Światło i cień. Jimmy Page w rozmowach - Brad Tolinski

Reflow text when sidebars are open.
Jak wielu młodych w tamtym okresie, pokochałem podkręcane gitarą rockabilly Elvisa i Gene'a Vincenta. Dziś mnie to zdumiewa: partie gitarowe serwowano oszczędnie, ja zaś byłem nimi tak przejęty, że wydały mi się bardzo głośne - to się liczyło. Nawykłem do słuchania muzyki. Za pośrednictwem głośnika wracałem do własnego wyimaginowanego świata. Wyobrażałem sobie, że siedzę w studiu z twórcami i technikami, razem z nimi przesłuchuję pogłosy, tworzę muzykę. Pewnie stwarzałem sobie iluzje, ale sądzę, że potrafiłem identyfikować różnice w brzmieniu kolejnych wersji nagrania i wskazać, co takiego zastosowano. Niektóre echa i pogłosy zdawały się poruszać ziemię w posadach. Gdy dziś wracam do tych samych płyt, słyszę, że te wszystkie efekty były zaledwie tłem. Dowodzi to, jak intensywnie analizowaliśmy tamte nagrania, jak byliśmy głodni nowinek. Wszyscy - Eric Clapton, Jeff Beck i nam współcześni - przeszli tę samą drogę. Tamte pierwsze płyty rockowe i bluesowe bardzo nas intrygowały.
Kiedy w polu widzenia znalazł się blues?
Dość prędko zorientowałem się, że niektóre z lubianych przeze mnie piosenek Elvisa: Hound Dog czy Milk Cow Blues, w oryginale zostały stworzone i nagrane przez bluesmanów. Zaczęliśmy odkrywać takie postacie, jak Arthur Crudup - autor Presleyowskiego przeboju That's All Right. Dzięki temu, krok po kroku, poszerzało się rozumienie i postrzeganie muzycznego spektrum. Odkrywanie muzyki upodobniło się do rozkładania zwiniętego w rulon gobelinu.
Dzięki przyjacielowi, zbieraczowi płyt, zacząłem sięgać do muzycznych źródeł. Miał zaskakująco obszerną kolekcję bluesowych albumów. Nie skąpił mi ich słuchania. Ani w radiu, ani w klubach tak naprawdę jeszcze nie słyszało się bluesa; wciąż nie wyszedł z podziemia. O płyty było niełatwo.
Nietrudno zauważyć, że ciągnęło mnie do rocka i bluesa. Byłem gitarzystą, a oba te gatunki są bardzo gitarocentryczne. Jeśli w tamtym okresie było się gitarzystą, miało się niezaspokojony apetyt na Chucka Berry'ego i wszystko, co bluesowe, z Chicago.
Blues traktował o seksie i diable, zatem jedno i drugie musiało zainteresować młodego chłopaka.
Kiedy po raz pierwszy słuchałem tych pieśni, istotnie przechodziły mi ciarki po plecach. Tak jest do dziś.
Nie było tak źle, wokół byli inni, autentycznie zakochani w rocku, bluesie i rhythm and bluesie; i oni zaczęli zbierać te nieznane płyty. Niebawem działała już grupa, której członkowie wymieniali się bądź handlowali nagraniami. Można było wypożyczyć płytę, by popracować nad taką czy inną solówką. Nikogo z nas w istocie nie było stać na kupno tych wszystkich rzadkich, importowanych albumów. Tak to się toczyło. To był bardzo, bardzo ważny okres.
Wyłączając kolekcjonerów płyt, kim jeszcze byli bohaterowie upowszechniania bluesa i rocka w Anglii?
Trzeba wymienić Alexisa Kornera i Cyrila Daviesa, którzy mieli swój zespół - Blues Incorporated. Alexis grał na gitarze akustycznej, Cyril - wyśmienicie na harmonijce ustnej wzmacnianej elektrycznie. W latach 60. w klubie Marquee w czwartkowe wieczory regularnie byli gospodarzami bluesowych jam session. W owym czasie w Londynie nigdzie indziej czegoś takiego nie było. Występowali tam Rolling Stones, zanim stali się sławni, wśród widzów bywał Clapton, ja sam często uczestniczyłem w jam session urządzanych między występami.
Zasługą Alexisa było sprowadzenie do Anglii po raz pierwszy bluesowych wykonawców, takich jak Muddy Waters oraz Sonny Boy Williamson. Coś niesamowitego.
Czy Marquee było dużym klubem?
Przypuszczam, że mieściło się tam kilkaset osób. W tamtym czasie klub wydawał mi się wielki, słowo! [śmiech] Miałem ogromne audytorium.
Pamiętam, jak pewnego wieczoru w Marquee pojawił się Matthew Murphy. Panował ścisk, wszyscy bowiem uwielbiali jego grę. Spojrzał na nakręcone, gotowe do słuchania rocka towarzystwo, po czym rzucił: "Mam ochotę zagrać na jazzową nutę". Rozległ się jęk zawodu. Czyż to nie zabawne?
Jaki rodzaj muzyki wtedy grałeś?
Starałem się grać jak Matt Murphy! [śmiech] Sądzę, że grałem też nieco kawałków Freddiego Kinga.
Czy wydanie w 1961 r. King of the Delta Blues Singers Roberta Johnsona stało się ważnym wydarzeniem w Zjednoczonym Królestwie?
Tak, ale musiało minąć trochę czasu. Wierz mi, że przebić się nie było łatwo. Ale w końcu usłyszeliśmy Freddiego i Alberta Kingów, Roberta Johnsona i kilku innych bluesmanów pochodzących z prowincji.
Co sądzisz o współczesnych ci białych muzykach tamtego okresu, także grających bluesa? Podobali ci się Rolling Stones, Animals i Yardbirds czy może próbę grania przez te zespoły muzyki czarnych uważałeś za nonsensowną?
W istocie nie było w tym snobizmu; wszyscy próbowaliśmy po swojemu zmierzyć się z bluesem. O Rolling Stones dowiedziałem się od Glyna Johnsa, inżyniera zatrudnionego w studiu nagraniowym. Byłem wówczas muzykiem sesyjnym, a on miał na ich punkcie bzika. W końcu i ja wybrałem się, by ich zobaczyć i posłuchać. Doprawdy, zrobili na mnie wrażenie. Rytmicznie świetni, na modłę Muddy'ego Watersa. Zwłaszcza Brian Jones brzmiał bardzo autentycznie.
Kamieniem milowym na drodze rozwoju brytyjskiego bluesa były występy i nagrania Sonny'ego Boya Williamsona z Erikiem Claptonem i Yardbirds. Clapton - wówczas członek zespołu - powiedział, że było to bardzo pouczające, ale z drugiej strony, jego zdaniem, nie wypadło dobrze. Co sądzisz o ich współpracy?
W pierwszej chwili wieść o tym mnie podekscytowała. Nikt nie oczekiwał, że Yardbirds zabrzmi jak zespół ze stajni Chess Records. Sądzę jednak, że chłopcy rzetelnie wykonali swoją robotę. Mieli własne podejście do bluesa, ale przecież nie było w tym nic złego. Tyle się wówczas działo, każdy starał się tchnąć w muzykę coś nowego.
Zatem postrzegałeś starania brytyjskie jako kolejny etap ewolucji bluesa?
Coś w tym rodzaju.
Czy zgadzasz się z twierdzeniem, że Led Zeppelin z bluesa uczynił medium służące stworzeniu czegoś nowoczesnego, prawie futurystycznego?
Jasne. Mieliśmy czarodziejską sekcję rytmiczną, czyż nie? Cokolwiek graliśmy, ona nadawała temu nowy wymiar. Dzięki niej Robert Plant i ja nie musieliśmy się wysilać. Nie byliśmy jednak jedyni - proszę pamiętać, że Cream i Jimi Hendrix uprawiali tę samą działkę. To Hendrix nadał bluesowi wymiar kosmiczny, nieprawdaż?
Wydaje się, że podzieliliście się na dwa obozy. Jeden tworzyli puryści, którzy dążyli do pełnego oddania brzmienia i ducha chicagowskiego bluesa. Drugi - ci, których bardziej interesowało poszerzenie formuły gatunku. Moim zdaniem wraz z Jeffem Beckiem należałeś do drugiej grupy. Czy uważano was za heretyków?
Obaj z Jeffem postrzegaliśmy muzykę w szerszym wymiarze, nigdy jednak nie uważałem, że zwalczam grających bluesa w sposób bardziej tradycyjny. Ceniłem dokonania purystów w rodzaju Claptona, było wielu innych równie błyskotliwych. Moim zdaniem nie znajdzie się lepszego przedstawiciela brytyjskiego bluesa niż Fleetwood Mac w oryginalnym składzie, z Jeremym Spencerem i Peterem Greenem.
Stałeś się znany jako członek zespołu Yardbirds, ale ciekawą muzyczną karierę zacząłeś już wcześniej, najpierw w Neil Christian and the Crusaders, później jako muzyk sesyjny i producent. Czy mógłbyś co nieco opowiedzieć o swoim życiu gitarzysty na samym początku lat 60.?
Z Neilem występowałem jeszcze jako nastolatek. Graliśmy po trosze wszystko - Chucka Berry'ego, kawałki Cheta Atkinsa i mnóstwo popu z tamtego okresu. Taaa... były to lata pomarańczowego gretscha.
Mieliśmy dobrą markę, ale podróżowanie z występu na występ miało bardzo spartański charakter; źle to znosiłem. Pamiętam, że kiedyś w drodze do któregoś z liverpoolskich klubów zepsuł się nam mikrobus i musieliśmy jechać autostopem. Dotarliśmy tak późno, że czasu starczyło tylko na czterdziestopięciominutowy występ. Jazda przygodnymi autami zmusiła nas do zabrania tylko gitar, musieliśmy skorzystać z cudzych wzmacniaczy. Zabrzmiało okropnie. Zabrakło pieniędzy, nocowaliśmy na podłodze w małym klubowym pomieszczeniu, gdzie stały biurowe krzesła i jakaś kozetka do udzielania pierwszej pomocy. Zimno było jak diabli.
Podróże i kiepskie warunki przyczyniły się do mojego zachorowania na mononukleozę zakaźną. Po zastanowieniu postanowiłem rzucić wszystko w diabły.
Zebrałem manatki, zdecydowałem się wrócić do college'u plastycznego, który przecież bardzo lubiłem. Miałem wówczas osiemnaście lat i ani mi w głowie było przejmowanie się tym, co będę robił w życiu.
Jak wróciłeś do grania?
W istocie nigdy nie przestałem grać. Na przykład w domu rodziców w niedzielne wieczory urządzałem jam session z udziałem Jeffa i innych muzyków. Później, w połowie 1962 r., Alexis Korner i Cyril Davies zaczęli organizować bluesowe improwizacje w czwartkowe wieczory w [londyńskim] klubie Marquee. Stały się dość popularne. Korzenie brytyjskiego boomu bluesowego tkwią właśnie w tamtym muzykowaniu. Schodzili się wszyscy muzycy, bo było to jedyne takie miejsce w mieście. Zacząłem regularnie do nich dołączać na estradzie; tam spotkałem Claptona i niektórych członków Rolling Stones. Zanim którykolwiek z nas stał się sławny.
To wówczas uznałem, że wciąż pałam namiętnością do grania. Imprezy w Marquee zyskiwały na popularności, ja zaś zacząłem być dopraszany do nagrań sesyjnych.
Jimmy Page ze swoją pierwszą gitarą elektryczną, 1958 r. (? Tony Busson).
Page z Carter-Lewis and the Southerners, 1963 r. (? Getty Images).
Jeff Beck i Jimmy Page (? Ross Halfin).
The Yardbirds w 1966 r. (od lewej): Jim McCarty, Chris Dreja, Keith Relf, Jimmy Page i Jeff Beck (? Bowstir Ltd. 2012, Gered Mankowitz/mankowitz.com).
Yardbirds w Danii, 1967 r. (? Jorgen Angel).
Page podczas dogrywania partii gitarowych do Whole Lotta Love - A&M Studios, Los Angeles, 1969 r. (? Chuck Boyd).
Led Zeppelin. Stoją od lewej: John Bonham, Robert Plant, Jimmy Page, John Paul Jones, 1968 r. (? Getty Images).
Page w swojej przystani w Pangbourne nad Tamizą, 1970 r. (? Mirrorpix).
Jack White i Jimmy Page, 2006 r. (? Ross Halfin).
Czarny pies przed Headley Grange - posiadłością, w której powstawał album Led Zeppelin IV (? Ross Hal?n).
Jimmy Page ze skrzypcowym smyczkiem, 1973 r. (? Carl Dunn).
Jimmy Page w Madison Square Garden, Nowy Jork, 1975 r. (? Neal Preston).
Członkowie zespołu Led Zeppelin i ich "Starship", 1973 r. (? Bob Gruen).
Jimmy Page, 1984 r. (? Neal Preston).
The Firm. Stoją od lewej: Paul Rodgers, Chris Slade, Jimmy Page i Tony Franklin, 1985 r. (? Neal Preston).
David Coverdale i Jimmy Page, 1993 r. (? Ross Hal?n).
Robert Plant wraz z Jimmym Page'em, grającym na dwuszyjkowym gibsonie "EDS-1275 6/12" (? Jim Marshall Photography LLC).
Znów razem, dwie minuty przed występem, 2007 r. (? Ross Hal?n).
Jimmy Page na promocyjnym zdjęciu z 1968 r. (? Dick Barnatt/Getty Images).
Wizerunki smoka i symbole astrologiczne naszyte na spodniach kostiumu Page'a (? Kazuyo Horie).
Jimmy Page - gitarzysta, kompozytor i producent - już od ponad pięćdziesięciu lat odciska piętno na muzyce współczesnej. Wyraziście, ale i bardzo subtelnie. Jeszcze jako nastolatek wraz z grupką innych muzyków przyczynił się do zaszczepienia amerykańskiego bluesa na Wyspach Brytyjskich. Wspólnie zapoczątkowali rewolucję, dzięki której na muzycznej scenie zaistnieli Rolling Stones, Jimi Hendrix i Cream. Wirtuozowskie popisy gitarowe Page'a słychać na niezliczonych nagraniach sesyjnych z lat 60. XX stulecia. Akompaniował tak różnym artystom, jak Nico, Joe Cocker, Donovan czy zespół Them. Tym samym ma udział w stworzeniu brzmienia londyńskich lat 60. - okresu młodzieżowej rewolucji kulturalnej, znanej jako "Swinging London". Nowatorski sposób gry, teksty i nagrania dokonane pod firmą Led Zeppelin zdominowały lata 70. Tamte wpływy wciąż słychać, mimo upływu kilku dziesięcioleci.
Jimmy Page, zda się niezmordowany, wciąż zdumiewa pomysłowością. Przykładem niedawna "fotoautobiografia" zatytułowana Jimmy Page by Jimmy Page - oryginalna, ze smakiem przygotowana publikacja, ilustrująca jego życie i karierę. A także nowa witryna internetowa - JimmyPage.com; zawartość świetnych graficznie stron powinna zadowolić oczekiwania legionu fanów na całym świecie, spragnionych wiedzy o tym, co obecnie zaprząta idola.
Wziąwszy pod uwagę osiągnięcia i bogate życie artysty, należałoby przypuszczać, że napisano o nim co najmniej kilka książek. To prawda, ale świat Jimmy'ego Page'a w znacznej mierze nadal pozostał nieodkryty.
Czyżby jeszcze jedna tajemnica Led Zeppelin? Tym razem nie, o jej wyjaśnienie nietrudno. Powodem jest wrodzona skrytość Jimmy'ego Page'a. W końcu to on jest tym człowiekiem, który podczas trzech koncertów zarejestrowanych na taśmie filmowej (The Song Remains the Same) wszedł w rolę eremity. Bodaj jeszcze większy wpływ miały niełatwe, czasem wrogie stosunki z dziennikarzami muzycznymi i krytykami, czyli osobami, z których grona wywodzą się autorzy biografii rockmanów.
