ROZDZIAŁ 1
Zanim straciliśmy wszystko
Kilka miesięcy wcześniej...
Molly!...Molly! No wstawaj, dziewczyno! Spóźnisz się do szkoły!
Poczułam, że ktoś mocno potrząsa moim ramieniem, i uchyliłam powieki. Zobaczyłam przed sobą uśmiechniętą matkę z wielkimi okularami i chytrym uśmieszkiem na twarzy. Jęknęłam, wyciągając ręce w górę, żeby się trochę przeciągnąć. Nie miałam najmniejszej ochoty na poranną wycieczkę do znienawidzonego liceum, ale pocieszał mnie fakt, że to już ostatni tydzień mordęgi.
- Która godzina? - zapytałam, siadając na skraju łóżka.
Mama popatrzyła na mnie spod przymrużonych powiek i skrzyżowała ręce na piersi.
- Za dziesięć ósma.
- Nie rób sobie żartów, Karen! - odpowiedziałam znużona.
- Mówiłam ci, żebyś nie mówiła do mnie po imieniu. To brak szacunku.
- Wiesz, że mówię tak tylko wtedy, gdy próbujesz mnie zdenerwować. Nie bierz tego do siebie - powiedziałam, uśmiechając się niewinnie.
- Tyle że tym razem nie żartuję! - odparła, po czym szybkim ruchem wyciągnęła telefon z kieszeni.
Po naciśnięciu przycisku jego ekran się rozświetlił. Postawiła mi go prosto przed oczami i uniosła wysoko jedną z brwi.
- I co na to powiesz? - zapytała z ironią w głosie, ale nie zdążyłam odpowiedzieć, bo już stałam na równych nogach przed szafą, żeby wybrać odpowiedni strój.
Nie mogłam uwierzyć, że zaspałam akurat tego dnia. Miałam ważny projekt do zrobienia i byłam jego koordynatorką. Razem z moimi przyjaciółmi zgodziliśmy się zorganizować bal na zakończenie szkoły. Impreza miała się odbyć tego samego dnia co odbiór dyplomów, tyle że wieczorem. Zaplanowaliśmy mnóstwo pięknych dekoracji i atrakcji, a ja miałam je odebrać, ponieważ posiadałam wszystkie zebrane na ten cel pieniądze.
Byłam umówiona z kurierem w szkole na ósmą trzydzieści, więc miałam jeszcze chwilę, ale obiecałam Amber, że pójdziemy razem do dyrektorki. Pomimo tego, że kobieta zgodziła się na całe przedsięwzięcie, nie była pozytywnie nastawiona do przygotowań w czasie lekcji. Chciałyśmy ją przekonać, że nieobecność czterech uczniów w czasie ostatnich dni nauczania nie zrobi żadnej różnicy.
Wyciągnęłam z komody krótką spódniczkę w kwiaty i białą bluzkę z niewielkim dekoltem. Przez okno wpadały do pokoju gorące promienie słońca i wiedziałam, że dzień będzie piękny i ciepły.
- Zawiozę cię, jeśli chcesz - powiedziała mama, odchodząc w kierunku drzwi.
- Byłoby świetnie! Mam nadzieję, że nie dostaniesz przez to nagany.
- Nie martw się, szef przychodzi dopiero na dziewiątą - odparła, będąc już na korytarzu.
- To cudownie! Poczekaj na mnie na dole, zaraz przyjdę! - wykrzyknęłam, chwytając wszystkie potrzebne rzeczy.
Udałam się do łazienki, niemal upuszczając wszystko, co trzymałam. Wciągnęłam na siebie wybrane ubrania i przejrzałam się w lustrze. Stwierdziłam, że nie mam czasu na makijaż, więc uniosłam jedynie szczotkę, żeby przeczesać włosy. Były lekko splątane po nocy, ale i tak tworzyły piękne fale. Ich jasny kolor idealnie pasował do mojej bladej cery.
Zeszłam po schodach do kuchni i zobaczyłam mamę, która dopijała swoją kawę. Uśmiechnęła się do mnie, wstając, po czym wręczyła mi duże jabłko i garść drobniaków.
- Wybacz, nie zdążyłam przygotować ci żadnego śniadania. Mam nadzieję, że kupisz sobie coś dobrego na mieście - powiedziała, uśmiechając się do mnie kojąco.
- Nie ma problemu! I tak mam iść ze znajomymi na lunch.
Nie chciałam robić jej przykrości, ale doskonale wiedziałam, że nie będę miała czasu na jedzenie.
- Cieszę się! Jesteś gotowa?
- Oczywiście! Możemy wychodzić.
Zabrałam swoją torebkę z oparcia krzesła i przewiesiłam ją przez ramię. Założyłam białe trampki i wyszłam na zewnątrz, a mama zamknęła drzwi na klucz. Wsiadłam do samochodu i zapięłam pasy. Rozsunęłam zamek, żeby zobaczyć, czy wszystko zabrałam, gdy moja rodzicielka zajmowała miejsce kierowcy.
Kiedy wyjeżdżałyśmy z podjazdu, wyciągnęłam kopertę i ostatni raz przeliczyłam pieniądze na bal. Wszystko się zgadzało, więc odetchnęłam z ulgą.
Szkoła znajdowała się niedaleko od mojego domu. Drogę do niej można było pokonać pieszo w ciągu dziesięciu minut. Mimo to byłam wdzięczna mamie, że zgodziła się mnie podwieźć. Każda minuta była na wagę złota.
Poczułam wibrowanie telefonu i zobaczyłam, że to przychodzące połączenie od Amber. Odebrałam od razu i przywitała mnie uśmiechnięta twarz mojej najlepszej przyjaciółki.
- Gdzie jesteś? Czekam na ciebie od dziesięciu minut! - powiedziała, udając oburzenie.
- Już niedaleko, spokojnie. Mama mnie podwozi.
- Nie mów, że znowu zaspałaś!
Nie odpowiedziałam na jej oskarżenie i jedynie uśmiechnęłam się niewinnie.
- Ty mnie kiedyś wykończysz, kobieto! Jak nie głodna, to zmęczona, jak nie zmęczona, to znowu spóźniona. Masakra - dopowiedziała, machając głową.
- No wiem, ale i tak mnie kochasz - powiedziałam, posyłając jej całusa. - Zobaczymy się za minutę.
Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, rozłączyłam się i schowałam telefon do torebki. Rozejrzałam się i zauważyłam, że jesteśmy już pod szkołą.
Dojrzałam ją z daleka. Opierała się o ścianę z niezadowoleniem wypisanym na twarzy. Jej krzykliwe, różowe włosy latały dookoła smagane wiatrem, a ona za wszelką cenę próbowała utrzymać je w ładzie.
- Amber znowu się przefarbowała? Przecież jeszcze przedwczoraj miała niebieskie włosy! - zapytała mama, wyrażając ogromne zaskoczenie i niedowierzanie.
- Tak było, ale jej się znudziły. Znasz ją nie od dziś, zawsze kiedy się nudzi, zmienia kolor na głowie. A najlepsze jest to, że każdy jej pasuje! To niesprawiedliwe...
- Pamiętam, jak chciałaś być jak ona i razem pofarbowałyście się na zielono - odpowiedziała mama i roześmiała się perliście.
- Nawet mi nie przypominaj! Do tej pory śnią mi się koszmary po nocach.
- Nie martw się, mnie też! - odparła, po czym zatrzymała się przy chodniku.
- Nie mówiłaś mi czasem ostatnio, że zatrzymywanie się tutaj jest niedozwolone? - zapytałam, unosząc brew.
- Och, nie czepiaj się, to taki wyjątek.
Wysiadłam z samochodu, kręcąc głową, a kiedy znalazłam się na zewnątrz, pochyliłam się, żeby pożegnać mamę.
- Dziękuję, że mnie przywiozłaś. Do zobaczenia po południu!
- Nie ma za co! Pamiętaj, żeby coś zjeść - powiedziała, gdy zamykałam drzwi.
- Dobrze... Karen.
Odwróciłam się, zanim odpowiedziała, i z triumfem patrzyłam na jej zwężone powieki. Nic nie cieszyło mnie bardziej niż denerwowanie własnej rodzicielki.
Odwróciłam się na pięcie i podeszłam do Amber, uśmiechając się już z daleka. Miałam nadzieję, że to uśmierzy jej zdenerwowanie spowodowane koniecznością czekania przed szkołą.
- Już myślałam, że się nie spotkamy. Z każdym dniem tracę nadzieję, że kiedyś pojawisz się w szkole wcześniej niż kilka minut przed dzwonkiem - powiedziała, zanim stanęłam obok.
- Myślę, że się nie doczekasz, w końcu to ostatni tydzień.
- Nawet mi o tym nie przypominaj! Czekałam na to od kilku lat, ale teraz czuję tylko zdenerwowanie. Co mam zrobić ze swoim życiem? Iść do pracy? - zapytała z kpiną w głosie. - Nierealne.
- Myślę, że to byłoby dobre posunięcie.
- Nie pocieszyłaś mnie...
Amber od zawsze była szalona i nieprzewidywalna. Wszędzie było jej pełno i żywiła się plotkami zasłyszanymi w szkole. Miałam wrażenie, że bez tego zrobiłaby się pusta, ale ciągle liczyłam na to, że chwyci życie za rogi i poradzi sobie w dorosłości.
Przeszłyśmy przez próg szkoły i udałyśmy się prosto do gabinetu dyrektorki. Spojrzałam na zegarek i okazało się, że jest już ósma. Często zdarzało mi się spóźniać, ale szczerze tego nie lubiłam. Wstydziłam się przychodzić po czasie, ponieważ ludzie musieli na mnie czekać. Jednak takie zachowanie było dla mnie normalne. Rzadko udawało mi się wstać równo z budzikiem i wyjść z domu o odpowiedniej porze.
Stanęłyśmy przed drzwiami z zawahaniem.
- Ja pukam, ty mówisz? - zapytałam i uśmiechnęłam się zachęcająco.
- To ja umówiłam spotkanie z panią Stevens. Nie zrzucaj na mnie wszystkich najgorszych obowiązków.
- No dobra, niech ci będzie - powiedziałam i zabrałam się do działania.
Zapukałam cicho w futrynę i otworzyłam drzwi na oścież. Weszłam do środka, a Amber podążyła za mną. Stanęłyśmy twarzą w twarz z dyrektorką szkoły.
Pani Stevens spojrzała na nas zza wysokiego biurka i uniosła brew. Przetarła usta ubrudzone lukrem, a ja zauważyłam w jej dłoni ugryzionego pączka..
- Panny Willow i Barnett, tak myślałam, że się spóźnicie. Wasza ostatnia frekwencja nie powala. Szczególnie twoja, Molly - stwierdziła, patrząc tylko na mnie.
- Właśnie w tej sprawie do pani przyszłyśmy. Doskonale wiem, że opuściłyśmy trochę lekcji, ale to już ostatni tydzień szkoły. Całe dnie spędzamy na oglądaniu filmów albo siedzeniu na dziedzińcu. Dlatego chciałyśmy panią poprosić o możliwość przygotowania sali w czasie lekcji - odparłam, zanim zdążyła coś dopowiedzieć.
- Dokładnie! Wiem, że już o to pytałyśmy i wtedy się pani nie zgodziła, ale... - dodała Amber, próbując mnie wesprzeć.
- Myślałam, że mamy to za sobą. Nie znaczy nie.
Dyrektorka zlustrowała nas z góry na dół, jakby uważała nas za parę idiotek.
- Ale nie zna pani wszystkich szczegółów! Molly może zostać na sali po szkole, ale reszta nie. Ja mam zajęcia z malarstwa, Crystal próbę zespołu, a Chris trening koszykówki. Nie damy rady zorganizować balu w takich okolicznościach!
- W takim razie zrezygnujcie z zajęć dodatkowych! Są rzeczy ważne i ważniejsze! - powiedziała dyrektorka, wzruszając ramionami, a ja poczułam, jak moje zdenerwowanie rośnie.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale". Albo zajmiecie się balem po lekcjach, albo już możecie ogłosić, że go nie będzie.
Spojrzałam na Amber porozumiewawczo i zrozumiałam, że nic już nie wskóramy. Kiedy dyrektorka podjęła jakąś decyzję, nie dało się jej przegadać.
- Czy w takim razie możemy poprosić o wolne od lekcji tylko dzisiaj? Umówiłam się z kurierem na ósmą trzydzieści. Ma przywieźć wszystkie dekoracje. Moglibyśmy je przygotować, żeby ustrajanie sali zajęło nam mniej czasu w inne dni. Proszę. - Spojrzałam na dyrektorkę z błaganiem wypisanym na twarzy, po czym zauważyłam, jak kobieta przewraca oczami. Wiedziałam, że moje słowa ją przekonały i zgodzi się na te warunki.
- No dobrze, ale tylko dzisiaj.
- Dziękujemy! - wykrzyknęłyśmy razem z Amber.
- Napiszę do waszych nauczycieli, żeby wpisywali wam obecność. Możecie mi przypomnieć nazwiska waszych kolegów?
- Pewnie! Crystal Brown i Christopher Richards.
- Świetnie. Mam nadzieję, że nie zmarnujecie wolnych godzin.
- Oczywiście, że nie, pani Stevens. Nie zawiedziemy pani! - zapewniłam, uśmiechając się sztucznie.
- No dobra, dobra. Idźcie sobie już - powiedziała, po czym ponownie wgryzła się w pączka.
- Do widzenia!
Wyszłyśmy z gabinetu, a następnie skręciłyśmy w prawo, w kierunku sali gimnastycznej. Czułam, że Amber chciała skomentować zachowanie dyrektorki i tylko czekała, aż znajdziemy się wystarczająco daleko.
- Ta baba tak mi podnosi ciśnienie! - oznajmiła, gdy znalazłyśmy się odpowiednio daleko.
- Nawet mi nie mów. Rzeczywiście umarłaby, gdyby pozwoliła nam nie iść na lekcje. Tak jakby nasza obecność cokolwiek zmieniała!
- Właśnie! Jeszcze ten jej krzywy uśmiech na pulchnej twarzy. Wygląda jak jakaś świnia.
Nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem, kiedy Amber zaczęła naśladować miny pani Stevens. Wychodziło jej to idealnie.
- Nie ma żadnego "ale"... ble, ble, ble. Niech się lepiej zajmie sobą i swoimi obowiązkami.
- Tak byłoby najlepiej, ale niestety nic nie możemy zrobić. Wiesz, która godzina?
- Ósma trzydzieści pięć, a co?
- Kurier! Chodź, szybko!
Złapałam przyjaciółkę za rękę, biegnąc w kierunku sali gimnastycznej. Nie chciałam, żeby kolejna osoba tego dnia skomentowała moje spóźnialstwo.
Gdy dotarłyśmy na miejsce, zobaczyłam, że drzwi na zewnątrz są otwarte na oścież, a mężczyzna w żółtej bluzie wnosi do środka wielkie kartonowe pudło. Kiedy położył je na ziemi, wyprostował się i odetchnął z ulgą. Można było zauważyć, że wniesienie dekoracji do pomieszczenia było dla niego nie lada wyzwaniem. Rozejrzał się dookoła, patrząc po kolei na każdego z moich przyjaciół, aż w końcu jego wzrok spoczął na mnie.
- Czy są tu jacyś dorośli, z którymi mogę się rozliczyć?
- Owszem. Wszyscy tutaj jesteśmy dorośli - powiedziałam i zbliżyłam się do niego na odległość kilku kroków. - Mam na imię Molly, to ja panu zapłacę. Wydaje mi się jednak, że to nie wszystko, co zamawialiśmy.
- Reszta stoi na zewnątrz. Wziąłem ze sobą największą paczkę, żeby nie chodzić niepotrzebnie z pustymi rękami.
- Rozumiem. W takim razie moi przyjaciele zajmą się pozostałymi pakunkami,, a ja przyniosę pieniądze.
- Brzmi świetnie. Chodźcie na zewnątrz!
Mężczyzna machnął ręką zachęcająco i udał się do wyjścia. Na jego twarzy było widać wielką ulgę spowodowaną możliwością chwilowego odpoczynku. W końcu nie musiał wnosić ciężkich paczek do środka.
Kiedy stanęliśmy przed furgonetką, wszyscy zabrali się do roboty. Dołączyłam do nich natychmiast po uregulowaniu rachunków. Nie chciałam, żeby męczyli się sami.
Kurier stał z boku i wyglądało na to, że nie rwie się do pomocy, ale ostatecznie podszedł do dziewczyn razem z nimi uniósł duże pudełko. Gdy udało nam się przetransportować wszystkie paczki, pożegnaliśmy się życzliwie i wróciliśmy na salę.
Stanęłam pośrodku i złapałam się pod boki, nie wiedząc, od czego zacząć. Postanowiłam, że najpierw powiadomię przyjaciół o postanowieniu dyrektorki.
- Niestety Stevens nie zgodziła się na nasze warunki. Mamy wolne od lekcji tylko dzisiaj, a i tak myśli, że okazała nam ogromną łaskę.
- Pff. Stara prukwa, która uważa, że jest najważniejsza - odpowiedziała Crystal z ironią w głosie.
Spojrzałam na nią i zauważyłam, że z zainteresowaniem przygląda się swoim paznokciom. Nie zdziwiło mnie to, ponieważ taka właśnie była nasza Crystal - zbuntowana, odważna, z burzą czarnych włosów, które sięgały jej do talii.
- To co? Chyba najwyższy czas brać się do roboty, prawda? - zapytał Chris, jak zawsze pełny charyzmy i gotowości do pracy.
Żadna z nas nie odpowiedziała z podobnym entuzjazmem, ponieważ wizja dekorowania i późniejszego sprzątania nie napawała radością.
Podeszłam do stolika stojącego pod ścianą i wzięłam z niego nożyczki. Zaczęłam otwierać kolejne paczki, z zainteresowaniem sprawdzając, co jest w środku. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jaki ogrom przygotowań nas czeka.
- Powiedzcie mi, dlaczego w ogóle organizujemy ten idiotyczny bal? - zapytałam, łapiąc się za głowę.
- To był twój pomysł, Molly, więc to ty powinnaś się tłumaczyć.
- Nie dobijaj mnie, Crystal! Myślałam, że to pozwoli nam uniknąć lekcji i spędzić ze sobą trochę miłego czasu, ale chyba się przeliczyłam...
- Dobra, skończ z tymi smętami! Ile wy macie lat? Jak już się do czegoś zgłosiliście, to zróbcie to jak należy!
Usłyszawszy wzburzony głos Amber, od razu zyskałam motywację do pracy. Po chwili pudełka były otwarte, a moi przyjaciele wyciągali z nich różne girlandy, obrusy, serwetki i mnóstwo balonów. Patrząc na te wszystkie ozdoby z góry, doceniłam swój gust i dobór kolorów.
- To wygląda zajebiście! - wykrzyknął Chris.
- Poczekaj, aż to wszystko wyląduje na swoim miejscu. Będzie wspaniale! - powiedziałam, dumna z siebie.
- Widzę, że dobre nastawienie do ciebie wróciło? Baby to są jednak zmienne...
- No cóż, chyba taka jest prawda. Nie zmienia to faktu, że jestem pod wrażeniem twojej dobrej energii. Skąd ty ją bierzesz, Chris?
- Odpowiem szybko, prosto i na temat: z dupy.
- Jezuuu, człowieku. Ty się nigdy nie nauczysz dobrych manier! - stwierdziła Crystal, a ręce jej opadły.
- Odezwała się. Święta Crystal z kompleksem Boga.
- Posłuchaj, kur...
- Och, dajcie spokój. Już myślałam, że chociaż przez kilka godzin nie będziecie się kłócić! - powiedziałam, a Chris i Crystal w jednym momencie odwrócili się w moją stronę.
- Po moim trupie - odpowiedziała dziewczyna, wzruszając ramionami, a ja tylko westchnęłam.
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam...
- Nie mdlej, kochana, musisz przetrwać jeszcze kilka dni. Wstyd byłoby umrzeć, nie ukończywszy szkoły.
- Dzięki, Amber, zawsze wiesz, jak poprawić mi humor.
- Do usług! - oznajmiła przyjaciółka, zanurzając dłonie w kolorowym konfetti.
- Dobra, najwyższa pora zacząć coś robić. Jeśli szybko się z tym uwiniemy, może uda nam się dokończyć przed samą imprezą i nie marnować czasu po szkole - powiedziałam, ruszając do pracy.
- Masz rację, szefowo! Do roboty, przyjaciele!
Chris ochoczo zabrał się za rozkładanie ozdób, Amber posprzątała pudełka, a Crystal stanęła obok i dyrygowała ich ruchami. Jak zwykle udawała, że robi najwięcej ze wszystkich, a tak naprawdę napawała się tym, że może im rozkazywać.
Zamknęłam oczy i pomasowałam się po skroniach, wiedząc, że to będzie długi tydzień.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI