5. Prośba krawca
5
Prośba krawca
Finn, pogrążony w błogim zadowoleniu, dotarł niemal do Charles Street,
kiedy przypomniał sobie, że obiecał Vanessie odebrać od Schumanna jej
suknie na zbliżający się weekend na wsi.
Zaklął pod nosem i zawrócił. Teraz spóźni się do domu. Był tak zajęty
gratulowaniem samemu sobie, że zapomniał zachować się w sposób godny
tych gratulacji. Jeśli wróciłby do domu bez sukien, Vanessa mogłaby
odwołać wyjazd, bo nie miałaby co na siebie włożyć. Jeśli wróci
spóźniony, ale z sukniami, żona też będzie rozdrażniona. Moją miarą jako
mężczyzny, pomyślał Finn, jest to, że nie zapominam o tym, co powinienem
zrobić.
Już mniej opanowany pospiesznie ruszył na wzgórze.
Kiedy dotarł do kolei naziemnej oddzielającej Boston właściwy od
imigranckiej enklawy znanej jako North End, zwolnił, wyrównał krok i kilka razy odetchnął głęboko, by uspokoić płuca.
Jednak choć szedł wolniej pod turkotem pociągów rozlegającym się w cieniu nadziemnych torów i wysokich budynków upakowanych wzdłuż wąskich,
krętych zaułków, nie szukał swojego odbicia w brudnych wystawach North
Endu. Wiedział już, co zobaczy: przygarbione ramiona, spuszczoną głowę.
Na rogu Salem i Prince wszedł do zakładu krawieckiego Schumanna nie jako
zwycięzca, lecz jak zwykły szarak, bo tak naprawdę się czuł w najgłębszych zakamarkach duszy.
Finn lubił przychodzić do Schumanna. Jego zakład nie przypominał innych
miejsc, które odwiedzał, i po części dlatego go przyciągał. Bank był
przestronny, lśniący, pełen szkła, a zakład Schumanna ciemny i wąski,
światło wpadało tylko przez dwa okna i drzwi wejściowe. Dzwonek przy
drzwiach nigdy nie milkł. W dzielnicy North End krawiec był swego
rodzaju celebrytą. Kiedy Vanessa pytała Finna, czemu upiera się, by
chodzić "aż tam", gdy za rogiem przy Myrtle znajduje się świetny
krawiec, odpowiadał, że Schumann jest najlepszy.
Był też niesamowicie szybki. Koszule mają być wykrochmalone i wyprasowane przed piątą? Żaden problem. Będą dla pana gotowe. Suknie
żony trzeba zebrać dziesięć centymetrów w pasie, podszyć i obciążyć u dołu? Proszę mi dać czas do szóstej piętnaście.
Schumann pracował w takim tempie nie tylko dla Finna, lecz dla
wszystkich, nawet dla tych, którzy nie pożyczyli mu pieniędzy, by
rozkręcił interes. Był człowiekiem, który robił swoje, niezależnie od
tego, czym to było.
Ale Finn wiedział -?dla niego Schumann pracował najszybciej.
Finn obserwował, jak wysoki, szczupły krawiec omawia rozdarcia,
spłowiałe miejsca i plamy z klientami stojącymi przed nim. Był łagodny i uprzejmy. Traktował wszystkich tak samo, nieważne, czy był to kominiarz,
czy wiceprezydent. Od czasu do czasu nosił jarmułkę, ale nie dziś, i brodę, którą często golił, jakby do niej też nie był szczególnie
przywiązany. Siwiejące włosy wciąż miał imponująco gęste. Był dobrze po
pięćdziesiątce. Praca przy maszynie lekko go przygarbiła i przez to
wydawał się niższy, ale w rzeczywistości był wyższy od Finna, ale o połowę od niego szczuplejszy. Było coś uspokajającego w jego
uśmiechniętych, bystrych oczach. Może dlatego Finn lubił do niego
przychodzić. I nie on jeden. Klienci Schumanna zasypywali go nie tylko
rozdartymi materiałami. Opowiadali mu ze szczegółami o swoich bólach i dolegliwościach, o zapaleniach i zaparciach. A Schumann, jak zawsze
uprzejmy, wysłuchiwał ich wszystkich.
Jego twarz zawsze się rozjaśniała, kiedy Finn przekraczał próg, lecz
dziś był bardziej rozpromieniony niż zwykle. I mówił znacznie głośniej.
-?Panie Finn, witam serdecznie! Momencik, proszę pana, jedną chwilkę. -
Podniósł palec, prosząc Finna, by zaczekał. Nadal uprzejmie obsługiwał
pozostałych klientów, lecz wydawał się już trochę zniecierpliwiony.
Finn przyglądał mu się z aprobatą. Nie było takiej rzeczy, której
Schumann nie chciał albo nie potrafił zrobić. Finn próbował.
Przetestował krawca.
"Schumann, w marynarce od garnituru brakuje srebrnego guzika".
"Żaden problem. Przyszyję go panu".
"Ale garnitur uszyto na miarę w Brookline!".
"Kiedy pan go potrzebuje, na jutro rano?".
"Schumann, moje córki poplamiły mi ulubioną koszulę fioletową farbą".
"Żaden problem, proszę ją zostawić". Krawiec uśmiechał się. "Chyba że
chce pan zafarbować całą koszulę na fioletowo? To też mogę zrobić.
Fiolet może być zachwycający".
"Fioletowa koszula dla mężczyzny? Żartujesz sobie ze mnie?".
"Owszem, sir, troszkę".
I tak to trwało.
Schumanna znalazł przypadkiem przed laty, jeszcze zanim się ożenił.
Wtedy sprowadzało się to tylko do krawca, jego żelazka, maszyny do
szycia i parownicy. I mówiąc precyzyjnie, to nie Finn znalazł Schumanna,
lecz Schumann jego. Pewnego dnia, gdy Finn szedł Salem Street, na rogu
zatrzymał się mężczyzna, by przepuścić wozy dostawcze. Zwrócił się do
Finna po angielsku z ciężkim akcentem.
-?Ma pan garnitur rozdarty na plecach. To całkiem spore rozdarcie,
niestety. Mam to panu naprawić?
-?Nie mogę tak po prostu zdjąć marynarki i wręczyć jej panu -?odparł
Finn. Dżentelmeni nigdy nie zdejmowali marynarki w miejscu publicznym!
-?Ależ skąd, sir. Proszę wejść tu ze mną. Tutaj, do bramy. A teraz
proszę zdjąć marynarkę. Naprawię. -?Schumann niczym magik wyjął z przepastnej kieszeni szpulkę nici i małe nożyczki. W niecałą minutę
zaszył rozdarcie. -?Gotowe -?powiedział. -?Wygląda jak nowa.
-?Skąd jesteś? -?zapytał zafascynowany Finn.
-?Stąd, z Salem Street, sir.
-?Dobrze cię wyuczyli w starym kraju.
-?W starym kraju nie byłem krawcem. To było, jak mawiacie, moje hobby.
Finn myślał, że Schumann ma żonę, która pomaga mu w szyciu. Nigdy nie
wspominał, czy ma dzieci. Ale potem kobieta zniknęła i przy maszynie
zastąpiła ją inna. Po jakimś czasie ta też zniknęła i na jej miejscu
znów zjawiła się kolejna.
-?Wszystko w porządku, Schumann? -?zapytał Finn tego wieczoru, gdy
krawiec wreszcie uwolnił się od klientów.
-?Jak najbardziej -?odparł. -?Dziękuję, że pan pyta.
Finn spojrzał na nową dziewczynę, która siedziała przy stole i szyła.
-?Skąd je bierzesz? -?Finn uśmiechnął się. Czyżby Schumann był starym
zbereźnikiem?
-?Przybywają ze starego kraju. -?Krawiec nie chwycił przynęty.
Finn uśmiechnął się.
-?Nie o to dokładnie pytałem, ale w porządku. Posłuchaj, mam do ciebie
pytanie.
-?Ja też chcę pana o coś zapytać -?odparł Schumann. -?Ale pan pierwszy.
-?Chciałem o tym wspomnieć już od paru miesięcy -?zaczął Finn, bębniąc
palcami po ladzie. -?Przeglądałem raporty tygodniowe i zauważyłem dziwną
aktywność na twoim koncie firmowym.
-?Dziwną?
-?Tak. Wypłacasz pieniądze.
-?Czy to takie dziwne dla kierownika banku? -?zapytał Schumann. -?Kiedy
ludzie wypłacają pieniądze ze swoich kont? Jaką aktywność bankierzy
uważają za normalną? -?Jego oczy błysnęły żartobliwie.
Finn nie przestawał bębnić.
-?Bo to jest dziwne. Kiedy ty wypłacasz pieniądze, wszyscy inni
wpłacają.
Krawiec wzruszył ramionami.
-?Czemu wypłacasz pieniądze, Schumann? -?chciał wiedzieć Finn. -?Mamy
wzrost aż pod niebo. Wiesz coś, czego ja nie wiem? Możesz mi powiedzieć.
Jestem takim twoim finansowym lekarzem. -?Finn uśmiechnął się.
-?Bardzo dobrze. A ja pana ubraniowym. -?Schumann odpowiedział uśmiechem
i pogładził się po brodzie, przyglądając się Finnowi z powagą. -?Nie ma
o czym mówić. Trochę pieniędzy na koncie zostało, prawda?
-?Dziesięć procent tego, co miałeś wiosną. Czemu wypłaciłeś
dziewięćdziesiąt procent oszczędności?
Schumann nachylił się i zniżył głos.
-?Bo cena nici poszła do góry.
Finn milczał, a jego mózg wszystko szacował.
-?Nici -?powtórzył Schumann. -?Cena wzrosła.
-?Słyszałem. I co z tego?
-?Dla krawca to ważna rzecz. Nici. Niezbędne w mojej pracy.
-?A co z U.S. Steel? Nie jest ważne dla twojej pracy?
-?Ależ tak, sir! Igły są bardzo ważne. Stal też podrożała.
-?Nie chodzi ci o cenę akcji stali? -?dopytywał się Finn. -?Tylko o cenę
stali?
-?Chyba o obie -?wyjaśnił Schumann. -?Ale bardziej przejmuję się ceną
samej stali.
Finn wygładził rękawy marynarki.
-?Nie uważałbyś, że rosnące ceny to coś złego, gdybyś zainwestował w firmę, która wytwarza stal na twoje igły, jak ci radzę od lat.
-?Zaczekajmy, jak się skończy rok dla stali, to może do tego wrócimy.
Finn nadal rozmyślał.
-?Jeśli nici drożeją, podnieś swoje ceny, żeby to zrekompensować.
-?Nie mogę.
-?Czemu?
-?Stracę klientów. Zarobki nie wzrosły.
-?Okej, ale węgiel i benzyna też nie podrożały. Ani czynsze. Podatki też
nie wzrosły.
-?Nie. Tylko nici -?powiedział Schumann. -?A cena wzrosła, bo Coats and
Clark produkują mniej. Dlaczego tak się dzieje?
-?To niemożliwe. -?Finn zmarszczył brwi. -?Schumann, na miłość boską,
przestań mówić zagadkami.
-?Pytał pan. To mówię.
-?Pewnie zbiory bawełny były kiepskie.
-?Nie, rekordowe -?odparł krawiec. -?Trzy lata z rzędu.
-?Może krosna się popsuły.
Schumann pokręcił głową.
-?Nic się nie popsuło. Zbiory były doskonałe, nic się nie zepsuło. C and
C mają po prostu za duże zapasy.
-?No i masz swoją odpowiedź. Produkowali za dużo nici.
-?Nie. -?Dla podkreślenia swoich słów krawiec zniżył głos. -?Ludzie
przestali kupować nici.
Finn ponownie zmarszczył brwi.
-?Jeśli tak jest, to ceny nici powinny spaść, żeby zrównoważyć nadwyżkę.
Ożywiony Schumann uderzył dłonią w ladę.
-?No właśnie! -?wykrzyknął. -?Ceny powinny spaść. Ale rosną. -?Wyglądał
na zaniepokojonego, ale mimo to zadowolonego z siebie. -?Dlatego
wypłacam pieniądze. Kiedy wokół mnie dzieją się dziwne rzeczy, zamieniam
się w latarnika. -?Uniósł dłoń do czoła. -?Wypatruję moich statków na
morzu. -?Zawiesił głos, obejrzał się na milczącą dziewczynę przy
maszynie i z niepokojem zakaszlał w chusteczkę.
-?A teraz masz wszystkie statki pod materacem -?powiedział Finn. -
Myślałem, że rezygnujesz z moich usług. -?Uśmiechnął się. -?Przekazujesz
interes innemu bankowi.
-?Nigdy, sir. Ale czy ja mogę teraz coś panu przekazać? Wyjdziemy na
zewnątrz?
-?Na zewnątrz?
-?Na chwilę.
To było niespotykane. Schumann nigdy nie prosił Finna, by wyszedł na
zewnątrz. Teraz zawiesił na drzwiach tabliczkę, że wróci za pięć minut,
i za łokieć wyprowadził Finna na ulicę.
-?Chcę pana poprosić o wielką przysługę.
-?Chcesz, żebym ci pożyczył pieniądze, żebyś mógł kupić większy materac?
Ale Schumann się nie uśmiechnął, nie chrząkał też z zakłopotaniem.
-?Zatrudniłby pan dziewczynę z mojej pracowni? Muszę jej jak najszybciej
znaleźć miejsce.
Tego się Finn nie spodziewał. Na chwilę oniemiał. A potem zaczął się
jąkać.
-?Chcesz, żebym... chcesz... żebym zatrudnił twoją szwaczkę? Ale Schumann, u mnie w domu nie ma nic do szycia.
-?I dobrze -?zgodził się Schumann -?bo ona nie potrafiłaby szyć, nawet
gdyby to miało uratować jej życie.
-?Dlatego próbujesz się jej pozbyć?
-?Nie pozbywam się jej -?odparł nerwowo Schumann. -?Wręcz przeciwnie.
Chcę jej znaleźć dobrą posadę. Mam też innych, którzy potrzebują mojej
pomocy. Nie mogę im znaleźć odpowiedniego zatrudnienia. Nate przywiózł
zbyt wielu. Mimo że statek się rozbił i część z nich utonęła. Pomimo
tragedii, nadal jest ich za dużo.
-?Kim jest Nate?
-?To najmniej ważny szczegół.
-?Jaki statek?
-?Też nieistotne.
-?Czemu statek się rozbił?
-?A czemu statki się rozbijają? Pech? Zła wola? Mroczny omen?
Finnowi kręciło się w głowie na karuzeli zaskakujących szczegółów.
-?Kim ona jest?
-?No, teraz dokądś zmierzamy -?ucieszył się Schumann. -?Kimś, kto
potrzebuje mojej pomocy. -?Zawiesił głos. -?I pańskiej.
-?Czy to jest prawdziwy powód, dla którego wypłacasz pieniądze?
-?Żebym mógł...? Nie. -?Schumann zakaszlał. -?Choć Nate musi teraz znaleźć
nowy statek.
-?Bo jego statek się rozbił?
-?No właśnie! -?Schumann zmarszczył brwi. -?To ironia?
-?No właśnie. -?Finn przeczesał włosy palcami. Był oszołomiony.
-?Co mam zrobić z uchodźczynią, która nie mówi po angielsku? Jak może mi
pomóc?
-?Nie powiedziałem, że nie mówi po angielsku -?odparł Schumann. -
Świetnie sobie radzi z językami i szybko się uczy. Wszystkiego poza
szyciem. Mówi po ukraińsku, rumuńsku, polsku i rosyjsku. -?Ostatnie
słowo wypowiedział, jakby je wypluwał.
-?Poliglotka, która mówi po rumuńsku, jakoś nie bardzo przyda się w domu.
-?Nauczy się, obiecuję. I chodzi tylko o nią.
-?W przeciwieństwie do czego?
-?To mogła być cała rodzina. I jeszcze jedna osoba. -?Schumann wyglądał
na załamanego.
Finn cofnął się, jak zawsze pokonany ogromem rzeczy, których nie
rozumiał.
-?Nie prosisz mnie o przysługę, Schumann.
-?Wiem. Proszę o akt łaski. -?Przycisnął pięści do serca i patrzył mu
błagalnie prosto w oczy. -?To nie pożyczka ani napisanie listu. To coś
znacznie większego. Rozumiem. Ale ona jest dla mnie bardzo ważna. Wiem,
że u pana i pańskiej rodziny będzie bezpieczna. I nie zapomnę tego.
Nigdy.
Finnowi nadal kręciło się w głowie.
-?Kim jest Nate?
-?Młodym człowiekiem, któremu się wydaje, że wszystko wie, i który
nikogo nie słucha. Mam poważne problemy, panie Finn. Nie proszę o pomoc
przy wszystkich. Tylko przy tym.
-?Co ta kobieta będzie robić w moim domu?
-?Może pomagać pańskiej żonie z córkami. Nie mówi pan, że pańska żona
czasem potrzebuje pomocy?
Finn zamrugał.
-?Mamy guwernantkę.
-?Może sprzątać.
-?Mamy gospodynię. I pokojówkę. Dwie pokojówki.
-?Może gotować. Choć szczerze mówiąc, nie wiem, czy potrafi gotować.
-?Mam kucharkę. I podkuchenną.
-?A może będzie pracować dla pana w banku?
-?Pracować dla mnie w banku? -?powtórzył Finn z niedowierzaniem.
-?Czemu nie? Może robić wszystko, co potrzeba. Jeździć samochodem,
dostarczać różne rzeczy. Tylko nie wiem, czy potrafi prowadzić. Na pewno
potrafi jeździć konno.
-?Aha -?powiedział Finn, kiwając głową. -?To już wiemy. Bank niczego nie
dostarcza konno. -?Zmrużył oczy, gdy wszystko nagle do niego dotarło. -
Ty nie chcesz, żebym dał jej tylko pracę. Chcesz, żebym zabrał ją do
domu i dał jej dach nad głową.
-?Tak -?przyznał krawiec drżącymi wargami. -?Ale tylko jej. Nie
rodzinie. Nie innej osobie. -?Wyglądał, jakby miał się rozpłakać.
Finn zakołysał się na piętach. Wiedział, jak trudno jest dumnemu
człowiekowi prosić o przysługę. On sam od dawna nikogo o nic nie prosił.
Prowadził naprawdę niezwykłe życie.
-?Kiedy mam to zrobić? -?zapytał zrezygnowanym głosem. Gdy tylko
wypowiedział te słowa, z zakładu wyszła młoda kobieta, stanęła obok nich
i we trójkę rozglądali się nieufnie po Salem Street.
Finn patrzył, jak się żegnają. Schumann obejmował ją, jakby któreś z nich wyruszało na wojnę. Trzęsły mu się ramiona. Młoda zgaszona kobieta
poklepała go po plecach, ale wyraz jej twarzy mówił: "Ty głupcze, gdybyś
tylko znał wszystkie powody do płaczu". Krawiec otarł twarz i powiedział
do niej coś w obcym języku, zdejmując jej z policzka bawełnianą nić.
Finn zrozumiał jedynie: "No już, głowa do góry. Jesteś teraz w Ameryce".
Co on narobił? Co powie Vanessie? A co z ich rodzinami, które siedziały
w bujnym ogrodzie i czekały na jego powrót do domu? Już trudno było
pogodzić się z faktem, że któryś z Evansów mija nieprzekraczalną granicę
i wchodzi do cuchnącego, otoczonego murami irlandzko-włosko-żydowskiego
getta, którym jest North End, i do nory, której właścicielem jest Żyd
uchodźca, by odebrać swoje garnitury i suknie żony.
Tym zajmowały się pokojówki. Służba! Dawny przyjaciel z Harvardu John
Collins nigdy nie zapomniał rymowanki, którą jego ojciec poeta napisał
właśnie o tym: "To stary dobry Boston, z fasolą i dorszem za progiem,
gdzie Lowellowie rozmawiają tylko z Cabotami, a Cabotowie tylko z Bogiem". Evansowie i Adamsowie nie sprowadzali do domu uchodźców, którzy
dopiero co zeszli ze statku, wychudzonych, bladych, w czystych, lecz
nędznych ubraniach, o wielkich oczach i ustach i ledwo wyczuwalnym
oddechu.
Finn Evans miał to zrobić. Ale tego nie przemyślał. Z wyjątkiem...
Była otępiała i udręczona, miała oczy koloru bostońskiego portu podczas
burzy, trudne do opisania, zielonoszare. Głowę okręciła brązowym szalem,
robiąc duży węzeł nad wysokim czołem.
-?Jak się w ogóle nazywasz? -?zapytał, nie mogąc powstrzymać
westchnienia. Nie spodziewał się odpowiedzi, może tylko jakiegoś
głuchego jęku.
Ale młoda kobieta spojrzała na niego oczami o barwie granitu,
wyprostowała się i z dumą charakterystyczną dla starego świata
powiedziała głębokim, silnym, androgynicznym altem:
-?Isabelle Martyniwna Lazar.
Jej wargi lekko drżały.
Stali twarzami do siebie.
-?Ja jestem Finn -?przedstawił się.
6. Lucas
6
Lucas
Potężny mężczyzna, który zgodził się zabrać ją do swojego domu, był
przystojny i elegancki, nawet z popołudniowym zarostem i nieco
zmierzwionymi, zaczesanymi do tyłu ciemnoblond włosami. Może właśnie
dlatego Isabelle czuła, że coś jest nie w porządku. Działo się tak z dwóch powodów. Pierwszym był garnitur. W najbardziej nieprzyjemny sposób
przypominał jej innych ludzi w jej życiu, którzy nosili garnitury, choć
nie tak eleganckie i dobrze skrojone jak ten.
Jednak głównym powodem była namacalna niechęć, z jaką ten mężczyzna
zgodził się wyświadczyć Schumannowi przysługę. Isabelle nie rozumiała
zbyt dobrze angielskiego, ale rozumiała ludzką naturę i wiedziała, że
Schumann narzucił ją niechętnemu osobnikowi, komuś, kto nie lubi, by mu
cokolwiek narzucano. Trudno było uznać początek jej nowego życia za
bardziej niefortunny.
Szli razem ulicami obcego miasta. Były błotniste, brudne i hałaśliwe.
Wszystko razem było nie do zniesienia, dopóki nie weszli do innej części
miasta, gdzie nagle zrobiło się mniej tłoczno i pojawiły się drzewa. Nie
wiedziała, czemu chód tego mężczyzny jest tak niepewny; wydawał się
młody, mniej więcej w jej wieku, ale poruszał się wolniej niż kulejący
siedemdziesięciolatkowie w Ispasie. Próbowała zwolnić, by dostosować się
do jego tempa, ale im wolniej szła, tym bardziej on też zwalniał! Może
to jakaś forma dziwnej rycerskości? W Ukrainie wszyscy mężczyźni
poruszali się, jakby biegli do pożaru, nie zwracając uwagi na kobiety.
Kiedy Isabelle obserwowała zmagania Amerykanina z prostą czynnością
chodzenia, on przemawiał do niej w języku tak obcym jak miasto. Kilka
słów rozumiała. "Brak samochodu". "Nie ma parkingu". "Chodzić". Może
przepraszał, że muszą iść piechotą, zamiast jechać samochodem? Żałowała,
że nie może mu powiedzieć, że nigdy nie siedziała w samochodzie, więc
nie ma za co przepraszać.
Gdy zbliżali się do rozległego parku na wzgórzu, podszedł do nich
mężczyzna. Finn ujął Isabelle za łokieć i próbował go ominąć. Ale
mężczyzna nie chciał ich przepuścić. Był przystojny -?i pijany. Isabelle
czuła jego oddech z odległości dwóch metrów. Próbował wciągnąć Finna do
rozmowy, klepnął go w plecy, błagał. Finn prawie nie reagował.
-?Lucas -?powtarzał. -?Lucas, przestań.
Mężczyzna o imieniu Lucas ruszył w stronę Isabelle, wyciągnął rękę i ukłonił się -?po części dla żartu, po części kokieteryjnie, głównie
pijacko.
-?Nazywam się Lucas -?przedstawił się. -?A jak brzmi imię panienki?
-?Moje imię -?odparła z naciskiem -?to Isabelle Martyniwna Lazar.
Lucas skłonił się i ucałował jej dłoń.
-?Miło mi panią poznać, Isabelle -?powiedział, przeciągając jej imię w sposób, jakiego nigdy dotąd nie słyszała. Iiiiizabeeeellle.
-?Wystarczy -?rzucił Finn i ją odciągnął. -?To nikt. Proszę się nim nie
przejmować -?dodał, kiedy minęli mężczyznę.
Isabelle prychnęła cicho. Jakby pijany głupiec mógł w ogóle trafić na
listę rzeczy, którymi się przejmowała.
Jednego była pewna: Finn kłamał. Lucas nie był nikim. Gdy błagał Finna,
na jego twarzy malowała się poufałość, żal, przeprosiny. A w spojrzeniu
Finna, gdy próbował ignorować intruza, widać było nienawiść i ból.
7. Farma w Hampton
7
Farma w Hampton
Kiedy Finn niedopuszczalnie późno wrócił do domu, jego rodzice i rodzice
Vanessy odpoczywali na patio pełnym kwiatów w donicach i popijali
bezalkoholowe mint juleps.
-?Finn, gdzie się podziewałeś? -?zagrzmiał Walter Adams, niemal już
emerytowany prezes banku zarządzanego przez Finna i jego teść. Żona
Waltera, Lucy, spojrzała krytycznie ze swego krzesła, na którym
siedziała ze szklanką soku grejpfrutowego. Prawdziwego soku; niestety,
nie był to eufemizm określający wino.
-?Lubię dopiąć wszystko na ostatni guzik. -?Finn uśmiechnął się nerwowo.
-?Walter niepotrzebnie się niecierpliwi, Esmondzie -?powiedziała Lucy,
która w beżach wyglądała idealnie, lecz miała w sobie coś okrutnego.
Była jedyną osobą, która upierała się, by zwracać się do niego jego
drugim imieniem, Finn Esmond Evans. Podała mu szklankę gazowanej wody i wypił ją duszkiem jak rolnik, bo strasznie chciało mu się pić. Gdy
wszedł, jak zawsze rozmawiano o zniesieniu prohibicji. Od dziesięciu lat
wszyscy rozmawiali wyłącznie o zniesieniu prohibicji i o giełdzie.
-?Vanessa jeszcze nie zeszła? -?zapytał Finn. -?Witaj, mamo.
-?Witaj, kochanie. Nie, jeszcze jej nie widzieliśmy -?powiedziała Olivia
siedząca pod dużym parasolem z lemoniadą i książką w dłoniach.
Obok niej siedział jego ojciec, Earl Evans, i czytał gazetę.
-?Witaj, synu. W banku wszystko w idealnym porządku? -?Nawet nie opuścił
gazety.
-?Dzień dobry, ojcze. Tak, wszystko jest idealne.
-?Walterze, porozmawiasz z Esmondem o prośbie Johna Reade'a? -?zaczęła
Lucy. -?Czy będziesz czekał wiecznie?
-?Nie wiecznie, Lucy, tylko do kolacji -?odparł Walter.
Zaniepokojony Finn odwrócił się w stronę domu. Wprowadził Isabelle do
salonu i prosił, by tam zaczekała, dopóki nie poinformuje żony o nagłym,
nieprzedyskutowanym z nią nabytku. Ale Vanessa nadal nie była gotowa.
-?Finn, usiądź, odpręż się -?polecił Walter. -?Chcę z tobą porozmawiać.
-?Zaczekajmy do kolacji, Walterze -?poprosił Finn. -?Mam...
-?John Reade potrzebuje więcej pieniędzy, żeby dokończyć remont farmy w Hampton -?wyrzuciła z siebie Lucy.
-?Dzięki, Lucy -?mruknął Walter. -?I wszystko pomieszałaś. On nie chce
jej remontować, tylko sprzedać. Znalazł chętnego kupca, więc czas nagli.
Trzeba ją tylko dopieścić.
Finn uniósł brwi. "Dopieszczenie" zwykle było powiązane z symbolem
dolara. Czasami trzema.
-?A co to za farma, Walterze? -?zapytał, nadal stojąc.
-?No właśnie, drogi chłopcze, nawet my o niej zapomnieliśmy -
powiedziała Lucy. -?Chyba nie byliśmy tam ani razu od czasu naszego
ślubu przed trzydziestoma trzema laty.
-?Należała do mojego ojca -?oznajmił Walter, jakby dalsze wyjaśnienia
były zbędne. -?I ojca mojego ojca. I ojca ojca mojego ojca. John Reade
jest naszym dobrym przyjacielem i musimy udzielić mu dalszego kredytu,
by pokryć te koszty oraz koszty kilku innych projektów, nad którymi
razem pracujemy. Możesz to zrobić, prawda? Może w ramach Programu
Rozwoju Biznesu?
-?Pierwszy raz słyszę o tym domu w Hampton, Johnie Readzie i jego
kredycie -?odparł Finn. -?Porozmawiamy o tym przy kolacji, dobrze?
Muszę...
-?Nie przejmuj się żadną z tych rzeczy. -?Walter machnął ręką. -?Jak
wspomniałem, John chce podłączyć pod ten kredyt inne wspólne projekty,
trzy czy cztery. Potrzebuje dodatkowych trzech milionów dolarów.
Finn zagwizdał, porażony ogromną sumą.
-?Walterze, jak bardzo potrzebny jest remont w tej nieruchomości, o której nigdy nie słyszałem?
-?Mówiłem, że trzeba ją tylko trochę ogarnąć. Dodać ostatnią warstwę
farby, kilka gałek do drzwi.
-?Gałki do drzwi za trzy miliony dolarów? -?zapytał Finn. Prawie
powiedział: "To cholernie dużo gałek". -?Mają być ze złota, jak te w Luwrze?
-?Większość pieniędzy jest przeznaczona na inne budowy w Amesbury i Newburyport. To kredyt parasolowy.
Finn wzruszył ramionami.
-?Rynek nieruchomości notuje lekkie straty.
-?Mamy kupca! Umowa jest domknięta.
-?Ciekawią mnie te inne projekty. W poniedziałek, dobrze?
Na szczęście Vanessa weszła w końcu na patio przez drzwi balkonowe, jak
zawsze nieskazitelnie ubrana, uczesana, subtelna, uśmiechnięta i spokojna.
-?Vanesso, jesteś nareszcie, kochanie. Przepięknie wyglądasz! -
powiedziała Lucy. -?Czekaliśmy na ciebie.
-?Wiem. Ja... -?zaczęła i Finn zastanowił się, czy przygotowała sobie
zakończenie zdania. Lucy ocaliła córkę przed koniecznością wyjaśniania,
podając jej tacę z tartinkami.
Finn pocałował żonę w policzek i wziął od niej tacę.
-?Witaj, kochanie. Nie, nie siadaj, chodź ze mną na chwilę. Muszę ci coś
pokazać.
Już w środku, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Vanessa rzuciła:
-?Gdzie się podziewałeś? Strasznie się spóźniłeś. Znowu piłeś z tym
okropnym Lucasem? -?Wspięła się na palce, by powąchać jego oddech.
-?Nie, Vee, mówiłem ci, że już się z nim nie widuję. -?Postanowił zataić
krótkie spotkanie przy Boston Common, gdzie Lucas często na niego
czekał. -?Odebrałem twoje suknie od Schumanna. Ale mam też dobre wieści.
-?Uśmiechnął się, zaciskając zęby. -?Przyprowadziłem ci dodatkową pomoc
do domu.
-?Nie potrzebuję jej, kochanie. Mam wszystko. -?Sięgnęła po jego dłoń.
-?Wysłuchaj mnie. -?Stali w półmroku holu tuż za drzwiami balkonowymi. -
Myślę, że tobie i domowi przydałaby się pomoc.
-?Nie potrzebuję pomocy. -?Przez twarz Vanessy przebiegł cień. -?Co to
znaczy, że przyprowadziłeś mi pomoc? To nie jest tylko rozmowa?
-?Chodź ze mną, Vee -?powiedział Finn i wziął żonę za rękę. -?Chcę,
żebyś kogoś poznała.
8. Lavelle
8
Lavelle
Vanessa patrzyła z niedowierzaniem, gdy jej mąż wypchnął do przodu młodą
kobietę w lichym ubraniu i paskudnych męskich butach, w brązowym szalu
na głowie, z poszarzałą i pospolitą twarzą. Pochodziła ze świata,
którego Vanessa nie znała. Nie wiedziała, czy ta kobieta była lub mogła
być atrakcyjna, i nic jej to nie obchodziło. Widok tej kruchej,
przerażonej istoty w jej domu zbyt mocno nią wstrząsnął.
-?To Isabelle -?powiedział Finn. -?Isabelle, poznaj moją żonę Vanessę. -
Uśmiechał się, jakby przedstawiał sobie swoje najlepsze przyjaciółki.
Vanessa stała oniemiała.
W końcu się opamiętała.
-?Jak się masz? -?odezwała się i spojrzała ze złością na męża.
Kobieta idealnie ją naśladowała.
-?Jak się masz? -?powtórzyła twardym głosem ze słowiańskim akcentem. Nie
spojrzała jednak ze złością na męża Vanessy.
