Synogarlica
turecka
Jest
prawdą powszechnie znaną, że gołębie upodobały sobie dworce, choć z wyjątkiem tych pocztowych nie gustują w dalekich podróżach, nie
mówiąc już o przelotach transkontynentalnych. Obszerne hale
umożliwiają fruwanie, a perony dają szansę długich spacerów bez
konieczności wzlotu i często z ignorowaniem żółtej linii
bezpieczeństwa. Chodzą wzdłuż, potwierdzając swe dostojne kroki
przytakującym ruchem głowy, wprawdzie nie całkiem pionowym, co wynika
jednak nie z przewrotności, lecz specyficznej anatomii. Udają empatię
z podróżnymi, która jest przebiegłą nadzieją na rzucone pożywienie,
albo ich parodiują, bo niby wyglądając pociągu, przechadzają się tam
i z powrotem między ławkami a krawędzią przepaści.
Bywają
eleganckie i dystyngowane. Jak ten wczorajszy: na parapecie
zatupotała synogarlica turecka, którą uznał za najpiękniejszego z gołębi; właściwie to jeden z niewielu gatunków, jakie potrafił
rozpoznać, i to jedynie z bliska, bo ubarwiony przeciętnie, w pastelowych odcieniach szarości: głowa ledwo widocznie wpada w brąz,
reszta w blady róż, ale na karku ma charakterystyczną, w połowie
białą i czarną, półobróżkę. Idealna linia i ograniczona tusza, w przeciwieństwie do innych gołębi, obiecująca wzlot jeszcze kiedy
chodzi po ziemi; choć wysoko w powietrzu traci tożsamość,
upodobniając się do sylwetek wszystkich ptaków i ten cud
wniebowzięcia niczym jej nie wyróżnia.
Streptopelia
decaocto.
Ten wypuszczony na zwiady z arki osiadłej na Araracie pewnie był
właśnie synogarlicą. Tutaj pojawił się podobno dopiero w roku 1940,
spolonizowany beznadziejnie jako "sierpówka". To już
pewnie dwudzieste pokolenie po imigracji, a więc stara diaspora. Mimo
to w encyklopediach wciąż marginalizowany, czasem nawet w ogóle nie
zaliczany do gołębiego rodu. Spłoszony chyba zbyt natarczywą
obecnością obserwatora odleciał, przysiadając jednak opodal i zakołysał najbliższą gałęzią modrzewia, jakby chciał ją złamać.
Oczywiście to pozór, bo kiedyś zdarzyło się nieść w dłoniach do
lecznicy zranioną na drutach wysokiego napięcia wielką mewę i nie
ważyła prawie nic - jakby potwierdzając swój status "ciała
lotnego".
Podobno
łatwo ją spotkać, choć nie wyróżnia się w stadzie, tak bardzo jak
choćby efektowny kolorystycznie grzywacz - połyskujący ciemną
zielenią i różem indyjskim, przedzielonymi na karku tylko białym
kołnierzykiem.
Ale
ten przechadzający się wzdłuż peronu był inny: szaro-biało-granatowy
z nieznacznym połyskiem szmaragdu na skrzydłach - zapewne
mieszaniec, bo przypominał kilka gatunków z atlasów, ale żadnego
dokładnie. Podobno po pamiętnym zawaleniu się hali w Chorzowie, gdzie
zginęli sprzedawcy i klienci ptasich targów, ocalałe gołębie wielu
odmian spontanicznie zaczęły się ze sobą krzyżować. Trzeba było
katastrofy, by przezwyciężyć hodowlany rasizm?
