Rozdział 1
Światła rozbłysły, zanim na dobre zapadł zmrok. Mieszkańcy osiedla
domków jednorodzinnych z zapałem przygotowywali się do świąt. Stara
dzielnica z tradycjami rozbłysła tysiącem lampek. Z dachów spływały
kaskady świateł. Gwiazdki, sople i girlandy tworzyły wyjątkowy widok.
Nawet w płatkach padającego śniegu odbijały się refleksy setek maleńkich
żarówek.
Tylko dwa domy stały ciemne w tej feerii blasku, bez żadnych
świątecznych akcentów, jakby uśpione. Piękna przedwojenna willa skryta w dużym ogrodzie i niewielki domek jednorodzinny przytulony do jej
ogrodzenia niczym młodszy brat z nieprawego łoża. Ciche i pogrążone w mroku, nie pasowały do otoczenia.
Antek Milewski stanął przed zdobną w kiście winogron bramą starej willi.
Zatrząsł się z zimna i zignorował kolejne ciekawskie spojrzenia
przechodniów. On też nie pasował do tego miejsca. Był wysokim mężczyzną
i zwracał na siebie uwagę postawną sylwetką. Jednocześnie jego
strój pozostawał w zupełnym oderwaniu od pory roku. Antek miał na sobie
dżinsowe spodnie z dziurami i jasne letnie buty. Na lnianą koszulę z krótkim rękawem zarzucił cienką kurtkę. Na plecach wisiał mu niedbale
zawiązany szalik.
Jego ciałem wstrząsały dreszcze, a oczy miał zmrużone. Jakby nie chciał
widzieć tego, co znajduje się wokół.
Nie chciał.
Ludzie co rusz się za nim oglądali. Wyglądał dziwnie w swoim prawie
letnim stroju i nastroszonej ciemnej fryzurze pokrytej świeżymi płatkami
śniegu. Przyjechał zatłoczonym autobusem MPK i szedł pieszo od
oddalonego spory kawałek przystanku, szorując mokrymi butami po śniegu,
ale nawet nie przyspieszył kroku. Jakby mu nie zależało, by wreszcie się
schronić i ogrzać.
A było przed czym się chować. Padało od rana i mróz nie odpuszczał.
Duże, miękkie płatki śniegu wirowały pod wpływem wzmagającego się
wiatru. To w żadnym wypadku nie była pogoda na spacer.
Antek przeszedł zaledwie kilka kroków i miał dość. Z coraz większym
oporem stawiał kolejne. Nie tylko z powodu niesprzyjającej pogody. Już
wiedział, że pakuje się w kłopoty, a przecież wyjechał z Warszawy
właśnie po to, by od problemów uciec.
Minął już tamten park, w którym ojciec uczył go jeździć na rowerze, a także ich ulubiony mostek idealnie nadający się, by w letni dzień rzucać
patyki i patrzeć, dokąd poniesie je woda.
Bolało. Nawet nie czuł zimna, choć w przemoczonych butach temperatura
sięgała poziomów odpowiednich raczej do hodowli pingwinów niż
przechowywania własnych stóp i tylko te sympatyczne zwierzaki mogłyby
się czuć usatysfakcjonowane panującym tam chłodem.
Są jednak gorsze rodzaje cierpienia niż to zwykłe fizyczne. Na przykład
tęsknota za kimś, kto był wyjątkowy.
Słyszał nieraz, jak jego znajomi mówili: zdrada to nic takiego.
Statystyki podają, że zdradza spory procent małżonków, w tym coraz
więcej kobiet. Często to dla nich tylko przygoda, chwila zapomnienia,
czysto fizyczny akt bez znaczenia.
Ale czasem zdrada oznacza, że jakiś dom zmiecie nawałnica. W jednej
chwili i z taką siłą, że latami nie będzie można go odbudować. A ich dom
był piękny. Z jasnowłosą, serdeczną mamą i męskim, opiekuńczym ojcem,
który bardzo kochał swojego sześcioletniego syna. Troszczył się o niego
i spędzał z nim dużo czasu. Był wzorem, autorytetem i całym światem. To
mu jednak nie przeszkodziło nagle odrzucić własne dziecko niczym puste
opakowanie po niesmacznym posiłku. Bezwartościowe i niepotrzebne.
Lodowata woda w butach jest niczym wobec tego. A czas nie zawsze
przynosi ukojenie czy choćby tylko dystans. W tym przypadku mijające
lata zmieniły niewiele. Synek wprawdzie dorósł, zmężniał i dobrze sobie
radził, ale tęsknota i poczucie odrzucenia wciąż w nim mocno tkwiły.
Czasem nawet na dłużej udawało się o nich zapomnieć, ale bywały chwile,
gdy ból pojawiał się znienacka z taką siłą, jakby to wszystko wydarzyło
się wczoraj.
Antek zaczerpnął powietrza.
To tylko przeszłość - powtarzał bez końca. - Teraz nie ma już żadnego
znaczenia.
Był tak zły na samego siebie z powodu tych niepotrzebnych wspomnień, że
aż robiło mu się ciepło mimo rosnącego z każdą chwilą mrozu. Nie
rozumiał, dlaczego dał się namówić na ten szaleńczy pomysł, by to
właśnie on pojechał do babci.
- Przy okazji - powiedziała mama. - Skoro i tak będziesz w Krakowie.
To nie miało jednak nic do rzeczy. Przesyłka, którą miał przekazać, z pewnością nie była tego warta. Można ją śmiało wysłać kurierem. Ale mama
się uparła, a on nie chciał sprawiać jej przykrości.
Zanim nacisnął dzwonek, przyszło mu do głowy, że przecież nic nie jest
jeszcze stracone. Może się odwrócić, wsiąść do autobusu i nadać paczkę z najbliższej poczty. Nikt się nie dowie.
Nie zdążył nawet zrobić kroku.
Drzwi domu - piękne, o smakowicie czekoladowym kolorze - otworzyły się i w prostokącie światła stanęła babcia Kalina. Dobrze ją widział.
Wyglądała jakby czas nie miał dla niej znaczenia. Jasna sukienka i ciepły sweter miękko ją otulały, kok z warkoczy dodawał godności, ale
najważniejszy był ten jedyny na świecie pełen ciepła uśmiech.
Dorośli mężczyźni nie płaczą, więc z pewnością to płatek śniegu
rozpuścił się właśnie na policzku Antka.
Babcia podbiegła do niego lekko i z wdziękiem, niczym młoda dziewczyna
na spotkanie z ukochanym. To było trafne porównanie. Kochali się kiedyś
wyjątkową miłością. Ale zawierucha zmiotła także to uczucie.
Nie widział babci od wielu lat. Tyle samo dzieliło go od ostatniego
takiego uścisku, jak ten, w którym właśnie tonął. Antkowi przybyło sporo
centymetrów wzrostu i objętości ramion, a jednak przez chwilę poczuł się
znów pełnym ufności małym chłopcem, który wierzy, że świat jest
bezpiecznym miejscem, a rodzice wszechmocnymi istotami zdolnymi
rozwiązać każdy problem. To było niezwykłe doznanie i nic nie mogło się
porównać z niewiarygodną ulgą i bezpieczeństwem podczas kilku sekund,
zanim odsunął babcię na długość ramion.
Poznała go od razu. Bez żadnego trudu.
Myślał, że odda jej paczkę i natychmiast odejdzie. Był naiwny, ale
trzeba mu wybaczyć. Zapomniał, co to znaczy mieć babcię.
Z serdecznością, jaką pamiętał z dzieciństwa, i dorównującą jej
stanowczością babcia przeprowadziła swój zamiar i nie wdając się w żadne
dyskusje, zagarnęła go do środka.
***
Dom babci wyraźnie szedł z duchem czasu. Wnętrze było świeżo odmalowane,
jasnobrzoskwiniowe ściany przywodziły na myśl słoneczne lato, a na ich
tle dobrze się prezentowały nowe, choć utrzymane w klasycznym stylu
meble. Było przytulnie. W kominku płonął ogień, na kanapie i fotelach
leżały puchate koce, a w rogach miękkie poduchy. Od samego patrzenia
robiło się cieplej.
Babcia Kalina dbała o wystrój tego wyjątkowego miejsca, zamieszkanego
przez rodzinę Milewskich od czterech pokoleń. Mogła sobie na to
pozwolić. Ojciec zabezpieczył finansowo swoich bliskich. Zostawił polisy
dla matki, żony i syna.
Antek nigdy nie skorzystał z tych pieniędzy. Nie chciał mieć z nimi do
czynienia w żaden sposób. Mama czasem podbierała niewielkie kwoty ze
swojej puli, kiedy zdarzyła się ważna potrzeba. A babcia korzystała w pełni.
To w symboliczny sposób pokazywało poziom żalu poszczególnych osób.
Babcia przebaczyła synowi już dawno, choć i ją bardzo skrzywdził. Mama
przestała żywić zapiekły żal kilka lat temu i na pogrzebie położyła dłoń
na trumnie na znak pojednania. Tylko Antek nie potrafił znaleźć w sobie
siły, ochoty ani sposobu na przebaczenie. Nie dał rady, mimo że chciał.
Choćby tylko dlatego, że to przyniosłoby mu ulgę i pomogło żyć w spokoju. Zapisał się nawet na specjalną terapię, stosował różne metody,
czytał, szukał rozwiązań, modlił się, próbował zapomnieć - nic nie
pomogło.
To był jeden z powodów, dla których przez tyle lat nie odwiedził tego
domu. Choć ściany jasnego, przestronnego salonu były świeżo pomalowane,
meble nowe, a wnętrze dokładnie posprzątane, wszystko tutaj pachniało
ojcem. Przywoływało utracone dzieciństwo. A on nie chciał teraz do tego
wracać, denerwować się, dyskutować o przeszłości. Miał bardzo dużo
aktualnych kłopotów i potrzebował siły, by je rozwiązać.
Ale był tutaj i wspomnienia płynęły same. Usiadł na kremowej kanapie i patrzył, jak wesołe ogniki wznoszą się i opadają wokół kilku kawałków
drewna płonących w kominku. Powoli odmarzał. Babcia poszła do kuchni i krzątała się tam, a pobrzękiwanie talerzy, szum wody w czajniku i aromatyczne zapachy niosły nadzieję na smaczny poczęstunek. Antkowi
zaburczało w brzuchu. Miał zamiar odmówić, wykręcając się pilnymi
terminami, ale kiedy tylko usiadł na miękkiej kanapie, poczuł zmęczenie
tak wielkie, że nie był już zdolny do oporu.
Poza tym wbrew logice czuł, że w pewnym sensie dotarł do celu i jego
podjęta w kilka minut decyzja, by się przeprowadzić do Krakowa, która
mogła sprawiać wrażenie nieprzemyślanej, była najlepsza w tej sytuacji.
Musiał znaleźć drogę do korzeni i odpowiedzi na pytania dręczące go od
lat. Inaczej nie miał szans ruszyć dalej.
Odetchnął i pomasował czerwone od zimna ręce.
Wraz z ciepłem tego pokoju do Antka wróciło zrozumienie jego sytuacji.
Poniósł niewiarygodną klęskę. Stracił wszystko. Pracę, którą tak bardzo
lubił, z trudem kupione niewielkie, ale własne mieszkanie, a co
najgorsze, dobre imię i szacunek do samego siebie. Wczoraj wieczorem
wykasował profil zawodowy, a zaraz potem prywatny na portalu
społecznościowym. Wstyd mu było teraz z powodu każdego umieszczonego tam
zdjęcia. Taki był z siebie dumny. Fachowiec, człowiek kreatywny,
doradca, kierownik projektu. Uśmiechnięty, przystojny, otoczony
przyjaciółmi. Cenił to, że wszystko zawdzięcza własnej pracy,
inteligencji, uporowi w dążeniu do celów. Miał się za silnego, mądrego
faceta, który nie popełniłby nigdy błędów ojca.
A jednak ostatecznie okazał się taki sam. Naiwny. Okłamała go kobieta,
którą odruchowo otoczył opieką. Miła, sympatyczna dziewczyna o szczerym
spojrzeniu. Miała kłopoty i chciał jej pomóc, wydawało mu się to
naturalne. Potem się zakochał. Wyjątkowo mocno. Kiedy się dowiedział, w jak okropny sposób został oszukany, poczuł na własnej skórze, co to
znaczy, że komuś ziemia usuwa się spod nóg. Skuł go mróz, wobec którego
temperatury za oknem są niczym.
- Napij się. - Babcia postawiła przed nim ręcznie malowany jasnobrązowy
kubek. Unosił się nad nim aromat goździków, pomarańczy, imbiru i cynamonu. Słynnej świątecznej herbaty.
Antek zwiedził wiele miejsc, służbowo i prywatnie. Bywał w ładnych
restauracjach i skromnych górskich schroniskach. Pił wiele herbat, ale
takiej nigdzie nie znalazł. Napój babci był doskonałym połączeniem
słodkiego smaku, orzeźwiającej kwaskowej nuty i korzennego zapachu.
Temperatura też była idealna, by ogrzać zziębnięte dłonie, ale
jednocześnie nie za wysoka. Napił się i mimo wszystko poczuł ulgę. Jego
sytuacja nie zmieniła się ani trochę, wciąż był na dnie. Jednak dno z babcią u boku prezentowało się nieco inaczej. Nie był specjalnie
sentymentalny i do większości spraw podchodził z chłodną głową, jedzenie
też traktował jak fizyczną konieczność, bez upajania się smakiem i zapachem.
Ta herbata była magiczna. Czuł to nawet on, choć w żadną magię nie
wierzył.
Popatrzył na babcię. Jeśli myślał, że będą teraz milczeć, zastanawiając
się nad dzielącą ich przepaścią czasu, mylił się. Jeśli sądził, że dla
babci jest dorosłym człowiekiem z dowodem osobistym w kieszeni,
ukończonymi studiami, bogatym CV oraz prestiżem zawodowym, był w błędzie.
- Jak matka mogła cię wypuścić z domu w takich butach?! - To były
pierwsze słowa, które usłyszał po tylu latach rozłąki. - A twoja koszula
też woła o pomstę do nieba! Fakt, że len stał się modny, popieram. To
dobre dla naszego przemysłu i skóry każdego człowieka, ale moja
tolerancja wobec krótkich rękawów skończyła się trzy miesiące temu. Co
się dzieje? Ubierałeś się po ciemku i na oślep?
- W pewnym sensie tak - zaczął się odruchowo tłumaczyć. - Miałem
ważniejsze sprawy na głowie niż ciuchy. Spieszyłem się.
- Zdejmij te mokasyny - poleciła twardo. - Zaraz ci przyniosę coś
lepszego. Nie bywa u mnie w domu wielu mężczyzn, stąd z odpowiednim
obuwiem jest, przyznam szczerze, pewien problem. Ale wymyślimy jakiś
sposób. Mam! - zawołała z radością i wróciła do salonu z parą wyraźnie
damskich góralskich kapci obficie obszytych owczą wełną.
- Dziękuję - odparł stanowczo Antek, machając obronnie obiema rękami i,
mimo całego stresu, roześmiał się. Kapcie były obłędne. - Zdejmę swoje
buty - zaproponował szybko kompromis. - Wysuszę i będzie w porządku.
Mogę chodzić boso. Tu jest naprawdę ciepło.
Tak zrobił. Położył swoje całkiem zniszczone mokasyny z cienkiej skóry
pod kaloryferem i wystawił w stronę kominka duże stopy.
- Niech będzie - ustąpiła babcia. Jednak upływające lata miały na nią
wpływ. Kiedyś nie zgodziłaby się na chodzenie bez pantofli. Ale czas,
gdy Antek był łatwym do okiełznania sześciolatkiem, minął bezpowrotnie.
- Przywiozłem ci paczkę od mamy - powiedział rzeczowo. - Są tam zdjęcia.
Wiele razy miała ci je odesłać, ale jakoś się nie składało. Nie wiem,
dlaczego właśnie teraz się tak uparła, ale kiedy tylko usłyszała, że
jadę do Krakowa, wymogła na mnie obietnicę, że je przekażę do rąk
własnych. Proszę. - Podał jej niewielkie pudełko.
Zaraz potem się odwrócił. Nie chciał być niegrzeczny. To było
instynktowne zachowanie na wszelki wypadek, gdyby babcia chciała w jego
obecności zajrzeć do środka. Ale ona odłożyła pakunek na stół.
Stanęła na chwilę i spojrzała mu w oczy. Poczuł straszne wyrzuty
sumienia. Że przyjechał dopiero teraz. Cokolwiek wydarzyło się między
rodzicami, miał do siebie żal, że pozwolił, by do tego stopnia zaważyło
na jego relacji z babcią. Nie powinien słuchać tylko matki, lecz
sprawdzić, co ma na ten temat do powiedzenia także druga strona.
Podszedł do babci i przytulił ją niezgrabnie. Najpierw nieśmiało, potem
mocniej.
- Przepraszam - powiedział. - Dawno powinienem był cię odwiedzić. Nie
mogę uwierzyć, że naprawdę minęło tyle lat.
- Nie gniewam się - odpowiedziała. - Każdy z nas ma sobie coś do
zarzucenia. Ja też nieraz niepotrzebnie się odezwałam, wtrąciłam.
Próbowałam ratować rodzinę, jakoś to wszystko scalić, ale było z tego
powodu tylko gorzej. Twoja mama słusznie ma do mnie żal.
- Już chyba nie - powiedział. - Może dlatego mnie tutaj wysłała.
- Bez względu na powody jestem jej bardzo wdzięczna. Tęskniłam za tobą.
Nie było dnia, żebym o tobie nie myślała. - Otarła zwilgotniałe nagle
oczy. - Ale dość o tym. Szkoda psuć dobre chwile starymi pretensjami.
Chodźmy do kuchni - zaproponowała. - Przygotuję kolację. Mam pyszną
pieczeń i dobry domowy chleb. Wprawdzie to na jutro, ale człowieka z drogi zawsze trzeba poczęstować. Ciebie piątkowy post nie dotyczy.
- Upiekłaś to wszystko dla siebie? - zdziwił się, że mieszka sama, a dysponuje takimi zapasami.
- Nie. - Pokręciła głową i poprawiła fałdy pomarańczowej sukienki. W tym
kolorze tylko jej mogło być do twarzy. Był szaleńczy, a jednak babcia
Kalina prezentowała się w nim dobrze i godnie. - Pieczeń jest dla
sąsiadki - wyjaśniła. - Magda znowu nie zdąży zrobić zakupów. Pracuje do
późna. Czasem jej pomagam.
- Czy to jakaś twoja koleżanka? - zapytał, zaglądając ciekawie do
garnka. Pieczeń z jasnobrązową chrupiącą skórką w otoczeniu kolorowych
warzyw nie tylko wspaniale pachniała, lecz także świetnie się
prezentowała. Był pewien, że i smak ma doskonały.
- Nie pamiętasz Magdy Łaniewskiej? - zapytała babcia, spoglądając na
niego z równym głodem w oczach, jak ten, który on kierował w stronę
jedzenia. Tak bardzo tęskniła za widokiem tego chłopaka. Tyle lat
czekała, żeby znów móc go ugościć i nakarmić.
- A powinienem? - Z trudem oderwał wzrok od zawartości garnka.
- To młodsza siostra Michała i Bartka - wyjaśniła z ciepłym uśmiechem i wyciągnęła talerz z szafki.
- Ach, to dziecko - przypomniał sobie Antek.
- Już kobieta. - Babcia się uśmiechnęła. - Młodsza od ciebie tylko o dwa
lata. Kiedyś była to prawdziwa przepaść. Wiecznie za wami biegała, ale
nigdy nie mogła nadążyć. Dziś niejeden z was miałby kłopot, żeby ją
dogonić. Wyrosła na świetną dziewczynę.
To go nie ciekawiło. Gdyby porównać wszelkie tematy tego świata, z fenomenologią języka włącznie, nikt nie znalazłby takiego, który
interesowałby go mniej niż świetne dziewczyny. Jakiekolwiek dziewczyny.
- Mógłbyś odwiedzić przy okazji dawnych kolegów. - Babcia Kalina nie
porzuciła swojego tematu tak łatwo.
- Nie zdążę - powiedział. - Mam mało czasu. Wpadłem tylko na chwilę.
Poza tym pewnie mnie już nawet nie pamiętają. To było tak dawno.
- Ależ skąd. Michał często o ciebie pyta. Trochę się nimi opiekowałam po
śmierci ich rodziców.
Poprawił rozpinający się zawsze w nieodpowiednim momencie guzik koszuli
i zaczerpnął powietrza.
- Bardzo mi przykro - powiedział. - Nie miałem pojęcia, że zostali sami.
Dawno?
- Wiele lat temu, i na dodatek w Wigilię. - Babcia przerwała nakrywanie
do stołu i spojrzała wnukowi w oczy. Takie same, brązowe, jak u Arkadiusza, jej jedynego syna. - Był wypadek samochodowy - powiedziała
drżącym głosem, wciąż nie umiała o tym spokojnie opowiadać. - Dzieci
czekały pod choinką na rodziców, ale oni nigdy już nie wrócili. Od tej
pory zawsze na święta wszyscy troje wyjeżdżają za granicę. Magda mówi,
że od samego zapachu świerku kręci jej się w głowie.
- Szczerze współczuję - westchnął ciężko. Dobrze wiedział, co to znaczy
stracić bliską osobę.
Babcia patrzyła na niego czujnie, jakby czekała jeszcze na jakąś
reakcję, ale nic więcej nie powiedziała.
- Dziękuję za poczęstunek. - Antek usiadł przy stole i spojrzał na spory
kawałek pieczeni, który hojną ręką nałożyła mu babcia. - Chętnie zjem,
ale zaraz potem muszę uciekać. Zostało mi dużo do zrobienia.
- Dobrze. - Babcia znów potulnie się zgodziła.
Nie taką ją pamiętał. Kiedyś trzymała krótką ręką zarówno jego, jak i trójkę dzieci sąsiadów, a wobec jej stanowczości nawet dorośli
zachowywali respekt.
Nie zdołał jednak znaleźć przyczyny tej zmiany. Może był to tylko upływ
czasu?
Zajął się jedzeniem. Z przyjemnością zatopił zęby w pieczeni wołowej.
Miała w sobie cechy ideału. Soczystą miękkość otoczoną chrupiącą skórką
i doskonałe połączenie przypraw.
- Babciu, gotujesz najlepiej na świecie - powiedział zupełnie szczerze.
- Dziękuję - westchnęła. - Bardzo mi brakowało takich słów. Czekałam
cierpliwie i los mnie wynagrodził.
Antek włożył do ust kolejny kawałek pieczeni, żeby uniknąć skomentowania
wypowiedzi babci. Nie był zbyt dobry w głębokich podsumowaniach ani w układaniu ciepłych słów pociechy. Wciąż czuł też wyrzuty sumienia. Bez
względu na stanowisko mamy w tej sprawie już dawno powinien był
odwiedzić babcię Kalinę. Po śmierci syna została przecież zupełnie sama.
Ale kojarzyła mu się z ojcem. Stała po jego stronie i z tego powodu
wytworzyła się między nią a synową i wnukiem ogromna przepaść. Antek
nie zdołał jej przeskoczyć.
- Pokój jest przygotowany - powiedziała babcia, kiedy zauważyła, że
talerz robi się pusty. - Prześpij się spokojnie, a jutro pojedziesz
dalej. Dzisiaj i tak niczego nie załatwisz. Wszystko o tej porze już
zamknięte.
- Da się bez tego. - Wskazał na swojego smartfona. Jedyne, co mu
pozostało po dobrej przeszłości.
- Tym lepiej. - Uśmiechnęła się. - W tym domu internet hula jak dziadek
na naszym weselu, więc możesz korzystać do woli. Nawet dzieci sąsiadów
czasem mi się wkradają do ogrodu i próbują złamać hasło, bo u mnie
zawsze limit niewykorzystany.
- Założę ci takie blokady, że im się nie uda - zaproponował.
- Daj spokój. Niech się dzieciaki cieszą.
- Nie wiedziałem, że masz teraz takie liberalne poglądy na tematy
wychowawcze. - Pokręcił głową. - Mnie ograniczałaś nawet telewizję.
- Im też. Postraszyłam, że mam podgląd i kto będzie tracił czas na
głupoty, wyrzucę.
Roześmiał się. Babcia Kalina zawsze taka była. Chciała wychować cały
świat. Każdego zmienić na lepsze. Nieraz się zastanawiał, dlaczego miała
tylko jedno dziecko. Było w niej tyle macierzyńskich instynktów, że
mogłaby obdzielić nimi pół miasta. Ale nie zapytał o to. To sprawa zbyt
osobista, a oni stąpali po kruchym lodzie. Tak naprawdę przecież wcale
się nie znali. Czymże był kontakt z tamtym sześciolatkiem wobec całego
czasu, jaki upłynął od ich ostatniego spotkania?
Jednak Antek czuł się swobodnie. Jak w domu. I stwierdził, że to
właściwie dobry pomysł, żeby przenocować. Od czegoś musiał w Krakowie
zacząć. Nie miał tutaj żadnych znajomych. Zaplanował dzień, kierując się
starymi służbowymi przyzwyczajeniami. Przyjazd do nowego miasta,
logowanie na odpowiednim portalu, znalezienie noclegu, szybka
rezerwacja, taksówka, kolacja w restauracji, wieczorna praca, prysznic,
książka, sen.
To wszystko wymagało pieniędzy. A on już ich nie miał. Delegacja też mu
się nie należała. W jego portfelu została niewielka kwota, wobec której
stanowczo powinien zachować daleko idącą ostrożność. Musiała wystarczyć,
by zacząć od nowa. Kto wie, na jak długo. Spędzenie pierwszej nocy tutaj
było niezłym rozwiązaniem. Mógł się spokojnie zastanowić i przygotować.
Przyjechał ze stolicy pod wpływem impulsu, kompletnie nieprzygotowany i prosto z mieszkania kolegi, u którego zostawił swoje rzeczy w pudłach.
Własne wymarzone M2 musiał sprzedać w trybie pilnym. Nawet nie próbował
szukać właściwych ubrań, nie pamiętał, gdzie co spakował. Był w szoku.
Jego bagaż charakteryzował się dużą przypadkowością. Ale dobrze, że miał
chociaż to. Trochę kosmetyków, telefon i laptop. Jakaś bielizna na
zmianę i dwa podkoszulki. Z mniejszymi zasobami ludzie zaczynali swoją
drogę i kończyli ją dobrze. On też nie zamierzał się poddawać.
Propozycja przenocowania właściwie spadła mu z nieba. Mógł się w spokoju
zastanowić nad kolejnym krokiem.
Ale nie przewidział jednego.
Że babcia przygotuje mu łóżko w tamtym pokoju.
Rozdział 2
Bożonarodzeniowa gorączka jest równie groźną chorobą jak ta, która
opanowywała kiedyś poszukiwaczy złota. Skutkuje takim samym
oszołomieniem, niezdolnością do podejmowania racjonalnych decyzji i stadnym pędem nie wiadomo właściwie za czym.
Widać to było szczególnie w bankach.
Zbliżała się pora zamknięcia, a klientów wcale nie ubywało. Nie pomagał
komunikat płynący z głośników. Kolejne osoby wchodziły i zajmowały
miejsce na końcu długiej kolejki. Większość przyszła po pieniądze. Pół
biedy, jeśli po własne. Ale najczęściej ludzie pragnęli cudzych, krótko
mówiąc, kredytów. Podkręcali własną zdolność finansową, poddawali
zarobki zabiegom upiększającym niczym modelki swoje zdjęcia tuż przed
publikacją. Udawali, że mniej wydają, a więcej zarabiają, byle tylko
dostać pieczątkę na firmowym dokumencie i móc wydawać jeszcze więcej. A przecież gdyby mówili prawdę o swojej świetnej sytuacji finansowej, nie
musieliby stać w ten zimowy wieczór w długiej kolejce, by prosić kogoś o wsparcie. Mieliby oszczędności, by zorganizować święta lub dość
rozsądku, by nie pragnąć życia ponad stan.
Magda czasem bardzo nie lubiła swojej pracy. Dzisiaj był właśnie taki
dzień. Ostatni przed urlopem, więc zmęczenie i oczekiwanie na koniec
dyżuru dawały o sobie znać. Ale też sprawy, które przyszło jej dzisiaj
załatwiać, były wyjątkowo trudne. Zwłaszcza ta ostatnia. Magda
sprawdzała właśnie dane czterdziestolatka, który sprawiał wrażenie tak
znużonego życiem, jakby miał za sobą co najmniej kilka dziesięcioleci
więcej. Wmawiał jej, że nie ma żadnego innego zadłużenia prócz kredytu
hipotecznego, ale system międzybankowy wyraźnie pokazywał kilka
zakupionych na raty sprzętów, niespłacanych w terminie zaległości za
letnie wakacje, jak również debet na koncie i trzy wykorzystane do dna
karty kredytowe. Co miała mu powiedzieć?
Ty naiwny kłamco! Myślisz, że dzisiaj jakakolwiek informacja o tobie
jest twoją własnością? Bank może sprawdzić wszystko. Na co i w jakim
tempie wydałeś ostatnią wypłatę. Ile za tobą błędnych decyzji. A nawet
na podstawie historii konta oszacować twoje szanse na zdrowie i szczęście w małżeństwie. Na dodatek z bardzo dużą szansą na prawidłowy
wynik.
W dobie płatności elektronicznych system zbierał niewiarygodną liczbę
informacji o kliencie. Jeśli ktoś był fachowcem i miał odpowiednie
narzędzia, mógł się dzięki nim dowiedzieć o wiele więcej, niż
właściciele kont chcieliby zdradzić.
Tego mężczyznę Magda oceniała słabo. Kłamał, a to oznaczało, że był
zdesperowany. Nie wiedziała, kto czeka na niego w domu. Żona stawiająca
mu nierealne wymagania finansowe czy dzieci, dla których Boże Narodzenie
było uroczystością ku czci świętego smartfona i nie wyobrażały sobie
Wigilii bez nowego modelu?
Magda nie sądziła, by ten zmęczony mężczyzna szukał dodatkowych
pieniędzy na własne świąteczne marzenia. Zrobiło jej się go żal. Ale nie
dała tego po sobie poznać. Czuła na bladym policzku, pozbawionym już
choćby najmniejszych śladów zeszłorocznej opalenizny, surowy wzrok
szefowej. Musiała się zachowywać profesjonalnie. Wszyscy byli już
zmęczeni długim dniem niekończących się kolejek. Jednak uśmiechy na ich
twarzach miały pozostawać promienne niczym o poranku w letni dzień,
kiedy człowieka czeka tylko błogie lenistwo i leżak nad brzegiem morza.
Magda poprawiła jasnobrązową grzywkę i wyprostowała się. Szefowa jej nie
lubiła, więc musiała bardzo uważać. Ale zaraz humor jej się poprawił.
Konstanty, kierownik działu kredytowego, też wyraźnie patrzył w jej
stronę. Z ciepłem i podziwem w oczach.
Pal sześć wszystko inne. Tak naprawdę tylko to się liczyło.
Zmarnowany czterdziestolatek nie załapał się na świąteczną promocję
kredytową i pełen rezygnacji opuścił ramiona, po czym zgarbiony wyszedł
z banku. Magda posłała mu dobrą myśl, ale nie miała pewności, czy to mu
w czymkolwiek pomoże.
Komunikat o zamknięciu oddziału kolejny raz wybrzmiał z głośników i powoli dało się zauważyć pewną zmianę. Niektórzy klienci wyszli
natychmiast, a innych trzeba było nakłonić delikatną perswazją do
złożenia wizyty w następnym terminie. Tak czy inaczej, oddział stawał
się pusty. Pracownicy zaczęli zamykać swoje stanowiska.
Magda podniosła głowę i złapała kolejny uśmiech Konstantego. Nie
wiedziała, co o tym sądzić. Spotykali się już od wielu tygodni, ale jak
dotąd nic konkretnego z tego nie wynikało. Od czasu do czasu Konstanty
zapraszał ją na kolację czy do kina. Chodzili do baru na przerwę,
świetnie się razem bawili, a także prowadzili długie rozmowy przez
telefon i na czacie. Od początku zastanawiała się, do czego to wszystko
zmierza. Czy dopisywać tej historii jakiś głębszy sens? Poszukiwać
objawów wzajemności wobec uczucia, które ją od pierwszej chwili porwało
bez reszty, a pogłębiało się z każdą wspólnie spędzoną chwilą? Głowiła
się, czy warto być pierwszą, która zada pytanie wprost.
Bała się, że zostanie odrzucona i niepotrzebnie się skompromituje.
Konstanty spotykał się na lanczu nie tylko z nią. Cieszył się dużym
powodzeniem wśród kobiet i najwyraźniej odpowiadała mu taka sytuacja.
Wobec każdej koleżanki w dziale był wyjątkowo miły. W jego przypadku
łatwo było pomylić czarującą uprzejmość z uczuciowym zaangażowaniem.
Ostatnio często wspominał, że znalazł się w takim punkcie życia, że
najbardziej chciałby stabilizacji. To sprawiło, że emocje, jakie
buzowały wokół niego, zyskały jeszcze wyższą temperaturę. Niejedna
koleżanka marzyła, by stworzyć razem z nim prawdziwy dom.
Ciężkie spojrzenie szefowej było znakiem, że może jednak to właśnie
Magdzie w tej sprawie się poszczęści. Zazdrość wpływowej rywalki
wydawała się wręcz namacalna. Coś było na rzeczy. Uśmiechy Konstantego
to nie tylko zwykła uprzejmość. Zwierzchniczka wyczuwała zagrożenie dla
własnych planów. Luiza Jarząbek też pozostawała pod ewidentnym wpływem
szefa działu kredytów, a on żartował z nią równie często i lekko.
Ale Magdzie trudno było uwierzyć, że ten wyjątkowy mężczyzna wybrał
zwykłą szarą konsultantkę zamiast wpływowej, eleganckiej i zadbanej
szefowej. Luiza była niewiarygodnie atrakcyjną kobietą. Ponoć na
Instagramie każdy podkręca swój wizerunek i poprawia zdjęcia. Ona nie
musiała. Była chodzącym instagramowym marzeniem tysięcy kobiet. W jakiejkolwiek pozie by stanęła, jej brzuch zawsze był płaski, włosy
proste, a makijaż bez zarzutu. Piękny uśmiech ukazywał garnitur
bielutkich zębów.
Mogła mieć wielu mężczyzn, lecz upatrzyła sobie Konstantego. Nie bez
powodu. Pracował wprawdzie w banku, ale pochodził z zamożnej rodziny i wiadomo było, że za kilka lat przejmie firmę ojca. Na razie poznawał
życie z każdej strony i sam się utrzymywał, to było jednak coś zupełnie
innego niż w przypadku większości ludzi. Po ośmiu godzinach pracy
Konstanty wracał do luksusowego domu, a mama podawała mu elegancką
kolację na drogiej porcelanie.
Magda zakochała się w nim z innego powodu. Nie liczył się dla niej stan
konta jego ojca. Lubiła go, bo był świetnym facetem. Dowcipnym,
pracowitym, serdecznym, który z każdego szarego dnia umiał zrobić
święto. Nie za pomocą karty kredytowej, lecz swojej osobowości.
Lubiła go to było zdecydowanie za słabe słowo. Tak naprawdę kompletnie
straciła dla niego głowę. Był niczym nieustannie iskrzące się źródło
szczęścia i radości. Jak chodząca latarnia o niewyczerpanej mocy. Nigdy
wcześniej kogoś takiego nie spotkała. W jej domu od lat panowały szarość
i stonowane emocje. Uśmiechali się czasem, ale delikatnie. Nawet
żartowali. Ale nikt nie śmiał się w głos i normą była raczej powaga. W pokojach królowała cisza. Strach było ją burzyć, by nie wywołać śpiących
w każdym kącie wspomnień. Zazwyczaj dziecko prędzej czy później uczy
się, że gorącego żelazka nie warto dotykać. To boli. Oni też zrozumieli
już dawno, że nie należy nawet zbliżać się do niektórych tematów.
W tym celu co roku starannie omijali świętowanie Bożego Narodzenia, choć
wobec natłoku reklam wcale nie było to takie łatwe. Ale mieli sporą
wprawę. Stworzyli całkiem sprawny system. Wystarczyło nie oglądać
telewizji, tylko korzystać z serwisów filmowych, a od wystaw sklepowych
zwyczajnie odwracać wzrok. W fazie szczytowej, to znaczy dwa dni przed
Wigilią, zazwyczaj byli już daleko na ciepłych wyspach, by odciąć się
całkowicie od tego, co dzieje się w przywiązanym do tradycji kraju. Nie
było to może idealne rozwiązanie, ale w ich sytuacji i tak najlepsze. W tym roku również tak właśnie planowali postąpić.
- Cześć. - Konstanty podszedł tak cicho, że całkiem ją zaskoczył. Od
razu się uśmiechnęła. Ten chłopak miał w sobie naturalny wyzwalacz
radości. - Zmęczona?
- O, tak - przyznała. - Wyjątkowo ciężki dzień. Mam wrażenie, że
dzisiejsze osiem godzin trwało o wiele dłużej.
- Zgadzam się. Powinni nam płacić podwójnie za takie dniówki, ale tego
wniosku jako przyszły pracodawca nie złożę. - Uśmiechnął się.
- Może ja to zrobię? - Magda przyłożyła kartę do czytnika i z przyjemnością weszła na zaplecze. Było to wprawdzie zwykłe, ciasne
pomieszczenie z szafkami i niewielkim aneksem kuchennym, ale kojarzyło
się z przerwą lub końcem pracy.
- Znajdziesz czas, by wypić ze mną dobrą herbatę albo lampkę wina? -
Konstanty podszedł do niej bliżej niż zwykle. Do tej pory mieli za sobą
tylko kilka pocałunków, które właściwie można było uznać za
przyjacielskie, parę chwil przytulania i trzymanie się za rękę. Nic
więcej. Dlatego Magdzie tak trudno było określić tę relację.
- Chciałbym ci coś ważnego powiedzieć. Wyjdziesz ze mną dzisiaj
wieczorem na miasto? - Konstanty przysunął się jeszcze bliżej. Oparł się
jedną dłonią o ścianę, przy której stała właśnie Magda. Pochylił się w jej stronę, tworząc naturalną osłonę. To było bardzo przyjemne. Jego
ramiona zamykały przestrzeń wokół i można było poczuć się pewnie i bezpiecznie. Dla Magdy były to zdecydowanie priorytetowe wartości.
Lubiła czasem czuć się małą kobietką.
Na zapleczu zapanowało dziwne milczenie, chyba wszyscy oczekiwali na
odpowiedź. Nikt nie odważył się spojrzeć w stronę szefowej. Luiza
Jarząbek zastygła, jakby w jej żyłach płynęło dotąd rozpalone żelazo,
które nagle pod wpływem tego pytania stężało i unieruchomiło ją na kilka
długich sekund.
- Bardzo chętnie - odpowiedziała Magda, nie do końca wierząc, że cała ta
sytuacja ma miejsce naprawdę. Zebrani wokół pracownicy ubierali się i udawali, że wcale nie podsłuchują.
Konstanty szybko oderwał się od ściany, włożył swoją firmową kurtkę
wartą średnią krajową pensję i starannie zawinął szalik. Magda ubierała
się dłużej. Lekko drżącymi palcami zapinała suwak i układała fałdy
ciepłej chusty. Zastanawiała się przez chwilę nad włożeniem czapki.
Rozsądek za tym przemawiał, za oknami mróz bił kolejne rekordy i padał
śnieg. Uznała jednak, że względy urody są ważniejsze. Rozpuściła
dyskretnie włosy, wcisnęła czapkę w kieszeń i podała rękę Konstantemu.
Właśnie dział się na jawie piękny sen. Czuła, że jest to pierwszy krok
do życia pełnego miłości, o którym marzy tak wiele osób. Magda cieszyła
się nie tylko ze względu na siebie. Nie ona jedna trwała w zawieszeniu
niczym uśpiona dziewczyna z bajki. Nieruchome i zamrożone pozostawało
też życie jej braci. Funkcjonowali. Michał punktualnie wychodził co
dzień rano z domu, żeby z zaangażowaniem wspinać się po szczeblach
korporacyjnej kariery. Młodszy Bartek wciąż szukał swojego miejsca w życiu. Wieczny chłopczyk, którego dorastanie zatrzymało się w pamiętną
Wigilię, sprawiał wrażenie, jakby emocjonalnie wciąż tkwił w tamtym
punkcie.
Żaden z nich nigdy nie związał się z dziewczyną na stałe. Nawet w przyjaźniach pilnowali, by nie przekroczyć pewnej granicy. Najbardziej
na świecie bali się stracić kogoś bliskiego.
Magda chciała dać im namacalny przykład, że zmiana jest możliwa.
Pokazać, że miłość potrafi być piękna i bezpieczna. Odczarować zło,
które kiedyś się wydarzyło. Zacząć wreszcie nowy rozdział. Konstanty był
dla niej darem niebios. Nie ze względu na swoją pozycję społeczną, ale
energię życiową, optymizm i dobre emocje płynące z każdego jego słowa.
Magda wychodziła z biura i czuła, jak rosną jej skrzydła. Była pewna, że
kurtka na plecach podnosi się w odpowiednich miejscach. Poziom endorfin
przekraczał wszystkie znane normy.
Nie widziała miny swojej szefowej. Ani tego, że zaraz po ich wyjściu
Luiza wzięła do ręki telefon i wybrała numer ojca Konstantego. W oczach
miała determinację osoby gotowej na wszystko.
Rozdział 3
Aż mu dech zaparło, kiedy zamknął za sobą drzwi. Nie spodziewał się tego
widoku. Babcia wskazała mu pokój, a on wrzucił torbę, wyciągnął
niewielką saszetkę z kosmetykami i poszedł pod prysznic. Marzył o chwili
odpoczynku. Nie spał porządnie od trzech dni. Do tej pory, nakręcany
adrenaliną, nie zważał na to. Ale ciepła herbata i trzask ognia na
kominku przypomniały mu o zmęczeniu. Niewiarygodnym znużeniu, jakiego
nie doświadczył jeszcze nigdy w życiu. Wiedział, że musi iść do łazienki
szybko, jeśli bowiem choć na moment usiądzie na łóżku, już się z niego
nie podniesie.
Nie rozglądał się wokół. Dopiero teraz stanął w progu z ręcznikiem
owiniętym wokół umięśnionego brzucha i dotarło do niego, że to ten
pokój. Usiadł, jakby mu ktoś podciął nogi, a na coś takiego nigdy
przecież nie pozwalał. Pracował na co dzień przy biurku i był
inżynierem, ale umiał się bić. W razie potrzeby na wiele sposobów bronił
swoich racji.
To go jednak pokonało.
W całym domu panowały cisza i ciemność. Światła starannie pogaszono.
Babcia już spała albo udawała, że śpi. Fakt, że umieściła go właśnie
tutaj, nie mógł być dziełem przypadku. Dom miał sporą powierzchnię i bez
problemu mogła zaproponować mu inne miejsce.
Zacisnął powieki ze złością. Walczył z pokusą, by ubrać się i natychmiast stąd wyjść. Ale na samą myśl, że miałby znowu włożyć swoje
przemoczone buty i ruszyć na mróz, po czym udać się w niewiadomym
kierunku, poczuł kolejną falę zmęczenia.
Położył się, rzucił mokry ręcznik na podłogę i postanowił po prostu się
przespać. Bez podtekstów i doszukiwania się głębszych znaczeń.
Zwyczajnie przenocować. Jak w hotelu. Zignorować fakt, że łóżko znajduje
się w dawnym pokoju ojca. Że wystrój wnętrza sprawia wrażenie, jakby się
weszło bez biletu do muzeum lat siedemdziesiątych. Meblościanka z błyszczącą politurą, stare biurko, radio z tamtych czasów i wiszące
wszędzie modele sklejanych samolotów. Widział je, mimo iż zgasił lampę.
I pamiętał. To było jedno z największych marzeń jego dzieciństwa.
Pobawić się nimi. Ale tata nie pozwalał, ponieważ modele były zbyt
delikatne. Za to obiecał, że kiedy Antek podrośnie, nauczy go je kleić i będą to robić razem. A potem wszystkie mu podaruje. Nigdy się to nie
stało.
Zamknął oczy. Chrzanił plastikowe samoloty. Chciał tylko spać.
***
To była wyjątkowo urokliwa restauracja. A może Magdzie tylko się
wydawało. Znajdowała się w takim stanie, że na cokolwiek spojrzała,
wszystko jej się podobało. Kelner wyprzystojniał, serwetki na stolikach
miały głębszy odcień bieli, a kwiaty w wazonikach pachniały, choć z tej
odległości nie mogła tego poczuć. Zdjęła kurtkę, a Konstanty zaniósł ją
szatniarzowi. Poprawiła bluzkę. Nie czuła się odpowiednio ubrana, ale
nie chciała sobie psuć humoru z tego powodu.
Zamierzała czerpać z radości tego wieczoru pełnymi garściami.
Konstanty poprowadził ją w stronę stolika. Miał rezerwację, więc dla
niego najwyraźniej nie był to spontaniczny odruch, lecz zaplanowana
akcja. Wybrał najlepsze miejsce. Tuż przy oknie, z widokiem na krakowski
rynek i stojące rzędem dorożki. Otulone łagodnie spadającymi płatkami
śniegu, wyglądały niezwykle romantycznie. Kelnerka w bordowej sukience
podeszła szybko i uśmiechając się serdecznie, podała karty.
Magda miała ochotę na wszystko. Czuła szczęście tak wielkie, że aby w pełni je przeżyć, brakowało jej sił. Chciała zjeść każdą zupę i danie
główne, a potem deser, najlepiej kilka. W tej jedynej, wyjątkowej chwili
nie przeszkadzały jej nawet świąteczne ozdoby rozwieszone nad oknami ani
stojąca w rogu sali choinka. Ale usiadła tak, by na nią nie patrzeć.
Złożyli zamówienie, a Konstanty przywitał się z właścicielem lokalu. Jak
się okazało, dobrym znajomym. Wymienili kilka grzecznych uwag, a pan
Wiktor pochwalił się zdjęciem pięciomiesięcznego synka. Wreszcie odszedł
i zostali sami.
Takie długie spojrzenie prosto w oczy nie zdarza się często. Kiedy
patrzysz i płynie wyznanie, choć nie pada jeszcze ani jedno słowo. Coś
się zmieniło. Konstanty wyraźnie podjął decyzję. Już to wiedziała. Nie
musiała spoglądać na jego dłoń, która zanurzyła się w kieszeni
marynarki, by wyciągnąć z niej granatowe pudełeczko. Nie zdziwiła się,
że nie było to tradycyjne czerwone serce. Konstanty nie lubił ogranych
schematów. Jednak w tym jednym ustąpił tradycji. Kupił dla Magdy
pierścionek.
Kiedy go zobaczyła, w jej dużych oczach zakręciły się łzy. Sala
rozbłysła jeszcze mocniej, bo wszystkie światełka się lekko rozmyły, a jasne oczko pierścionka zyskało wiele dodatkowych iskier.
- Wiesz, o co chciałbym cię zapytać?
Kiwnęła głową.
- Mam nadzieję, że nie płaczesz z tego powodu, że zaraz mi odmówisz, a szkoda ci takiego ładnego pierścionka.
Roześmiała się.
- Nie - odpowiedziała i otarła łzy.
- Chciałbym, żeby nasz związek wszedł w jakąś bardziej formalną fazę -
powiedział. - Nie proponuję ci jeszcze ustalania daty ślubu. Niech to
się spokojnie rozwija. Ale chciałbym, żebyś wiedziała, że jesteś dla
mnie kobietą wyjątkową i jedyną.
Na nic się zdało osuszanie oczu. Łzy wzruszenia znów popłynęły.
- Dziękuję - powiedziała drżącym głosem i podała mu dłoń.
Tak pięknego pierścionka jeszcze nie widziała. Choć Konstanty pracował
jak wszyscy i dostawał taką samą wypłatę, pochodził jednak z innego
świata i czasem wyraźnie było to odczuwalne. Na przykład teraz.
Podszedł i pocałował ją delikatnie.
Ta restauracja nie bez powodu cieszyła się renomą. Przystawki były już
gotowe, a jednak kelnerka stała u szczytu schodów i czekała taktownie,
by nie zepsuć ważnej chwili. Dopiero gdy Konstanty usiadł na swoim
miejscu, a Magda po raz kolejny otarła policzki, dziewczyna podeszła i postawiła przed nimi talerz z wyborem maleńkich przekąsek.
Magda nie czuła już głodu. Z wrażenia zapomniała o wszystkich innych
czynnościach prócz przeżywania nieogarnionego szczęścia.
- W niedzielę zapraszam cię do nas na obiad - powiedział Konstanty, z charakterystyczną dla niego energią przechodząc do kolejnego punktu. -
Mama już się nie może doczekać, żeby cię poznać. W kółko zadaje mi
podstępne pytania, żeby się czegoś więcej o tobie dowiedzieć. Była nawet
u nas w banku z misją wywiadowczą. Ale ty miałaś akurat wtedy drugą
zmianę.
- Boję się. - Magda aż zadrżała. - Nigdy nie byłam dobra w przechodzeniu
testów. Nawet egzamin na prawo jazdy zdawałam kilka razy.
- Zupełnie nie ma czego się obawiać. - Konstanty się uśmiechnął, a ona
poczuła, jak spływa na nią spokój. - Mama jest mądrą, ciepłą kobietą i nie ma zwyczaju wtrącać się w moje życie. Teraz tylko przeżywa wyjątkowe
emocje, bo po raz pierwszy kupiłem pierścionek.
- Rozumiem ją.
- Na pewno cię polubi. Nie przyznaje się do tego, ale od lat marzy o tym, żebym założył rodzinę. Jestem najmłodszy. Mój brat i siostra dawno
się ustatkowali i budują honor rodziny oraz dobrobyt kraju przez gorliwe
przysparzanie mu nowych obywateli, a dla moich rodziców to jedyny model
szczęścia. Praca i szczęśliwa rodzina.
- Tu się akurat z nimi zgodzę.
- Wiem. Masz w sobie coś takiego, co niewiarygodnie kusi. Wiedziałem to
już od pierwszego momentu, kiedy cię zobaczyłem w pracy. Jesteś
prawdziwą kobietą, strażniczką ogniska. Coraz mniej takich wokół. A ja
się trochę wyszumiałem, przyznaję. Ale w głębi duszy cały czas szukałem
kogoś takiego.
Od nadmiaru komplementów, głodu i wypitego na pusty żołądek wina Magdzie
zaczęło się lekko kręcić w głowie.
- Spotkamy się w niedzielę całą rodziną - mówił dalej Konstanty. -
Czuję, że sobie przypadniecie do gustu. To wesoła kompania.
Tradycjonaliści, ale z humorem i dystansem do siebie.
- Już ich lubię - powiedziała szczerze.
- A na później mam genialny pomysł. Moja mama uwielbia święta. Wiem, że
wy zwykle wyjeżdżacie, ale pomyślałem, że to świetny moment, żeby się
poznać. Może wpadlibyśmy do ciebie z rewizytą w Wigilię?
Chyba zabrakło prądu. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć gwałtowny przypływ
zimna, jaki poczuła? Światła przygasły. Nic już nie błyszczało. Nawet
pierścionek nagle poszarzał, a przechodząca obok kelnerka zaczęła
wyglądać na zmęczoną i przepracowaną. Restauracja okazała się nawet w połowie nie tak urokliwa, jak na początku.
Magda zdrętwiała. Nie tłumaczyła Konstantemu, dlaczego w ich domu nie
celebruje się świąt i do jakiego stopnia jest to bolesny temat. Czekała
na lepszy moment, była to bowiem bardzo osobista opowieść i dotyczyła
nie tylko jej, lecz także braci. Chciała mieć pewność, że zostanie
dobrze zrozumiana.
Jej dom nie był zwyczajny. Zapach świerku mógł skutkować napadami
smutku. Nie jadano serników ani makowców nawet w środku lata. Zimą
zasłony w domu były szczelnie zasunięte, by uliczne dekoracje zbytnio
nie rzucały się w oczy. Mogło się to wydawać przypadkowemu obserwatorowi
nieco paranoiczne. Tego nie był w stanie pojąć nikt, kto jako dziecko
nie czekał na rodziców w dniu Wigilii pod pięknie udekorowaną choinką,
by ostatecznie późnym wieczorem zostać zbudzonym ze snu wieścią, że oni
nigdy już nie wrócą.
Konstanty nie znał szczegółów tej historii. Wychował się w pełnym domu i był bardzo przywiązany do świątecznej celebry. Dla jego rodziny Boże
Narodzenie to były najważniejsze dni w roku. Wiedziała o tym.
Zaczerpnęła powietrza. Musiała jakoś zareagować. Konfrontacja z przeszłością była nieunikniona.
Czuła to od dłuższego czasu. Dłużej nie sposób było tak żyć. Zarówno
ona, jak i jej bracia musieli w końcu zostawić za sobą dzieciństwo i zacząć własne życie. Byli już dorośli.
Nadszedł moment, w którymś ktoś odważny musiał wykonać pierwszy krok.
Powiedzieć "dość" całej tej sytuacji. Wyglądało na to, że los wskazał
właśnie na nią, choć była najmłodsza.
- Planowaliśmy wprawdzie wyjazd - powiedziała cicho. - Ale chętnie
zostaniemy. - Nie mogła się nadziwić, że te słowa jednak przeszły jej
przez gardło.
- Cieszę się. - Cała sylwetka Konstantego potwierdzała jego słowa. - Nie
zamierzam wpraszać się do was na samą kolację, domyślam się, że wolicie
spędzić ją razem, a nie z obcymi w gruncie rzeczy ludźmi, ale może
przyjdziemy później.
- Nie - zaprotestowała. - Spotkajmy się przy wigilijnym stole.
Przygotuję wszystko tak, jak się to robi u nas. To idealny moment, by
się poznać.
- O, zgadza się. - Miała wrażenie, że Konstanty zaraz klaśnie w dłonie z zadowolenia. - Sposób, w jaki spędza te wyjątkowe dni, wiele mówi o człowieku i jego bliskich. Ja uwielbiam zimę tylko z powodu świąt.
Zaczynam się cieszyć już miesiąc wcześniej. Chciałbym cię poznać od tej
strony bardziej domowej, rodzinnej. Czuję, że u was to też niesamowity
czas.
Magda złożyła dłonie na kolanach, by opanować ich drżenie. Wróciły
wspomnienia dotychczasowych kolacji świątecznych. Zwykle spędzanych na
jakichś wyspach. Owoce morza, pizza i makaron. Sałatki, lody. Żadnych
życzeń, kartek, prezentów, kolęd. A także świątecznych potraw. Z pewnością nie o to chodziło Konstantemu.
Kompletnie nie znała się na gotowaniu. W jej domu nie było tradycji, bo
zabrakło w nim rodziców. Ale jednak trwała przy swoim spontanicznym,
szaleńczym pomyśle. Chciała przygotować wigilię stulecia. Taką, która
będzie symbolem wszystkiego, co w polskiej tradycji najpiękniejsze.
Każdego dobrego pomysłu minionych pokoleń. Miał to być fundament, na
którym zamierzała zbudować nowe życie, swoje i ukochanych braci. Dzięki
magii tej wyjątkowej nocy odprawić czary i na dobre zamknąć przeszłość.
Wymyśliła sobie, że jeśli przygotuje w tym domu prawdziwe święta, obudzi
go z letargu, w jaki zapadł, a tym samym uratuje też braci. Kochała ich
najbardziej na świecie. Obawiała się nawet, że mocniej niż Konstantego,
ale o tym nie musiała mu mówić.
A on był w pełni zadowolony. Nawet nie przypuszczał, jak wiele
kosztowało ją przyjęcie jego zaproszenia. Przez co będzie musiała
przejść, by całą sprawę przeprowadzić. Na samą myśl o rozmowie z braćmi
cierpła jej skóra. Ale podjęła mocne postanowienie i zamierzała się go
trzymać. Do świąt zostały prawie dwa tygodnie. To dość czasu, by się
przygotować i wszystkiego nauczyć.
Wyprostowała plecy i zamrugała powiekami, żeby przywrócić światu
naturalną kolorystykę. Udało się. Lampy znów rozbłysły. Zignorowała
skurcz strachu, który ścisnął jej żołądek. Równie dobrze przecież mógł
to być głód.
- Częstujmy się - powiedziała. - To wszystko wygląda obłędnie.
- Bardzo chętnie - powiedział Konstanty i zabrał się do jedzenia.
Nie był świadomy burzy, jaką wywołał swoją propozycją. Cieszył się na
wspólne święta. Choć był dość nowoczesny w wielu sprawach, lubił swój
tradycyjny dom. Spotykał się z różnymi kobietami, ale na żonę upatrzył
sobie taką, która przypominała mu jego matkę. Wydawała się idealną
kandydatką na dobrą, kochającą, serdeczną panią domu.
Magda, nieświadoma, że ktoś tak właśnie o niej myśli, przełknęła kilka
kęsów i zaczęła mieć wątpliwości, czy związek, który zostanie zbudowany
na braku zaufania i niedomówieniach, ma jakąś szansę, ale nie była
gotowa na podjęcie ryzyka.
Kochała Konstantego i ponad wszystko na świecie chciała być zwyczajnie
szczęśliwa. Odciąć się wreszcie od traumatycznych wspomnień. Nie musiała
zaczynać nowego związku od opowieści o tragicznych wydarzeniach z dzieciństwa. Miała dość cierpienia i ciągnących się za nią wspomnień.
Konstanty był w jej życiu czymś nowym. Szansą nie tylko na szczęście,
ale też na normalne, spokojne życie.