Rozdział I
Ciiii...
Tak, bolało. To na pewno nie był tylko siniak. Tak, bała się. Gardło
miała zdarte od krzyku.
Katrina Nguyen ostrożnie pomacała pod łóżkiem.
Damskie ciuchy. Męskie ciuchy. Pieniądze. Akt urodzenia. Legitymacja
ubezpieczeniowa. Szczoteczka do zębów. Zapasowe okulary. Zapasowa
bateria. Podkład. Estradiol. Spironolakton.
Plecak ucieczkowy przygotowała sobie za pierwszym razem, gdy ojciec
groził, że ją zabije.
Z początku wydawało jej się, że to "na wszelki wypadek", jak szybka,
której się nigdy nie tłucze.
Ale dzisiaj wieczorem...
Czemu pozwoliła, żeby do tego doszło? Czemu nie mogła być taka, jak chcą
rodzice?
Część jej jaźni była w panice. Co ty narobiłaś? Przeproś. Idź od razu,
pukaj do ich drzwi. Powiedz, że to twoja wina, że przepraszasz, że
obiecujesz się zmienić.
Lecz inna, silniejsza część Katriny była spokojna, zimna nawet.
Musisz uciekać. Dzisiaj. Oddychaj, zachowaj spokój, nasłuchuj.
Zatem nasłuchiwała... kroków, oddechów, snu. Słuchała i słuchała. W ciemności usłyszała ostatnie kaszlnięcie matki. Ostatnie spuszczenie
wody przez ojca.
Wreszcie zapadła cisza.
Katrina chwyciła się za żebra, potem się podniosła. Ból był silny, ale
do wytrzymania. Była w swoim pokoju, za zamkniętymi na klucz drzwiami.
Trzeba tylko być cicho. I spokojnie. Wszystko się uda.
Da radę.
Przy świetle telefonu nałożyła korektor wokół oka i na policzek. Lepiej
nie mierzyć się ze światem, mając widoczne siniaki.
Potem zostawiła na łóżku kartkę.
Napisała na niej, że przeprasza, że żałuje, że się w ogóle urodziła, że
nie chciała ich rozgniewać i że odtąd będą mieli z nią święty spokój. To
ostatnie było prawdą.
Potem jednak dopisała, że jedzie do San Francisco.
Nie było powodu w to nie wierzyć; oczywiście, że jedzie właśnie tam.
Queery zawsze tam jadą. Ojciec walnie pięścią w ścianę, rzuci czymś
ciężkim i łatwo się tłukącym, matka się przeżegna, odmówi modlitwę. Za
dzień czy dwa zadzwoni do ciotki Claudii po drugiej stronie zatoki, żeby
odszukała jej durnego syna i odesłała go do domu.
Wtedy jednak Katrina będzie o sześćset kilometrów stąd.
Bezgłośnie założyła kurtkę. Otworzyła okno. Z zewnątrz dobiegał hałas
policyjnego śmigłowca, odgłosy jakiejś rodziny po sąsiedzku. Szum
autostrady, wyjeżdżających ładnych samochodów, mniej ładnych wracających
do domu. Katrina jednak poruszała się miarowo, z gracją niemal,
zbierając wszystko, co potrzebne.
Bilet. Laptop. Plecak ucieczkowy.
Skrzypce.
Wczołgała się na biurko i opadła na ziemię. Adrenalina litościwie
stłumiła ból. Sięgnęła w górę, zasunęła okno i zerknęła na telefon.
Świetnie. Jest jeszcze czas. Najszybciej, jak mogła, pokuśtykała,
mijając domy sąsiadów, autostradę, auta, policyjny śmigłowiec na niebie.
Pojedzie kolejką BART do Oakland i tam gdzieś przeczeka noc.
A rano wsiądzie do wielkiego białego autobusu do Los Angeles.
Ktoś, kto nigdy nie jechał wielkim, białym, azjatyckim autobusem, pewnie
nigdy nie pojedzie. Do nich się nie wsiada na dworcach kolejowych czy w bazach Greyhounda. Łapie się je pod azjatyckimi centrami handlowymi lub
supermarketami.
Niektóre są wietnamskie, parę jest koreańskich, większość -?chińskich.
Niektóre jadą do Las Vegas, inne kursują do kasyn w Morongo, Pechange,
San Manuel. Jeszcze inny zestaw obsługuje sieć azjatyckich osiedli w całym stanie. Chinatown w Oakland, Chinatown w San Francisco, Little
Saigon. Chinatown w San Diego.
I oczywiście cała ich flotylla zjeżdża się do doliny San Gabriel -?do
Rosemead, San Gabriel, Monterey Park i reszty tej
azjatycko-amerykańskiej Ziemi Świętej.
-?Na moje oko dziewczyna -?powiedziała ta kobieta. Nie chciało jej się
ściszać głosu. Nawet jak młoda usłyszy, to co z tego? Mówiły po
kantońsku, a wszystkie młodziaki były albo zamerykanizowane, albo uczyły
się mandaryńskiego.
-?Żadna dziewczyna! -?zaprotestowała druga. -?Za brzydka na dziewczynę.
-?Ale jest umalowana!
Zapadła cisza.
-?Za brzydka na dziewczynę -?zgodziły się w końcu.
-?Zdecydowanie chłopak. Szkoda by było takiej dziewczyny.
-?Jeszcze jak szkoda.
Były mniej więcej w wieku jej matki -?mogłyby być jej koleżankami. Nie
musiała ich rozumieć, żeby je zrozumieć, tego typu rozmowy stapiały się
z gadkami, które słyszała codziennie.
Nie starała się blokować ich słów, dawno z tego zrezygnowała. Oparła się
za to głową o szybę i słuchała... głosów kobiet, buczenia silnika, ryku
wyprzedzającej ciężarówki. Wsłuchiwała się w ból w żebrach, w pulsowanie
dopasowujące się rytmem do każdego zakrętu i każdego wyboju na drodze.
Wszystko to było muzyką.
Ścisnęła w dłoniach skrzypce. Usłyszała melodię.
W końcu Katrina Nguyen pozwoliła sobie zasnąć.
* * *
Shizuka Satomi otworzyła oczy. Dwadzieścia dwie godziny temu była
jeszcze w Tokio.
A teraz?
Jej myśli przerwał potworny dźwięk, jakby samochodowa wycieraczka
tłamsiła skrzypce.
Kto w ogóle jest w stanie wydać tak piekielny...
Aaa. No tak.
Shizuka wyciszyła oddech i przysłuchała się uważniej. Oprócz koguta były
jeszcze dwie kury. Gołębie, cztery. Kaczka. Staruszka-Azjatka nucąca
pentatoniczną melodię ludową. Autostrada w oddali. I ktoś właśnie
podjechał mercedesem.
Żadne inne miejsce tak nie brzmiało.
W żółtym domu mieszkali Aguilarowie. Na rogu -?państwo Laus, a obok
państwo Lieu.
To jest jej dom w Los Angeles... a dokładnie w Monterey Park.
Jest u siebie.
Rozejrzała się po pokoju. Dzięki Astrid przeprowadzka była już
zakończona. Ubrania, meble, instrumenty -?wszystko czekało gotowe. Auto
także odbyło podróż z Japonii i stało na podjeździe na dole.
Jedyna rzecz, którą przywiozła tu osobiście, leżała na stoliku nocnym.
Długi, wąski futerał na instrument. Stary, sfatygowany, choć pięknie
wykonany. To, co skrywał, wydawało się niemal zniecierpliwione, wołało
do niej poza skalą słuchu.
Jeszcze nie, pomyślała Shizuka. Ale niedługo.
Gdy jeszcze raz zapiał kogut, wstała i przeciągnęła się. Idealnie
wymierzyła z tym snem. Mimo zmiany stref czasowych czuła się jak po
odświeżającej popołudniowej drzemce. Oczywiście wieczorem będzie
wyczerpana, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, do tego czasu
znajdzie tę, której szuka.
* * *
Kiedy zeszła na dół, Astrid już podała śniadanie -?kleik ryżowy, gorącą
herbatę, jajko na miękko.
Oraz obraną mandarynkę.
-?Astrid, nie prosiłam o...
-?Od pani Aguilar -?wyjaśniła Astrid. -?Całą torbę przyniosła. Nie chce
pani jednej? Są naprawdę słodkie.
Shizuka zjadła jajko, grzankę, dopiła herbatę.
-?Wolę nie robić mojemu ciału żadnych niespodzianek, kiedy jest jeszcze
niepewne, w której strefie czasowej przebywa.
Astrid wzruszyła ramionami.
-?Ale pani Aguilar mówiła, że zawsze pani smakowały.
Była wspaniale słodka, jak zawsze -?i soczysta, niewiarygodnie jak na
zimowy owoc. Każda dzielnica powinna mieć swoją panią Aguilar...
-?Pani Satomi?
-?Co? Och, trochę się zamyśliłam.
Astrid zmarszczyła brwi.
-?Pani Satomi, dlaczego pani nie odpocznie? To tylko eliminacje. Finały
są dopiero w przyszłym tygodniu i panna Grohl na pewno się dostanie.
Shizuka poprawiła makijaż szminką, odrobiną pudru i sięgnęła po okulary
przeciwsłoneczne.
-?Zresztą, jeśli ona jest naprawdę tą siódmą, to finały jej na nic,
prawda?
Rozdział II
Sześć razy Shizuka Satomi stworzyła wspaniałość. Sześć razy wzięła
aspirującego muzyka, wyszkoliła go, ukształtowała i stworzyła gwiazdę.
Co jeszcze bardziej niesamowite, podczas gdy większość nauczycieli
kultywowała swoje charakterystyczne brzmienie czy styl, uczniowie Satomi
bywali lodowaci, destrukcyjni, oślepiający, delikatni, frenetyczni,
oszałamiająco zmysłowi...
Jej sukces, jej styl, to, jak bez wysiłku, niemal niezawodnie,
wyczarowywała z powietrza geniusza za geniuszem, był niewiarygodny,
wręcz nadprzyrodzony.
Nic zatem dziwnego, że zaczęto nazywać ją Królową Piekła.
Jednak od ponad dziesięciu lat nie wzięła sobie żadnego nowego ucznia.
Dlaczego?
Niektórzy uważali, że padła ofiarą złamanego serca. Ostatniego ucznia
Satomi, Yifenga Briana Zhenga, widziano z nią tuż przed jego śmiercią,
jak w Annecy śmiali się razem nad gorącą czekoladą i napoleonkami.
Olśniewający młody skrzypek dziękował jej z każdej sceny, na której
grał, a w telewizyjnym wywiadzie powiedział, że dopiero po studiach u Shizuki Satomi zrozumiał, co naprawdę znaczy miłość.
Może byli kimś więcej niż nauczycielką i uczniem?
Inni przypuszczali, że powód był bardziej przyziemny -?może po prostu
się wycofała. Królowa Piekła wyszkoliła Yifenga Zhenga, a przed nim
Kianę Choi, a przed nim Sabrinę Eisen. I tak dalej, i tak dalej.
Nawet gdyby znalazła kogoś nowego, to co jej jeszcze zostało do
osiągnięcia?
Jakikolwiek był tego powód, każdego roku coraz więcej ludzi zakładało,
że Królowa Piekła już nie zamierza nikogo kształcić.
Debile.
Shizuka Satomi od dziesięciu lat szukała. Nasłuchiwała, w Lozannie, w Salzburgu, w Sydney, ostatnio w Tokio. Sprawdzała kandydata za
kandydatem.
Nic, nic, nic.
Nie, żeby się nie starali. Nie, żeby muzycy nie przyjeżdżali do niej,
nie oferowali jej wszystkiego, co mają, wszystkiego, co mogą sobie
wyobrazić.
Jakby to, co mogą sobie wyobrazić, to nie było o wiele za mało. Inni
wokół, w tym sam Tremon Philippe, sugerowali, że jest zbyt wybredna,
może wręcz arbitralna. Musiała przecież przez ostatnie dziesięć lat
spotkać jakichś muzyków, którzy by się nadawali.
Oczywiście, że spotkała.
Sześcioro jej poprzednich uczniów było niemal nieprzerwanym ciągiem
geniuszy. Wszystko w nich było, jak trzeba. Niemniej, z każdym kolejnym
Shizuka coraz bardziej uświadamiała sobie, że coś jest z nimi nie tak.
Nie. Że czegoś im brakuje. Patrząc, jak wzlatują i upadają, sypią
iskrami i wypalają się, dostawała coraz większej obsesji na punkcie
muzyki grającej tuż poniżej punktu słyszalności, niepokojąco znajomej, a jednak ciągle jej się wymykającej.
Aż wreszcie w Tokio ją usłyszała.
Przez zgiełk trzynastu milionów ludzi, automatów sprzedających rzeczy,
budek z ramenem, kafejek internetowych, elektrycznych pociągów i kwitnących wiśni w liczbie dwukrotnie większej niż to wszystko -?muzykę
dobiegającą nie z tego miasta, lecz daleko zza morza.
I do tego akurat z rodzinnego miasta.
* * *
Shizuka ominęła bardzo powolnego lexusa i przyśpieszyła, zjeżdżając na
Huntington Drive.
Dolina San Gabriel przypominała Azjatycko-Amerykańską planszę do
Monopoly. Kambodżańczycy, Chińczycy, Wietnamczycy, Laotańczycy,
wietnamscy Chińczycy, paru Koreańczyków, nawet trochę Japończyków -
wszyscy przeplatali się w dzielnicach klasy ludowej, Rosemead, Monterey
Park i El Monte, klasy średniej -?Temple City, San Gabriel i Alhambra,
aż po najdroższe pola Boardwalk i Park Place, czyli San Marino i Arcadię, gdzie właśnie dojeżdżała Shizuka.
Czuła, że oddech jej przyśpiesza, gdy mijała Santa Anita Plaza,
ociekające złotem centrum handlowe, gdzie można było kupić pierożki z truflowym nadzieniem, latte z Hello Kitty albo warte dwa tysiące dolarów
pudło chińskich gniazd jaskółczych.
Szybko przejechała obok toru wyścigów konnych Santa Anita, mieszczącego
modny nocny targ 626, ściągający wieczorami wszystkich Azjatów na
śmierdzące tofu, herbatę bąbelkową, makaroniki z mąki z taro oraz
projekcje międzynarodowego kina niezależnego.
Aż wreszcie dotarła do celu -?sali koncertowej Xinhua Phoenix Hall.
Xinhua Phoenix Hall była tym mniejszym z dwóch budynków zaprojektowanych
przez sławnego chińskiego architekta Ana Wei. Po drugiej stronie
dziedzińca, wciąż opakowany w budowlane płachty, mieścił się
monumentalny "Pawilon Złotej Przyjaźni" banku inwestycyjnego Xinhua
Phoenix. Miał się otworzyć w przyszłym roku.
Pomiędzy nimi stała ogromna fontanna w kształcie czajniczka, z którego
nieustająco leciała woda. Na boku miała wyrzeźbiony i pozłocony znak
?, oznaczający Wieczność.
A Shizuka chyba od ? tak nie czekała na jakiś
występ. Nie wiedziała, skąd to wie, ale wiedziała. A kiedy Tremon
Philippe wspomniał o pannie Grohl, jeszcze się w tym utwierdziła.
W tej chwili miała wrażenie, że jest tam fizycznie przyciągana -
bezczasową muzyką, którą jej poprzedni uczniowie, mimo swego geniuszu,
mogli tylko obrysować po konturach.
Wzięła głęboki oddech. Nie ma potrzeby się śpieszyć. Królowa Piekła się
nie śpieszy.
Ostatni raz sprawdziła makijaż i założyła ciemne okulary.
Tutaj będzie jej siódma i ostatnia uczennica.
Tutaj będzie jej siódma i ostatnia dusza.
A potem, co jej jeszcze pozostanie do osiągnięcia?
Wszystko.
* * *
Słysząc "konkurs skrzypcowy", człowiek wyobraża sobie nerwowych
uczestników i scenę. Ale w foyer, w kuluarach, odbywa się drugi, całkiem
inny konkurs.
Ktoś mówi o podróży do Berlina. Ktoś inny przywołuje szkołę Juilliard.
Tutaj uczniowie popisujący się, kto jest kim, nie mają nauczycieli.
Raczej "są u kogoś", często wymienianego tylko z nazwiska, na przykład
"ona jest u Korsakowej".
Niezależnie od wieku, od tego, czy konkurs jest międzynarodowy, czy
lokalny, przy plotkach i kawie, najrozmaitszych akcentach, prawdziwych i wyuczonych, każdy chce wiedzieć:
Kto jest od kogo ważniejszy i dlaczego?
* * *
-?Widzę, że księżniczka jak zawsze rządzi.
Landon Fung, ze szkoły Freiberg Music w Temple City, rozmawiał z Ellen
Seidel, doświadczoną nauczycielką skrzypiec, także z Temple City.
Księżniczka, znana także jako Tamiko Giselle Grohl, siedziała w rogu i jadła maleńką porcyjkę sałatki makaronowo-ziemniaczanej. Wśród nerwowych
gadek wokół wydawała się niemal nonszalancka, siedząc tak i przeglądając
swoje nuty.
-?Powiedziała jej pani?
-?Oczywiście. Ale powiedziałam, że będzie oglądać przez sieć.
-?Dobrze. No bo dlaczego Shizuka Satomi miałaby tutaj przyjeżdżać?
Na dźwięk tego nazwiska odwróciło się parę osób.
-?Landon... ciii...
-?Prz... przepraszam. -?Landon Fung kiwnął nerwowo głową.
Oczywiście, że tu nie przyjedzie. To niemożliwe.
Ellen starała się zatuszować swoją ekscytację. Tylko że Shizuka Satomi -
ta Shizuka Satomi -?wysłała list, oznajmiając, że przyjedzie na ten
dokładnie konkurs oglądać Tamiko Grohl -?uczennicę Ellen Seidel.
Ellen Seidel uczyła od lat. Przeżyła uczniów rozpieszczonych, uczniów
niedbałych, uczniów bez talentu, uczniów z rodzicami z koszmaru.
A potem przyszła Tamiko Giselle Grohl.
Tak, trudna z niej była dziewczyna. Miała ataki złości, zachowywała się
dziwnie. Ale ćwiczyła. Obsesyjnie.
Ellen zerknęła na swoją gwiazdę. Tamiko była gotowa na następny krok w karierze. Potrzebowała rosnąć -?nikt nie spędza całego życia pod jednym
nauczycielem. Lecz cokolwiek się stanie, Ellen zawsze będzie jej
pierwszą.
Większość ludzi zakładała, że kolejnym krokiem Tamiko będzie
konserwatorium, na przykład Kilbourne School, czy może Juilliard. Ellen
zgadzała się: to logiczne.
Natomiast Shizuka Satomi nie miała nic wspólnego z logiką.
Ponieważ ostatnim uczniem Shizuki był Yifeng Zheng. A przed nim Kiana
Choi. A przed nią Sabrina Eisen. I tak dalej. To były nazwiska, które
znał każdy w świecie. No, w świecie skrzypków. Wszyscy mieli na koncie
nagrody. Wszyscy byli gwiazdami.
Gdyby Tamiko dołączyła do tego panteonu, życie Ellen, jako jej cenionej
byłej nauczycielki, już nie byłoby takie samo. Towarzyszyłaby Shizuce i Tamiko w Paryżu. We Frankfurcie. Na czternastoetapowym wielkim tournée
po Azji. Tymczasem w domu już będzie na nią czekać kolejka zdolnych
młodych studentów, żądnych jej mądrości i obietnicy wielkości.
-?Jestem u Seidel -?będą mówić.
I wszystko to jest możliwe, jeśli Shizuka Satomi, choćby nawet przez
sieć, obejrzy Tami...
Nagle, bez ostrzeżenia, ktoś się zatchnął.
Długie czarne włosy. Krwistoczerwona suknia. Bezczasowy uśmiech, jak z obrazu szalonego artysty. I oczywiście skrywające oczy ciemne okulary.
Shizuka Satomi. Królowa Piekła.
Gdy się zbliżała, w sali zapadła cisza.
I nic dziwnego. Ellen słyszała opowieści, ale na to nic jej nie
przygotowało. To było coś więcej niż tylko moc, ambicja, uroda, geniusz
nawet. W obecności legendarnej nauczycielki te słowa zatracały znaczenie
-?pochłaniał je nieubłagany, nieodparty płomień.
Najbardziej jednak zdumiewała, wręcz przerażała, jej koncentracja. U niej nic nie wydawało się przypadkowe czy bezcelowe.
Wszystko było odmierzone. Wszystko było wyliczone.
Wszystko było idealnie i wspaniale skomponowane.
I Ellen nagle zdała sobie sprawę, że gdy wszyscy na nią patrzą, Królowa
Piekła patrzy na nich. Stuprocentowo uprzejma, stuprocentowo
nieprzystępna, mierzy, kwestionuje i zbywa ich wszystkich...
Nagle się zatrzymała.
Tamiko stała, dygocąc, po raz pierwszy spuszczając wzrok.
"Tamiko" -?błagała bezgłośnie Ellen. -?"Nie patrz w podłogę. Popatrz na
nią".
Wtem Shizuka Satomi, ta Shizuka Satomi, skinęła głową, zdjęła ciemne
okulary i spojrzała w oczy Tamiko Giselle Grohl.
Czyli to jest ta Grohl. Ładna. Oczywiście, że tak.
Tremon mówił, że jest nadzwyczaj zdolna. Oczywiście, że tak.
Shizuka weszła na główną salę i znalazła sobie miejsce z tyłu. Nawet
tutaj czuła, że ludzie na nią patrzą i obgadują, nic dziwnego.
Nieważne. Wygląd, reputacja, nawet wykształcenie, nawet żądza sławy...
wszystko to było teraz nieważne.
Organizatorzy wygłosili standardowe zapowiedzi. Jakiś rodzic zapomniał
przynieść tabletek na kaszel. Światła przygasły.
Dobrze... to zobaczmy, jak ona gra.
* * *
W każdym konkursie po eliminacjach foyer wypełnia się gadaniną rodziców,
nauczycieli, muzyków. Jest triumf, załamanie, są kłótnie, przewidywania,
kto przejdzie do finału. Czasem to spektakl sam w sobie.
Dziś jednak rozmowy zdominował zupełnie inny temat.
Przyszła Shizuka Satomi.
-?Myślałam, że mieszka w Lozannie?
-?Ja słyszałem, że ostatnio w Tokio.
-?A ile ona ma w ogóle lat?
-?Masz tu mój telefon, zrób zdjęcie, jak...
-?Razem sobie z nią zrobimy!
I wtedy się pojawiła.
Tak jak wcześniej, w sali zapadła cisza. Tym razem jednak nie był to
szok. Wszyscy wiedzieli, że tu jest, spodziewali się jej. Większość
słusznie zakładała, że szuka sobie następnego ucznia, następnej gwiazdy.
Jednakże, gdy Shizuka ich kolejno wysłuchiwała, najlepsi skrzypkowie
doliny San Gabriel stwierdzali, że między nutami łamią im się serca, a muzyka rozpruwa się i psuje. Ci, co myśleli, że się do Królowej Piekła
odezwą, nagle czuli się mali i niewidoczni, jakby nie mieli do
powiedzenia nic istotnego.
Dwie osoby jednak do niej podeszły.
-?Pani Satomi! Dziękuję, że przyszła pani na konkurs. Ja... jestem Ellen
Seidel. A to jest Tamiko Giselle Grohl.
Shizuka zerknęła na jedną i drugą. Czy to był uśmiech?
-?P-pani wysłała mi ten list, pamięta pani? -?zapytała Ellen głosem
napiętym z dumy, pragnienia, przerażenia.
-?Oczywiście -?odparła w końcu Shizuka. -?To dla pani uczennicy tutaj
jestem.
Tamiko Giselle Grohl nie mogła się dłużej powstrzymać. Miała Królową
Piekła przed nosem, na wyciągnięcie ręki.
-?Kiana Choi studiowała u pani, prawda? -?wypaliła.
-?Prawda.
-?Kiana to mój wzór... Chcę być dokładnie taka jak ona!
Shizuka Satomi po raz ostatni spojrzała na Tamiko Grohl. Była pewna
siebie i ujmująca, a technikę miała prawie nieskazitelną.
Jakże to pasuje.
Królowa Piekła sięgnęła po okulary, a potem z niezwykłym wdziękiem
przechyliła głowę.
-?Nie. Nie chcesz.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Shizuka Satomi odpłynęła do wyjścia
i zniknęła.
* * *
Kiedy otworzyły się drzwi, Astrid obierała mandarynki.
-?Cieszę się, że pani już wróciła! Mam nadzieję, że poszło... -?Głos jej
się załamał. Jedno spojrzenie na panią Satomi powiedziało Astrid
wszystko, co potrzebowała wiedzieć.
-?Ja... od razu się zajmę kolacją.
Pani Satomi zdjęła okulary i potarła oczy.
-?Astrid, dzisiaj może tylko trochę zupy miso.
-?Oczywiście, proszę pani. -?Starała się nie okazać zaniepokojenia. -
Może się pani zdrzemnie?
-?Nie... Będę na dziedzińcu.
-?Tak, proszę pani.
Astrid poszła do kuchni i nastawiła wodę. Dodała do niej bulion z tuńczyka, pokrojoną rzodkiew, wodorosty, ulubione jasne miso pani
Satomi, roztrzepane jajko i wreszcie pokrojony rybny kotlet.
Zupa miso. Pani Satomi prosiła o nią tylko, kiedy była chora lub
wyczerpana. I nic dziwnego! Wróciła z Tokio do rodzinnego miasta, które
kiedyś opuściła na zawsze, tylko dla obietnicy siódmej duszy.
Postawiła wszystko na tę kartę, na tę małą Grohl. Taka była pełna
nadziei, taka przekonana. Nie, nie, nie...
Shizuka wyszła do ogrodu. Odruchowo okrążyła drzewo hurmy i ominęła
stary, nierówny kawałek bruku tuż przy stawie.
-?Tremon.
W stawku te same karpie szybowały wśród wodnych lilii. Za nimi to samo
wzgórze opadało, rozciągał się ten sam bezkresny widok na domy,
samochody i miejsca, po których się nimi jeździ.
-?Tremon?
Czyli ta mała Grohl chce być jak Kiana Choi. Naprawdę? Skaże się na
potępienie dla czegoś takiego? Po co być kimś innym? Gdzie wizja? Gdzie
geniusz? Jako agentka potępienia Shizuka rozumiała, że będzie się przez
lata borykać z monotonią ludzkich słabości. Ale zawsze musiało być coś
więcej.
-?Tremon! Gdzie jesteś?!
-?Shizuko, nie trzeba krzyczeć. Jestem tutaj.
Sapanie. Eleganckie lakierki. Człapanie, które znała aż za dobrze.
Niektórym ludziom Tremon Philippe mógł wydawać się majestatyczny i dystyngowany. Shizuka jednak zawsze miała swego piekielnego pośrednika
za wyjątkowo dobrze ubraną ropuchę.
-?Co to miało być? To ja leciałam za ocean, żeby usłyszeć coś takiego?
Mówiłeś mi, że jest wyjątkowa!
Shizuka powstrzymała się. To nie do końca jego wina. Ona też się
pomyliła. Poza tym z Tremonem trzeba było uważać. Na nią mówiono Królowa
Piekła, ale on był demonem, prawdziwym demonem.
-?Przepraszam, Tremon. Wychodzi ze mnie frustracja. To był długi i rozczarowujący dzień.
-?Oczywiście, Shizuko. Nic się nie stało. Ale nie rozumiem. Nie
powinniśmy właściwie świętować? W końcu ta młoda Grohl jest piękna,
zdolna i wygłodniała.
-?Mówiłam. Na ten czas to za mało.
-?Czas? Czasu to ty właśnie masz mało.
-?Myślisz, że nie wiem? -?Shizuka podeszła do stawku. Wpatrzyła się w bezgłośnie pływające w ciemności karpie.
-?Czemu ty sama to sobie utrudniasz? To prosta matematyka. Sześć plus
jeden równa się wolność.
-?I ten jeden jest tu gdzieś blisko. Cały czas go czuję.
-?Gdzie? Tu, w dole? -?Tremon machnął ręką w stronę świateł Monterey
Park. -?I co robi? Podjada pierożki? Kaczkę smaży? Naprawdę, moja droga,
ty myślisz?
-?A jeśli ci powiem, że piekło dostanie kogoś szczególnego i będzie mnie
długo pamiętać?
-?Spodziewasz się, że uwierzę, że ryzykujesz swoje istnienie z dobroci
dla piekła?
-?Oczywiście, że nie. Ale na siódmą duszę będzie warto poczekać. Nam
obojgu.
-?Dobrze, Shizuko -?powiedział w końcu Tremon. -?Na razie ci ulegnę,
tylko dlatego, że poprzednie twoje dusze były tak dobrze przyjęte. Ale
pamiętaj: dostałaś siedem razy po siedem lat na dostarczenie siedmiu
dusz. Z tych lat czterdzieści osiem właśnie minęło. Jeśli nie wyzwolisz
się przez kolejny rok, piekło nie będzie musiało cię pamiętać, bo ty tam
będziesz, przez każdy szczególny dzień, każdą szczególną chwilę, całą
wieczność.
Z tymi słowy Tremon Philippe zniknął.
* * *
Katrina sprawdziła telefon. Świetnie, jest zasięg. Szybko wysłała
Evanowi kolejną wiadomość. Szczegółów nie miała jeszcze rozpracowanych,
ale zatrzyma się na trochę u Evana, znajdzie jakąś pracę i zacznie robić
kolejne muzyczne wideo.
A potem? Coś się wymyśli.
Skrzywiła się, gdy autobus zmienił pas. Ścisnęła skrzypce i w końcu
odpłynęła z powrotem w sen.
* * *
Następne przebudzenie nastąpiło, kiedy autobus już terkotał po Rosemean
Boulevard i wjeżdżał na parking pod Shun Fatem, gigantycznym chińskim
hurtowym dyskontem i centrum zaopatrzenia restauracji. Ludzie już
czekali na zewnątrz na swoich krewnych.
Katrina usiłowała się dobudzić, wysiadając i czekając na chodniku na
bagaż. Dwie stare kobiety przypatrywały się jej i szeptały. Jedna
pokazała na jej twarz.
Dotknęła twarzy, potem spojrzała na rękaw. Cholera. Podkład się starł,
kiedy spała. Co znaczyło, że zobaczyły siniaki. Podbite oko...
One były obce, ich spojrzenia nie mogły nic jej zrobić. Ich wzrok, ich
opinia były niczym wobec tego, przez co przeszła. Powiedziała sobie, że
to nie powinno boleć. Że to jest nic.
A nic przecież nie boli.
Rozdział III
Lan Tran uwielbiała swojego donuta. Swojego olbrzymiego donuta z betonu
i gipsu.
W czasach Eisenhowera w Los Angeles było ich pełno, teraz zostało tylko
kilka. Były Kindle's Do-nuts, Dale's Donuts i oczywiście Randy's Donuts.
Na Gardenie był Donut King II. Na La Puente -?samochodowa Donut Hole.
A tutaj, nad El Monte, górował Starrgate Donut.
Donut Lan oznaczał przyszłość. Oznaczał rodzinę.
Wśród nocnej ciszy buczał prawie jak gwiezdny statek. Bliźnięta, Windee
i Edwin, stacjonowali od przodu, nawigując po kartonach z donutami.
Zapełniali je galaktykami słodkich, kolorowych donutów z kremem
cytrynowym, z jabłkami, z podwójną czekoladą, bostońskimi kremówkami,
grajcarkami. Z tyłu Shirley i ciocia Floresta zajmowały się produkcją, a Markus, na dole, zajęty był planowaniem kolejnej ekspansji.
-?Dzień dobry, pani kapitan! -?Bliźniaki zasalutowały.
Lan odpowiedziała salutem.
-?Kontynuować -?rozkazała z uśmiechem zadowolenia.
Z zaplecza wychynęła Shirley z tacą eklerów czekoladowych.
-?Mamo, replikatory działają w granicach tolerancji.
-?Dziękuję, Shirley. Ale przy kolejnej partii użyj o trzydzieści procent
mniej ciepła resztkowego. Nie będziemy już mieli wielu klientów, więc
nie muszą być gorące, a oszczędzimy energię.
-?Dobrze, mamo.
Lan Tran patrzyła na widok za oknem. Gwiazdy zapraszały -?jak zawsze.
Nie trzeba znać się na rakietach, żeby robić donuty. Co nie znaczy, że
to się nie przydaje.
Na ścianie wciąż wisiało zdjęcie państwa Thamavuongów. Kupili Starrgate
w roku 1979. Nazywał się wówczas El Monte Donuts. Sprzedawali klasyczne
donuty w stylu amerykańskim, smażone czule i radośnie. A w latach 80.
nastała moda na gry wideo, więc zainstalowali u siebie parę takich
automatów.
El Monte Donuts zaczęło słynąć nie tylko z minipączków z jabłkiem, ale i z Pac-Mana, Asteroids oraz Defendera. Chociaż zdecydowanie
największą popularnością cieszyła się gra Stargate. Zawzięci gracze
całymi godzinami, moneta za monetą, ratowali ludzi przed inwazją obcych,
która nigdy, przenigdy nie ustawała. W końcu Thamavuongowie postanowili
już nie wynajmować, ale kupić, najpierw jeden, potem dwa, wreszcie trzy
automaty ze Stargate'em. A ponieważ utrzymywali je w dobrym stanie,
wszyscy zaczęli ich cukiernię nazywać nieoficjalnie Stargate Donuts.
Wreszcie pan Thamavuong oficjalnie zmienił nazwę na Starrgate Donut
(przez dwa "r", żeby uniknąć problemów prawnych). Szał na gry wideo
minął, ale nazwa się z nimi zrosła i została, kiedy Thamavuongowie
zaczęli wybierać się na emeryturę.
Uświadomili sobie wtedy, że włożyli w swoją cukiernię tyle miłości, że
zapomnieli mieć dzieci, które by ją po nich przejęły. Developerzy
zaczęli się rozpytywać. Niektórzy nawet proponowali godziwą cenę. Lecz
pan Thamavuong tylko patrzył na swego wielkiego donuta i płakał. On był
całym ich życiem.
Nagle pewnego wieczoru dostali maila od kobiety nazywającej się Lan
Tran. Napisała, że chce kupić Starrgate Donut właśnie ze względu na
jego kształt.
Sprzedaż odbyła się prawie natychmiast. Bez negocjacji -?podali cenę, ta
kobieta na nią przystała. Jeszcze lepiej -?obiecała, że Starrgate Donut
dalej będzie sprzedawać donuty i świecić w nocy jak latarnia morska.
Przez trzy tygodnie Thamavuongowie uczyli Lan i jej rodzinę
funkcjonowania cukierni i podstawowej obsługi wszystkich sprzętów. Potem
oddali jej swą drogocenną książkę z przepisami, klucze i wyjechali, z bagażem pełnym miłych wspomnień i twardej amerykańskiej waluty, do
Laosu, do swego ukochanego Wientianu.
Kiedy wyjechali, Lan schowała książkę z przepisami. Zamiast smażyć,
kazała swojej załodze cyfrowo zeskanować i zapisać dwadzieścia donutów z każdego rodzaju, który przyrządzali Thamavuongowie. Te wzorcowe donuty
będą odtąd szybko i niemal idealnie powielane przez okrętowe
replikatory. Wynik? Kruche będą zawsze piękne i kolorowe. Drożdżowe -
nieodmiennie złote i miękkie. Żadnych niespodzianek, żadnych zmartwień.
Załoga może z czasem nauczy się robić je tak, jak Thamavuongowie, ale na
razie Lan zależało tylko na ich bezpieczeństwie oraz misji.
Donuty bowiem nie były jedyną przyczyną, dla której Lan Tran i jej
załoga znalazły się na tej planecie.
Minęła kuchnię i otworzyła drzwi, które kiedyś prowadziły do schowka na
środki czystości. Ale w środku, zamiast mopów i wiader, znajdowała się
nowiutka, lśniąca winda prowadząca do świeżo dobudowanej podziemnej
kondygnacji, która mieściła teraz centrum sterowania, laboratorium
badawcze, izbę chorych i pomieszczenia mieszkalne, a także hangar dla
ich gwiezdnego statku.
Tutaj, w Starrgate Donut, Lan i jej rodzina mogli bezpiecznie przeczekać
upadek Imperium Galaktycznego, kontynuować pracę i żyć nienękani przez
nikogo, o ile -?jak podkreślał pan Thamavuong -?policjanci będą u nich
dostawać donuty za darmo.
-?Pani kapitan. -?Markus Tran zasalutował, kiedy weszła do laboratorium.
-?Panie poruczniku, jak się udają modyfikacje?
-?Donut jest mniejszy od idealnego, ale to nie jest coś, czemu nie
dałoby się zaradzić. Proszę zauważyć moje modyfikacje. Za pani zgodą
natychmiast wdrożę je do produkcji.
Lan spojrzała na plany i kiwnęła głową. Na niezłego inżyniera wyrósł jej
syn. Prawda?
-?A energia?
-?Zgodnie z przewidywaniami przygotowanie tego podziemnego ośrodka
zużyło ponad sześćdziesiąt dwa procent naszych zasobów. Zanim wrócą do
normalnego poziomu, miną co najmniej trzy miesiące, ale nie powinno to
wpływać na naszą codzienną produkcję. Jest jednak poważniejszy problem.
-?Gwiezdna brama?
-?Tak, pani kapitan. Nawet przy stu procentach główny reaktor naszego
statku będzie bardzo niewystarczający. Musimy znaleźć zewnętrzne źródło
energii, ale produkcja całej tej cywilizacji jest za mała o parę rzędów
wielkości.
Żadna niespodzianka. W końcu ta planeta nie opanowała nawet fuzji, a co
dopiero punktowych osobliwości czy antymaterii.
-?Pracowałam już nad rozwiązaniem -?odparła Lan. -?Na razie kontynuuj
fabrykację i próby na małej mocy. Możesz też wykorzystać dziesięć
procent mocy statku, kiedy replikator nie jest w użyciu. Masz te
dziesięć procent.
-?Tak jest. Mam.
-?To wszystko.
* * *
-?Widziałaś? Powiedział "mamo".
-?No nie, powiedział "mam".
-?"Mamo" powiedział!
Bliźnięta pobiegły ku niej, a za nimi zasunęły się drzwi windy.
-?Edwin! Windee! Co mówiłam o bieganiu po korytarzach? Wasz brat
reguluje pole warpowe. Czemu nie jesteście na stanowiskach?
-?Przepraszamy! -?odparli unisono.
-?No dobra, jedno z drugim, to o co chodzi?
-?Chcieliśmy zapytać... -?zaczął Edwin.
-?Teraz, jak już nie jesteśmy w statku, to mamy do ciebie mówić "mamo"
czy "pani kapitan"? Ja chcę mówić "pani kapitan" -?powiedziała Windee,
salutując.
Lan odpowiedziała salutem, usiłując się nie uśmiechnąć.
-?Bardzo dobrze, pani podporucznik.
-?Ale czasem możemy mówić "mamo"? -?Edwin objął ją w talii i mocno
ścisnął.
-?Oj, Edwin... Można przecież mówić do kogoś na parę sposobów. Liczy się,
że jesteśmy razem, w bezpiecznym miejscu. A to znaczy, że nie ma
biegania po korytarzach. Nie chcemy, żeby ktoś zrobił sobie krzywdę,
tak?
-?Dobrze, mamo.
-?Tak jest, pani kapitan!
-?Świetnie. To wracajcie za ladę, jedno z drugim. Nie macie nic do
roboty?
Lan patrzyła, jak pędzą na swoje stanowiska. Pokiwała z uśmiechem głową.
Rodzina. Dla rodziny poleciałaby na drugi koniec wszechświata.
Właściwie to już to zrobiła.
* * *
Na ile Astrid zdołała ustalić, dom sąsiadujący z domem pani Satomi
należał kiedyś do rodziny japońskiej, potem meksykańskiej, teraz
chińskiej.
Mimo to cała ta dzielnica kojarzyła jej się przede wszystkim z dzieciństwem w Szwajcarii, z babcią pochyloną nad marchewkami, groszkiem
i szparagami. Obojętne bowiem, co stało na podjeździe, czy volkswagen,
toyota, chevrolet czy mercedes, każda rodzina tutaj miała i babcię, i warzywa w ogródku.
Astrid przyjechała miesiąc przed panią Satomi, żeby przygotować dom. Na
szczęście pani Satomi nie zwolniła ogrodnika, więc hurma w ogrodzie była
zdrowa, a staw z rybkami czysty.
Jednak ogród pani Satomi był potwornie niewykorzystany. Astrid, choć
żadna z niej babcia, obsadzi go warzywami. Będzie rzepa. Marchewka. Może
i cukinia. Bakłażany. Jeśli teraz zacznie, wyrosną na przyszły rok.
Choć w sumie, czy za rok ona i pani Satomi nadal tutaj będą?
Jej zamyślenie przerwało pukanie do drzwi. Na ganku leżała torebka
zielonej fasolki szparagowej i dwie balsamki ogórkowate. Astrid
pomachała starszej pani z sąsiedztwa, która skłoniła się i odmachała.
Przyjrzała się darom. Z fasolką wiedziała, co zrobić, ale balsamka?
Babcia Strafeldas we Fryburgu nigdy nie uprawiała balsamki ogórkowatej.
* * *
Los Angeles przez cały rok ma błękitne niebo, góry, plażę, dwadzieścia
siedem stopni i palmy. Ale prawdziwym rajem staje się w te rzadkie dni,
kiedy ruch jest mały, żadnych wypadków, żadnych spowolnień, po prostu
kilometr za kilometrem czystej, gładkiej drogi, na której wybierasz
sobie pas, który chcesz.
Jednak Shizuka nie jechała autem w jeden z takich dni.
Tuż przed skrzyżowaniem z 605 z ciężarówki spadł materac. Rzeka
samochodów szarpała jej wnętrznościami, stając i ruszając,
przyśpieszając i zwalniając.
Co najgorsze, Królowej Piekła chciało się sikać.
Pobocza sieci autostrad w L.A. nie bez powodu zaśmiecają butelki z moczem. Cała niecka miasta jest pełna stref bez toalet, gdzie nigdy nie
było publicznych szaletów.
Ale nie każdy może się wysikać do plastikowej butelki.
Dobrze, że chociaż przy najbliższym zjeździe jest McDonald. Na razie
Shizuka spróbowała się skupić na kwestiach, w których ciśnienie było
większe.
Ciśnienie. No, Satomi, dobór słów pierwsza klasa.
W każdym razie siódmy. Siódmy uczeń.
Po Arcadii Shizuka dostała od Ellen Seidel drugi list, z błaganiami,
żeby jeszcze razy wysłuchała Tamiko Giselle Grohl na finałach. Tremon
Philippe także ją kolejny raz odwiedził, bez sensu przypominając jej, że
artystkę o talencie Tamiko da się przygotować do konkursów na światowym
poziomie w dwa miesiące, jeśli nie szybciej.
Nawet Astrid wyraziła obawy. Wspomniała, jak długo pani Satomi już
szuka, jaka wyczerpana jest, kiedy prosi o zupę miso, i czy panna Grohl,
nawet jeśli nie jest idealna, aby nie wystarczy?
Po wypełnieniu umowy pani Satomi będzie przecież miała tyle czasu, ile
tylko zechce?
Shizuka ziewnęła. Prawie już nie czuła zmiany stref czasowych. Ale coś
tam jeszcze zostało.
Tylko czy nawet w pełni wypoczęta byłaby w stanie przemówić do rozsądku
demonowi Tremonowi?
Panna Grohl była chętna i gotowa. Mówiła, że chce być jak Kiana Choi. I grała też jak ona. Każda zagrana przez nią nuta była hołdem, przysięgą,
obietnicą, że odda wszystko za szansę na uznanie, na sławę.
I jeszcze ta Astrid. Wiedziała, jak się o nią zamartwia. Sześć razy
Shizuka wyłowiła sobie wspaniałe talenty, każdy z jakąś skazą, i zabrała
im dusze, za klątwę i parę kłamstw. Co jej szkodzi zrobić to jeszcze
raz?
Co ma Shizuka zrobić, żeby zrozumieli?
Nie da się. Po prostu się nie da.
Sama nie była pewna, czy rozumie, kim jest ta siódma, czym ta siódma
jest. I tak nie mogła dopuścić, aby ją ominęła.
Siódmy. Siódma. Gdzie się ukrywa? Wyczuwała go, prawie słyszała.
Nagle Shizuka wpadła w panikę.
Zamyśliła się tak bardzo, że McDonalda i jego toaletę zostawiła o parę
zjazdów za sobą. Gwałtownie wyprzedziła pikapa i lexusa, popędziła
poboczem do kolejnego zjazdu i zjechała, dając jaguarowi w palnik.
Desperacko, gorączkowo wypatrywała jakiegoś przybytku z toaletą. Przed
nią jednak ciągnęły się jedna za drugą ulice pełne domów.
Szlag z tymi przedmieściami!
Wtem, pogrążając się w wezbranej rozpaczy, zobaczyła to. Zza drzew
wyzierał Wielki Donut.
No jasne!
Pamiętała go z dzieciństwa. Nigdy tak naprawdę nie była w środku -?w kwestii śmieciowego jedzenia rodzice byli bardzo rygorystyczni.
Teraz była jednak dorosła i nikt jej nie mógł powstrzymać. Popędziła
prosto do Starrgate Donut, zahamowała z piskiem i pobiegła do środka.
Tam ruszyła wprost do drzwi toalety.
Tylko że tych drzwi nie było.
Wtedy przypomniała sobie coś strasznego.
To nie Japonia. To jest El Monte.
Shizuka widziała, że cukiernie w L.A. potrafią nie wpuszczać dzieci.
Albo na przykład białych mężczyzn w garniturach. I nikt w nich nigdy nie
korzystał z toalety, chyba że pracownicy albo policja...
Poza tym wszyscy się na nią gapili.
Shizuka, przy muzykach czy nie, wciąż nosiła się jak Królowa Piekła.
Niektórzy klienci odwrócili wzrok, inni zrobili przerażone miny. Starsza
kobieta się przeżegnała.
Nie, nie, nie!
Co teraz? Może znajdzie jakąś stację benzynową. Może supermarket. A może
drzewko.
W końcu zapisała swą duszę piekłu -?przecież musiała przejść w życiu
przez gorsze rzeczy.
A przeszła?
Gdy już porzuciła wszelką nadzieję, za ladą pojawiła się sprzedawczyni.
-?Tak?
Shizuka zdjęła ciemne okulary i skłoniła głowę.
-?Proszę pani, ja wiem, że wasza toaleta nie jest dla gości, ale czy
mogłabym skorzystać? Bardzo proszę -?powiedziała najgrzeczniej, jak
umiała.
-?Proszę pójść na tył.
Shizuka z niedowierzaniem uniosła wzrok i spojrzała w oczy chyba
najładniejszej Babki z Cukierni w Los Angeles na świecie.
-?Shirley, zaprowadź panią.
-?Ale, mamo...
-?Pokaż, gdzie jest łazienka -?stwierdziła łagodnie, choć stanowczo
Babka z Cukierni. -?Proszę iść za nią.
Babka z Cukierni się Shizuce spodobała. Naprawdę bardzo się spodobała.
Dziewczyna imieniem Shirley poprowadziła ją korytarzem, który ciągnął
się nieco dalej, niż się spodziewała.
A odgłosy wokół niego nie pasowały do kuchni. Zamiast automatycznych
frytownic, gastronomicznych mikserów i sporadycznych cyknięć termostatów
piekarników, powietrze ożyło delikatnymi szmerami, buczeniem, czysto
sinusoidalnymi tonami, regularnymi ćwierknięciami. I te dźwięki
dochodziły zewsząd -?także z dołu i z góry.
Shizuka nie zamierzała o tym wspominać -?była ostatnią osobą, która
wtyka nos w czyjeś sprawy.
-?Dziękuję. Wiem, że normalnie nie pozwalacie...
Nagle zamarła, bo jej jaźń przeszyła delikatna, choć jednocześnie
przepotężna, muzyka. Nie, niezupełnie muzyka i nie tylko powietrze. Coś
głębokiego, rezonującego, harmonijnego, jakby harfa eolska, na którą
naciągnięto struny samej czasoprzestrzeni.
-?Piękne...
-?Słucham?
-?Co to za dźwięk?
-?Eee... to pewnie mój brat -?odparła zbyt szybko dziewczyna. -?Gra w coś
na komputerze.
Kłamała, oczywiście. To nie była żadna gra komputerowa.
Ale też nie czas, by się dopytywać. Nie z pełnym pęcherzem.
Została doprowadzona pod drzwi z odręcznie napisaną kartką TYLKO DLA
PERSONELU. Za nimi była najczystsza łazienka, na jaką może liczyć
kobieta.
Wreszcie Shizuka mogła się wysikać. Zanuciła Odę do radości
Beethovena. Podziękowała przodkom; podziękowała bogom. Mogłaby tu i teraz oddać swą duszę Jezusowi, jakby nie była już zaklepana.
Kiedy skończyła, usłyszała kroki i stłumioną rozmowę. Przepiękny dźwięk
ścichł, a potem całkiem zniknął.
Byłoby świetnie dowiedzieć się, co to takiego, ale już wystarczająco się
im narzucała. Odświeżyła się, oddała klucz i ustawiła się w kolejce. Nie
wypadało tak po prostu wyjść.
A poza tym... świeże donuty?
Wylądowała za grupką chłopaków. Jeden zamówił największego donuta,
jakiego w życiu widziała.
-?Co to jest?
-?To... Donut Alaska -?nerwowo odrzekł chłopaczek.
-?Donut Alaska?
-?W Kindlu jest donut Texas, ale... -?Wyjaśniając, usiłował się na nią nie
gapić.
-?Ale ten jest większy -?dokończyła za niego Shizuka.
-?Jak powiedziała tamta laska. -?Któryś z pozostałych zachichotał.
-?Pozazdrościć jej -?pozwoliła sobie rzucić Shizuka.
Chłopcy odwrócili wzrok onieśmieleni, za młodzi na ciętą ripostę.
I nagle Shizuka po raz drugi znalazła się przed Babką z Cukierni.
-?W czym mogę pomóc?
-?Poproszę donuta Alaska i małą kawę.
Oczy Babki z Cukierni. Były ciemne, niemal za ciemne na ten świat. A mimo to jakimś cudem skojarzyły się Shizuce ze starym panem
Grossmüllerem, który przeżył Bergen-Belsen i poświęcił resztę życia
graniu Händla.
Babka z Cukierni postawiła na tacy kawę z donutem Shizuki.
-?Proszę bardzo.
-?A ja bardzo, bardzo dziękuję -?odparła Shizuka, stając na baczność. W końcu ta kobieta uratowała jej życie.
Babka z Cukierni uśmiechnęła się.
I Shizuka poczuła, że wpada w otchłań gwiazd.
Jakimś sposobem udało jej się donieść tacę do wolnego stolika. Musiała
oczyścić myśli. Nie ma czasu na zauroczenie. Jest już luty. Ma ucznia do
znalezienia, demona do nakarmienia, duszę do uratowania.
Po czym wgryzła się w miękkiego, lepkiego donuta Alaska.
* * *
Była w drugiej klasie i pani Jennison przyniosła na lekcję donuty.
Mówiła coś o Amerykaninie na orbicie okołoziemskiej i że nazywa się
"astronauta".
Shizuka wzięła takiego z lukrem, Julie Kiyama -?z czerwono-biało-niebieską posypką. Owocowy poncz był czerwony, zimny i słodki.
Donuty były pyszne, pulchne, lepsze nawet niż napój brzoskwiniowy w stołówce...
* * *
Zaraz... czemu ta kawa jest zimna?
Ile czasu gapiła się przez okno? Pani Jennison? Druga klasa? Skąd się
wzięło to wspomnienie?
Co się dzieje z jej głową? To chyba wciąż ten przeskok stref czasowych.
Zerknęła na Babkę z Cukierni. Tamta spojrzała na nią. Shizuka poczuła,
że się rumieni, i natychmiast odwróciła wzrok.
Satomi, skup się wreszcie.
Nie pora się rozmarzać ani robić maślanych oczu do babek z cukierni.
Gdzieś tu jest jej kolejny uczeń. Spakowała niedojedzoną połowę donuta
Alaska, założyła okulary i wyszła, nie oglądając się.
Odjeżdżając, nie była w stanie zapomnieć gwiezdnych, odległych oczu
Babki z Cukierni.
* * *
Chodziło o jej wygląd? To też, ale nie tylko. Jej głos. Lan od czasu
przybycia na Ziemię słyszała wiele głosów, ale ta dama w ciemnych
okularach tworzyła z tej całkiem zwyczajnej tlenowo-azotowej atmosfery
coś przepięknego.
-?Mamo?
A może chodziło o to, jak się nosiła? Postawę miała bez wysiłku
elegancką, jakby zaprzeczała istnieniu pola grawitacyjnego tej planety.
-?Mamo?
Lan otrząsnęła się z marzeń. Długo ta Shirley tu stoi?
-?Ta kobieta. Jestem pewna, że ona musiała usłyszeć zakrzywiarkę
przestrzeni. -?Ostatnie słowa Shirley wypowiedziała szeptem.
-?Co takiego? -?Lan spojrzała na nią ostro i gestem nakazała wrócić do
kuchni. -?Jak to słyszała zakrzywiarkę?
-?Markus akurat puszczał test ciągłości na małej mocy, kiedy zapytała,
co to za dźwięk.
Niedobrze, pomyślała Lan. Bardzo niedobrze. Jeśli Pani Ciemne Szkła zna
się na teorii czasoprzestrzeni, to mogła się domyślić, co oni tu robią.
Rozpoznać ich harmoniczną sygnaturę, albo nawet charakterystyczny profil
zakrzywienia, i ustalić, skąd pochodzą.
-?Wyglądało na to, że rozpoznała sygnaturę?
Shirley pokręciła głową.
-?Bardziej wyglądała na zaskoczoną.
Lan spróbowała uspokoić oddech. Czasem trudno było opanować te ciała. No
tak, oczywiście. Nie ma mowy, żeby Pani Ciemne Szkła była ekspertką od
zakrzywień czasoprzestrzeni. Są przecież na technologicznie prymitywnej
planecie, w El Monte.
-?To dobrze. Ale trzeba uważać.
Mimo wszystko, co taka istota robiła w takim miejscu?
-?No, ale... mamo, to czemu jej pozwoliłaś iść do naszej toalety?
Czemu jej pozwoliła? Pan Thamavuong ostrzegał, że z toaletą trzeba
uważać? Dlaczego się zgodziła?
-?Nie wiem. Po prostu... chciałam pomóc, a ona była w potrzebie i... zaraz,
czekaj, myślisz, że to była kontrola umysłu? Byśmy to wyczuły, nie?
-?Nie wykryłam żadnej aktywności psi -?odparła Shirley. -?Zresztą, mamo...
to takie typowe dla ciebie, pomagać komuś w potrzebie.
Tak. To oczywiste, że pomogła komuś w potrzebie, zwłaszcza komuś takiemu
jak Pani Ciemne Szkła. Lan przypomniała sobie, jak powiedziała:
"Poproszę donuta Alaska i małą kawę".
Jak matematyka. Tak klarownie. Tak pięknie.
-?Mamo?
Co? Znowu odpłynęła?
-?Dopilnuję, żeby wyłączyć układy warpowe, kiedy ona tu znowu przyjdzie
-?powiedziała w końcu Shirley.
Znowu? Przyjdzie? Lan poczuła, że serce jej bije żywiej, a na twarzy
pojawia się uśmiech.
Co ona wyprawia? Nie ma czasu na jakąś Panią Ciemne Szkła! Musi dowodzić
swoją załogą. Chronić swoją rodzinę.
-?Dziękuję, Shirley. To wszystko.
Kapitan Lan obejrzała się jeszcze na front sali i weszła do sterowni.
Przestrzeń wokół niej wypełniło przepiękne, cichutkie buczenie pola
warpowego.
To było drugie miejsce na liście najpiękniejszych dźwięków, jakie dziś
słyszała.
Rozdział IV
Tak!
Nareszcie. Tęczowa flaga na drzwiach, pryzma kompostu na podwórzu.
Katrina dotarła.
Poznała Evana na konferencji dla queerowej młodzieży. Była nieśmiałym,
niedoświadczonym podrostkiem o wyglądzie kujona, z zarostem na twarzy i pryszczami. On był studentem filmówki, który wydawał jej się zbyt
queerowy i zbyt zajadły, żeby ją w ogóle zauważyć.
A jednak to on zaczął ją pocieszać, kiedy przeżyła załamanie na
dyskusyjnej podgrupie o tożsamości płciowej. Zapewnił ją, że nie jest
jedyną osobą, która nie wyoutowała się przed rodzicami, i pochodzącą z kultury, w której się w ogóle o takich rzeczach nie wspomina; dodał, że
osoby queer często właśnie z takiego powodu wybierają sobie rodziny.
Powiedział jej, że pasuje tutaj tak samo jak wszyscy inni.
Między sesjami poszli razem na obiad. Opowiadał o filmie
krótkometrażowym, nad którym pracuje, słuchał, kiedy mówiła, że zbiera
pieniądze na nowe skrzypce. Potrzymali się za ręce i zanim się rozstali,
powiedział jej, żeby się nie poddawała i że zawsze, kiedy będzie w potrzebie, może na niego liczyć.
I pocałował ją na pożegnanie.
Ale to było dwa lata temu. Kiedy Katrina w końcu poprosiła o pomoc,
minął tydzień, zanim odpowiedział.
Katrina wiedziała, że Evan się zmienił. W końcu rzucił szkołę i nigdy
nie skończył filmu, o którym z taką pasją opowiadał na konferencji.
Trochę jednak liczyła, że może spojrzał na jej wideo z muzyką z gier i anime, które robiła na YouTubie. Może nawet będzie chciał pomóc.
Wszystko jedno -?jakaś życzliwa twarz i bezpieczna przestrzeń, choćby na
chwilę.
Drzwi się otworzyły.
-?To ty? -?zapytał tępo Evan.
Katrina starała się nie okazać szoku. Był chudszy niż dawniej. Włosy
miał dłuższe, spięte w koczek i pachniał potem, kocią sierścią i szałwią.
-?Wysłałam ci maila, a ty odpisałeś. Mówiłeś, że mogę przyjechać. I z drogi też pisałam do ciebie wiadomości.
-?A. Zaczekaj chwilę. -?Zniknął w środku.
Katrina czekała pod drzwiami. Zauważyła starego Chińczyka naprzeciwko,
który podejrzliwie się jej przyglądał. Uśmiechnęła się najpromienniej,
jak umiała, gdy drzwi otworzyły się jeszcze raz.
-?Trzeba było powiedzieć, że naprawdę chcesz przyjechać. -?Evan podrapał
się po głowie. -?Możesz przyjść później, wieczorem? Teraz ktoś u mnie
jest.
-?Przepraszam -?wymamrotała Katrina.
Łypnął na staruszka naprzeciwko i wrzasnął do środka:
-?Stary znowu się na nas gapi! Wygląda na głodnego. Chowaj kota!
-?Ha, ha! Grubo. -?Ktoś w środku zachichotał.
Evan zamknął drzwi.
Katrina stała pod nimi. Nawet nie zaproponował, że weźmie jej torby.
I czemu przeprosiła? Przecież naprawdę mu powiedziała.
Poszła bezmyślnie na róg, a obok akurat śmignął autobus. Nie ma problemu
-?i tak nie zna ich tras, a niespodziewany bilet autobusowy i tak nie
mieści się w jej budżecie.
Szła dalej. Evan pisał w mailu, że tu jest jak w obcym kraju. A mimo to
wokół znajdowały się gabinety dentystyczne, banki, biura, kawiarnie z czystymi szklanymi witrynami, ulice pełne nowych japońskich i europejskich SUV-ów.
Na jakiś czas pochłonęła ją nowość tego miejsca. W końcu jednak
rozbolały ją stopy, żebro zaczęło pulsować, poziom ibuprofenu zaczął
spadać. I musiała iść do toalety.
Tak więc Katrina postanowiła kupić sobie herbatę bąbelkową.
Wyda pieniądze, ale chociaż będzie miała gdzie usiąść i pomyśleć.
Szczęśliwym trafem, na tej ulicy herbatka trafiała się raz na parę
przecznic. Niebawem Katrina znalazła idealne miejsce, żeby mieć czysty
stolik, posączyć sobie herbatkę o smaku kiwi i popatrzeć na świat za
oknem.
Najpierw jednak toaleta.
Damska była zamknięta. W końcu wyszła z niej dziewczyna, spojrzała na
nią z dezaprobatą, ale nie zastąpiła jej drogi.
Katrina weszła i zaczęła poprawiać włosy w lustrze. Lecz potem
przypomniała sobie spojrzenie tamtej.
Włosy mogą poczekać. Najpierw trzeba skorzystać z toalety.
Deska była chłodna i czysta. Był odświeżacz powietrza, kwiatek w wazoniku. Pachniało lawendą.
Odpocznij. Oddychaj.
Właśnie skończyła, gdy ktoś zapukał do drzwi.
-?Halo, halo -?usłyszała męski głos.
Spuściła wodę, umyła ręce i wyszła. Chwyciła swoje rzeczy i wyszła, nie
zatrzymując się, nie podnosząc wzroku.
-?Przepraszam, przepraszam -?wymamrotała. -?Męska była zajęta.
Ale przynajmniej nie musiałam za nic płacić, tak?
Powiedziała sobie, że powinna się cieszyć. Dzięki temu, że łapała się
różnych źródeł zarobków, kamerek, lodzików, uciekła z domu i dotarła
tutaj. Miała skrzypce. Miała laptopa i świeży zapas hormonów. I żyła.
Tylko czemu tak trudno znaleźć tu miejsce, w którym da się usiąść?
Nagle zobaczyła drogowskaz z napisem "Park El Molino".
Nie znała go, ale jeśli to ładny park, to będą tam miejsca do siedzenia.
Ruszyła naprzód, minęła 7-Eleven, chińską zielarnię, meksykański sklep z narzędziami, wietnamski salon paznokci, tajwańskie studio tańca, kolejne
herbaciarnie z herbatką bąbelkową, dziesięć budek z chińskim makaronem...
Aż wreszcie, po kolejnych dwudziestu minutach, dotarła na parking pod
parkiem El Molino i potem do samego parku.
Była tu zielona trawa. Świeża gleba. Automaty z napojami. Ludzie grali w kosza. Pary siedziały na kocykach. Usłyszała pyknięcie uderzanej piłki
do softballa. Bar z przekąskami serwował hot dogi i nachosy.
Jak niby to miałby być inny kraj?
Katrina znalazła sobie ławeczkę przy dużym sztucznym stawie. Było tam
chłodno, cicho i spokojnie.
O tak! Trafiło jej się nie tylko miejsce do odpoczynku -?może nawet uda
się tutaj poćwiczyć trochę na skrzypcach. Najpierw jednak odpocznie,
tylko troszeczkę, dla dobra stóp i boku. Dzięki Bogu, że jest Azjatką i jeszcze jest w miarę czysta -?będzie parę ciekawskich spojrzeń, ale
raczej nikt nie zawoła policji.
Położyła laptopa przy boku, torbę ucieczkową pod głową i objęła
skrzypce. Słuchała dźwięków piłki do kosza. Poczuła odrobinę słońca,
delikatny wietrzyk spomiędzy drzew.
Był też sztuczny wodospad. Fontanna... i kaczki...
* * *
Shizuka wyszła ze Starrgate Donut, nie mając ochoty na powrót na
autostradę. Postanowiła wrócić do domu zwykłymi ulicami. Auto dostała
dawno temu od wielbiciela. Gdy była młodsza, jaguar wydawał jej się zbyt
mocny i głośny, lecz z każdym mijanym rokiem coraz bardziej doceniała,
jak ponadczasowo lawiruje w otaczającym ją codziennym chaosie i nigdy
nie traci niesamowitego, niezaspokojonego apetytu na benzynę.
Ileż lat minęło, odkąd ostatni raz jechała tymi ulicami?
Tyle tu się zmieniło. Właściwie zmiana była jedyną stałą. Pierwszy padł
sklep z nutami z jej dzieciństwa. Potem spożywczy Foodland ze ślicznymi
chłopakami pomagającymi w pakowaniu, z chwiejnymi wózkami na zakupy,
zmienił się w Diho Grocery, a potem w bank z Hongkongu, anonimowy za
ciemnymi szybami i marmurową fasadą.
A teraz szkoła podstawowa ustąpiła miejsca osiedlu apartamentowców w śródziemnomorskim stylu, w komplecie ze sklepami w parterach i podziemnym parkingiem. Dziś wieczorem na tych chodnikach będzie gęsto od
młodych ludzi, zapewne ustawiających się w kolejki do japońskich
naleśników i tajwańskich sorbetów ze struganego lodu.
Bardzo się to różniło od Tokio -?tam, prawie desperacko, trzeba było
albo być w samej awangardzie zmian, albo opierać się jej ze wszystkich
sił. Czy to Harajuku, czy Meiji Jingu, czy Akihabara, każdą z tych
dzielnic definiował właśnie jej stosunek -?i głęboki szacunek -?dla
zmian.
Tutaj zmiany dokonywały się tak kompletnie bez fanfar, tak niezauważone,
że sama zmiana stawała się czymś wręcz banalnym.
Oczywiście niektóre z miejsc osobliwie się tym zmianom opierały. Fong
Burger zawzięcie serwował swoje przepyszne buły z wieprzowiną przez
zatłuszczone boczne okienko. Ciastkarnia Amy's wciąż miała na wystawie
ten sam zakurzony tort ślubny, z przekrzywionymi kolumnami i trzema
zdechłymi muchami. A w witrynie Sam Woo BBQ wciąż ociekały tłuszczem te
same lśniące, niemożliwie pachnące kawałki kaczek, świń i mątw.
Chociaż żadne z tych miejsc nie wyglądało na stawiające opór. Podążać
za czasami? Fong czasami to nawet blatów nie przecierał. A co do
zachowania tradycji, to Sam Woo BBQ teraz radośnie reklamował nowomodne
rybie skóry smażone w głębokim tłuszczu.
Wciąż tu byli. I najprawdopodobniej zawsze będą.
A Shizuka miała przed sobą kolejny punkt orientacyjny.
Swego domu z dzieciństwa za często nie odwiedzała, ale stawek w parku El
Molino zawsze był jednym z jej ulubionych miejsc, jednym z nielicznych
przywodzących miłe wspomnienia o rodzicach. Z czasem w parku pojawiły
się boiska do softballa i baseballa, nowa antypoślizgowa nawierzchnia na
boisku do koszykówki. Miasto zainstalowało stoły z szachownicami,
siłownię plenerową, rozbudowało korty tenisowe. Nawet klub gry w bule
pojawiał się i znikał.
A mimo to nad tym samym starym stawem stała ta sama ławka.
Przez większość jej życia było to miejsce, gdzie mogła przyjść pomyśleć,
pozastanawiać się, pobyć w samotności.
Teraz, skoro nie miała gdzie pójść, było to równie dobre miejsce jak
każde inne.
Dziś miała ze sobą pół donuta ze Starrgate, trochę wody i torbę bułek do
hot dogów ze sklepiku na rogu. Podeszła spacerkiem do stawu, tak jak
robiła przez lata.
W oddali ktoś właśnie podbił piłkę z ziemi i obiegł bazę. Barek
zaserwował kolejną porcję nachosów. Wokół krążyli matki i ojcowie
pchający wózki z dziećmi po podgumowanej ścieżce do biegania. Za plecami
koszykówka, tyle piłek... tyle głosów mówiących rozmaitymi wariantami
wietnamskiego, toisańskiego, kantońskiego.
A przed nią? Wiatr na jeziorku. Prawie naturalny szum sztucznego
wodospadu. Gruchające gołębie. Trzepot, kwakanie. Plusk rzuconego do
wody kamyka.
Zaś na jej ulubionej ławce spokojnie sobie chrapała jakaś dziewczyna.
Shizuka założyła najpierw, że to dzieciak z okolicy, który zrobił sobie
przerwę od nauki, potem jednak zauważyła torby. Uciekła z domu? Jakie to
smutne. No dobrze, to niech lepiej odpoczywa.
Już miała sobie znaleźć inną ławkę, gdy dziewczyna się odwróciła.
Miała w rękach futerał ze skrzypcami.
-?C... co?
Katrina otworzyła oczy i zobaczyła zjawę... Kobieta, która nad nią stała,
wyglądała dokładnie jak dziewczyna z Ringu...
Tylko że miała ciemne okulary, była starsza, ubrana na czerwono, nie na
biało, w kapeluszu z wielkim rondem i...
-?Ładny dzień, prawda? -?rzuciła miłym głosem zjawa.
-?Eee... tak? -?Katrina rozejrzała się. Nie, nie śniła, i tak, wciąż była
w tym parku... El Molino się nazywał?
-?Chcesz trochę donuta?
Czy normalnie nie mówi się "chcesz donuta", a nie "trochę donuta"? Potem
jednak Katrina zobaczyła rozmiar tego ciacha.
Chyba jednak śni.
-?To donut Alaska. Znaczy... połówka.
Kobieta dała jej go. I butelkę wody.
Katrina zawahała się. Kto to w ogóle jest? Tak ubrani ludzie nie
dokarmiają tak po prostu bezdomnych dzieciaków śpiących na ławkach w parku.
-?Weź. Po prostu. -?Kobieta wskazała jej futerał. -?Nie pierwszy raz w życiu widzę głodnego muzyka.
Katrina odgryzła mały kęs. Jaki słodki! Jaki miękki! Wzięła jeszcze
jeden, tym razem większy. I kolejny. Miękka słodycz oczyściła jej głowę,
świat nagle odzyskał barwy i dźwięki.
-?Smakuje? -?zapytała kobieta.
-?Tak, bardzo. Dziękuję.
-?Szkoda, że nie posłuchałam Astrid i nie wzięłam mandarynek. -?Znów
wskazała futerał na skrzypce. -?Twoja miłość?
-?Tak.
Katrina dokończyła ciastko i oblizała palce. Spłukała dłonie odrobiną
wody, kobieta podała jej suchą serwetkę.
-?Proszę bardzo. No to dawaj -?powiedziała beznamiętnie.
-?Dawaj?
-?Poćwicz.
-?C... co?
Katrina poczuła się aż nadto onieśmielona. Minęły, zdaje się, wieki
całe, odkąd czuła się na tyle swobodnie, żeby móc grać.
-?Nic się nie bój, ja tu przyszłam tylko kaczki pokarmić.
Katrina zawahała się. Jednak słońce już zaczynało się złocić, z drzew
odlatywały pierwsze kawki.
Wciąż czując w ustach słodycz donuta, otworzyła futerał.
Tymczasem Shizuka sięgnęła do torby z bułkami, oddarła wielki kawałek
jednej i cisnęła do jeziora. Szczerze, to dziewczyna musiała być
początkująca. Zgrzytający smyczek... zero intonacji... standardowe problemy
początkującego.
To może być jednak odświeżające: posłuchać kogoś, kto nie ma nic
wspólnego z geniuszem -?i z duszami.
Lecz nagle ona otworzyła futerał.
I... rozpromieniła się, dosłownie rozbłysła. Wyraz jej twarzy był
całkowicie odmienny od nerwowych, wystudiowanych min, które Shizuka
widziała w Arkadii. Przypomniała sobie pana Grossmüllera, który przeżył
Hitlera i wszystko, co przed i po nim. Kiedy brał w ręce swoje skrzypce,
ciepłego i mądrego Jakoba Stainera, całował je i mówił, że w takich
czasach jedynie dzięki nim ma po co żyć.
To, co miała dziewczyna, to nie był żaden Stainer -?zwykły instrument
dla początkujących, ale i tak emanowały z niego echa nienawiści,
szaleństwa, melodii, które się śpiewa tylko, jeśli się przeżyło.
A potem, w przestrzeni, którą mogłyby zająć słowa, Shizuka usłyszała coś
niespodziewanego.
Większość ludzi usłyszałaby po prostu ton. Kształcony muzyk mógłby
usłyszeć A-440.
A bardzo wyjątkowy muzyk mógłby usłyszeć, jak skrzypce budzą się i witają dzień, ożywione po raz kolejny.
-?Kamerton?
Dziewczyna sapnęła i chyba się zarumieniła.
-?Moje skrzypce wolą, kiedy się je tak stroi.
Teraz Shizuka w pełni skupiła się na skrzypaczce przed sobą.
Skąd ona jest? Z południowego San Gabriel? Z Rosemead?
Pomyślała o wszystkich uczniach, których widziała w Arcadii, z nowiutkimi cyfrowymi stroikami i jakże drogocennymi instrumentami. Czy
ktoś taki mógłby w ogóle sobie zawędrować do parku? Shizuka zastanawiała
się, co może zagrać. Bacha? Mozarta? Może Kreislera? Jej osobowość
pasowałaby do Kreislera.
A może Bartóka?
Ciii...
Shizuka zmusiła się do spokoju. Wróć do rzeczywistości. Taki instrument.
Taki uczniowski smyczek. Ta okropna kalafonia w wysuwanym plastikowym
pudełku. To nie był pielęgnowany talent.
Bartóka? Satomi, nie bądź głupia. Już szybciej zagra Perpetual Motion
z pierwszej części Suzukiego.
Różną muzykę sobie wyobrażała, ale nie spodziewała się, że dziewczyna
wyciągnie Schradiecka.
Schradiecka? Czyli Szkołę techniki skrzypcowej. To nie były kompozycje
muzyczne, to były ćwiczenia. Proste i dobrze na ciebie wpływające, ale
proste i dobrze na ciebie wpływające w ten sposób, jak niegdysiejszy
olej z wątroby dorsza, szczepionka na odrę czy regularne chodzenie do
dentysty.
Iluż to uczniów rzuciło skrzypce przez Schradiecka?
Shizuka uśmiechnęła się uprzejmie i odwróciła do stawu i kaczek. Po co
jeszcze bardziej dziewczynę płoszyć. Królowa Piekła otworzyła torbę z bułkami do hot dogów, oddarła następny wielki kawałek i przygotowała się
na okropny dźwięk, który zaraz usłyszy.
* * *
Była dzieckiem, szła do szkoły. W zimowe poranki, szczególnie w okolicach lutego, lód był wszędzie... na kałużach, na szybach aut.
Dzisiaj i trawa chrupała pod stopami. Nawet powietrze wydawało się
zamarznięte.
Julie Kiyama przytknęła palce do ust, wypuściła powietrze i krzyknęła:
-?Zobaczcie, ja palę papierosy!
-?Papierosy szkodzą! -?wrzasnęła Sally, jej siostra.
-?Puszczam kółka! Kółka!
-?Jak nie przestaniesz palić, to ja po... wiem...
I nagle pobiegły. Próbowała za nimi nadążyć. Biegła ile sił w nogach.
Ale one miały wolne ręce, a ona miała skrzypce.
* * *
Złapała się na tym, że łamie kolejne bułki na coraz mniejsze kawałeczki,
żeby móc jeszcze trochę posłuchać.
A kiedy dziewczyna skończyła Schradiecka, Shizuka patrzyła, jak Julie i Sally Kiyama, jej ostatnie przyjaciółki z dzieciństwa, rozmywają się w lodowej lutowej mgle.
* * *
W wyblakłym kartonie z napisem "ZA DARMO"
Było po lekcjach. Katrina, jak zawsze, wracała sama do domu. I, jak
zawsze, szwendała się, meandrowała, starając się odwlec moment, kiedy
stanie oko w oko z rodzicami.
Był tam sklep sprzedający używane lodówki i pralki. Były resztki
automatu telefonicznego, którego nikt nie używał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki