1.
Sir Ashley rozkasłał się na dobre. Wycierał przez chwilę mokry nos i osuszał tą samą pomiętą chusteczką czoło i skronie. Potem zakładał oba dziwne monokle naraz i patrzył na mnie jakimś nieobecnym, czy nieposkładanym wzrokiem.
- Przerwał pan pisanie?
- Bałem się, że pan zasłabł.
- Nie, mam te napady kaszlu od dawna - stwierdził z lekką chrypką. - Przypuszczam, że są to pozostałości kosmicznej diety oddechowej. Nierzadko się dusiłem niespotykanie gęstą śliną, z pewnością mającą swe źródło w otaczającym nas zewsząd ośrodku międzyplanetarnym - mówił Sir Ashley z demonstracyjnym obrzydzeniem. Splunął kilkakrotnie do przygotowanego w tym celu srebrnego naczynia z pokrywką tuż obok popielnicy na cygara. Hałas czynił przy tym okropny. - Niektórzy uczeni, ukryci w zaciszu masywnych gabinetów latami debatowali nad zagadnieniem egzystencji w eterowej atmosferze milionów niesprawnych biologicznych resztek. Pochodzących niby to z wyziewów planetarnych; tajemniczych wichrów, wulkanicznych kosmicznych erupcji, czy magnetycznego mistycznego przyciągania molekuł przez sam eter szwendających się bez celu, ładu i składu. Wielu doszukiwało się w atmosferze międzygwiezdnej aktywnych prionów, o których sens istnienia zażarcie spierały się uniwersyteckie sławy instytutów w Atehopee. Niech pan sobie tylko wyobrazi jej kolosalny ciężar?! Czy jest tu możliwa jakakolwiek sensowna termodynamika? - Zerwał się z miejsca i niepomny ostrzeżeń o ciasnocie gabinetu począł przechadzać się od ściany do ściany, gestykulując. - Znowu sobie przypomniałem ten ból i żal! Przybity mrokami kosmosu lub może ze zwykłej nudy żyłem na co dzień wspomnieniami. Po raz tysięczny wracałem myślą do wykładów profesora kosmologii ekosferycznej, Ironea Gratzu. Magią zdawała się władać jego kreśląca wzory ręka, gdy w sposób godny i odważny obnażał przed nami najgłębsze tajemnice otaczającej nas kosmicznej natury. - Spoglądając na moją zdumioną minę, wyjaśnił: - Ironeo Gratzu należał do żarliwych orędowników istnienia bytu doskonałego. Za pewnik uznał, że eter jest czymś więcej niż międzyplanetarną atmosferą. Jest istnieniem samym w sobie doskonałym i zbalansowanym energetycznie. Jest Spiryutuum pozbawionym fizycznej masy i co za tym idzie ciśnienia, a dynamicznie wpływającym niby wola lub parcie na wszelkie byty materialne. Tezę udowadniał dynamicznym wektorowaniem ośrodka, a jego ściśle uporządkowane przemiany i utajniony rytm zrzucał na karb obecności ducha doskonałego Enklawy. Widoczne dopasowania nie przypominały przypadkowo dobranej mikstury fizykochemicznej świata pozaenklawowego z jego bezsensem nagminności elektromagnetyzmu i radiacji termonuklearnej. Eter międzygwiezdny bezsprzecznie stanowił początek jednoczącej pieśni słowa twórczego, więc biedak nie wykluczał istnienia gigantycznej świadomości kreatywnej. Teza ta, zbyt śmiała jak na warunki wenusjańskie, silnie kolidowała ze stricte purytańskim wychowaniem materialistycznym. Okazała się być niebezpieczna jak na profesorską rangę, stąd jej autor skończył tragicznie, rozjechany przez żeliwne koła kopalnianej dorożki. - Odwrócił się bokiem do okna i przeszedł energicznym krokiem wzdłuż sięgającego mu kolan rzeźbionego parapetu. - Popadanie w mistycyzm na uniwersytetach wenusjańskich uchodziło za wysoce naganne i kojarzone ze skrajnie prześladowanymi formacjami religijnego opętania musiało utknąć w naukowym rynsztoku. Jednak pytanie pozostawało witalne i drążyło niektóre twórcze umysły jeszcze po śmierci uczonego; "Czyżby miał się pojawić w jakimś momencie przyszłości wszechświata Superbyt Ekosferyczny nadrzędny, w randze przepotężnego Boga opiekuna?" - pytały świetne umysły uniwersyteckiego Maous Cao. Czyżby była możliwa transunifikacja zdyscyplinowanych energii w bąblu o rozmiarach kilkudziesięciu milionów lat świetlnych? Cud obejmujący swym zasięgiem biliony zamieszkałych światów? Czymże miała być owa istota i czy miała bezpośrednich następców? Miliony zależnych od siebie trybów, zębatych przekładni i dźwigni wszelkich rodzajów? Czyżby była kierowaną zdalnie przez same procesy istnienia machiną? - Zatrzymał się, przeżuwając coś w ustach. - Wszystko to prawda. Eter międzygwiezdny przypomina mi uśpiony krater wulkanu, z którego brzegów unoszą się odpychająco smrodliwe wyziewy życia ekstremalnego. Zapewne ja sam pochłonąłem w wyniku tej podróży kosmicznej tony drobnicy bakteryjnej. Bo niby skąd generował się pokarm dla małej Asperii w moim brzusznym obwodzie? Stawałem się z wolna przemierzającą otchłanie kolonią, zbiorowiskiem zasymilowanych z potrzebami konającego ciała komórek, być może w konsekwencji ratujących me zagrożone śmiercią głodową życie.
- Przecież mówienie o kosmicznej zupie jest obrzydliwe. Niech pan nawet o tym czytelnikowi nie wspomina.
- Zapewne jest obrzydliwe, ale jakże prawdziwe? Potrzeba wzbudzić w nim refleksję. Czy pan i ja, żyjąc w atmosferycznej, gęstej gazowej papce, jesteśmy uwolnieni od połykania przypadkowych drobin i karmienia się tą fruwającą organiczną kanapką z gazowym wyzwalaczem?
- Zapewne tak, ale są to ilości przedstawione w ułamku zaniedbywalnym. Niepotrzebnie się też pan irytuję. Ja pragnę tylko pana wysiłki wspomóc ideologicznie.
- Czasami w tę pana chęć podpory szczerze wątpię.
Tutaj, jako autor pisma, pamiętam, że się uniosłem:
- Sir Ashley, doskonale rozumiem, że w chwili nadzwyczaj dramatycznej, w skrajnie wyczerpującej psychicznej nędzy człowiek chwyta się wszelakich sposobów ratowania drogiej mu, nawet czarnej skóry.
Puścił złośliwość mimo uszu. Ale najwidoczniej miał mnie dość, bo kontynuował:
- Czy aby na pewno pan tak wszystko rozumie? Czyż kiedykolwiek otarł się pan o stan agonalny? Jestem już i owszem, zahartowany - odparł ze złością. - Jednak jak ten trup bezwolny i bierny, rozsypujący się ze starości nie w wilgotnej ziemi, a w bezmiarze ośrodka gwiezdnego miałem swoje powody, aby się ogólnej tendencji rozpadu nie poddawać. Stąd też moje wyjaśnienia, mniemam całkiem dla czytelnika okażą się pożyteczne.
- Rozumiem. - Zrobiło mi się go nagle bardzo żal. Czynił wszystko, aby zdać relacje z wydarzeń, których wspomnienie wcale nie były mu wygodne i przyjemne. Był w końcu nie byle jakim ojcem. I pragnął za wszelką cenę dodatkowo wypełnić swoją reporterską misję względem mej niecierpliwej osoby.
- Umierałem każdej godziny na miliony możliwych sposobów, panie szanowny. Czaił się wokół mej osoby jakiś mrok; zimny, niemal materialny, pełen organicznego smrodu i odpychających myśli. Ten sam, który jak mniemam, połknął w głodzie naszego aborygeńskiego mistrza.
- Jakoś nie przemawia do mnie ten obraz, Sir Ashley. Nie wierzymy w duchy i spirytualizmy wszechświata! - zaapelowałem. - Proszę wybaczyć, ale istnieje bliskość rzeczy ważnych i zbędność oddalonych. "Zaginieni w pomroce wędrowcy", owszem. Ale po co nadmiernie rozwijać tę scenę? Mamy w dole planetę i oczekujące nas tam przygody.
Tu się rozzłościł:
- Wie pan, ile czasu zajął nam ten beznadziejnie rozpoczęty lot?
- W sumie? Nie wiem.
- Trzy długie lata! Nie byliśmy już rozbitkami, a staliśmy się nieodłączną częścią bezmiarów otaczających nas kosmicznych oceanów. Czułem się przytłoczony i przybity. Nierzadko wprost marzyłem o śmierci!
- A pozostawione pana opiece dziecko? Nie pragnął pan jego ocalenia za wszelką cenę? Przecież stało się w trakcie lotu rezolutną dziewczynką, ze wszech miar godną szacunku hrabianką, dziedziczką skarbca Blasku.
Tu zamilkł na chwilę. Widziałem jak wilgotnieją mu oczy. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę i ponownie wysmarkał hałaśliwie nos. Potem poskładał materię w kostkę i schował. Mrugał przez chwilę powiekami.
- Tak... Największym zaskoczeniem podczas tej całej tułaczej męki były zasłyszane po latach z jej ust, z nagła wypowiedziane słowa. Z początku pomyślałem, że to zmęczony umysł płata mi figle. Szybko się jednak okazało, że moja Asperia rozpoczęła swe przemowy.
- Słyszalne w eterze?
- Dobre sobie. - Spojrzał na mnie z wyrzutem. - Oczywiście, że nie. Na początku życia posiadała gardło za małe i kruche, by stało się wydolne do opanowania sposobów modulowania ośrodkiem tak śliskim i rozrzedzonym jak eter międzygwiezdny. Wybrała sposób prostszy, telepatię i telekinezę szperliwą.
- Nie chce mi pan chyba powiedzieć o jej możliwościach telekinezy mózgowej? Szperliwość jest nadal metodą nie wykraczającą poza mury najlepiej strzeżonych laboratoriów, niekiedy będącą w fazie wyłącznych teoretycznych rozważań militarnych? Byłaby wtedy zdolna do rzeczy niepowszechnych i strasznych z natury, takich jak implementacja myśli lub wytwarzanie fałszywej masy wspomnieniowej lub nawet personalizacji toksycznej.
- Nie wątpię, że posiadła takie potencjały, ale nigdy w stosunku do ojca użyć ich się nie poważyła. Maleństwo po jakimś roku przemówiło do mnie werbalnie i dość czułym tonem.
- Maleństwo? - nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Obruszył się nieco, ale spokojnie dalej kontynuował:
- Oczywiście przyjąłem jej pierwsze słowa z ogromną radością. Przede wszystkim referowała mi swój stan zdrowotny i najbliższe plany. Podejmowała też wysiłek interpretacji wszelkich zmian dotyczących środowiska międzygwiezdnego, które mnie niepokoiły.
- To zbyt skomplikowane sprawy, jak na osobę całkowicie pozbawioną edukacji. Z mlekiem ojca takiej wiedzy się nie wysysa?
- Jej wiedza wzbudziłaby podziw u niejednego dyplomowanego profesora.
- No, tutaj już chyba pan przesadził?
- Brała lekcje od samej przestrzeni! Bo innego wytłumaczenia faktu obecności tak wysokiego kosmicznego przygotowania u mojej hrabianki do dzisiaj nie odnalazłem. Poza tym, córka moja drogi panie, przyznam z niejakim obrzydzeniem, potrafiła całkiem z nagła zmienić stan skupienia na niemal ciekły. To dowodzi z kolei jej niewiarygodnych umiejętności chemicznych. Z przerażeniem odkryłem też jej rozciągliwość, a w wielu momentach wręcz stan gazowy przechodzący w strzępliwość gwiezdnej plazmy.
- Nieprawdopodobne - skonstatowałem z całkowitą niewiarą.
- Najwyraźniej pan sobie kpi, a to są fakty do udowodnienia.
- Nie, bynajmniej. To ciekawe, co opowiada pan o własnej potomnicy - uspokoiłem go, proponując mu rozpaloną fajkę z automatu biurkowego.
- Nie wiem, czy potrafi się pan postawić w skórze niepokornego ojca wyrzuconego w mrowie niezliczonych gwiazd bijących nas zewsząd światłem - było to w końcu upokarzające.