Skąd ta wrogość? Wydaje się to absurdalne, ale datuje się na wczesne lata 70. Led Zeppelin kroczył własną drogą, a hołdująca obowiązującym ówcześnie trendom prasa często - mówiąc oględnie - nie okazywała entuzjazmu ani zespołowi, ani jego muzyce, dziś tak powszechnie wychwalanej.
Szczególną napastliwością wykazywał się magazyn "Rolling Stone". W 1968 r. na jego łamach krytyk John Mendelsohn zamieścił liczącą 389 słów wiwisekcję. Wynikało z niej, że na pierwszej płycie długogrającej zespół Led Zeppelin "nie zajął się tym, czego trzy miesiące wcześniej nie tknęła bliźniacza kapela Jeff Beck Group; zaś to, co nagrał, brzmi gorzej niż w wydaniu konkurencji". Kilka miesięcy później "Rolling Stone" ponownie powierzył Mendelsohnowi zrecenzowanie drugiego albumu zespołu, Led Zeppelin II, a ten uznał go za niegodny uwagi: "jeden bardzo ciężki utwór rozłożony na obie strony krążka".
Nie tylko magazyn "Rolling Stone" zagiął parol na zespół. W grudniu 1970 r. "Creem", wychodzące w Detroit legendarne czasopismo poświęcone rock and rollowi, opublikował wrogą antyrecenzję płyty Led Zeppelin III. Jej autor, Alex-ander Icenine, sięgnął po udawany narkotykowy bełkot w celu całkowitego zdeprecjonowania albumu.
Jak zareagował Jimmy Page na tę i inne "trzeźwe" recenzje swych dokonań? Po prostu wypiął się na wszystkich piszących o rock and rollu.
W miarę zyskiwania przez zespół renomy pisano o nim coraz przychylniej, a niechęć Page'a do dziennikarzy malała. Jednak zadra wywołana wcześniejszymi tekstami pozostała. Jaan Uhelszki, weteran rockandrollowego dziennikarstwa, wspomina rozmowę z Jimmym Page'em, do jakiej doszło podczas trasy koncertowej Led Zeppelin w 1977 roku. Wymiana zdań była tyleż pouczająca, co zabawna. "Od ponad tygodnia towarzyszyłem zespołowi na trasie koncertowej i wciąż nie udawało mi się nakłonić Jimmy'ego do udzielenia wywiadu. W końcu w ostatnim dniu grania zgodził się na oficjalne spotkanie, ale w obecności rzeczniczki. Z chwilą przystąpienia do wywiadu zorientowałem się, że Jimmy żądał, bym pytania kierował do niej, ona zaś przekazywała je jemu. Mimo że wszyscy mówiliśmy tym samym językiem, a ja siedziałem niespełna dwa metry od niego. I tak rozmawialiśmy mniej więcej przez godzinę".
Być może Page miał powody do przezorności. Większość dziennikarzy interesowały podejrzenia o zażywanie narkotyków, udział w seksualnych orgiach i paktowanie z diabłem. Prawdę powiedziawszy, tylko nieliczni traktowali go lub jego zespół z takim szacunkiem, jaki okazywali Keithowi Richardsowi, Johnowi Lennonowi czy Pete'owi Townshendowi. Na dłuższą metę i tak nie miało to znaczenia. Jimmy przekształcił obsesyjną dbałość o prywatność w istotny element aury tajemniczości, którą się otoczył. Stał się największą rockową zagadką.
Przyszło mi się z nią zmierzyć.
Pierwszą rozmowę z Page'em przeprowadziłem wiosną 1993 roku. Jako redaktor naczelny magazynu "Guitar World" przydzieliłem sobie przepytanie go o świeżą wówczas - i kontrowersyjną - współpracę z Davidem Coverdale'em z zespołu Whitesnake. Kierowały mną jednocześnie pobudki bardziej osobiste. Jako dziecko lat 70. dorastałem z muzyką Page'a z zespołami Yardbirds i Led Zeppelin; miałem ją prawie w genach. Zawsze z admiracją traktowałem jego innowacyjność jako gitarzysty, kompozytora i aranżera. Przekonany jestem, że w roli producenta dorównywał pomysłowością takim tuzom, jak Phil Spector i George Martin.
Jako dziennikarza zawsze intrygowało mnie, dlaczego nikt nigdy nie pytał go o sprawy zawodowe. Sądzę, że zastanawiało to także samego Page'a. A ja właśnie o nich pragnąłem przeczytać, a także napisać.
Oczywiście wiedziałem, że się jeży już na samą myśl o dziennikarzach. Nastawiłem się, że być może czeka mnie trudny czas. Nie chcę przez to powiedzieć, że zachowywaliśmy się jak para stworzeń pragnących zawłaszczyć ten sam żywopłot. Przeciwnie, przyznam, że interlokutora ucieszyła rozmowa o jego muzyce, prowadzona nieagresywnie i ze znawstwem przedmiotu. W trakcie pierwszej kilkugodzinnej rozmowy doszło do niegroźnego spięcia, gdy Page przesadnie komicznie zaczął udawać znużenie być może zbyt drobiazgowymi i specjalistycznymi pytaniami. Niezrażony kontynuowałem i stał się cud. Jimmy wytrzymał jeszcze kolejną godzinę indagacji bez okazywania jakichkolwiek manier rockowego gwiazdora. Dało się wyczuć, że jest szczęśliwy, prowadząc poważną rozmowę o swej muzyce - nie wyłącznie o Led Zeppelin, ale także o współpracy z Coverdale'em, której poświęcił już ponad rok.
Tamta rozmowa podsunęła mi pomysł napisania książki Światło i cień. Jimmy Page w rozmowach. Pod wieloma względami jest dalszym ciągiem naszego pierwszego spotkania. Według mego przekonania Page należy do najważniejszych niedocenianych muzyków ostatniego stulecia. Bez wahania umieszczam go w jednym szeregu z takimi mistrzami, jak Muddy Waters, Miles Davis i Chuck Berry - wizjonerami, którzy zasypali przepaść między artyzmem a sukcesem komercyjnym. Muzyka Page'a wytrzymała próbę czasu, intryguje kolejne pokolenia fanów, którzy przyszli na świat lata po tym, jak Led Zeppelin oznajmił zakończenie działalności. Słowa, pomysły i życie lidera zespołu mają historyczne znaczenie. Postawiłem sobie za cel sprowokowanie tego człowieka - słynącego ze skrzętnego krycia się za zasłoną prywatności - do szczegółowego opowiedzenia o swojej długiej, legendarnej karierze. Rozmawiania z nim, gdy tylko nadarzy się do tego sposobność. I jak się okazało, mój bohater często się odsłaniał. Stanowisku w "Guitar World" zawdzięczałem, że w ciągu dwudziestu lat miałem wiele okazji do pogawędek z Jimmym. Nie mam podstaw do twierdzenia, że zostaliśmy przyjaciółmi, ale z pewnością łączą nas przyjacielskie stosunki. Potrafiliśmy się porozumieć, w czym wydatnie pomagał obopólny profesjonalizm. Okazaliśmy sobie szacunek.
Ów "obopólny profesjonalizm" w przypadku mojego rozmówcy oznaczał wolę do dzielenia się informacjami oraz grzeczność i rewerencję, z jakimi się do mnie odnosił - tak długo, jak długo przestrzegałem kilku niepisanych zasad. Oczekiwał, że będę starannie przygotowany do spotkań - będę znał fakty, a nasza rozmowa przede wszystkim dotyczyć będzie kwestii muzycznych. Jak długo dotrzymywałem dobitego targu (raz jeszcze podkreślam, że nie było żadnych wcześniejszych werbalnych ustaleń), tak długo Page trzymał klasę i udzielał odpowiedzi na większość pytań. Najszczerzej jak potrafił.
Czego nie lubił? Pytań nieprecyzyjnych, takich, które wymagały od niego spekulowania na temat, co inni myślą o jego muzyce. A także wszystkiego, co wymuszało powiedzenie czegoś złego o innym twórcy. Każde z wymienionych mogło w jednej chwili zakończyć pogodną pogawędkę, i to na bardzo długo. Jako dziennikarz od czasu do czasu uważałem te ograniczenia za zbyt daleko idące. Nigdy jednak na poważnie nie odczułem z tego powodu dyskomfortu; "muzyczne poletko" do uprawiania było bowiem bardzo rozległe.
Skoro jesteśmy przy tym, co zakazane, warto chwilę zatrzymać się przy zainteresowaniach Page'a okultyzmem (to jedno z pierwszych pytań, jakie mi zadają na wieść, że spędziłem z nim sporo czasu). Wbrew powszechnej opinii nigdy w istocie nie krył fascynacji magią (ale nie tą znaną ze scen) i metafizyką, zwłaszcza w muzyce. Uznał jednak, że niewiele przemawia za publicznym zgłębianiem tych zagadnień, gdyż jego opiniom nada się wymiar sensacji, zrozumie je opacznie albo wyjmie z kontekstu. Uważał, że w ten sposób dojdzie do trywializacji ważnych dlań idei, że zostanie uznany za ekscentryka. Dość uczciwe postawienie sprawy.
Uderzyło mnie jednak, że studia, jakim się poświęca, są ważnym elementem jego twórczości. Zdecydowałem więc wypełnić treścią kilka niezapisanych stron, opowiedzieć o jego zainteresowaniach tam, gdzie było to stosowne. Jeśli pobudziłem tym zainteresowanie szczegółami magii, metafizyki i astrologii, tym lepiej.
Pomijając kwestie związane z abrakadabrą, książka ma bardzo szczególny wymiar. Nie jest autobiograficzną opowieścią w tradycyjnym ujęciu. Raczej - taką mam nadzieję - objaśniającą i precyzyjną prezentacją muzycznego życia rockandrollowego geniusza, opowiedzianą jego własnymi słowami. W muzycznym filmie dokumentalnym Będzie głośno Jimmy streszcza, co rozumie jako "światło i cień": "Dynamikę [...] od szeptu po grzmot; dźwięki, które wciągają i odurzają. Najbardziej zafascynowało mnie w gitarze to, że w każdych rękach brzmi inaczej. Każdy gra po swojemu, a ona zawsze pozwala ujawnić osobowość". Mogą Państwo potraktować tę książkę jako rozwinięcie tych elementarnych pojęć. Jako rzadką okazję do wysłuchania, jak wybitny artysta objaśnia swą muzykę.
Sporadycznie znajdą Państwo na kartach książki wypowiedzi także innych twórców. Niektóre zamieściłem po to, by cennymi obserwacjami czynionymi z boku opatrzyć historyczne i muzyczne opinie wyrażone przez bohatera. Inne - by narrację Jimmy'ego uzupełnić ciekawymi szczegółami. Na przykład przywołałem rozważania Johna Varvatosa o Page'u i jego wpływie na świat mody, gdyż uważam, że ten stylista ma szczególne kwalifikacje do omawiania zagadnień, które - jestem o tym przekonany - są ważną częścią spuścizny artysty.
Każda z takich dygresji miała podkreślić światłocień na portrecie bogatej osobowości.
Brad Tolinski 22 grudnia 2011 roku
Przede wszystkim należą się Jimmy'emu Page'owi za cierpliwość i czas, jaki przez lata zechciał mi poświęcić. Każdy wywiad z nim przebiegał mniej więcej tak: pierwsza godzina - świetnie, w drugiej zaczynał być lekko znudzony, w trzeciej dyskretnie rozglądał się za najbliższym wyjściem. Niech go Pan ma w swej opiece za to, że zawsze dematerializował się z wielkim taktem.
Następnie wyrażam wdzięczność Rossowi Hal?nowi, memu ulubionemu rockandrollowemu fotografikowi, oraz jego asystentowi Kazuyo Horiemu. Ross - którego prace zdobią książkę - najlepiej fotografuje Jimmy'ego. Wraz z Kazem są dla mnie cudownymi kompanami, ilekroć zawitam do Londynu.
Kilka razy podczas wywiadów z Jimmym wspierał mnie energiczny Greg Di Benedetto. Będąc sam wybornym gitarzystą - gdy urywał mi się wątek - wchodził na chwilę w moją rolę. I za to mu dziękuję.
Pragnę się też skłonić przed Alexisem Cookiem, Chrisem Scapellitim, Alanem di Perną, Haroldem Steinblattem i Johnem Bednarem. Alexis jest błyskotliwym dyrektorem artystycznym i pomógł mi zaprojektować dość złożone wnętrze niniejszej książki. Chris był najbliższym doradcą, Alan pozwalał do woli szukać po swoich najlepszych tekstach o solowej karierze Page'a. Pan Steinblatt okazał się nieoceniony przy ostatecznych korektach, zwykle za pięć dwunasta. Pan Bednar, wytrawny znawca techniki gitarowej, zaznajomił mnie ze sprzętem używanym przez Jimmy'ego. Cała piątka zasłużyła na szczególne miejsce w niebie.
Za wsparcie - mimo że na dobry rok przeniosłem się do kuchni z komputerem i szpargałami - wyrazy uwielbienia należą się mojej żonie Lorindzie, synowi Kane'owi i córce Nico.
Dziękuję także: Phyllis z Thelesis Lodge - filadelfijskiego oddziału Ordo Templi Orientis, Chrisowi Drejy, Johnowi Varvatosowi, Paulowi Rodgersowi, memu wyśmienitemu agentowi Davidowi Duntonowi, świetnemu redaktorowi Charlesowi Conradowi, Joemu Bosso, Margaret Santangelo, Dave'owi Lewisowi, Peterowi Makowskiemu, Dave'owi Brolanowi, Billowi McCue'emu, Steve'owi Karasowi, Jaanowi Uhelszkiemu, Izzy'emu Zay. A także pracownikom "Guitar World": Anthony'emu Danziemu, Jimmy'emu Brownowi, Tomowi Beaujourowi i Jeffowi Kittsowi - pozwalali mi wagarować, gdy zbliżał się termin oddania książki wydawcy. Nie podołałbym bez Was!
PUBLIKACJE KSIĄŻKOWE
Case George, Jimmy Page: Magus, Musician, Man, New York, Hal Leonard Books, 2007.
Clayson Alan, The Yardbirds, San Francisco, Backbeat Books, 2002.
Crowley Aleister, ed. The Goetia: The Lesser Key of Solomon the King, transl. Samuel Liddell MacGregor Mathers, York Beach, Me., Weiser Books, 1995.
Daniels Neil, Robert Plant: Led Zeppelin, Jimmy Page and the Solo Years, Church Stretton, Shropshire, Independent Music Press, 2008.
Lewis Dave, Simon Pallett, Led Zeppelin: The Concert File, London-New York, Omnibus Press, 2005.
PUBLIKACJE W CZASOPISMACH
Behutet Editors, Interview: Eric Hill, Manager of London's Equinox Book Shop [w:] "Behutet" 37, Vernal Equinox 2008.
Blake Mark, Graffiti Art [w:] "Guitar World", May 2005.
Bosso Joe, Greg Di Benedetto, Physical Riffiti [w:] "Guitar World", January 1991.
Burroughs William S., Rock Magic [w:] "Crawdaddy", June 1975.
Di Perna Alan, Birds of a Feather [w:] "Guitar World", May 1995.
Di Perna Alan, Higher Ground [w:] "Guitar World", June 1998.
Harper Clive, The Equinox Bookshop: Some Images and Impressions [w:] "Behutet" 33, Vernal Equinox 2007.
Houghton Mick, The Jimmy Page Page [w:] "Sounds", July 10, 1976.
Icenine Alexander, Led Zeppelin III [w:] "Creem", December 1970.
Ingham John, Technological Gypsy [w:] "Sounds", March 13, 1975.
Makowski Peter, Speak of the Devil [w:] "Guitar World", Holiday 2006.
Mendelsohn John, Led Zeppelin I [w:] "Rolling Stone", March 1969.
Mendelsohn John, Led Zeppelin II [w:] "Rolling Stone", December 1969.
Rosen Steven, Jimmy Page: The Interview [w:] "Guitar World", July 1986.
