Światy równoległe - Piotr Michałowski

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Synogarlica turecka

Jest prawdą powszechnie znaną, że gołębie upodobały sobie dworce, choć z wyjątkiem tych pocztowych nie gustują w dalekich podróżach, nie mówiąc już o przelotach transkontynentalnych. Obszerne hale umożliwiają fruwanie, a perony dają szansę długich spacerów bez konieczności wzlotu i często z ignorowaniem żółtej linii bezpieczeństwa. Chodzą wzdłuż, potwierdzając swe dostojne kroki przytakującym ruchem głowy, wprawdzie nie całkiem pionowym, co wynika jednak nie z przewrotności, lecz specyficznej anatomii. Udają empatię z podróżnymi, która jest przebiegłą nadzieją na rzucone pożywienie, albo ich parodiują, bo niby wyglądając pociągu, przechadzają się tam i z powrotem między ławkami a krawędzią przepaści.

Bywają eleganckie i dystyngowane. Jak ten wczorajszy: na parapecie zatupotała synogarlica turecka, którą uznał za najpiękniejszego z gołębi; właściwie to jeden z niewielu gatunków, jakie potrafił rozpoznać, i to jedynie z bliska, bo ubarwiony przeciętnie, w pastelowych odcieniach szarości: głowa ledwo widocznie wpada w brąz, reszta w blady róż, ale na karku ma charakterystyczną, w połowie białą i czarną, półobróżkę. Idealna linia i ograniczona tusza, w przeciwieństwie do innych gołębi, obiecująca wzlot jeszcze kiedy chodzi po ziemi; choć wysoko w powietrzu traci tożsamość, upodobniając się do sylwetek wszystkich ptaków i ten cud wniebowzięcia niczym jej nie wyróżnia.

Streptopelia decaocto. Ten wypuszczony na zwiady z arki osiadłej na Araracie pewnie był właśnie synogarlicą. Tutaj pojawił się podobno dopiero w roku 1940, spolonizowany beznadziejnie jako "sierpówka". To już pewnie dwudzieste pokolenie po imigracji, a więc stara diaspora. Mimo to w encyklopediach wciąż marginalizowany, czasem nawet w ogóle nie zaliczany do gołębiego rodu. Spłoszony chyba zbyt natarczywą obecnością obserwatora odleciał, przysiadając jednak opodal i zakołysał najbliższą gałęzią modrzewia, jakby chciał ją złamać. Oczywiście to pozór, bo kiedyś zdarzyło się nieść w dłoniach do lecznicy zranioną na drutach wysokiego napięcia wielką mewę i nie ważyła prawie nic - jakby potwierdzając swój status "ciała lotnego".

Podobno łatwo ją spotkać, choć nie wyróżnia się w stadzie, tak bardzo jak choćby efektowny kolorystycznie grzywacz - połyskujący ciemną zielenią i różem indyjskim, przedzielonymi na karku tylko białym kołnierzykiem.

Ale ten przechadzający się wzdłuż peronu był inny: szaro-biało-granatowy z nieznacznym połyskiem szmaragdu na skrzydłach - zapewne mieszaniec, bo przypominał kilka gatunków z atlasów, ale żadnego dokładnie. Podobno po pamiętnym zawaleniu się hali w Chorzowie, gdzie zginęli sprzedawcy i klienci ptasich targów, ocalałe gołębie wielu odmian spontanicznie zaczęły się ze sobą krzyżować. Trzeba było katastrofy, by przezwyciężyć hodowlany rasizm?

Była doskonałością. Chodzącą doskonałością. Najdosłowniej: chodzącą, bo właśnie jej chód ujawniał ideał proporcji kształtu - w niespotykanej u nikogo innego pełni. Ale powiedzieć na odwrót: "doskonałość chodu" byłoby niesprawiedliwą redukcją tej wyjątkowej syntezy komplementarnych cech, tej harmonijnej kompozycji niedającej się sprowadzić do sposobu poruszania. Oczywiście, zapewne miała w niej swój udział "nieprzeciętna uroda", choć to pojęcie mętne i względne, niedające się wymierzyć geometrycznie, podlegające raczej indywidualnym gustom niż intersubiektywnym kryteriom jakiegoś choćby historycznie ograniczonego kanonu, co przecież, mimo panowania jakiejś wypadkowej gustów, jakiejś ustalonej w danej epoce średniej statystycznej, ujawnia się nawet na konkursach piękności. Za ideał może być uznana uroda zarówno klasyczna, czyli wolna od skazy, jak oryginalna, której nie da się odnieść do żadnego wzorca - poza własnym.