Była
doskonałością. Chodzącą doskonałością. Najdosłowniej: chodzącą, bo
właśnie jej chód ujawniał ideał proporcji kształtu - w niespotykanej u nikogo innego pełni. Ale powiedzieć na odwrót:
"doskonałość chodu" byłoby niesprawiedliwą redukcją tej
wyjątkowej syntezy komplementarnych cech, tej harmonijnej kompozycji
niedającej się sprowadzić do sposobu poruszania. Oczywiście, zapewne
miała w niej swój udział "nieprzeciętna uroda", choć to
pojęcie mętne i względne, niedające się wymierzyć geometrycznie,
podlegające raczej indywidualnym gustom niż intersubiektywnym
kryteriom jakiegoś choćby historycznie ograniczonego kanonu, co
przecież, mimo panowania jakiejś wypadkowej gustów, jakiejś ustalonej
w danej epoce średniej statystycznej, ujawnia się nawet na konkursach
piękności. Za ideał może być uznana uroda zarówno klasyczna, czyli
wolna od skazy, jak oryginalna, której nie da się odnieść do żadnego
wzorca - poza własnym.
Z jej postawy zawsze, niezależnie od sytuacji, emanowała nieuchwytna
dostojność i naturalna chyba, bo nie dopuszczająca innych zachowań,
elegancja, ujawniana najlepiej właśnie w chodzie, w stylu chodzenia,
który nie miał w sobie nic sztucznego, nic wyuczonego jak u modelek,
które poruszają biodrami przesadnie, jakby chodziły na szczudłach;
nie, to był luz absolutny, najprawdziwszy, zapewne wrodzony i chyba
przez nią samą nieuświadamiany, bo kiedy otrzymała propozycję pracy,
wydawała się zaskoczona równie prawdziwie jak chodziła - z głową kiwającą się wyłącznie wzdłuż linii prostej, do przodu i w tył,
nigdy na boki, i tylko na tyle, na ile wynikało to z motoryki, czyli
fizjologicznej konieczności, odruchu - nie powstrzymywanego
usilnie jak w pantomimie, a jednak dyskretnego, choć nieuchronnego
jak prawa biologii, co sprawiało, że pozostawała zjawiskiem tyleż
niezwykłym co naturalnym, że była integralną całością, niepodzielną
na prywatne bycie i role w teatrze życia społecznego.
Próbował
ją podglądać, by tę zagadkę rozwikłać, może by przyłapać na jakimś
błędzie, wykryć w tej doskonałości drobną skazę, niedostrzegalną
rysę, zręcznie zamaskowaną dwoistość. Udało się sprawdzić tylko raz i nie do końca: przez uchylone drzwi, kiedy go nie mogła zauważyć,
zajęta porządkowaniem ciuchów po podróży, a więc nawet nie przed
lustrem, ani przy korekcie stroju, a tym bardziej makijażu. Ale
niczego nie wykrył w tej kompletnej, szczelnej, kompaktowej całości,
która pozostawała nienaruszoną harmonią niewidocznego zespolenia
kształtu i kinetyki z otaczającą przestrzenią - jakby jedynie
możliwą formą oswojenia powietrza z barwą, zapachem, światłem,
umeblowaniem; figurą idealnie wpisaną w tło, jakby stworzone na jej
wyłączny użytek. Gdziekolwiek się pojawiła, znikał dysonans między
jej osobą a światem.
Wtedy
w ogóle się nad tym nie zastanawiał, może dlatego, że jako zbyt
bliska i oczywista nie wymagała analizy, zresztą właśnie z braku
dystansu niemożliwej; ale teraz, tu na peronie, czekając na jej
pociąg, skłaniał się już, by dopuścić tę jedyną, choć przecież jedną
z wielu możliwych, definicję: doskonałość osiąga się nie wtedy, kiedy
nie można nic dodać, lecz wtedy, kiedy nie można nic odjąć. Antoine
de Saint-Exupéry tak to ujął w Ziemi
- planecie ludzi...
i właśnie to wydawało się najbliższe istoty zjawiska: nie miała ni
centymetra sześciennego nadmiaru, żadnego zbędnego funkcjonalnie
ornamentu, żadnej pretensji do ekspansji przestrzennej poza swą
własną formę. Wpisywała się w każdą porę roku i każdy krajobraz;
dowolne wnętrze stanowiło jej komplementarne dopełnienie, otulało ją
ściśle niby wykonana z powietrza forma-matka do mistrzowskiej rzeźby.