-?Skąd pochodzisz... Isabelle?
-?Isabelle Martyniwna Lazar -?doprecyzowała kobieta z wysoko podniesioną
głową i wyprostowanymi szczupłymi ramionami. -?Z U-kra-iny.
-?W Ameryce mówimy Ukra-iny -?wyjaśniła Vanessa.
-?Ukra-iny w Ameryce -?powiedziała Isabelle po króciutkiej pauzie,
idealnie naśladując sopran Vanessy.
-?Mówisz po angielsku? -?zapytała Vanessa, krzywiąc się ze zmieszania.
-?Teraz mówię, prawda? -?Akcent i ostry głos wróciły.
-?Przepraszamy na chwilę.
W holu Vanessa odwróciła się gwałtownie do męża.
-?Finn, nie!
-?Vanesso, przepraszam, kochanie. -?Ścisnął ją za ramiona. -?Nie miałem
czasu na zastanowienie. Schumann mnie osaczył. Poprosił o przysługę.
Chciał, żebym ją zatrudnił. Nie mogłem odmówić.
-?Ja odmawiam teraz. Odprowadź ją z powrotem. Proszę.
-?Dajmy jej szansę na miesiąc lub dwa. Dodatkowa para rąk zawsze się
przyda.
-?Finn!
-?Kochanie, parę dni temu mówiłaś, że czujesz się lekko przytłoczona. -
Finn obrzucił ją spojrzeniem. -?I mogę tylko zauważyć, że nie do końca
się przygotowałaś na nasz wieczór z rodziną.
-?Jestem doskonale przygotowana -?odparła. -?Ciebie też tu nie było.
-?Byłem w pracy. A potem po drugiej stronie miasta. Ale tutaj akurat
masz rację, kochanie. I nadal nie jesteś gotowa...
-?Jestem całkowicie gotowa.
-?Wyglądasz cudownie. Co do tego nie ma wątpliwości. Ale szpilki we
włosach są jeszcze z rana. Nie nałożyłaś prawie w ogóle makijażu...
-?Mam naturalny, odpowiedni na letni wieczór.
-?Tylko na jednym oku, kochanie. Zapomniałaś pomalować naturalnie drugie
urocze oko. -?Finn uśmiechnął się.
-?A co to ma wspólnego z czymkolwiek?
-?Być może będzie mogła ci pomóc, żebyś nie musiała robić wszystkiego w takim pośpiechu. Ubrać dziewczynki, pobawić się z nimi, zabrać je do
parku i tym podobne rzeczy.
Vanessa zamrugała.
-?Od tego mamy Edith.
-?Edith nie jest już taka młoda. Trudno jej schodzić ze schodów i zakręcać na podestach. Nie lubi wspinać się na wzgórza. Junie
powiedziała mi, że nie były w parku przez cały zeszły tydzień! Jest
lato, kochanie, najlepsza pora w Bostonie. A jednak dziewczynki
przesiadują w domu.
-?Finn, mamy patio i ogród i... Och, co ja wygaduję, tu nie chodzi o dziewczynki albo o park!
-?Nie?
-?Sprowadziłeś do domu obcą kobietę, żeby z nami zamieszkała, nie
omawiając tego wcześniej ze mną!
-?Rozmawiam z tobą teraz.
-?To tylko formalność.
Finn przyglądał się poważnie jej twarzy. Vanessa dobrze znała ten wyraz.
To był wyraz niestrudzonej perswazji. Spokojny, pogodny, pełen
rozsądnych argumentów, jej mąż nie ustępował, dopóki nie przystawała na
to, do czego chciał ją nakłonić. Trzecie dziecko? Jasne. Wędrowiec z obcego kraju? Pewnie.
Wmaszerowała z powrotem do salonu.
-?Jak się tu dostałaś, Isabelle?
-?Idziemy -?powiedziała. -?Idziemy od Schumanna.
-?Skąd przybyłaś?
-?Od Schumanna -?powtórzyła Isabelle.
-?Wielkie nieba! Czemu nie może mnie zrozumieć? Masz pozwolenie, żeby
mieszkać w Ameryce, pracować? Finn, możesz pomóc? Możesz jej
wytłumaczyć, o co ją pytam?
-?Nasza łódź zatonąć w nocy -?odrzekła Isabelle. -?Wielki sztorm. Dużo
ludzi umrzeć. Nie ja. -?Nie powiedziała jednak tego tak, jakby spotkało
ją wielkie szczęście. Słowa zabrzmiały, jakby została przeklęta.
-?Jaka łódź?
-?Nie znam nazwa łodzi.
-?Twój statek zatonął?
-?Tak. Statek zatonąć w Lavelle.
-?Gdzie?
Finn wtrącił się do rozmowy.
-?Przypominam sobie, że jakiś miesiąc temu czytałem coś o katastrofie
statku handlowego na wschodnim krańcu portu w Bostonie. Uderzył w skały
i odwrócił się do góry dnem. Pewnie o tym mówi.
-?Czemu miałaby płynąć na statku handlowym? -?Vanessa odwróciła się do
Isabelle. -?Czemu byłaś na statku handlowym?
-?Nie wiem, co to handlowy. Mój statek zatonąć.
-?Bardzo mi przykro -?odparła Vanessa. -?Ale to nie nasza wina. Nie
jesteśmy odpowiedzialni za katastrofę statku. Nie odpowiedziałaś na
żadne z moich pytań. Odpowiedziałaś za to na pytanie, którego nie
zadałam.
-?Chcę odpowiedzieć, ale naprawdę nie znam nazwy łodzi.
Vanessa odwróciła się na pięcie i wybiegła z salonu. Finn podążył za
nią.
9. Truro
9
Truro
Finn uświadomił sobie ze wstydem, że Isabelle prawdopodobnie wyczuła
wrogość jego żony. Trudno było jej nie wyczuć. Źle to wszystko rozegrał.
Nie przygotował odpowiednio Vanessy, nie mógł tego zrobić, ale nie o to
chodziło. Wykazał się brakiem szacunku dla nich obu. Osaczył jedną i obraził drugą.
Po ucieczce Vanessy zakłopotany Finn wrócił do salonu, gdzie czekała
Isabelle. Nie była jednak sama. Stały przy niej córeczki Finna i przyglądały się jej z zaciekawieniem. Ona patrzyła na jego dzieci z wyrazem twarzy, którego nie potrafił rozszyfrować. Było w nim coś
niezgłębionego.
-?Kto to jest, tatusiu?
-?To Isabelle -?odparł Finn. -?Zostanie u nas przez jakiś czas. Będzie
pomagać Wicker w kuchni, Loretcie, Marcie i Edith. Mamusi też. To moje
córki -?zwrócił się do kobiety. -?Mae i Junie.
-?Ile roków? -?zapytała Isabelle sztywno po angielsku.
-?Ile mają lat? Mae siedem, a Junie sześć.
Isabelle przyglądała się dziewczynkom.
-?To maluszki -?szepnęła.
-?Nie jesteśmy maluszkami, ty jesteś maluszkiem -?rzuciła Junie.
-?Junie! Maniery! -?skarcił ją Finn.
-?Przepraszam, tatusiu.
-?Nie mnie.
-?Przepraszam, Isabelle.
Powiedziała coś po ukraińsku, co zabrzmiało jak "słoneczka".
Gdy dziewczynki zaczęły zarzucać ją pytaniami, Finn musiał im powiedzieć
o barierze językowej.
-?Może kiedy zabierze was do parku, nauczycie ją trochę angielskiego?
-?Możemy być jej nauczycielkami! -?wykrzyknęła zachwycona Mae.
-?Jak najbardziej. -?Zwrócił się do Isabelle: -?Nie martw się. Wszystko
będzie dobrze.
Isabelle zamrugała, udręka w jej oczach jeszcze się pogłębiła.
-?Nie martw się -?powtórzyła. -?Wszystko będzie dobrze.
W towarzystwie dziewczynek Finn zaprowadził Isabelle na dół do kuchni i poprosił Wicker, by dała jej coś do jedzenia, a gospodynię Marthę, by
przygotowała dla niej pokój w części dla służby.
-?Nigdy nie słyszałem o tej Lavelle -?powiedział Finn do Isabelle, gdy
wychodził, by dołączyć do rodziny. -?A znam wszystkie wyspy w porcie.
-?Lavelle -?powtórzyła Isabelle. -?Dwa światła takie same.
-?Podwójne światła... -?Finn niemal się uśmiechnął. -?Chodzi ci o wyspę
Lovells.
-?Nie, Lavelle -?upierała się Isabelle. -?Wiem, gdzie się rozbić.
-?To się wymawia LA-vels -?poprawił ją Finn.
-?To się wymawia La-VELLE -?odparła kobieta.
Na zewnątrz czekała na niego cała kanonada pytań.
-?Co się dzieje, Esmondzie? -?dopytywała się Lucy. -?Vanessa mówi mi, że
sprowadziłeś do domu jakąś kobietę.
-?Nie kobietę...
-?Nie jest kobietą? -?rzuciła Vanessa.
-?Formalnie rzecz biorąc, jest, ale... nie sprowadziłem do domu kobiety.
Przyprowadziłem pracownicę.
-?Nie jest potrzebna -?powiedziała Lucy. -?Vanessa wspaniale prowadzi
dom.
-?Zdecydowanie -?odparł Finn. -?Ale nawet idealna żona od czasu do czasu
potrzebuje pomocy. -?Finn nie patrzył na Vanessę, a na jej twarzy nie
drgnął ani jeden mięsień.
-?Podobno nie mówi po angielsku? -?zapytał Walter.
Finn wzruszył ramionami, udając nonszalancję.
-?Pochodzi z Ukrainy? -?zapytała Lucy. -?Jakim cudem się tu dostała? Ma
ze sobą rodzinę?
-?Nie wiem.
-?Zastanawiam się, czy mogę jej zadać parę pytań -?powiedział Walter. -
Bank National Shawmut pożycza dziesiątki milionów dolarów Związkowi
Radzieckiemu. Bardzo chciałbym się dowiedzieć, jak tam jest.
-?Walterze, wątpię, by mogła ci pomóc z takimi geopolitycznymi
informacjami -?odparł Finn. -?Chyba że znasz ukraiński.
-?Potrafi czytać i pisać?
-?Chodziła w ogóle do szkoły?
-?Z jakiej części Ukrainy pochodzi? -?dopytywał się Walter. -?To głównie
rolniczy rejon. Pochodzi z miasta, może z Kijowa?
Finn rozłożył ręce.
-?Przyprowadź ją tutaj, żebyśmy mogli ją zapytać.
-?Wiecie co? -?odparł łagodnie Finn. -?Pozwólmy jej się tu zadomowić,
zanim zaczniemy ją przesłuchiwać.
-?To żadne przesłuchanie -?oburzył się Walter. -?Jesteśmy tylko ciekawi.
-?Jak najbardziej, tatusiu -?odezwała się Vanessa. -?Ja na przykład
jestem ciekawa, jak niemowa, która nie zna angielskiego i nie rozumie
prostych poleceń, pomoże mi w prowadzeniu domu i opiece nad dziećmi.
-?Nie wiem -?odparł Finn cierpko, bo zaczynał się złościć. -?Czy nieme
osoby potrafią obierać ziemniaki? Kroić cebulę? Myć podłogi? Pielić w ogrodzie? Zabierać dzieci do parku? Mamy ogromny dom i dużo obowiązków.
Na pewno znajdziemy dla niej jakieś zajęcie. -?Nie próbował ukryć
irytacji. -?Jeśli naprawdę uważasz, że nie może ci tu pomóc, zabiorę ją
do banku, żeby pomagała mnie.
-?Nie bądź śmieszny -?rzucił Walter.
-?Nie bądź śmieszny -?powtórzyła jak echo Vanessa, jednak głos jej
zadrżał.
Matka Finna postanowiła interweniować.
-?Dajcie mu spokój -?powiedziała. -?Dobry człowiek, który od dekady jest
jego krawcem, poprosił go o przysługę. Mój syn znajduje się w tym
szczęśliwym położeniu, że mógł się zgodzić. Przyjaciel był w potrzebie,
ta kobieta też jest w potrzebie i Finn zareagował. Stało się tylko
dobro, żadna krzywda. Czemu się zachowujecie, jakby wypowiedział wojnę?
-?Olivio, masz absolutną rację -?przyznał Earl. -?Należy pomagać ludziom
w potrzebie, jeśli tylko jest się w stanie. To akt miłosierdzia.
-?Dziękuję, kochanie -?powiedziała Olivia. -?Naprawdę to podnosi na
duchu obie strony: dającego i obdarowanego.
Czemu Finn czuł, że pośród słów wsparcia wypowiadanych przez rodziców
jest ukryte tępe ostrze? Czy te uwagi były wymierzone w niego? A jeśli
tak, to dlaczego?
-?Kiedy ona poczuje się swobodniej, synu -?zaczął Earl -?chcielibyśmy ją
poznać. Nie żeby ją wypytywać, ale powitać w rodzinie.
-?Z całym szacunkiem, Earlu -?Vanessa zwróciła się do teścia. -?Jeśli
będziemy jej płacić, a zakładam, że tak się stanie, będzie służącą. Nie
częścią rodziny.
-?Okazujemy uprzejmość ludziom, którzy mieszkają pod naszym dachem -
wtrąciła Olivia i nawet Lucy wydała z siebie niechętny odgłos na znak,
że zgadza się ze swoją odpowiedniczką. Bostończycy mieszkający w Beacon
Hill traktowali swoją służbę z największym szacunkiem. -?I kochanie -
dodała matka Finna -?powiedz Isabelle, żeby słuchała radia i czytała
gazety. To wspaniały sposób, by nauczyć się nowego języka.
-?Będziemy musiały znaleźć inny sposób, żeby jej to przekazać, Olivio -
odparła Vanessa -?bo na razie nie rozumie nic a nic po angielsku.
Znaleźli ją, jak chodziła po pokojach i dotykała przełączników,
marmurowych kominków i luster, przesuwała koniuszkami palców po świeżych
kwiatach, wazonach z ceramiki, wypolerowanym srebrze, przesuwała dłońmi
po gładkim parkiecie, otwierała i zamykała pokrywę pralki i nachylała
się, by zajrzeć do bębna. Ani na krok nie odstępowały jej Mae i Junie,
które chodziły za nią boso i ją naśladowały. Ona dotykała, one też. Ona
przesuwała, one też. Otwierała szafki, one też otwierały.
-?Włącznik światła -?mówiły, gdy naciskała go raz po raz.
-?Włącznik światła -?powtarzała. -?Żyrandol. Lodówka.
Podniosła Junie i wsadziła ją do pustego bębna pralki.
-?Pierze Junie -?powiedziała.
-?O, tak, proszę! -?wykrzyknęła Junie.
A Mae, zwykle bardziej ostrożna od siostry, zaczęła podskakiwać i piszczeć:
-?Mnie też, mnie też!
-?Ty następna -?powiedziała Isabelle. -?Pierze Mae.
-?Czemu gładziła głowy moich córek tak samo, jak dotykała pralki? -
dopytywała się szorstko Vanessa. -?Tam skąd pochodzi, nie mają dzieci?
Zabrali ze sobą Isabelle na weekend na Cape Cod, do Truro. Finn
prowadził nowiutkiego sedana Packarda Eight, kupionego zaledwie przed
miesiącem, przestronnego, miękkiego, dopieszczonego w każdym szczególe.
Isabelle, która siedziała z dziewczynkami z tyłu, przez trzy godziny
podróży wyglądała przez okno i od czasu do czasu powtarzała słowa,
którymi zasypywały ją Mae i June.
Truro, położone wśród rozległych wydm w pobliżu krańca Outermost Harbor,
było leniwym nadmorskim miasteczkiem, pełnym oszalowanych domów
przykrytych dachami z cedrowych gontów. Weekendowe ustronie Finna było
wielkim białym domem otoczonym soczystą zielenią i jasnymi kwiatami. Dom
stał na pagórku, z którego rozciągał się widok na kilometry dziewiczych
plaż i mokradeł na zatoką Cape Cod. Do wody prowadziła prywatna ścieżka
z drewnianymi stopniami. Finn kupił ten dom w prezencie dla rodziny po
narodzinach Mae w 1922 roku i wszyscy uwielbiali tam spędzać letnie
weekendy i wakacje, może z wyjątkiem Vanessy, bo ona w głębi duszy była
dziewczyną z miasta. W Truro nikt się nie spieszył. Tam się po prostu
było. To właśnie Finn lubił w miasteczku najbardziej.
W domu było mnóstwo miejsca dla wszystkich, nawet dla nowo przybyłej.
