej Mości
"Formidable", który zatonął w kanale La Manche, nadział się na maszt, by
po chwili "ześliznąć się z niego jakby nigdy nic".
Co w tym takiego wulgarnego? -?zastanawiała się Freda. Przypuszczała, że
historia z masztem to jakiś żart albo magiczna sztuczka. Duncan rzadko
wspominał o blisko pięciuset marynarzach, którzy nie mieli tyle
szczęścia co on. Wojna należała do przeszłości, ta zaś nie interesowała
Fredy, ponieważ jej nie dotyczyła. Żyła teraźniejszością i była głodna
przyszłości. Vanda na początku wojny "straciła swojego faceta". Freda
początkowo sądziła, że zginął w jakiejś bitwie, ale Duncan wyjaśnił, że
uciekł do Barnsley z barmanką.
-?Aliteracyjne adulterium -?dodał.
-?Co za uczone słowo -?powiedziała Vanda.
-?Które? -?odparł Duncan.
Podczas tych miłych wieczorów w pensjonacie, czasami spędzanych w "ogólnodostępnej sali" przed syczącym gazowym kominkiem, a częściej w sypialni, którą Freda dzieliła z Vandą, Duncan rozkładał na narzucie
talię kart i uczył Fredę, jak grać, a także jak oszukiwać, co było
jeszcze ciekawsze -?szachrowania przy tasowaniu, rozdawaniu oraz wielu
innych "sztuczek", jak je nazywał. Twierdził, że Freda ma do tego
smykałkę.
-?Ach, te zwinne paluszki -?cmokał z uznaniem. Powiedział Vandzie, że
Freda jest nad wiek rozwinięta, a ona usłyszała: "rozgarnięta". Grali na
zapałki i gdy się rozstawali, Duncan miał u niej spory dług. Żartował,
że będzie musiał splądrować któryś z magazynów Kreugera, Króla Zapałek,
żeby ją spłacić. Freda zastanawiała się, czy gdyby poślubiła Króla
Zapałek, zostałaby Królową Zapałek?
Vanda też nieźle grała w karty -?jako asystentka magika poznała
najróżniejsze sztuczki i chętnie objaśniła Fredzie, jak przeciąć kogoś
na pół (zwykle kobietę) albo sprawić, żeby ktoś zniknął (również zwykle
kobieta). Zdaniem Fredy była to bardzo przydatna wiedza. Vanda
powtarzała jej, że kluczem do sukcesu jest skutecznie odwrócić uwagę
widza.
Nie miała też nic przeciwko temu, aby zdradzić Fredzie sekrety
Magicznego Kręgu -?"za co najpewniej grozi mi kara śmierci", powtarzała
wesoło -?ale za nic w świecie nie wyjawiłaby nikomu swojego wieku.
("Słodka tajemnica damy"). Freda dawała jej dwadzieścia pięć lat, choć
głośno nigdy tego nie powiedziała.
-?Pomnóż to przez dwa i odejmij dziesięć -?doradził jej Duncan.
A co w tym czasie działo się z matką Fredy? Najczęściej widywano ją, jak
chwiejnym krokiem zmierzała z dzbankiem do sklepu spółdzielczego i wracała, napełniwszy go sherry "leżakowaną w drewnie", co brzmiało
wytwornie, podczas gdy w istocie chodziło o zwykłą beczkę z kurkiem na
zapleczu spółdzielni.
Ojciec Fredy, znacznie starszy od matki, umarł pewnego dnia w pracy
("Kopnął w kalendarz"). Ze względu na słaby wzrok udało mu się uniknąć
wyjazdu na front, za to serce zawiodło go, gdy Freda miała zaledwie pięć
lat.
-?I tak był sztywniakiem -?twierdziła Gladys. -?Stary nudziarz. Nie
wiem, czego się właściwie spodziewałam. -?W istocie dobrze wiedziała, że
jedyne, na czym jej zależało, to nie musieć codziennie chodzić do pracy
w Rowntree. Właśnie w tamtejszym biurze poznała ojca Fredy, wdowca "na
kierowniczym stanowisku". W uszach Fredy "kierownicze stanowisko"
brzmiało bardzo majestatycznie. Ilekroć myślała o ojcu, czuła zapach
czekolady, tweedu oraz tytoniu. Co tydzień przynosił do domu torbę
czekoladek z odrzutu, które to dostawy tragicznie przerwała jego śmierć.