Gdziekolwiek się pojawiła, świat odzyskiwał równowagę.
Czy
była oryginalna? Dopiero teraz, po latach od rozstania, a raczej
zniknięcia z jego horyzontu, potrafił postawić to pytanie. Czy była
piękna bezwzględnie, wprawdzie nie "obiektywnie", bo to
bzdura, ale "intersubiektywnie"? Teraz nie wiedział nawet
tego, a portret pamięciowy, utrwalany czternastoletnią idealizacją,
zapewne całkowicie straciłby wartość w przypadku konieczności
wszczęcia poszukiwań.
Tak,
z pewnością była lubiana, a z tego, co zdołał zaobserwować i wysłuchać - lubiana powszechnie. No, zawsze są jakieś wyjątki,
ale nigdy nie usłyszał żadnej krytycznej opinii, nawet podszytej
zazdrością, a przecież choćby otaczające ją przyjaciółki, a były
pośród nich i otyłe, i krzywonogie, i ogólnie szpetne, miałyby powody
do zawiści.
Do
tego: delikatność, uprzejmość, a raczej ujmująco bezinteresowna
życzliwość. I jeszcze ponadprzeciętne przymioty intelektu, zawodowa
kompetencja, otwarcie poznawcze, biegła angielszczyzna plus
zaawansowana nauka francuskiego... Wszystko to składało się na formę
wszechstronnie pożądaną - zarówno przez koleżanki i mężczyzn,
jak pracodawców. Formę skazaną na sukces.
Podobno
prędko awansowała, jej środowiskowa popularność (bo trudno mówić o sławie w tym zawodzie, w końcu zawsze pozostającym w cieniu zaplecza
wielkiej sztuki) utrwalała się samoczynnie.
A jednak wszystko poszło nie tak. Chyba wszystko, lecz nawet co do tego
nie ma dziś pewności. Wieści dochodziły do niego z daleka i okrężnie,
nigdy wprost ze źródła, a więc odbite w krzywych lustrach plotek, z których zbierał rozbieżne dane, niedające się złożyć w żadną spójną
całość - niby wybrakowane puzzle.
Podobno
doszło do jakiegoś konfliktu z dyrekcją, a może i z kimś wyżej.
Agnieszka i konflikt? To nonsens, a w każdym razie rzecz
niewyobrażalna. A jednak coś takiego musiało się stać. Podobno ujęła
się za kimś, kogo góra chciała się pozbyć, więc przeciwstawiła się
mobbingowi. Albo - z prostoduszną odwagą chciała rozładować
sytuację: donosząc, a raczej ujawniając osobę, która według
powszechnych szeptów molestowała rekwizytorkę, o czym władza nie
chciała słyszeć, gdyż oznaczałoby to utratę nietykalnej gwiazdy.
Wreszcie - chodzić mogło o "zaoszczędzenie"
etatu dla jakiejś
"krewnej
lub znajomej królika". Wszystko to jednak były zaledwie
niepotwierdzone domysły. Wypytywani informatorzy nie potrafili tego
wyjaśnić, albo z niejasnych powodów nabierali wody w usta.
A potem już równia pochyła - coraz bardziej zagadkowa z powodu
jeszcze skąpszych informacji. Prawdopodobny upadek połączony z niezauważalnym zanikiem śladu, był jak zachód słońca za horyzontem
świadomości. Czy tylko dla niego, bo żył w największym oddaleniu, czy
też wszystkich jej znajomych?
Może
było to nieuniknione? W końcu gdzieś musiała przyczaić się zawiść, w jakimś zakulisowym zakamarku tej pogodnej komedii. Ona sama mogła jej
nie zauważyć, zbyt ufnie przyjmując wszystko, co się wokół działo -
niby dobro przyrodzone, równie naturalne jak ona sama. Powodem była
raczej intryga niż jej błąd, bo trudno zakładać, by na czymkolwiek
mogła się potknąć bez czyjegoś podstępu.
Ciekawe,
jak zniosła ten upadek. Czy także jako naturalną kolej rzeczy? A może
nawet go nie dostrzegła, nie odczuła, albo odczuła dopiero po fakcie?
Jeszcze
mniej wiedział o jej życiu prywatnym, które powinno ułożyć się równie
pomyślnie jak zawodowe - o ile ten tradycyjny podział na
odrębne sfery życia miał tu w ogóle zastosowanie, skoro była tak
doskonale spójną całością? Docierały tylko zamglone sygnały o podobnej katastrofie, ale o dziwo nie w czarnej ramce tragizmu, lecz
relacjonowane niby normalna kolej rzeczy. Podobno w końcu wyszła za
jakiegoś informatyka, który po roku ją porzucił, a skoro tak się
stało, musiał to być dupek. No, niekoniecznie, ale z grubsza trzeba
go tak ocenić, bo jeśli ktoś kogoś miałby prawo porzucać, to raczej
ona jego. Tak, tylko wtedy trzeba by uznać, że w tym posągu pojawiła
się jakaś rysa... Czyj zatem był błąd fatalnego niedopasowania?
A jednak w jakimś stopniu jego pamięć była uprzywilejowana, wiernie
przechowując nienaruszony pierwowzór - wizerunek doskonałości,
choć złożony z kilku zaledwie epizodów, przelotnych spotkań, a raczej
fotograficznych migawek, pochodzących z najlepszego jej czasu, toteż
niewykluczone, że ten syntetyczny obraz nie reprezentował żadnej
konkretnej chwili z jej życia. Im słabszy był dopływ nowych
informacji, tym bardziej utrwalał się dawny portret - niby mit
odlany ze spiżu - przez oddalenie w czasie i przestrzeni.
Był
jednym z licznych jej cichych... może nie tyle adoratorów, ile raczej
wielbicieli, choć i to określenie razi przesadą. Był statystą, i to z trzeciego, najwyżej drugiego planu, któremu nawet do głowy nie
przyszło, by się ustawić do niej w kolejce. Zresztą chyba żadnej
kolejki nie było, co wydaje się najdziwniejsze. Właśnie, a gdyby
dbała o demokratyczną równość, gdyby nie wyróżniała nikogo,
utrzymując jednakowy dostęp dla wszystkich (o rany, przecież to brzmi
okropnie i nieprawdziwie!), równy... dystans? Lecz był to dystans
powstający samoistnie, a nie wytwarzany przez jakieś niepisane tabu,
a tym bardziej stawiane przez nią znaki zakazu. Dziwne.
Skąd
więc to nagłe wyróżnienie? Dlaczego w tym esemesie zapowiedziała, że
"musi" z nim właśnie się zobaczyć? Nie dla niego
specjalnie przyjeżdża z tak daleka, to jasne, ale nawet jeśli tylko
przy okazji, bo akurat on jako jedyny z rozległego kręgu dawnych
znajomych mieszka w Szczecinie? Zaskoczeniem było jeszcze to, że go w ogóle w tym tłumie zapamiętała. To przecież jednak wyróżnienie! -
co rusz świtała we łbie głupia nadzieja, którą z coraz większym
trudem gasił racjonalizacją: że to nic nieznaczący zbieg
okoliczności, ot, zwykły przypadek, epizod, z którego nie da się
wysnuć żadnej nitki akcji, żadnego dalszego ciągu, bo przepaść czasu
skazuje na modalność utraconego prawdopodobieństwa: "to byłoby
wyróżnienie".
Przyjazd
pociągu planowany na 16.42 był opóźniony o 10 minut. Kiedy
wyświetlono tę wiadomość, przyjął ją jako prolongatę życia Agnieszki.
Tej dawnej, zapamiętanej, bo przecież wiedział, że wysiądzie trochę
inna.
Nie
napisała, w którym wagonie, ani jak jest ubrana, a to zawsze kłopot,
gdy na peronie robi się zamieszanie przy każdym przyjeździe. Jak ją
rozpozna? Czy odnajdzie?
Gołąb
opuścił swój posterunek na żółtej linii, zawrócił ku żelaznej
kolumnie, gdzie znalazł trójkątny okruch krakersa. Skonsumował i jakby bez przekonania zawrócił, by kontynuować patrolowanie peronu,
ale podszedł do samej krawędzi, zwiesił dziób w przepaść, wpatrzony w połysk szyny. Teraz był już tylko tłusto-pierzastą kulą, z głupio
zadartym ogonem ponad sterczącym kuprem.
Opóźnienie
wzrosło już do 18 minut i pojawiły się oznaki zniecierpliwienia
oczekujących, którzy zaczęli się bezsensownie przemieszczać,
zasłaniając mu widok.
Wreszcie
zapowiedziano Intercity z Krakowa, ze stałą formułką przeprosin i ostrzegawczą prośbą, by odsunąć się od krawędzi peronu. Pierwszy
zrozumiał to gołąb i z właściwą sobie elegancją zawrócił za żółtą
linię, po czym wykonał cztery kroki w lewo, bezbłędne jak zawsze.
Tak, właśnie ten majestat chodu był w niej niepowtarzalny. Nie
pamiętał twarzy, nawet koloru oczu i w ogóle żadnych detali urody.
Definiował ją tylko ruch.
Gołąb
ustawił się profilem, wskazując dziobem kierunek nadjeżdżającego
pociągu, który najpierw był basowym pomrukiem, zanim zamajaczył na
łuku toru. Podróżni zerwali się z ławek, nowi spływali wysoką falą z ruchomych schodów, peron zaludnił się nagle tak gęsto, że stracił
nadzieję, nie wiedząc gdzie jej szukać, kiedy mijały go nadjeżdżające
okna za lasem głów: z przodu składu, z tyłu, czy gdzieś pośrodku.
Jak
może teraz wyglądać? I w jaki sposób może go rozpoznać? Jak ona ma go
znaleźć? Symetryczna niemoc! Przecież mógł chociaż napisać, że będzie
w czarno-żółtej kurtce i granatowej czapce z daszkiem (bo
jasnoniebieska maseczka nie byłaby żadnym znakiem szczególnym) -
stroju wprawdzie mało się wyróżniającym, który jednak stanowi jakąś
wskazówkę. Gdzie jej szukać - nie wiedział, bezradnie
przebiegając wzrokiem w prawo i lewo żelazny mur z otwierającymi się
drzwiami, prędko zarastający winoroślą wysiadających. Stanąć po
prostu na schodach, by z wysoka objąć długość wszystkich wagonów i peronu, na ile go nie zasłania wiata? Tylko z których schodów lepiej?
Jakimś
ratunkiem było wysłanie spóźnionego esemesa, z ryzykiem, że na parę
sekund przerwie obserwację: "Czekam przy kiosku, niebieska
czapka". I przycisk "Wyślij". Sprawdził: wiadomość
poszła, ale zniekształcona: CZKAM PRYKOSKU NBIESK CZAKA. Bez sensu!
Może jednak zgadnie. Oczywiście, jeśli przyjdzie jej do głowy
odbierać, gdy ręce ma pełne bagażu... I jeśli w ogóle usłyszy sygnał
w tym zgiełku. Trzeba odczekać.
Wysiedli
już wszyscy. Gołąb zniknął w rzednącym tłumie. Schował się pewnie
gdzieś za słupek czy kosz na śmieci.
Nie,
sama raczej nie opuści peronu. A jeśli nie zaczeka? Nie warto
przemieszczać się w tę i z powrotem, trzeba zostać przy kiosku, aż
zrobi się luźniej, a więc nastąpi selekcja i zostaną tylko podróżni,
którzy na kogoś czekają... A raczej: te, które...
O,
może tamta w czerwonym płaszczyku i berecie? A nie, to jakaś
osiemnastka najwyżej. Albo ta w brązowym. Też nie, bo ktoś po nią
przyszedł, odpada...
Spokojnie,
zaraz tłum rozrzedzi się na tyle, że będzie można metodycznie
spenetrować całą długość i po obu stronach. Najpierw w tę, czy w tamtą stronę?
Tam!
- przy gablotach z rozkładem jazdy? Tak, to ona: w czarnym
płaszczu, z niewielką zieloną torbą. Ona? Ale coś jakby nie tak, coś
tu się nie zgadza. Proporcje? Złudzenie? Nie, niemożliwe...
A jednak! Bo macha właśnie do niego. Obejrzał się: nikogo za nim nie ma
na linii strzału... Więc musi być ona!
- Cześć,
Mariusz! Poznałam cię z daleka, nic się nie zmieniłeś! - I zanim coś odpowiedział (choć nie miał pomysłu na żadną replikę),
poczuł prędkie cmok-cmok muskające oba policzki. - Wiesz, nie
pisałam, ale złamałam nogę, więc od miesiąca jestem na zwolnieniu.
Mam tu ciotkę, więc przyjechałam na rehabilitację, a na za tydzień
załatwiłam sobie zdjęcie gipsu w szpitalu przy Arkońskiej, pewnie
wiesz, gdzie to?
Potoczek
słów, którym go zalała, pozwolił zebrać myśli, by ułożyć jakieś
sensowne powitanie, ale przede wszystkim - zamaskować szok.
Podwójny, gdyż pierwszym były całusy.
Jasne:
gips na prawej nodze!
- Czeee-eść!
Miło cię widzieć po tylu latach - wydukał z braku pomysłu i zabrzmiało to wprawdzie niezdarnie, lecz przez to chyba naturalnie i szczerze.
Teraz
dopiero zauważył, że podpiera się kulą, dość kurczowo, by nie stracić
równowagi, gdy schyla się po bagaż.
- Daj,
poniosę. O, lekka! Masz tylko to?
- Tylko
to. Ciocia ma wszystko, czego potrzebuję. Jest urocza. Zresztą będzie
okazja, to ją poznasz.
Do
diabła z ciotką! Czuł, jak mu się wymyka, a zarazem był jej wdzięczny
za podjęcie jednego z tematów zastępczych, gdy nagle stwierdził, że
nie dysponował żadnym.
- Zaparkowałem
z tamtej strony, przy wodzie. Chodźmy tędy, są ruchome schody... -
I niepotrzebnie dodał: - Wziąć pod rękę?
- Nie,
nie trzeba, poradzę sobie.
Ruszyła
rytmem kroków na przemian głębokich i płytkich, do których próżno
usiłował dostosować własne, a kołysanie zielonej torby tworzyło
trzecią, jeszcze bardziej niezgodną falę. Odwrócił spojrzenie,
lustrując krawędź peronu.
- O,
widzę, że macie nowy dworzec - odezwała się wreszcie, niepewnie
podążając za jego wzrokiem.
Podtrzymać
temat! Nadarza się okazja, by zasypać kolejną wyrwę milczenia,
rozciągniętą na kilka metrów, odliczanych taktem jambu: cichszego
buta, głośnej kuli i pauzą niemego gipsu. Chciał spytać: "znasz
Szczecin?", ale w ostatniej chwili poprawił, by ominąć przykry
hiatus:
- Znasz
miasto? Byłaś tu kiedyś?
- Tak,
u Ludki, znaczy cioci. Miałam wtedy jakieś... osiem lat.
Roześmiali
się synchronicznie i symetrycznie zwrócili ku sobie spojrzenia. To
mógł być jakiś początek. Mocno spóźniony początek. Ale nie będzie.
- Gdyby
nie to - wskazała brodą na gips - mógłbyś pokazać mi
Szczecin. Słyszałam, że warto... To jest Odra?
No,
to punkt: wie, że nie Bałtyk, jak niektórzy przybysze z interioru.
