Gdy burza minęła, my dalejże w radę
I wszystko ułożym jak z płatka:
Więc ja, moi drodzy, zostałem w stodole,
Bo miałem dopiero trzy latka,
A Tadzik chciał pobiec pod tęczy podnóże
Pięć lat miał i nie był już chłystkiem...
I tak, moi mili, się wszystko zaczęło
I tak było dalej z tem wszystkiem.
(Powiastki o dużej stodole).
Jak sądzisz, coby zrobiła ona, gdyby nas tu przyłapała?
Wiesz, że nam tego mieć nie wolno, - mówiła Maisie.
- Wybiłaby mnie, a ciebie za karę zamknęłaby w sypialni -
odrzekł bez namysłu Dick. - Czy dostałaś naboje?
- Tak, mam je w kieszeni, ale okropnie mi tam chrobocą.
Czy kulki rewolwerowe mogą same wystrzelić?
- Nie wiem. Jeżeli się boisz, weź ode mnie rewolwer, a
naboje ja poniosę.
- Ja się nie boję.
To rzekłszy, Maisie ruszyła naprzód raźnym krokiem,
trzymając rękę w kieszeni i zadarłszy nos do góry. Dick szedł za
nią, niosąc mały rewolwer iglicowy.
Dzieci niedawno zrobiły odkrycie, że życie ich byłoby
nieznośne bez ćwiczenia się w strzelaniu. Po wielu namysłach, po
odmówieniu sobie wielu przyjemności, Dick zdołał zaoszczędzić
siedem szylingów i sześć pensów - tyle, ile wynosiła cena lichego
rewolweru belgijskiej konstrukcji. Maisic mogła złożyć do wspólnej
kasy jedynie pół korony na zakupienie setki nabojów.
- Ty umiesz lepiej ode mnie oszczędzać, Dicku, -
tłumaczyła; - ja lubię jeść łakocie, a ty za niemi nie przepadasz.
Zresztą takie rzeczy należą do chłopców.
Dick nieco zrzędził na takie postawienie sprawy, jednakże
poszedł i zrobił zakupy - których wartość zamierzały dzieci
natychmiast wypróbować. Posługiwanie się bronią nie wchodziło w
zakres ich codziennych zajęć, jako iż zabraniała im tego surowo ich
opiekunka, niewłaściwie uważana za zastępczynię matki tych dwojga
sierotek. Dick był pod jej opieką już od lat sześciu, w ciągu
których ona miała pokaźny dochód z renty sierocej rzekomo
przeznaczanej na jego przyodziewek, a ponadto, poczęści od
niechcenia, a poczęści przez wrodzoną skłonność do udręki (była
bowiem od iluś-tam lat wdową, zabiegającą o powtórne wydanie się za
mąż) przytłaczała jego młode barki niemałem brzemieniem codziennych
uprzykrzeń. Tam, gdzie chłopak oczekiwał miłości, ona darzyła go
najpierw odrazą, a następnie nienawiścią. Tam, gdzie on, w miarę
dorastania, chciał znaleźć odrobinę przychylności, darzyła go
naigrawaniem. Wszystkie godziny, ile ich tylko zbywało od robienia
porządków w małem mieszkanku, poświęcała tak zwanej "edukacji"
Dicka Heldara. W tym względzie pomocą jej była religja - religja
jej własnego pomysłu, wysmażona z pilnego rozczytywania się w
Piśmie świętem. W chwilach, gdy nie miała powodu do osobistego
niezadowolenia z Dicka, kładła mu w uszy, że winien pamiętać o
ciężkim rachunku ze Stwórcą; stąd to Dick nauczył się nienawidzić
Boga, jak nienawidził pani Jennett - a takie usposobienie nie
działa zdrowo na duszę młokosa. Niewiedzieć skąd przyszło jej do
głowy uważać go za beznadziejnego kłamczucha; odkąd obawa dotkliwej
kary popchnęła go po raz pierwszy do powiedzenia nieprawdy,
chłopak, rzecz zrozumiała, stał się kłamcą, ale bardzo
powściągliwym i zamkniętym w sobie który nigdy nie pozwolił sobie
bez potrzeby nawet na najmniejszą bujdę, a nigdy też nie zawahał
się nawet przed najczarniejszem łgarstwem, jeżeli był to jedyny
sposób, który mógł nieco ulżyć jego doli. Owo obchodzenie się z nim
nauczyło go przynajmniej umiejętności samotnego życia; umiejętność
ta przydała mu się, gdy zaczął uczęszczać do szkół publicznych i
gdy koledzy wyśmiewali się z jego ubranka, które było uszyte z
lichego materjału i bardzo połatane. W czasie wakacyj powracał pod
kształcącą opiekę pani Jennett, ażeby zaś węzły karności nie
osłabły w zetknięciu się ze światem, zazwyczaj za lada sposobnością
dostawał wskórę, jeszcze nim zabawił dwadzieścia cztery godzin pod
dachem swej opiekunki.
Jesienią któregoś roku otrzymał towarzyszkę niedoli
długowłosą drobinę o szarych oczętach, tak zamkniętą w sobie, jak
on sam; snuła się cichuśko dokoła domu, przez kilka pierwszych
tygodni rozmawiała jedynie z kozłem, który był najlepszym na ziemi
jej przyjacielem i przebywał w ogrodzie za domem. Pani Jennett
miała jej za złe owo przestawanie z kozłem, dowodząc, iż jest to
zwierzę niechrześcijańskie - co chyba było prawdą.
- W takim razie - mówiła drobina, z wielkim namysłem
dobierając słowa, - napiszę do moich prawnych opiekunów i opowiem
im, że pani jest bardzo złą kobietą. Amomma jest mój, mój, mój!
Pani Jennett ruszyła w stronę sieni, gdzie znajdowały się
jakieś tam parasole i laski, oparte na stojaku. Drobina w równej
mierze, jak i Dick, rozumiała, co to oznacza.
- Dostawałam i dawniej wskórę - odezwała się, wciąż tym
samym, niewrażliwym głosem; - bili mnie gorzej, niżby pani
potrafiła mnie obić. Ale jeżeli mnie pani uderzy, napiszę do mych
prawnych opiekunów i opowiem im, że pani za mało daje mi jeść. Ja
się pani nie boję.
Pani Jennett nie poszła do sieni, a drobina, upewniwszy
się po chwili, że niebezpieczeństwo już zażegnane, poszła wypłakać
się gorzko na szyi Amommy.
Dick dowiedział się, że dziewczynka nazywa się Maisie;
zrazu głęboko jej niedowierzał, gdyż obawiał się, że może go ona
pozbawić nawet tej niewielkiej swobody działania, jaką mu tu
zostawiono. Jednakże drobinka nie myślała go krępować, cowięcej,
nie była pochopna do żadnej serdeczności, póki Dick sam nie podjął
pierwszych kroków. Na długo przed upływem wakacyj całe pasmo kar
wspólnie wycierpianych zbliżyło dzieci wzajemnie do siebie - choćby
przez to, że zmuszone były działać ręka w rękę, obmyślając różne
krętactwa mające zamydlić oczy pani Jennett. Gdy Dick wracał do
szkoły, Maisie szepnęła doń:
- Teraz zostanę samiuteńka i własnym sprytem będę musiała
radzić o sobie, ale - (tu śmiało skinęła głową) - dam ja sobie
radę! Obiecałeś mi przysłać słomkową obróżkę dla Amommy. Przyślij
że ją prędko.
W tydzień później zapytywała listownie o tę obróżkę i była
wielce niezadowolona, gdy dowiedziała się, że wykonanie tejże
zabierze sporo czasu. Gdy nakoniec Dick przesłał podarek, ona
zapomniała podziękować zań chłopakowi.
Od onego dnia przeszły już niejedne wakacje, a Dick wyrósł
na smukłego dryblasa, który w większej mierze niż wprzódy
uświadamiał sobie smutny stan swej odzieży. Pani Jennett ani na
chwilę nie wypuszczała go ze swej czułej opieki atoli
najzwyklejsze, - ot! - chłosta w szkole publicznej (Dick brał cięgi
po trzy razy na miesiąc) przejmowała go pogardą dla sił opiekunki.
