Światy - Mirosław Młodawski

Kup ebooka

17.07 zł

-
Proszę czekać

1

Były czterdzieści trzy minuty po północy, gdy zadzwoniła jego komórka. Zawsze trzymał ją na stoliku tuż przy swoim łóżku, żeby w razie potrzeby szybko chwycić i odebrać.

- Słucham - mężczyzna nigdy nie zdradzał swojego nazwiska.

- Grabarz, jest zlecenie - osoba po drugiej stronie dobrze go znała. To był jego stały klient.

- Kogo tym razem mam sprzątnąć? - Zapytał.

- Celem jest pani kurator Elvira Sorensen. Płacę dziesięć tysięcy dolarów.

Zleceniodawca rozłączył się. Dobrze wiedział, że najpóźniej za kilka dni usłyszy z mediów o śmierci pani kurator.

Mark "Grabarz" Potter był wysokim mężczyzną około metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Czarne włosy ścina mniej więcej co miesiąc maszynką do strzyżenia u jednej koleżanki ze swojego dzieciństwa. Paula, czyli dziewczyna u której się strzygł, zawsze przed swoją pracą spoglądała Markowi głęboko w ciemnobrązowe oczy. Od lat się w nim podkochiwała, ale on nie zamierzał się z nikim wiązać. Taki związek był dla niego zbyt dużym ryzykiem. Prawie czterdziestoletni mężczyzna mieszkał w jednej z najbardziej brudnych dzielnic Nowego Jorku - Bronxie. Tu właśnie wychowało się wielu wspaniałych amerykańskich raperów. Blok, w którym znajdowało się jego mieszkanie chylił się ku upadkowi. Ściany były popękane a władze miasta w ogóle nie troszczyły się o ten rejon Nowego Jorku.

W jego mieszkaniu panował bałagan. Na stole zawsze stało kilku pustych puszek piwa. Podłoga nie była tu myta od co najmniej dwóch miesięcy. W niektórych szafkach kuchennych spacerowały duże karaluchy. Jego ubrania były zawsze zwijane i wrzucane do szafy. Wiele z nich zostało podziurawione przez mole. Deski w jego sypialni skrzypiały. Pościeli nie zmieniał chyba już pół roku. Jedyne co miał elegancko schowane i ułożone to broń, którą wykorzystywał do likwidowania osób, za które mu płacono. Posiadał karabin snajperski G36 do precyzyjnego namierzania i likwidowania osób z dalszych odległości, rewolwer crossman 4.5mm z tłumikiem do bezgłośnego zabijania. Takiego samego rewolweru używają nowojorscy policjanci. Przy sobie zawsze nosił dwa scorpiony SA-361, gdyby musiał ich użyć w nagłym wypadku. Nigdy też nie rozstawał się ze swoim nożem myśliwskim.

Zabrał ze stolika w kuchni swój laptop. W tym komputerze zawsze sprawdzał dane o ofiarach związanych ze światem polityki. Otwarł "Google" i wpisał "Elvira Sorensen - kurator". Nagle na jednej stronie wyskoczyło kilka adresów internetowych, na których mógł znaleźć informacje o tej kobiecie. Otwarł pierwszy i tu dość dokładnie było opisane gdzie pani Sorensen pracuje, w jakich godzinach i gdzie mieszka. Wziął swój notatnik oraz ołówek i zapisał wszystkie dane, po czym zamknął stronę i usunął historię przeglądania.

Dochodziła godzina jedenasta rano. Było jeszcze za wcześnie aby uderzyć w ofiarę. Przy jego łóżku na stoliku stało zdjęcie jego rodziny - matki, ojca, brata i jego. Gdy brał je do rąk zawsze przypominał mu się ten straszliwy wypadek, w którym zginęli jego rodzice. Jechali kiedyś do ciotki w stanie Texas i po drodze ojciec stracił panowanie nad kierownicą. Wjechał na główną ulicę tuż pod koła tira. Oboje zginęli na miejscu. Po śmierci rodziców Mark musiał zająć się młodszym bratem. Pierwszym jego zajęciem było sprzątanie grobów. Dlatego też nosił taki przydomek - Grabarz. Jego brat, gdy miał dwadzieścia lat przynosił do domu duże sumy pieniędzy. Początkowo nie chciał mówić o pięć lat starszemu bratu skąd ma tyle kasy. Jednak pewnego dnia przyszedł do domu i położył na stole dwa duże worki z czymś białym.