WITRYNY INTERNETOWE
www.jimmypage.com
www.ledzeppelin.com
www.led-zeppelin.org
www.tightbutloose.co.uk
www.wholelottaled.webs.com
To opowieść stara jak świat, fundament wielu prehistorycznych mitów. Ubogi młodzieniec trafia na tajemniczy talizman, którego moc odmieni życie znalazcy. Chłopiec zaczyna długą wędrówkę, podczas której poddawane są próbie jego umiejętności, siła oraz zdolność do przezwyciężania przeciwności losu. Ostatecznie udaje się mu uwolnić moc cudownego przedmiotu. Zyskuje sławę, chwałę, a często także zmienia kosmiczny porządek. Tak też było z Jimmym Page'em, założycielem zespołu Led Zeppelin, jedną z największych gitarowych legend rocka.
James Patrick Page urodził się w niedzielę 9 stycznia 1944 roku. Rodzice - James i Patricia - mieszkali wówczas w londyńskim Hounslow. Hałas dobiegający z niedalekiego lotniska Heathrow skłonił ich, po mniej więcej dziesięciu latach, do przeprowadzki w cichszą okolicę - do Epsom w hrabstwie Surrey. Sam Page podsumował epizod żartobliwym: "gdy zleciały się odrzutowce, rodzina odleciała". Cała historia na dobre zaczęła się właśnie w Surrey.
"W przenosinach do Epsom najdziwniejszym wydarzeniem było znalezienie w nowym domu gitary - usłyszał w 2004 r. od Page'a brytyjski dziennikarz Charles Shaar Murray. - Nie wiem, czy pozostała po poprzednich lokatorach, czy należała do ich znajomych. Nikt nie miał pojęcia, skąd się wzięła".
Przesadą byłaby sugestia, że zrządzeniem opatrzności Jimmy natknął się na tajemniczo podrzuconą gitarę. Nie ma natomiast wątpliwości, że osiągnięcie perfekcji w posługiwaniu się nieoczekiwanym prezentem uznał za przeznaczenie. Natchnieniem okazał się człowiek, którego pewnego dnia miliony okrzyknęły królem. Jimmy podkreślał, że to Baby Let's Play House Presleya - w którym słychać grane przez Scotty'ego Moore'a nasycone pogłosem frazy rockabilly - znalazło się w zestawie najważniejszych utworów popychających go w stronę poważnego zainteresowania się muzyką. "Usłyszałem tę płytę i zapragnąłem stać się jej częścią - wyjaśniał. - Czułem, że coś w niej jest".
Trzynastoletni Page strojenia gitary nauczył się od szkolnych kolegów, a kilku podstawowych akordów - od okolicznych muzyków. To wszystko - był bowiem przede wszystkim samoukiem. Ze słuchu uczył się grać piosenki ówczesnej brytyjskiej skiflowej gwiazdy Lonniego Donegana czy pierwszych amerykańskich rockmanów w rodzaju Elvisa Presleya, Eddiego Cochrana oraz Gene'a Vincenta.
Gitarowe zacięcie syna zrobiło na ojcu wrażenie. Sprezentował mu akustyczny instrument: lśniącą gitarę "President" marki Höfner, z otworami rezonansowymi w kształcie f. Przypominała duże gibsony, których używali jego idole: Moore i Chuck Berry. Po niespełna roku Page był na tyle dobry, że został zakwalifikowany do udziału w telewizyjnej audycji BBC All Your Own. Huw Wheldon prezentował w niej młode talenty. Jimmy zagrał dwa utwory; na wideo z 1958 r. widać nad wiek sprawnie grającego chłopaka, pewnie podrygującego w takt dość nowego utworu Mama Don't Allow No Skiffle Around Here i starego kawałka Leadbelly'ego Cotton Fields.
Wkrótce Jimmy kupił sobie pierwszą gitarę elektryczną z prawdziwego zdarzenia - trzyprzetwornikową "Resonet Grazioso Futurama" model 1958. Instrument wyglądem przypominał eleganckiego fendera "Stratocaster", cenionego przez gwiazdy rocka pokroju Buddy'ego Holly'ego. Page doskonalił rzemiosło, grając w rozmaitych zespołach z Epsom. W 1960 r. wpadł w oko menedżerowi muzycznemu Chrisowi Tidmarshowi. Ten postanowił włączyć chłopaka do rockowego bandu Red E. Lewis and the Red Caps. Nazwa zespołu była poniekąd hołdem złożonym idolom Page'a: Gene'owi Vincentowi and the Blue Caps.
Nasz bohater wspomina ówczesne występy jako zabawne, choć burzliwe. "Wciąż chodziłem do szkoły, mogliśmy koncertować tylko w weekendy. Było to pouczające doświadczenie. Niemal podczas każdego występu wybuchała bójka. Nie były to typowe dla tamtych czasów starcia, w których dochodziło do postrzeleń, dźgano się nożami, zdarzały się nawet ofiary śmiertelne. Bójki bardziej przypominały brutalny sport. Zasadniczo przegrywał koleś, który pierwszy wylądował na podłodze. I tyle. Musiałem się jednak nauczyć spuszczać głowę i grać, bez względu na okoliczności".
Kilka miesięcy po dołączeniu Jimmy'ego do Red Caps Tidmarsh zmienił nazwisko na Neil Christian, wyrzucił Reda E. Lewisa i sam został solistą. Zespół pod nową nazwą - Neil Christian and the Crusaders - ruszył w trasę koncertową, występując w klubach całej Anglii. Niemałą część popularności kapela zawdzięczała cudownemu chłopakowi o nazwisku Page. Na nowym nabytku - gitarze "Chet Atkins Country Gentleman" firmy Gretsch - potrafił naśladować hity tamtego okresu. Od dynamicznych rockowych i rhythmandbluesowych kawałków Chucka Berry'ego i Little Richarda po wolniejsze, w rodzaju Sleep Walk z repertuaru Santy i Johnny'ego. Jimmy potrafił zagrać wszystko, co znalazło się w pierwszej dwudziestce listy przebojów. Stylowo i z polotem.
Koncerty zawsze ekscytowały, ale ich częstość, napięty terminarz i warunki życia na trasie były trudne do zniesienia. Przez następne dwa lata Neil Christian and the Crusaders zasadniczo mieszkali w mikrobusie i klubach, które ich zakontraktowały. Sypiali na podłodze albo na skrzyniach z instrumentami.
Któregoś letniego wieczoru 1962 r. Page po występie zasłabł. Zdiagnozowano u niego odmianę mononukleozy. Wkrótce dostał wymówienie.
Oswajanie się Jimmy'ego z branżą rozrywkową nie należało do najłatwiejszych, ale nie ma wątpliwości, że już jako osiemnastolatek był ukształtowanym gitarzystą, dojrzalszym, niżby wskazywał na to wiek. Zyskał tak dobrą reputację, że - jeszcze jako muzyk Crusaders - w 1962 r. został zaproszony na sesję nagraniową z dwoma najbardziej cenionymi angielskimi rockmanami: basistą Jetem Harrisem i perkusistą Tonym Meehanem. Obaj byli członkami największej gwiazdy brytyjskiej estrady - zespołu The Shadows. Owocem sesji było nagranie skomponowanego przez Jerry'ego Lordana instrumentalnego utworu zatytułowanego Diamonds. Na początku 1963 r. trafił na czołowe miejsca list przebojów Zjednoczonego Królestwa. W tym samym czasie brytyjski wirtuoz bluesowej harmonijki ustnej, Cyril Davies, zaproponował Page'owi przyłączenie się do wpływowego rhythmandbluesowego All-Star Band. Jimmy, już bogatszy o doświadczenia z Crusaders, z ostrożnością podszedł do objazdowych koncertów.
Podczas rekonwalescencji zaczął rozmyślać o przyszłości. Uwielbiał grę na gitarze, ale okres spędzony w zespole Neila Christiana podsunął mu także inny pomysł na życie niż kariera muzyka. W wolnym czasie dużo malował i rysował, zdecydował się na naukę w Sutton Art College (hrabstwo Surrey). Przez następne półtora roku przykładnie studiował, ale jednocześnie - kto wie czy nie równie sumiennie - grał na gitarze.
Wieczorami zaczął bywać w coraz liczniejszych londyńskich klubach bluesowych, tłocznych przybytkach w rodzaju Richmond's Crawdaddy czy Marquee. Brytyjski boom bluesowy jeszcze nie zaczął się na dobre, ale sam Page był dobrze obeznany z muzyką amerykańskiego Południa. Zainteresowanie nią - które jeszcze przed laty ustąpiło fascynacji ukochanym rockabilly - nie całkiem wygasło wyłącznie dzięki miejscowym wielbicielom rhythm and bluesa i zbieraczom płyt.
Na równi z frazami Cliffa Gallupa (gitarzysty Gene'a Vincenta) i Jamesa Burtona (gitarzysty Ricky'ego Nelsona) Page delektował się i chłonął solówki oraz rytmy muzyków tej klasy co Hubert Sumlin, Elmore James czy Matt "Guitar" Murphy (gitarzysta Memphisa Slima). Jeszcze jako członek Crusaders próbował włączyć do repertuaru muzykę, która go zafascynowała, ale nie pasowała do mainstreamowych, tanecznych gustów tych, z których przede wszystkim składała się klubowa publiczność.
Czasy się jednak zmieniały i rok, dwa lata później brytyjscy fani zaczęli się coraz bardziej interesować muzykowaniem czarnych Amerykanów. W północnej części Anglii Beatlesi z coraz większym powodzeniem wykonywali kawałki z rhythmandbluesowego katalogu wytwórni Motown. Natomiast na południu kraju grupka muzyków wzięła na warsztat surowy, elektryczny blues spod znaku Chess Records i innych chicagowskich wytwórni. W 1962 r. grający na harmonijce Cyril Davies i gitarzysta Alexis Korner wraz z zespołem Blues Incorporated zapoczątkowali w klubie Marquee nowe, coczwartkowe imprezy. Ich występy stały się miejscem spotkań hipsterów i muzyków z entuzjazmem przyjmujących grę Muddy'ego Watersa, Howlin' Wolfa i innych gigantów chicagowskiego bluesa. Niebawem i Jimmy'ego poproszono, by został frontmanem zespołu, który grał w Marquee w przerwach między występami gwiazd.
Wtedy poczuł, jak bardzo pasjonuje go gitara. Rozmyślaniom nad przyszłością w sukurs przyszedł przypadek, zrządzenie losu. Ponieważ Page'a zapraszano do udziału w kolejnych sesjach nagraniowych, zaczął rozważać, czy aby zostanie gitarzystą sesyjnym (studyjnym) nie zapewni utrzymania bez potrzeby wyjazdów na trasy koncertowe.