Ona mi nic nie zrobi, - tłumaczył Maisie, która go
podżegała do buntu, - a gdy już mnie wytłucze, bywa łagodniejsza
dla ciebie.
Dick wałęsał się teraz po całych dniach, nieskrępowany na
ciele i duszą dziki, o czem mieli sposobność się przekonać młodzi
koledzy szkolni, bo ilekroć dał się unieść rozochoceniu, znęcał się
nad nimi podstępnie, a z rozmysłem. To samo rozochocenie nieraz
wiodło go do próby dokuczenia Maisie, ale dziewczynka nie dawała
się skrzywdzić.
- Przecie oboje jesteśmy nieszczęśliwi - mawiała. - Na cóż
pogarszać jeszcze sprawę? Znajdźmy sobie jakie zajęcie i zapomnijmy
o tem co było.
Owocem tych poszukiwań był rewolwer. Atoli bawić się nim
można było jedynie na najbardziej błotnistym cyplu wybrzeża, zdala
od budek pływackich i grobel, a poniżej trawiastych stoków Fort
Keeling. Przypływ wdzierał się tu nieraz na dwie mile w głąb lądu,
a wielobarwne ławice namułu, prażone słońcem, tchnęły ohydną wonią
zwiędłych charszczów. Było już dobrze popołudniu, gdy Dick i Maisie
przybyli na ono miejsce; Amomma cierpliwie dreptał za nimi.
- U - uch! - rzekła Maisie, wciągając nosem powietrze. -
Co za okropna woń bije od tego morza! Nie lubię tego...
- Ty nigdy nie lubisz niczego, co nie dogadza wszystkim
twym kaprysom - rzekł Dick opryskliwie. - Daj mi naboje, a spróbuję
strzelać pIerwszy. Jak daleko niesie taki mały rewolwer?
- O, na pół mili! - odpowiedziała Maisie skwapliwie. - A w
każdym razie wywołuje okropny hałas. Bądź ostrożny z temi nabojami;
nie podobają mi się te karbowane obsadki na ich krawędzi. Dicku,
bądź ostrożny!
- E, nic strasznego. Wiem, jak się ładuje. Palnę do
tamtego słupka na wodzie.
Wypalił. Amomma, spłoszony hukiem, odbiegł w bok,
pobekując. Kulka wyrzuciła w górę rozbryzg mułu na prawo od
filarów, osnutych zielskiem wodnem.
- Bije w górę i znosi w prawo. Teraz ty spróbuj, Maisie.
Pamiętaj, że nabity jest wkoło bębenka.
Maisie wzięła rewolwer i wyszła ostrożne na skraj
namuliska, ścisnąwszy silnie ręką kolbę, a wykrzywiwszy usta i lewe
oko. Dick usiadł na czubku ławicy i śmiał się do rozpuku. Amomma
powracał, zachowując wszelkie środki ostrożności. Był już
przyzwyczajony do osobliwych przygód w czasie swych popołudniowych
przechadzek, przeto znalazłszy pudełko z kulami, zostawione bez
opieki, począł nosem gmerać w jego zawartości. Maisie wystrzeliła,
lecz nie mogła dostrzec, gdzie poszła kula.
- Zdaje mi się, że trafiła w słup, - rzekła, przysłaniając
oczy dłonią i patrząc na toń morską, na której nigdzie nie widać
było okrętu.
- Wiem napewno, że trafiła w dzwoniącą buję koło Marazion!
- rzekł Dick, zanosząc się od śmiechu. - Celuj niżej i bardziej w
lewo, a może uda ci się trafić. Ach, patrz na Amommę! on nam zjada
naboje!
Maisie obróciła się, trzymając rewolwer w dłoni, i
obaczyła Amommę uciekającego już, co sił, przed kamieniami, któremi
prażył go Dick. Dla kozła niema w świecie nijakiej świętości.
Amomma dobrze karmiony i pieszczony przez swą panią, całkiem
naturalną rzeczy koleją połknął dwa jeszcze niewystrzelone naboje
rewolwerowe. Maisie podbiegła, aby upewnić się, czy Dick nie omylił
się w rachunku.
- Tak, zjadł dwa naboje.
- Okropna bestyjka! One gotowe jeszcze zderzyć się w jego
bebechach i wybuchną, a wtedy będzie miał się zpyszna.... Dicku....
ach, czy cię zabiłam.
Rewolwer, to rzecz zdradziecka w rękach istot nieletnich.
Maisie nie potrafiła wyjaśnić, jak to się stało - ale naraz kłąb
gryzącego dymu odgrodził ją od Dicka, a ona była w tej chwili
całkiem pewna, że kuła rewolwerowa ugodziła w twarz chłopaka. Potem
usłyszała, że Dick coś bełkoce, więc padła przy nim na kolana,
wołając:
- Dicku, Czy jesteś raniony? co? powiedz! Ja nie
umyślnie...
- Pewnie, że nie umyślnie, - odrzekł Dick, wydobywając się
z dymu i obcierając sobie policzek. - Ale omało co mnie nie
oślepiłaś. Ależ ten proch strasznie mnie poparzył!
Maluchna centka szarego ołowiu na jednym z kamieni
wskazywała, gdzie ugodziła kulka. Maisie zaczęła zcicha popłakiwać.
- Cichaj, - ozwał się Dick, skacząc na równe nogi i
otrząsając się. - Nie jestem wcale zraniony!
- No tak, ale ja ciebie o mało co nie zabiłam - żachnęła
się Maisie, a kąciki jej ust ściągnęły się boleśnie. - A cóżbym
wtedy uczyniła?
- Poszłabyś do domu i powiedziałabyś pani Jennett! -
odrzekł Dick, szczerząc w uśmiechu zęby na samą tę myśl; po chwili
jednak złagodniał i dodał: - Proszę cię, nie zaprzątaj sobie tem
głowy. Zresztą tracimy czas napróżno. Trzeba już wracać na herbatę.
Wezmę jeszcze na chwilę rewolwer.
Maisie zbierało się na płacz przy lada zachęcie, jednakże
od łez powstrzymywała ją obojętność Dicka, mimo że i jemu trzęsła
się ręka, gdy podnosił rewolwer. Legło więc biedne dziewczyniątko
na piaskowym wydmuchu, dysząc ciężko, gdy tymczasem Dick
nieprzerwanie bombardował kół podwodny.
- Nakoniec trafiłem! - zawołał, gdy przygarść wodnych
porostów oderwała się i odpadła od drzewa.
- Dajno, niech teraz ja spróbuję! - ozwała się Maisie
rozkazująco. - Czuję się już całkiem dobrze.
Strzelali tak naprzemian, aż mały, wykoszlawiony rewolwer
zdawał się prawie rozlatywać w drzazgi, natomiast Amomma, odegnany
precz - albowiem w każdej chwili mógł być rozsadzony wybuchem -
skubał sobie opodal trawkę i dziwował się, czemu w niego rzucają
kamieniami. Następnie dzieci znalazły sobie belkę, pływającą w
bajorku u podnóża nadmorskiego stoku Fort Keeling, i usiadły
pospołu przed tym nowym celem.
- Na przyszłe wakacje - mówił Dick, gdy całkiem już
roztrzęsiony rewolwer kopał go niemiłosiernie w rękę, - kupimy
sobie inny rewolwer... o skupionym ogniu... taki niesie dalej.
- Dla mnie już nie będzie przyszłych wakacyj - rzekła
Maisie. - Do tego czasu ja już stąd odjadę.
- Dokąd?
- Sama nie wiem. Moi prawni opiekunowie napisali do p.
Jennett, że mam być oddana gdzieś na wychowanie... może do
Francji... sama nie nie wiem dokąd, ale rada będę stąd się
wydostać.
- Mnie to wcale nie raduje. Juści zostanę tutaj sam, jak
palec. Słuchajno, Maisie, czy ty naprawdę myślisz odjechać? A więc
obecne wakacje będą ostatnie, przez które dano mi ciebie jeszcze
widzieć... Za tydzień powrócę znów do szkoły... Chciałbym...
Młoda krew zrumieniła ponsowo jego policzki. Maisie zajęła
się zrywaniem pęków trawy i strącaniem ich ze zbocza, na żółty mak
morski, który sam przez się, jakby od niechcenia, kiwał się w
stronę bezkrawędnych płaskich żuław oraz mlecznobiałego morza
ciągnącego się poza obrębem tychże.
- Jabym pragnęła, - rzekła po chwili, - żebym mogła znów
kiedyś zobaczyć się z tobą na czas pewien. Czy ty również tego
pragniesz?
- Tak, ale byłoby lepiej, gdybyś... gdybyś... strzeliła
tam prosto... poniżej tego słupa.
Maisie przez chwilę spoglądała nań szeroko otwartemi
oczyma. Byłże to ten chłopak, który nieledwie dziesięć dni temu
przystrajał rogi Amommy wycinankami z papieru i włóczył tego
brodacza, na ludzkie urągowisko, po ludnych i uczęszczanych
drogach?. Potem opuściła oczy: - nie, to nie był już ten sam
chłopak...
- Bądźże rozsądny! - rzekła tonem karcącym, poczem bystro
rozejrzawszy się w sytuacji, uderzyła z innej strony. - Jakiś ty
samolubny! Pomyśl sobie tylko, jakie byłoby moje uczucie, gdyby ta
okropna broń cię zabiła. Już i tak jestem dość nieszczęśliwa.
- Czemu? czy dlatego, że rozstaniesz się z p. Jennett?
- Nie.
- A więc że pożegnasz się ze mną?
Przez dłuższy czas nie było odpowiedzi. Dick nie ośmielał
się spoglądać na nią. Czuł, choć sam sobie z tego nie zdawał
sprawy, czerń były dla niego cztery lata ostatnie; odczuwał to tem
dotkliwiej, że nie potrafił uczuć swych ubrać w słowa.
- Nie wiem, - odrzekła ona. - Zdaje mi się, że tak.
- Maisie, ty powinnas wiedzieć. Ja nie bawię się w
przypuszczenia.
- Chodźmy do domu - odrzekła Maisie miękko.
Ale Dick ani myślał się cofać.
- Nie umiem wyrazić wszystkiego należycie - tłumaczył się,
- i okropnie mi przykro, żem cię kiedyś wyczubił... gdy ci poszło o
tego Amommę. Teraz to rzecz całkiem inna, Maisie, chyba sama to
widzisz? A mogłaś mi wtedy powiedzieć, że odjeżdżasz, zamiast
zostawiać mnie własnym domysłom.
- Nie domyśliłeś się, wiec ja ci to powiedziałam. Ach,
Dicku, jest-że tu czem się martwić?
- Pewnie, że nie... ale spędziliśmy tyle, tyle lat razem,
a nie wiedziałem, że to mnie tak bardzo obchodzi...
- Nie wierzę, by cię to miało kiedykolwiek obchodzić...
- Nie, nie obchodziło, ale teraz mię obchodzi... ogromnie
mnie obchodzi. Maisie, - chlipnął, - Maisie, moja kochana, powiedz
mi, proszę, że i ciebie to obchodzi...
- Obchodzi, naprawdę obchodzi... ale to na nic się nie
przyda.
- Dlaczego?
- Bo odjadę...
- Tak, ale zanim odjedziesz, może dasz mi obietnicę, że
będziesz myślała... Powiedz tylko... czy będziesz?
Wyraz: "kochana" o wiele łatwiej przybiegł mu na usta za
drugim razem niż za pierwszym. W życiu Dicka, zarówno domowem jak i
szkolnem, niewiele trafiało się słów pieszczotliwych - musiał je
tedy wynajdywać sam własnym instynktem. Pochwycił małą rączynkę,
usmoloną kopciem, wychodzącym z lufy rewolwera.
- Obiecuję - rzekła Maisie uroczyście; - ale ile mnie to
dotyczy, nie potrzeba nawet i obietnic.
- A czy cię to dotyczy?
Po raz pierwszy w ciągu ostatnich kilku minut spotkały się
źrenice ich dwojga i przemówiły w imieniu tych, którzy nie byli
biegli w wymowie...
- Ach, Dicku, nie rób tego! proszę cię, nie rób tego! Było
to całkiem na miejscu, gdyśmy sobie mówili dzień dobry... ale teraz
to zgoła co innego!
Amomma patrzył na nich z oddali. Widywał-ci on nieraz, jak
jego państwo kłócili się z sobą, ale nigdy jeszcze dotychczas nie
zdarzyło mu się widzieć - wymiany pocałunków... Żółty mak morski
więcej rozumiał się na rzeczy i kiwał głową potakująco. Sam przez
się pocałunek był niezbyt udatny, ale ponieważ był to pierwszy
pocałunek, inny od wszelkich jakie kiedykolwiek wymieniali między
sobą gwoli wymaganiom powinności, przeto otwarł przed nimi nowe
światy - a wszystkie tak wspaniałe, iż oboje wznieśli się ponad
myśl o jakimkolwiek świecie, zwłaszcza o tym, na którym nie można
obejść się bez podwieczorku... tylko siedzieli cichutko, trzymając
się wzajem za ręce i nie mówiąc do siebie ni słowa.
- Teraz już nie zapomnisz, - rzekł nakoniec Dick. W tej
chwili na policzkach swych odczuwał coś, co piekło go bardziej, niż
oparzelizna od prochu strzelniczego.
- I takbym nie zapomniała! - odrzekła Maisie.
Spojrzeli sobie w oczy i każde z nich spostrzegło, że
swobodne jeszcze przed godziną przestawanie ich z sobą zmieniło się
obecnie w jakiś dziw i tajemnicę, której nie mogli zrozumieć.
Słońce zaczęło zachodzić, a nocny wiatr tłukł się w szuwarach
pobrzeżnych.
-
Okropnie się spóźnimy na herbatę - odezwała się Maisie. -
Wracajmy do domu. - Najpierw wystrzelajmy resztę nabojów, - rzekł Dick i
pomógł Maisie zejść ze stoków warowni ku morzu... choć na dobrą
sprawę dziewczynka mogła doskonale odbyć tę drogę całym pędem. Z
tąż powagą i Maisie ujęła jego zabrudzoną rękę. Dick pochylił się
niezgrabnie; Maisie wyrwała rączkę z jego uścisku, a Dick
zarumienił się.
- Ależ ładną masz rączkę! - odezwał się.
- Phii! - odparła Maisie z lekkim śmieszkiem zadowolonej
próżnostki. Stanęła tuż obok Dicka, gdy ten poraz ostatni nabił
rewolwer i strzelał ponad powierzchnię wody, mając w myślach
nieuświadomione poczucie, iż broni Maisie od wszelkich nieszczęść
na ziemi. Jakaś kałuża na grzęzawisku chwytała ostatnie promienie
słońca, zamieniając się w jaskrawo-czerwony krążek. Blask ten przez
chwilę skupił na sobie uwagę Dicka, a gdy chłopak podnosił
rewolwer, owładnęło nim ponownie uczucie jakiegoś cudu - iż oto
stał koło Maisie, która przyrzekła mu myśleć o nim długo,
nieskończenie długo, aż po ów dzień, gdy...
Zapęd wzmagającego się wichru cisnął mu w twarz długie,
czarne włosy dziewczynki, właśnie w chwili, gdy ta stała kogo
niego, trzymając dłoń na jego ramieniu i wabiąc Amommę przydomkiem
"miłego zwierzątka". Na jedno mgnienie znalazł się w pomroczy -
pomroczy, co smagała mu oblicze. Kulka, gwiżdżąc, pomknęła het na
morskie pustoszę.
- Zmarnowałem cel - rzekł, potrząsając głową. - Już niema
więcej nabojów; będziemy musieli drałować do domu.
Jednakże nie pobiegli. Szli powolutku, wziąwszy się pod
ramię. Nic ich to zgoła nie obchodziło, czy puszczony w trąbę
Amomma z dwoma ostremi nabojami w brzuchu rozpękł się już, czy też
szedł koło nich... albowiem już objęli w spadku wielki majątek i
szafowali nią - wedle umiejętności, na jaką stać było ich
młodociane lata.
- A ja będę... - podjął Dick śmiało, ale zaraz przerwał: -
Sam jeszcze nie wiem, czem będę. Zdaje mi się, że nie podołam
żadnemu egzaminowi. Za to umiem robić bycze karykatury nauczycieli.
Ho-ho!
- Zostań więc artystą - rzekła Maisie. - Zawsze się
wyśmiewasz z moich prób rysunkowych, ale tobie zawsze rysunek się
uda.
- Nigdy nie będę się śmiał z niczego, co czynisz -
odpowiedział chłopak. - Będę artystą i jeszcze się czegoś dorobię.
- Czy to prawda, że artystom zawsze brak pieniędzy?
- Mam zapisanych sto dwadzieścia funtów rocznie.
Opiekunowie mówią mi, że je dostanę, gdy będę pełnoletni. Na
początek to wystarczy.
- O, ja to jestem bogata! - rzekła Maisie. - Mam dostawać
trzysta funtów rocznie, gdy będę miała lat dwadzieścia jeden.
Dlatego to pani Jennett jest łaskawsza dla mnie niż dla ciebie.
Mimo to pragnęłabym mieć kogoś, kto należałby do mnie... tak jak
ojciec lub matka.
- Należysz do mnie na zawsze, na zawsze! - rzekł Dick.
- Tak, należymy do siebie... na zawsze. To tak miło.
Przytuliła do siebie jego ramię. Życzliwy mrok krył ich
oboje, przeto, gdy stanęli przed drzwiami domu, Dick mogąc dojrzeć
jedynie zarys buziaka Maisie wraz z długiemi rzęsami,
przysłaniającemu szare oczęta, nabrał odwagi i wykrztusił z siebie
słowa, nad któremi przemyśliwał już od dwóch godzin.
- I... ja cię... kocham, Maisie, - ozwał się szeptem, co,
zdało się chłopcu, rozległ się gromko po całym świecie... po tym
świecie, na którego podbój miał Dick wyruszyć jutro lub pojutrze.
Ze względu na poszanowanie dyscypliny nie można
opowiedzieć tej sceny, gdy pani Jennett napadła na swego
wychowanka, najpierw za haniebne spóźnienie, a powtóre za bawienie
się zakazaną bronią, która omal nie pozbawiła go życia.
- Bawiłem się tą pukawką, a ona sama wystrzeliła -
wyznawał Dick, gdy nie dało się już ukryć policzka pocentkowanego
śladami prochu, - ale jeżeli pani myśli mnie obić, to się pani
bardzo myli; odtąd już mnie pani nigdy ani nie tknie! Proszę usiąść
i podać mi herbatę; przynajmniej na tem niech nas pani nie
oszachruje!
Pani Jennett rozwarła szeroko usta i posiniała na twarzy.
Maisie nic nie mówiła, tylko oczyma dodawała Dickowi otuchy, on zaś
zachowywał się okropnie przez cały ów wieczór. Pani Jennett groziła
mu rychłym sądem Bożym i pójściem do piekła, ale Dick przechadzał
się po raju i nie zważał na jej słowa. Dopiero, gdy miał udać się
na spoczynek, pani Jennett ochłonęła i zacięła się w sobie.
Powiedziała Maisie "dobranoc," ale tylko na odległość i nie
podnosząc oczu na dziewczynkę.
- Jeżeli niej jesteś dżentelmenem, mógłbyś przynajmniej
starać się zachowywać, jak dżentelmen - ozwała się ze wzgardą do
chłopca. - Znowu się dziś pokłóciłeś z Maisie.
Słowa te oznaczały, że nie dopełniono zwykłego obrzędu
pocałowania się na dobranoc. Maisie, blada po same usta, nadstawiła
policzek, przybierając minkę doskonale obojętną; Dick cmoknął ją
przykładnie i zaczerwieniwszy się, jak żar w piecu, wyszedł z
pokoju dudniącym krokiem. Tej nocy miał sen okropny. Wydało mu się,
że zdobył cały świat i zamknąwszy go w nabojnicę, przyniósł Maisie,
ale ona kopnęła nogą ten podarek i zamiast powiedzieć "dziękuję,"
zawołała:
- Gdzie jest słomiana obróżka, którą obiecałeś mi zrobić
dla Amommy? Ach, jaki z ciebie samolub!