Z jej postawy zawsze, niezależnie od sytuacji, emanowała nieuchwytna dostojność i naturalna chyba, bo nie dopuszczająca innych zachowań, elegancja, ujawniana najlepiej właśnie w chodzie, w stylu chodzenia, który nie miał w sobie nic sztucznego, nic wyuczonego jak u modelek, które poruszają biodrami przesadnie, jakby chodziły na szczudłach; nie, to był luz absolutny, najprawdziwszy, zapewne wrodzony i chyba przez nią samą nieuświadamiany, bo kiedy otrzymała propozycję pracy, wydawała się zaskoczona równie prawdziwie jak chodziła - z głową kiwającą się wyłącznie wzdłuż linii prostej, do przodu i w tył, nigdy na boki, i tylko na tyle, na ile wynikało to z motoryki, czyli fizjologicznej konieczności, odruchu - nie powstrzymywanego usilnie jak w pantomimie, a jednak dyskretnego, choć nieuchronnego jak prawa biologii, co sprawiało, że pozostawała zjawiskiem tyleż niezwykłym co naturalnym, że była integralną całością, niepodzielną na prywatne bycie i role w teatrze życia społecznego.

Próbował ją podglądać, by tę zagadkę rozwikłać, może by przyłapać na jakimś błędzie, wykryć w tej doskonałości drobną skazę, niedostrzegalną rysę, zręcznie zamaskowaną dwoistość. Udało się sprawdzić tylko raz i nie do końca: przez uchylone drzwi, kiedy go nie mogła zauważyć, zajęta porządkowaniem ciuchów po podróży, a więc nawet nie przed lustrem, ani przy korekcie stroju, a tym bardziej makijażu. Ale niczego nie wykrył w tej kompletnej, szczelnej, kompaktowej całości, która pozostawała nienaruszoną harmonią niewidocznego zespolenia kształtu i kinetyki z otaczającą przestrzenią - jakby jedynie możliwą formą oswojenia powietrza z barwą, zapachem, światłem, umeblowaniem; figurą idealnie wpisaną w tło, jakby stworzone na jej wyłączny użytek. Gdziekolwiek się pojawiła, znikał dysonans między jej osobą a światem.

Wtedy w ogóle się nad tym nie zastanawiał, może dlatego, że jako zbyt bliska i oczywista nie wymagała analizy, zresztą właśnie z braku dystansu niemożliwej; ale teraz, tu na peronie, czekając na jej pociąg, skłaniał się już, by dopuścić tę jedyną, choć przecież jedną z wielu możliwych, definicję: doskonałość osiąga się nie wtedy, kiedy nie można nic dodać, lecz wtedy, kiedy nie można nic odjąć. Antoine de Saint-Exupéry tak to ujął w Ziemi - planecie ludzi... i właśnie to wydawało się najbliższe istoty zjawiska: nie miała ni centymetra sześciennego nadmiaru, żadnego zbędnego funkcjonalnie ornamentu, żadnej pretensji do ekspansji przestrzennej poza swą własną formę. Wpisywała się w każdą porę roku i każdy krajobraz; dowolne wnętrze stanowiło jej komplementarne dopełnienie, otulało ją ściśle niby wykonana z powietrza forma-matka do mistrzowskiej rzeźby. Gdziekolwiek się pojawiła, świat odzyskiwał równowagę.

Czy była oryginalna? Dopiero teraz, po latach od rozstania, a raczej zniknięcia z jego horyzontu, potrafił postawić to pytanie. Czy była piękna bezwzględnie, wprawdzie nie "obiektywnie", bo to bzdura, ale "intersubiektywnie"? Teraz nie wiedział nawet tego, a portret pamięciowy, utrwalany czternastoletnią idealizacją, zapewne całkowicie straciłby wartość w przypadku konieczności wszczęcia poszukiwań.

Tak, z pewnością była lubiana, a z tego, co zdołał zaobserwować i wysłuchać - lubiana powszechnie. No, zawsze są jakieś wyjątki, ale nigdy nie usłyszał żadnej krytycznej opinii, nawet podszytej zazdrością, a przecież choćby otaczające ją przyjaciółki, a były pośród nich i otyłe, i krzywonogie, i ogólnie szpetne, miałyby powody do zawiści.

