Światło we wszystkim - Katya Balen

Kup ebooka

31.99 zł
26.55 zł (22,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tytuł oryginału: The Light in Everything

Tłumaczenie (z wyjątkiem tytułu): Agnieszka Wilga

Tłumaczenie tytułu: Wydawnictwo Wilga

Redaktor inicjująca: Katarzyna Juszyńska

Redakcja: Agnieszka Czerepowicka

Korekta: Ewa Słotwińska

Przygotowanie okładk: Ewa Sosnowska

Skład: pagegraph.pl

? Copyright for text by Katya Balen, 2022

? Copyright for illustration by Sydney Smith, 2022

? Copyright for the Polish translation by Agnieszka Wilga, 2025

? Copyright for the Polish title and edition by Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o., 2025

All rights reserved

Warszawa 2025

Wydanie I

M3009

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych - jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Pierwsze wydanie: BLOOMSBURY CHILDREN'S BOOKS

Bloomsbury Publishing Plc

50 Bedford Square, London WC1B 3DP, UK

29 Earlsfort Terrace, Dublin 2, Ireland

ISBN: 978-83-8387-974-1

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Michał Latusek

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-017 Warszawa, ul. Marszałkowska 116/122

tel. +48 22 826 08 82, fax +48 22 380 18 01

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

www.wydawnictwowilga.pl

Zosia

Urodziłam się podczas burzy. Niebo przecinały błyskawice, oceanem wstrząsały grzmoty. Deszcz siekał klify i cały świat jakby odwrócił się do góry nogami, bo z nieba spadała tafla wody. Żywioły szalały i ja też. Położna mówiła, że jeszcze nigdy nie widziała tak wściekłego noworodka. Na wszystkich zdjęciach jestem kłębkiem złości: mam czerwoną twarz, zaciśnięte piąstki, otwarte w krzyku usta w kształcie litery O. Czasem wydaje mi się, że tamta burza jakoś się we mnie wdarła. Tak samo mówi tata, gdy jestem głośna, niesforna, wrzaskliwa i nieokiełznana. Czyli, jak twierdzi, przeważnie. Ale ja czuję w sobie iskrę i dudnienie, jakby burza dopiero się budziła i przeciągała. Czasem znów zapada potem w drzemkę, a czasem nie. Wtedy tata mówi o turbulencjach.

Stanowimy z tatą zgraną parę. Dobraliśmy się jak w korcu maku. Jesteśmy jak dwie krople wody. Lub dwie świnki morskie w jednej klatce. Gdzieś czytałam, że nie powinno się ich hodować pojedynczo, bo mogą umrzeć z osamotnienia. W Szwajcarii to ponoć nielegalne. Trudno mi sobie wyobrazić, jak można iść do więzienia na wiele dni i nocy z tego tylko powodu, że się miało jedną świnkę morską, ale tak to chyba działa. Tak czy siak, chociaż świnkom morskim zdarza się umrzeć z osamotnienia, to jeśli wprowadzisz do klatki nową, ta pierwsza może ją zaatakować i odgryźć jej głowę czy coś1. Już wolę psa i kota.

Oboje z tatą lubimy te same rzeczy. To znaczy on nie lubi bardzo głośnej muzyki, nosić złotych martensów ani zjadać dwadzieścia oreo z rzędu, ale tak jak ja uwielbia ocean, wygłupy, oglądanie beznadziejnych programów w telewizji, ostre jedzenie i powieści graficzne. Zresztą może nawet lubi oreo, tylko jeszcze nigdy nie zdążył się o tym przekonać.

Tata i ja mieszkamy w kamiennym domu o pochyłych ścianach i jaskrawożółtych drzwiach, a w naszym ogródku rosną chyba wszystkie kwiaty polne, jakie istnieją na tej planecie. Jeśli wyjrzysz przez okno, staniesz w ogródku czy po prostu podniesiesz wzrok, to nie tylko zobaczysz ocean, ale też go usłyszysz i poczujesz jego zapach, a czasem nawet smak.

Nasz dom wygląda jak ilustracja z książki z bajkami. Przy drzwiach rosną róże, z których kiedyś, jak byłam mała, robiłam magiczne mikstury z moją najlepszą przyjaciółką Domi. Jest też kręta ścieżka prowadząca do tych żółtych drzwi. To taki domek z książeczki obrazkowej, gdzie są mama, tata i ich córeczka, no i może jeszcze pies, który przynosi kapcie, i w ogóle cudownie sobie żyją. No i tak to mniej więcej wygląda, chociaż nasz pies prędzej by zeżarł kapcie, niż je komuś przyniósł, a mama umarła zaraz po moich narodzinach. Ale poza tym jest dokładnie tak samo.

Najchętniej nic bym w naszym życiu nie zmieniała.

Tommy

Ciemności wokół mnie przenika światło. Tak sobie mówię. Za zasłonami żarzy się pomarańczowa latarnia, na wykładzinę pod drzwiami mojego pokoju sączy się żółta poświata, a na ścianie naprzeciwko mruga niespiesznie czerwona dioda ładowarki.

Lecz przestrzeń dookoła mnie wypełnia się sadzą i atramentem, skradają się w niej powyginane cienie, które sięgają i chwytają. Pełzną, przeobrażając się w nowe kształty, ich zamazane krawędzie się rozciągają. Podkurczam palce, łapię wielkie hausty brudnego nocnego powietrza. Próbuję opanować przyspieszony oddech i odepchnąć od siebie ciemność. Być swoim własnym światłem. Serce wyrywa mi się z piersi. Liczę kształty, które potrafię dostrzec.

Jeden. Dwa. Trzy.

Te cienie, które wpełzają na ściany i się na nich kłębią, to przecież tylko kształty. Zwykły zbiór linii i kątów połączonych ciemnością. Kształty nic ci nie zrobią. To nic takiego. Nie wyrządzą ci krzywdy.

Cztery. Pięć.

Ale to, co się w nich kryje, to inna sprawa.

Sześć.

Serce mi płonie.

Wyciągam rękę w tę czarną nicość trzepoczącą jak nietoperz wokół mojej twarzy i naciskam pstryczek awaryjny obok łóżka.

Światło.

Płynie, rozlewa się, zatapia pokój. Pochłania całą ciemność, a ona kurczy się i wycofuje do maleńkich skrawków majaczących w kątach. Światło rozszczepia się w szklanych kryształkach stojących na moim biurku i na ścianach tańczą tęcze. Przestaję liczyć sekundy i zamiast tego liczę kolory. Wymieniam je jak imiona przyjaciół. Szybko wymawiam kolejne sylaby.

Czerwień-żółć-zieleń-błękit-fiolet.

Czerwień-i-żółć-i-zieleń-i-błękit-i-fiolet.

Czerwony, żółty, zielony, błękitny, fioletowy.

Moje serce nieco zwalnia i przestaje przypominać tępe wycie między żebrami.

Naciskam budzik na szafce nocnej, a on się podświetla. Podobnie jak płyn w mojej lampce lawowej. Mam w pokoju sześć różnych źródeł światła.

Zdołałem wytrzymać bez niego minutę i trzynaście sekund.

Wyciągam kwadratową kartkę i zaczynam składać. Moje palce dobrze wiedzą, gdzie robić zgięcia, nie muszę nawet się zastanawiać nad tworzonymi kształtami. Bicie mojego serca dostosowuje się do powolnych starannych etapów składania, a gdy kończę papierową gwiazdkę, jego rytm się stabilizuje.

Podciągam kołdrę pod brodę i odwracam się twarzą do lampki lawowej. Kiedy zamykam oczy, nie zapada ciemność. Za powiekami tańczą mi świetlne smugi, jak fajerwerki.

Rano przed lekcjami słońce już wisi na niebie, a ciemność czai się jedynie w kątach.