- No dobrze, przyznaję, było panu ciężko.
- A zakradające się zewsząd licho? Tysiące razy porywano mi córkę. Ginęła gdzieś tam pośród smolistych wirów i powodzi, tonąc i rozpaczając, podczas gdy ja nie mogłem nic zrobić. Po tygodniu ze zgryzoty i desperacji potrafiłem sobie wyskubać resztki włosów na głowie! Ale wtedy niesamowity blask mi ją przywracał, a ona po coraz to dłuższych pobytach stawała się połyskliwsza i bardziej szklista. Miejscami pokrywały ją wszystkie rosy i pyły okolicznego kosmosu.
- Rosła po tych spotkaniach z niejakim "Lichem"? - wątpiłem.
- A jakżeby inaczej? - zaczynał, paląc na nowo stare cygaro. - Tyle że to działo się na drodze metalurgicznej lub gorszej jeszcze technice, jakby nadmuchiwania szkła! Niebezpiecznie oddalała się od naszego gatunku, a powracając w momentach przytulenia do dawnego dziecięcego kształtu - nie przypominała mi złożonej for-my ludzkiej.
- Najpewniej nie porządkował pan widzianych elementów, tylko bezkrytycznie przyjmował nadinterpretacje wycieńczonego umysłu?
- Ależ co mi tu pan znowu imputuje? - pytał obrażonym tonem.
- W półmroku widzi się rzeczy straszne, a co dopiero po wielotygodniowych sesjach nadużywania eteru międzygwiezdnego. Personalna sensualność kapcanieje - dodałem z uczoną miną, ćmiąc moją fajkę kącikiem ust. Przytrzymywałem cybuch oparty łokciem o biurko, a cała moja postawa chyba wyrażała zwątpienie, bo zaczął swoje wyjaśnienia zgorszonym tonem:
- Jestem i byłem przekonany o mojej znakomitej kondycji psychicznej. Przecież rozmawiałem z nią i rozumiałem każde słowo. Obserwowanie procesu wzrostu potomnicy budziło nie tylko mój strach, ale i obawę o całkowite zatracenie kontaktu. Jednak rozsądek podpowiadał mi, że córa moja to przecież byt na wpół gwiezdny, mający więcej wspólnego ze sztywnymi twierdzeniami fizyki niż z organicznym bytem. Pytałem co będzie, jeśli w tym stanie zdecyduje się odejść na swoje? Przecież czuła się tam w świecie mroków jak ryba w wodzie? Rozwiruje się, porwie ze sobą jakieś skalne obiekty lub nas samych i bach, pozostanie zlepiona z rumowiskiem planetarnym na wieki!
- Szybko poddaje się pan chorym fantazjom. Nie przypuszczał pan chyba, że wasze znakomite towarzystwo zamieni się w planety?
- Nie jestem aż takim głupcem!
Spróbowałem łagodniej:
- Nie miał pan po czasie z jej procesem karmienia i wydalania żadnej styczności. Przestał pan być odpowiedzialny za jej byt z chwilą odcięcia pępowiny. Poddana rytmom kosmosu całkowicie się uniezależniła i dojrzała. To zrozumiałe. Absolutnie nie może się pan obwiniać za jej wulgarną obcość. Może przemiana, która się w niej dokonała, pozwoliła jej na solidne i regularne odżywianie.
- Jednak ubolewałem nad faktem własnej ojcowskiej bezsilności w chwilach jej lotów w nieznane.
Tu nie wytrzymałem:
- Głupstwa pan wygadujesz. Sam mam córki i wiem, że kocha się je ponad wszystkie różnice. Jeśli zauważył pan, że dziecko rośnie pod wpływem magnetyzmów wszechświata, to musiał pan odczuć zadowolenie z jej niezależności i wynikającej z tego siły. Takie rzeczy wprowadzają troskliwego ojca w dumę, a nie w podłą fazę psychicznych załamań i negacji własnych zasług. Jednocześnie rozumiem, że dotknął pana aspekt bezradności i w pewnym stopniu odrzucenia, jaki cechuje najzwyczajniejszy proces starzenia i cielesnej deprecjacji własnej osoby.
- Tak oczywiście, miałem tego procesu świadomość. Widziałem pod ubraniem pokrywające mnie coraz ciaśniej kosmiczne bąble, zmarszczki i wszelkie plamy natury promieniotwórczej. Spoglądałem z niepokojem na przyjaciół. Tak samo źle znosili tę złośliwość międzygwiezdnej atmosfery. Drapali się i jęczeli. Czuliśmy się coraz gorzej. Przeczuwaliśmy bliskość śmierci. Przecież nieubłaganie uciekał czas.
- To normalne. Osiągnął pan wiek poważny, a jednak pozostało w panu wiele wigoru i młodości ducha, jak wynika z opisywanych przygód. W tamtym ciele spokojnie dotrwałby pan trzysetki, ale przyszła jak rozumiem ochota na zmianę? - Nie dosłyszał lub udawał zamyślenie. Wobec tego spróbowałem zmienić temat - Ale proszę mi powiedzieć, wspominał pan, że towarzyszył wam jakiś mechaniczny rytm?
- Od czasu katastrofy Hawidona wirowaliśmy w tym szaleńczym pędzie, którego nikt z nas nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć. Miałem ów taniec wokół wspólnego środka za objaw rzuconego przekleństwa. Nie usprawiedliwiał go mrok, ani światło, ani dynamika prądów przestrzeni. Chyba żeby przyjąć interakcje z wytwarzanym polem mojej własnej córki, która pojawiała się nierzadko w samym centrum i z ogromną siłą nas ku sobie przyciągała. Kierowaliśmy się ku najjaśniejszej gwieździe, którą najprawdopodobniej było solarne Słońce i ku planecie, która mogła być Plutonem. Z ostatnich informacji uzyskanych od Lagris wynikało, że znajdowaliśmy się w odległości poniżej roku świetlnego. Mieliśmy pewne doświadczenie w przemieszczaniu podwymiarowym, ale nie na tyle istotne, aby dać sobie radę w obecnych warunkach. Pasy teleportacyjne Shetti również się wyczerpały. Trzeba pamiętać, że w systemie Eigielii i wcześniej, to Yarragee, nasz czarny mistrz służył nam pomocą i niezbędną radą. W nowej sytuacji towarzyszyła nam kobieta i dziecko. Prędkość naszego bezwładnego lotu plus niezbyt szczęśliwe teleportacje nie sprzyjały właściwemu postępowi. Korekcje błędów mogły pochłonąć zarówno miesiące jak i lata. Wkrótce opanowało nas pełne zniechęcenie, a zaraz potem pusta rozpacz. I tak minął pierwszy kwartał naszej gwiezdnej podróży. Biegnący czas, ból i zimno nie wpływało tak wstrząsająco na świadomość jak przeświadczenie, że z braku właściwego pożywienia zmieniamy się z każdą chwilą w coś niezrozumiałego i niepojęcie wrogiego dla samych siebie. Przecież pomimo owego magicznego eterowego wsparcia już dawno powinniśmy nie żyć. Czarna energia, która zewsząd do nas napływała, karmiła i matkowała, napełniała nas w samej istocie grozą. Czyżbyśmy byli celowo poddawani metamorfozie? Następne tygodnie były w tym sensie jeszcze gorsze.
- A mała Miss?
- Rosła. Odrywała się, stając się z każdą chwilą coraz bardziej niezależną. Miałem takie ojcowskie przeczucie, że żywo dotknięta naszą klęską, będąc nad wyraz zaopatrzona w nadmiar wewnętrznej przestrzeni robiła wszystko, aby nas ochronić.
- Nonsens.
- Żyjąc jakiś czas na Marsie, spotkałem się z drożyzną. Biedniejsi, szczególnie ci rekrutujący się z braci górniczej na północy, z trudem wiązali koniec z końcem. Wtedy odwiedzali znakomitych krawców i zamawiali przenicowanie marynarki. Oczywiście, jeśli materiał był pierwszej wenusjańskiej jakości udawało się przewrócić wytarte lico na świeże nico. Tak działo się z moją córką. Twierdzę, zaręczając własnym honorem, że podczas przebywania w stanie przenicowanym zmieniała for-mę otaczającej nas przestrzeni na wygodną dla siebie i w najmniejszych szczegółach kontrolowaną.
- Och, jakiż pan uparty!