Do tego: delikatność, uprzejmość, a raczej ujmująco bezinteresowna życzliwość. I jeszcze ponadprzeciętne przymioty intelektu, zawodowa kompetencja, otwarcie poznawcze, biegła angielszczyzna plus zaawansowana nauka francuskiego... Wszystko to składało się na formę wszechstronnie pożądaną - zarówno przez koleżanki i mężczyzn, jak pracodawców. Formę skazaną na sukces.

Podobno prędko awansowała, jej środowiskowa popularność (bo trudno mówić o sławie w tym zawodzie, w końcu zawsze pozostającym w cieniu zaplecza wielkiej sztuki) utrwalała się samoczynnie.

A jednak wszystko poszło nie tak. Chyba wszystko, lecz nawet co do tego nie ma dziś pewności. Wieści dochodziły do niego z daleka i okrężnie, nigdy wprost ze źródła, a więc odbite w krzywych lustrach plotek, z których zbierał rozbieżne dane, niedające się złożyć w żadną spójną całość - niby wybrakowane puzzle.

Podobno doszło do jakiegoś konfliktu z dyrekcją, a może i z kimś wyżej. Agnieszka i konflikt? To nonsens, a w każdym razie rzecz niewyobrażalna. A jednak coś takiego musiało się stać. Podobno ujęła się za kimś, kogo góra chciała się pozbyć, więc przeciwstawiła się mobbingowi. Albo - z prostoduszną odwagą chciała rozładować sytuację: donosząc, a raczej ujawniając osobę, która według powszechnych szeptów molestowała rekwizytorkę, o czym władza nie chciała słyszeć, gdyż oznaczałoby to utratę nietykalnej gwiazdy. Wreszcie - chodzić mogło o "zaoszczędzenie" etatu dla jakiejś "krewnej lub znajomej królika". Wszystko to jednak były zaledwie niepotwierdzone domysły. Wypytywani informatorzy nie potrafili tego wyjaśnić, albo z niejasnych powodów nabierali wody w usta.

A potem już równia pochyła - coraz bardziej zagadkowa z powodu jeszcze skąpszych informacji. Prawdopodobny upadek połączony z niezauważalnym zanikiem śladu, był jak zachód słońca za horyzontem świadomości. Czy tylko dla niego, bo żył w największym oddaleniu, czy też wszystkich jej znajomych?

Może było to nieuniknione? W końcu gdzieś musiała przyczaić się zawiść, w jakimś zakulisowym zakamarku tej pogodnej komedii. Ona sama mogła jej nie zauważyć, zbyt ufnie przyjmując wszystko, co się wokół działo - niby dobro przyrodzone, równie naturalne jak ona sama. Powodem była raczej intryga niż jej błąd, bo trudno zakładać, by na czymkolwiek mogła się potknąć bez czyjegoś podstępu.

Ciekawe, jak zniosła ten upadek. Czy także jako naturalną kolej rzeczy? A może nawet go nie dostrzegła, nie odczuła, albo odczuła dopiero po fakcie?

Jeszcze mniej wiedział o jej życiu prywatnym, które powinno ułożyć się równie pomyślnie jak zawodowe - o ile ten tradycyjny podział na odrębne sfery życia miał tu w ogóle zastosowanie, skoro była tak doskonale spójną całością? Docierały tylko zamglone sygnały o podobnej katastrofie, ale o dziwo nie w czarnej ramce tragizmu, lecz relacjonowane niby normalna kolej rzeczy. Podobno w końcu wyszła za jakiegoś informatyka, który po roku ją porzucił, a skoro tak się stało, musiał to być dupek. No, niekoniecznie, ale z grubsza trzeba go tak ocenić, bo jeśli ktoś kogoś miałby prawo porzucać, to raczej ona jego. Tak, tylko wtedy trzeba by uznać, że w tym posągu pojawiła się jakaś rysa... Czyj zatem był błąd fatalnego niedopasowania?

A jednak w jakimś stopniu jego pamięć była uprzywilejowana, wiernie przechowując nienaruszony pierwowzór - wizerunek doskonałości, choć złożony z kilku zaledwie epizodów, przelotnych spotkań, a raczej fotograficznych migawek, pochodzących z najlepszego jej czasu, toteż niewykluczone, że ten syntetyczny obraz nie reprezentował żadnej konkretnej chwili z jej życia. Im słabszy był dopływ nowych informacji, tym bardziej utrwalał się dawny portret - niby mit odlany ze spiżu - przez oddalenie w czasie i przestrzeni.

Był jednym z licznych jej cichych... może nie tyle adoratorów, ile raczej wielbicieli, choć i to określenie razi przesadą. Był statystą, i to z trzeciego, najwyżej drugiego planu, któremu nawet do głowy nie przyszło, by się ustawić do niej w kolejce. Zresztą chyba żadnej kolejki nie było, co wydaje się najdziwniejsze. Właśnie, a gdyby dbała o demokratyczną równość, gdyby nie wyróżniała nikogo, utrzymując jednakowy dostęp dla wszystkich (o rany, przecież to brzmi okropnie i nieprawdziwie!), równy... dystans? Lecz był to dystans powstający samoistnie, a nie wytwarzany przez jakieś niepisane tabu, a tym bardziej stawiane przez nią znaki zakazu. Dziwne.

Skąd więc to nagłe wyróżnienie? Dlaczego w tym esemesie zapowiedziała, że "musi" z nim właśnie się zobaczyć? Nie dla niego specjalnie przyjeżdża z tak daleka, to jasne, ale nawet jeśli tylko przy okazji, bo akurat on jako jedyny z rozległego kręgu dawnych znajomych mieszka w Szczecinie? Zaskoczeniem było jeszcze to, że go w ogóle w tym tłumie zapamiętała. To przecież jednak wyróżnienie! - co rusz świtała we łbie głupia nadzieja, którą z coraz większym trudem gasił racjonalizacją: że to nic nieznaczący zbieg okoliczności, ot, zwykły przypadek, epizod, z którego nie da się wysnuć żadnej nitki akcji, żadnego dalszego ciągu, bo przepaść czasu skazuje na modalność utraconego prawdopodobieństwa: "to byłoby wyróżnienie".

Przyjazd pociągu planowany na 16.42 był opóźniony o 10 minut. Kiedy wyświetlono tę wiadomość, przyjął ją jako prolongatę życia Agnieszki. Tej dawnej, zapamiętanej, bo przecież wiedział, że wysiądzie trochę inna.

Nie napisała, w którym wagonie, ani jak jest ubrana, a to zawsze kłopot, gdy na peronie robi się zamieszanie przy każdym przyjeździe. Jak ją rozpozna? Czy odnajdzie?

Gołąb opuścił swój posterunek na żółtej linii, zawrócił ku żelaznej kolumnie, gdzie znalazł trójkątny okruch krakersa. Skonsumował i jakby bez przekonania zawrócił, by kontynuować patrolowanie peronu, ale podszedł do samej krawędzi, zwiesił dziób w przepaść, wpatrzony w połysk szyny. Teraz był już tylko tłusto-pierzastą kulą, z głupio zadartym ogonem ponad sterczącym kuprem.

Opóźnienie wzrosło już do 18 minut i pojawiły się oznaki zniecierpliwienia oczekujących, którzy zaczęli się bezsensownie przemieszczać, zasłaniając mu widok.

Wreszcie zapowiedziano Intercity z Krakowa, ze stałą formułką przeprosin i ostrzegawczą prośbą, by odsunąć się od krawędzi peronu. Pierwszy zrozumiał to gołąb i z właściwą sobie elegancją zawrócił za żółtą linię, po czym wykonał cztery kroki w lewo, bezbłędne jak zawsze. Tak, właśnie ten majestat chodu był w niej niepowtarzalny. Nie pamiętał twarzy, nawet koloru oczu i w ogóle żadnych detali urody. Definiował ją tylko ruch.

Gołąb ustawił się profilem, wskazując dziobem kierunek nadjeżdżającego pociągu, który najpierw był basowym pomrukiem, zanim zamajaczył na łuku toru. Podróżni zerwali się z ławek, nowi spływali wysoką falą z ruchomych schodów, peron zaludnił się nagle tak gęsto, że stracił nadzieję, nie wiedząc gdzie jej szukać, kiedy mijały go nadjeżdżające okna za lasem głów: z przodu składu, z tyłu, czy gdzieś pośrodku.

Jak może teraz wyglądać? I w jaki sposób może go rozpoznać? Jak ona ma go znaleźć? Symetryczna niemoc! Przecież mógł chociaż napisać, że będzie w czarno-żółtej kurtce i granatowej czapce z daszkiem (bo jasnoniebieska maseczka nie byłaby żadnym znakiem szczególnym) - stroju wprawdzie mało się wyróżniającym, który jednak stanowi jakąś wskazówkę. Gdzie jej szukać - nie wiedział, bezradnie przebiegając wzrokiem w prawo i lewo żelazny mur z otwierającymi się drzwiami, prędko zarastający winoroślą wysiadających. Stanąć po prostu na schodach, by z wysoka objąć długość wszystkich wagonów i peronu, na ile go nie zasłania wiata? Tylko z których schodów lepiej?

