1.
Obiekt przypominał fakturą mocno zbitą korę drzewa. Brązowo-czarny, gruby, cuchnący pal o półmetrowej średnicy, zatknięty w żyznej ziemi ogrodu, kto wie, jak głęboko? Na swej powierzchni posiadał delikatny zarys dziwacznych odnóży sprawiających wrażenie tkwiących w głębokim futerale ciała. Ich istnienie przejmowało mnie mistycznym lękiem. Byłem zdumiony cisnącymi się przed moje oczy dziwacznymi skojarzeniami jaszczurzo powolnego ruchu. Czyżby obiekt nie był martwym klocem starego drewna, za jaki go brałem pod wpływem pierwszego spojrzenia jeszcze z progu hrabiowskiego domu? Czyżby emitował natrętne myśli? A te kilkadziesiąt innych, nieruchomo sterczących wzdłuż bitej drogi do miasta, które niedawno minąłem w roztargnieniu, pędząc w dorożce; czy miały z tym ogrodowym dziwadłem cokolwiek wspólnego?
Wyciągnąłem ostrożnie dłoń. W dotyku twór zaskakiwał porowatością pumeksu, jego chorobliwą suchością i drapieżną ostrością krawędzi. Jednocześnie wydawał się nasączony po krańce fizycznej możliwości ohydną wilgocią wyrośniętego grzyba. Wypełniał przestrzeń ostrym zapachem denaturatu.
- Wczoraj stał mocno pochylony. Dokładnie pod tym samym kątem, pod którym wyrżnął w grunt, spadając z nieba - wyjaśnił z lekką ironią hrabia Otton Shankbell, gospodarz posiadłości, ciągnącej się setką kilometrów ogrodzeń w głąb lądu. Rozbudowana przed dziesiątkami lat stacja bydła posiadała system rozległych wiatraków prądotwórczych i napędzanych nimi pomp wodnych, które nieustannie skrzypiały w odległym tle.
Jegomość około lat pięćdziesięciu pięciu, z sumiastym wąsem i wielką głową myśliciela, który z lubością skubał końcówkę krótkiej bródki, osaczył mnie swoim przenikliwym spojrzeniem. Cała skóra na nim wibrowała od fosforycznej gorączki. Nie był to widok godny pozazdroszczenia. Miałem nadzieję nie zarazić się tą ogólnoplanetarną, chemiczną febrą.
- Chce pan powiedzieć, że samoistnie się wyprostował? - zapytałem w sposób jakby fizycznie nieobecny. Myślałem o jego oczach, ale jakoś nie dostrzegłem niezdrowego lśnienia i obłędu, przed którym ostrzegał mnie przyjaciel. Najwyraźniej hrabia trzymał się z dala od pokusy.
- No, nie wiem. Miewam problemy z pamięcią, kiedy stoję tak blisko pala - mruknął właściciel. Nieprzerwanie ćmił swoją fajkę. Obserwował mnie równie uważnie. Dym sączył się z jego ust nawet, kiedy mówił. - Tkwi tak już tydzień cały, zatopiony w ogrodowej ziemi większością ogromnego cielska. Nawet urósł od tego czasu. Brzęczy w nim coś, wibruje, może składa mechaniczne części... Nie wiem, do cholery. Hałas doprowadza mnie do szewskiej pasji. Rodzina zabrała psy, konia i wyprowadziła się do brata w pobliże Alburion.
- Przecież, to jest całkiem ładne. - Nie opanowałem kpiącej uwagi cisnącej się na usta. - Stoi w samym środku trawnika i jakkolwiek by było uatrakcyjnia pejzaż. Nikogo nie powinno bulwersować zachowanie zwykłego kloca drewna, jak go pan obelżywie nazywa. Nawet jeśli pod wpływem ruchów podłoża samoistnie się prostuje.
- Taaak? - Wypowiedział to w wieloznaczny, przeciągły sposób. - To niech pan dotknie swoich zębów. Delikatnie. O tak... - dodał, widząc moje niepewne ruchy. - Ruszają się, prawda? A dziąsła? Czy dziąsła lekko krwawią?
Koniuszkiem wskazującego palca przeciągnąłem ostre szczyty szkliwa i pociągnąłem. Rzeczywiście cała góra lekko chodziła, a przecież wprost chorobliwie dbałem o uzębienie. Przepełnił mnie nagły, nieuzasadniony lęk.
- Boi się pan? - pytał gospodarz, śledząc moje zachowanie. - Od kilku tygodni domagam się od gubernatora właściwej reakcji. A on, co? Przysyła mi fachowca, telepatę? Pan nie wygląda mi nawet na dziennikarzynę - uwaga zabrzmiała w jego ustach obraźliwie.
Od dnia przybycia, to jest od czwartku, wyczuwałem na planecie dziwne napięcie. Nie miałem dotąd pojęcia, że krzywa międzyplanetarnej relacji telekinetycznej Bormana-Grossa stoi tak wysoko, powodując niezwykłe reperkusje w pracy ludzkiego organizmu. Przypuszczałem, że kiepski stan moich dziąseł wziął się od tej niefortunnej planety, jeszcze w porcie kosmicznym, a nie od tego tutaj... dziwadła.
- Niech się pan nie przejmuje - pocieszył mnie gospodarz. - Przejdzie pan wolnym krokiem parę metrów w dół ulicy i wszystko wróci do normy.
- Czyżby? - spytałem. Byłem podczas tej wymiany zdań gdzie indziej, na konferencji wybitnych uczonych w Pałacu przy Marsjańskich Ogrodach Botanicznych, debatujących na temat fali tajemniczych zagęszczeń eteru, huraganów, które od tygodnia męczyły Układ Solarny. Czyż te i inne energotwórcze wydarzenia miały coś wspólnego z obserwowanym przeze mnie trzymetrowym obiektem?
- Próbuję wymusić na gubernatorze kolonii jakąkolwiek akcję i jestem bezsilny. - Rozłożył bezradnie ręce. - Kilka dni temu przysłano do mnie dwóch dragonów z fortu w Barwon Heads. Dźgnęli tylko ostrzami lanc w obelisk, aż posypały się czerwone iskry i odjechali w te pędy. Do dziś nie wiem, dlaczego? Nawet nie zdążyłem im pokazać mojej piwnicy i tego, co jest pod domem.
"Czyżby drewniany, spróchniały kloc miał coś wspólnego z nasilającymi się burzami eteru, które nękały nasz pocisk w drodze z Marsa na Ziemię?" - pytałem w myślach. A jeśli nawet, to do uruchomienia łańcuchowej reakcji telekinetycznej potrzeba ich było znacznie więcej. Z pobieżnych wyliczeń wynikało, że przynajmniej milion.
Po zastanowieniu uznałem, że decyzja mojego tu przyjazdu była słuszna. Mógł to być znakomity materiał naukowy do wydawanych przeze mnie pism.
Po chwili milczenia hrabia miał już nowy pomysł.
- Proszę, niech pan na tym stanie. - Przysunął stare ogrodowe krzesło, tak abym mógł dosięgnąć dziwnych sęków regularnie rozmieszczonych na całej długości górnej części kloca. Mebel zachwiał się pod moim ciężarem.
- Proszę spojrzeć na zwieńczenie pala. Ciekawe, co? - spytał gospodarz.
Bezsprzecznie ujrzałem widok przejmujący. W szczycie pala tkwiła ogromna twarz. Usta otwierały się w najbardziej przerażający sposób, pozostając oślizłymi i pulsującymi od śliny, a z głębi dolatywał ostry smród denaturatu. Przyjrzałem się szerokiemu gardłu, kończącemu się ścianą jaskrawej czerwieni z falującą falbanką śliskich rzęs. Gdzieś z boku długich ust tkwiły potwornie wielkie oczy. Drgały pod przykryciem metalicznych powiek. Całość tej pełnej dynamizmu fizjonomii nie wiadomo czemu przypominała mi gigantyczną skrzynkę na listy.
- Proszę szczególnie uważnie przyjrzeć się oczom... - zasugerował gospodarz. - Łatwo będzie takiemu specjaliście jak pan prześwietlić jego duszę. Dowiemy się, jakie zamiary ma ten skurwysyn względem nas. - Hrabia widocznie stracił cierpliwość i już nie przebierał w słowach.
- Właśnie zamknął oczy - odparłem zupełnie zbity z tropu. Bałem się nawet pomyśleć, że miałbym to coś zahipnotyzować.
Zeskoczyłem niezgrabnie na ziemię.
"A więc ta istota żyła".
Teraz uwierzyłem w każde słowo Shankbella. Wyciągnąłem z przyniesionej torby zestaw reporterskich przyrządów. Wdrapałem się z powrotem. Precyzyjnie założyłem niewielki miernik zegarowy w okolice dolnej wargi roślinnej istoty w celu określenia składu wydychanych gazów. Wtedy poczułem, że ona pochłania moje myśli. I każe mi zastygnąć! Na sekundę szerzej otworzył prawe oko...
Muszę przyznać, że przeszył mnie spojrzeniem niczym sztyletem do papieru.