Ale "gdyby nie to" - przedrzeźniał ją w myśli -
"to byś w ogóle nie przyjechała i byśmy się nie spotkali!".
- Oczywiście,
Odra. Płynie w tę stronę.
- A
wygląda, że odwrotnie...
- No
tak, rzeczywiście, bo dziś mamy cofkę... - podjął ochoczo wątek
hydrologiczny, który miał dość dobrze opanowany, więc skalkulował, że
wystarczy na resztę drogi do samochodu.
Ukradkiem,
ale nieprzerwanie lustrował brzeg peronu. Gołąb gdzieś przepadł, ale
na pewno nie odleciał, bo by zauważył.
Nie,
tutaj one tego nie robią. Mimo aerodynamicznych kształtów. Mimo
możliwości. Jakby w ogóle nie potrafiły latać.
w
serii kwadrat
ukazały się:
„2008”,
„2011”, „2014”, „2017”, „2020”
– antologie współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo
„Made in Roland”
Marcin
Bałczewski
„Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”
Waldemar
Bawołek
„To co obok”
Kostia
Berezin (Paweł Laufer)
„Buty Mesjasza”
Jacek
Bielawa „Kościelec”
Jarosław
Błahy „Rzeźnik
z Niebuszewa”
Dariusz
Bitner
„Książka”
Roman
Ciepliński
„Diabelski młyn” , „Ukryte myśli” , „Życie
zastępcze”
Tomasz
Dalasiński
„Nieopowiadania”, „Przystanek kosmos”
Jerzy
Franczak
„Święto odległości”
Krzysztof
Gedroyć
„Przygody K”
Andrzej
Grodecki
„Iluzje”
Brygida
Helbig
„Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inne
ludzie”
Lech
M. Jakób
„Ciemna materia”
Jarosław
Jakubowski
„Wojna”
Bogusław
Kierc
„Bazgroły dla składacza modeli latających”
Wojciech
Klęczar
„Wielopole”
Bogusława
Latawiec
„Ciemnia”
Ryszard
Lenc
„Chimera”
Artur
Daniel Liskowacki
„Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”,
„Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”
Miłka
O. Malzahn
„Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“
Agnieszka
Masłowiecka
„Pyszne ciało”, „Splątanie”
Jarosław
Maślanek
„Ferma ciał”
Piotr
Michałowski „Światy równoległe”
Dariusz
Muszer
„Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolność
pachnie wanilią”
Krzysztof
Niewrzęda
„Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”,
„Second life”, „Wariant do sprawdzenia”,
„Zamęt”
Ewa
Elżbieta Nowakowska
„Apero na moście”
Cezary Nowakowski,
Jakub Nowakowski
„Błogosławieni”
Paweł
Orzeł
„Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”,
„Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”
Paweł
Przywara
„Ricochette”,
„Zgrzewka Pandory”
Krystyna
Sakowicz
„Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”
Alan
Sasinowski
„Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczery
facet”
Grzegorz
Strumyk
„Kra”, „Nierozpoznani”
Łukasz
Suskiewicz
„Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”
Leszek
Szaruga
„Dane elementarne”, „Podróż mego życia”,
„Zdjęcie”
Izabela
Szolc
„Śmierć w hotelu Haffner”
Łukasz
Szopa
„Kawa w samo południe”
Michał Trusewicz „Przednówki”
Andrzej
Turczyński
„Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncert
muzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”
Anatol
Ulman
„Cigi de Montbazon i Robalium Platona”
Emilia
Walczak
„Hey,
Jude!”
Miłosz
Waligórski
„Kto
to widział”
Henryk Waniek „Miasto
niebieskich tramwajów”
Maciej
Wasilewski
„Jednodniowy
spacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodej
Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”
Bartosz
Wójcik
„Christiania. Historie z tamtej strony dobra”
Grzegorz
Wróblewski
„Nowa Kolonia”
Maciej
Wróblewski
„Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”
Tadeusz
Zubiński „Rzymska wojna”