- Co to jest? - Spytał Mark spoglądając na towar.

- Heroina - odpowiedział Ed.

- To nielegalny narkotyk. Jeśli psy cię złapią to pójdziesz siedzieć na wiele lat - przestrzegał go Mark.

- Słuchaj. Na tym mogę zarobić niezły szmal. Mam propozycję. Pomóż mi to sprzedać i zarobimy na tym niezłą kasę. Chyba, że naprawdę się boisz nielegalnych interesów.

Mark wahał się jeszcze z odpowiedzią.

- A może wsypiesz mnie na policję? - Zapytał Ed.

- Choćby nie wiem jak ciemne interesy kręciłbyś, jesteś moim bratem i nigdy cię nie wydam.

- A więc wchodzisz w to?

- Powiedz mi tylko skąd masz ten towar.

- Od dobrego przyjaciela.

- Konkretnie - domagał się Mark.

Ed wyjął z kieszeni marynarki skręta i zapalił.

- Ten gość nazywa się Alan Smith. Tutaj jest znany jako Ali - opowiadał Ed. - Jeśli wejdziesz mu w drogę lub mu się nie spodobasz to już jesteś trupem.

- I rozprowadzasz jego towar?

- Tak. Jest właścicielem klubu "Różowa Rozkosz".

- I gdzie on to trzyma?

- Tego nikt nie wie. Podobnież ma całe magazyny narkotyków. Są tak zamaskowane, że nawet psy tropiące ich nie wyczują.

- Chciałbym poznać tego Alego.

- Pomóż mi to sprzedać a opowiem mu o tobie. On sam zdecyduje czy zechce się z tobą spotkać.

- Ok. Wchodzę. Gdzie idziemy?

Mark i Ed musieli rozprowadzić narkotyki jak najdalej klubu "Różowa Rozkosz". Ruszyli więc na zachód na West Bronx. Tu znaleźli klub erotyczny o nazwie "Głęboka Otchłań". Weszli do środka. Parkiet do tańca był prawie pusty. Ed wiedział, że tu można znaleźć kilku klientów. Poznawał też po ludziach komu może zaproponować heroinę. Mark powoli zaczynał wszystko pojmować. Usiadł na chwilę przy stoliku, żeby popatrzyć na rozbierające się tancerki.

Po całej nocy spędzonej w "Głębokiej Otchłani" bracia sprzedali cały towar. Trzy czwarte zysku musieli oddać Alemu. Mimo wszystko dla nich zostawało jeszcze dość sporo kasy.

Następnego dnia obudzili się późnym popołudniem. Ogarnęli się trochę i udali się razem do klubu "Różowa Rozkosz". Jeszcze w tej chwili tancerki nie zaczynały pracy. Drzwi do klubu były otwarte. W środku nie było nikogo oprócz dwóch wysokich i muskularnych ochroniarzy. Ed podszedł do nich i się przywitał. Coś powiedział po czym wrócił do brata.

- Zaczekaj tu a ja porozmawiam z bossem - poprosił Marka.

Młodszy brat został dokładnie przeszukany po czym pod opieką ochroniarza poszedł do biura Smitha. Razem z ochroną wszedł do środka. Ed wyjął z wewnętrznej części marynarki gotówkę i rzucił ją Alemu na stół. Wysoki nieogolony mężczyzna wziął pieniądze do ręki i zaczął je liczyć.

- Widzę, że się postarałeś Ed - rzekł po chwili.

- Starałem się. Jest sprawa szefie.

- Słucham. Wiesz o tym, że nie możesz teraz od nas odejść.

- Doskonale to wiem. Mój brat chce się z szefem widzieć.

- W jakiej sprawie?

- Podejrzewam, że chce w to wejść.

- W handel narkotykami? Zastanowię się.

- Mam dziś coś sprzedać? - Spytał Ed.

- Dziś mam dla ciebie inne zadanie. Podejdź do mojego biurka - Ed podszedł bliżej a Ali wyjął z szuflady rewolwer.

- Musisz kogoś sprzątnąć.

Ed wziął do rąk rewolwer.

- Kogo i gdzie? - Zapytał po chwili.

- To policjant. Nasz dzielnicowy. Strasznie dużo tu węszy. Dzielnicowy Dagi.

- Załatwione szefie.

- Załatw go a przyjmę twojego brata.

Ed wyszedł z biura Smitha trochę przygnębiony. Jego brat nie będzie zadowolony. Niestety będzie musiał pogodzić się z tym, że Ali go nie przyjmie.

- Idź do domu Mark - poprosił Ed widząc czekającego brata.

- Czemu? Nie chce ze mną rozmawiać? - Pytał Mark.

- Niestety nie. Idź do domu.

- Dobrze. A ty?

- Ja mam jeszcze trochę pracy przed sobą.

Mark wrócił do domu. Było już ciemno. Wiedział, że jego brat wróci nad ranem. Dlaczego prosił go aby wrócił do domu? Czemu Mark miałby mu nie pomóc dziś w rozprowadzaniu towaru? Mark wyjął z lodówki piwo, włączył telewizor, obejrzał jakiś program i poszedł spać.

Następnego dnia obudził się o godzinie dziewiątej dwanaście. Jego brata jeszcze nie było w domu. Coś musiało się stać. On to czuł. Poszedł do lodówki, wyjął wczorajsze kanapki i piwo. Włączył telewizor i już wszystko wiedział. W wiadomościach zobaczył swojego brata prowadzonego przez policjanta do celi. Ed Potter został schwytany podczas próby zastrzelenia policjanta.

Mark wyłączył telewizor i poszedł w stronę "Różowej Rozkoszy". Pod klubem było kilka policyjnych radiowozów i psy tropiące. Schował się za rogiem i obserwował. Policjanci wyprowadzali właśnie Alego i dwóch jego ochroniarzy, tych samych, których Mark widział wczoraj w klubie.

- Twój braciszek nieźle przegiął - usłyszał Mark głos za plecami. - Doniósł na Alego. W kiciu Ali go zakatuje na śmierć.

Mark odwrócił się i ujrzał za sobą wysokiego mężczyznę ze zgolonymi włosami. Piwne oczy i bardzo zmarszczona twarz zdradzały jego złe zamiary. W prawej ręce trzymał duży nóż.

- Obserwuje was na zlecenie Alego - mówił mężczyzna zbliżając się do Marka. - Wiesz, że mam cię zabić, jeśli Ed piśnie choć słówko? Pewnie, że nie. Skąd masz to wiedzieć? Teraz policja wie za dużo.

Mark w tym momencie kopnął gościa mocno w krocze. Tamten złapał się obiema rękoma za swoje klejnoty. Wypuścił z ręki nóż. Potter szybko chwycił broń i wbił ją równie szybko w szyję pracownika Alego. Następnie wyciągnął nóż ze swojej ofiary i uciekł. To było jego pierwsze morderstwo. Musiał gdzieś ukryć nóż - narzędzie zbrodni. Nie miał żadnego pomysłu. Postanowił, że wyrzuci to do studzienki kanalizacyjnej. Podszedł do włazu i zorientowawszy się, że nie jest obserwowany podniósł żelazne wejście i wrzucił nóż. Narzędzie spadło wprost do wody. Mark następnie szybko zamknął właz i uciekł do domu. Trup został znaleziony następnego dnia. Policja zaczęła dochodzenie.

Trzy dni później Mark odwiedził brata w zakładzie karnym. Oddzielała ich szklana szyba. Mark siedział po jednej stronie, Ed po drugiej. Musieli rozmawiać ze sobą przez specjalną słuchawkę.

- Witaj Ed - zaczął rozmowę Mark. - Jak się czujesz?

- Fatalnie. Jedzenie do bani, ale nie to jest najgorsze.

Mark dopiero teraz zauważył o czym mówił Ed. Pod okiem jego brat miał nabitą śliwę.

- A to pod okiem to co? - Zapytał Mark.

- Ludzie Alego mnie dopadli. Oni myślą, że ich wydałem. Mark, uwierz mi. Nic im nie mówiłem o Alim. Pomóż mi. Oni nie chcą mi wierzyć. Zabiją mnie tu.

- Wierzę ci. Ale jak ci mogę pomóc?

- Pomóż mi stąd uciec nim wyślą mnie na lsland od Skull do Infernal Prison. Proszę Mark.

Do oczu Eda zaczęły napływać łzy. Prawie płakał, gdy rozmawiał z bratem.

- Za dwa dni zabiorą mnie do Infernal Prison - mówił. - Tam Ali na pewno mnie zakatuje.

Mark odłożył słuchawkę. Odwrócił się i wyszedł nie oglądając się na brata, który krzyczał jeszcze "Mark, Mark, Mark...". Starszy z braci Potter czuł w sercu dotkliwy ból. Nie umiał pomóc bratu. Nie miał żadnego pomysłu jak mu pomóc, jak wyciągnąć go z więzienia zanim wyślą go do Infernal Prison. Czuł się taki bezradny. To była ostatnia osoba z jego rodziny. Teraz czuł, że stracił już wszystkich.

Dwa dni później skazani na dożywocie Ed Potter, Alan Smith i jego ludzie wraz z innymi więźniami zostali przetransportowani do więzienia na Island od Skull.

Niedługo minie piętnaście lat od kiedy Ed znajduje się w więzieniu o najbardziej zaostrzonym rygorze na świecie. W sprawie pierwszego morderstwa popełnionego przez Marka Pottera policja umorzyła postępowanie z powodu braku dowodów. Przez wszystkie te lata Mark bezskutecznie szukał możliwości wydostania Eda z więzienia. Poprzysiągł sobie uwolnić brata za wszelką cenę z Infernal Prison. Klub "Różowa Rozkosz" został zburzony.

Dochodziła godzina osiemnasta. Grabarz zadzwonił do swojego prywatnego taksówkarza. Założył swój płaszcz, pod którym chował najczęściej broń. Taksówka podjechała dokładnie trzynaście minut po osiemnastej. Mark wsiadł i podał kierowcy tylko nazwę ulicy, na której chciał się znaleźć. Nigdy nie podawał dokładnego adresu. Taksówkarz też nie chciał się mieszać w sprawy swojego klienta. Wiedział, że jeśli za dużo powiedziałby policji to Potter mógłby go zabić. Nie chciał tego, gdyż ma rodzinę - żonę i dwoje dzieci a on jest jedynym żywicielem.

Mark szedł powoli ulicą rozglądając się po ładnych domach jednorodzinnych. Wreszcie znalazł. Brama była otwarta. Potter założył na ręce skórzane rękawice. Pani Sorensen najprawdopodobniej wyjechała tylko na chwilę. Korzystając z okazji wszedł na posesję i udał się na tyły domu. Nasłuchiwał teraz tylko, kiedy auto pani Sorensen wjedzie na posesję.

Kilka minut później Mark dość dokładnie słyszał warkot silnika. Srebrny Mercedes był już na posesji. Brama wjazdowa zamknęła się automatycznie. Mark na razie nasłuchiwał. Miał pod ręką swój rewolwer z tłumikiem. Usłyszał jak brama garażowa się uchyla. Potter podszedł na róg domu. Kobieta nie wysiadła z samochodu sama. Był z nią mężczyzna. Oboje podeszli do drzwi wejściowych swojego domu. Zamknęli garaż i weszli. Mark delikatnie posuwał się w stronę wejścia. Drzwi były otwarte. Wszedł ostrożnie do mieszkania. Wąski hol prowadził do salonu. Tutaj mężczyzna oglądał mecz na ogromnej plazmie. Nagle odwrócił się i zauważył w wejściu Marka. Grabarz wycelował i strzelił do niego. Kula trafiła go w czoło. Mężczyzna osunął się na skórzany fotel.

Kobieta w tym czasie brała kąpiel. Potter stał przed łazienką i czekał. Po chwili drzwi się otworzyły i wyszła trzydziestosześcioletnia kobieta z blond włosami owinięta białym ręcznikiem. Przed sobą ujrzała obcego mężczyznę z rewolwerem. Padł strzał. Kobieta upadła na podłogę. Na jej czole była dziura po kuli. Grabarz zdjął z niej ręcznik i strzelił jeszcze raz w pierś. Wyjął spod płaszcza dwie czarne róże i wetknął je w miejsca, w których znalazły się dwa pociski z rewolweru. Mark Potter zostawił martwą kobietę z czarnymi różami w czole i na piersi.

Wyszedł z domu niepostrzeżenie. Było już ciemno. Dochodziła godzina dziewiąta wieczorem. Mark udał się na sąsiednią ulicę i stąd zadzwonił po swojego taksówkarza. Lubił z nim jeździć, ponieważ ten nie zadawał mu pytań typu: dlaczego tak późno? Co pan robił? Siedział po prostu za kierownicą i woził go wszędzie dokąd potrzebował się dostać.

Wreszcie Potter się doczekał. Wsiadł do samochodu i odjechał wraz z kierowcą. Taksówkarz podwiózł go pod jego mieszkanie na Bronxie. Mark zapłacił mu i wysiadł.

Następnego dnia o godzinie dziewiątej rano Pottera zbudziły wdzierając się przez okno promienie słoneczne. Mark przeciągnął się i wstał z łóżka. Ubrał się i poszedł do kuchni zrobić sobie na śniadanie swoje ulubione płatki owsiane. Włączył telewizor. W wiadomościach już mówiono o zastrzelonej kuratorce. Chwilę potem zadzwonił telefon. Mark odebrał.

- Dziś o dwunastej. Tam, gdzie zawsze - powiedział zleceniodawca morderstwa po czym rozłączył się.

Czas dzisiejszego dnia upływał Markowi szybko. Te kilka godzin, które dzieliło go od spotkania ze swoim zleceniodawcą upłynęły mu niczym kilka minut.

Do wyznaczonego miejsca dostał się Mark taksówką. Liberty State Park był jednym z większych i piękniejszych miejsc w Nowym Jorku. Potter szedł alejką wzdłuż zatoki Hudsona. Po drugiej stronie już z daleka widać było Statuę Wolności. Mężczyzna usiadł na ławce na przeciwko pięknego posągu znajdującego się na Liberty Island.

Potter zwiedził Statuę tylko raz w ciągu swojego życia. Był w niej, gdy miał piętnaście lat razem z matką i bratem. Dziś podziwia ją z daleka. Podziwia posąg kobiety trzymającej w prawej ręce znicz a w lewej tablicę z wyrytą na niej datą uzyskania niepodległości przez Stany Zjednoczone. Pomnik ten był darem dla USA od rządu francuskiego. Wszedł do wnętrza razem z matką i bratem. Schody prowadzące do podziemi i były niedostępne, strzeżone przez strażników. Zawsze turyści wchodzili na górę. Wchodzili na sam szczyt aż do samej korony by popatrzeć na wszystko z góry. Z tej wysokości patrząc na dół ludzie wydawali się niczym biegające mrówki. Krajobraz jaki tworzy Liberty State Park z zatoką Hudsona zapiera dech w piersi. Piękne niebieskie wody a wokół dużo zieleni oddzielonej jedynie alejką dla turystów.

Gdy Mark podziwiał Statuę Wolności stojącą na Liberty Island dosiadł się do niego wysoki mężczyzna z ogólna na zero głową i zarostem wokół ust. Miał on około czterdziestu pięciu lat i brązowe oczy. Mark poznał go od razu. To jego zleceniodawca - Tim Maddox - właściciel trzech klubów erotycznych na Manhattanie a także ośrodka wypoczynkowo-turystyczno-rekreacyjnego też w tej samej dzielnicy. Maddox ubrany w elegancki garnitur wyjął z kieszeni paczkę z cygarami i zapalił.

- Dobra robota Potter - pochwalił go Tim.

- Zawsze możesz na mnie liczyć.

- To jest kasa, którą ci obiecałem - Maddox podał Grabarzowi białą kopertę z zawartością. Potter chwycił ją i schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza. - Zawsze kiedy się tu spotykamy ty podziwiasz tę kobietę na wyspie.

- Ona symbolizuje wolność Tim - odpowiedział Mark.

- Co dla ciebie oznacza wolność?

- Ja nigdy nie będę wolny. Zawsze będę dla kogoś pracował. Będę pracował dla takich ludzi jak ty. Rozumiesz? Nigdy nie będę wolny wiedząc, że mój brat cierpi w Infernal Prison a ja nie umiem mu pomóc.

- Gdybym miał jakiś wpływ na Infernal Prison pomógłbym ci. Ale tam nawet prezydent nie może pomóc.

- Powiedz mi Tim, dlaczego miałem sprzątnąć tą kuratorkę?

- Zaczęła za dużo węszyć. Gdyby dowiedziała się o moim magazynie z narkotykami w podziemiach jednego z moich klubów, byłbym skończony. Rozumiesz to Mark?

- Tak. Rozumiem.

- Miałbym jeszcze jedno zlecenie dla ciebie.

- Ty płacisz, ja sprzątam. Kogo tym razem?

- Frederick Ludman. Właściciel warsztatu samochodowego na Manhattanie. Nie chce płacić za seks z jedną z moich dziewczyn. Jeśli nie chce zapłacić pieniędzmi, niech płaci życiem.

- Tak. Niedługo będziesz miał go z głowy.

- Wiem. Zawsze wykonujesz swoją robotę.

Mężczyźni rozeszli się w przeciwne strony. Potter z nowym zleceniem a Tim z wiedzą, że jego kolejny wróg długo już nie pożyje.