Światło w ruinach - Eliza Orzeszkowa

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Światło w ruinach

Długo, z twarzą zanurzoną w pysznie haftowanej poduszce, leżała na szezlongu, a wyprostowała się tylko po to, aby cienką chusteczką otrzeć zapłakane oczy, białe ręce załamać i znowu płakać. Teraz łzy jej nie lały się, jak przed chwilą, strumieniem obfitym, lecz rzadkiemi kroplami spływały po pięknym owalu policzków, padały na stanik, obciskający zgrabną kibić i, jak drobne brylanty, świeciły w puchu zdobiących go koronek. Dokoła niej, z pod lekkich zasłon, na dwie lampy zarzuconych, rozlewało się miękkie światło, w którem pobłyskiwały złocone ramy obrazów i majaczyły barwy i kształty wytwornych sprzętów. Albumy w bogatych oprawach, wazy majolikowe, drobiażdżki pozłacane, srebrne, rzeźbione przyozdabiały stoły i kominek, u okien kwitły białe i czerwone kwiaty. Za oknami, przelatywały świszczące wichry ze śnieżną zamiecią, brzęczały dzwonki u sanek, rozlegały się gwary uliczne; tu - było ciepło, cicho i samotnie. Zanadto ciepło, cicho i samotnie. Powietrze, napełniające te cztery piękne ściany, miało w sobie coś z cieplarnianej parności, która zapewne ułatwiała rozkwit roślinom, lecz utrudniała oddech, cisza zaś i samotność były tak zupełne, jak gdyby na znaczną odległość dokoła nie było żadnej żywej istoty. Za poroztwieranemi drzwiami panowała ciemność, z której nie wychodził szelest najlżejszy: ani rozmowy, ani śmiechu, ani dziecka, ani zwierzęcia, ani domownika, ze śmiałem stąpaniem i poufałą twarzą. Na kominku, za przezroczystą, żelazną kratką, stosik zgrabnie porąbanych drewek, dawno znać tam leżący i - nie zapalany. Od lat kilku, to jest od czasu, w którym, po nieśmiałych zrazu błyskach uczuwania, że nie jest szczęśliwą, po niezliczone razy postanawiała, że nigdy głośno, ani pocichu na los swój narzekać, ani pętami jego niecierpliwie a bezskutecznie wstrząsać nie będzie, w umyśle jej istniał niewyraźny, nie dobrze określony, ale ponętny dla niej ideał męztwa, cierpliwości, dumnego i milczącego znoszenia ciężarów życia. Ideał ten w wyobraźni jej powstał z kilku żywych wzorów w dzieciństwie widzianych, z kilku książek, które ojciec jej, - zanim na wieki oczy zamknął, - przed jej oczy nasunął; pragnęła teraz stosować do niego swoją duszę, ale nie mogła. Była to biedna dusza kobieca, wrażliwa i niespokojna, mieszkająca w ciele, do którego nie przyznałby się żaden stoik. Pomimo więc wielokrotnych postanowień, że nad sobą roztkliwiać się nie będzie, płakała znowu serdecznie i roztkliwiała się rzewnie. Wspomniała swoje umarłe złudzenia i radości; poumierały one w sposób różny. Dwoje drobnych dzieci po prostu, nagle i brutalnie zabiła śmierć; miłość człowieka, którego kochała i z którym związała życie, umarła nie wiedzieć dla czego, bez żadnej jej winy, za sprawą zmiennej natury ludzkiej, lub koniecznego rozejścia się dwóch, nie zgadzających się, istot; uciecha z posiadanego bogactwa stopiła się w przyzwyczajeniu i doświadczeniu, że ani karetą serdecznych łez otrzeć, ani z majolikową wazą poufnie gawędzić, ani łakociami najwyborniejszemi gorzkiego smaku zgryzoty zatrzeć niepodobna. Urok świata, - świata, strojącego się, tańczącego, grającego, paplającego, jedynego świata, który znała, - zniknął dla niej bez śladu, odkąd się przekonała, że ubierać się, tańczyć i paplać z sercem bolącem nie ulgą jest lub uciechą, ale męczarnią. Miała lat niespełna trzydzieści, a życie wydawało się jej już skończonem. Była osieroconą matką, opuszczoną żoną, kobietą światową, do świata rozczarowaną. Jedynemi nawet uczuciami, które budził w niej ten potwór, były: żal i gniew. Czyliż bowiem nie ten świat właśnie odebrał jej serce i obecność ukochanego człowieka, porwał go urokami swemi, upoił, zepsuł? Czyliż nie jego mieszkanką i doskonałą przedstawicielką była ta kobieta, dla której on ją opuszczał, ranił, obrażał, przy której znajdował się i teraz, na której wspomnienie krew żalu i upokorzenia serce jej zalewała? O, ten wdzięk kobiecy, tak bardzo w tym świecie sławiony, a który osłania tyle oszustwa i okrucieństwa! O, te wykwintne, woniejące buduary, w których, za spuszczonemi u drzwi i okien firankami, dwie istoty bezkarnie dokonywają nad trzecią morderstwa! O, te wieczne rozmowy motyle, żarty wesołe, półsłówka słodkie, marzenia przy muzyce, zmiany mody, rozkazy zwyczaju, wśród których dusze ludzkie tracą z oczu wszelką linię, wiodącą do czegokolwiek innego, niż do użycia! O, nakoniec, te stoły gry co wieczór otwarte i przy których on siaduje, ilekroć nie może siedzieć u boku tej kobiety! Jak ona to wszystko znienawiedziła! jak głęboką dla tego wszystkiego powzięła wzgardę! Tej nienawiści i wzgardy nauczyło ją nieszczęście, odbierając jej zarazem rzecz jedyną, w której znaleźćby mogła uciechę i ratunek - to jest: chęć użycia i zabawy. Nie; może inne czynić to mogą, ale jej niepodobna bawić się jeszcze pośród ludzi, gdy już raz w ich dobroć, szczerość, wartość wierzyć przestała, gdy ci ludzie, bezpośrednio lub pośrednio wydarli jej jedyny skarb, do którego przywiązywała cenę i który mógł cenę życiu jej nadać - ciepło domowe i szczęście serdeczne... Od dzieciństwa słyszała, że szczęście kobiety, jej obowiązek, cnota, dostojność - to miłość i macierzyństwo. Czy dla tego, że od dzieciństwa tak ją nauczano, czy że w sposób tej nauce odpowiedni utworzyła ją natura, ale istotnie miłość i macierzyństwo były jedynemi źródłami, z których biły jej: szczęście, cnota, dostojność. Teraz te dwie jedyne, dobre wieszczki jej życia umarły, znikły - i cóż? Gdy śliczne, drogie główki dziecięce zasuną się na wieki w cienie zaświatowe, a serce blizkiego, drogiego człowieka, ulotni się w płomieniu innych uczuć i rozkoszy - cóż? Przyjąć od świata nową miłość, tak, jak się od krawca przyjmuje nową suknię... cha, cha, cha! A jeżeli tamta tak mocno w pierś wrosła, że nic, nic już wyrwać jej nie zdoła? Albo jeżeli małość i kruchość tamtej zabiła wiarę w wielkość i trwałość jakiejkolwiek innej? Zerwała się z szezlonga, obu dłońmi pochwyciła się za głowę i parę razy piękny salonik przebiegła. Puszysty kobierzec tłumił szelest jej kroków; w zamian serce biło i pierś oddychała głośno. - Co mi pozostało? czego spodziewać się jeszcze mogę? Co uczynię ze swojem sercem, z czasem, ze wszystkiemi temi dniami, miesiącami, latami?... Dni, miesiące, lata stanęły przed oczami jej wyobraźni w postaci długiej galeryi, zdobnej w złocenia i rzeźby, ale tak pustej i tak zimnej, że aż dreszcz nią wstrząsnął... Gdy odjęła ręce od głowy i twarzy, znalazła się przy stole, na którym, pod światłem lampy, leżała rozwarta książka. Czytała ją przed godziną, a na stół rzuciła wtedy, gdy on wszedł do jej pokoju i z nieznośnym dla niej uśmiechem człowieka, który w braku cieplejszych uczuć zmusza się do obowiązkowej uprzejmości, na cały wieczór ją pożegnał. Teraz przypadkiem wzrok jej padł na trzy czarne wiersze:

Czemuś ty mi, życie, Nie dało do ręki Srebrzystego sierpa...

Prędko odwróciła się i znowu kilka razy salonik przebiegła. Tak. O, jak ci poeci odgadywać umieją udręczone dusze ludzkie! Tak; dla czegóż nie jest ona chłopką, która "srebrny sierp" z ręki wypuściwszy, u wesołego, ludnego ogniska zasiada, z ciałem strudzonem, lecz z sercem spokojnem? Jej ciało mogłoby słodki spoczynek znajdować na tych miękkich kozetach, fotelach, szezlongach; ale skoro miota nim burza serca, skoro nigdzie znaleźć nie może spokoju, cóż jej z kozet, fotelów i szezlongów? Gorzko zazdrościła małym, biednym, spracowanym, i namiętnie przeklęła swoje bogactwo... Znowu wypadkiem znalazła się przy stole i wzrok jej upadł na czarne słowa:

Czemuż z mego czoła Pot nie spłynął rosą?...

Ze wzniesionemi oczyma stała przez chwilę zamyślona, aż obejrzała się dokoła. Cokolwiek robić! do potu czoła cokolwiek robić! Robotą napełnić czas, uśpić pamięć, ostudzić wstyd istoty opuszczonej, sponiewieranej i - ach, nikomu na całej wielkiej ziemi niepotrzebnej! Ostatnia myśl znowu pierś jej wzdęła łkaniem... Dzieci w wiekuistych cieniach grobu, on... tam; brat, siostry - daleko i w przestrzeni, i w uczuciach... Jakże wszystkie węzły rozluźniają się - i przez oddalenie, i przez nierozłączne połączenie! Ma brata, siostry, męża - i zarazem ich nie ma. Wszyscy na świecie zosobna i każde dla siebie żyją; ona nie chce tak żyć, a jednak musi, bo nikt na wielkiej ziemi jej nie potrzebuje. Co robić? Prawie nieprzytomnym od rozpaczy wzrokiem salonik przebiegła. Czytać?.... Ach, tyle już dziś, wczoraj, przez nieskończoną liczbę dni czytała - i cóż z tego? Ten haft pajęczy kończyć?... Ileż już podobnych wykończyła! - i cóż z tego? Ozdobne pianino u ściany stoi, świece tylko w świecznikach zapalić, nuty rozłożyć i grać! Przez ileż lat, dni w latach, godzin w dniach grała, ślicznie grała - i cóż z tego? Nic, nic! Po za tem także nic... Rozpacz jej zmieniała się w bezbrzeżną nudę, która, jak mgła z bagniska, wybucha z wyrazu: nic! Gdyby ktokolwiek przyszedł, ktokolwiek choć trochę miły i zajmujący! Panująca dokoła cisza i samotność przerażać ją zaczęły. Jak ona z temi dwiema jedynemi towarzyszkami przebędzie ten nieskończenie długi wieczór zimowy? Wiedziała z doświadczenia, że nieustannie pogłębiać one będą jej ciemne myśli, drażnić rany - i gdy wybije godzina spoczynku, położą się obok niej na noc bezsenną i okropną. Gdyby jakiekolwiek wrażenie z zewnątrz, jakakolwiek twarz choć trochę miła, rozmowa choć trochę zajmująca, przerwały jej sam na sam z przeszłością i przyszłością, z których pierwsza budziła w niej żałość, druga nudę i trwogę! Czy wezwać kogo?... Na jej wezwanie przybiegłoby śpiesznie mnóstwo ludzi: nie byłaż bogatą? Zaśmiała się... Może która z przyjaciółek?... Zaśmiała się znowu. Był przecież niedaleko człowiek, w którego szczere i gorące uczucie wierzyła. Myślała, że najpewniej było ono, tak jak wszystkie inne, złożone z jednej cząstki miłości dla niej a dziewięćdziesięciu dziewięciu samolubstwa, z jednej cząstki szlachetnych uniesień, a dziewięćdziesięciu dziewięciu grubych pożądań. Ten człowiek, jak zresztą wszyscy inni - nie przestał jeszcze jej kochać, dla tego, że jeszcze jej nie posiadł; czasem troszczył się o jej szczęście, zawsze pragnął swojego, niekiedy myślał o jej duszy, zawsze o jej ciele. W tym pozornie drogocennym klejnocie, za jaki poczytywaną jest miłość, ona dojrzała silną domieszkę podłego kruszcu; na dnie tego kryształu widziała i ciężkie krople mętów... Jednak w obecnej chwili, zajmujący ten człowiek kochał ją; było to niewątpliwem. Same pozory ideału pociągały ją i chwilami zachwycały. Niejedną godzinę spędzoną z nim porównać mogła do błysku słońca wśród dnia chmurnego, do kwiatu na drodze wyjałowionej. Więc cóż? więc gdyby w tej chwili przyszedł?... Pewno, pewno byłaby dla niego szczerzej, niż kiedykolwiek dotąd, uprzejmą, serdeczną. To, że jest takiej właśnie miłości przedmiotem, i to złudzenie napełnia ją rozkoszą, dopóki nie przeminie. Może przyjdzie! Wszak niedawno, w dziwnej chwili, w której czuła niepojęte pomieszanie rozpaczy z nadzieją, zwątpienia z żądzą wiary, powiedziała mu - czuła sama, że drżącemi usty - iż ze wszystkich znanych jej ludzi jego jednego chciałaby widywać często. On, na podziękowanie, nizko pochylił się przed nią, a gdy podniósł głowę, ujrzała, że twarz jego była oblana światłem niewymownego szczęścia... Wprawdzie to samo światło widywała niegdyś na twarzy tego, którego sama tak niezmiernie, tak czule kochała. Wprawdzie wie o tem, że to światło nie służy wyłącznie do zapalania świętych ogni i że prędzej lub później zgasnąć musi... jednak, na widok jego, zdawało się jej - przez mgnienie oka - że jest jeszcze świeżą, ufną, nieświadomą zasadzek i zawodów. Więc cóż, gdyby przyszedł teraz? O, niech przyjdzie! Czuje, że głowę pochyli na jego ramię i z wahaniem, lecz także z rozkoszą wyszepce: przyjacielu! Zbyt dobrze ludzkie stosunki przejrzała, jakim zazwyczaj bywa koniec takich przyjaźni, na jakie niebezpieczeństwo wystawi ją jego namiętność przez jej czułość ośmielona. Mniejsza o to! Alboż będzie pierwszą?... dla czegóż ma być wyjątkiem?... Czy ten... który teraz w jakimś buduarze lub w jakiejś sali gry wybornie czas przepędza, nie rozciął naprawdę łączącego ich węzła, nie uczynił z ich przysięgi i przyrzeczeń kłamstwa, z ich związku kłamstwem nadzianej formy? Czy doprawdy powinna szanować to, z czego uciekła wszelka prawda?... Czy z innej gliny, niż wszystkich ulepiła ją natura? Czy jest aniołem i dźwiga na sobie ciężar spełniania na ziemi posłannictwa anielskiego? Marzyła wprawdzie o anielskiej dobroci i stoickiej cnocie, - ale teraz śmieje się z tego... Cierpi i pragnie pociechy, tak, jak wszyscy. Utraciła szczęście i pragnie choć cząstkę, choć złudzenie jego odzyskać, tak, jak wszyscy...

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.