Na ułamek sekundy nasze myśli skrzyżowały się i to zderzenie jaźni zrodziło mój intelektualny paraliż, bo trzeba z całą odpowiedzialnością wyjawić prawdę - istota dysponowała paranormalnymi mocami, o których nie śniło się jeszcze rasie ludzkiej i nikomu innemu w całym panteonie znanych nam cywilizacji solarnych globów.
Jakże ja miałem się z nim równać, prześwietlić i ogarnąć siłą mojej woli tę potworną duszę? W porównaniu z nim byłem marnym robakiem! Czułem jak po ciele rozlewa się jeszcze potężniejsza niemoc.
Ku mojemu zaskoczeniu gospodarz odgadł, co się święci i strącił mnie gwałtownie z krzesła. Sam wspiął się na szczyt i zaglądał przez dłuższą chwilę do wnętrza, strasznie wymyślając drewnu od najgorszych.
- Udaje teraz śpiącego - powiedział z chichotem. - Wczoraj - kontynuował, zeskakując na trawnik - miał otwarte okropne, czerwone ślepia, którymi w mglisty wieczór wodził po niebie niczym snopem zestalonego ognia. Jakby wskazywał pobratymcom drogę do ukrytego lądowiska. Myśli pan, że naprawdę wzywał swoich?
Wzruszyłem ramionami. Szczerze mówiąc, nie chciałem budzić w sobie niepotrzebnej paniki.
- Nie wydaje mi się, panie hrabio - powiedziałem spokojnie. - Przybyłe organizmy nie muszą być agresywne. Mogą zachowywać się pokojowo i pod wpływem naszych nauk etycznych poddać się symbiozie.
- Dzisiaj rano, drań, znów nie pozwolił spojrzeć sobie w oczy! A przychodzę tu kilka razy na dzień. Rozumie pan? Zmusił do odwrotu moją własną twardą i upartą łepetynę. Czułem jak zamieniam się w miękkiego, bezwładnego ludzika. Ale kątem oka i tak obejrzałem sobie te jego oczy. - Uśmiechnął się pod wąsem. Potarł krótką brodę. - Wyglądają mi na żarówki wielkiej mocy - gospodarz splunął siarczyście.
Wyciągnąłem ze spodni chusteczkę. Przetarłem zapocone czoło i dopiero co przycięte bokobrody.
- Sugeruje pan wysoką inteligencję? - zapytałem, wyciągając moje aparaty z walizki podróżnej i ustawiając je na trójnogach. Szybko nacisnąłem rączkę wyzwalacza. Natychmiast wypadły na tacę odbiorczą gotowe litografy. Gdy już się dobrze skurczyły w procesie miniaturyzacji przypiąłem je do specjalnej, wewnętrznej klapy surduta.
- Nie wykluczam takiej możliwości - odparł, ćmiąc swoją fajkę i obserwując uważnie moje poczynania.
- Przyznam szczerze, że pierwszy raz w życiu spotykam się z podobnym zjawiskiem. Podejrzewam tu jakiś niezarejestrowany eksperyment naukowy, nawet podrzucanie nowych produktów przez planetarnych domokrążców. Znam nawet kilku cwaniaków z aborygeńskiej wioski teleportacyjnej.
- Też ich znam. Są za mało pomysłowi.
- Widział pan może prototypy ruchomych, kamiennych istot zbudowanych z myślą o wyeliminowaniu żeliwnych maszyn kroczących? - próbował mnie zaskoczyć.
Pokręciłem przecząco głową. Ucieszyłem go, że nie widziałem. Pytał więc dalej:
- A zna pan machiny Jadame Le Rieu - awangardowego cyrku stalowej rzeźby, którego fotografiami karmią nas, dżentelmenów, na każdej stronie porannych gazet parowych?
Wyraźnie chciał mi zaimponować.
- A dają panu do myślenia stalowe wieże Nowego Orialu na naszej ojczystej Wenus, czy choćby parowy automatyzm Grobla i jego chodzące szafy? - zapytałem, utrzymując się w jego tonie. - Może idealista - marzyciel Victor von Feud zaraził pana swoją niespożytą wyobraźnią ze swoich nieśmiertelnych graficznych katalogów?
- Nie znam większości z tych rzeczy, czcigodny panie Ashley. - W jego głosie wyczułem zmęczenie. Poczułem się przez moment zwycięzcą. - Widziałem na targach technicznych tylko ogrodowe podlewaczki Ruperta de Golara, pełznące niczym ślimaki.
- Rozważmy sprawę pod tym kątem. Nie udało się zainteresować wojska ani gubernatora. Prawdopodobnie uznali obiekty, które z nieznanych powodów znalazły się na Ziemi, za produkty rodzimego przemysłu. Zresztą, oprócz tego, że wyżerają pokłady minerałów Blasku, nie zrobiły dotąd krzywdy mieszkańcom planety. Nie mam racji?
Po zastanowieniu dziwiłem się sam sobie, że tak pochopnie przypisałem klocowi ponadnaturalną moc i międzyplanetarne pochodzenie.
Ale gospodarz na nowo zbił mnie z tropu swoją prostoduszną wypowiedzią:
- Na pewno runął wprost z nieba, panie Ashley, podobny do spadającego pocisku artyleryjskiego. Walnął pod ostrym kątem, wypluł tonę ziemi i wżarł się pod skałę mojego domu, jak najlepsze wiertło udarowe. Tak, że nawet cztery zaprzęgnięte do łańcuchów konie i koza sąsiada nie były w stanie go ruszyć. Co się tyczy ofiar, to zginął mój służący.
- Aha... To znaczy, że próbował się pan tego pozbyć? - Pozbyć? - Zaśmiał się krótko i opryskliwie. - Przecież mówię. Ciągnęliśmy, rwaliśmy i borowaliśmy dziury na dynamit całymi godzinami. Detonowaliśmy, zagrażając okolicy odpryskami skały i oleju. Używaliśmy również naftowych lamp telekinetycznych. Mam od tego pęknięcia na ścianach sypialni i urwaną podłogę w kuchni.
- I nic?
- Nic. Gruntu pod palem nie da się spenetrować żadnymi ludzkimi sposobami. Jest tam jakieś promieniowanie. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował użyć fortelu.
Jakoś puściłem tę ostatnią uwagę mimo uszu. Absolutnie nie czułem do tego jegomościa sympatii. Wyraźnie chciał mówić dalej, ale widząc moją niechęć spauzował. Skrupulatnie pozbierałem sprzęt. Idąc w stronę domu, znaleźliśmy się właściwie przypadkiem obok stołu grillowego.
- Trochę wina? - zapytał gospodarz, wskazując wymownym ruchem głowy napoczętą butelkę wenusjańskiego Szirazu Bayesa.
- Chętnie. Gorąco dzisiaj - wydukałem marne usprawiedliwienie.
- Widzę zakłopotanie - rzucił, zaglądając mi bezczelnie w twarz. - Trzeba przepłukać czymś krew z dziąseł? - roześmiał się z udawaną serdecznością. Żart był marny. Poczułem się tylko bardziej skrępowany. Pociągnęliśmy po sporym łyku wprost z butelki.
Wtedy od strony drogi nadszedł odgłos serii głośnych eksplozji.
Hrabia porwał sztucer, dotąd oparty o stół. Obaj pobiegliśmy w kierunku ogrodzenia. Pierwszy wspiąłem się na drewniany płot. Ujrzałem widok niezwykły.
Pojazd prowadzony przez młodą damę w przekrzywionym meloniku wywrócił się na bok i całkowicie rozpadł. Rozdarte eksplozją części kolaski leżały dosłownie wszędzie. Koń na szczęście uciekł. Panującą ciszę przerywało tylko szczekanie zaniepokojonych psów. Po chwili z nieregularnym poświstem ruszyły kompresory wozu. Pracował system doładowania kół. Tłoki bezsensownie wpychały w porwane przewody różową parę.
Jednym skokiem przesadziłem płot i podbiegłem do leżącej damy. Tylko cudem przeżyła. Pochwyciłem białą dłoń i przez dobrą minutę w panice szukałem tętna. Na szczęście oprócz kilku zadrapań i sińców nie odniosła większych obrażeń.
Uniosła głowę dopiero, kiedy nadbiegł hrabia Shankbell. Oprzytomniała całkowicie, gdy przystawił jej do ust resztki naszego wina. Kilka kropel pomknęło w dół, brudząc czerwienią biel delikatnej szyi. Z wysiłkiem ściągnęła metalowe gogle i westchnęła z bólem.
- To panna Cydonia Hornsby z sąsiedztwa Alckerbury. - Przedstawił pannę hrabia Shankbell. Stał i jakoś mimowolnie i bezczelnie otrzepywał ubranie po niefortunnym skoku ze szczytu domowego ogrodzenia, ignorując pozycję damy. - Jej ojciec ma niewielkie przedsiębiorstwo produkujące tytoń na dalekiej północy.
Pomogłem unieść się pannie z ziemi i ze szczególną troską próbowałem doprowadzić jej ubranie do porządku.