Isabelle zamieszkała w pokoju kucharki. Adder i Eleanor przyjechali
późnym popołudniem ze swoim okropnym synem Montym. Adder, niewysoki
mężczyzna z wielką głową, stale przywoływał Isabelle, by ją wypytywać.
Jej milczenie na chwilę odwracało jego uwagę, ale potem znów wracał do
tematu i koniecznie chciał się dowiedzieć, jak dotarła do Bostonu, jak
długo to trwało, skąd wypłynęła, czy ma rodzinę i gdzie ona jest.
Isabelle stała jak słup z obojętnym wyrazem twarzy i raz po raz
powtarzała:
-?Nie rozumieć.
-?Masz matkę, ojca, męża, dzieci? -?Adder nie dawał za wygraną,
wskazując dzieci, mężów, matki.
-?Nie rozumieć -?powtarzała Isabelle, nie mrugnąwszy nawet okiem.
Dziewczynki poprosiły Isabelle, by poszła z nimi nad wodę. Vanessa
stwierdziła, że pewnie nie umie pływać.
-?Ukraina nie ma przecież dostępu do morza?
Słysząc jej słowa, Isabelle zeszła nad brzeg morza, zdjęła skórzane
buty, które nosiła nawet na piaszczystej plaży, weszła do wody w sukni i chustce i zanurkowała.
-?W tej Ukrainie bez dostępu do morza pewnie mają rzeki -?zauważył Finn.
-?I Morze Czarne.
-?Może ona rozumie więcej, niż się nam wydaje -?stwierdził Adder.
-?Może chce, żebyś zostawił ją w spokoju -?odparł Finn.
Isabelle długo pływała tam i z powrotem, a Mae i Junie pokrzykiwały do
niej z brzegu.
-?Jak ona chce się wysuszyć? -?zapytał Adder, gdy obie pary siedziały na
werandzie i popijając brzoskwiniową lemoniadę, obserwowały plażę.
-?Proszę, daj jej ręcznik, Vanesso -?powiedział Finn. -?Zrobiłbym to
sam, ale jak by to wyglądało?
-?Jest ciepło -?odparła Eleanor. -?Nic jej nie będzie, sama wyschnie.
Poczciwa stara Eleanor zawsze spieszy na ratunek. Kiedy tylko siostra
powiedziała jej, żeby tego nie robiła, Vanessa pobiegła po dwa ręczniki
dla Isabelle.
-?Ona ma jakieś inne ubrania? -?zapytał Adder. -?Pewnie powinna się
przebrać w coś suchego.
Kiedy Isabelle wreszcie wyszła z wody, chustka zsunęła się jej z głowy i Finn zobaczył, że jest w zasadzie łysa. Na pewno ogolili jej głowę, gdy
przechodziła przez kontrolę imigracyjną. Usiadła na kłodzie drewna w pobliżu wody, a Mae i Junie wydawały okrzyki zdziwienia na widok jej
łysej czaszki i pocierały ją, jakby polerowały mebel.
-?Biedaczka -?powiedział Adder. -?Jest cała przemoczona, a ta długa
suknia tylko się do niej przykleja. Vanesso, daj jej kostium kąpielowy.
Będzie jej wygodniej.
-?Nic z moich rzeczy nie będzie na nią pasować. Jest za wysoka.
-?Nie robią kostiumów dla wysokich osób? -?zapytał Finn. -?A ty nie
pływasz.
-?Planuję, kochanie. Może później, jeśli jeszcze będzie gorąco.
Nadal było gorąco, ale Vanessa nie poszła pływać.
Vanessa nigdy nie pływała. Opowiadała o wodzie i upale, ale nigdy nie
weszła do wody: ani z Finnem, ani z dziećmi, ani z siostrą.
W niedzielne popołudnie Finn obserwował Isabelle stojącą nad brzegiem w powiewającej teraz suchej fioletowej sukni do kostek i w chustce
owiniętej wokół głowy. Stała tak długo z rękami splecionymi na piersi w postawie obronnej i wpatrywała się w niemal szklaną taflę wody. I ona, i morze trwali bez ruchu. Finn przyglądał się jej zaskoczony, zdumiony.
Kiedy podbiegła do niej Junie, niemal chciał krzyknąć: "Nie, nie, nie
przeszkadzaj jej, zostaw ją w spokoju. Niech zostanie tam, gdzie chce".
Ale Isabelle ocknęła się z zadumy, nachyliła do Junie, uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę, by czułym gestem położyć ją na ramieniu dziewczynki.
Junie pokazała jej muszelkę i razem ruszyły na poszukiwanie dalszych
skarbów.
Weekend był niepokojący, choć głównie nieciekawy, a zakłóciły go jedynie
niewyjaśnione obrażenia Addera, które odniósł przed śniadaniem w niedzielę i przy stole zjawił się z opuchniętym nosem i imponująco
podbitym okiem. Miał też rozciętą wargę i prawie nic nie jadł.
Powiedział, że wszedł na drzwi, był nieostrożny i nie patrzył, gdzie
idzie. Eleanor była przerażona. Chciała koniecznie wiedzieć, które to
drzwi i czy stanowią zagrożenie dla "mojego kochanego Monty'ego". Żądała
wyjaśnień, czemu Vanessa ma w domu drzwi, które mogą zrobić krzywdę
dorosłemu mężczyźnie. Adder powiedział Eleanor, że robi niepotrzebne
zamieszanie i żeby o wszystkim zapomniała. Podczas posiłku nie odzywał
się ani słowem, nie zadawał Isabelle żadnych pytań, nawet na nią nie
patrzył, a po śniadaniu szybko się spakowali i wyjechali.
Niedziela była spokojna i piękna i pozostali wcale nie chcieli
wyjeżdżać. Finn i Vanessa w końcu wyruszyli do Bostonu dobrze po zmroku.
Zmęczone dzieci spały na tylnym siedzeniu packarda, a z przodu Finn i Vanessa rozmawiali cicho o obrażeniach Addera. Nie mogli sobie
wyobrazić, jak mężczyzna mógł wejść na drzwi z taką siłą, by skończyć z rozciętą wargą, podbitym okiem i niemal złamanym nosem.
Na to odezwała się siedząca z tyłu Isabelle.
-?Ten człowiek to nic dobrego -?oświadczyła.
Finn nie czekał do piątku, żeby zobaczyć się z Schumannem. We wtorek
wziął ubrania do reperacji i zabrał ze sobą Isabelle. Schumann
wspominał, że może mieć dla niej jakieś ubrania. Finn potrzebował go też
jako tłumacza.
Robocze buty Isabelle denerwowały Vanessę. Chciała, żeby nowa pracownica
miała na sobie przyzwoite obuwie, gdy zabiera dziewczynki do parku. Bo
te pragnęły nie tylko ogolić głowy "jak Isabelle", ale też zażyczyły
sobie podobnych skórzanych butów na Gwiazdkę. Schumann powiedział, że
buty są bardzo cenne: dobrze zrobione i drogie.
-?Rozumiem -?odparł Finn. -?Nie każę jej ich wyrzucić. Ale może
znajdziesz dla niej parę normalnych trzewików. Żeby pomóc jej w asymilacji.
Opowiedział Schumannowi o niewielkim nieporozumieniu, do jakiego doszło
między nim a Isabelle, i poprosił o wyjaśnienie. Na Cape podszedł do
niej, gdy siedziała przy oknie, i zapytał, czy ma ochotę na kolację. Nie
zareagowała, jakby go nie słyszała. Dopiero kiedy zwrócił się do niej po
imieniu, dostrzegła jego obecność.
-?Isabelle -?powiedział. A ona się odwróciła. Przeprosił, że ją
wystraszył. -?Przez chwilę myślałem, że jesteś głucha.
-?Co? -?zapytała.
-?Myślałem, że jesteś głucha -?powtórzył wolniej i głośniej.
-?Co?
Pokazał na swoje uszy, potem na jej i powiedział:
-?Myślałem, że nie słyszysz!
-?Co? -?odparła Isabelle.
Finn czekał, gdy Schumann wszystko jej wyjaśniał.
-?Prosi, żeby ci powiedzieć, że nie jest głucha -?oznajmił krawiec.
-?To czemu stale powtarzała słowo "co"?
Schumann i Isabelle wymienili kilka słów.
-?Mówi, że żartowała.
-?Co? -?zapytał Finn po króciutkiej chwili i zamrugał.
-?Toczno -?rzuciła Isabelle po ukraińsku. Nie uśmiechnęła się.
-?Powiedziała: "dokładnie". -?Schumann też się nie uśmiechnął.
-?W porządku -?odparł Finn. -?Wyjaśnij jej, że na tym etapie bariera
językowa między nami jest zbyt duża, żeby żartowała.
-?Chce pan, żebym jej powiedział, że nie może żartować? -?dopytywał się
Schumann.
-?Toczno -?rzucił Finn. -?Powiedz jej, że nie może żartować.
Isabelle podniosła głowę, by powstrzymać Schumanna przed dalszym
tłumaczeniem.
-?Rozumiem, co mówisz. Bariera językowa między nami jest zbyt duża,
żebym żartowała. -?Nie powiedziała tego swoim altem z normalnym
akcentem. Wypowiedziała te słowa barytonem Finna, z bostońskimi
naleciałościami, bez ukraińskiego akcentu. Po prostu powtórzyła jego
słowa, jakby odtwarzała nagranie.
-?Chyba wyraziłem się jasno, że nie będzie żadnych żartów -?dodał Finn.
-?Wyraziłeś się jasno, że nie będzie żadnych żartów.
Finn odwrócił się do Schumanna.
-?Jak ona to robi?
Schumann wzruszył ramionami.
-?Zawsze znakomicie wszystkich naśladowała. Ludzi, konie, ptaki,
obojętne. Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby umiała szyć.
Finn zamyślił się.
-?Zapytaj ją o Addera, mojego szwagra. Chcę wiedzieć, czy coś się między
nimi wydarzyło.
Kiedy Schumann odwrócił się do Isabelle, ona już mówiła szybko po
ukraińsku, jakby zrozumiała pytanie Finna.
Schumann odchrząknął.
-?Nie zadawałbym jej pytań, na które nie chce pan usłyszeć odpowiedzi.
Ona nie waży słów.
-?Chcę usłyszeć odpowiedź na moje pytanie.
Isabelle coś powiedziała.
Schumann westchnął.
-?Mówi, że nikt nie będzie jej dotykał, jeśli nie chce być dotykana. A tamten mężczyzna próbował ją dotknąć.
Finn z obrzydzeniem potrząsnął głową. A to gad!
-?Może doszło do nieporozumienia?
-?Ni -?odparła Isabelle.
-?Więc podbiła mu oko?
-?Proszę mi wierzyć -?odparł Schumann -?miał szczęście.
Finn zagwizdał. Nie potrafił ukryć, że jest pod lekkim wrażeniem.
Isabelle stała obok Schumanna bierna, chuda jak szczapa, niegroźna.
-?Może nam pan dać kilka minut? -?zapytał Schumann, sięgając po coś do
szafki. -?Ale tylko kilka, klienci już się schodzą. Słyszy pan, jak walą
do drzwi? Wyważą je, jakby to był szturm na banki w tysiąc dziewięćset
dwudziestym pierwszym roku.
10. Efros i Żuk
10
Efros i Żuk
Ukraina, luty 1929
Tydzień po strzelaninie Isabelle i Mirik kończyli dostarczać mleko.
Metalowe bańki dźwięczały na wozie, gdy mijali pobocze drogi, przy
której Stan i Witalij pochowali sowietów. Słońce dopiero wstało i w zamglonym jeszcze świetle niewiele było widać. Isabelle spojrzała w las,
wciągnęła gwałtownie powietrze i chwyciła Mirika za ramię.
-?Mirik -?szepnęła. -?Zatrzymaj wóz.
-?Nie -?odparł Mirik, trzymając lejce drżącymi dłońmi. -?Jedziemy dalej.
-?Mirik, zatrzymaj wóz!
-?Nie, Iso, nie patrz. Proszę. Nie patrz. -?Ponaglił konia, pragnąc
wyprzedzić to, co przed chwilą ujrzeli. Ale Isabelle wiedziała: nie
można wyprzedzić niezatartego obrazu własnej zagłady.
Z gałęzi drzew, związane za kostki, zwisały głową w dół nagie,
okaleczone ciała Stana i Witalija.
-?Mówiliśmy wam w Szatawie, mówiliśmy w Proskurowie, mówiliśmy w Kamieńcu. Mówiliśmy wam po rosyjsku i po ukraińsku tak głośno, jak tylko
się dało. Niech wie każdy z was z osobna i wszyscy razem, że nikomu nie
wolno podnieść ręki na działacza, funkcjonariusza, przedstawiciela
partii komunistycznej ani urzędnika radzieckiego rządu. To jedyne
ostrzeżenie, następnych nie będzie. Każdego, kto je zignoruje, czeka
niechybna śmierć.
Jefim Efros, młodszy sierżant OGPU delegowany do Ispasu, stał w granatowym mundurze pokrytym militarnymi insygniami, w okularach,
wysokich butach i obramowanej futrem czapce. Przekazywał ponurą
wiadomość w świetlicy pełnej równie ponurych mieszkańców. Otaczali go
jego uzbrojeni operatywnicy.
Efros i jego ludzie przez niecałe półtorej godziny przesłuchiwali
garstkę ludzi po tym, jak Oleg Tretiak, którego Isabelle od zawsze
nienawidziła, wydał Stana i Witalija, kłamiąc, że chłopcy ukradli mu
broń i go pobili. Poprowadził Efrosa prosto na miejsce pochówku. Stary
Tretiak zawsze był przekupny i myślał, że wydając braci Babiczów, ocali
własną skórę. Ale dzień później OGPU i tak go rozstrzelało -?za
wspieranie masowego mordu i spisek w celu jego ukrycia. Powiesili go
obok Stana i Witalija nad grobem trzynastu sowietów i zabronili
mieszkańcom zdejmować ciała. Będą tam wisieć, aż zostaną z nich
szkielety. Zdjęcie ciał i pochówek też będą karane śmiercią.
Po kilku dniach od przybycia Efrosa w Ispasie zaroiło się do czekistów,
speców od agitacji, administratorów, radnych i działaczy do spraw
kolektywizacji przysłanych przez sekretarza Centralnego Komitetu
Propagandy w Ukrainie.
Cici i Jana planowały najróżniejsze akcje odwetowe, ale Roman i Isabelle
zabronili im robić cokolwiek, co zwróciłoby jeszcze większą uwagę na ich
rodzinę, zwłaszcza że Cici była krewną Stana i Witalija -?ich matki były
siostrami.
Początkowo Cici nie chciała słuchać. Powiedziała, że rozwiedzie się z Romanem, a nie pozwoli, by Stan i Witalij pozostali niepomszczeni. Jana
z całego serca ją popierała. Ale zanim Cici zdążyła wnieść o rozwód, a ciężarna Jana wziąć sprawy w swoje ręce, Efros aresztował Mirona Kowala,
najbogatszego handlarza zbożem w Ispasie, i wyrzucił jego rodzinę z wielkiego domu stojącego tuż przy głównym placu, dokładnie jak
przewidział kupiec z Szatawy. Bolszewicy przejęli dom i wyburzyli
ściany, by na dole powstała jedna wielka zimna izba, i pospiesznie
zwołali zebranie w związku z następnymi krokami.
Następne kroki obejmowały dwie rzeczy: rekwizycję i kolektywizację.
Rekwizycja polegała na odbieraniu żywności z zapasów rolników, najpierw
po dobroci, a jeśli było trzeba -?siłą.
Kolektywizację sowieci przeprowadzali z wielkim wysiłkiem od 1928 roku;
miała na celu połączyć małe prywatne gospodarstwa w Ukrainie w większe,
pozostające pod kontrolą państwa. Mirik stwierdził, że nie znosi mieć
racji.
-?Najechała nas setka komunistów -?powiedział. -?Uzbrojonych, głodnych,
wściekłych i gotowych do wojny. Gdyby Stan i Witia, niech Bóg ma w opiece ich dusze, siedzieli cicho, nadal mielibyśmy tu setkę komunistów,
ale tylko głodnych.
-?A ja uważam wręcz przeciwnie -?sprzeciwił się Roman. -?Gdyby bez
względu na wszystko planowali nami poniewierać, to Stan i Witia powinni
wystrzelać ich więcej. -?Odwrócił się do siostry. -?A ty co myślisz,
Iso?
-?Mnie do tego nie mieszaj -?odparła Isabelle. Nie chciała sprzeciwiać
się mężowi w obecności swoich braci.
Kiedy mieszkańcy Ispasu nie okazali entuzjazmu dla następnych kroków i nie zgodzili się przyjść na zebranie, sowieci zapowiedzieli, że obecność
jest obowiązkowa. Każda rodzina, która nie przyśle swojego
przedstawiciela do kwatery bolszewików, zostanie aresztowana i deportowana do "obozu resocjalizacyjnego" w samej Rosji. Gdy frekwencja
nadal pozostawiała wiele do życzenia, sowieci zaczęli wysyłać delegatów
do poszczególnych gospodarstw, by przekazywali rozkazy bardziej
bezpośrednio. Każdego ranka oficer propagandowy, uzbrojony w kwiecistą
retorykę i naładowany karabin, odwiedzał gospodarstwo w okolicy
śniadania i wychwalał zalety kolektywizacji. O wiele za wcześnie zjawił
się u Lazarów.
Ispas, wieś bez dostępu do morza, liczyła tysiąc mieszkańców i ledwie
dwieście gospodarstw położonych na bezgranicznych równinach i w rzadkich
lasach południowo-zachodniej Ukrainy. Każde gospodarstwo specjalizowało
się w tej lub innej produkcji. Mieszkańcy wymieniali się towarami,
pieniądze w zasadzie w ogóle nie były im potrzebne, chyba że jechali na
targ w Czerwonej, gdzie sprzedawali nadwyżkę upraw, żeby kupować buty i garnki. W zamian za swoje mleko Kowalenkowie dostawali chleb i bekon i zwykle to im wystarczało, nawet podczas ciężkich zim takich jak ta,
która już mijała, choć wydawała się nie mieć końca.
Ziemia Lazarów leżała trzy kilometry na zachód od centrum wsi. Mieli
sześć hektarów głównie płaskiego terenu z siedmioma domami wybudowanymi
na pagórku z widokiem na dolinę. Domy były wygodne, dwa z nich całkiem
duże, wszystkie kryte strzechą, z kolorowymi glinianymi ścianami i klepiskiem zamiast podłogi. Stały tam też dwie obory dla krów Mirika i stajnia z dwudziestoma boksami dla koni Romana. Pobliskie strumienie
wykorzystywano do nawadniania pól i łowienia ryb, ale najbliższą
prawdziwą rzeką był Dniestr, który płynął trzydzieści kilometrów dalej
na południe, wijąc się wzdłuż granicy Ukrainy i Rumunii. Najbliższym
miastem był Kamieniec, dwanaście kilometrów na wschód. Odległości
dzielące miasta i wioski były ogromne, więc wieści rozchodziły się
powoli; gazety były spóźnione czasem o kilka tygodni, a poczta niemal
nie funkcjonowała.
Chłopi pracowali ciężko, ale w ich prostym życiu było wiele radości. W pobliskich lasach po deszczu można było zbierać grzyby. Latem krzewy
jeżyn i malin były obsypane owocami, które trafiały do placków i bimbru.
Czarna gleba znikała pod morzem złotej pszenicy w lecie, a potem
szarzała zimą, jakby przeżywała żałobę, czekając na następny zasiew.
W domu Isabelle, gdy ziemia pozostawała w żałobie, siedziało dwóch
mężczyzn: jeden w garniturze, drugi w mundurze. Spożywali jej jedzenie,
ale chcieli od niej czegoś więcej niż tylko kilku ziemniaków. Jednym z nich był Jefim Efros, pachołek OGPU. Drugim Kondratij Żuk, aktywista
partii komunistycznej zajmujący się kolektywizacją.
Żuk powiedział, że chce porozmawiać z Romanem Lazarem jak "mężczyzna z mężczyzną". Roman zrobił krok naprzód, lecz Isabelle odsunęła krzesło i gestem nakazała bratu, by został na miejscu.
-?Jestem Isabelle Kowalenko -?powiedziała. -?Ziemia należy do mnie.
Jestem najstarszym dzieckiem mojego ojca.
Żuk zacmokał i otaksował ją spojrzeniem. Był pulchnym, jednak dziwnie
sztywnym mężczyzną, zasadniczym i spoconym, z wydatnym, zakrzywionym
nosem i włosami w strąkach. Mógł mieć trzydzieści lat, ale fanatyzm go
postarzył.
-?Myślałem, że u Kozaków o wszystkim decydują mężczyźni -?powiedział z uznaniem.
-?Nie jesteśmy Kozakami -?odparła Isabelle, nawet nie mrugając do
Romana. Kiedy do twojego domu zawita wróg, ważne jest, by ukrywać, kim
się jest, dopóki nie się okaże, czego chce. Cieszyła się, że Roman
zapamiętał tę lekcję ojca i milczał.
-?Nie? -?rzucił Żuk. -?To pewnie się przesłyszałem. Nie jesteście
dziećmi osławionego Kozaka Martyna Lazara? No, nieważne. Było, minęło.
Wojna i tak dalej. Dobrze. Porozmawiam z wami. Zaczniemy od waszej
pierwszej nieścisłości. Ale, ale, macie może jeszcze trochę bekonu i ziemniaków? Ależ dobrze jadacie w tych stronach!
Przyniosła mu więcej bekonu. Rzucił się na niego i kontynuował przemowę.
-?O czym to mówiliśmy? A tak, o waszych nieścisłościach. Jefim,
pouczycie towarzyszkę Kowalenko w moim imieniu, a ja skończę jej pyszny
posiłek?
Efros, który siedział przy stole i też zajadał się specjałami Isabelle,
zaczął mówić z pełnymi ustami, z których wypadały kawałki ziemniaków i cebuli.
-?To nie jest wasza ziemia -?powiedział, przeżuwając. -?Ta ziemia, jak w całym Związku Radzieckim, należy do partii komunistycznej. Takie prawo
ustanowiono w tysiąc dziewięćset siedemnastym roku, tuż po chwalebnej
rewolucji październikowej. Cała ziemia w Rosji i we wszystkich
republikach została znacjonalizowana dwanaście lat temu. Nie
wiedzieliście? No to już wiecie. Ta ziemia jest nasza. Łaskawie
pozwalamy wam na niej mieszkać i pracować. -?Efros miał czerwony
bulwiasty nos. Był pijackim klaunem w wojskowym mundurze. Sapał, gdy
jadł, i sapał, gdy mówił.
-?I tutaj właśnie mamy problem -?wtrącił Żuk. Nabrał jedzenie na widelec
i nie wycierając ust, mówił dalej. -?Macie sześć hektarów, co daje
ogromne gospodarstwo z nieograniczonym potencjałem.
-?Jego potencjał ogranicza się do sześciu hektarów -?wyjaśnił Roman.
Żuk podniósł rękę i nawet nie spojrzał w jego stronę.
-?Potencjał tej ziemi jest całkowicie niewykorzystany.
Nikt się nie odezwał. W pokoju znajdowali się Isabelle, jej bracia i Mirik. Isabelle odesłała synów z matką do stodoły, a Cici i Janie nie
wolno było wejść do środka, bo to nie był czas na wojowanie.
-?Bardzo dobrze -?ciągnął Żuk. -?Będę mówił dalej. Po pierwsze, nie
uprawiacie na swojej ziemi pszenicy. Nie sadzicie buraków. Ani
ziemniaków. To wygląda na marnowanie sześciu hektarów, zwłaszcza gdy
ciężko pracujący lud w miastach głoduje.
-?Hodujemy konie -?wyjaśniła Isabelle.
-?I krowy.
-?Nie zajmujemy się tamtymi rzeczami, o których wspominaliście -
powiedziała Isabelle.
-?Jesteśmy tu po to, by kazać wam się nimi zająć.
-?Zajmujemy się hodowlą koni i bydła mlecznego -?powtórzyła Isabelle. -
Jeśli chcecie ziemniaków, powinniście porozmawiać ze Stanem i Witalijem
Babiczami. To oni uprawiają ziemniaki w Ispasie. No... uprawiali -?dodała.
W jej głosie słychać było nienawiść.
-?Rozmawiamy o waszym gospodarstwie, towarzyszko Kowalenko -?powiedział
Efros -?nie o tych zbrodniarzach Babiczach, którzy zostali stosownie
ukarani. Naprawdę potrzeba wam aż sześciu hektarów, żeby uzyskać
kilkanaście litrów mleka?
-?Tak -?odparła Isabelle. -?Krowom potrzebne są pastwiska. Koniom też.
Potrzebują nawet więcej pastwisk i terenów niż krowy. Sześć hektarów to
bardzo niewiele, jeśli uwzględni się potrzeby naszych zwierząt.
-?A co z potrzebami biednych radzieckich ludzi, którzy harują w pocie
czoła dla Mateczki Rosji, nawet gdy my tu sobie rozmawiamy?
-?Wszyscy ludzie potrzebują mleka -?powiedziała Isabelle. -?Sowieci i Ukraińcy tak samo.
-?Bo z mleka robi się masło i ser -?wyjaśnił Roman, jakby rozmawiał z wioskowym głupkiem.
Żuk warknął, żeby się zamknął, ale był zakłopotany uwagą Romana, jakby
nie wiedział, skąd bierze się masło i ser.
-?Moi bracia -?zaczęła Isabelle -?hodują i szkolą konie i dostarczają je
niemal na całą południowo-zachodnią Ukrainę, gdzie są wykorzystywane w rolnictwie.
-?Aha! I to prowadzi do kolejnego ważnego punktu, towarzyszko Kowalenko
-?kontynuował Żuk, wracając do aroganckiego tonu.
-?Coś dużo jest tych ważnych punktów -?zauważył Roman. -?Możemy je
poukładać w kolejności?
-?Poukładam je dla was -?powiedział Żuk. -?Konie to przeżytek! Niebawem
wyginą jak dinozaury. Są bezużyteczną pozostałością imperializmu. I trzeba je karmić! -?Jeden nawiedzony propagandysta i jeden uzbrojony
bolszewicki rekwizytor siedzieli, palili i pili mleko Mirika. Isabelle,
która zajmowała miejsce naprzeciwko Żuka, musiała wbić wzrok w obrus na
stole. Potrafiła się opanować, ale nie była w stanie ukryć wyrazu oczu,
z którego można było wyczytać, jakimi uczuciami napełnia ją gad taki jak
Żuk, który zjawił się w jej domu nieproszony, a potem obrażał
najszlachetniejsze, królewskie, niezniszczalne zwierzęta, jakimi były
jej karabachskie konie. Wiedziała, że Żuk zauważy pogardę w jej oczach.
I być może coś jeszcze bardziej złowieszczego. Nie podnosiła wzroku, gdy
mówił dalej.
-?Lada chwila wy, Lazarowie, wypadniecie z gry. Nieważne, czego chcą i w co wierzą ukraińscy chłopi, cały Związek Radziecki zostanie przeniesiony
do nowoczesnego świata. Także Ukraina. Konie staną się przeżytkiem,
nawet w waszym zacofanym Ispasie. I bardzo dobrze! Nadchodzi traktor,
młockarnia! Żniwiarka! Wialnia! Wasze rolnictwo zostanie zmechanizowane,
a wy zindustrializowani. Aby zdobyć maszyny, musimy je kupować na
zagranicznym rynku. Ale kupimy je za zboże, właśnie za tę pszenicę,
której obecnie nie uprawiacie.
Kiedy ani Roman, ani Isabelle nie odpowiadali, mówił dalej.
-?Zeszłego lata Ispas miał wyznaczone normy. Każde gospodarstwo miało
dostarczyć określoną ilość zboża. Wypełniliście je?
-?Nikt nie wypełnił -?odparła Isabelle. -?Nie tylko Lazarowie i Ispas.
Nie wypełniła ich Ukraina. Były za wysokie. Mieliśmy poważne problemy z plonami. Taka jest pogoda, towarzyszu. Czasami nieprzewidywalna.
Dostarczyliśmy wyznaczoną nam ilość mleka na masło i ser.
-?Nie prosimy, żebyście tłumaczyli nam swoje niepowodzenia, towarzyszko
Kowalenko -?stwierdził Żuk. -?Towarzysz Stalin nakazał, a my musimy
nakazy wypełniać.
Isabelle podniosła rękę.
-?Jeszcze nie skończyłam -?zaprotestowała. -?Poza warunkami pogodowymi
Lazarowie nie dostarczyli wyznaczonych norm zboża, ponieważ nie
uprawiamy pszenicy. Nie możemy zebrać, czego nie zasialiśmy, towarzyszu
Żuk. Nie można nas karać za to, że nie dostarczyliśmy pszenicy albo
buraków cukrowych. To by miało tyle samo sensu, co karanie piekarza za
to, że nie dostarczył wymaganej ilości pocisków.
Żuk poczerwieniał na twarzy.
-?To my mówimy wam, co macie robić, nie wy nam! -?Urażony i zakłopotany
z trudem łapał oddech. Słowa Isabelle były tak rozsądne, że mógł tylko
grzmieć i się wściekać. -?Ale poczyniliście słuszną uwagę, towarzyszko
Kowalenko. Dlatego dzisiaj z wami rozmawiamy. Jesienią będziemy od was
wymagać zbiorów pszenicy. A najlepszym sposobem na uniknięcie zakłóceń,
o których wspominacie, jest kolektywizacja.
-?Słyszałem, że tej jesieni normy zboża są jeszcze wyższe niż w zeszłym
roku -?powiedział Mirik.
-?Oczywiście! -?wykrzyknął Żuk, uderzają dłonią w drewniany stół. -
Muszą być wyższe, żeby zrekompensować niewybaczalnie kiepskie plony z zeszłego roku.
-?Słyszeliście, co mówiłam, towarzyszu? -?zapytała Isabelle.
-?Tak, tak -?rzucił zniecierpliwiony. -?Nie chcę więcej słuchać waszych
ukraińskich wymówek. Zaczniecie siać pszenicę. Poddacie się
kolektywizacji i staniecie się nowoczesnymi, wydajnymi, uprawiającymi
pszenicę socjalistami, jakich życzy sobie widzieć partia.
-?Chcecie, żebyśmy zaczęli siać pszenicę, którą potem sprzedacie, żeby
kupić maszyny i pozbyć się naszych koni? -?zapytał Roman. -?Nie,
dziękuję.
-?Macie zacząć siać pszenicę, bo lud radziecki musi jeść! -?powiedział
Efros.
-?Biedni głupcy -?rzucił Żuk szyderczo. -?Wydaje się wam, że to jest
rozmowa. -?Prychnął. -?My nie prosimy.
Roman miał dość.
-?Nie słuchacie mojej siostry -?powiedział. -?Nie słuchacie mnie.
Wyjaśnię wam najprościej, jak potrafię. Nie można w jednym roku przejść
od pastwisk do pól uprawnych.
-?My możemy i zrobimy to -?upierał się Żuk.
-?Czy skoro już zjedliście, zechcielibyście się przejść z nami po
gospodarstwie? -?zapytał Roman. -?Pokażę wam, że gleba jest ubita. Nigdy
nie była uprawiana ani nawożona, nigdy w niej nie siano ani nie wydała
plonu. Mamy dwadzieścia arów ziemi uprawnej, która żywi naszą rodzinę.
Ale reszta to płaska, przypominająca step ziemia.
-?Ale to przecież sławny ukraiński czarnoziem -?odparł Żuk. -?Na nim
można zasiać wszystko.
-?Wyjdźcie na drogę -?ciągnął Roman -?po której od dziesięcioleci jeżdżą
wozy i konie. Wyjdźcie tam, wykopcie dołek, zasiejcie ziarno w glinie i zobaczcie, co z niego wyrośnie, towarzyszu. -?Roman prawie wypluwał
słowa.
-?Przepiszcie wasze gospodarstwo na nowo powstały kołchoz w Ispasie, a przyślemy wam ludzi i pługi, by uprawiać waszą stepową ziemię.
Isabelle widziała, jak brat poci się pod kołnierzykiem. On też nie
potrafił ukryć swoich uczuć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Prolog
Pewnego letniego wieczoru w niewielkiej wiosce na południe od
cywilizacji, na wschód od dzikich gór, na zachód od Morza Czarnego,
piękna młoda kobieta o imieniu Isabelle gotowała, piekła i dekorowała
dom na wesele jej przyjaciółki Cici ze swoim bratem Romanem Lazarem.
Kiedy skończyła ozdabiać dom, zaczęła stroić siebie. Włożyła czerwoną
suknię i pięć ciężkich sznurów korali. Wplotła we włosy jedwabne
wstążki, różowe, pomarańczowe i żółte, uwiła wianek ze ślazu i magnolii
i włożyła go na złote pukle koloru sierści karabaskiej klaczy.
Cała duża rodzina pracowała ciężko od wczesnego ranka, teraz wszystko
było gotowe i niebawem nadejdzie czas na zasłużoną ucztę. Na tę okazję
stoły uginały się od jedzenia. Zbiory tego lata nie były najlepsze, ale
to nie miało znaczenia, bo nie oszczędzano na niczym, by uhonorować
parę, która wstąpi w święty związek małżeński.
Roman, niezwykle przystojny pan młody, w koszuli koloru ultramaryny i spodniach z czarnego aksamitu, jechał na Bojku, swoim ulubionym ogierze
palomino. A Cici, rozpromieniona panna młoda w haftowanej białej sukni
przybranej piwoniami i różami, siedziała na siodle przed Romanem; mieli
trzy razy okrążyć wiejską cerkiew, zanim włożą korony męża i żony.
Upieczono korowaje, przygotowano gorzałkę, do której dodano więcej miodu
i pieprzu. Placek z makiem, pampuszki, kutia, szisz kebaby i faszerowana
kapusta -?wszystko to rozstawiono na stole jak ofiarę.
Mąż Isabelle grał na skrzypcach, jej młodszy brat akompaniował mu na
akordeonie, a matka grała na bałałajce. Najmłodszy brat Isabelle mocował
się z jej synami w kurzu pod drzewami, bo sądzili, że Isabelle ich tam
nie zauważy.
Wznosili toasty za życie i cieszyli się uśmiechami losu. Zasypali
nowożeńców prezentami i życzeniami. Tańczyli ukraiński ślubny marsz,
najszybszą ślubną polkę na świecie, tańczyli kołomyjkę i hopaka. Muzyka
nie przestawała grać, a domowy bimber płynął strumieniem. I Boże mij,
ależ był mocny! To cud, że dotrwali do rana. Ślub zaczął się o jedenastej, a wesele ciągnęło się cały wieczór i noc, aż świt objawił
się olśniewającym błękitem indygo i różem.
Sześć tysięcy kilometrów od Lazarów i ich całonocnego uwielbienia sił
wykraczających poza świat fizyczny Finn Evans, oddzielony od Isabelle
przez odległość, lecz nie czas, zaangażował Paula Whitemana i jego
piętnastoosobową orkiestrę, by zagrała na żywo na scenie w ekskluzywnym
Somerset Club w Bostonie. Zespół Paula przyjechał z Nowego Jorku tylko
na ten jeden wieczór, by uświetnić siódmą rocznicę ślubu Finna i Vanessy. Wszyscy inni mieszkańcy Ameryki słuchali Whitemana przez małe
radia stojące w salonie, lecz w tej sali król jazzu we własnej osobie
stał na scenie w białym smokingu, jego złoty saksofon błyszczał, a złote
nuty płynęły z niego przez powietrze jak tenorowe konfetti, gdy Finn
tańczył z Vanessą.
Przykryte białymi obrusami stoły zdobiły lilie, a tłum eleganckich gości
miał na sobie najlepsze ubrania. Fryzury były nieskazitelne, jedwabne
suknie lśniły. Serwowano znakomite jedzenie: od homarów na zimno po
świeżo upieczony chleb, od zupy z małży po dorsza i przegrzebki;
wszystko pyszne. Muzyka zagłuszała setki trzeźwych głosów; trzeźwych,
ponieważ nie było ani wina, ani bimbru, tylko mdły jabłkowy cydr i bezalkoholowe koktajle mint julep, które krążyły w żyłach gości.
Trzeźwy, niestety, ale radosny Finn wirował w walcu z Vanessą, jego dłoń
spoczywała delikatnie na jej kibici, a goście spoglądali na nich z aprobatą. Finn też był pełen aprobaty. Jego żona była
królewsko-platynowym zjawiskiem, a świat, który z nią zbudował, był tak
solidny, jakby Finnowi udało się wykuć idealny posąg Dawida z bloku
bezkształtnego, bezwzględnego marmuru.
Tak wyglądało życie -?odmierzane wartościami, czasem, miejscem,
przestrzenią. Napierało na nich ze wszystkich stron, a choć Finn i Isabelle jeszcze tego nie wiedzieli -?ucztując z przepychem w swoich
zakątkach wielkiego świata i wirując do dźwięków saksofonowego fandango
i skrzypiec -?już stali nad przepaścią.
1. Cici Lazar i jej opowieści
1
Cici Lazar i jej opowieści
Ukraina, luty 1929
-?Zabili ich! Zabili ich wszystkich!
Isabelle wyjrzała przez okno i zobaczyła Cici, która na grzbiecie
wielkiego Bojka galopem pokonywała zbocze. Wysoko nad nią stado szarych
żurawi, z długimi szyjami i potężnymi skrzydłami, leciało w łamiącym się
kluczu.
Cici jeszcze w pędzie zeskoczyła z konia i wbiegła do domu Isabelle. I to nie tyle wbiegła, ile wpadła z hukiem, jakby miała oznajmić coś
niezwykle ważnego i doniosłego, co nie mogło czekać ani sekundy.
Isabelle chciała powiedzieć: "Przywiąż konia Romana", ale zanim zdążyła
się odezwać, Cici gwałtownie otworzyła drzwi, wykrzyczała wspomniane
wyżej słowa i zdyszana zgięła się wpół.
Isabelle miała prawie dwadzieścia dziewięć lat, jasne włosy, jasne oczy
i skórę. Była szczupła i silna jak kobiety, które żyją w gospodarstwie i pracują przez cały dzień. W domu miała tylko jedno lustro i bywało, że
nie spoglądała w nie całymi tygodniami. Czyściła zęby, myła twarz,
czesała i zaplatała włosy, ubierała się, wkładała ciężkie buty i zaczynała dzień, ani razu nie zastanawiając się, jak wygląda. Wiedziała.
Jedynie w niedziele starała się bardziej i wkładała ładną sukienkę.
Czasami rozpuszczała włosy, latem wplatała w nie kwiaty. Jednak często
nie oglądała swojego odbicia nawet w niedzielę.
A dziś nie była letnia niedziela, lecz wtorek w środku lutego.
Isabelle odłożyła drewnianą łyżkę; smażyła ziemniaki i jajka. Była
siódma rano. Mirik wrócił do domu po tym, jak załadował na wóz bańki z mlekiem. Zimą dostarczali mleko tuż po wschodzie słońca. Teraz jeszcze
się nie rozwidniło, niebo miało szarą barwę.
Zanim pojawiła się Cici, w domu panowała cisza. Hałaśliwi synowie
Isabelle poszli do szopy z jej matką. To trochę tak, jakby ślepy wiódł
kulawego. Oksana była dobrą nauczycielką, spokojną, ale w gospodarstwie
radziła sobie kiepsko. Jednak chłopcom nie było już wolno chodzić do
stajni z Romanem, bo kiedyś pozwolił im jeździć na oklep na dwóch
nieposkromionych źrebakach. Teraz mogła ich pilnować tylko zapewniająca
bezpieczeństwo babcia.
Obok Isabelle stanął jej mąż i oboje wpatrywali się w zasapaną Cici.
Mirik Kowalenko, siedem lat starszy od żony, był poważnym, spokojnym
mężczyzną z wydatnym nosem i ciepłymi brązowymi oczami. Nie był o wiele
wyższy od Isabelle ani o wiele mocniej od niej zbudowany. Jego
jasnobrązowe włosy zaczynały się przerzedzać i potrzebował okularów, ale
nie chciał się do tego przyznać.
Cici wciąż dyszała, ale nie dlatego, że zabrakło jej tchu.
-?Kogo zabili? -?zapytała Isabelle.
-?Jacy oni? -?dopytywał się Mirik. -?Jakich ich? Cici, mów rozsądnie.
-?Stan i Witalij! -?odparła Cici. Stan i Witalij Babiczowie byli jej
kuzynami.
-?Ktoś zabił Stana i Witalija?
-?Nie! -?wykrzyknęła Cici. -?Stan i Witia osaczyli szwadron sowietów
jadących drogą i ich wystrzelali. Nie wiem, czy to byli członkowie rady,
czy OGPU. Stan jest przekonany, że to czekiści. -?OGPU, czyli
Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny, był sowiecką wewnętrzną służbą
bezpieczeństwa. Potocznie nazywano jej członków czekistami, bo wcześniej
tajna policja nosiła nazwę CZEKA. -?Ale nieważne, zabili ich wszystkich.
Chyba z cztery tuziny ludzi.
Isabelle i Mirik odetchnęli z lekką ulgą. Cici słynęła w całym Ispasie z fantastycznego, daleko posuniętego ubarwiania faktów. A Stan i Witalij
raczej nie mogli się poszczycić ukrytymi militarnymi talentami.
Uprawiali ziemniaki, lubili wypić i pakowali się w głupie tarapaty.
-?Stan i Witia zastrzelili cztery tuziny żołnierzy? -?zapytał Mirik
powoli swoim najbardziej sceptycznym tonem.
-?Zgadza się. -?Cici nie ustępowała.
-?A ta pięćdziesiątka oficerów szła piechotą? -?drążył Mirik. -?Nie
jechali przypadkiem ciężarówkami wojskowymi i nie mieli naładowanych
automatów?
-?Tak, szli pieszo.
-?W środku nocy. -?To nie było pytanie.
-?Tak! -?powtórzyła Cici. -?Jestem świadkiem.
-?W środku nocy znalazłaś się w lesie i widziałaś, jak Stan i Witia
zabijają oddział sowietów? -?Tym razem to w głosie Isabelle zabrzmiało
niedowierzanie.
-?Nie! Kiedy o tym usłyszałam i dobiegłam do lasu, było już po
wszystkim.
-?Ach -?rzucił Mirik.
-?Widziałam, jak ostatniego wrzucają do masowego grobu -?powiedziała
Cici.
Isabelle i Mirik wymienili spojrzenia, już mniej odprężeni, ale nadal
sceptyczni.
-?Co to znaczy: kiedy o tym usłyszałaś? -?zapytała Isabelle. -?Jak w ogóle mogłaś o tym usłyszeć? Nie spaliście z Romanem jak mąż i żona?
Przed chwilą zostawiłam go w stajni. Nic o tym nie wspominał.
Cici machnęła lekceważąco ręką, jakby chciała powiedzieć: Nie zawracaj
mi głowy bzdurami.
-?Skoro już musisz wiedzieć, Roman spał w domu, a ja u Tamary.
-?Czemu?
-?Czemu, czemu. Kogo to obchodzi? Pokłóciliśmy się.
-?O to?
-?Iso, nie słyszałaś, co ci powiedziałam?
-?Słyszałam. -?Isabelle naprawdę miała nadzieję, że Cici przesadza, bo w innym wypadku ich proste życie stanie się o wiele mniej proste. Kiedy
pierwszy raz dostrzegła Cici pędzącą zboczem, dziewczyna wyglądała,
jakby przynosiła dobre wieści! Isabelle pomyślała, że może jest w ciąży.
Teraz znała prawdę: Cici nie tylko nie była w ciąży, ale najwyraźniej
grzebała komunistów w masowych grobach.
-?Cici, ta twoja historia staje się coraz bardziej niestworzona -
powiedział Mirik. Zawsze zachowywał spokój. -?Proszę, opowiedz nam
więcej. Mamy mnóstwo czasu. Naprawdę nie musimy pracować ani
dostarczać mleka.
Isabelle szturchnęła męża łokciem. Ona nie zawsze zachowywała spokój,
ale teraz była spokojna, bo nie chciała dać wiary słowom Cici.
-?Nie wierzycie mi? -?rzuciła Cici. -?Sami idźcie zobaczyć. Po drugiej
stronie Ispasu, na drodze do Kamieńca, zaraz za szarym głazem. -
Kamieniec był najbliższym miastem.
-?Czemu ci wszyscy sowieci mieliby nagle przyjechać do Ispasu?
-?Wiecie czemu -?powiedziała Cici znacząco. Trudno było zignorować
pogłoski szerzące się po okolicy. Radzieckie oddziały zaopatrzeniowe
wysyłano do Ukrainy od grudnia. W miastach nie było dość jedzenia. Lato
było martwe, zima pusta.
-?Uspokójmy się trochę -?zasugerowała Isabelle. -?Nie wiemy, kim byli...
-?Ani nawet czy byli -?rzucił Mirik.
-?Nie wiemy, czym byli: żołnierzami, propagandystami, czy przyjechali tu
rekwirować żywność -?ciągnęła Isabelle. -?Nie wiemy, czy było ich
czterdziestu, czy trzech.
-?A może zero -?wątpił Mirik.
-?Cztery tuziny! -?wykrzyknęła Cici. -?Myślicie, że nie potrafię
odróżnić trzech żołnierzy od pięćdziesięciu? Widziałam ciała na własne
oczy!
-?Cici ma rację co do jednego, Miriku -?zgodziła się Isabelle. -
Nieważne, kim byli i w jakiej liczbie, jeśli szli drogą w ciemności,
przed świtem, to nie jest dobry znak. Ktoś, kto zakrada się do wioski w środku nocy, nie ma dobrych zamiarów. -?Isabelle wiedziała jedno i nie
chciała tego powiedzieć: jeśli Cici mówi prawdę i Stan i Witia naprawdę
zabili sowietów, sprawa przedstawiała się jeszcze gorzej.
-?Ukraińcy uwielbiają dobre historie -?stwierdził Mirik. -?Isabelle,
śniadanie mi się nie przypala? Mamy robotę. Mleko skiśnie, zanim Cici
skończy gadać.
-?Proszę, przyznaj, że wszystko zmyślasz -?powiedziała Isabelle,
wyglądając przez kuchenne okno w poszukiwaniu sama nie wiedziała czego.
-?Nie zmyślam! Wiem, że czasami lubię pobajać, ale uwierz mi, Iso, tym
razem tak nie jest. Spójrz na mnie. Wiesz, że mówię prawdę. -
Kruczowłosa i czarnooka Cici była drobną, lekko zaokrągloną dziewczyną,
ale nosiła się dumnie i prosto, jakby zeszła z cokołu. Zawsze była jak
wielka kula ognia. Na wpół Rumunka, z sercem w całości romskim, składała
się z impulsów i płomieni. -?Nadal mi nie wierzysz? Zapytaj mojego męża.
On wie.
-?O, teraz jest twoim mężem -?odparła Isabelle. -?Przed chwilą nawet nie
spaliście w jednym łóżku.
-?Nie ustępuj jej, Iso -?rzucił Mirik od pieca, gdzie przekładał
ziemniaki z patelni na cynowy talerz.
Cici potrząsnęła pięściami.
-?Ogarnijcie się oboje i nie wbijajcie oczu w ziemię!
-?Z chęcią -?zgodziła się Isabelle. -?Gdyby tylko w tej ziemi nie
znajdowali się sowieci, którzy gniją w płytkim grobie.
-?Kto powiedział, że jest płytki? -?zaprotestowała Cici. -?Nasi chłopcy
przekopali się chyba do Australii! Kopali ten dół, jakby był
najważniejszy w ich życiu!
-?I ziemia wygląda na świeżo przekopaną, jak grób? -?zapytała Isabelle.
-?Nie są idiotami. Przykryli ją gałęziami i liśćmi.
-?Jasne, że nie -?rzucił Mirik. -?Nie są idiotami. -?Łapczywie połykał
ziemniaki.
-?Słyszałeś, co powiedział nam ten sklepikarz z Szatawy, który uciekał
tędy w zeszłym tygodniu? -?zaczęła Cici. -?Sowieci zjawili się
nieproszeni i z zaskoczenia, zdemolowali mu sklep i zabrali niemal
wszystkie towary. Musiał opuścić wioskę i uciekać! Dlatego Stan i Witia
tak właśnie zareagowali.
-?Jeśli tak rzeczywiście było, to jaki mają plan? -?zapytał Mirik. -
Czuwać każdej nocy i czekać na więcej sowietów? Na tym polega problem z Ispasem. Leży za daleko w gluchi doki, żeby to miało jakiś sens. Mamy
wieś pełną niefrasobliwych osobników z kilkoma strzelbami i jeszcze
mniejszą ilością amunicji. Nie możemy walczyć z OGPU ani z Armią
Czerwoną. Nie mogliśmy ich pobić dziesięć lat temu, kiedy byliśmy lepiej
zorganizowani i lepiej uzbrojeni, i nie pobijemy ich teraz. Damy im
trochę mleka, robiliśmy już to wcześniej, i ruszą dalej w drogę.
Cici zupełnie się nakręciła.
-?Tym razem nie przychodzą tylko po twoje mleko. Przychodzą po twoją
krowę. I po konia Romana.
-?No to życzę im powodzenia -?mruknęła Isabelle.
Mirik, którego niewiele rzeczy poruszało, poczerwieniał na twarzy.
Machnął łyżką w stronę kobiet.
-?To co zrobisz? Pójdziesz w ślady Stana i Witalija?
-?Chcą tu przyjść? Niech przychodzą -?powiedziała Isabelle. -?To ziemia
Lazarów. Mamy moich trzech braci, mamy Janę, która jest warta dziesięciu
mężczyzn, choć spodziewa się dziecka. Mamy mnie, nawet ciebie, Miriku.
-?Wielkie dzięki, żono.
-?I mnie -?dodała Cici.
Jana była wojowniczką, Cici chciała za nią uchodzić.
-?Poślubiona Lazarowi śpi w tym samym łóżku, co jej mąż -?przypomniała
Isabelle i dodała: -?Ale w porządku. Ciebie też. -?Odwróciła się do
Mirika. -?Mamy strzelby i dubeltówki. Mamy konie. To kawaleria, mężu. A Roman zatrzymał nawet na pamiątkę kilka granatów z wojny. -?Chodziło jej
o wojnę domową, która toczyła się w latach 1918-1921 pomiędzy
bolszewicką Rosją a Ukrainą.
-?Zgoda, ale wiecie, co jeszcze mamy? -?odparł Mirik, wycierając usta. -
Bo chyba zapomniałaś. Dwóch małych synów i słabe matki. Nie możemy
toczyć kolejnej wojny z sowietami.
-?Kogo nazywasz słabym? -?zapytała Oksana, matka Isabelle, która właśnie
weszła do środka.
-?I kogo nazywa tato małym? -?wtrącił się dziewięcioletni Sława,
pierworodny syn Isabelle o czarnych kręconych włosach i okrągłej twarzy.
Po ukraińsku sława oznacza chwałę. Jak w powiedzeniu sława Bohu.
-?Tak, tato, kogo? -?dopytywał się Maksym, drugi syn, szczupły i smukły
jak matka. Nazywali go Maks. Miał osiem lat.
-?Dziesięcioletnie granaty i dwóch ogromnych chłopców -?powiedział
Mirik, kładąc dłonie na główkach swoich dzieci. -?Zgoda, mamo, jesteśmy
niepokonani.
2. Bankier
2
Bankier
W upalny wieczór pod koniec sierpnia 1929 roku, który jego zdaniem nie
różnił się niczym od innych, Finn wyszedł z Banku i Trustu Adamsa na
rogu Washington i Winter i ruszył wolnym krokiem w stronę domu. Mijając
Jordan Marsh, luksusowy dom towarowy, gdzie można było nabyć jedwabie,
wełnę i biżuterię, rzucił pełne satysfakcji spojrzenie na swoje odbicie
w oknie wystawowym. Był zadowolony z siebie, choć myślami błądził
daleko.
Kwartalne zyski banku, które planowano ogłosić inwestorom pod koniec
września, udało mu się zobaczyć po południu i przekroczyły jego
najbardziej optymistyczne prognozy. Powiększył kwartalny dochód o siedemdziesiąt procent w stosunku do ubiegłego roku, utrzymał koszty
operacyjne na podobnej wysokości, a wskaźnik niewypłacalności pozostał
na maleńkim poziomie dwóch i dwóch dziesiątych procenta -?najniższym ze
wszystkich banków w Bostonie. Finn mnóstwo inwestował, dywersyfikował
portfel banku, rozproszył prawie nieistniejące ryzyko i bardzo pomnożył
swój kapitał, zarówno osobisty, jak i zawodowy. Zwroty były fenomenalne,
dzięki czemu przez ostatnie dwanaście miesięcy Finn inwestował depozyty
banku w oparciu o dźwignię finansową. Kupowanie akcji na takiej zasadzie
pozwoliło mu powiększyć dochody banku wykładniczo. Dlatego też mógł
oferować swoim klientom najwyższe oprocentowanie w Bostonie, co z kolei
przyciągało coraz więcej chętnych. Kiedy Finn zaczął pracę w banku w 1921 roku, mieli zaledwie pięciuset depozytariuszy. Minęła niespełna
dekada, niebawem przekroczą liczbę pięciu tysięcy, a suma wszystkich
depozytów sięga blisko siedemnastu milionów dolarów! Walter Adams, jego
teść i właściciel banku, był równie zadowolony z Finna, jak Finn z siebie.
Rozpamiętując swój sukces, Finn wolnym krokiem minął ratusz. Spacer do
domu był jego ulubioną częścią dnia, zwłaszcza w takie chłodniejsze
piątki, kiedy wszyscy w Bostonie wiedzieli, że mroźna zima czai się tuż
za rogiem i trzeba korzystać z pogody. Finn i Vanessa planowali zabrać
dziewczynki do domku na Cape Cod, by jeszcze o jeden weekend przedłużyć
cudowne, szczęśliwe lato.
Finn lubił oglądać swój wizerunek, który prezentował innym. Niedawno
skończył trzydzieści jeden lat. Był wytworny, elegancki, zadbany, nic
się na nim nie marszczyło. Gęste, naturalnie kręcone ciemnoblond włosy
zaczesywał do tyłu i trzymał w ryzach dzięki regularnym wizytom u fryzjera. W jego zielononiebieskich oczach widać było błysk, a kąciki
pełnych wyrazu ust unosiły się z humorem. Humor też starał się trzymać w ryzach, gdyż jego żarty niezbyt często bawiły żonę. Miał ponad metr
osiemdziesiąt wzrostu, co mu się podobało, i był mocno zbudowany, co
podobało mu się mniej -?przypominał bardziej robotnika budowlanego niż
dżokeja -?ale tylko tyle można było zrobić z kartami, które się dostało
przy urodzeniu. Szyte na miarę garnitury wyszczuplały go, wyglądał w nich w każdym calu jak elegancki biznesmen, za jakiego chciał uchodzić.
O swoją potężną sylwetkę dbał, chodząc po najbardziej stromych zboczach
Bostonu, podziwiając przy okazji swoje odbicie w łaskawych szybach i oceniając swoje życie.
A życie było dobre.
Sam o to zadbał.
Stało się takie, jakie chciał, żeby było, a on stał się człowiekiem,
jakim chciał zostać. Dobrze wychowanym, wspaniale wykształconym, o nieskazitelnych manierach i gładkiej twarzy -?choć o piątej po południu
zawsze czaił się cień zarostu. Miał żonę. Dwie córki. Cała czwórka
rodziców nadal żyła. Jego usta wykrzywiły się lekko na tę ostatnią myśl,
ale trzeba byłoby się bardzo uważnie przyjrzeć, by to zauważyć.
Podziwiając swój długi krok, imponującą sylwetkę, krój lekkiego szarego
płaszcza, proste plecy, które nigdy nie pochylały się nad zbożem ani
igłą, Finn odwrócił wzrok od wystawy i szedł dalej, licząc swoje
błogosławieństwa.
3. Lemoniada
3
Lemoniada
Kiedy Vanessa Evans z domu Adams pierwszy raz zaczęła podejrzewać, że
coś może być z nią nie tak, miała osiem lat i obawiała się, że ma
alergię na cytryny. To wpędziło ją w melancholię, bo uwielbiała
wszystko, co cytrynowe: lemoniadę, tartę z bezą, batoniki i lody.
Uwielbiała cytryny tak bardzo, że na samą myśl o tym, że może nie będzie
mogła jeść ukochanych potraw, wpadała w rozpacz. Przez to z kolei była
jeszcze bardziej zdeterminowana, by udowodnić, że nie jest uczulona na
ulubiony owoc. Dalej jadła więc cytryny i odwracała uwagę od
dolegliwości, myśląc o czymś innym, by nie przyznawać się do ostrego
bólu we wnętrzu ciała. Najpierw próbowała tylko myśleć o czymś innym,
potem zaczęła robić coś innego. Kiedy miała osiem lat, systematycznie i starannie obrywała płatki ze wszystkich margerytek w ogrodzie.
Tak się to zaczęło.
Dwadzieścia dwa lata temu.
A teraz nie było już odwrotu. Przez większość czasu wiodła idylliczne,
urocze życie pod kloszem. Co akurat pasowało do osoby, która wyglądała
jak ona. Była ideałem kobiecej urody. Nosiła się stylowo, miała cudowny
uśmiech, delikatne dłonie, przyjemne usposobienie i doskonałe wyczucie
stylu. Nie było w niej nic, co można by uznać za złe. Rodzice powtarzali
jej to przez całe życie: idealne dziecko z idealnymi manierami, idealna
córka, siostra, uczennica, przyjaciółka i tancerka. Vanessa jak
najbardziej zasługiwała na to, by stać się czyjąś idealną żoną i wieść
dalej idealne życie.
Poznała Finna, gdy miała osiemnaście lat, a on dziewiętnaście i był na
pierwszym roku studiów na Harvardzie. Spędzili razem cudowne lato, ale w listopadzie 1917 roku Finn wyruszył na wojnę. Nie było go półtora roku i wrócił jako inny człowiek. Vanessa nie wiedziała, jak to się stało ani
dlaczego. Ale w rannym i odznaczonym poważnym mężczyźnie próżno było
szukać głupiutkiego, romantycznego chłopaka, z którym tańczyła i spacerowała w miejskim parku. Jakiś tajemniczy ciężar rzucał cień na
każdy uśmiech i każdy krok Finna.
Nie rozmawiali już o małżeństwie. Finn nie zamierzał się spieszyć, wolał
się skupić na nauce. Jeśli mieli się pobrać, chciał mieć przekonanie, że
zapewni rodzinie byt. Powiedział, że to dla niego najważniejsze. Nie
chciał jej zawieść.
Dzień, w którym w końcu się oświadczył, był najszczęśliwszym dniem w życiu Vanessy. Drugim był dzień ich ślubu.
Urodziła mu dwie córki, jedną po drugiej, w odstępie roku. Potem nie
dawała sobie rady. Nie zmagała się z niczym szczególnym, jedynie z nadkwasotą, lekkim palącym bólem w brzuchu, który utrudniał jej robienie
różnych rzeczy.
Finn nigdy tego nie kwestionował. Kiedy Vanessa oświadczyła: "Kochanie,
przydałaby mi się pomoc", od razu się tym zajął i znalazł jej Edith,
zawodową, sumienną opiekunkę, choć nieco posuniętą w latach.
Tego piątku, gdy Vanessa czekała na powrót Finna, czyściła wszystkie
gąbki w domu. Prała też wszystkie szmaty, ścierki i płócienne serwetki,
które znalazła w szafkach. Wrzucała je do wanny z gorącą wodą i tarła
miękkimi, mlecznobiałymi dłońmi.
Mogłoby się wydawać, że jest to jak najbardziej odpowiednie zadanie dla
pani domu. Oznaczało bowiem, że lubi czystość i o nią dba.
Prawda jednak wyglądała tak, że Vanessa miała służbę, która mogła te
prace wykonywać. Nikt inny nie mógł za to przejąć obowiązków gospodyni
wobec bliskich, którzy w tej właśnie chwili zgromadzili się na tarasie i na nią czekali. Musiała zadbać o fryzurę i makijaż, musiała włożyć
letnią suknię i dołączyć do rodziny, która jadła kanapki.
Dzisiaj musiała się zająć zupełnie innymi rzeczami.
Zamiast tego do utraty sił prała szmaty w pralni znajdującej się za
kuchnią na najniższym poziomie ich wielokondygnacyjnej rezydencji.
Wszystko było w porządku. Nie miała powodów do zmartwień.
Ale nie mogła przestać prać tych szmat.
Nie tylko nie mogła, ale nie chciała.
Myślała o zeszłotygodniowych obchodach ósmej rocznicy ich ślubu.
Najpierw plusy: Finn potrafił się do niej uśmiechać jak nikt inny,
otwarcie okazywał szczere uczucie. Lecz czasami pojawiało się także
nieco sprośne słowo, lekko zalotne zachowanie. Ale i tak musi tu za
wiele dziękować.
Kolejny plus: dziewczynki były do niej podobne, lnianowłose i drobne, w przeciwieństwie do Finna, który przystojny i obdarzony bujną czupryną,
był dość masywnej postury i miał surową twarz, co bardziej pasowało do
mężczyzny niż kobiety.
Nieskazitelną egzystencję Vanessy mąciły jedynie dwa drobne ciemne
punkty. Pierwszym była trwała konsekwencja od dawna podejrzewanej
alergii na cytryny. Kiedyś wydawała się tak nieistotna, zwłaszcza z punktu widzenia dziecka: można było uspokoić umysł, skupiając się na
czymś innym.
Drugim była chęć Finna, by mieli jeszcze jedno dziecko. Chciał chłopca.
Jak gdyby nie obchodziły go jej dwie trudne ciąże ani późniejsze
poronienie. Duch dziecka, które utracili, rzucał cień na Pola
Elizejskie, którymi było ich życie.
-?Nie mówisz chyba poważnie o kolejnym dziecku? -?zwróciła się do niego
w noc rocznicowych uroczystości. Przyjechali do domu późno i siedzieli w salonie przed udaniem się na spoczynek po fantastycznym wieczorze. A potem on musiał wszystko zniszczyć, wracając do tego tematu. -?Jeśli
urodzi się jeszcze jedno, będziemy mieli trójkę.
-?Tak -?odparł dźwięcznym, męskim głosem. Vanessa zwykle uwielbiała jego
głos. Był taki opiekuńczy i kojący. Ale nie tamtego wieczoru. Żałowała,
że musi wyjaśniać oczywiste rzeczy. Jednak on popijał herbatę w ich
eleganckim salonie, przy ogniu płonącym na kominku i migoczących
płomieniach świec, jakby czekał na takie właśnie wyjaśnienie.
-?A jeśli to będzie kolejna dziewczynka?
Rozpromienił się.
-?To wielkie szczęście, trzy córki.
-?A potem?
-?Potem może postaramy się o chłopca.
Vanessa myślała, że zemdleje. Wtedy i teraz, gdy to wspominała z dłońmi
zanurzonymi w chłodnych mydlinach i szorowała, szorowała, szorowała.
-?Postaramy się o chłopca po trzecim dziecku? -?Koniuszki jej palców
zadrżały na myśl o niemożliwym. -?Finn, nikt z naszych znajomych nie ma
nawet trójki dzieci -?szepnęła. -?Starać się o jeszcze jedno? Przecież
nie jesteśmy katolikami.
Patrzyła, jak niemal niezauważalnie wciąga powietrze.
-?Znam wiele osób -?powiedział -?które mają więcej niż troje dzieci.
-?Nie ludzie na wzgórzu -?odparła. -?Może ludzie, którym pożyczasz
pieniądze. Nie nasi ludzie. -?Cywilizowani ludzie, którzy uczęszczali w niedziele do kościoła przy Park Street, mieli dwoje dzieci. Nie więcej.
Czasami Vanessa żałowała, że rodzice nie poprzestali na niej i urodziła
się Eleanor. Jej siostra była dowodem na to, co się dzieje, gdy rodzice
niemądrze decydują się na więcej dzieci.
-?Już późno -?oznajmił Finn. -?Idę spać. -?Tylko tyle. Nie pocałował jej
w głowę ani nie uśmiechnął się, gdy życzył jej dobrej nocy.
-?Jesteś jedynakiem -?powiedziała do niego, zanim udał się na górę. -?Co
możesz wiedzieć o posiadaniu liczniejszego potomstwa? Gdyby było nam
przeznaczone mieć syna, urodziłabym go. -?Nie patrzyli na siebie, gdy
wypowiadała te słowa. -?Mamy nasze cudowne córeczki. Pod wieloma
względami karty, które nam rozdano, to królewski poker. Nie ma sensu
narzekać.
-?Nie narzekam -?odparł Finn. -?Wiem lepiej od innych, jakie karty mi
rozdano. -?Do jego głosu wkradła się dawna lekka gorycz. -?Ale jeśli nie
spróbujemy jeszcze raz, poczuję w końcu, że zamiast królewskiego pokera
mam w ręce trójkę dam.
To wszystko wydarzyło się po wieczorze spędzonym w Somerset Club, gdzie
Mildred Bailey śpiewała The Man I Love i tańczyli z wielkim
zapamiętaniem. Vanessa była pewna, że półcienie utraconych i niepowołanych jeszcze do życia dzieci nie dobijały się do serca Finna.
Widać, jak niewiele wiedziała.
4. Pożyczone automaty
4
Pożyczone automaty
Isabelle w płaszczu zapiętym po szyję stała w czarnym błocie i wpatrywała się ponuro w polanę nieopodal głównej drogi z Kamieńca do
Ispasu. Tam, nieco głębiej w lesie, wykopano dół, wrzucono do niego
ciała i przykryto ziemią i gałęziami. Mirik stał po prawej stronie
Isabelle, Stan i Witalij po lewej.
Cici nie przesadzała. Niczego też nie ubarwiała. Być może Rosjan nie
było cztery tuziny, ale na pewno więcej niż trzech. I z pewnością więcej
niż zero, bo taką liczbę spokojny mąż Isabelle wrzucił do słoja z domysłami. Jednak straszliwy sens opowieści Cici zamykał się w tym, że
jej esencja była zgodna z prawdą. Wczoraj dołu nie było, dzisiaj istniał
jak najbardziej i leżał w nim pluton martwych sowietów.
Isabelle za żadne skarby nie mogła zrozumieć, czemu Stan i Witalij
uznali, że zabicie całej gromady mężczyzn to dobry pomysł, gdy tak
trudno poruszyć twardą ziemię. Kopać grób w lutym! W Ispasie w lutym nie
grzebali nawet własnych zmarłych. Czekali do wiosennych roztopów. Stan i Witalij byli narwanymi głupcami i teraz zapłaci za to cała wioska.
-?I co myślicie? -?zapytał Stan z dumnym uśmiechem. -?Całkiem nieźle,
co?
-?Tylko noworodek, który nigdy nie widział grobu, spojrzałby na ten
wielki kopiec i nie wiedział co to takiego -?odparła Isabelle. -?Stan,
tak wygląda każdy świeży grób na naszym cmentarzu. Ale oczywiście jest
mniejszy. Gdyby ktoś szukał miejsca pochówku, a możesz być pewny, że
ktoś będzie szukał, czego by wypatrywał?
-?Nic z tych rzeczy -?zaprotestował Stan. -?Mylisz się. -?Isabelle nie
miała pojęcia, jakim cudem udało mu się przeżyć dwadzieścia kilka lat.
-?Kto o tym wie? -?zapytała.
-?Nikt.
-?Stan, przysięgnij na życie swojej matki, że nie dostałeś strzelb od
Romana albo...
-?Przysięgam. Nigdy.
-?Prosiliśmy, ale Roman odmówił -?wtrącił się do rozmowy Witalij.
Stan mocno go szturchnął. Isabelle jęknęła.
-?Kto jeszcze wie?
-?Nikt!
-?Nie chwaliłeś się wszystkim?
-?Nie! -?zaprotestował ostro Stan. -?Poprosiłem tylko o pomoc w wykopaniu dołu.
-?Kto ci pomagał?
-?Witalij.
-?Kto jeszcze?
-?Przyszło mnóstwo ludzi. Nie martw się. Wszyscy wiedzą, jak dochować
tajemnicy.
-?Tajemnica jest wtedy, gdy o czymś wie jedna osoba -?powiedział Mirik.
-?Kiedy wiedzą dwie, to przestaje być tajemnicą. Staje się powszechną
wiedzą. A w twoim przypadku wie cała wioska. Grupka twoich tak zwanych
przyjaciół wyda cię jako pierwsza, gdy do Ispasu wyślą nowy szwadron
śmierci, tym razem uzbrojony po zęby, by szukał zaginionych urzędasów. -
Pociągnął żonę za rękaw. -?Chodźmy, Iso. Jesteśmy bardzo spóźnieni z ostatnimi dostawami. Już prawie dziewiąta.
-?To nie były urzędasy! -?rzucił rozgniewany Stan. -?To na pewno byli
żołnierze.
-?Tak? A gdzie jest ich broń? -?zapytała Isabelle.
Stan znieruchomiał.
-?Lepiej się módlcie, żeby przed przyjazdem sowietów spadł świeży śnieg
-?powiedziała Isabelle do dwóch mężczyzn. Odeszła z niesmakiem i wspięła
się na wóz. -?Módlcie się naprawdę żarliwie. Bo prawda wyłania się z ziemi.
Było zbyt mroźnie, by spadł śnieg, a w spokojnym zazwyczaj Ispasie
zaczęły pojawiać się konflikty. Większość z nich we własnym domu
Isabelle. Wieczorem po strzelaninie rodzina zebrała się na chaotyczne,
podlewane bimbrem spotkanie, podczas którego groźnie spoglądano na Stana
i Witalija.
Byli tam oczywiście Isabelle i Mirik, trzej bracia Isabelle i Pietka,
brat Mirika. Z boku siedziała matka Isabelle. Dziećmi opiekowała się w sąsiedniej chacie Jana.
Stan i Witia byli coraz bardziej zaniepokojeni wyrzutami, utrzymywali
jednak, że postąpili słusznie. Powiedzieli, że kupiec z Szatawy był
zwiastunem złych wieści. Ostrzegał chłopów w Ispasie, że z rozkazu
komitetu centralnego partii komunistycznej do wiosek masowo wysyłano
sowieckich agentów. Niektórzy przyjeżdżali, by rekwirować zboże i buraki, inni, by próbować kolektywizować gospodarstwa. Sklepikarz z Szatawy powiedział, że do jego wioski czekiści przybyli w środku nocy, z największego domu wywlekli gospodarza, i zajęli dom na swoje centrum
operacyjne. "I to wszystko przed świtem!".
-?To kiedy zobaczyliśmy, jak sowieci maszerują drogą także w środku
nocy, co mieliśmy pomyśleć?
-?Nic nie mieliście pomyśleć -?powiedział Pietka, który nie przepadał za
nikim, a głupców szczerze nie znosił. -?Mieliście spać w łóżkach, jak
wszyscy przyzwoici ludzie, którzy wstają o świcie, by zarabiać na chleb.
-?Brat Mirika był sztywnym, całkowicie pozbawionym poczucia humoru
mężczyzną z posiwiałą brodą, dużym, krzywym nosem i małymi, zimnymi
oczami. Dziesięć lat starszy od Mirika, przez całe życie hodował bydło
mleczne. Późno się ożenił, późno został ojcem i zachowywał się jak
człowiek, który przez większość czasu żałuje większości swoich decyzji,
a już na pewno tego wieczoru.
-?Teraz zadbaliście o to, że sowieci przyjdą tu nie tylko po chleb, ale
i w poszukiwaniu zemsty -?zwrócił się Roman do Stana i Witalija.
Wyraźnie nie mógł ścierpieć, że zgadza się z Pietką. Szwagrowie raczej
nie żyli w zgodzie.
Dwudziestoośmioletni Roman Lazar był o rok młodszy od Isabelle, ale
często zachowywał się jak pierworodne dziecko, bo był pierworodnym
synem. Średniego wzrostu i żylasty jak dżokej, miał zmierzwione włosy,
zmierzwioną brodę i szaleństwo w oczach. Włosy, broda i oczy były czarne
jak noc. Kiedy związywał włosy w kucyk, wyglądał jak staroruski pop, jak
zbiegły mnich, którego przed wiekami ukraińscy Kozacy pomogli osadzić na
moskiewskim tronie. Roman mówił o sobie, że jest "niewinny i nikczemny",
co stanowiło niezłe połączenie w przypadku rodowitego syna Ukrainy,
który kochał konie, swoją rodzinę i Cici, choć jak Cici często lubiła
zauważać, ona znajdowała się na ostatnim miejscu.
Stan i Witalij wyjawili, że od zeszłego tygodnia nocą trzymali w lesie
straż, spodziewając się przybycia sowietów. Od Olega Tretiaka, szewca w Ispasie, pożyczyli dwa karabiny Fiodorowa, zacinające się półautomaty z czasów Wielkiej Wojny. Przed dziesięcioma laty Oleg zabrał je martwym
żołnierzom Armii Czerwonej. Pożyczył je Stanowi i Witalijowi w zamian za
tygodniową rację ziemniaków. Stan i Witia najpierw poszli do Romana, ale
ten wyczuł kłopoty i odmówił.
-?Maszerowali w szyku -?wyjaśnił kolejny raz Stan -?a my zdejmowaliśmy
jednego po drugim. Karabiny miały po dwa magazynki z dwudziestoma
pięcioma nabojami każdy.
-?I mieliśmy dwa dodatkowe -?dorzucił Witalij.
-?Kiedy jeden padł, zabijaliśmy następnego -?powiedział Stan. -?Wszystko
trwało niecałą minutę. Zabraliśmy im też trochę gotówki.
-?Całkiem nieźle, co? -?dopytywał się Witalij.
-?Zabiliście ich i obrabowaliście? -?zapytała Isabelle. -?Świetnie,
Stan. Dobra robota, Witia.
Isabelle i jej bracia ze skrzyżowanymi na piersiach rękami opierali się
o ścianę. Ostap miał dwadzieścia sześć lat, a Nikora dwadzieścia dwa.
Wszyscy trzej Lazarowie byli podobni do ojca: o czarnych jak smoła
włosach, krępi, melancholijni, zasadniczy. A Isabelle była podobna do
matki, z wyjątkiem tego, że matka siedziała teraz na krześle w kącie z dala od całego zamieszania i czytała książkę. To zdecydowanie nie
pasowało do Isabelle, która nie potrafiła usiedzieć na miejscu.
Rodzina kłóciła się, paliła i piła, ostro podzielona co do dalszego
postępowania.
-?Czemu trzeba coś robić? -?zapytał Stan. -?Nawet jeśli przyślą więcej
ludzi, a byliby głupi, gdyby to zrobili, niczego nie zdradzimy. Będą
wypytywać, a my zaprzeczać. Powiemy, że nie wiemy, co się stało.
-?Na pewno nie chcesz ich dalej zabijać? -?chciał wiedzieć Roman.
-?Roman, nie żartuj -?rzucił Pietka. -?Nie czas na to. -?Stał przy
przeciwległej ścianie obok Mirika.
-?Niczego nie powiemy -?oświadczył Stan, którego opuścił już nastrój do
żartów.
Witalij zgodził się z bratem.
-?Nie znajdą ich, a my nic nie powiemy. Nie wyciśniesz krwi z kamienia.
-?Ale ty nie jesteś kamieniem, Witia -?zauważył Nikora. -?Masz w sobie
głupią krew, którą można wycisnąć. Co powiesz, kiedy powieszą cię za
kostki i zaczną przesłuchiwać?
-?To nie może być gorsze od tego, co jest teraz -?mruknął Stan.
Siedzieli przy stole w otoczeniu pozostałych.
-?Naprawdę tak sądzisz? -?zapytała Isabelle.
-?Powieszą nas za kostki? -?pisnął Witalij. -?Przestań żartować!
-?Wyglądamy, jak byśmy żartowali? -?zapytał Nikora.
Nikt nie kwestionował faktu, że do zabójstwa doszło pod wpływem impulsu.
-?Pomyślcie o kłopotach, które teraz czekają was, skoro ośmieliliście
się podnieść głos w łagodnym proteście -?powiedział Ostap. -?I przy
okazji nas.
-?Zastrzelenie dwóch tuzinów komunistycznych aparatczyków i próba
ukrycia ich ciał nie jest łagodnym protestem -?odparł Mirik. -?To
wypowiedzenie wojny.
Ostap był cierpliwy, z dyplomatycznym charakterem średniego dziecka -
dopóki go nie sprowokowano. Był mężem wojowniczej księżniczki Jany,
której zabroniono brać udział w tego typu spotkaniach z powodu jej
wybuchowego temperamentu. Jana nie rozumiała ani nie używała słowa
"łagodny" w przeciwieństwie do spokojnego męża.
Słowa "łagodny" nie używał też ani nie rozumiał Roman.
-?Jeśli Stan i Witia mają rację -?powiedział, podkręcając wielkie wąsy -
i sowieci przyjdą zabrać co nasze, czy tego też nie można uznać za
wypowiedzenie wojny? -?Roman nie zgodził się, by wziąć udział w zasadzce, ale nie schylał głowy przed nikim, a już na pewno nie przed
Rosjanami. Jego nienawiść była pokoleniowa, genetyczna, wrodzona,
wszechogarniająca, trwała -?i głęboko osobista. Wiedzieli o tym wszyscy,
dlatego też Stan i Witalij najpierw przyszli do niego.
-?Wolałbym nie wypowiadać wojny nikomu -?stwierdził Mirik.
-?Popieram -?dołączył do niego Pietka.
-?Będziemy ich przekonywać, Romanie. -?Mirik był rozsądnym człowiekiem.
Isabelle przez całe życie pływała w głębokich wodach narwanych,
impulsywnych, porywczych Lazarów, z których każdy był bardziej zażarty
od drugiego. Potrzebowała chłodnych, spokojnych wód trzeźwo myślącego
męża.
Roman uniósł brwi.
-?Bardzo chciałbym być muchą na ścianie w sali, w której ty, Miriku,
będziesz tłumaczył sowieckim urzędnikom, ile mleka mogą zabrać tobie i Pietce.
-?A ileż tego mleka mogą zabrać? -?zapytał Mirik, wzruszając ramionami.
-?Tylko tyle, ile nie skwaśnieje w dwa dni.
-?Miriku -?zaczęła Cici -?powiedział ci Roman, mówiłam ci ja i mówił
kupiec z Szatawy, mówią też najnowsze gazety z Kijowa: oni nie przyjdą
po twoje mleko. Przyjdą po twoją krowę.
-?I tak będę bezpieczny -?upierał się Mirik. -?Oni nie potrafią wydoić
krowy.
-?Wszystko będzie dobrze -?powtórzył Stan. -?Nie znajdą ciał.
-?Głupcy, tu nie chodzi o ciała -?powiedziała Isabelle. -?Ani o mleko.
Ani nawet o krowę. Nie rozumiecie? Chodzi o zboże.
Ze swojego kąta Oksana raz po raz kiwała głową, nie podnosząc wzroku.
Rodzina zamilkła.
Złe zbiory jesienią oznaczały brak żywności zimą. Czyli teraz. Z tej
sytuacji nie było wyjścia. Sto milionów ludzi mieszkających i pracujących w rosyjskich miastach, daleko od ziemniaków Stana i Witalija
i mleka Mirika, musiało jeść. Skąd się weźmie dla nich chleb, jeśli nie
z Ukrainy, z Ispasu i od Lazarów?
A jeśli w Ispasie nie będzie zboża, co wtedy?
A jeśli Lazarowie nie będą mieli zboża, co wtedy?
Kiedy wszyscy sobie poszli, Isabelle i Mirik zajrzeli do śpiących
chłopców. Młodszy obudził się i kiedy Mirik poszedł zaryglować drzwi,
Isabelle przez kilka minut leżała między synami w ich łóżku i tuliła
Maksa, żeby go uspokoić.
-?Tak głośno rozmawialiście, mamo -?powiedział. -?Wystraszyłem się.
-?Przepraszam, maleńki, przepraszam, słoneczko -?szepnęła. -?Dorośli
czasem rozmawiają głośno, gdy dzieją się niedobre rzeczy.
-?Ty i tato nie.
-?Twojego tatę trudno zdenerwować, dlatego go kochamy.
-?Co Stan i Witia zrobili? Byliście na nich tacy źli.
-?Nic, nic. -?Isabelle przycisnęła usta do jedwabistej głowy synka. -?Są
tylko głupi. Zrobili coś głupiego i byliśmy źli, bo wszyscy się boimy,
że spotka ich za to kara.
-?Jaka?
-?Śpij już, Maksiu, śpij, miłyj.
-?Mamo, ja też czasami robię coś głupiego.
-?Ale nie tak.
-?Sława też robi. Zawsze jest nieznośny, sama tak mówisz.
-?Cii. Twój brat jest wspaniałym chłopcem, tak jak ty. -?Nieznośnym, ale
wspaniałym.
Maksym objął ją chudymi rączkami i przytulił się do jej serca.
-?Nie zrobię niczego głupiego, mamoczko, obiecuję -?szepnął. -?Bo nie
chcę, żebyś na mnie krzyczała. Chcę, żebyś krzyczała tylko na Sławę. Bo
on jest naprawdę nieznośny.
Kiedy Isabelle i Mirik rozebrali się w swoim pokoju i objęli się pod
grubą kołdrą, Mirik próbował żartami poprawić ponury nastrój Isabelle i śmiechem ukoić jej nerwy.
-?Nic nam nie będzie, Iso, czemu się tak martwisz? Już wcześniej
radziliśmy sobie z problemami. Ispas jest za mały i leży za daleko od
nich, żeby się nami przejmowali. Bóg, który dał nam życie, którym mamy
żyć, nie porzuci swojego stworzenia.
Isabelle nie była taka pewna. Może nie porzuci -?bardziej wyrzuci gdzieś
na stepy, zajęty innymi sprawami.
-?W każdym razie -?szepnął Mirik -?nie mamy dokąd pójść. Jesteśmy
rolnikami i tyle. Nie ma ucieczki od tego życia.
-?Tego właśnie się boję -?powiedziała Isabelle.
-?Nie bój się. Jesteśmy błogosławieni. Śpij dobrze, żono. Zobaczysz.
Jutro spadnie śnieg.
Ale nazajutrz nie spadł śnieg.
Nazajutrz zjawili się sowieci.