Jakimś ratunkiem było wysłanie spóźnionego esemesa, z ryzykiem, że na parę sekund przerwie obserwację: "Czekam przy kiosku, niebieska czapka". I przycisk "Wyślij". Sprawdził: wiadomość poszła, ale zniekształcona: CZKAM PRYKOSKU NBIESK CZAKA. Bez sensu! Może jednak zgadnie. Oczywiście, jeśli przyjdzie jej do głowy odbierać, gdy ręce ma pełne bagażu... I jeśli w ogóle usłyszy sygnał w tym zgiełku. Trzeba odczekać.

Wysiedli już wszyscy. Gołąb zniknął w rzednącym tłumie. Schował się pewnie gdzieś za słupek czy kosz na śmieci.

Nie, sama raczej nie opuści peronu. A jeśli nie zaczeka? Nie warto przemieszczać się w tę i z powrotem, trzeba zostać przy kiosku, aż zrobi się luźniej, a więc nastąpi selekcja i zostaną tylko podróżni, którzy na kogoś czekają... A raczej: te, które...

O, może tamta w czerwonym płaszczyku i berecie? A nie, to jakaś osiemnastka najwyżej. Albo ta w brązowym. Też nie, bo ktoś po nią przyszedł, odpada...

Spokojnie, zaraz tłum rozrzedzi się na tyle, że będzie można metodycznie spenetrować całą długość i po obu stronach. Najpierw w tę, czy w tamtą stronę?

Tam! - przy gablotach z rozkładem jazdy? Tak, to ona: w czarnym płaszczu, z niewielką zieloną torbą. Ona? Ale coś jakby nie tak, coś tu się nie zgadza. Proporcje? Złudzenie? Nie, niemożliwe...

A jednak! Bo macha właśnie do niego. Obejrzał się: nikogo za nim nie ma na linii strzału... Więc musi być ona!

- Cześć, Mariusz! Poznałam cię z daleka, nic się nie zmieniłeś! - I zanim coś odpowiedział (choć nie miał pomysłu na żadną replikę), poczuł prędkie cmok-cmok muskające oba policzki. - Wiesz, nie pisałam, ale złamałam nogę, więc od miesiąca jestem na zwolnieniu. Mam tu ciotkę, więc przyjechałam na rehabilitację, a na za tydzień załatwiłam sobie zdjęcie gipsu w szpitalu przy Arkońskiej, pewnie wiesz, gdzie to?

Potoczek słów, którym go zalała, pozwolił zebrać myśli, by ułożyć jakieś sensowne powitanie, ale przede wszystkim - zamaskować szok. Podwójny, gdyż pierwszym były całusy.

Jasne: gips na prawej nodze!

- Czeee-eść! Miło cię widzieć po tylu latach - wydukał z braku pomysłu i zabrzmiało to wprawdzie niezdarnie, lecz przez to chyba naturalnie i szczerze.

Teraz dopiero zauważył, że podpiera się kulą, dość kurczowo, by nie stracić równowagi, gdy schyla się po bagaż.

- Daj, poniosę. O, lekka! Masz tylko to?

- Tylko to. Ciocia ma wszystko, czego potrzebuję. Jest urocza. Zresztą będzie okazja, to ją poznasz.

Do diabła z ciotką! Czuł, jak mu się wymyka, a zarazem był jej wdzięczny za podjęcie jednego z tematów zastępczych, gdy nagle stwierdził, że nie dysponował żadnym.

- Zaparkowałem z tamtej strony, przy wodzie. Chodźmy tędy, są ruchome schody... - I niepotrzebnie dodał: - Wziąć pod rękę?

- Nie, nie trzeba, poradzę sobie.

Ruszyła rytmem kroków na przemian głębokich i płytkich, do których próżno usiłował dostosować własne, a kołysanie zielonej torby tworzyło trzecią, jeszcze bardziej niezgodną falę. Odwrócił spojrzenie, lustrując krawędź peronu.

- O, widzę, że macie nowy dworzec - odezwała się wreszcie, niepewnie podążając za jego wzrokiem.

Podtrzymać temat! Nadarza się okazja, by zasypać kolejną wyrwę milczenia, rozciągniętą na kilka metrów, odliczanych taktem jambu: cichszego buta, głośnej kuli i pauzą niemego gipsu. Chciał spytać: "znasz Szczecin?", ale w ostatniej chwili poprawił, by ominąć przykry hiatus:

- Znasz miasto? Byłaś tu kiedyś?

- Tak, u Ludki, znaczy cioci. Miałam wtedy jakieś... osiem lat.

Roześmiali się synchronicznie i symetrycznie zwrócili ku sobie spojrzenia. To mógł być jakiś początek. Mocno spóźniony początek. Ale nie będzie.

- Gdyby nie to - wskazała brodą na gips - mógłbyś pokazać mi Szczecin. Słyszałam, że warto... To jest Odra?

No, to punkt: wie, że nie Bałtyk, jak niektórzy przybysze z interioru. Ale "gdyby nie to" - przedrzeźniał ją w myśli - "to byś w ogóle nie przyjechała i byśmy się nie spotkali!".

- Oczywiście, Odra. Płynie w tę stronę.

- A wygląda, że odwrotnie...

- No tak, rzeczywiście, bo dziś mamy cofkę... - podjął ochoczo wątek hydrologiczny, który miał dość dobrze opanowany, więc skalkulował, że wystarczy na resztę drogi do samochodu.

Ukradkiem, ale nieprzerwanie lustrował brzeg peronu. Gołąb gdzieś przepadł, ale na pewno nie odleciał, bo by zauważył.

Nie, tutaj one tego nie robią. Mimo aerodynamicznych kształtów. Mimo możliwości. Jakby w ogóle nie potrafiły latać.

w serii kwadrat ukazały się:

„2008”, „2011”, „2014”, „2017”, „2020” – antologie współczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo „Made in Roland”

Marcin Bałczewski „Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”

Waldemar Bawołek „To co obok”

Kostia Berezin (Paweł Laufer) „Buty Mesjasza”

Jacek Bielawa „Kościelec”

Jarosław Błahy „Rzeźnik z Niebuszewa”

Dariusz Bitner „Książka”

Roman Ciepliński „Diabelski młyn” , „Ukryte myśli” , „Życie zastępcze”

Tomasz Dalasiński „Nieopowiadania”, „Przystanek kosmos”

Jerzy Franczak „Święto odległości”

Krzysztof Gedroyć „Przygody K”

Andrzej Grodecki „Iluzje”

Brygida Helbig „Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inne ludzie”

Lech M. Jakób „Ciemna materia”

Jarosław Jakubowski „Wojna”

Bogusław Kierc „Bazgroły dla składacza modeli latających”

Wojciech Klęczar „Wielopole”

Bogusława Latawiec „Ciemnia”

Ryszard Lenc „Chimera”

Artur Daniel Liskowacki „Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”, „Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”

Miłka O. Malzahn „Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“

Agnieszka Masłowiecka „Pyszne ciało”, „Splątanie”

Jarosław Maślanek „Ferma ciał”

Piotr Michałowski „Światy równoległe”

Dariusz Muszer „Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolność pachnie wanilią”

Krzysztof Niewrzęda „Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”, „Second life”, „Wariant do sprawdzenia”, „Zamęt”

Ewa Elżbieta Nowakowska „Apero na moście”

Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski „Błogosławieni”

Paweł Orzeł „Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”, „Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”

Paweł Przywara „Ricochette”, „Zgrzewka Pandory”

Krystyna Sakowicz „Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”

Alan Sasinowski „Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczery facet”

Grzegorz Strumyk „Kra”, „Nierozpoznani”

Łukasz Suskiewicz „Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”

Leszek Szaruga „Dane elementarne”, „Podróż mego życia”, „Zdjęcie”

Izabela Szolc „Śmierć w hotelu Haffner”

Łukasz Szopa „Kawa w samo południe”

Michał Trusewicz „Przednówki”

Andrzej Turczyński „Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncert muzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”

Anatol Ulman „Cigi de Montbazon i Robalium Platona”

Emilia Walczak „Hey, Jude!”

Miłosz Waligórski „Kto to widział”

Henryk Waniek „Miasto niebieskich tramwajów”

Maciej Wasilewski „Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”

Bartosz Wójcik „Christiania. Historie z tamtej strony dobra”

Grzegorz Wróblewski „Nowa Kolonia”

Maciej Wróblewski „Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”

Tadeusz Zubiński „Rzymska wojna”