- Jak się pani czuje? - zapytałem, widząc jej ciemne oczy. Z takich otchłani nie chce się wracać, pomyślałem urzeczony. Zamilkłem. Znieruchomiałem, nie mogąc złapać oddechu. Nie zmrużyła powiek, nie... Nieruchomo, jakby widziała zjawę, patrzyła tylko na mnie. Zapewne w tym momencie szczeniacko się zarumieniłem. Jej cudowne, długie loki na chwilę zacieniły twarz. Odgarnąłem je z najwyższą starannością. - Imię Cydonia pochodzi z panteonu marsjańskich bogiń. Ojciec pani musi być nie lada miłośnikiem czerwonych piasków?
- Co się stało? - wyjąkała pytanie, jakby w ogóle nie zauważając mojego komentarza. Przyznam, że zabrzmiało niewinnie, chociaż byłem absolutnie przekonany, że uwodziła mnie brzmieniem głosu.
- Zaraz się tym zajmiemy - powiedziałem, rozglądając się za winowajcą.
Po drugiej stronie wyboistej drogi rozciągało się rozległe pastwisko. Obrzeżały je wyłysiałe z trawy wzgórza poprzecinane kratownicą drucianych ogrodzeń. Wyglądało to wszystko na nieużytki, ale gdzieś tam w pobliżu drogi wznosił się wysoki nasyp kolejowy, a na jego szczycie stały istoty przypominające sterczące w pozycji pionowej zapomniane podkłady kolejowe.
Spojrzałem z niepokojem na hrabiego. Odwzajemnił moje obawy.
- Wczoraj pole było puste - wymamrotał w zamieszaniu.
Drogę obrzeżała cała linia drewnianych pali. Naprawdę zaintrygowani zbliżyliśmy się z gospodarzem do wyłamanego kołem obiektu podobnego do przerośniętego buraka.
- To ten mały skurwysyn jest winny całemu zamieszaniu - stwierdził z przekonaniem hrabia. Jak zwykle nie przebierał w słowach, co dla dżentelmena w jego wydaniu było najpewniej czymś zwyczajnym. Pochyliłem się nad rośliną. Rzeczywiście unosił się nad nią ostry swąd spalenizny. - Panna Hornsby najechała kołami na krawędź rosnącego malucha, a on zareagował na atak jak zwyczajna, przeciwpiechotna mina - kontynuował zainteresowany znaleziskiem Shankbell. Przyglądał się, szturchając wyrost lufą sztucera. Poprawiał nerwowo specjalnie założony w celu oględzin złocony monokl. Chciał najpewniej zaimponować profesjonalizmem. - Dobrze, że panna miała zainstalowane w kolasce balony katapultowe, które bezpiecznie wyniosły ją poza obszar wypadku - uznał nie bez satysfakcji.
- Przypuszczam, że to mógł być pęcherz zagęszczonego światła, który mały wydzielił w chwili paniki - rzuciła panna, podając mu notes ze swoimi wyliczeniami. Mimo że słaniała się jeszcze na nogach, była już całkiem przytomna. - Sama dokonałam wczoraj kalkulacji po podobnym wypadku mego wuja. W nocy setki mieszkańców okolicznych osiedli górniczych obserwowały przecinające niebo smugi. Ponoć został nawet przypadkowo strącony balon dźwigowy z pól wydobywczych. Te istoty porastają większość nieużytków. Wiem, że wydzielają w procesie oddechowym wodór. To on mógł eksplodować. - Powiedziała z takim przejęciem, że wręcz osłupiałem z podziwu nie tylko nad jej elokwencją, ale i nadzwyczajną wiedzą. Przecież damy z rejonów kolonizacyjnych interesowały tylko najmodniejsze, wenusjańskie koronki metalowe i wyroby perfumeryjne?
Podczas gdy mówiła, ukląkłem i rozgarnąłem ziemię znacznie głębiej. Wyczyściłem chusteczką porowatą powierzchnię główki rośliny i dokładnie przyjrzałem się wyeksponowanemu korzeniowi. Z zaskoczeniem odkryłem metalową skórę, a pod nią malutkie wirujące trybiki. Na czubku tego, co przypuszczalnie w przyszłości miało stać się głową, już paliły się złowrogim blaskiem maleńkie, z całą pewnością sztuczne oczęta.
- Zadziwiająca żywotność - powiedziałem. - Czyżby ta forma życia w pierwszej fazie była maszyną, a dopiero później przechodziła metamorfozę do formy organicznej?
- A te rosnące w oddali, czy też są maszynami? - z niedowierzaniem mruknął hrabia, wskazując ręką niedaleki nasyp. - Klnę się na honor Manewrowego Pocisku, że wczoraj nie widziałem tam nawet wetkniętego w glinę patyka. Skąd czerpią energię na tak szybki wzrost?
- Jest to w pełni zrozumiałe, jeśli wykorzystują gorące jądro planety, jako źródło swojej mocy - wyjaśniłem, przeglądając mimowolnie wyliczenia z podanego mi przez Cydonię notesu. To była niezwykle rezolutna, młoda dama. - Chyba, żeby użyć... Blasku.
Shankbell przeszył mnie przenikliwym spojrzeniem.
- Wy ciągle o tym samym. Ja zastanawiam się, skąd u tak niewielkiej istoty podobna komplikacja? Proszę spojrzeć. Wypływa z niej naturalny sok i widać roślinne struktury wnętrza. Przedziwna mieszanina. Nie przekona mnie pan do rozmnażania, a raczej do prób strasznej rekonstrukcji. Wiem, że lądują na pustych polach w coraz większej liczbie.
- Przekonuje mnie pan do inwazji. Przypuszczam, że ma pan rację - rzuciłem z wahaniem.
Spostrzegłem, że uniósł brwi z uznaniem.
- Gubernator będzie zaskoczony tak oczywistą konkluzją.
Trochę za bardzo podniecony, zaryzykowałem następny krok, chyba tylko, by jeszcze bardziej przypodobać się damie. Wiedziałem już teraz, że mam znakomity materiał na reportaż do wszystkich magazynów równocześnie. Któż konstruuje tak wspaniałe mechaniczne wspomaganie? Kto, jak nie istota inteligentna zadba, aby najtrudniejszy, pierwszy krok malucha stał się szybkim, bezbolesnym pędem ku doskonałości? Trapiła mnie tylko jedna myśl.
Szybko pobiegłem pod nasyp. Tam sięgnąłem po szkicownik.
W podnieceniu robiłem szybkie, reporterskie notatki; "Rośliny, bo na pewno był to gatunek żywy, a nie wyrzeźbiony w materiale imitującym życie, takim jak na przykład gąbka stolarska Whiteneesa, przypominały ciasno stłoczony tłum. Pierwsze rzędy tych dziwnych istot miały twarze zwrócone w kierunku ruchu"... I dalej: "Przemieszczały się z szybkością kilku centymetrów na minutę. W pierwszym rzędzie zaobserwowałem wydłużone fizjonomie pełne radosnej ekspresji rozrodu. Pozostawiły w rozwarciu paszcze i ziały jakimś szkaradnym, bijącym od wnętrza gorącem zmieszanym z oparami denaturatu. Tłoczyły się, cielsko przy cielsku, głowa przy głowie. Z tyłu ciągle parły ich nowe rzędy".
Akurat przyglądałem się pierwszej czwórce postępującego szeregu, kiedy osłupiałem. Ci najbliżsi nie obawiali się już mojego wzroku. Zwracali na mnie otwarte spojrzenie jakby komitetu powitalnego. Uciekałem wzrokiem, ale nękały mnie coraz bardziej natrętną myślą.
- Ci tutaj są aktywni... - rzuciłem do siebie, przekreślając jedną linią ostatnie uwagi. Odwracając się, wpadłem na pannę Hornsby. Potknęła się i przypadkowo lub nie, wsparła na moim ramieniu. Zrobiło mi się naprawdę gorąco. Była przecudna.
- Przecież mają zamknięte oczy - stwierdziła drżącym głosem, zaprzeczając mojej ocenie sytuacji. W moim zachwycie nad jej urodą, lepiej żebym zaniemówił, ja jednak nękany możliwym uszczerbkiem na honorze sprzeciwiłem się zbyt gwałtownie:
- Nie, na pewno się pani myli. - Zaraz tego pożałowałem. Odepchnęła delikatnie mą przepraszającą dłoń. Odsunęła się dyskretnie.
Jakże była opalizująca w świetle zachodu. Widziałem niemy zachwyt nawet w ohydnych mordach wpatrzonych w nas drewnianych stworów. Zaraz... Niemal pożerały ją wzrokiem, jakby nieoczekiwanie dla siebie odkryły coś przełomowego. Wydały z siebie głośniejszy klekot. Dźwięk poniósł się w odległą dal i wrócił wzmocniony echem. Widziałem u szczytu ich głów pełgające ognie.
Sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu, kiedy hrabia Shankbell stanął pomiędzy nami z naładowaną strzelbą. Zasłonił pannę ciałem wobec jawnego zagrożenia. Drewniane rzeźby najwyraźniej szykowały się do ataku. Wycofaliśmy się w popłochu ku drodze.
- Czy są to istoty międzygwiezdne, jak twierdziła czwartkowa prasa bulwarowa? - zapytała spoza pleców hrabiego panna.
- Może jakiś tajny, zautomatyzowany sprzęt wenusjańskiej armii przybył na Ziemię? Proszę nam powiedzieć, panie Ashley - zadrwił hrabia, bezkarnie przedrzeźniając damę.
