Światło w Lavelle - Paullina Simons

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

5. Prośba krawca

5

Prośba krawca

Finn, pogrą­żony w bło­gim zado­wo­le­niu, dotarł nie­mal do Char­les Street, kiedy przy­po­mniał sobie, że obie­cał Vanes­sie ode­brać od Schu­manna jej suk­nie na zbli­ża­jący się week­end na wsi.

Zaklął pod nosem i zawró­cił. Teraz spóźni się do domu. Był tak zajęty gra­tu­lo­wa­niem samemu sobie, że zapo­mniał zacho­wać się w spo­sób godny tych gra­tu­la­cji. Jeśli wró­ciłby do domu bez sukien, Vanessa mogłaby odwo­łać wyjazd, bo nie mia­łaby co na sie­bie wło­żyć. Jeśli wróci spóź­niony, ale z suk­niami, żona też będzie roz­draż­niona. Moją miarą jako męż­czy­zny, pomy­ślał Finn, jest to, że nie zapo­mi­nam o tym, co powi­nie­nem zro­bić.

Już mniej opa­no­wany pospiesz­nie ruszył na wzgó­rze.

Kiedy dotarł do kolei naziem­nej oddzie­la­ją­cej Boston wła­ściwy od imi­granc­kiej enklawy zna­nej jako North End, zwol­nił, wyrów­nał krok i kilka razy ode­tchnął głę­boko, by uspo­koić płuca.

Jed­nak choć szedł wol­niej pod tur­ko­tem pocią­gów roz­le­ga­ją­cym się w cie­niu nad­ziem­nych torów i wyso­kich budyn­ków upa­ko­wa­nych wzdłuż wąskich, krę­tych zauł­ków, nie szu­kał swo­jego odbi­cia w brud­nych wysta­wach North Endu. Wie­dział już, co zoba­czy: przy­gar­bione ramiona, spusz­czoną głowę. Na rogu Salem i Prince wszedł do zakładu kra­wiec­kiego Schu­manna nie jako zwy­cięzca, lecz jak zwy­kły sza­rak, bo tak naprawdę się czuł w naj­głęb­szych zaka­mar­kach duszy.

Finn lubił przy­cho­dzić do Schu­manna. Jego zakład nie przy­po­mi­nał innych miejsc, które odwie­dzał, i po czę­ści dla­tego go przy­cią­gał. Bank był prze­stronny, lśniący, pełen szkła, a zakład Schu­manna ciemny i wąski, świa­tło wpa­dało tylko przez dwa okna i drzwi wej­ściowe. Dzwo­nek przy drzwiach ni­gdy nie milkł. W dziel­nicy North End kra­wiec był swego rodzaju cele­brytą. Kiedy Vanessa pytała Finna, czemu upiera się, by cho­dzić "aż tam", gdy za rogiem przy Myr­tle znaj­duje się świetny kra­wiec, odpo­wia­dał, że Schu­mann jest naj­lep­szy.

Był też nie­sa­mo­wi­cie szybki. Koszule mają być wykroch­ma­lone i wypra­so­wane przed piątą? Żaden pro­blem. Będą dla pana gotowe. Suk­nie żony trzeba zebrać dzie­sięć cen­ty­me­trów w pasie, pod­szyć i obcią­żyć u dołu? Pro­szę mi dać czas do szó­stej pięt­na­ście.

Schu­mann pra­co­wał w takim tem­pie nie tylko dla Finna, lecz dla wszyst­kich, nawet dla tych, któ­rzy nie poży­czyli mu pie­nię­dzy, by roz­krę­cił inte­res. Był czło­wie­kiem, który robił swoje, nie­za­leż­nie od tego, czym to było.

Ale Finn wie­dział -?dla niego Schu­mann pra­co­wał naj­szyb­ciej.

Finn obser­wo­wał, jak wysoki, szczu­pły kra­wiec oma­wia roz­dar­cia, spło­wiałe miej­sca i plamy z klien­tami sto­ją­cymi przed nim. Był łagodny i uprzejmy. Trak­to­wał wszyst­kich tak samo, nie­ważne, czy był to komi­niarz, czy wice­pre­zy­dent. Od czasu do czasu nosił jar­mułkę, ale nie dziś, i brodę, którą czę­sto golił, jakby do niej też nie był szcze­gól­nie przy­wią­zany. Siwie­jące włosy wciąż miał impo­nu­jąco gęste. Był dobrze po pięć­dzie­siątce. Praca przy maszy­nie lekko go przy­gar­biła i przez to wyda­wał się niż­szy, ale w rze­czy­wi­sto­ści był wyż­szy od Finna, ale o połowę od niego szczu­plej­szy. Było coś uspo­ka­ja­ją­cego w jego uśmiech­nię­tych, bystrych oczach. Może dla­tego Finn lubił do niego przy­cho­dzić. I nie on jeden. Klienci Schu­manna zasy­py­wali go nie tylko roz­dar­tymi mate­ria­łami. Opo­wia­dali mu ze szcze­gó­łami o swo­ich bólach i dole­gli­wo­ściach, o zapa­le­niach i zapar­ciach. A Schu­mann, jak zawsze uprzejmy, wysłu­chi­wał ich wszyst­kich.

Jego twarz zawsze się roz­ja­śniała, kiedy Finn prze­kra­czał próg, lecz dziś był bar­dziej roz­pro­mie­niony niż zwy­kle. I mówił znacz­nie gło­śniej.

-?Panie Finn, witam ser­decz­nie! Momen­cik, pro­szę pana, jedną chwilkę. - Pod­niósł palec, pro­sząc Finna, by zacze­kał. Na­dal uprzej­mie obsłu­gi­wał pozo­sta­łych klien­tów, lecz wyda­wał się już tro­chę znie­cier­pli­wiony.

Finn przy­glą­dał mu się z apro­batą. Nie było takiej rze­czy, któ­rej Schu­mann nie chciał albo nie potra­fił zro­bić. Finn pró­bo­wał. Prze­te­sto­wał krawca.

"Schu­mann, w mary­narce od gar­ni­turu bra­kuje srebr­nego guzika".

"Żaden pro­blem. Przy­szyję go panu".

"Ale gar­ni­tur uszyto na miarę w Bro­okline!".

"Kiedy pan go potrze­buje, na jutro rano?".

"Schu­mann, moje córki popla­miły mi ulu­bioną koszulę fio­le­tową farbą".

"Żaden pro­blem, pro­szę ją zosta­wić". Kra­wiec uśmie­chał się. "Chyba że chce pan zafar­bo­wać całą koszulę na fio­le­towo? To też mogę zro­bić. Fio­let może być zachwy­ca­jący".

"Fio­le­towa koszula dla męż­czy­zny? Żar­tu­jesz sobie ze mnie?".

"Ow­szem, sir, troszkę".

I tak to trwało.

Schu­manna zna­lazł przy­pad­kiem przed laty, jesz­cze zanim się oże­nił. Wtedy spro­wa­dzało się to tylko do krawca, jego żelazka, maszyny do szy­cia i parow­nicy. I mówiąc pre­cy­zyj­nie, to nie Finn zna­lazł Schu­manna, lecz Schu­mann jego. Pew­nego dnia, gdy Finn szedł Salem Street, na rogu zatrzy­mał się męż­czy­zna, by prze­pu­ścić wozy dostaw­cze. Zwró­cił się do Finna po angiel­sku z cięż­kim akcen­tem.

-?Ma pan gar­ni­tur roz­darty na ple­cach. To cał­kiem spore roz­dar­cie, nie­stety. Mam to panu napra­wić?

-?Nie mogę tak po pro­stu zdjąć mary­narki i wrę­czyć jej panu -?odparł Finn. Dżen­tel­meni ni­gdy nie zdej­mo­wali mary­narki w miej­scu publicz­nym!

-?Ależ skąd, sir. Pro­szę wejść tu ze mną. Tutaj, do bramy. A teraz pro­szę zdjąć mary­narkę. Napra­wię. -?Schu­mann niczym magik wyjął z prze­past­nej kie­szeni szpulkę nici i małe nożyczki. W nie­całą minutę zaszył roz­dar­cie. -?Gotowe -?powie­dział. -?Wygląda jak nowa.

-?Skąd jesteś? -?zapy­tał zafa­scy­no­wany Finn.

-?Stąd, z Salem Street, sir.

-?Dobrze cię wyuczyli w sta­rym kraju.

-?W sta­rym kraju nie byłem kraw­cem. To było, jak mawia­cie, moje hobby.

Finn myślał, że Schu­mann ma żonę, która pomaga mu w szy­ciu. Ni­gdy nie wspo­mi­nał, czy ma dzieci. Ale potem kobieta znik­nęła i przy maszy­nie zastą­piła ją inna. Po jakimś cza­sie ta też znik­nęła i na jej miej­scu znów zja­wiła się kolejna.

-?Wszystko w porządku, Schu­mann? -?zapy­tał Finn tego wie­czoru, gdy kra­wiec wresz­cie uwol­nił się od klien­tów.

-?Jak naj­bar­dziej -?odparł. -?Dzię­kuję, że pan pyta.

Finn spoj­rzał na nową dziew­czynę, która sie­działa przy stole i szyła.

-?Skąd je bie­rzesz? -?Finn uśmiech­nął się. Czyżby Schu­mann był sta­rym zbe­reź­ni­kiem?

-?Przy­by­wają ze sta­rego kraju. -?Kra­wiec nie chwy­cił przy­nęty.

Finn uśmiech­nął się.

-?Nie o to dokład­nie pyta­łem, ale w porządku. Posłu­chaj, mam do cie­bie pyta­nie.

-?Ja też chcę pana o coś zapy­tać -?odparł Schu­mann. -?Ale pan pierw­szy.

-?Chcia­łem o tym wspo­mnieć już od paru mie­sięcy -?zaczął Finn, bęb­niąc pal­cami po ladzie. -?Prze­glą­da­łem raporty tygo­dniowe i zauwa­ży­łem dziwną aktyw­ność na twoim kon­cie fir­mo­wym.

-?Dziwną?

-?Tak. Wypła­casz pie­nią­dze.

-?Czy to takie dziwne dla kie­row­nika banku? -?zapy­tał Schu­mann. -?Kiedy ludzie wypła­cają pie­nią­dze ze swo­ich kont? Jaką aktyw­ność ban­kie­rzy uwa­żają za nor­malną? -?Jego oczy bły­snęły żar­to­bli­wie.

Finn nie prze­sta­wał bęb­nić.

-?Bo to jest dziwne. Kiedy ty wypła­casz pie­nią­dze, wszy­scy inni wpła­cają.

Kra­wiec wzru­szył ramio­nami.

-?Czemu wypła­casz pie­nią­dze, Schu­mann? -?chciał wie­dzieć Finn. -?Mamy wzrost aż pod niebo. Wiesz coś, czego ja nie wiem? Możesz mi powie­dzieć. Jestem takim twoim finan­so­wym leka­rzem. -?Finn uśmiech­nął się.

-?Bar­dzo dobrze. A ja pana ubra­nio­wym. -?Schu­mann odpo­wie­dział uśmie­chem i pogła­dził się po bro­dzie, przy­glą­da­jąc się Fin­nowi z powagą. -?Nie ma o czym mówić. Tro­chę pie­nię­dzy na kon­cie zostało, prawda?

-?Dzie­sięć pro­cent tego, co mia­łeś wio­sną. Czemu wypła­ci­łeś dzie­więć­dzie­siąt pro­cent oszczęd­no­ści?

Schu­mann nachy­lił się i zni­żył głos.

-?Bo cena nici poszła do góry.

Finn mil­czał, a jego mózg wszystko sza­co­wał.

-?Nici -?powtó­rzył Schu­mann. -?Cena wzro­sła.

-?Sły­sza­łem. I co z tego?

-?Dla krawca to ważna rzecz. Nici. Nie­zbędne w mojej pracy.

-?A co z U.S. Steel? Nie jest ważne dla two­jej pracy?

-?Ależ tak, sir! Igły są bar­dzo ważne. Stal też podro­żała.

-?Nie cho­dzi ci o cenę akcji stali? -?dopy­ty­wał się Finn. -?Tylko o cenę stali?

-?Chyba o obie -?wyja­śnił Schu­mann. -?Ale bar­dziej przej­muję się ceną samej stali.

Finn wygła­dził rękawy mary­narki.

-?Nie uwa­żał­byś, że rosnące ceny to coś złego, gdy­byś zain­we­sto­wał w firmę, która wytwa­rza stal na twoje igły, jak ci radzę od lat.

-?Zacze­kajmy, jak się skoń­czy rok dla stali, to może do tego wró­cimy.

Finn na­dal roz­my­ślał.

-?Jeśli nici dro­żeją, pod­nieś swoje ceny, żeby to zre­kom­pen­so­wać.

-?Nie mogę.

-?Czemu?

-?Stracę klien­tów. Zarobki nie wzro­sły.

-?Okej, ale węgiel i ben­zyna też nie podro­żały. Ani czyn­sze. Podatki też nie wzro­sły.

-?Nie. Tylko nici -?powie­dział Schu­mann. -?A cena wzro­sła, bo Coats and Clark pro­du­kują mniej. Dla­czego tak się dzieje?

-?To nie­moż­liwe. -?Finn zmarsz­czył brwi. -?Schu­mann, na miłość boską, prze­stań mówić zagad­kami.

-?Pytał pan. To mówię.

-?Pew­nie zbiory bawełny były kiep­skie.

-?Nie, rekor­dowe -?odparł kra­wiec. -?Trzy lata z rzędu.

-?Może kro­sna się popsuły.

Schu­mann pokrę­cił głową.

-?Nic się nie popsuło. Zbiory były dosko­nałe, nic się nie zepsuło. C and C mają po pro­stu za duże zapasy.

-?No i masz swoją odpo­wiedź. Pro­du­ko­wali za dużo nici.

-?Nie. -?Dla pod­kre­śle­nia swo­ich słów kra­wiec zni­żył głos. -?Ludzie prze­stali kupo­wać nici.

Finn ponow­nie zmarsz­czył brwi.

-?Jeśli tak jest, to ceny nici powinny spaść, żeby zrów­no­wa­żyć nad­wyżkę.

Oży­wiony Schu­mann ude­rzył dło­nią w ladę.

-?No wła­śnie! -?wykrzyk­nął. -?Ceny powinny spaść. Ale rosną. -?Wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego, ale mimo to zado­wo­lo­nego z sie­bie. -?Dla­tego wypła­cam pie­nią­dze. Kiedy wokół mnie dzieją się dziwne rze­czy, zamie­niam się w latar­nika. -?Uniósł dłoń do czoła. -?Wypa­truję moich stat­ków na morzu. -?Zawie­sił głos, obej­rzał się na mil­czącą dziew­czynę przy maszy­nie i z nie­po­ko­jem zakasz­lał w chu­s­teczkę.

-?A teraz masz wszyst­kie statki pod mate­ra­cem -?powie­dział Finn. - Myśla­łem, że rezy­gnu­jesz z moich usług. -?Uśmiech­nął się. -?Prze­ka­zu­jesz inte­res innemu ban­kowi.

-?Ni­gdy, sir. Ale czy ja mogę teraz coś panu prze­ka­zać? Wyj­dziemy na zewnątrz?

-?Na zewnątrz?

-?Na chwilę.

To było nie­spo­ty­kane. Schu­mann ni­gdy nie pro­sił Finna, by wyszedł na zewnątrz. Teraz zawie­sił na drzwiach tabliczkę, że wróci za pięć minut, i za łokieć wypro­wa­dził Finna na ulicę.

-?Chcę pana popro­sić o wielką przy­sługę.

-?Chcesz, żebym ci poży­czył pie­nią­dze, żebyś mógł kupić więk­szy mate­rac?

Ale Schu­mann się nie uśmiech­nął, nie chrzą­kał też z zakło­po­ta­niem.

-?Zatrud­niłby pan dziew­czynę z mojej pra­cowni? Muszę jej jak naj­szyb­ciej zna­leźć miej­sce.

Tego się Finn nie spo­dzie­wał. Na chwilę onie­miał. A potem zaczął się jąkać.

-?Chcesz, żebym... chcesz... żebym zatrud­nił twoją szwaczkę? Ale Schu­mann, u mnie w domu nie ma nic do szy­cia.

-?I dobrze -?zgo­dził się Schu­mann -?bo ona nie potra­fi­łaby szyć, nawet gdyby to miało ura­to­wać jej życie.

-?Dla­tego pró­bu­jesz się jej pozbyć?

-?Nie pozby­wam się jej -?odparł ner­wowo Schu­mann. -?Wręcz prze­ciw­nie. Chcę jej zna­leźć dobrą posadę. Mam też innych, któ­rzy potrze­bują mojej pomocy. Nie mogę im zna­leźć odpo­wied­niego zatrud­nie­nia. Nate przy­wiózł zbyt wielu. Mimo że sta­tek się roz­bił i część z nich uto­nęła. Pomimo tra­ge­dii, na­dal jest ich za dużo.

-?Kim jest Nate?

-?To naj­mniej ważny szcze­gół.

-?Jaki sta­tek?

-?Też nie­istotne.

-?Czemu sta­tek się roz­bił?

-?A czemu statki się roz­bi­jają? Pech? Zła wola? Mroczny omen?

Fin­nowi krę­ciło się w gło­wie na karu­zeli zaska­ku­ją­cych szcze­gó­łów.

-?Kim ona jest?

-?No, teraz dokądś zmie­rzamy -?ucie­szył się Schu­mann. -?Kimś, kto potrze­buje mojej pomocy. -?Zawie­sił głos. -?I pań­skiej.

-?Czy to jest praw­dziwy powód, dla któ­rego wypła­casz pie­nią­dze?

-?Żebym mógł...? Nie. -?Schu­mann zakasz­lał. -?Choć Nate musi teraz zna­leźć nowy sta­tek.

-?Bo jego sta­tek się roz­bił?

-?No wła­śnie! -?Schu­mann zmarsz­czył brwi. -?To iro­nia?

-?No wła­śnie. -?Finn prze­cze­sał włosy pal­cami. Był oszo­ło­miony.

-?Co mam zro­bić z uchodź­czy­nią, która nie mówi po angiel­sku? Jak może mi pomóc?

-?Nie powie­dzia­łem, że nie mówi po angiel­sku -?odparł Schu­mann. - Świet­nie sobie radzi z języ­kami i szybko się uczy. Wszyst­kiego poza szy­ciem. Mówi po ukra­iń­sku, rumuń­sku, pol­sku i rosyj­sku. -?Ostat­nie słowo wypo­wie­dział, jakby je wyplu­wał.

-?Poli­glotka, która mówi po rumuń­sku, jakoś nie bar­dzo przyda się w domu.

-?Nauczy się, obie­cuję. I cho­dzi tylko o nią.

-?W prze­ci­wień­stwie do czego?

-?To mogła być cała rodzina. I jesz­cze jedna osoba. -?Schu­mann wyglą­dał na zała­ma­nego.

Finn cof­nął się, jak zawsze poko­nany ogro­mem rze­czy, któ­rych nie rozu­miał.

-?Nie pro­sisz mnie o przy­sługę, Schu­mann.

-?Wiem. Pro­szę o akt łaski. -?Przy­ci­snął pię­ści do serca i patrzył mu bła­gal­nie pro­sto w oczy. -?To nie pożyczka ani napi­sa­nie listu. To coś znacz­nie więk­szego. Rozu­miem. Ale ona jest dla mnie bar­dzo ważna. Wiem, że u pana i pań­skiej rodziny będzie bez­pieczna. I nie zapo­mnę tego. Ni­gdy.

Fin­nowi na­dal krę­ciło się w gło­wie.

-?Kim jest Nate?

-?Mło­dym czło­wie­kiem, któ­remu się wydaje, że wszystko wie, i który nikogo nie słu­cha. Mam poważne pro­blemy, panie Finn. Nie pro­szę o pomoc przy wszyst­kich. Tylko przy tym.

-?Co ta kobieta będzie robić w moim domu?

-?Może poma­gać pań­skiej żonie z cór­kami. Nie mówi pan, że pań­ska żona cza­sem potrze­buje pomocy?

Finn zamru­gał.

-?Mamy guwer­nantkę.

-?Może sprzą­tać.

-?Mamy gospo­dy­nię. I poko­jówkę. Dwie poko­jówki.

-?Może goto­wać. Choć szcze­rze mówiąc, nie wiem, czy potrafi goto­wać.

-?Mam kucharkę. I pod­ku­chenną.

-?A może będzie pra­co­wać dla pana w banku?

-?Pra­co­wać dla mnie w banku? -?powtó­rzył Finn z nie­do­wie­rza­niem.

-?Czemu nie? Może robić wszystko, co potrzeba. Jeź­dzić samo­cho­dem, dostar­czać różne rze­czy. Tylko nie wiem, czy potrafi pro­wa­dzić. Na pewno potrafi jeź­dzić konno.

-?Aha -?powie­dział Finn, kiwa­jąc głową. -?To już wiemy. Bank niczego nie dostar­cza konno. -?Zmru­żył oczy, gdy wszystko nagle do niego dotarło. - Ty nie chcesz, żebym dał jej tylko pracę. Chcesz, żebym zabrał ją do domu i dał jej dach nad głową.

-?Tak -?przy­znał kra­wiec drżą­cymi war­gami. -?Ale tylko jej. Nie rodzi­nie. Nie innej oso­bie. -?Wyglą­dał, jakby miał się roz­pła­kać.

Finn zako­ły­sał się na pię­tach. Wie­dział, jak trudno jest dum­nemu czło­wie­kowi pro­sić o przy­sługę. On sam od dawna nikogo o nic nie pro­sił. Pro­wa­dził naprawdę nie­zwy­kłe życie.

-?Kiedy mam to zro­bić? -?zapy­tał zre­zy­gno­wa­nym gło­sem. Gdy tylko wypo­wie­dział te słowa, z zakładu wyszła młoda kobieta, sta­nęła obok nich i we trójkę roz­glą­dali się nie­uf­nie po Salem Street.

Finn patrzył, jak się żegnają. Schu­mann obej­mo­wał ją, jakby któ­reś z nich wyru­szało na wojnę. Trzę­sły mu się ramiona. Młoda zga­szona kobieta pokle­pała go po ple­cach, ale wyraz jej twa­rzy mówił: "Ty głup­cze, gdy­byś tylko znał wszyst­kie powody do pła­czu". Kra­wiec otarł twarz i powie­dział do niej coś w obcym języku, zdej­mu­jąc jej z policzka baweł­nianą nić. Finn zro­zu­miał jedy­nie: "No już, głowa do góry. Jesteś teraz w Ame­ryce".

Co on naro­bił? Co powie Vanes­sie? A co z ich rodzi­nami, które sie­działy w buj­nym ogro­dzie i cze­kały na jego powrót do domu? Już trudno było pogo­dzić się z fak­tem, że któ­ryś z Evan­sów mija nie­prze­kra­czalną gra­nicę i wcho­dzi do cuch­ną­cego, oto­czo­nego murami irlandzko-wło­sko-żydow­skiego getta, któ­rym jest North End, i do nory, któ­rej wła­ści­cie­lem jest Żyd uchodźca, by ode­brać swoje gar­ni­tury i suk­nie żony.

Tym zaj­mo­wały się poko­jówki. Służba! Dawny przy­ja­ciel z Harvardu John Col­lins ni­gdy nie zapo­mniał rymo­wanki, którą jego ojciec poeta napi­sał wła­śnie o tym: "To stary dobry Boston, z fasolą i dor­szem za pro­giem, gdzie Lowel­lo­wie roz­ma­wiają tylko z Cabo­tami, a Cabo­to­wie tylko z Bogiem". Evan­so­wie i Adam­so­wie nie spro­wa­dzali do domu uchodź­ców, któ­rzy dopiero co zeszli ze statku, wychu­dzo­nych, bla­dych, w czy­stych, lecz nędz­nych ubra­niach, o wiel­kich oczach i ustach i ledwo wyczu­wal­nym odde­chu.

Finn Evans miał to zro­bić. Ale tego nie prze­my­ślał. Z wyjąt­kiem...

Była otę­piała i udrę­czona, miała oczy koloru bostoń­skiego portu pod­czas burzy, trudne do opi­sa­nia, zie­lo­no­szare. Głowę okrę­ciła brą­zo­wym sza­lem, robiąc duży węzeł nad wyso­kim czo­łem.

-?Jak się w ogóle nazy­wasz? -?zapy­tał, nie mogąc powstrzy­mać wes­tchnie­nia. Nie spo­dzie­wał się odpo­wie­dzi, może tylko jakie­goś głu­chego jęku.

Ale młoda kobieta spoj­rzała na niego oczami o bar­wie gra­nitu, wypro­sto­wała się i z dumą cha­rak­te­ry­styczną dla sta­rego świata powie­działa głę­bo­kim, sil­nym, andro­gy­nicz­nym altem:

-?Isa­belle Mar­ty­niwna Lazar.

Jej wargi lekko drżały.

Stali twa­rzami do sie­bie.

-?Ja jestem Finn -?przed­sta­wił się.

6. Lucas

6

Lucas

Potężny męż­czy­zna, który zgo­dził się zabrać ją do swo­jego domu, był przy­stojny i ele­gancki, nawet z popo­łu­dnio­wym zaro­stem i nieco zmierz­wio­nymi, zacze­sa­nymi do tyłu ciem­no­blond wło­sami. Może wła­śnie dla­tego Isa­belle czuła, że coś jest nie w porządku. Działo się tak z dwóch powo­dów. Pierw­szym był gar­ni­tur. W naj­bar­dziej nie­przy­jemny spo­sób przy­po­mi­nał jej innych ludzi w jej życiu, któ­rzy nosili gar­ni­tury, choć nie tak ele­ganckie i dobrze skro­jone jak ten.

Jed­nak głów­nym powo­dem była nama­calna nie­chęć, z jaką ten męż­czy­zna zgo­dził się wyświad­czyć Schu­man­nowi przy­sługę. Isa­belle nie rozu­miała zbyt dobrze angiel­skiego, ale rozu­miała ludzką naturę i wie­działa, że Schu­mann narzu­cił ją nie­chęt­nemu osob­ni­kowi, komuś, kto nie lubi, by mu cokol­wiek narzu­cano. Trudno było uznać począ­tek jej nowego życia za bar­dziej nie­for­tunny.

Szli razem uli­cami obcego mia­sta. Były błot­ni­ste, brudne i hała­śliwe. Wszystko razem było nie do znie­sie­nia, dopóki nie weszli do innej czę­ści mia­sta, gdzie nagle zro­biło się mniej tłoczno i poja­wiły się drzewa. Nie wie­działa, czemu chód tego męż­czy­zny jest tak nie­pewny; wyda­wał się młody, mniej wię­cej w jej wieku, ale poru­szał się wol­niej niż kule­jący sie­dem­dzie­się­cio­lat­ko­wie w Ispa­sie. Pró­bo­wała zwol­nić, by dosto­so­wać się do jego tempa, ale im wol­niej szła, tym bar­dziej on też zwal­niał! Może to jakaś forma dziw­nej rycer­sko­ści? W Ukra­inie wszy­scy męż­czyźni poru­szali się, jakby bie­gli do pożaru, nie zwra­ca­jąc uwagi na kobiety.

Kiedy Isa­belle obser­wo­wała zma­ga­nia Ame­ry­ka­nina z pro­stą czyn­no­ścią cho­dze­nia, on prze­ma­wiał do niej w języku tak obcym jak mia­sto. Kilka słów rozu­miała. "Brak samo­chodu". "Nie ma par­kingu". "Cho­dzić". Może prze­pra­szał, że muszą iść pie­chotą, zamiast jechać samo­cho­dem? Żało­wała, że nie może mu powie­dzieć, że ni­gdy nie sie­działa w samo­cho­dzie, więc nie ma za co prze­pra­szać.

Gdy zbli­żali się do roz­le­głego parku na wzgó­rzu, pod­szedł do nich męż­czy­zna. Finn ujął Isa­belle za łokieć i pró­bo­wał go omi­nąć. Ale męż­czy­zna nie chciał ich prze­pu­ścić. Był przy­stojny -?i pijany. Isa­belle czuła jego oddech z odle­gło­ści dwóch metrów. Pró­bo­wał wcią­gnąć Finna do roz­mowy, klep­nął go w plecy, bła­gał. Finn pra­wie nie reago­wał.

-?Lucas -?powta­rzał. -?Lucas, prze­stań.

Męż­czy­zna o imie­niu Lucas ruszył w stronę Isa­belle, wycią­gnął rękę i ukło­nił się -?po czę­ści dla żartu, po czę­ści kokie­te­ryj­nie, głów­nie pijacko.

-?Nazy­wam się Lucas -?przed­sta­wił się. -?A jak brzmi imię panienki?

-?Moje imię -?odparła z naci­skiem -?to Isa­belle Mar­ty­niwna Lazar.

Lucas skło­nił się i uca­ło­wał jej dłoń.

-?Miło mi panią poznać, Isa­belle -?powie­dział, prze­cią­ga­jąc jej imię w spo­sób, jakiego ni­gdy dotąd nie sły­szała. Iiiii­za­be­eeellle.

-?Wystar­czy -?rzu­cił Finn i ją odcią­gnął. -?To nikt. Pro­szę się nim nie przej­mo­wać -?dodał, kiedy minęli męż­czy­znę.

Isa­belle prych­nęła cicho. Jakby pijany głu­piec mógł w ogóle tra­fić na listę rze­czy, któ­rymi się przej­mo­wała.

Jed­nego była pewna: Finn kła­mał. Lucas nie był nikim. Gdy bła­gał Finna, na jego twa­rzy malo­wała się poufa­łość, żal, prze­pro­siny. A w spoj­rze­niu Finna, gdy pró­bo­wał igno­ro­wać intruza, widać było nie­na­wiść i ból.

7. Farma w Hampton

7

Farma w Hamp­ton

Kiedy Finn nie­do­pusz­czal­nie późno wró­cił do domu, jego rodzice i rodzice Vanessy odpo­czy­wali na patio peł­nym kwia­tów w doni­cach i popi­jali bez­al­ko­ho­lowe mint juleps.

-?Finn, gdzie się podzie­wa­łeś? -?zagrzmiał Wal­ter Adams, nie­mal już eme­ry­to­wany pre­zes banku zarzą­dza­nego przez Finna i jego teść. Żona Wal­tera, Lucy, spoj­rzała kry­tycz­nie ze swego krze­sła, na któ­rym sie­działa ze szklanką soku grejp­fru­to­wego. Praw­dzi­wego soku; nie­stety, nie był to eufe­mizm okre­śla­jący wino.

-?Lubię dopiąć wszystko na ostatni guzik. -?Finn uśmiech­nął się ner­wowo.

-?Wal­ter nie­po­trzeb­nie się nie­cier­pliwi, Esmon­dzie -?powie­działa Lucy, która w beżach wyglą­dała ide­al­nie, lecz miała w sobie coś okrut­nego. Była jedyną osobą, która upie­rała się, by zwra­cać się do niego jego dru­gim imie­niem, Finn Esmond Evans. Podała mu szklankę gazo­wa­nej wody i wypił ją dusz­kiem jak rol­nik, bo strasz­nie chciało mu się pić. Gdy wszedł, jak zawsze roz­ma­wiano o znie­sie­niu pro­hi­bi­cji. Od dzie­się­ciu lat wszy­scy roz­ma­wiali wyłącz­nie o znie­sie­niu pro­hi­bi­cji i o gieł­dzie.

-?Vanessa jesz­cze nie zeszła? -?zapy­tał Finn. -?Witaj, mamo.

-?Witaj, kocha­nie. Nie, jesz­cze jej nie widzie­li­śmy -?powie­działa Oli­via sie­dząca pod dużym para­so­lem z lemo­niadą i książką w dło­niach.

Obok niej sie­dział jego ojciec, Earl Evans, i czy­tał gazetę.

-?Witaj, synu. W banku wszystko w ide­al­nym porządku? -?Nawet nie opu­ścił gazety.

-?Dzień dobry, ojcze. Tak, wszystko jest ide­alne.

-?Wal­te­rze, poroz­ma­wiasz z Esmon­dem o proś­bie Johna Reade'a? -?zaczęła Lucy. -?Czy będziesz cze­kał wiecz­nie?

-?Nie wiecz­nie, Lucy, tylko do kola­cji -?odparł Wal­ter.

Zanie­po­ko­jony Finn odwró­cił się w stronę domu. Wpro­wa­dził Isa­belle do salonu i pro­sił, by tam zacze­kała, dopóki nie poin­for­muje żony o nagłym, nie­prze­dy­sku­to­wa­nym z nią nabytku. Ale Vanessa na­dal nie była gotowa.

-?Finn, usiądź, odpręż się -?pole­cił Wal­ter. -?Chcę z tobą poroz­ma­wiać.

-?Zacze­kajmy do kola­cji, Wal­te­rze -?popro­sił Finn. -?Mam...

-?John Reade potrze­buje wię­cej pie­nię­dzy, żeby dokoń­czyć remont farmy w Hamp­ton -?wyrzu­ciła z sie­bie Lucy.

-?Dzięki, Lucy -?mruk­nął Wal­ter. -?I wszystko pomie­sza­łaś. On nie chce jej remon­to­wać, tylko sprze­dać. Zna­lazł chęt­nego kupca, więc czas nagli. Trzeba ją tylko dopie­ścić.

Finn uniósł brwi. "Dopiesz­cze­nie" zwy­kle było powią­zane z sym­bo­lem dolara. Cza­sami trzema.

-?A co to za farma, Wal­te­rze? -?zapy­tał, na­dal sto­jąc.

-?No wła­śnie, drogi chłop­cze, nawet my o niej zapo­mnie­li­śmy - powie­działa Lucy. -?Chyba nie byli­śmy tam ani razu od czasu naszego ślubu przed trzy­dzie­stoma trzema laty.

-?Nale­żała do mojego ojca -?oznaj­mił Wal­ter, jakby dal­sze wyja­śnie­nia były zbędne. -?I ojca mojego ojca. I ojca ojca mojego ojca. John Reade jest naszym dobrym przy­ja­cie­lem i musimy udzie­lić mu dal­szego kre­dytu, by pokryć te koszty oraz koszty kilku innych pro­jek­tów, nad któ­rymi razem pra­cu­jemy. Możesz to zro­bić, prawda? Może w ramach Pro­gramu Roz­woju Biz­nesu?

-?Pierw­szy raz sły­szę o tym domu w Hamp­ton, Joh­nie Readzie i jego kre­dy­cie -?odparł Finn. -?Poroz­ma­wiamy o tym przy kola­cji, dobrze? Muszę...

-?Nie przej­muj się żadną z tych rze­czy. -?Wal­ter mach­nął ręką. -?Jak wspo­mnia­łem, John chce pod­łą­czyć pod ten kre­dyt inne wspólne pro­jekty, trzy czy cztery. Potrze­buje dodat­ko­wych trzech milio­nów dola­rów.

Finn zagwiz­dał, pora­żony ogromną sumą.

-?Wal­te­rze, jak bar­dzo potrzebny jest remont w tej nie­ru­cho­mo­ści, o któ­rej ni­gdy nie sły­sza­łem?

-?Mówi­łem, że trzeba ją tylko tro­chę ogar­nąć. Dodać ostat­nią war­stwę farby, kilka gałek do drzwi.

-?Gałki do drzwi za trzy miliony dola­rów? -?zapy­tał Finn. Pra­wie powie­dział: "To cho­ler­nie dużo gałek". -?Mają być ze złota, jak te w Luw­rze?

-?Więk­szość pie­nię­dzy jest prze­zna­czona na inne budowy w Ames­bury i New­bu­ry­port. To kre­dyt para­so­lowy.

Finn wzru­szył ramio­nami.

-?Rynek nie­ru­cho­mo­ści notuje lek­kie straty.

-?Mamy kupca! Umowa jest domknięta.

-?Cie­ka­wią mnie te inne pro­jekty. W ponie­dzia­łek, dobrze?

Na szczę­ście Vanessa weszła w końcu na patio przez drzwi bal­ko­nowe, jak zawsze nie­ska­zi­tel­nie ubrana, ucze­sana, sub­telna, uśmiech­nięta i spo­kojna.

-?Vanesso, jesteś naresz­cie, kocha­nie. Prze­pięk­nie wyglą­dasz! - powie­działa Lucy. -?Cze­ka­li­śmy na cie­bie.

-?Wiem. Ja... -?zaczęła i Finn zasta­no­wił się, czy przy­go­to­wała sobie zakoń­cze­nie zda­nia. Lucy oca­liła córkę przed koniecz­no­ścią wyja­śnia­nia, poda­jąc jej tacę z tar­tin­kami.

Finn poca­ło­wał żonę w poli­czek i wziął od niej tacę.

-?Witaj, kocha­nie. Nie, nie sia­daj, chodź ze mną na chwilę. Muszę ci coś poka­zać.

Już w środku, zanim zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, Vanessa rzu­ciła:

-?Gdzie się podzie­wa­łeś? Strasz­nie się spóź­ni­łeś. Znowu piłeś z tym okrop­nym Luca­sem? -?Wspięła się na palce, by pową­chać jego oddech.

-?Nie, Vee, mówi­łem ci, że już się z nim nie widuję. -?Posta­no­wił zataić krót­kie spo­tka­nie przy Boston Com­mon, gdzie Lucas czę­sto na niego cze­kał. -?Ode­bra­łem twoje suk­nie od Schu­manna. Ale mam też dobre wie­ści. -?Uśmiech­nął się, zaci­ska­jąc zęby. -?Przy­pro­wa­dzi­łem ci dodat­kową pomoc do domu.

-?Nie potrze­buję jej, kocha­nie. Mam wszystko. -?Się­gnęła po jego dłoń.

-?Wysłu­chaj mnie. -?Stali w pół­mroku holu tuż za drzwiami bal­ko­no­wymi. - Myślę, że tobie i domowi przy­da­łaby się pomoc.

-?Nie potrze­buję pomocy. -?Przez twarz Vanessy prze­biegł cień. -?Co to zna­czy, że przy­pro­wa­dzi­łeś mi pomoc? To nie jest tylko roz­mowa?

-?Chodź ze mną, Vee -?powie­dział Finn i wziął żonę za rękę. -?Chcę, żebyś kogoś poznała.

8. Lavelle

8

Lavelle

Vanessa patrzyła z nie­do­wie­rza­niem, gdy jej mąż wypchnął do przodu młodą kobietę w lichym ubra­niu i paskud­nych męskich butach, w brą­zo­wym szalu na gło­wie, z posza­rzałą i pospo­litą twa­rzą. Pocho­dziła ze świata, któ­rego Vanessa nie znała. Nie wie­działa, czy ta kobieta była lub mogła być atrak­cyjna, i nic jej to nie obcho­dziło. Widok tej kru­chej, prze­ra­żo­nej istoty w jej domu zbyt mocno nią wstrzą­snął.

-?To Isa­belle -?powie­dział Finn. -?Isa­belle, poznaj moją żonę Vanessę. - Uśmie­chał się, jakby przed­sta­wiał sobie swoje naj­lep­sze przy­ja­ciółki.

Vanessa stała onie­miała.

W końcu się opa­mię­tała.

-?Jak się masz? -?ode­zwała się i spoj­rzała ze zło­ścią na męża.

Kobieta ide­al­nie ją naśla­do­wała.

-?Jak się masz? -?powtó­rzyła twar­dym gło­sem ze sło­wiań­skim akcen­tem. Nie spoj­rzała jed­nak ze zło­ścią na męża Vanessy.