- Ależ to fakt naukowo udokumentowany.
- Zgaduję, że w tamtym czasie młodzieńczego dojrzewania pełna była wewnętrznej radiacji i rozbłyskanych, energetycznych nici?
-Nie myli się pan, była. Zdałem sobie onczas sprawę, że oto najbliższa mi osoba we wszechświecie, zapewne odziedziczywszy zdolności i genialne protezy po matce na drodze genetyczno-syntetycznej posiadła w swoim wnętrzu rodzaj reaktora generującego dowolne i nowe wartości wypełniających ją wymiarów przestrzeni i czasu. Co więcej, potrafiła ową szafą narzędziową w sposób mistrzowski operować!
- Pozwolę sobie więc przypuścić, że różnica potencjałów pomiędzy międzygwiezdnym tłem a bąblem czasoprzestrzeni osobistej Miss Asperii była możliwym źródłem energii zapewniających wam byt, panie Ashley.
- Najprawdopodobniej. Bo skąd by się brały te rozbłyski świetlnej emanacji rozjarzające otaczający nas eter do czerwoności? Jak opisać te chwile luksusowego gorąca i kieszenie ogarniającego nas, a przynoszącego ulgę energetycznego luksusu?
- A więc jednak? Jakie zjawisko kosmicznej cudownej przyrody wspomagało jej fizykalny rozwój? Przecież mijały całe miesiące bez pańskiej ingerencji. Posiada pan jakieś podejrzenia? Owe byty czarne i niezwykłe, licha latające?
- Przypuszczam, że w przedziwnym międzygwiezdnym ośrodku musiały znajdować się jeszcze naturalne, tajemnicze radiopochodne zioła, które uzupełniały jej skromne codzienne potrzeby niskokalorycznej diety. Być może otrzymywała je poprzez nieskończone kosmiczne otchłanie bezpośrednio od matki?
- Radiopochodne? Cóż to za fizyczny kalambur? - szczerze się obruszyłem.
- Niech mi pan więcej nie przerywa, proszę. Wielu innych uczonych wenusjańskich z miast południowej półkuli szczególnie, ze słynących centrów uniwersyteckich i dobrze zaopatrzonych w kolby reprodukcyjne laboratoriów przypisywało tę właściwość eteru chemikaliom życia wmieszanym w sztukach inżynierii protoprzestrzennej przed dwustu pięćdziesięciu milionami lat.
- Eter miałby posiadać określony wiek? Albo to sama Enklawa stawała się z czasem leciwa i stara?
- Wszystko przechodzi cykle rozwojowe, więc i eter również ulega wypromieniowaniu. Ale obiecywał pan milczenie?
Dałem znak, że już się nie odezwę.
- Podawali oni za przykład akwarium wypełnione wodą z pompą dotleniającą pracującą w systemie ciągłego uzupełnienia. Ciecz ulegała gazowej saturacji, co było w tym sztucznie utrzymywanym środowisku warunkiem niezbędnym do utrzymania przy życiu istot podwodnych. Podobnie działo się w przestrzeni wokółjądrowej centralnych obszarów galaktycznych. Istniała hipoteza, że do wypełniającego przestrzeń Enklawy kosmicznego eteru maszyneria gigantycznych eruptorów wprowadzała nie tylko niezbędne substancje oddechowe, ale i skąpe dawki, czy porcje odżywczych związków chemicznych wspomagających życie. Doprawdy niezwykle hojny musiał być ów naród Demiurgów, a i niebywale pomysłowy.
- Tylko czy były to źródła w tym przypadku dla niej wystarczające?
Myślał krótko.
- No, nie wiem - i dodał po zastanowieniu: - Udawało mi się również nierzadko dostrzegać promień bijący od jednej z centralnych gwiazd w gwiazdozbiorach mi ze swego położenia nieznanych. - Byłem pewny, że Sir Ashley kłamał, bo tak poczerwieniał i się spocił na masywnym karku. - Przypuszczałem, że to mogła być matka Cydonia - mówił - bądź może ktoś złowieszczy i prądotwórczy, wrogi nam wszystkim bardziej niż obce, poznane już rasy.
Nie bacząc na moje wątpliwości, Sir Ashley coraz bardziej rozpalał się do opowieści...