Cydonia roześmiała się swobodnie. Widać czuła się wyśmienicie w towarzystwie dżentelmenów, co w tych okolicach uchodziło za rzadką cechę charakteru u kobiety z wyższych sfer. W zdradliwym i twardym środowisku kolonistów kobiety z dobrych domów trzymały zwykle dystans, obawiając się zazwyczaj powietrznej ciąży, modnej na innych planetach pośród wysoko urodzonej młodzieży. Wyjrzała spoza pleców hrabiego z figlarnym uśmiechem na ustach.
- Nie wiem, co pani zazwyczaj czytuje. Ja reprezentuję odpowiedzialne wydawnictwa, zazwyczaj trzymające się prawdy. Jeśli istoty te należą do obcej armii, to jest to bardzo obca armia, jakiej dotąd nie zarejestrowano w Układzie Solarnym.
- Pan widzę nigdy nie odpuści. Zawsze wynajduje pan sposób na wzbudzenie przestrachu w oczach pięknej, młodej damy? - wtrącił z łatwo czytelną ironią Shankbell. - Słyszałem o nowych sposobach rozmnażania się ludzkiej rasy na Wenus. My takich nowości tutaj nie uznajemy. - Panna stała zniecierpliwiona oczekiwaniem na przeprosiny. Wyraźnie była oburzona bezpośredniością uwagi hrabiego.
- Proszę przestać. Przeskakuje pan z tematu na temat, by pogrążyć obecnego tu pana...
Zorientowałem się dopiero po chwili.
- Ashley. Sir Ashley B. Brownhole - przedstawiłem się, skrzętnie całując wystawioną białą dłoń. O mały włos stuknąłbym obcasami na zakurzonej, polnej drodze. - Jestem właścicielem większości wydawnictw naukowych na Wenus.
- Onieśmieli pan każdego swoimi podejrzeniami, hrabio. Noszę filtry przeciwpyłkowe - rzuciła półgłosem w moją stronę.
Wyraźnie mnie uaktywniała. Nieco zbulwersowany kontynuowałem:
- Od małego wpajano we mnie zasady głębokiego szacunku wobec płci pięknej. Byłem przez całą młodość wzburzony sposobem zapłodnienia, jaki odziedziczyliśmy na drodze ewolucyjnej. Uważałem sam proces cielesnej miłości za zbyt arogancki i gburowaty w wykonaniu. Stąd, gdy przed kilkunastoma laty pojawiła się możliwość zmiany tego stanu rzeczy, natychmiast skorzystałem z szansy.
- Miał pan do tego pełne prawo. Gdybym była mężczyzną, postąpiłabym równie śmiało.
- Mówiąc prywatnie, dla mnie seks cielesny jest odpychająco brudny i wręcz niehumanitarny, ale lubię go takim - rzucił hrabia z niestosownym rechotem.
- Jako wysoko postawiony w hierarchii arystokracji mojej planety dżentelmen, sam świadomie zrezygnowałem z męskości genitalnej. Chociaż mój odległy kuzyn, z tego samego ojca pyłkowego, pozostał przy rozrodzie tradycyjnym, ja wolę stałą, pyłkową aurę płodności.
- Chyba przyrodni brat?
- Obaj wolimy słowo "kuzyn", jako bardziej odpowiadające skomplikowanej prawdzie biologicznej.
- No, cóż... Nie wnikam. Ale imponuje mi pan, panie Ashley. - Cydonia wyglądała na zachwyconą.
Hrabia energicznie zarepetował broń, jakby to była jego jedyna nadzieja skupienia uwagi na sobie. Nie wyglądał na zadowolonego z obrotu sprawy. Cydonia, bądź co bądź, uchodziła za piękność i przedmiot westchnień lokalnych zalotników. Wenusjanin w bardzo prosty sposób mógł ją chemicznie od siebie uzależnić, a nawet w skrajnych przypadkach bezczelnie zapłodnić.
Widać, że zupełnie nie brała tego pod uwagę. Znała tylko tradycyjnych mężczyzn i ich właściwe, pospolite zachowania. Filtry nosiła z rozkazu staroświeckiego ojca, który wolał dmuchać na zimne.
- W towarzystwie Nowego Wenusjanina musi pani na siebie szczególnie uważać. Prawda, panie B. Brownhole? - natrętnie nagabywał hrabia.
Miałem go dość. Trudno było mi skupić się z tak złośliwym typem stojącym obok i sypiącym bez sensu niewybrednymi żartami, a koniecznie chciałem zdecydować, co robić dalej.