Odkąd przeniósł się w zaświaty, jego imię rzadko gościło na ustach
Gladys. Zwracając się do Fredy, mówiła o nim po prostu "twój ojciec"
albo częściej "ta świnia", przydając mu w oczach córki cech niemal
mitycznych, jakby zszedł z Olimpu specjalnie po to, żeby zapłodnić
Gladys przed powrotem do swego boskiego królestwa. W jej wydaniu mitów
greckich dziewczętom niemal stale zdawało się grozić porwanie przez
nadpobudliwego Zeusa pod postacią łabędzia albo byka, a nawet mrówki.
Dlaczego zatem nie świni?
W świecie doczesnym ojcu Fredy po prostu pochlebiało zainteresowanie
młodszej kobiety. Z początku dzięki Gladys poczuł się młody, a wkrótce
potem, również za jej sprawą, bardzo leciwy. Historia stara jak świat,
odwieczna jak greccy bogowie.
-?Dlaczego ten Zeus musiał zakładać przebranie? -?zastanawiała się
Vanda, kartkując książkę Fredy w wagonie kolejowym, na ziemi niczyjej
między Rotherham a Sheffield. -?Osobiście wolałabym, żeby puknął mnie
król bogów niż jakaś mrówka. I jak, u licha, mrówka miałaby mnie puknąć?
Ma za małe żądełko. To jakiś absurd.
-?Żądełko? -?parsknął Duncan. -?Co to ma być, droga Vando? Fiut to fiut.
Nazywaj rzeczy po imieniu.
Rozmowa ta odbywała się, niestety, pod nieobecność Fredy, która stała na
korytarzu i przewieszona przez okno narażała się na dekapitację, nie
zważając na to, że w oczy raz po raz wpadają jej płatki sadzy z komina
parowozu. Lubiła dreszczyk emocji.
W sytuacji braku opieki rodzicielskiej -?wynikającego zarówno ze
świadomego zaniechania, jak i okoliczności życiowych -?Vanda i Duncan,
na ile mogli, odgrywali wobec Fredy role przyzwoitek. Adele się w to nie
angażowała -?jej domeną było planowanie i pilnowanie terminów.
-?Zabawna z nas rodzinka, prawda? -?śmiała się Vanda.
-?Trzeba brać, co dają -?mówił Duncan.
Aż w końcu pewnego dnia Adele wzięła Fredę na bok i oznajmiła jej, że
stała się "zbyt kobieca" na dzianiny dziecięce i jej usługi nie będą już
potrzebne.
-?Słucham? -?nie zrozumiała Freda. Jak jej obecność mogła być
niepożądana? Uważała się za bardzo pożądaną.
-?Zostałaś zdemobilizowana, kochanie -?wyjaśniła Adele z większym niż
zwykle uczuciem (rzadko pozwalała sobie na jakiekolwiek emocje). Nie
ulegało wątpliwości, że pomimo rysów elfa i sposobu bycia filuternego
chochlika Freda dorobiła się aż nadto widocznego biustu i już jakiś czas
temu zaczęła przyjmować comiesięczne "wizyty ciotki" pod okiem
matkującej Vandy, która twierdziła, że Freda ma "bóle wzrostowe".
Dziewczyna zastanawiała się, co też miałoby to oznaczać. Wyobraźnia
podsuwała jej obraz własnego ciała rozciąganego na łożu tortur.
-?Jesteś nad wiek rozwinięta, moja droga -?stwierdziła Adele. -?Pod
każdym względem.
-?Będziemy za tobą tęsknić -?zapewniła Vanda, tuląc Fredę do moherowego
swetra przesiąkniętego zapachem tytoniu i Habanity. Przetrząsnęła
torebkę w poszukiwaniu jakiegoś prezentu na pożegnanie i znalazła tylko
chustkę do nosa z wyhaftowanym inicjałem "V" -?wymiętą, ale
"nieużywaną", jak zapewniła Fredę. Duncan podarował jej swoją talię
(znaczonych) kart. Od tamtego dnia minął już prawie rok i Freda
początkowo odczuwała żal na myśl, że jej towarzysze kontynuują bez niej
pokazy w zmoczonym mżawką Darlington albo innym Doncaster. Jednak przed
kilkoma tygodniami, natknąwszy się na Adele w zabytkowym centrum Yorku,
odkryła, że "Dzianin" już nie ma, bo Vanda niespodziewanie wyszła za mąż
za niejakiego Waltera, właściciela firmy budowlanej, i zamieszkała w Grantham.
-?Dalej już się nie dało -?dodała Adele takim tonem, jakby chodziło o Timbuktu. Jeszcze bardziej nieprawdopodobna okazała się nowina, że Vanda
oczekuje dziecka. (Z radością czy smutkiem? -?zastanawiała się Freda).
Nie miała pojęcia, gdzie leży Grantham, ale z łatwością potrafiła
zlokalizować na mapie Londyn. Marzyło jej się życie wśród stołecznych
przybytków rozkoszy. "Jaskinie występku", prychała Adele. Freda nie
wiedziała, co to właściwie znaczy, ale uważała, że brzmi fascynująco.
Duncan również porzucił wyroby z wełny i zatrudnił się jako zastępca
kierownika restauracji w hotelu Grand w Scarborough, lecz szczęście
musiało go opuścić, ponieważ obecnie odsiadywał karę w więzieniu Armley,
skazany na dwa lata ciężkich robót za obrazę moralności.
-?Nawet nie pytaj -?uprzedziła ją Adele, a potem i tak wyjaśniła, o co
chodzi. Freda miała ten niezwykły dar, że rzadko co ją zaskakiwało.
Jej nauka w Park Grove, choć w szkole bywała raczej sporadycznie,
dobiegła końca z chwilą, gdy Freda skończyła czternaście lat, a matka
oznajmiła jej, że skoro już się nie uczy, będzie musiała znaleźć sobie
jakąś pracę. Freda nie czuła takiej potrzeby; oczekiwanie na dzień, w którym wreszcie nadarzy się okazja do zdobycia sławy, w zupełności jej
wystarczało. Niestety, poza kilkoma amatorskimi trupami teatralnymi,
nikt nie wydawał się zainteresowany oglądaniem Fredy jako modelki,
tancerki ani aktorki (była podobno w "trudnym wieku"), a już na pewno
nie za pieniądze. Do sezonu spektakli bożonarodzeniowych było jeszcze
daleko, a i tak Freda nie była pewna, jak Teatr Królewski przyjmie jej
przemianę z wiejskiej dzieweczki w wiejską pannę.
Gladys nakłoniła ją, aby zgłosiła się do pracy u modystki na Coney
Street. Freda sądziła, że będzie się od niej wymagało co najwyżej
uprzejmej pomocy klientkom w wyborze kolejnego kapelusza, więc
zareagowała przerażeniem na wieść, że ma tkwić w piwnicy i za pomocą
pary nadawać kształt filcowym kapeluszom w kształcie klosza, modelując
je na drewnianym popiersiu łysego, pozbawionego twarzy manekina.
Wytrzymała pół dnia, po czym w porze lunchu rzuciła tę posadę. Gladys
stwierdziła, że w takim razie pozostaje jej kariera urzędniczki w biurze
kolei na Station Rise, ewentualnie stanie za ladą w nowym domu towarowym
Woolwortha. Albo praca u Terry'ego. Albo w Rowntree, gdzie, zważywszy na
rodzinne koneksje, przyjęliby ją z otwartymi ramionami.
Freda nie zamierzała pracować w Rowntree! Chciała zostać gwiazdą!
Chciała być sławna! Chciała wyjechać do Londynu! Wolałaby umrzeć z nadmiaru wykrzykników niż pracować w jakimś biurze albo w fabryce!
Zdaniem Gladys przydałby jej się solidny kopniak w tyłek i tyle.
Nocni tragarze w Covent Garden ustąpili miejsca straganiarzom i ulicznym
sprzedawcom z ich dwukołowymi wózkami. Świat z wolna się budził i witał
nowy dzień, a Freda przebierała nogami pod cienką kołdrą, ćwicząc kroki
taneczne. Florence, z którą dzieliła nierówny materac z końskiego
włosia, jęknęła przez sen.
Grand Tableau17
Trzódka Nellie wciąż zalegała w łóżkach,
z wyjątkiem Nivena, którego aktualne miejsce pobytu jak zawsze stanowiło
zagadkę dla reszty rodziny. Cokerowie siłą rzeczy prowadzili nocny tryb
życia; do snu kołysały ich odgłosy poranka, chociaż zmierzchało już,
zanim po wspólnym świętowaniu uwolnienia Nellie dotarli wreszcie do
domu. Zamieszkiwali przy Hanover Terrace, a Regent's Park znajdował się
dosłownie za rogiem. Istna przepaść dzieliła za to ich duży, biało
otynkowany dom od obskurnego Soho, które pozwoliło sfinansować jego
zakup.