-?Skąd pocho­dzisz... Isa­belle?

-?Isa­belle Mar­ty­niwna Lazar -?dopre­cy­zo­wała kobieta z wysoko pod­nie­sioną głową i wypro­sto­wa­nymi szczu­płymi ramio­nami. -?Z U-kra-iny.

-?W Ame­ryce mówimy Ukra-iny -?wyja­śniła Vanessa.

-?Ukra-iny w Ame­ryce -?powie­działa Isa­belle po kró­ciut­kiej pau­zie, ide­al­nie naśla­du­jąc sopran Vanessy.

-?Mówisz po angiel­sku? -?zapy­tała Vanessa, krzy­wiąc się ze zmie­sza­nia.

-?Teraz mówię, prawda? -?Akcent i ostry głos wró­ciły.

-?Prze­pra­szamy na chwilę.

W holu Vanessa odwró­ciła się gwał­tow­nie do męża.

-?Finn, nie!

-?Vanesso, prze­pra­szam, kocha­nie. -?Ści­snął ją za ramiona. -?Nie mia­łem czasu na zasta­no­wie­nie. Schu­mann mnie osa­czył. Popro­sił o przy­sługę. Chciał, żebym ją zatrud­nił. Nie mogłem odmó­wić.

-?Ja odma­wiam teraz. Odpro­wadź ją z powro­tem. Pro­szę.

-?Dajmy jej szansę na mie­siąc lub dwa. Dodat­kowa para rąk zawsze się przyda.

-?Finn!

-?Kocha­nie, parę dni temu mówi­łaś, że czu­jesz się lekko przy­tło­czona. - Finn obrzu­cił ją spoj­rze­niem. -?I mogę tylko zauwa­żyć, że nie do końca się przy­go­to­wa­łaś na nasz wie­czór z rodziną.

-?Jestem dosko­nale przy­go­to­wana -?odparła. -?Cie­bie też tu nie było.

-?Byłem w pracy. A potem po dru­giej stro­nie mia­sta. Ale tutaj aku­rat masz rację, kocha­nie. I na­dal nie jesteś gotowa...

-?Jestem cał­ko­wi­cie gotowa.

-?Wyglą­dasz cudow­nie. Co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści. Ale szpilki we wło­sach są jesz­cze z rana. Nie nało­ży­łaś pra­wie w ogóle maki­jażu...

-?Mam natu­ralny, odpo­wiedni na letni wie­czór.

-?Tylko na jed­nym oku, kocha­nie. Zapo­mnia­łaś poma­lo­wać natu­ral­nie dru­gie uro­cze oko. -?Finn uśmiech­nął się.

-?A co to ma wspól­nego z czym­kol­wiek?

-?Być może będzie mogła ci pomóc, żebyś nie musiała robić wszyst­kiego w takim pośpie­chu. Ubrać dziew­czynki, poba­wić się z nimi, zabrać je do parku i tym podobne rze­czy.

Vanessa zamru­gała.

-?Od tego mamy Edith.

-?Edith nie jest już taka młoda. Trudno jej scho­dzić ze scho­dów i zakrę­cać na pode­stach. Nie lubi wspi­nać się na wzgó­rza. Junie powie­działa mi, że nie były w parku przez cały zeszły tydzień! Jest lato, kocha­nie, naj­lep­sza pora w Bosto­nie. A jed­nak dziew­czynki prze­sia­dują w domu.

-?Finn, mamy patio i ogród i... Och, co ja wyga­duję, tu nie cho­dzi o dziew­czynki albo o park!

-?Nie?

-?Spro­wa­dzi­łeś do domu obcą kobietę, żeby z nami zamiesz­kała, nie oma­wia­jąc tego wcze­śniej ze mną!

-?Roz­ma­wiam z tobą teraz.

-?To tylko for­mal­ność.

Finn przy­glą­dał się poważ­nie jej twa­rzy. Vanessa dobrze znała ten wyraz. To był wyraz nie­stru­dzo­nej per­swa­zji. Spo­kojny, pogodny, pełen roz­sąd­nych argu­men­tów, jej mąż nie ustę­po­wał, dopóki nie przy­sta­wała na to, do czego chciał ją nakło­nić. Trze­cie dziecko? Jasne. Wędro­wiec z obcego kraju? Pew­nie.

Wma­sze­ro­wała z powro­tem do salonu.

-?Jak się tu dosta­łaś, Isa­belle?

-?Idziemy -?powie­działa. -?Idziemy od Schu­manna.

-?Skąd przy­by­łaś?

-?Od Schu­manna -?powtó­rzyła Isa­belle.

-?Wiel­kie nieba! Czemu nie może mnie zro­zu­mieć? Masz pozwo­le­nie, żeby miesz­kać w Ame­ryce, pra­co­wać? Finn, możesz pomóc? Możesz jej wytłu­ma­czyć, o co ją pytam?

-?Nasza łódź zato­nąć w nocy -?odrze­kła Isa­belle. -?Wielki sztorm. Dużo ludzi umrzeć. Nie ja. -?Nie powie­działa jed­nak tego tak, jakby spo­tkało ją wiel­kie szczę­ście. Słowa zabrzmiały, jakby została prze­klęta.

-?Jaka łódź?

-?Nie znam nazwa łodzi.

-?Twój sta­tek zato­nął?

-?Tak. Sta­tek zato­nąć w Lavelle.

-?Gdzie?

Finn wtrą­cił się do roz­mowy.

-?Przy­po­mi­nam sobie, że jakiś mie­siąc temu czy­ta­łem coś o kata­stro­fie statku han­dlo­wego na wschod­nim krańcu portu w Bosto­nie. Ude­rzył w skały i odwró­cił się do góry dnem. Pew­nie o tym mówi.

-?Czemu mia­łaby pły­nąć na statku han­dlo­wym? -?Vanessa odwró­ciła się do Isa­belle. -?Czemu byłaś na statku han­dlo­wym?

-?Nie wiem, co to han­dlowy. Mój sta­tek zato­nąć.

-?Bar­dzo mi przy­kro -?odparła Vanessa. -?Ale to nie nasza wina. Nie jeste­śmy odpo­wie­dzialni za kata­strofę statku. Nie odpo­wie­dzia­łaś na żadne z moich pytań. Odpo­wie­dzia­łaś za to na pyta­nie, któ­rego nie zada­łam.

-?Chcę odpo­wie­dzieć, ale naprawdę nie znam nazwy łodzi.

Vanessa odwró­ciła się na pię­cie i wybie­gła z salonu. Finn podą­żył za nią.

9. Truro

9

Truro

Finn uświa­do­mił sobie ze wsty­dem, że Isa­belle praw­do­po­dob­nie wyczuła wro­gość jego żony. Trudno było jej nie wyczuć. Źle to wszystko roze­grał. Nie przy­go­to­wał odpo­wied­nio Vanessy, nie mógł tego zro­bić, ale nie o to cho­dziło. Wyka­zał się bra­kiem sza­cunku dla nich obu. Osa­czył jedną i obra­ził drugą.

Po ucieczce Vanessy zakło­po­tany Finn wró­cił do salonu, gdzie cze­kała Isa­belle. Nie była jed­nak sama. Stały przy niej córeczki Finna i przy­glą­dały się jej z zacie­ka­wie­niem. Ona patrzyła na jego dzieci z wyra­zem twa­rzy, któ­rego nie potra­fił roz­szy­fro­wać. Było w nim coś nie­zgłę­bio­nego.

-?Kto to jest, tatu­siu?

-?To Isa­belle -?odparł Finn. -?Zosta­nie u nas przez jakiś czas. Będzie poma­gać Wic­ker w kuchni, Loret­cie, Mar­cie i Edith. Mamusi też. To moje córki -?zwró­cił się do kobiety. -?Mae i Junie.

-?Ile roków? -?zapy­tała Isa­belle sztywno po angiel­sku.

-?Ile mają lat? Mae sie­dem, a Junie sześć.

Isa­belle przy­glą­dała się dziew­czyn­kom.

-?To maluszki -?szep­nęła.

-?Nie jeste­śmy malusz­kami, ty jesteś malusz­kiem -?rzu­ciła Junie.

-?Junie! Maniery! -?skar­cił ją Finn.

-?Prze­pra­szam, tatu­siu.

-?Nie mnie.

-?Prze­pra­szam, Isa­belle.

Powie­działa coś po ukra­iń­sku, co zabrzmiało jak "sło­neczka".

Gdy dziew­czynki zaczęły zarzu­cać ją pyta­niami, Finn musiał im powie­dzieć o barie­rze języ­ko­wej.

-?Może kiedy zabie­rze was do parku, nauczy­cie ją tro­chę angiel­skiego?

-?Możemy być jej nauczy­ciel­kami! -?wykrzyk­nęła zachwy­cona Mae.

-?Jak naj­bar­dziej. -?Zwró­cił się do Isa­belle: -?Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.

Isa­belle zamru­gała, udręka w jej oczach jesz­cze się pogłę­biła.

-?Nie martw się -?powtó­rzyła. -?Wszystko będzie dobrze.

W towa­rzy­stwie dziew­czy­nek Finn zapro­wa­dził Isa­belle na dół do kuchni i popro­sił Wic­ker, by dała jej coś do jedze­nia, a gospo­dy­nię Mar­thę, by przy­go­to­wała dla niej pokój w czę­ści dla służby.

-?Ni­gdy nie sły­sza­łem o tej Lavelle -?powie­dział Finn do Isa­belle, gdy wycho­dził, by dołą­czyć do rodziny. -?A znam wszyst­kie wyspy w por­cie.

-?Lavelle -?powtó­rzyła Isa­belle. -?Dwa świa­tła takie same.

-?Podwójne świa­tła... -?Finn nie­mal się uśmiech­nął. -?Cho­dzi ci o wyspę Lovells.

-?Nie, Lavelle -?upie­rała się Isa­belle. -?Wiem, gdzie się roz­bić.

-?To się wyma­wia LA-vels -?popra­wił ją Finn.

-?To się wyma­wia La-VELLE -?odparła kobieta.

Na zewnątrz cze­kała na niego cała kano­nada pytań.

-?Co się dzieje, Esmon­dzie? -?dopy­ty­wała się Lucy. -?Vanessa mówi mi, że spro­wa­dzi­łeś do domu jakąś kobietę.

-?Nie kobietę...

-?Nie jest kobietą? -?rzu­ciła Vanessa.

-?For­mal­nie rzecz bio­rąc, jest, ale... nie spro­wa­dzi­łem do domu kobiety. Przy­pro­wa­dzi­łem pra­cow­nicę.

-?Nie jest potrzebna -?powie­działa Lucy. -?Vanessa wspa­niale pro­wa­dzi dom.

-?Zde­cy­do­wa­nie -?odparł Finn. -?Ale nawet ide­alna żona od czasu do czasu potrze­buje pomocy. -?Finn nie patrzył na Vanessę, a na jej twa­rzy nie drgnął ani jeden mię­sień.

-?Podobno nie mówi po angiel­sku? -?zapy­tał Wal­ter.

Finn wzru­szył ramio­nami, uda­jąc non­sza­lan­cję.

-?Pocho­dzi z Ukra­iny? -?zapy­tała Lucy. -?Jakim cudem się tu dostała? Ma ze sobą rodzinę?

-?Nie wiem.

-?Zasta­na­wiam się, czy mogę jej zadać parę pytań -?powie­dział Wal­ter. - Bank Natio­nal Shaw­mut poży­cza dzie­siątki milio­nów dola­rów Związ­kowi Radziec­kiemu. Bar­dzo chciał­bym się dowie­dzieć, jak tam jest.

-?Wal­te­rze, wąt­pię, by mogła ci pomóc z takimi geo­po­li­tycz­nymi infor­ma­cjami -?odparł Finn. -?Chyba że znasz ukra­iń­ski.

-?Potrafi czy­tać i pisać?

-?Cho­dziła w ogóle do szkoły?

-?Z jakiej czę­ści Ukra­iny pocho­dzi? -?dopy­ty­wał się Wal­ter. -?To głów­nie rol­ni­czy rejon. Pocho­dzi z mia­sta, może z Kijowa?

Finn roz­ło­żył ręce.

-?Przy­pro­wadź ją tutaj, żeby­śmy mogli ją zapy­tać.

-?Wie­cie co? -?odparł łagod­nie Finn. -?Pozwólmy jej się tu zado­mo­wić, zanim zaczniemy ją prze­słu­chi­wać.

-?To żadne prze­słu­cha­nie -?obu­rzył się Wal­ter. -?Jeste­śmy tylko cie­kawi.

-?Jak naj­bar­dziej, tatu­siu -?ode­zwała się Vanessa. -?Ja na przy­kład jestem cie­kawa, jak nie­mowa, która nie zna angiel­skiego i nie rozu­mie pro­stych pole­ceń, pomoże mi w pro­wa­dze­niu domu i opiece nad dziećmi.

-?Nie wiem -?odparł Finn cierpko, bo zaczy­nał się zło­ścić. -?Czy nieme osoby potra­fią obie­rać ziem­niaki? Kroić cebulę? Myć pod­łogi? Pie­lić w ogro­dzie? Zabie­rać dzieci do parku? Mamy ogromny dom i dużo obo­wiąz­ków. Na pewno znaj­dziemy dla niej jakieś zaję­cie. -?Nie pró­bo­wał ukryć iry­ta­cji. -?Jeśli naprawdę uwa­żasz, że nie może ci tu pomóc, zabiorę ją do banku, żeby poma­gała mnie.

-?Nie bądź śmieszny -?rzu­cił Wal­ter.

-?Nie bądź śmieszny -?powtó­rzyła jak echo Vanessa, jed­nak głos jej zadrżał.

Matka Finna posta­no­wiła inter­we­nio­wać.

-?Daj­cie mu spo­kój -?powie­działa. -?Dobry czło­wiek, który od dekady jest jego kraw­cem, popro­sił go o przy­sługę. Mój syn znaj­duje się w tym szczę­śli­wym poło­że­niu, że mógł się zgo­dzić. Przy­ja­ciel był w potrze­bie, ta kobieta też jest w potrze­bie i Finn zare­ago­wał. Stało się tylko dobro, żadna krzywda. Czemu się zacho­wu­je­cie, jakby wypo­wie­dział wojnę?

-?Oli­vio, masz abso­lutną rację -?przy­znał Earl. -?Należy poma­gać ludziom w potrze­bie, jeśli tylko jest się w sta­nie. To akt miło­sier­dzia.

-?Dzię­kuję, kocha­nie -?powie­działa Oli­via. -?Naprawdę to pod­nosi na duchu obie strony: dają­cego i obda­ro­wa­nego.

Czemu Finn czuł, że pośród słów wspar­cia wypo­wia­da­nych przez rodzi­ców jest ukryte tępe ostrze? Czy te uwagi były wymie­rzone w niego? A jeśli tak, to dla­czego?

-?Kiedy ona poczuje się swo­bod­niej, synu -?zaczął Earl -?chcie­li­by­śmy ją poznać. Nie żeby ją wypy­ty­wać, ale powi­tać w rodzi­nie.

-?Z całym sza­cun­kiem, Earlu -?Vanessa zwró­ciła się do teścia. -?Jeśli będziemy jej pła­cić, a zakła­dam, że tak się sta­nie, będzie słu­żącą. Nie czę­ścią rodziny.

-?Oka­zu­jemy uprzej­mość ludziom, któ­rzy miesz­kają pod naszym dachem - wtrą­ciła Oli­via i nawet Lucy wydała z sie­bie nie­chętny odgłos na znak, że zga­dza się ze swoją odpo­wied­niczką. Bostoń­czycy miesz­kający w Beacon Hill trak­to­wali swoją służbę z naj­więk­szym sza­cun­kiem. -?I kocha­nie - dodała matka Finna -?powiedz Isa­belle, żeby słu­chała radia i czy­tała gazety. To wspa­niały spo­sób, by nauczyć się nowego języka.

-?Będziemy musiały zna­leźć inny spo­sób, żeby jej to prze­ka­zać, Oli­vio - odparła Vanessa -?bo na razie nie rozu­mie nic a nic po angiel­sku.

Zna­leźli ją, jak cho­dziła po poko­jach i doty­kała prze­łącz­ni­ków, mar­mu­ro­wych komin­ków i luster, prze­su­wała koniusz­kami pal­ców po świe­żych kwia­tach, wazo­nach z cera­miki, wypo­le­ro­wa­nym sre­brze, prze­su­wała dłońmi po gład­kim par­kie­cie, otwie­rała i zamy­kała pokrywę pralki i nachy­lała się, by zaj­rzeć do bębna. Ani na krok nie odstę­po­wały jej Mae i Junie, które cho­dziły za nią boso i ją naśla­do­wały. Ona doty­kała, one też. Ona prze­su­wała, one też. Otwie­rała szafki, one też otwie­rały.

-?Włącz­nik świa­tła -?mówiły, gdy naci­skała go raz po raz.

-?Włącz­nik świa­tła -?powta­rzała. -?Żyran­dol. Lodówka.

Pod­nio­sła Junie i wsa­dziła ją do pustego bębna pralki.

-?Pie­rze Junie -?powie­działa.

-?O, tak, pro­szę! -?wykrzyk­nęła Junie.

A Mae, zwy­kle bar­dziej ostrożna od sio­stry, zaczęła pod­ska­ki­wać i pisz­czeć:

-?Mnie też, mnie też!

-?Ty następna -?powie­działa Isa­belle. -?Pie­rze Mae.

-?Czemu gła­dziła głowy moich córek tak samo, jak doty­kała pralki? - dopy­ty­wała się szorstko Vanessa. -?Tam skąd pocho­dzi, nie mają dzieci?

Zabrali ze sobą Isa­belle na week­end na Cape Cod, do Truro. Finn pro­wa­dził nowiut­kiego sedana Pac­karda Eight, kupio­nego zale­d­wie przed mie­sią­cem, prze­stron­nego, mięk­kiego, dopiesz­czo­nego w każ­dym szcze­góle. Isa­belle, która sie­działa z dziew­czyn­kami z tyłu, przez trzy godziny podróży wyglą­dała przez okno i od czasu do czasu powta­rzała słowa, któ­rymi zasy­py­wały ją Mae i June.

Truro, poło­żone wśród roz­le­głych wydm w pobliżu krańca Outer­most Har­bor, było leni­wym nad­mor­skim mia­stecz­kiem, peł­nym osza­lo­wa­nych domów przy­kry­tych dachami z cedro­wych gon­tów. Week­en­dowe ustro­nie Finna było wiel­kim bia­łym domem oto­czo­nym soczy­stą zie­le­nią i jasnymi kwia­tami. Dom stał na pagórku, z któ­rego roz­cią­gał się widok na kilo­me­try dzie­wi­czych plaż i mokra­deł na zatoką Cape Cod. Do wody pro­wa­dziła pry­watna ścieżka z drew­nia­nymi stop­niami. Finn kupił ten dom w pre­zen­cie dla rodziny po naro­dzi­nach Mae w 1922 roku i wszy­scy uwiel­biali tam spę­dzać let­nie week­endy i waka­cje, może z wyjąt­kiem Vanessy, bo ona w głębi duszy była dziew­czyną z mia­sta. W Truro nikt się nie spie­szył. Tam się po pro­stu było. To wła­śnie Finn lubił w mia­steczku naj­bar­dziej.

W domu było mnó­stwo miej­sca dla wszyst­kich, nawet dla nowo przy­by­łej. Isa­belle zamiesz­kała w pokoju kucharki. Adder i Ele­anor przy­je­chali póź­nym popo­łu­dniem ze swoim okrop­nym synem Mon­tym. Adder, nie­wy­soki męż­czy­zna z wielką głową, stale przy­wo­ły­wał Isa­belle, by ją wypy­ty­wać. Jej mil­cze­nie na chwilę odwra­cało jego uwagę, ale potem znów wra­cał do tematu i koniecz­nie chciał się dowie­dzieć, jak dotarła do Bostonu, jak długo to trwało, skąd wypły­nęła, czy ma rodzinę i gdzie ona jest. Isa­belle stała jak słup z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy i raz po raz powta­rzała:

-?Nie rozu­mieć.

-?Masz matkę, ojca, męża, dzieci? -?Adder nie dawał za wygraną, wska­zu­jąc dzieci, mężów, matki.

-?Nie rozu­mieć -?powta­rzała Isa­belle, nie mru­gnąw­szy nawet okiem.

Dziew­czynki popro­siły Isa­belle, by poszła z nimi nad wodę. Vanessa stwier­dziła, że pew­nie nie umie pły­wać.

-?Ukra­ina nie ma prze­cież dostępu do morza?

Sły­sząc jej słowa, Isa­belle zeszła nad brzeg morza, zdjęła skó­rzane buty, które nosiła nawet na piasz­czy­stej plaży, weszła do wody w sukni i chu­stce i zanur­ko­wała.

-?W tej Ukra­inie bez dostępu do morza pew­nie mają rzeki -?zauwa­żył Finn. -?I Morze Czarne.

-?Może ona rozu­mie wię­cej, niż się nam wydaje -?stwier­dził Adder.

-?Może chce, żebyś zosta­wił ją w spo­koju -?odparł Finn.

Isa­belle długo pły­wała tam i z powro­tem, a Mae i Junie pokrzy­ki­wały do niej z brzegu.

-?Jak ona chce się wysu­szyć? -?zapy­tał Adder, gdy obie pary sie­działy na weran­dzie i popi­ja­jąc brzo­skwi­niową lemo­niadę, obser­wo­wały plażę.

-?Pro­szę, daj jej ręcz­nik, Vanesso -?powie­dział Finn. -?Zro­bił­bym to sam, ale jak by to wyglą­dało?

-?Jest cie­pło -?odparła Ele­anor. -?Nic jej nie będzie, sama wyschnie.

Poczciwa stara Ele­anor zawsze spie­szy na ratu­nek. Kiedy tylko sio­stra powie­działa jej, żeby tego nie robiła, Vanessa pobie­gła po dwa ręcz­niki dla Isa­belle.

-?Ona ma jakieś inne ubra­nia? -?zapy­tał Adder. -?Pew­nie powinna się prze­brać w coś suchego.

Kiedy Isa­belle wresz­cie wyszła z wody, chustka zsu­nęła się jej z głowy i Finn zoba­czył, że jest w zasa­dzie łysa. Na pewno ogo­lili jej głowę, gdy prze­cho­dziła przez kon­trolę imi­gra­cyjną. Usia­dła na kło­dzie drewna w pobliżu wody, a Mae i Junie wyda­wały okrzyki zdzi­wie­nia na widok jej łysej czaszki i pocie­rały ją, jakby pole­ro­wały mebel.

-?Bie­daczka -?powie­dział Adder. -?Jest cała prze­mo­czona, a ta długa suk­nia tylko się do niej przy­kleja. Vanesso, daj jej kostium kąpie­lowy. Będzie jej wygod­niej.

-?Nic z moich rze­czy nie będzie na nią paso­wać. Jest za wysoka.

-?Nie robią kostiu­mów dla wyso­kich osób? -?zapy­tał Finn. -?A ty nie pły­wasz.

-?Pla­nuję, kocha­nie. Może póź­niej, jeśli jesz­cze będzie gorąco.

Na­dal było gorąco, ale Vanessa nie poszła pły­wać.

Vanessa ni­gdy nie pły­wała. Opo­wia­dała o wodzie i upale, ale ni­gdy nie weszła do wody: ani z Fin­nem, ani z dziećmi, ani z sio­strą.

W nie­dzielne popo­łu­dnie Finn obser­wo­wał Isa­belle sto­jącą nad brze­giem w powie­wa­ją­cej teraz suchej fio­le­to­wej sukni do kostek i w chu­stce owi­nię­tej wokół głowy. Stała tak długo z rękami sple­cio­nymi na piersi w posta­wie obron­nej i wpa­try­wała się w nie­mal szklaną taflę wody. I ona, i morze trwali bez ruchu. Finn przy­glą­dał się jej zasko­czony, zdu­miony. Kiedy pod­bie­gła do niej Junie, nie­mal chciał krzyk­nąć: "Nie, nie, nie prze­szka­dzaj jej, zostaw ją w spo­koju. Niech zosta­nie tam, gdzie chce". Ale Isa­belle ock­nęła się z zadumy, nachy­liła do Junie, uśmiech­nęła się i wycią­gnęła rękę, by czu­łym gestem poło­żyć ją na ramie­niu dziew­czynki. Junie poka­zała jej muszelkę i razem ruszyły na poszu­ki­wa­nie dal­szych skar­bów.

Week­end był nie­po­ko­jący, choć głów­nie nie­cie­kawy, a zakłó­ciły go jedy­nie nie­wy­ja­śnione obra­że­nia Addera, które odniósł przed śnia­da­niem w nie­dzielę i przy stole zja­wił się z opuch­nię­tym nosem i impo­nu­jąco pod­bi­tym okiem. Miał też roz­ciętą wargę i pra­wie nic nie jadł. Powie­dział, że wszedł na drzwi, był nie­ostrożny i nie patrzył, gdzie idzie. Ele­anor była prze­ra­żona. Chciała koniecz­nie wie­dzieć, które to drzwi i czy sta­no­wią zagro­że­nie dla "mojego kocha­nego Monty'ego". Żądała wyja­śnień, czemu Vanessa ma w domu drzwi, które mogą zro­bić krzywdę doro­słemu męż­czyź­nie. Adder powie­dział Ele­anor, że robi nie­po­trzebne zamie­sza­nie i żeby o wszyst­kim zapo­mniała. Pod­czas posiłku nie odzy­wał się ani sło­wem, nie zada­wał Isa­belle żad­nych pytań, nawet na nią nie patrzył, a po śnia­da­niu szybko się spa­ko­wali i wyje­chali.

Nie­dziela była spo­kojna i piękna i pozo­stali wcale nie chcieli wyjeż­dżać. Finn i Vanessa w końcu wyru­szyli do Bostonu dobrze po zmroku. Zmę­czone dzieci spały na tyl­nym sie­dze­niu pac­karda, a z przodu Finn i Vanessa roz­ma­wiali cicho o obra­że­niach Addera. Nie mogli sobie wyobra­zić, jak męż­czy­zna mógł wejść na drzwi z taką siłą, by skoń­czyć z roz­ciętą wargą, pod­bi­tym okiem i nie­mal zła­ma­nym nosem.

Na to ode­zwała się sie­dząca z tyłu Isa­belle.

-?Ten czło­wiek to nic dobrego -?oświad­czyła.

Finn nie cze­kał do piątku, żeby zoba­czyć się z Schu­man­nem. We wto­rek wziął ubra­nia do repe­ra­cji i zabrał ze sobą Isa­belle. Schu­mann wspo­mi­nał, że może mieć dla niej jakieś ubra­nia. Finn potrze­bo­wał go też jako tłu­ma­cza.

Robo­cze buty Isa­belle dener­wo­wały Vanessę. Chciała, żeby nowa pra­cow­nica miała na sobie przy­zwo­ite obu­wie, gdy zabiera dziew­czynki do parku. Bo te pra­gnęły nie tylko ogo­lić głowy "jak Isa­belle", ale też zaży­czyły sobie podob­nych skó­rza­nych butów na Gwiazdkę. Schu­mann powie­dział, że buty są bar­dzo cenne: dobrze zro­bione i dro­gie.

-?Rozu­miem -?odparł Finn. -?Nie każę jej ich wyrzu­cić. Ale może znaj­dziesz dla niej parę nor­mal­nych trze­wi­ków. Żeby pomóc jej w asy­mi­la­cji.

Opo­wie­dział Schu­man­nowi o nie­wiel­kim nie­po­ro­zu­mie­niu, do jakiego doszło mię­dzy nim a Isa­belle, i popro­sił o wyja­śnie­nie. Na Cape pod­szedł do niej, gdy sie­działa przy oknie, i zapy­tał, czy ma ochotę na kola­cję. Nie zare­ago­wała, jakby go nie sły­szała. Dopiero kiedy zwró­cił się do niej po imie­niu, dostrze­gła jego obec­ność.

-?Isa­belle -?powie­dział. A ona się odwró­ciła. Prze­pro­sił, że ją wystra­szył. -?Przez chwilę myśla­łem, że jesteś głu­cha.

-?Co? -?zapy­tała.

-?Myśla­łem, że jesteś głu­cha -?powtó­rzył wol­niej i gło­śniej.

-?Co?

Poka­zał na swoje uszy, potem na jej i powie­dział:

-?Myśla­łem, że nie sły­szysz!

-?Co? -?odparła Isa­belle.

Finn cze­kał, gdy Schu­mann wszystko jej wyja­śniał.

-?Prosi, żeby ci powie­dzieć, że nie jest głu­cha -?oznaj­mił kra­wiec.

-?To czemu stale powta­rzała słowo "co"?

Schu­mann i Isa­belle wymie­nili kilka słów.

-?Mówi, że żar­to­wała.

-?Co? -?zapy­tał Finn po kró­ciut­kiej chwili i zamru­gał.

-?Toczno -?rzu­ciła Isa­belle po ukra­iń­sku. Nie uśmiech­nęła się.

-?Powie­działa: "dokład­nie". -?Schu­mann też się nie uśmiech­nął.

-?W porządku -?odparł Finn. -?Wyja­śnij jej, że na tym eta­pie bariera języ­kowa mię­dzy nami jest zbyt duża, żeby żar­to­wała.

-?Chce pan, żebym jej powie­dział, że nie może żar­to­wać? -?dopy­ty­wał się Schu­mann.

-?Toczno -?rzu­cił Finn. -?Powiedz jej, że nie może żar­to­wać.

Isa­belle pod­nio­sła głowę, by powstrzy­mać Schu­manna przed dal­szym tłu­ma­cze­niem.

-?Rozu­miem, co mówisz. Bariera języ­kowa mię­dzy nami jest zbyt duża, żebym żar­to­wała. -?Nie powie­działa tego swoim altem z nor­mal­nym akcen­tem. Wypowie­działa te słowa bary­to­nem Finna, z bostoń­skimi nale­cia­ło­ściami, bez ukra­iń­skiego akcentu. Po pro­stu powtó­rzyła jego słowa, jakby odtwa­rzała nagra­nie.

-?Chyba wyra­zi­łem się jasno, że nie będzie żad­nych żar­tów -?dodał Finn.

-?Wyra­zi­łeś się jasno, że nie będzie żad­nych żar­tów.

Finn odwró­cił się do Schu­manna.

-?Jak ona to robi?

Schu­mann wzru­szył ramio­nami.

-?Zawsze zna­ko­mi­cie wszyst­kich naśla­do­wała. Ludzi, konie, ptaki, obo­jętne. Szcze­rze mówiąc, wolał­bym, żeby umiała szyć.

Finn zamy­ślił się.

-?Zapy­taj ją o Addera, mojego szwa­gra. Chcę wie­dzieć, czy coś się mię­dzy nimi wyda­rzyło.

Kiedy Schu­mann odwró­cił się do Isa­belle, ona już mówiła szybko po ukra­iń­sku, jakby zro­zu­miała pyta­nie Finna.

Schu­mann odchrząk­nął.

-?Nie zada­wał­bym jej pytań, na które nie chce pan usły­szeć odpo­wie­dzi. Ona nie waży słów.

-?Chcę usły­szeć odpo­wiedź na moje pyta­nie.

Isa­belle coś powie­działa.

Schu­mann wes­tchnął.

-?Mówi, że nikt nie będzie jej doty­kał, jeśli nie chce być doty­kana. A tam­ten męż­czy­zna pró­bo­wał ją dotknąć.

Finn z obrzy­dze­niem potrzą­snął głową. A to gad!

-?Może doszło do nie­po­ro­zu­mie­nia?

-?Ni -?odparła Isa­belle.

-?Więc pod­biła mu oko?

-?Pro­szę mi wie­rzyć -?odparł Schu­mann -?miał szczę­ście.

Finn zagwiz­dał. Nie potra­fił ukryć, że jest pod lek­kim wra­że­niem. Isa­belle stała obok Schu­manna bierna, chuda jak szczapa, nie­groźna.

-?Może nam pan dać kilka minut? -?zapy­tał Schu­mann, się­ga­jąc po coś do szafki. -?Ale tylko kilka, klienci już się scho­dzą. Sły­szy pan, jak walą do drzwi? Wyważą je, jakby to był szturm na banki w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym pierw­szym roku.

10. Efros i Żuk

10

Efros i Żuk

Ukra­ina, luty 1929

Tydzień po strze­la­ni­nie Isa­belle i Mirik koń­czyli dostar­czać mleko. Meta­lowe bańki dźwię­czały na wozie, gdy mijali pobo­cze drogi, przy któ­rej Stan i Wita­lij pocho­wali sowie­tów. Słońce dopiero wstało i w zamglo­nym jesz­cze świe­tle nie­wiele było widać. Isa­belle spoj­rzała w las, wcią­gnęła gwał­tow­nie powie­trze i chwy­ciła Mirika za ramię.

-?Mirik -?szep­nęła. -?Zatrzy­maj wóz.

-?Nie -?odparł Mirik, trzy­ma­jąc lejce drżą­cymi dłońmi. -?Jedziemy dalej.

-?Mirik, zatrzy­maj wóz!

-?Nie, Iso, nie patrz. Pro­szę. Nie patrz. -?Pona­glił konia, pra­gnąc wyprze­dzić to, co przed chwilą ujrzeli. Ale Isa­belle wie­działa: nie można wyprze­dzić nie­za­tar­tego obrazu wła­snej zagłady.

Z gałęzi drzew, zwią­zane za kostki, zwi­sały głową w dół nagie, oka­le­czone ciała Stana i Wita­lija.

-?Mówi­li­śmy wam w Sza­ta­wie, mówi­li­śmy w Pro­sku­ro­wie, mówi­li­śmy w Kamieńcu. Mówi­li­śmy wam po rosyj­sku i po ukra­iń­sku tak gło­śno, jak tylko się dało. Niech wie każdy z was z osobna i wszy­scy razem, że nikomu nie wolno pod­nieść ręki na dzia­ła­cza, funk­cjo­na­riu­sza, przed­sta­wi­ciela par­tii komu­ni­stycz­nej ani urzęd­nika radziec­kiego rządu. To jedyne ostrze­że­nie, następ­nych nie będzie. Każ­dego, kto je zigno­ruje, czeka nie­chybna śmierć.

Jefim Efros, młod­szy sier­żant OGPU dele­go­wany do Ispasu, stał w gra­na­to­wym mun­du­rze pokry­tym mili­tar­nymi insy­gniami, w oku­la­rach, wyso­kich butach i obra­mo­wa­nej futrem czapce. Prze­ka­zy­wał ponurą wia­do­mość w świe­tlicy peł­nej rów­nie ponu­rych miesz­kań­ców. Ota­czali go jego uzbro­jeni ope­ra­tyw­nicy.

Efros i jego ludzie przez nie­całe pół­to­rej godziny prze­słu­chi­wali garstkę ludzi po tym, jak Oleg Tre­tiak, któ­rego Isa­belle od zawsze nie­na­wi­dziła, wydał Stana i Wita­lija, kła­miąc, że chłopcy ukra­dli mu broń i go pobili. Popro­wa­dził Efrosa pro­sto na miej­sce pochówku. Stary Tre­tiak zawsze był prze­kupny i myślał, że wyda­jąc braci Babi­czów, ocali wła­sną skórę. Ale dzień póź­niej OGPU i tak go roz­strze­lało -?za wspie­ra­nie maso­wego mordu i spi­sek w celu jego ukry­cia. Powie­sili go obok Stana i Wita­lija nad gro­bem trzy­na­stu sowie­tów i zabro­nili miesz­kań­com zdej­mo­wać ciała. Będą tam wisieć, aż zostaną z nich szkie­lety. Zdję­cie ciał i pochó­wek też będą karane śmier­cią.

Po kilku dniach od przy­by­cia Efrosa w Ispa­sie zaro­iło się do cze­ki­stów, spe­ców od agi­ta­cji, admi­ni­stra­to­rów, rad­nych i dzia­ła­czy do spraw kolek­ty­wi­za­cji przy­sła­nych przez sekre­ta­rza Cen­tral­nego Komi­tetu Pro­pa­gandy w Ukra­inie.

Cici i Jana pla­no­wały naj­róż­niej­sze akcje odwe­towe, ale Roman i Isa­belle zabro­nili im robić cokol­wiek, co zwró­ci­łoby jesz­cze więk­szą uwagę na ich rodzinę, zwłasz­cza że Cici była krewną Stana i Wita­lija -?ich matki były sio­strami.

Począt­kowo Cici nie chciała słu­chać. Powie­działa, że roz­wie­dzie się z Roma­nem, a nie pozwoli, by Stan i Wita­lij pozo­stali nie­po­msz­czeni. Jana z całego serca ją popie­rała. Ale zanim Cici zdą­żyła wnieść o roz­wód, a cię­żarna Jana wziąć sprawy w swoje ręce, Efros aresz­to­wał Mirona Kowala, naj­bo­gat­szego han­dla­rza zbo­żem w Ispa­sie, i wyrzu­cił jego rodzinę z wiel­kiego domu sto­ją­cego tuż przy głów­nym placu, dokład­nie jak prze­wi­dział kupiec z Sza­tawy. Bol­sze­wicy prze­jęli dom i wybu­rzyli ściany, by na dole powstała jedna wielka zimna izba, i pospiesz­nie zwo­łali zebra­nie w związku z następ­nymi kro­kami.

Następne kroki obej­mo­wały dwie rze­czy: rekwi­zy­cję i kolek­ty­wi­za­cję.

Rekwi­zy­cja pole­gała na odbie­ra­niu żyw­no­ści z zapa­sów rol­ni­ków, naj­pierw po dobroci, a jeśli było trzeba -?siłą.

Kolek­ty­wi­za­cję sowieci prze­pro­wa­dzali z wiel­kim wysił­kiem od 1928 roku; miała na celu połą­czyć małe pry­watne gospo­dar­stwa w Ukra­inie w więk­sze, pozo­sta­jące pod kon­trolą pań­stwa. Mirik stwier­dził, że nie znosi mieć racji.

-?Naje­chała nas setka komu­ni­stów -?powie­dział. -?Uzbro­jo­nych, głod­nych, wście­kłych i goto­wych do wojny. Gdyby Stan i Witia, niech Bóg ma w opiece ich dusze, sie­dzieli cicho, na­dal mie­li­by­śmy tu setkę komu­ni­stów, ale tylko głod­nych.

-?A ja uwa­żam wręcz prze­ciw­nie -?sprze­ci­wił się Roman. -?Gdyby bez względu na wszystko pla­no­wali nami ponie­wie­rać, to Stan i Witia powinni wystrze­lać ich wię­cej. -?Odwró­cił się do sio­stry. -?A ty co myślisz, Iso?

-?Mnie do tego nie mie­szaj -?odparła Isa­belle. Nie chciała sprze­ci­wiać się mężowi w obec­no­ści swo­ich braci.

Kiedy miesz­kańcy Ispasu nie oka­zali entu­zja­zmu dla następ­nych kro­ków i nie zgo­dzili się przyjść na zebra­nie, sowieci zapo­wie­dzieli, że obec­ność jest obo­wiąz­kowa. Każda rodzina, która nie przy­śle swo­jego przed­sta­wi­ciela do kwa­tery bol­sze­wi­ków, zosta­nie aresz­to­wana i depor­to­wana do "obozu reso­cja­li­za­cyj­nego" w samej Rosji. Gdy fre­kwen­cja na­dal pozo­sta­wiała wiele do życze­nia, sowieci zaczęli wysy­łać dele­ga­tów do poszcze­gól­nych gospo­darstw, by prze­ka­zy­wali roz­kazy bar­dziej bez­po­śred­nio. Każ­dego ranka ofi­cer pro­pa­gan­dowy, uzbro­jony w kwie­ci­stą reto­rykę i nała­do­wany kara­bin, odwie­dzał gospo­darstwo w oko­licy śnia­da­nia i wychwa­lał zalety kolek­ty­wi­za­cji. O wiele za wcze­śnie zja­wił się u Laza­rów.

Ispas, wieś bez dostępu do morza, liczyła tysiąc miesz­kań­ców i led­wie dwie­ście gospo­darstw poło­żo­nych na bez­gra­nicz­nych rów­ni­nach i w rzad­kich lasach połu­dniowo-zachod­niej Ukra­iny. Każde gospo­darstwo spe­cja­li­zo­wało się w tej lub innej pro­duk­cji. Miesz­kańcy wymie­niali się towa­rami, pie­nią­dze w zasa­dzie w ogóle nie były im potrzebne, chyba że jechali na targ w Czer­wo­nej, gdzie sprze­da­wali nad­wyżkę upraw, żeby kupo­wać buty i garnki. W zamian za swoje mleko Kowa­len­ko­wie dosta­wali chleb i bekon i zwy­kle to im wystar­czało, nawet pod­czas cięż­kich zim takich jak ta, która już mijała, choć wyda­wała się nie mieć końca.

Zie­mia Laza­rów leżała trzy kilo­me­try na zachód od cen­trum wsi. Mieli sześć hek­ta­rów głów­nie pła­skiego terenu z sied­mioma domami wybu­do­wa­nymi na pagórku z wido­kiem na dolinę. Domy były wygodne, dwa z nich cał­kiem duże, wszyst­kie kryte strze­chą, z kolo­ro­wymi gli­nia­nymi ścia­nami i kle­pi­skiem zamiast pod­łogi. Stały tam też dwie obory dla krów Mirika i staj­nia z dwu­dzie­stoma bok­sami dla koni Romana. Pobli­skie stru­mie­nie wyko­rzy­sty­wano do nawad­nia­nia pól i łowie­nia ryb, ale naj­bliż­szą praw­dziwą rzeką był Dniestr, który pły­nął trzy­dzie­ści kilo­me­trów dalej na połu­dnie, wijąc się wzdłuż gra­nicy Ukra­iny i Rumu­nii. Naj­bliż­szym mia­stem był Kamie­niec, dwa­na­ście kilo­me­trów na wschód. Odle­gło­ści dzie­lące mia­sta i wio­ski były ogromne, więc wie­ści roz­cho­dziły się powoli; gazety były spóź­nione cza­sem o kilka tygo­dni, a poczta nie­mal nie funk­cjo­no­wała.

Chłopi pra­co­wali ciężko, ale w ich pro­stym życiu było wiele rado­ści. W pobli­skich lasach po desz­czu można było zbie­rać grzyby. Latem krzewy jeżyn i malin były obsy­pane owo­cami, które tra­fiały do plac­ków i bim­bru. Czarna gleba zni­kała pod morzem zło­tej psze­nicy w lecie, a potem sza­rzała zimą, jakby prze­ży­wała żałobę, cze­ka­jąc na następny zasiew.

W domu Isa­belle, gdy zie­mia pozo­sta­wała w żało­bie, sie­działo dwóch męż­czyzn: jeden w gar­ni­tu­rze, drugi w mun­du­rze. Spo­ży­wali jej jedze­nie, ale chcieli od niej cze­goś wię­cej niż tylko kilku ziem­nia­ków. Jed­nym z nich był Jefim Efros, pacho­łek OGPU. Dru­gim Kon­dra­tij Żuk, akty­wi­sta par­tii komu­ni­stycz­nej zaj­mu­jący się kolek­ty­wi­za­cją.

Żuk powie­dział, że chce poroz­ma­wiać z Roma­nem Laza­rem jak "męż­czy­zna z męż­czy­zną". Roman zro­bił krok naprzód, lecz Isa­belle odsu­nęła krze­sło i gestem naka­zała bratu, by został na miej­scu.

-?Jestem Isa­belle Kowa­lenko -?powie­działa. -?Zie­mia należy do mnie. Jestem naj­star­szym dziec­kiem mojego ojca.

Żuk zacmo­kał i otak­so­wał ją spoj­rze­niem. Był pulch­nym, jed­nak dziw­nie sztyw­nym męż­czy­zną, zasad­ni­czym i spo­co­nym, z wydat­nym, zakrzy­wio­nym nosem i wło­sami w strą­kach. Mógł mieć trzy­dzie­ści lat, ale fana­tyzm go posta­rzył.

-?Myśla­łem, że u Koza­ków o wszyst­kim decy­dują męż­czyźni -?powie­dział z uzna­niem.

-?Nie jeste­śmy Koza­kami -?odparła Isa­belle, nawet nie mru­ga­jąc do Romana. Kiedy do two­jego domu zawita wróg, ważne jest, by ukry­wać, kim się jest, dopóki nie się okaże, czego chce. Cie­szyła się, że Roman zapa­mię­tał tę lek­cję ojca i mil­czał.

-?Nie? -?rzu­cił Żuk. -?To pew­nie się prze­sły­sza­łem. Nie jeste­ście dziećmi osła­wio­nego Kozaka Mar­tyna Lazara? No, nie­ważne. Było, minęło. Wojna i tak dalej. Dobrze. Poroz­ma­wiam z wami. Zaczniemy od waszej pierw­szej nie­ści­sło­ści. Ale, ale, macie może jesz­cze tro­chę bekonu i ziem­nia­ków? Ależ dobrze jada­cie w tych stro­nach!

Przy­nio­sła mu wię­cej bekonu. Rzu­cił się na niego i kon­ty­nu­ował prze­mowę.

-?O czym to mówi­li­śmy? A tak, o waszych nie­ści­sło­ściach. Jefim, pouczy­cie towa­rzyszkę Kowa­lenko w moim imie­niu, a ja skoń­czę jej pyszny posi­łek?

Efros, który sie­dział przy stole i też zaja­dał się spe­cja­łami Isa­belle, zaczął mówić z peł­nymi ustami, z któ­rych wypa­dały kawałki ziem­nia­ków i cebuli.

-?To nie jest wasza zie­mia -?powie­dział, prze­żu­wa­jąc. -?Ta zie­mia, jak w całym Związku Radziec­kim, należy do par­tii komu­ni­stycz­nej. Takie prawo usta­no­wiono w tysiąc dzie­więć­set sie­dem­na­stym roku, tuż po chwa­leb­nej rewo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej. Cała zie­mia w Rosji i we wszyst­kich repu­bli­kach została zna­cjo­na­li­zo­wana dwa­na­ście lat temu. Nie wie­dzie­li­ście? No to już wie­cie. Ta zie­mia jest nasza. Łaska­wie pozwa­lamy wam na niej miesz­kać i pra­co­wać. -?Efros miał czer­wony bul­wia­sty nos. Był pijac­kim klau­nem w woj­sko­wym mun­du­rze. Sapał, gdy jadł, i sapał, gdy mówił.

-?I tutaj wła­śnie mamy pro­blem -?wtrą­cił Żuk. Nabrał jedze­nie na wide­lec i nie wycie­ra­jąc ust, mówił dalej. -?Macie sześć hek­ta­rów, co daje ogromne gospo­dar­stwo z nie­ogra­ni­czo­nym poten­cja­łem.

-?Jego poten­cjał ogra­ni­cza się do sze­ściu hek­ta­rów -?wyja­śnił Roman.

Żuk pod­niósł rękę i nawet nie spoj­rzał w jego stronę.

-?Poten­cjał tej ziemi jest cał­ko­wi­cie nie­wy­ko­rzy­stany.

Nikt się nie ode­zwał. W pokoju znaj­do­wali się Isa­belle, jej bra­cia i Mirik. Isa­belle ode­słała synów z matką do sto­doły, a Cici i Janie nie wolno było wejść do środka, bo to nie był czas na wojo­wa­nie.

-?Bar­dzo dobrze -?cią­gnął Żuk. -?Będę mówił dalej. Po pierw­sze, nie upra­wia­cie na swo­jej ziemi psze­nicy. Nie sadzi­cie bura­ków. Ani ziem­nia­ków. To wygląda na mar­no­wa­nie sze­ściu hek­ta­rów, zwłasz­cza gdy ciężko pra­cu­jący lud w mia­stach gło­duje.

-?Hodu­jemy konie -?wyja­śniła Isa­belle.

-?I krowy.

-?Nie zaj­mu­jemy się tam­tymi rze­czami, o któ­rych wspo­mi­na­li­ście - powie­działa Isa­belle.

-?Jeste­śmy tu po to, by kazać wam się nimi zająć.

-?Zaj­mu­jemy się hodowlą koni i bydła mlecz­nego -?powtó­rzyła Isa­belle. - Jeśli chce­cie ziem­nia­ków, powin­ni­ście poroz­ma­wiać ze Sta­nem i Wita­li­jem Babi­czami. To oni upra­wiają ziem­niaki w Ispa­sie. No... upra­wiali -?dodała. W jej gło­sie sły­chać było nie­na­wiść.

-?Roz­ma­wiamy o waszym gospo­dar­stwie, towa­rzyszko Kowa­lenko -?powie­dział Efros -?nie o tych zbrod­nia­rzach Babi­czach, któ­rzy zostali sto­sow­nie uka­rani. Naprawdę potrzeba wam aż sze­ściu hek­ta­rów, żeby uzy­skać kil­ka­na­ście litrów mleka?

-?Tak -?odparła Isa­belle. -?Kro­wom potrzebne są pastwi­ska. Koniom też. Potrze­bują nawet wię­cej pastwisk i tere­nów niż krowy. Sześć hek­ta­rów to bar­dzo nie­wiele, jeśli uwzględni się potrzeby naszych zwie­rząt.

-?A co z potrze­bami bied­nych radziec­kich ludzi, któ­rzy harują w pocie czoła dla Mateczki Rosji, nawet gdy my tu sobie roz­ma­wiamy?

-?Wszy­scy ludzie potrze­bują mleka -?powie­działa Isa­belle. -?Sowieci i Ukra­ińcy tak samo.

-?Bo z mleka robi się masło i ser -?wyja­śnił Roman, jakby roz­ma­wiał z wio­sko­wym głup­kiem.

Żuk wark­nął, żeby się zamknął, ale był zakło­po­tany uwagą Romana, jakby nie wie­dział, skąd bie­rze się masło i ser.

-?Moi bra­cia -?zaczęła Isa­belle -?hodują i szkolą konie i dostar­czają je nie­mal na całą połu­dniowo-zachod­nią Ukra­inę, gdzie są wyko­rzy­sty­wane w rol­nic­twie.

-?Aha! I to pro­wa­dzi do kolej­nego waż­nego punktu, towa­rzyszko Kowa­lenko -?kon­ty­nu­ował Żuk, wra­ca­jąc do aro­ganc­kiego tonu.

-?Coś dużo jest tych waż­nych punk­tów -?zauwa­żył Roman. -?Możemy je poukła­dać w kolej­no­ści?

-?Poukła­dam je dla was -?powie­dział Żuk. -?Konie to prze­ży­tek! Nie­ba­wem wyginą jak dino­zaury. Są bez­u­ży­teczną pozo­sta­ło­ścią impe­ria­li­zmu. I trzeba je kar­mić! -?Jeden nawie­dzony pro­pa­gan­dy­sta i jeden uzbro­jony bol­sze­wicki rekwi­zy­tor sie­dzieli, palili i pili mleko Mirika. Isa­belle, która zaj­mo­wała miej­sce naprze­ciwko Żuka, musiała wbić wzrok w obrus na stole. Potra­fiła się opa­no­wać, ale nie była w sta­nie ukryć wyrazu oczu, z któ­rego można było wyczy­tać, jakimi uczu­ciami napeł­nia ją gad taki jak Żuk, który zja­wił się w jej domu nie­pro­szony, a potem obra­żał naj­szla­chet­niej­sze, kró­lew­skie, nie­znisz­czalne zwie­rzęta, jakimi były jej kara­bach­skie konie. Wie­działa, że Żuk zauważy pogardę w jej oczach. I być może coś jesz­cze bar­dziej zło­wiesz­czego. Nie pod­no­siła wzroku, gdy mówił dalej.

-?Lada chwila wy, Laza­ro­wie, wypad­nie­cie z gry. Nie­ważne, czego chcą i w co wie­rzą ukra­iń­scy chłopi, cały Zwią­zek Radziecki zosta­nie prze­nie­siony do nowo­cze­snego świata. Także Ukra­ina. Konie staną się prze­żyt­kiem, nawet w waszym zaco­fa­nym Ispa­sie. I bar­dzo dobrze! Nad­cho­dzi trak­tor, młoc­kar­nia! Żni­wiarka! Wial­nia! Wasze rol­nic­two zosta­nie zme­cha­ni­zo­wane, a wy zin­du­stria­li­zo­wani. Aby zdo­być maszyny, musimy je kupo­wać na zagra­nicz­nym rynku. Ale kupimy je za zboże, wła­śnie za tę psze­nicę, któ­rej obec­nie nie upra­wia­cie.

Kiedy ani Roman, ani Isa­belle nie odpo­wia­dali, mówił dalej.

-?Zeszłego lata Ispas miał wyzna­czone normy. Każde gospo­dar­stwo miało dostar­czyć okre­śloną ilość zboża. Wypeł­ni­li­ście je?

-?Nikt nie wypeł­nił -?odparła Isa­belle. -?Nie tylko Laza­ro­wie i Ispas. Nie wypeł­niła ich Ukra­ina. Były za wyso­kie. Mie­li­śmy poważne pro­blemy z plo­nami. Taka jest pogoda, towa­rzy­szu. Cza­sami nie­prze­wi­dy­walna. Dostar­czy­li­śmy wyzna­czoną nam ilość mleka na masło i ser.

-?Nie pro­simy, żeby­ście tłu­ma­czyli nam swoje nie­po­wo­dze­nia, towa­rzyszko Kowa­lenko -?stwier­dził Żuk. -?Towa­rzysz Sta­lin naka­zał, a my musimy nakazy wypeł­niać.

Isa­belle pod­nio­sła rękę.

-?Jesz­cze nie skoń­czy­łam -?zapro­te­sto­wała. -?Poza warun­kami pogo­do­wymi Laza­ro­wie nie dostar­czyli wyzna­czo­nych norm zboża, ponie­waż nie upra­wiamy psze­nicy. Nie możemy zebrać, czego nie zasia­li­śmy, towa­rzy­szu Żuk. Nie można nas karać za to, że nie dostar­czyliśmy psze­nicy albo bura­ków cukro­wych. To by miało tyle samo sensu, co kara­nie pie­ka­rza za to, że nie dostar­czył wyma­ga­nej ilo­ści poci­sków.

Żuk poczer­wie­niał na twa­rzy.

-?To my mówimy wam, co macie robić, nie wy nam! -?Ura­żony i zakło­po­tany z tru­dem łapał oddech. Słowa Isa­belle były tak roz­sądne, że mógł tylko grzmieć i się wście­kać. -?Ale poczy­ni­li­ście słuszną uwagę, towa­rzyszko Kowa­lenko. Dla­tego dzi­siaj z wami roz­ma­wiamy. Jesie­nią będziemy od was wyma­gać zbio­rów psze­nicy. A naj­lep­szym spo­so­bem na unik­nię­cie zakłó­ceń, o któ­rych wspo­mi­na­cie, jest kolek­ty­wi­za­cja.

-?Sły­sza­łem, że tej jesieni normy zboża są jesz­cze wyż­sze niż w zeszłym roku -?powie­dział Mirik.

-?Oczy­wi­ście! -?wykrzyk­nął Żuk, ude­rzają dło­nią w drew­niany stół. - Muszą być wyż­sze, żeby zre­kom­pen­so­wać nie­wy­ba­czal­nie kiep­skie plony z zeszłego roku.

-?Sły­sze­li­ście, co mówi­łam, towa­rzy­szu? -?zapy­tała Isa­belle.

-?Tak, tak -?rzu­cił znie­cier­pli­wiony. -?Nie chcę wię­cej słu­chać waszych ukra­iń­skich wymó­wek. Zacznie­cie siać psze­nicę. Pod­da­cie się kolek­ty­wi­za­cji i sta­nie­cie się nowo­cze­snymi, wydaj­nymi, upra­wia­ją­cymi psze­nicę socja­li­stami, jakich życzy sobie widzieć par­tia.

-?Chce­cie, żeby­śmy zaczęli siać psze­nicę, którą potem sprze­da­cie, żeby kupić maszyny i pozbyć się naszych koni? -?zapy­tał Roman. -?Nie, dzię­kuję.

-?Macie zacząć siać psze­nicę, bo lud radziecki musi jeść! -?powie­dział Efros.

-?Biedni głupcy -?rzu­cił Żuk szy­der­czo. -?Wydaje się wam, że to jest roz­mowa. -?Prych­nął. -?My nie pro­simy.

Roman miał dość.

-?Nie słu­cha­cie mojej sio­stry -?powie­dział. -?Nie słu­cha­cie mnie. Wyja­śnię wam naj­pro­ściej, jak potra­fię. Nie można w jed­nym roku przejść od pastwisk do pól upraw­nych.

-?My możemy i zro­bimy to -?upie­rał się Żuk.

-?Czy skoro już zje­dli­ście, zechcie­li­by­ście się przejść z nami po gospo­dar­stwie? -?zapy­tał Roman. -?Pokażę wam, że gleba jest ubita. Ni­gdy nie była upra­wiana ani nawo­żona, ni­gdy w niej nie siano ani nie wydała plonu. Mamy dwa­dzie­ścia arów ziemi upraw­nej, która żywi naszą rodzinę. Ale reszta to pła­ska, przy­po­mi­na­jąca step zie­mia.

-?Ale to prze­cież sławny ukra­iń­ski czar­no­ziem -?odparł Żuk. -?Na nim można zasiać wszystko.

-?Wyjdź­cie na drogę -?cią­gnął Roman -?po któ­rej od dzie­się­cio­leci jeż­dżą wozy i konie. Wyjdź­cie tam, wykop­cie dołek, zasiej­cie ziarno w gli­nie i zobacz­cie, co z niego wyro­śnie, towa­rzy­szu. -?Roman pra­wie wyplu­wał słowa.

-?Prze­pisz­cie wasze gospo­dar­stwo na nowo powstały koł­choz w Ispa­sie, a przy­ślemy wam ludzi i pługi, by upra­wiać waszą ste­pową zie­mię.

Isa­belle widziała, jak brat poci się pod koł­nie­rzy­kiem. On też nie potra­fił ukryć swo­ich uczuć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Pro­log

Pew­nego let­niego wie­czoru w nie­wiel­kiej wio­sce na połu­dnie od cywi­li­za­cji, na wschód od dzi­kich gór, na zachód od Morza Czar­nego, piękna młoda kobieta o imie­niu Isa­belle goto­wała, pie­kła i deko­ro­wała dom na wesele jej przy­ja­ciółki Cici ze swoim bra­tem Roma­nem Laza­rem. Kiedy skoń­czyła ozda­biać dom, zaczęła stroić sie­bie. Wło­żyła czer­woną suk­nię i pięć cięż­kich sznu­rów korali. Wplo­tła we włosy jedwabne wstążki, różowe, poma­rań­czowe i żółte, uwiła wia­nek ze ślazu i magno­lii i wło­żyła go na złote pukle koloru sier­ści kara­ba­skiej kla­czy.

Cała duża rodzina pra­co­wała ciężko od wcze­snego ranka, teraz wszystko było gotowe i nie­ba­wem nadej­dzie czas na zasłu­żoną ucztę. Na tę oka­zję stoły ugi­nały się od jedze­nia. Zbiory tego lata nie były naj­lep­sze, ale to nie miało zna­cze­nia, bo nie oszczę­dzano na niczym, by uho­no­ro­wać parę, która wstąpi w święty zwią­zek mał­żeń­ski.

Roman, nie­zwy­kle przy­stojny pan młody, w koszuli koloru ultra­ma­ryny i spodniach z czar­nego aksa­mitu, jechał na Bojku, swoim ulu­bio­nym ogie­rze palo­mino. A Cici, roz­pro­mie­niona panna młoda w hafto­wa­nej bia­łej sukni przy­bra­nej piwo­niami i różami, sie­działa na sio­dle przed Roma­nem; mieli trzy razy okrą­żyć wiej­ską cer­kiew, zanim włożą korony męża i żony.

Upie­czono koro­waje, przy­go­to­wano gorzałkę, do któ­rej dodano wię­cej miodu i pie­przu. Pla­cek z makiem, pam­puszki, kutia, szisz kebaby i fasze­ro­wana kapu­sta -?wszystko to roz­sta­wiono na stole jak ofiarę.

Mąż Isa­belle grał na skrzyp­cach, jej młod­szy brat akom­pa­nio­wał mu na akor­de­onie, a matka grała na bała­łajce. Najmłod­szy brat Isa­belle moco­wał się z jej synami w kurzu pod drze­wami, bo sądzili, że Isa­belle ich tam nie zauważy.

Wzno­sili toa­sty za życie i cie­szyli się uśmie­chami losu. Zasy­pali nowo­żeń­ców pre­zen­tami i życze­niami. Tań­czyli ukra­iń­ski ślubny marsz, naj­szyb­szą ślubną polkę na świe­cie, tań­czyli koło­myjkę i hopaka. Muzyka nie prze­sta­wała grać, a domowy bim­ber pły­nął stru­mie­niem. I Boże mij, ależ był mocny! To cud, że dotrwali do rana. Ślub zaczął się o jede­na­stej, a wesele cią­gnęło się cały wie­czór i noc, aż świt obja­wił się olśnie­wa­ją­cym błę­ki­tem indygo i różem.

Sześć tysięcy kilo­me­trów od Laza­rów i ich cało­noc­nego uwiel­bie­nia sił wykra­cza­ją­cych poza świat fizyczny Finn Evans, oddzie­lony od Isa­belle przez odle­głość, lecz nie czas, zaan­ga­żo­wał Paula Whi­te­mana i jego pięt­na­sto­oso­bową orkie­strę, by zagrała na żywo na sce­nie w eks­klu­zyw­nym Somer­set Club w Bosto­nie. Zespół Paula przy­je­chał z Nowego Jorku tylko na ten jeden wie­czór, by uświet­nić siódmą rocz­nicę ślubu Finna i Vanessy. Wszy­scy inni miesz­kańcy Ame­ryki słu­chali Whi­te­mana przez małe radia sto­jące w salo­nie, lecz w tej sali król jazzu we wła­snej oso­bie stał na sce­nie w bia­łym smo­kingu, jego złoty sak­so­fon błysz­czał, a złote nuty pły­nęły z niego przez powie­trze jak teno­rowe kon­fetti, gdy Finn tań­czył z Vanessą.

Przy­kryte bia­łymi obru­sami stoły zdo­biły lilie, a tłum ele­ganc­kich gości miał na sobie naj­lep­sze ubra­nia. Fry­zury były nie­ska­zi­telne, jedwabne suk­nie lśniły. Ser­wo­wano zna­ko­mite jedze­nie: od homa­rów na zimno po świeżo upie­czony chleb, od zupy z małży po dor­sza i prze­grzebki; wszystko pyszne. Muzyka zagłu­szała setki trzeź­wych gło­sów; trzeź­wych, ponie­waż nie było ani wina, ani bim­bru, tylko mdły jabł­kowy cydr i bez­al­ko­ho­lowe kok­tajle mint julep, które krą­żyły w żyłach gości.

Trzeźwy, nie­stety, ale rado­sny Finn wiro­wał w walcu z Vanessą, jego dłoń spo­czy­wała deli­kat­nie na jej kibici, a goście spo­glą­dali na nich z apro­batą. Finn też był pełen apro­baty. Jego żona była kró­lew­sko-pla­ty­no­wym zja­wi­skiem, a świat, który z nią zbu­do­wał, był tak solidny, jakby Fin­nowi udało się wykuć ide­alny posąg Dawida z bloku bez­kształt­nego, bez­względ­nego mar­muru.

Tak wyglą­dało życie -?odmie­rzane war­to­ściami, cza­sem, miej­scem, prze­strze­nią. Napie­rało na nich ze wszyst­kich stron, a choć Finn i Isa­belle jesz­cze tego nie wie­dzieli -?ucztu­jąc z prze­py­chem w swo­ich zakąt­kach wiel­kiego świata i wiru­jąc do dźwię­ków sak­so­fo­no­wego fan­dango i skrzy­piec -?już stali nad prze­pa­ścią.

1. Cici Lazar i jej opowieści

1

Cici Lazar i jej opo­wie­ści

Ukra­ina, luty 1929

-?Zabili ich! Zabili ich wszyst­kich!

Isa­belle wyj­rzała przez okno i zoba­czyła Cici, która na grzbie­cie wiel­kiego Bojka galo­pem poko­ny­wała zbo­cze. Wysoko nad nią stado sza­rych żurawi, z dłu­gimi szy­jami i potęż­nymi skrzy­dłami, leciało w łamią­cym się klu­czu.

Cici jesz­cze w pędzie zesko­czyła z konia i wbie­gła do domu Isa­belle. I to nie tyle wbie­gła, ile wpa­dła z hukiem, jakby miała oznaj­mić coś nie­zwy­kle waż­nego i donio­słego, co nie mogło cze­kać ani sekundy. Isa­belle chciała powie­dzieć: "Przy­wiąż konia Romana", ale zanim zdą­żyła się ode­zwać, Cici gwał­tow­nie otwo­rzyła drzwi, wykrzy­czała wspo­mniane wyżej słowa i zdy­szana zgięła się wpół.

Isa­belle miała pra­wie dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, jasne włosy, jasne oczy i skórę. Była szczu­pła i silna jak kobiety, które żyją w gospo­dar­stwie i pra­cują przez cały dzień. W domu miała tylko jedno lustro i bywało, że nie spo­glą­dała w nie całymi tygo­dniami. Czy­ściła zęby, myła twarz, cze­sała i zapla­tała włosy, ubie­rała się, wkła­dała cięż­kie buty i zaczy­nała dzień, ani razu nie zasta­na­wia­jąc się, jak wygląda. Wie­działa. Jedy­nie w nie­dziele sta­rała się bar­dziej i wkła­dała ładną sukienkę. Cza­sami roz­pusz­czała włosy, latem wpla­tała w nie kwiaty. Jed­nak czę­sto nie oglą­dała swo­jego odbi­cia nawet w nie­dzielę.

A dziś nie była let­nia nie­dziela, lecz wto­rek w środku lutego.

Isa­belle odło­żyła drew­nianą łyżkę; sma­żyła ziem­niaki i jajka. Była siódma rano. Mirik wró­cił do domu po tym, jak zała­do­wał na wóz bańki z mle­kiem. Zimą dostar­czali mleko tuż po wscho­dzie słońca. Teraz jesz­cze się nie roz­wid­niło, niebo miało szarą barwę.

Zanim poja­wiła się Cici, w domu pano­wała cisza. Hała­śliwi syno­wie Isa­belle poszli do szopy z jej matką. To tro­chę tak, jakby ślepy wiódł kula­wego. Oksana była dobrą nauczy­cielką, spo­kojną, ale w gospo­dar­stwie radziła sobie kiep­sko. Jed­nak chłop­com nie było już wolno cho­dzić do stajni z Roma­nem, bo kie­dyś pozwo­lił im jeź­dzić na oklep na dwóch nie­po­skro­mio­nych źre­ba­kach. Teraz mogła ich pil­no­wać tylko zapew­nia­jąca bez­pie­czeń­stwo bab­cia.

Obok Isa­belle sta­nął jej mąż i oboje wpa­try­wali się w zasa­paną Cici. Mirik Kowa­lenko, sie­dem lat star­szy od żony, był poważ­nym, spo­koj­nym męż­czy­zną z wydat­nym nosem i cie­płymi brą­zo­wymi oczami. Nie był o wiele wyż­szy od Isa­belle ani o wiele moc­niej od niej zbu­do­wany. Jego jasno­brą­zowe włosy zaczy­nały się prze­rze­dzać i potrze­bo­wał oku­la­rów, ale nie chciał się do tego przy­znać.

Cici wciąż dyszała, ale nie dla­tego, że zabra­kło jej tchu.

-?Kogo zabili? -?zapy­tała Isa­belle.

-?Jacy oni? -?dopy­ty­wał się Mirik. -?Jakich ich? Cici, mów roz­sąd­nie.

-?Stan i Wita­lij! -?odparła Cici. Stan i Wita­lij Babi­czo­wie byli jej kuzy­nami.

-?Ktoś zabił Stana i Wita­lija?

-?Nie! -?wykrzyk­nęła Cici. -?Stan i Witia osa­czyli szwa­dron sowie­tów jadą­cych drogą i ich wystrze­lali. Nie wiem, czy to byli człon­ko­wie rady, czy OGPU. Stan jest prze­ko­nany, że to cze­ki­ści. -?OGPU, czyli Zjed­no­czony Pań­stwowy Zarząd Poli­tyczny, był sowiecką wewnętrzną służbą bez­pie­czeń­stwa. Potocz­nie nazy­wano jej człon­ków cze­ki­stami, bo wcze­śniej tajna poli­cja nosiła nazwę CZEKA. -?Ale nie­ważne, zabili ich wszyst­kich. Chyba z cztery tuziny ludzi.

Isa­belle i Mirik ode­tchnęli z lekką ulgą. Cici sły­nęła w całym Ispa­sie z fan­ta­stycz­nego, daleko posu­nię­tego ubar­wia­nia fak­tów. A Stan i Wita­lij raczej nie mogli się poszczy­cić ukry­tymi mili­tar­nymi talen­tami. Upra­wiali ziem­niaki, lubili wypić i pako­wali się w głu­pie tara­paty.

-?Stan i Witia zastrze­lili cztery tuziny żoł­nie­rzy? -?zapy­tał Mirik powoli swoim naj­bar­dziej scep­tycz­nym tonem.

-?Zga­dza się. -?Cici nie ustę­po­wała.

-?A ta pięć­dzie­siątka ofi­ce­rów szła pie­chotą? -?drą­żył Mirik. -?Nie jechali przy­pad­kiem cię­ża­rów­kami woj­sko­wymi i nie mieli nała­do­wa­nych auto­ma­tów?

-?Tak, szli pie­szo.

-?W środku nocy. -?To nie było pyta­nie.

-?Tak! -?powtó­rzyła Cici. -?Jestem świad­kiem.

-?W środku nocy zna­la­złaś się w lesie i widzia­łaś, jak Stan i Witia zabi­jają oddział sowie­tów? -?Tym razem to w gło­sie Isa­belle zabrzmiało nie­do­wie­rza­nie.

-?Nie! Kiedy o tym usły­sza­łam i dobie­głam do lasu, było już po wszyst­kim.

-?Ach -?rzu­cił Mirik.

-?Widzia­łam, jak ostat­niego wrzu­cają do maso­wego grobu -?powie­działa Cici.

Isa­belle i Mirik wymie­nili spoj­rze­nia, już mniej odprę­żeni, ale na­dal scep­tyczni.

-?Co to zna­czy: kiedy o tym usły­sza­łaś? -?zapy­tała Isa­belle. -?Jak w ogóle mogłaś o tym usły­szeć? Nie spa­li­ście z Roma­nem jak mąż i żona? Przed chwilą zosta­wi­łam go w stajni. Nic o tym nie wspo­mi­nał.

Cici mach­nęła lek­ce­wa­żąco ręką, jakby chciała powie­dzieć: Nie zawra­caj mi głowy bzdu­rami.

-?Skoro już musisz wie­dzieć, Roman spał w domu, a ja u Tamary.

-?Czemu?

-?Czemu, czemu. Kogo to obcho­dzi? Pokłó­ci­li­śmy się.

-?O to?

-?Iso, nie sły­sza­łaś, co ci powie­dzia­łam?

-?Sły­sza­łam. -?Isa­belle naprawdę miała nadzieję, że Cici prze­sa­dza, bo w innym wypadku ich pro­ste życie sta­nie się o wiele mniej pro­ste. Kiedy pierw­szy raz dostrze­gła Cici pędzącą zbo­czem, dziew­czyna wyglą­dała, jakby przy­no­siła dobre wie­ści! Isa­belle pomy­ślała, że może jest w ciąży. Teraz znała prawdę: Cici nie tylko nie była w ciąży, ale naj­wy­raź­niej grze­bała komu­ni­stów w maso­wych gro­bach.

-?Cici, ta twoja histo­ria staje się coraz bar­dziej nie­stwo­rzona - powie­dział Mirik. Zawsze zacho­wy­wał spo­kój. -?Pro­szę, opo­wiedz nam wię­cej. Mamy mnó­stwo czasu. Naprawdę nie musimy pra­co­wać ani dostar­czać mleka.

Isa­belle szturch­nęła męża łok­ciem. Ona nie zawsze zacho­wy­wała spo­kój, ale teraz była spo­kojna, bo nie chciała dać wiary sło­wom Cici.

-?Nie wie­rzy­cie mi? -?rzu­ciła Cici. -?Sami idź­cie zoba­czyć. Po dru­giej stro­nie Ispasu, na dro­dze do Kamieńca, zaraz za sza­rym gła­zem. - Kamie­niec był naj­bliż­szym mia­stem.

-?Czemu ci wszy­scy sowieci mie­liby nagle przy­je­chać do Ispasu?

-?Wie­cie czemu -?powie­działa Cici zna­cząco. Trudno było zigno­ro­wać pogło­ski sze­rzące się po oko­licy. Radziec­kie oddziały zaopa­trze­niowe wysy­łano do Ukra­iny od grud­nia. W mia­stach nie było dość jedze­nia. Lato było mar­twe, zima pusta.

-?Uspo­kójmy się tro­chę -?zasu­ge­ro­wała Isa­belle. -?Nie wiemy, kim byli...

-?Ani nawet czy byli -?rzu­cił Mirik.

-?Nie wiemy, czym byli: żoł­nie­rzami, pro­pa­gan­dy­stami, czy przy­je­chali tu rekwi­ro­wać żyw­ność -?cią­gnęła Isa­belle. -?Nie wiemy, czy było ich czter­dzie­stu, czy trzech.

-?A może zero -?wąt­pił Mirik.

-?Cztery tuziny! -?wykrzyk­nęła Cici. -?Myśli­cie, że nie potra­fię odróż­nić trzech żoł­nie­rzy od pięć­dzie­się­ciu? Widzia­łam ciała na wła­sne oczy!

-?Cici ma rację co do jed­nego, Miriku -?zgo­dziła się Isa­belle. - Nie­ważne, kim byli i w jakiej licz­bie, jeśli szli drogą w ciem­no­ści, przed świ­tem, to nie jest dobry znak. Ktoś, kto zakrada się do wio­ski w środku nocy, nie ma dobrych zamia­rów. -?Isa­belle wie­działa jedno i nie chciała tego powie­dzieć: jeśli Cici mówi prawdę i Stan i Witia naprawdę zabili sowie­tów, sprawa przed­sta­wiała się jesz­cze gorzej.

-?Ukra­ińcy uwiel­biają dobre histo­rie -?stwier­dził Mirik. -?Isa­belle, śnia­da­nie mi się nie przy­pala? Mamy robotę. Mleko ski­śnie, zanim Cici skoń­czy gadać.

-?Pro­szę, przy­znaj, że wszystko zmy­ślasz -?powie­działa Isa­belle, wyglą­da­jąc przez kuchenne okno w poszu­ki­wa­niu sama nie wie­działa czego.

-?Nie zmy­ślam! Wiem, że cza­sami lubię poba­jać, ale uwierz mi, Iso, tym razem tak nie jest. Spójrz na mnie. Wiesz, że mówię prawdę. - Kru­czo­włosa i czar­no­oka Cici była drobną, lekko zaokrą­gloną dziew­czyną, ale nosiła się dum­nie i pro­sto, jakby zeszła z cokołu. Zawsze była jak wielka kula ognia. Na wpół Rumunka, z ser­cem w cało­ści rom­skim, skła­dała się z impul­sów i pło­mieni. -?Na­dal mi nie wie­rzysz? Zapy­taj mojego męża. On wie.

-?O, teraz jest twoim mężem -?odparła Isa­belle. -?Przed chwilą nawet nie spa­li­ście w jed­nym łóżku.

-?Nie ustę­puj jej, Iso -?rzu­cił Mirik od pieca, gdzie prze­kła­dał ziem­niaki z patelni na cynowy talerz.

Cici potrzą­snęła pię­ściami.

-?Ogar­nij­cie się oboje i nie wbi­jaj­cie oczu w zie­mię!

-?Z chę­cią -?zgo­dziła się Isa­belle. -?Gdyby tylko w tej ziemi nie znaj­do­wali się sowieci, któ­rzy gniją w płyt­kim gro­bie.

-?Kto powie­dział, że jest płytki? -?zapro­te­sto­wała Cici. -?Nasi chłopcy prze­ko­pali się chyba do Austra­lii! Kopali ten dół, jakby był naj­waż­niej­szy w ich życiu!

-?I zie­mia wygląda na świeżo prze­ko­paną, jak grób? -?zapy­tała Isa­belle.

-?Nie są idio­tami. Przy­kryli ją gałę­ziami i liśćmi.

-?Jasne, że nie -?rzu­cił Mirik. -?Nie są idio­tami. -?Łap­czy­wie poły­kał ziem­niaki.

-?Sły­sza­łeś, co powie­dział nam ten skle­pi­karz z Sza­tawy, który ucie­kał tędy w zeszłym tygo­dniu? -?zaczęła Cici. -?Sowieci zja­wili się nie­pro­szeni i z zasko­cze­nia, zde­mo­lo­wali mu sklep i zabrali nie­mal wszyst­kie towary. Musiał opu­ścić wio­skę i ucie­kać! Dla­tego Stan i Witia tak wła­śnie zare­ago­wali.

-?Jeśli tak rze­czy­wi­ście było, to jaki mają plan? -?zapy­tał Mirik. - Czu­wać każ­dej nocy i cze­kać na wię­cej sowie­tów? Na tym polega pro­blem z Ispa­sem. Leży za daleko w glu­chi doki, żeby to miało jakiś sens. Mamy wieś pełną nie­fra­so­bli­wych osob­ni­ków z kil­koma strzel­bami i jesz­cze mniej­szą ilo­ścią amu­ni­cji. Nie możemy wal­czyć z OGPU ani z Armią Czer­woną. Nie mogli­śmy ich pobić dzie­sięć lat temu, kiedy byli­śmy lepiej zor­ga­ni­zo­wani i lepiej uzbro­jeni, i nie pobi­jemy ich teraz. Damy im tro­chę mleka, robi­li­śmy już to wcze­śniej, i ruszą dalej w drogę.

Cici zupeł­nie się nakrę­ciła.

-?Tym razem nie przy­cho­dzą tylko po twoje mleko. Przy­cho­dzą po twoją krowę. I po konia Romana.

-?No to życzę im powo­dze­nia -?mruk­nęła Isa­belle.

Mirik, któ­rego nie­wiele rze­czy poru­szało, poczer­wie­niał na twa­rzy. Mach­nął łyżką w stronę kobiet.

-?To co zro­bisz? Pój­dziesz w ślady Stana i Wita­lija?

-?Chcą tu przyjść? Niech przy­cho­dzą -?powie­działa Isa­belle. -?To zie­mia Laza­rów. Mamy moich trzech braci, mamy Janę, która jest warta dzie­się­ciu męż­czyzn, choć spo­dziewa się dziecka. Mamy mnie, nawet cie­bie, Miriku.

-?Wiel­kie dzięki, żono.

-?I mnie -?dodała Cici.

Jana była wojow­niczką, Cici chciała za nią ucho­dzić.

-?Poślu­biona Laza­rowi śpi w tym samym łóżku, co jej mąż -?przy­po­mniała Isa­belle i dodała: -?Ale w porządku. Cie­bie też. -?Odwró­ciła się do Mirika. -?Mamy strzelby i dubel­tówki. Mamy konie. To kawa­le­ria, mężu. A Roman zatrzy­mał nawet na pamiątkę kilka gra­na­tów z wojny. -?Cho­dziło jej o wojnę domową, która toczyła się w latach 1918-1921 pomię­dzy bol­sze­wicką Rosją a Ukra­iną.

-?Zgoda, ale wie­cie, co jesz­cze mamy? -?odparł Mirik, wycie­ra­jąc usta. - Bo chyba zapo­mnia­łaś. Dwóch małych synów i słabe matki. Nie możemy toczyć kolej­nej wojny z sowie­tami.

-?Kogo nazy­wasz sła­bym? -?zapy­tała Oksana, matka Isa­belle, która wła­śnie weszła do środka.

-?I kogo nazywa tato małym? -?wtrą­cił się dzie­wię­cio­letni Sława, pier­wo­rodny syn Isa­belle o czar­nych krę­co­nych wło­sach i okrą­głej twa­rzy. Po ukra­iń­sku sława ozna­cza chwałę. Jak w powie­dze­niu sława Bohu.

-?Tak, tato, kogo? -?dopy­ty­wał się Mak­sym, drugi syn, szczu­pły i smu­kły jak matka. Nazy­wali go Maks. Miał osiem lat.

-?Dzie­się­cio­let­nie gra­naty i dwóch ogrom­nych chłop­ców -?powie­dział Mirik, kła­dąc dło­nie na głów­kach swo­ich dzieci. -?Zgoda, mamo, jeste­śmy nie­po­ko­nani.

2. Bankier

2

Ban­kier

W upalny wie­czór pod koniec sierp­nia 1929 roku, który jego zda­niem nie róż­nił się niczym od innych, Finn wyszedł z Banku i Tru­stu Adamsa na rogu Washing­ton i Win­ter i ruszył wol­nym kro­kiem w stronę domu. Mija­jąc Jor­dan Marsh, luk­su­sowy dom towa­rowy, gdzie można było nabyć jedwa­bie, wełnę i biżu­te­rię, rzu­cił pełne satys­fak­cji spoj­rze­nie na swoje odbi­cie w oknie wysta­wo­wym. Był zado­wo­lony z sie­bie, choć myślami błą­dził daleko.

Kwar­talne zyski banku, które pla­no­wano ogło­sić inwe­sto­rom pod koniec wrze­śnia, udało mu się zoba­czyć po połu­dniu i prze­kro­czyły jego naj­bar­dziej opty­mi­styczne pro­gnozy. Powięk­szył kwar­talny dochód o sie­dem­dzie­siąt pro­cent w sto­sunku do ubie­głego roku, utrzy­mał koszty ope­ra­cyjne na podob­nej wyso­ko­ści, a wskaź­nik nie­wy­pła­cal­no­ści pozo­stał na maleń­kim pozio­mie dwóch i dwóch dzie­sią­tych pro­centa -?naj­niż­szym ze wszyst­kich ban­ków w Bosto­nie. Finn mnó­stwo inwe­sto­wał, dywer­sy­fi­ko­wał port­fel banku, roz­pro­szył pra­wie nie­ist­nie­jące ryzyko i bar­dzo pomno­żył swój kapi­tał, zarówno oso­bi­sty, jak i zawo­dowy. Zwroty były feno­me­nalne, dzięki czemu przez ostat­nie dwa­na­ście mie­sięcy Finn inwe­sto­wał depo­zyty banku w opar­ciu o dźwi­gnię finan­sową. Kupo­wa­nie akcji na takiej zasa­dzie pozwo­liło mu powięk­szyć dochody banku wykład­ni­czo. Dla­tego też mógł ofe­ro­wać swoim klien­tom naj­wyż­sze opro­centowanie w Bosto­nie, co z kolei przy­cią­gało coraz wię­cej chęt­nych. Kiedy Finn zaczął pracę w banku w 1921 roku, mieli zale­d­wie pię­ciu­set depo­zy­ta­riu­szy. Minęła nie­spełna dekada, nie­ba­wem prze­kro­czą liczbę pię­ciu tysięcy, a suma wszyst­kich depo­zy­tów sięga bli­sko sie­dem­na­stu milio­nów dola­rów! Wal­ter Adams, jego teść i wła­ści­ciel banku, był rów­nie zado­wo­lony z Finna, jak Finn z sie­bie.

Roz­pa­mię­tu­jąc swój suk­ces, Finn wol­nym kro­kiem minął ratusz. Spa­cer do domu był jego ulu­bioną czę­ścią dnia, zwłasz­cza w takie chłod­niej­sze piątki, kiedy wszy­scy w Bosto­nie wie­dzieli, że mroźna zima czai się tuż za rogiem i trzeba korzy­stać z pogody. Finn i Vanessa pla­no­wali zabrać dziew­czynki do domku na Cape Cod, by jesz­cze o jeden week­end prze­dłu­żyć cudowne, szczę­śliwe lato.

Finn lubił oglą­dać swój wize­ru­nek, który pre­zen­to­wał innym. Nie­dawno skoń­czył trzy­dzie­ści jeden lat. Był wytworny, ele­gancki, zadbany, nic się na nim nie marsz­czyło. Gęste, natu­ral­nie krę­cone ciem­no­blond włosy zacze­sy­wał do tyłu i trzy­mał w ryzach dzięki regu­lar­nym wizy­tom u fry­zjera. W jego zie­lo­no­nie­bie­skich oczach widać było błysk, a kąciki peł­nych wyrazu ust uno­siły się z humo­rem. Humor też sta­rał się trzy­mać w ryzach, gdyż jego żarty nie­zbyt czę­sto bawiły żonę. Miał ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, co mu się podo­bało, i był mocno zbu­do­wany, co podo­bało mu się mniej -?przy­po­mi­nał bar­dziej robot­nika budow­la­nego niż dżo­keja -?ale tylko tyle można było zro­bić z kar­tami, które się dostało przy uro­dze­niu. Szyte na miarę gar­ni­tury wyszczu­plały go, wyglą­dał w nich w każ­dym calu jak ele­gancki biz­nes­men, za jakiego chciał ucho­dzić. O swoją potężną syl­wetkę dbał, cho­dząc po najbar­dziej stro­mych zbo­czach Bostonu, podzi­wia­jąc przy oka­zji swoje odbi­cie w łaska­wych szy­bach i oce­nia­jąc swoje życie.

A życie było dobre.

Sam o to zadbał.

Stało się takie, jakie chciał, żeby było, a on stał się czło­wie­kiem, jakim chciał zostać. Dobrze wycho­wa­nym, wspa­niale wykształ­co­nym, o nie­ska­zi­tel­nych manie­rach i gład­kiej twa­rzy -?choć o pią­tej po połu­dniu zawsze czaił się cień zaro­stu. Miał żonę. Dwie córki. Cała czwórka rodzi­ców na­dal żyła. Jego usta wykrzy­wiły się lekko na tę ostat­nią myśl, ale trzeba byłoby się bar­dzo uważ­nie przyj­rzeć, by to zauwa­żyć.

Podzi­wia­jąc swój długi krok, impo­nu­jącą syl­wetkę, krój lek­kiego sza­rego płasz­cza, pro­ste plecy, które ni­gdy nie pochy­lały się nad zbo­żem ani igłą, Finn odwró­cił wzrok od wystawy i szedł dalej, licząc swoje bło­go­sła­wień­stwa.

3. Lemoniada

3

Lemo­niada

Kiedy Vanessa Evans z domu Adams pierw­szy raz zaczęła podej­rze­wać, że coś może być z nią nie tak, miała osiem lat i oba­wiała się, że ma aler­gię na cytryny. To wpę­dziło ją w melan­cho­lię, bo uwiel­biała wszystko, co cytry­nowe: lemo­niadę, tartę z bezą, bato­niki i lody.

Uwiel­biała cytryny tak bar­dzo, że na samą myśl o tym, że może nie będzie mogła jeść uko­cha­nych potraw, wpa­dała w roz­pacz. Przez to z kolei była jesz­cze bar­dziej zde­ter­mi­no­wana, by udo­wod­nić, że nie jest uczu­lona na ulu­biony owoc. Dalej jadła więc cytryny i odwra­cała uwagę od dole­gli­wo­ści, myśląc o czymś innym, by nie przy­zna­wać się do ostrego bólu we wnę­trzu ciała. Naj­pierw pró­bo­wała tylko myśleć o czymś innym, potem zaczęła robić coś innego. Kiedy miała osiem lat, sys­te­ma­tycz­nie i sta­ran­nie obry­wała płatki ze wszyst­kich mar­ge­ry­tek w ogro­dzie.

Tak się to zaczęło.

Dwa­dzie­ścia dwa lata temu.

A teraz nie było już odwrotu. Przez więk­szość czasu wio­dła idyl­liczne, uro­cze życie pod klo­szem. Co aku­rat paso­wało do osoby, która wyglą­dała jak ona. Była ide­ałem kobie­cej urody. Nosiła się sty­lowo, miała cudowny uśmiech, deli­katne dło­nie, przy­jemne uspo­so­bie­nie i dosko­nałe wyczu­cie stylu. Nie było w niej nic, co można by uznać za złe. Rodzice powta­rzali jej to przez całe życie: ide­alne dziecko z ide­al­nymi manie­rami, ide­alna córka, sio­stra, uczen­nica, przy­ja­ciółka i tan­cerka. Vanessa jak naj­bar­dziej zasłu­gi­wała na to, by stać się czy­jąś ide­alną żoną i wieść dalej ide­alne życie.

Poznała Finna, gdy miała osiem­na­ście lat, a on dzie­więt­na­ście i był na pierw­szym roku stu­diów na Harvar­dzie. Spę­dzili razem cudowne lato, ale w listo­pa­dzie 1917 roku Finn wyru­szył na wojnę. Nie było go pół­tora roku i wró­cił jako inny czło­wiek. Vanessa nie wie­działa, jak to się stało ani dla­czego. Ale w ran­nym i odzna­czo­nym poważ­nym męż­czyź­nie próżno było szu­kać głu­piut­kiego, roman­tycz­nego chło­paka, z któ­rym tań­czyła i spa­ce­ro­wała w miej­skim parku. Jakiś tajem­ni­czy cię­żar rzu­cał cień na każdy uśmiech i każdy krok Finna.

Nie roz­ma­wiali już o mał­żeń­stwie. Finn nie zamie­rzał się spie­szyć, wolał się sku­pić na nauce. Jeśli mieli się pobrać, chciał mieć prze­ko­na­nie, że zapewni rodzi­nie byt. Powie­dział, że to dla niego naj­waż­niej­sze. Nie chciał jej zawieść.

Dzień, w któ­rym w końcu się oświad­czył, był naj­szczę­śliw­szym dniem w życiu Vanessy. Dru­gim był dzień ich ślubu.

Uro­dziła mu dwie córki, jedną po dru­giej, w odstę­pie roku. Potem nie dawała sobie rady. Nie zma­gała się z niczym szcze­gól­nym, jedy­nie z nad­kwa­sotą, lek­kim palą­cym bólem w brzu­chu, który utrud­niał jej robie­nie róż­nych rze­czy.

Finn ni­gdy tego nie kwe­stio­no­wał. Kiedy Vanessa oświad­czyła: "Kocha­nie, przy­da­łaby mi się pomoc", od razu się tym zajął i zna­lazł jej Edith, zawo­dową, sumienną opie­kunkę, choć nieco posu­niętą w latach.

Tego piątku, gdy Vanessa cze­kała na powrót Finna, czy­ściła wszyst­kie gąbki w domu. Prała też wszyst­kie szmaty, ścierki i płó­cienne ser­wetki, które zna­la­zła w szaf­kach. Wrzu­cała je do wanny z gorącą wodą i tarła mięk­kimi, mlecz­no­bia­łymi dłońmi.

Mogłoby się wyda­wać, że jest to jak naj­bar­dziej odpo­wied­nie zada­nie dla pani domu. Ozna­czało bowiem, że lubi czy­stość i o nią dba.

Prawda jed­nak wyglą­dała tak, że Vanessa miała służbę, która mogła te prace wyko­ny­wać. Nikt inny nie mógł za to prze­jąć obo­wiąz­ków gospo­dyni wobec bli­skich, któ­rzy w tej wła­śnie chwili zgro­ma­dzili się na tara­sie i na nią cze­kali. Musiała zadbać o fry­zurę i maki­jaż, musiała wło­żyć let­nią suk­nię i dołą­czyć do rodziny, która jadła kanapki.

Dzi­siaj musiała się zająć zupeł­nie innymi rze­czami.

Zamiast tego do utraty sił prała szmaty w pralni znaj­du­ją­cej się za kuch­nią na naj­niż­szym pozio­mie ich wie­lo­kon­dy­gna­cyj­nej rezy­den­cji.

Wszystko było w porządku. Nie miała powo­dów do zmar­twień.

Ale nie mogła prze­stać prać tych szmat.

Nie tylko nie mogła, ale nie chciała.

Myślała o zeszło­ty­go­dnio­wych obcho­dach ósmej rocz­nicy ich ślubu.

Naj­pierw plusy: Finn potra­fił się do niej uśmie­chać jak nikt inny, otwar­cie oka­zy­wał szczere uczu­cie. Lecz cza­sami poja­wiało się także nieco spro­śne słowo, lekko zalotne zacho­wa­nie. Ale i tak musi tu za wiele dzię­ko­wać.

Kolejny plus: dziew­czynki były do niej podobne, lnia­no­włose i drobne, w prze­ci­wień­stwie do Finna, który przy­stojny i obda­rzony bujną czu­pryną, był dość masyw­nej postury i miał surową twarz, co bar­dziej paso­wało do męż­czy­zny niż kobiety.

Nie­ska­zi­telną egzy­sten­cję Vanessy mąciły jedy­nie dwa drobne ciemne punkty. Pierw­szym była trwała kon­se­kwen­cja od dawna podej­rze­wa­nej aler­gii na cytryny. Kie­dyś wyda­wała się tak nie­istotna, zwłasz­cza z punktu widze­nia dziecka: można było uspo­koić umysł, sku­pia­jąc się na czymś innym.

Dru­gim była chęć Finna, by mieli jesz­cze jedno dziecko. Chciał chłopca. Jak gdyby nie obcho­dziły go jej dwie trudne ciąże ani póź­niej­sze poro­nie­nie. Duch dziecka, które utra­cili, rzu­cał cień na Pola Eli­zej­skie, któ­rymi było ich życie.

-?Nie mówisz chyba poważ­nie o kolej­nym dziecku? -?zwró­ciła się do niego w noc rocz­ni­co­wych uro­czy­sto­ści. Przy­je­chali do domu późno i sie­dzieli w salo­nie przed uda­niem się na spo­czy­nek po fan­ta­stycz­nym wie­czo­rze. A potem on musiał wszystko znisz­czyć, wra­ca­jąc do tego tematu. -?Jeśli uro­dzi się jesz­cze jedno, będziemy mieli trójkę.

-?Tak -?odparł dźwięcz­nym, męskim gło­sem. Vanessa zwy­kle uwiel­biała jego głos. Był taki opie­kuń­czy i kojący. Ale nie tam­tego wie­czoru. Żało­wała, że musi wyja­śniać oczy­wi­ste rze­czy. Jed­nak on popi­jał her­batę w ich ele­ganc­kim salo­nie, przy ogniu pło­ną­cym na kominku i migo­czą­cych pło­mie­niach świec, jakby cze­kał na takie wła­śnie wyja­śnie­nie.

-?A jeśli to będzie kolejna dziew­czynka?

Roz­pro­mie­nił się.

-?To wiel­kie szczę­ście, trzy córki.

-?A potem?

-?Potem może posta­ramy się o chłopca.

Vanessa myślała, że zemdleje. Wtedy i teraz, gdy to wspo­mi­nała z dłońmi zanu­rzo­nymi w chłod­nych mydli­nach i szo­ro­wała, szo­ro­wała, szo­ro­wała.

-?Posta­ramy się o chłopca po trze­cim dziecku? -?Koniuszki jej pal­ców zadrżały na myśl o nie­moż­li­wym. -?Finn, nikt z naszych zna­jo­mych nie ma nawet trójki dzieci -?szep­nęła. -?Sta­rać się o jesz­cze jedno? Prze­cież nie jeste­śmy kato­li­kami.

Patrzyła, jak nie­mal nie­zau­wa­żal­nie wciąga powie­trze.

-?Znam wiele osób -?powie­dział -?które mają wię­cej niż troje dzieci.

-?Nie ludzie na wzgó­rzu -?odparła. -?Może ludzie, któ­rym poży­czasz pie­nią­dze. Nie nasi ludzie. -?Cywi­li­zo­wani ludzie, któ­rzy uczęsz­czali w nie­dziele do kościoła przy Park Street, mieli dwoje dzieci. Nie wię­cej. Cza­sami Vanessa żało­wała, że rodzice nie poprze­stali na niej i uro­dziła się Ele­anor. Jej sio­stra była dowo­dem na to, co się dzieje, gdy rodzice nie­mą­drze decy­dują się na wię­cej dzieci.

-?Już późno -?oznaj­mił Finn. -?Idę spać. -?Tylko tyle. Nie poca­ło­wał jej w głowę ani nie uśmiech­nął się, gdy życzył jej dobrej nocy.

-?Jesteś jedy­na­kiem -?powie­działa do niego, zanim udał się na górę. -?Co możesz wie­dzieć o posia­da­niu licz­niej­szego potom­stwa? Gdyby było nam prze­zna­czone mieć syna, uro­dzi­ła­bym go. -?Nie patrzyli na sie­bie, gdy wypo­wia­dała te słowa. -?Mamy nasze cudowne córeczki. Pod wie­loma wzglę­dami karty, które nam roz­dano, to kró­lew­ski poker. Nie ma sensu narze­kać.

-?Nie narze­kam -?odparł Finn. -?Wiem lepiej od innych, jakie karty mi roz­dano. -?Do jego głosu wkra­dła się dawna lekka gorycz. -?Ale jeśli nie spró­bu­jemy jesz­cze raz, poczuję w końcu, że zamiast kró­lew­skiego pokera mam w ręce trójkę dam.

To wszystko wyda­rzyło się po wie­czo­rze spę­dzo­nym w Somer­set Club, gdzie Mil­dred Bailey śpie­wała The Man I Love i tań­czyli z wiel­kim zapa­mię­ta­niem. Vanessa była pewna, że pół­cie­nie utra­co­nych i nie­po­wo­ła­nych jesz­cze do życia dzieci nie dobi­jały się do serca Finna.

Widać, jak nie­wiele wie­działa.

4. Pożyczone automaty

4

Poży­czone auto­maty

Isa­belle w płasz­czu zapię­tym po szyję stała w czar­nym bło­cie i wpa­try­wała się ponuro w polanę nie­opo­dal głów­nej drogi z Kamieńca do Ispasu. Tam, nieco głę­biej w lesie, wyko­pano dół, wrzu­cono do niego ciała i przy­kryto zie­mią i gałę­ziami. Mirik stał po pra­wej stro­nie Isa­belle, Stan i Wita­lij po lewej.

Cici nie prze­sa­dzała. Niczego też nie ubar­wiała. Być może Rosjan nie było cztery tuziny, ale na pewno wię­cej niż trzech. I z pew­no­ścią wię­cej niż zero, bo taką liczbę spo­kojny mąż Isa­belle wrzu­cił do słoja z domy­słami. Jed­nak strasz­liwy sens opo­wie­ści Cici zamy­kał się w tym, że jej esen­cja była zgodna z prawdą. Wczo­raj dołu nie było, dzi­siaj ist­niał jak naj­bar­dziej i leżał w nim plu­ton mar­twych sowie­tów.

Isa­belle za żadne skarby nie mogła zro­zu­mieć, czemu Stan i Wita­lij uznali, że zabi­cie całej gro­mady męż­czyzn to dobry pomysł, gdy tak trudno poru­szyć twardą zie­mię. Kopać grób w lutym! W Ispa­sie w lutym nie grze­bali nawet wła­snych zmar­łych. Cze­kali do wio­sen­nych roz­to­pów. Stan i Wita­lij byli narwa­nymi głup­cami i teraz zapłaci za to cała wio­ska.

-?I co myśli­cie? -?zapy­tał Stan z dum­nym uśmie­chem. -?Cał­kiem nie­źle, co?

-?Tylko nowo­ro­dek, który ni­gdy nie widział grobu, spoj­rzałby na ten wielki kopiec i nie wie­dział co to takiego -?odparła Isa­belle. -?Stan, tak wygląda każdy świeży grób na naszym cmen­ta­rzu. Ale oczy­wi­ście jest mniej­szy. Gdyby ktoś szu­kał miej­sca pochówku, a możesz być pewny, że ktoś będzie szu­kał, czego by wypa­try­wał?

-?Nic z tych rze­czy -?zapro­te­sto­wał Stan. -?Mylisz się. -?Isa­belle nie miała poję­cia, jakim cudem udało mu się prze­żyć dwa­dzie­ścia kilka lat.

-?Kto o tym wie? -?zapy­tała.

-?Nikt.

-?Stan, przy­się­gnij na życie swo­jej matki, że nie dosta­łeś strzelb od Romana albo...

-?Przy­się­gam. Ni­gdy.

-?Pro­si­li­śmy, ale Roman odmó­wił -?wtrą­cił się do roz­mowy Wita­lij.

Stan mocno go szturch­nął. Isa­belle jęk­nęła.

-?Kto jesz­cze wie?

-?Nikt!

-?Nie chwa­li­łeś się wszyst­kim?

-?Nie! -?zapro­te­sto­wał ostro Stan. -?Popro­si­łem tylko o pomoc w wyko­pa­niu dołu.

-?Kto ci poma­gał?

-?Wita­lij.

-?Kto jesz­cze?

-?Przy­szło mnó­stwo ludzi. Nie martw się. Wszy­scy wie­dzą, jak docho­wać tajem­nicy.

-?Tajem­nica jest wtedy, gdy o czymś wie jedna osoba -?powie­dział Mirik. -?Kiedy wie­dzą dwie, to prze­staje być tajem­nicą. Staje się powszechną wie­dzą. A w twoim przy­padku wie cała wio­ska. Grupka two­ich tak zwa­nych przy­ja­ciół wyda cię jako pierw­sza, gdy do Ispasu wyślą nowy szwa­dron śmierci, tym razem uzbro­jony po zęby, by szu­kał zagi­nio­nych urzę­da­sów. - Pocią­gnął żonę za rękaw. -?Chodźmy, Iso. Jeste­śmy bar­dzo spóź­nieni z ostat­nimi dosta­wami. Już pra­wie dzie­wiąta.

-?To nie były urzę­dasy! -?rzu­cił roz­gnie­wany Stan. -?To na pewno byli żoł­nie­rze.

-?Tak? A gdzie jest ich broń? -?zapy­tała Isa­belle.

Stan znie­ru­cho­miał.

-?Lepiej się módl­cie, żeby przed przy­jaz­dem sowie­tów spadł świeży śnieg -?powie­działa Isa­belle do dwóch męż­czyzn. Ode­szła z nie­sma­kiem i wspięła się na wóz. -?Módl­cie się naprawdę żar­li­wie. Bo prawda wyła­nia się z ziemi.

Było zbyt mroź­nie, by spadł śnieg, a w spo­koj­nym zazwy­czaj Ispa­sie zaczęły poja­wiać się kon­flikty. Więk­szość z nich we wła­snym domu Isa­belle. Wie­czo­rem po strze­la­ni­nie rodzina zebrała się na cha­otyczne, pod­le­wane bim­brem spo­tka­nie, pod­czas któ­rego groź­nie spo­glą­dano na Stana i Wita­lija.

Byli tam oczy­wi­ście Isa­belle i Mirik, trzej bra­cia Isa­belle i Pietka, brat Mirika. Z boku sie­działa matka Isa­belle. Dziećmi opie­ko­wała się w sąsied­niej cha­cie Jana.

Stan i Witia byli coraz bar­dziej zanie­po­ko­jeni wyrzu­tami, utrzy­my­wali jed­nak, że postą­pili słusz­nie. Powie­dzieli, że kupiec z Sza­tawy był zwia­stu­nem złych wie­ści. Ostrze­gał chło­pów w Ispa­sie, że z roz­kazu komi­tetu cen­tral­nego par­tii komu­ni­stycz­nej do wio­sek masowo wysy­łano sowiec­kich agen­tów. Nie­któ­rzy przy­jeż­dżali, by rekwi­ro­wać zboże i buraki, inni, by pró­bo­wać kolek­ty­wi­zo­wać gospo­dar­stwa. Skle­pi­karz z Sza­tawy powie­dział, że do jego wio­ski cze­ki­ści przy­byli w środku nocy, z naj­więk­szego domu wywle­kli gospo­da­rza, i zajęli dom na swoje cen­trum ope­ra­cyjne. "I to wszystko przed świ­tem!".

-?To kiedy zoba­czy­li­śmy, jak sowieci masze­rują drogą także w środku nocy, co mie­li­śmy pomy­śleć?

-?Nic nie mie­li­ście pomy­śleć -?powie­dział Pietka, który nie prze­pa­dał za nikim, a głup­ców szcze­rze nie zno­sił. -?Mie­li­ście spać w łóż­kach, jak wszy­scy przy­zwo­ici ludzie, któ­rzy wstają o świ­cie, by zara­biać na chleb. -?Brat Mirika był sztyw­nym, cał­ko­wi­cie pozba­wio­nym poczu­cia humoru męż­czy­zną z posi­wiałą brodą, dużym, krzy­wym nosem i małymi, zim­nymi oczami. Dzie­sięć lat star­szy od Mirika, przez całe życie hodo­wał bydło mleczne. Późno się oże­nił, późno został ojcem i zacho­wy­wał się jak czło­wiek, który przez więk­szość czasu żałuje więk­szo­ści swo­ich decy­zji, a już na pewno tego wie­czoru.

-?Teraz zadba­li­ście o to, że sowieci przyjdą tu nie tylko po chleb, ale i w poszu­ki­wa­niu zemsty -?zwró­cił się Roman do Stana i Wita­lija. Wyraź­nie nie mógł ścier­pieć, że zga­dza się z Pietką. Szwa­gro­wie raczej nie żyli w zgo­dzie.

Dwu­dzie­sto­ośmio­letni Roman Lazar był o rok młod­szy od Isa­belle, ale czę­sto zacho­wy­wał się jak pier­wo­rodne dziecko, bo był pier­wo­rod­nym synem. Śred­niego wzro­stu i żyla­sty jak dżo­kej, miał zmierz­wione włosy, zmierz­wioną brodę i sza­leń­stwo w oczach. Włosy, broda i oczy były czarne jak noc. Kiedy zwią­zy­wał włosy w kucyk, wyglą­dał jak sta­ro­ru­ski pop, jak zbie­gły mnich, któ­rego przed wie­kami ukra­iń­scy Kozacy pomo­gli osa­dzić na moskiew­skim tro­nie. Roman mówił o sobie, że jest "nie­winny i nik­czemny", co sta­no­wiło nie­złe połą­cze­nie w przy­padku rodo­wi­tego syna Ukra­iny, który kochał konie, swoją rodzinę i Cici, choć jak Cici czę­sto lubiła zauwa­żać, ona znaj­do­wała się na ostat­nim miej­scu.

Stan i Wita­lij wyja­wili, że od zeszłego tygo­dnia nocą trzy­mali w lesie straż, spo­dzie­wa­jąc się przy­by­cia sowie­tów. Od Olega Tre­tiaka, szewca w Ispa­sie, poży­czyli dwa kara­biny Fio­do­rowa, zaci­na­jące się pół­au­to­maty z cza­sów Wiel­kiej Wojny. Przed dzie­się­cioma laty Oleg zabrał je mar­twym żoł­nie­rzom Armii Czer­wo­nej. Poży­czył je Sta­nowi i Wita­lijowi w zamian za tygo­dniową rację ziem­nia­ków. Stan i Witia naj­pierw poszli do Romana, ale ten wyczuł kło­poty i odmó­wił.

-?Masze­ro­wali w szyku -?wyja­śnił kolejny raz Stan -?a my zdej­mo­wa­li­śmy jed­nego po dru­gim. Kara­biny miały po dwa maga­zynki z dwu­dzie­stoma pię­cioma nabo­jami każdy.

-?I mie­li­śmy dwa dodat­kowe -?dorzu­cił Wita­lij.

-?Kiedy jeden padł, zabi­ja­li­śmy następ­nego -?powie­dział Stan. -?Wszystko trwało nie­całą minutę. Zabra­li­śmy im też tro­chę gotówki.

-?Cał­kiem nie­źle, co? -?dopy­ty­wał się Wita­lij.

-?Zabi­li­ście ich i obra­bo­wa­li­ście? -?zapy­tała Isa­belle. -?Świet­nie, Stan. Dobra robota, Witia.

Isa­belle i jej bra­cia ze skrzy­żo­wa­nymi na pier­siach rękami opie­rali się o ścianę. Ostap miał dwa­dzie­ścia sześć lat, a Nikora dwa­dzie­ścia dwa. Wszy­scy trzej Laza­ro­wie byli podobni do ojca: o czar­nych jak smoła wło­sach, krępi, melan­cho­lijni, zasad­ni­czy. A Isa­belle była podobna do matki, z wyjąt­kiem tego, że matka sie­działa teraz na krze­śle w kącie z dala od całego zamie­sza­nia i czy­tała książkę. To zde­cy­do­wa­nie nie paso­wało do Isa­belle, która nie potra­fiła usie­dzieć na miej­scu.

Rodzina kłó­ciła się, paliła i piła, ostro podzie­lona co do dal­szego postę­po­wa­nia.

-?Czemu trzeba coś robić? -?zapy­tał Stan. -?Nawet jeśli przy­ślą wię­cej ludzi, a byliby głupi, gdyby to zro­bili, niczego nie zdra­dzimy. Będą wypy­ty­wać, a my zaprze­czać. Powiemy, że nie wiemy, co się stało.

-?Na pewno nie chcesz ich dalej zabi­jać? -?chciał wie­dzieć Roman.

-?Roman, nie żar­tuj -?rzu­cił Pietka. -?Nie czas na to. -?Stał przy prze­ciw­le­głej ścia­nie obok Mirika.

-?Niczego nie powiemy -?oświad­czył Stan, któ­rego opu­ścił już nastrój do żar­tów.

Wita­lij zgo­dził się z bra­tem.

-?Nie znajdą ich, a my nic nie powiemy. Nie wyci­śniesz krwi z kamie­nia.

-?Ale ty nie jesteś kamie­niem, Witia -?zauwa­żył Nikora. -?Masz w sobie głu­pią krew, którą można wyci­snąć. Co powiesz, kiedy powie­szą cię za kostki i zaczną prze­słu­chi­wać?

-?To nie może być gor­sze od tego, co jest teraz -?mruk­nął Stan. Sie­dzieli przy stole w oto­cze­niu pozo­sta­łych.

-?Naprawdę tak sądzisz? -?zapy­tała Isa­belle.

-?Powie­szą nas za kostki? -?pisnął Wita­lij. -?Prze­stań żar­to­wać!

-?Wyglą­damy, jak byśmy żar­to­wali? -?zapy­tał Nikora.

Nikt nie kwe­stio­no­wał faktu, że do zabój­stwa doszło pod wpły­wem impulsu.

-?Pomy­śl­cie o kło­po­tach, które teraz cze­kają was, skoro ośmie­li­li­ście się pod­nieść głos w łagod­nym pro­te­ście -?powie­dział Ostap. -?I przy oka­zji nas.

-?Zastrze­le­nie dwóch tuzi­nów komu­ni­stycz­nych apa­rat­czy­ków i próba ukry­cia ich ciał nie jest łagod­nym pro­te­stem -?odparł Mirik. -?To wypo­wie­dze­nie wojny.

Ostap był cier­pliwy, z dyplo­ma­tycz­nym cha­rak­te­rem śred­niego dziecka - dopóki go nie spro­wo­ko­wano. Był mężem wojow­ni­czej księż­niczki Jany, któ­rej zabro­niono brać udział w tego typu spo­tka­niach z powodu jej wybu­cho­wego tem­pe­ra­mentu. Jana nie rozu­miała ani nie uży­wała słowa "łagodny" w prze­ci­wień­stwie do spo­koj­nego męża.

Słowa "łagodny" nie uży­wał też ani nie rozu­miał Roman.

-?Jeśli Stan i Witia mają rację -?powie­dział, pod­krę­ca­jąc wiel­kie wąsy - i sowieci przyjdą zabrać co nasze, czy tego też nie można uznać za wypo­wie­dze­nie wojny? -?Roman nie zgo­dził się, by wziąć udział w zasadzce, ale nie schy­lał głowy przed nikim, a już na pewno nie przed Rosja­nami. Jego nie­na­wiść była poko­le­niowa, gene­tyczna, wro­dzona, wszech­ogar­nia­jąca, trwała -?i głę­boko oso­bi­sta. Wie­dzieli o tym wszy­scy, dla­tego też Stan i Wita­lij naj­pierw przy­szli do niego.

-?Wolał­bym nie wypo­wia­dać wojny nikomu -?stwier­dził Mirik.

-?Popie­ram -?dołą­czył do niego Pietka.

-?Będziemy ich prze­ko­ny­wać, Roma­nie. -?Mirik był roz­sąd­nym czło­wie­kiem. Isa­belle przez całe życie pły­wała w głę­bo­kich wodach narwa­nych, impul­syw­nych, poryw­czych Laza­rów, z któ­rych każdy był bar­dziej zażarty od dru­giego. Potrze­bo­wała chłod­nych, spo­koj­nych wód trzeźwo myślą­cego męża.

Roman uniósł brwi.

-?Bar­dzo chciał­bym być muchą na ścia­nie w sali, w któ­rej ty, Miriku, będziesz tłu­ma­czył sowiec­kim urzęd­ni­kom, ile mleka mogą zabrać tobie i Pietce.

-?A ileż tego mleka mogą zabrać? -?zapy­tał Mirik, wzru­sza­jąc ramio­nami. -?Tylko tyle, ile nie skwa­śnieje w dwa dni.

-?Miriku -?zaczęła Cici -?powie­dział ci Roman, mówi­łam ci ja i mówił kupiec z Sza­tawy, mówią też naj­now­sze gazety z Kijowa: oni nie przyjdą po twoje mleko. Przyjdą po twoją krowę.

-?I tak będę bez­pieczny -?upie­rał się Mirik. -?Oni nie potra­fią wydoić krowy.

-?Wszystko będzie dobrze -?powtó­rzył Stan. -?Nie znajdą ciał.

-?Głupcy, tu nie cho­dzi o ciała -?powie­działa Isa­belle. -?Ani o mleko. Ani nawet o krowę. Nie rozu­mie­cie? Cho­dzi o zboże.

Ze swo­jego kąta Oksana raz po raz kiwała głową, nie pod­no­sząc wzroku.

Rodzina zamil­kła.

Złe zbiory jesie­nią ozna­czały brak żyw­no­ści zimą. Czyli teraz. Z tej sytu­acji nie było wyj­ścia. Sto milio­nów ludzi miesz­ka­ją­cych i pra­cu­ją­cych w rosyj­skich mia­stach, daleko od ziem­nia­ków Stana i Wita­lija i mleka Mirika, musiało jeść. Skąd się weź­mie dla nich chleb, jeśli nie z Ukra­iny, z Ispasu i od Laza­rów?

A jeśli w Ispa­sie nie będzie zboża, co wtedy?

A jeśli Laza­ro­wie nie będą mieli zboża, co wtedy?

Kiedy wszy­scy sobie poszli, Isa­belle i Mirik zaj­rzeli do śpią­cych chłop­ców. Młod­szy obu­dził się i kiedy Mirik poszedł zary­glo­wać drzwi, Isa­belle przez kilka minut leżała mię­dzy synami w ich łóżku i tuliła Maksa, żeby go uspo­koić.

-?Tak gło­śno roz­ma­wia­li­ście, mamo -?powie­dział. -?Wystra­szy­łem się.

-?Prze­pra­szam, maleńki, prze­pra­szam, sło­neczko -?szep­nęła. -?Doro­śli cza­sem roz­ma­wiają gło­śno, gdy dzieją się nie­do­bre rze­czy.

-?Ty i tato nie.

-?Two­jego tatę trudno zde­ner­wo­wać, dla­tego go kochamy.

-?Co Stan i Witia zro­bili? Byli­ście na nich tacy źli.

-?Nic, nic. -?Isa­belle przy­ci­snęła usta do jedwa­bi­stej głowy synka. -?Są tylko głupi. Zro­bili coś głu­piego i byli­śmy źli, bo wszy­scy się boimy, że spo­tka ich za to kara.

-?Jaka?

-?Śpij już, Mak­siu, śpij, miłyj.

-?Mamo, ja też cza­sami robię coś głu­piego.

-?Ale nie tak.

-?Sława też robi. Zawsze jest nie­zno­śny, sama tak mówisz.

-?Cii. Twój brat jest wspa­nia­łym chłop­cem, tak jak ty. -?Nie­zno­śnym, ale wspa­nia­łym.

Mak­sym objął ją chu­dymi rącz­kami i przy­tu­lił się do jej serca.

-?Nie zro­bię niczego głu­piego, mamoczko, obie­cuję -?szep­nął. -?Bo nie chcę, żebyś na mnie krzy­czała. Chcę, żebyś krzy­czała tylko na Sławę. Bo on jest naprawdę nie­zno­śny.

Kiedy Isa­belle i Mirik roze­brali się w swoim pokoju i objęli się pod grubą koł­drą, Mirik pró­bo­wał żar­tami popra­wić ponury nastrój Isa­belle i śmie­chem ukoić jej nerwy.

-?Nic nam nie będzie, Iso, czemu się tak mar­twisz? Już wcze­śniej radzi­li­śmy sobie z pro­ble­mami. Ispas jest za mały i leży za daleko od nich, żeby się nami przej­mo­wali. Bóg, który dał nam życie, któ­rym mamy żyć, nie porzuci swo­jego stwo­rze­nia.

Isa­belle nie była taka pewna. Może nie porzuci -?bar­dziej wyrzuci gdzieś na stepy, zajęty innymi spra­wami.

-?W każ­dym razie -?szep­nął Mirik -?nie mamy dokąd pójść. Jeste­śmy rol­ni­kami i tyle. Nie ma ucieczki od tego życia.

-?Tego wła­śnie się boję -?powie­działa Isa­belle.

-?Nie bój się. Jeste­śmy bło­go­sła­wieni. Śpij dobrze, żono. Zoba­czysz. Jutro spad­nie śnieg.

Ale naza­jutrz nie spadł śnieg.

Naza­jutrz zja­wili się sowieci.