- Powoli zmierzcha. Mogę pana przenocować - zaproponował Shankbell, chyba widząc moją rozterkę. - Droga do miasta jest długa i pełna niebezpieczeństw. Mamy tu sporo dzikich, skaczących bestii... psy dingo wielkości konia.
Wzruszyłem obojętnie ramionami.
- I panią, szanowna młoda damo, zapraszam również - dodał z miłym uśmiechem. - Farma pani ojca jest miejscem równie zbyt odległym na tę porę dnia, a jazda konna zbyt wyczerpująca dla damy pani pokroju.
Spojrzała na mnie dwuznacznie. Jej górna warga drgnęła i uniosła się nieśmiało.
- Czemu nie - rzuciła w końcu beztrosko. - Jest pan gościnnym człowiekiem, hrabio. A ja nie boję się męskich, rozpylanych tanim kosztem pyłków plemnikowych. Zamykam się szczelnie, moi panowie - ostrzegła ze śmiechem, unosząc dwa palce w powietrze, jak do przysięgi.
Mrugnęła do mnie znacząco, dając do zrozumienia, że moje pochodzenie z Wenus nie będzie dla niej przeszkodą w zawarciu ciekawej znajomości.
Udałem, że podążam za nimi niechętnie. Jednak będąc całkowicie szczerym, muszę przyznać, że nie chciało mi się jechać dwie godziny do Port Melbournehor ciemnymi, polnymi drogami obstawionymi przez przybyłe znikąd Drewniki. Planeta Ziemia ciągle pozostawała dziewicza i nieujarzmiona. Pełno tu było zbiegłych, afrikońskich niewolników. Mój koń płoszył się z byle powodu, a i sama dorożka po długiej podróży w przestrzeni kosmicznej nie była w najlepszym stanie. Postanowiłem bowiem jeszcze na Marsie o zdeponowaniu sprzętu podróżnego w agencji wynajmu w wielokondygnacyjnych stajniach przy tutejszym kosmodromie, aby mógł dysponować zaprzęgiem mój wynajęty, przyszły korespondent, który niekoniecznie musiał być mężczyzną. Uśmiechnąłem się do swoich myśli.
Wobec tych faktów przystałem na propozycję noclegu. Tym bardziej, że przybysze, kimkolwiek byli, zaczęli mnie coraz bardziej intrygować. A specjalnie zachęcał do badań wieczór spędzony w towarzystwie tak uroczej damy.
- Dobrze - zgodziłem się. Widział tę moją nagłą radość zakochanego młokosa i uśmiechnął się wyrozumiale.
- To świetnie - stwierdził z wyraźną ulgą. - Przyznam się, że ostatnio boję się być sam. Będziecie państwo miłym towarzystwem dla mego samotnego przerażenia.
Spojrzeliśmy po sobie, niczego nie rozumiejąc. Hrabia był doskonale zbudowanym, postawnym i mimo lat wygimnastykowanym mężczyzną, a jego znajomość broni palnej mogła wprawić laika w osłupienie. Na stronie powiedział mi słówko na ucho:
- Niech pana nie zwiodą te oczy - ostrzegał z odcieniem kpiny. - Ziemskie kobiety z racji klimatu albo mineralnej diety posiadają ten tajemny blask w każdym spojrzeniu. Nie wiadomo, czy szlachetna dama chce pana nim uwieść, czy na śmierć załatwić? Trzeba się mieć stale na baczności, a nie rozczulać pod wpływem wyczuwanej aury. Zresztą, chyba już pan zauważył, że ciała wszystkich ludzi na Ziemi dziwnie mocno fosforyzują? To nie tylko ta panna jest tak świetlista...
Potem poklepał mnie po ramieniu jak swe ulubione źrebię i zaprowadził nas do swojej sypialni. Ale wbrew temu, czego w głębi duszy oczekiwałem i skrycie życzyłem, wcale nie zamierzał jej opuszczać. Przyniósł z komórki inny sztucer, dołożył mój nabity rolgułami wenusjańskimi rewolwer i wraz z pudełkami amunicji umieścił wszystko na parapecie wielkiego okna. Uśmiechnął się szeroko i usiadł na krześle tuż obok łóżka, wyraźnie zrelaksowany dzięki bliskości broni.
- Tam może pan spać - powiedział Shankbell, podwijając rękawy flanelowej koszuli. Wskazał wąską kozetkę przy oknie. - Panna rozgości się na posłaniu, a ja będę czuwał.
- Czuwał nad czym, przepraszam? - Byłem zbulwersowany jego niecodziennym zachowaniem. - Czyżby groziło nam jakieś niebezpieczeństwo? A może chce pan nas po prostu przestraszyć?
- Posiedźmy przez chwilę w ciszy, a sam pan zobaczy.