Tej nocy Nellie nie zmrużyła oka, przyzwyczajona do surowego więziennego
reżimu, w ramach którego strażnicy budzili ją punkt szósta waleniem w drzwi celi, tak jakby sen był grzechem. Po godzinie bezsennego
przewracania się z boku na bok wstała, półprzytomna z niewyspania,
zaparzyła dzbanek herbaty i wyszła z filiżanką do ogrodu, dla samej
przyjemności płynącej z tego, że może otworzyć drzwi i zaczerpnąć
świeżego powietrza.
Pijąc herbatę, obserwowała nakrapianego drozda, który wyciągał robaka z rabaty czerwonych tulipanów. Któregoś dnia robaki się zemszczą, zjadając
drozda. Zjedzą także Nellie. Obawiała się, że niewiele czasu dzieli ją
od dnia, gdy stanie się pokarmem dla robaków. Musiała się na to
przygotować. Potrzebowała planu.
Skończyła herbatę i wylała resztki z dzbanka na rabatę, zaskakując tym
zarówno tulipany, jak i drozda, po czym przyjrzała się uważnie
herbacianym liściom pozostałym na dnie filiżanki. Ich układ potwierdził
jej podejrzenia: nadchodziły zmiany. Czas postawić karty Lenormand. Czas
na Grand Tableau.
Wróciła do domu i rozłożyła całą talię na wielkim stole w jadalni
(wczesny styl georgiański, kubański mahoń, okazyjny zakup na wyprzedaży
majątku jakiegoś starego rodu, który nie przetrwał wojny; Nellie
uwielbiała się targować).
-?Hmm -?mruknęła, przyglądając się kartom. Dźwięk ten zawierał w sobie
więcej ekspresji, niż mogłoby wynikać z jego zapisu. Przesłanie nie było
ani trochę tajemnicze, można wręcz było rzec, że karty nie pozostawiają
cienia wątpliwości. Wąż, kosa, trumna i bukiet. Koniec imprezy.
Nellie była zmęczona. Być może po raz pierwszy w życiu przytłoczyło ją
brzemię życia w nieustannym pędzie, jaki sobie narzuciła. Kotwica w postaci Ametystu, jej klejnotu w koronie, teraz ciągnęła ją w dół.
Zdawała sobie sprawę, że jej zdrowie nie wytrzyma kolejnej odsiadki, i już w Holloway zaczęła się zastanawiać nad możliwością przejścia na
emeryturę -?mogłaby osiąść w Deauville czy choćby w Torquay (na przykład
w którymś z apartamentów hotelu Imperial) -?przekazując klucze do
królestwa swoim dzieciom, a koronę jak zawsze niezawodnej Edith.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Popularny fokstrot z muzyką Richarda A. Whitinga i tekstem Raymonda B. Egana i Gusa Kahna, który stał się symbolem szalonych lat 20. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Za Biblią Tysiąclecia Online, Poznań 2003. Wykorzystany w opracowaniu tekst IV wydania Biblii Tysiąclecia jest własnością Wydawnictwa Pallottinum w Poznaniu (ISBN 83-7014-218-4). [wróć]
(fr.) dziecko [wróć]
(fr.) dosłownie "poza walką"; w języku międzynarodowej dyplomacji: osoba niezdolna do pełnienia swoich funkcji [wróć]
(fr.) szef przedsiębiorstwa [wróć]
(fr.) w ciąży [wróć]
(fr.) podwieczorki taneczne [wróć]
(fr.) kameralny kabaret [wróć]
(fr.) w stylu Montparnasse [wróć]
(fr.) elementy inscenizacji [wróć]
Utworzony w 1859 r. przez studenta sztuk pięknych Edwarda Starlinga regiment ochotników, złożony z artystów, aktorów, muzyków i architektów; podczas I wojny światowej poniósł jedne z największych strat. [wróć]
(fr.) śmietanka towarzyska [wróć]
(fr.) serdeczne porozumienie; nazwa układu pomiędzy Francją i Wielką Brytanią, zawartego 8 kwietnia 1904 r., którego celem był sojusz przeciwko Niemcom [wróć]
(fr.) nagły zwrot akcji [wróć]
(niem.) tutaj: "Tak jest, kapitanie" [wróć]
(ang. Dead Man's Hole) wnęka przy północnej wieży Tower Bridge, gdzie w czasach wiktoriańskich przechowywano i wystawiano na widok publiczny ciała topielców wyłowionych z Tamizy; trafiały tam także zwłoki więźniów ściętych w Tower [wróć]
Rozkład kart do tarota obejmujący wszystkie 36 kart z talii. [wróć]