Światło i cień. Jimmy Page w rozmowach - Brad Tolinski

-
Proszę czekać

 

Jak wie­lu mło­dych w tam­tym okre­sie, po­ko­cha­łem pod­krę­ca­ne gi­ta­rą roc­ka­bil­ly Elvi­sa i Ge­ne'a Vin­cen­ta. Dziś mnie to zdu­mie­wa: par­tie gi­ta­ro­we ser­wo­wa­no oszczęd­nie, ja zaś by­łem ni­mi tak prze­ję­ty, że wy­da­ły mi się bar­dzo gło­śne - to się li­czy­ło. Na­wy­kłem do słu­cha­nia mu­zy­ki. Za po­śred­nic­twem gło­śni­ka wra­ca­łem do wła­sne­go wy­ima­gi­no­wa­ne­go świa­ta. Wy­obra­ża­łem so­bie, że sie­dzę w stu­diu z twór­ca­mi i tech­ni­ka­mi, ra­zem z ni­mi prze­słu­chu­ję po­gło­sy, two­rzę mu­zy­kę. Pew­nie stwa­rza­łem so­bie ilu­zje, ale są­dzę, że po­tra­fi­łem iden­ty­fi­ko­wać róż­ni­ce w brzmie­niu ko­lej­nych wer­sji na­gra­nia i wska­zać, co ta­kie­go za­sto­so­wa­no. Nie­któ­re echa i po­gło­sy zda­wa­ły się po­ru­szać zie­mię w po­sa­dach. Gdy dziś wra­cam do tych sa­mych płyt, sły­szę, że te wszyst­kie efek­ty by­ły za­le­d­wie tłem. Do­wo­dzi to, jak in­ten­syw­nie ana­li­zo­wa­li­śmy tam­te na­gra­nia, jak by­li­śmy głod­ni no­wi­nek. Wszy­scy - Eric Clap­ton, Jeff Beck i nam współ­cze­śni - prze­szli tę sa­mą dro­gę. Tam­te pierw­sze pły­ty roc­ko­we i blu­eso­we bar­dzo nas in­try­go­wa­ły.

Kie­dy w po­lu wi­dze­nia zna­lazł się blu­es?

Dość pręd­ko zo­rien­to­wa­łem się, że nie­któ­re z lu­bia­nych prze­ze mnie pio­se­nek Elvi­sa: Ho­und Dog czy Milk Cow Blu­es, w ory­gi­na­le zo­sta­ły stwo­rzo­ne i na­gra­ne przez blu­esma­nów. Za­czę­li­śmy od­kry­wać ta­kie po­sta­cie, jak Ar­thur Cru­dup - au­tor Pre­sley­ow­skie­go prze­bo­ju That's All Ri­ght. Dzię­ki te­mu, krok po kro­ku, po­sze­rza­ło się ro­zu­mie­nie i po­strze­ga­nie mu­zycz­ne­go spek­trum. Od­kry­wa­nie mu­zy­ki upodob­ni­ło się do roz­kła­da­nia zwi­nię­te­go w ru­lon go­be­li­nu.

Dzię­ki przy­ja­cie­lo­wi, zbie­ra­czo­wi płyt, za­czą­łem się­gać do mu­zycz­nych źró­­deł. Miał za­ska­ku­ją­co ob­szer­ną ko­lek­cję blu­eso­wych al­bu­mów. Nie ską­pił mi ich słu­cha­nia. Ani w ra­diu, ani w klu­bach tak na­praw­dę jesz­cze nie sły­sza­ło się blu­esa; wciąż nie wy­szedł z pod­zie­mia. O pły­ty by­ło nie­ła­two.

Nie­trud­no za­uwa­żyć, że cią­gnę­ło mnie do roc­ka i blu­esa. By­łem gi­ta­rzy­stą, a oba te ga­tun­ki są bar­dzo gi­ta­ro­cen­trycz­ne. Je­śli w tam­tym okre­sie by­ło się gi­ta­rzy­stą, mia­ło się nie­za­spo­ko­jo­ny ape­tyt na Chuc­ka Ber­ry'ego i wszyst­ko, co blu­eso­we, z Chi­ca­go.

Blu­es trak­to­wał o sek­sie i dia­ble, za­tem jed­no i dru­gie mu­sia­ło za­in­te­re­so­wać mło­de­go chło­pa­ka.

Kie­dy po raz pierw­szy słu­cha­łem tych pie­śni, istot­nie prze­cho­dzi­ły mi ciar­ki po ple­cach. Tak jest do dziś.

Nie by­ło tak źle, wo­kół by­li in­ni, au­ten­tycz­nie za­ko­cha­ni w roc­ku, blu­esie i rhy­thm and blu­esie; i oni za­czę­li zbie­rać te nie­zna­ne pły­ty. Nie­ba­wem dzia­ła­ła już gru­pa, któ­rej człon­ko­wie wy­mie­nia­li się bądź han­dlo­wa­li na­gra­nia­mi. Moż­na by­ło wy­po­ży­czyć pły­tę, by po­pra­co­wać nad ta­ką czy in­ną so­lów­ką. Ni­ko­go z nas w isto­cie nie by­ło stać na kup­no tych wszyst­kich rzad­kich, im­por­to­wa­nych al­bu­mów. Tak to się to­czy­ło. To był bar­dzo, bar­dzo waż­ny okres.

Wy­łą­cza­jąc ko­lek­cjo­ne­rów płyt, kim jesz­cze by­li bo­ha­te­ro­wie upo­wszech­nia­nia blu­esa i roc­ka w An­glii?

Trze­ba wy­mie­nić Ale­xi­sa Kor­ne­ra i Cy­ri­la Da­vie­sa, któ­rzy mie­li swój ze­spół - Blu­es In­cor­po­ra­ted. Ale­xis grał na gi­ta­rze aku­stycz­nej, Cy­ril - wy­śmie­ni­cie na harmonijce ustnej wzmacnianej elek­trycz­nie. W la­tach 60. w klu­bie Ma­rqu­ee w czwart­ko­we wie­czo­ry re­gu­lar­nie by­li go­spo­da­rza­mi blu­eso­wych jam ses­sion. W owym cza­sie w Lon­dy­nie ni­gdzie in­dziej cze­goś ta­kie­go nie by­ło. Wy­stę­po­wa­li tam Rol­ling Sto­nes, za­nim sta­li się sław­ni, wśród wi­dzów by­wał Clap­ton, ja sam często uczest­ni­czy­łem w jam ses­sion urzą­dza­nych mię­dzy wy­stę­pa­mi.

Za­słu­gą Ale­xi­sa by­ło spro­wa­dze­nie do An­glii po raz pierw­szy blu­eso­wych wy­ko­naw­ców, ta­kich jak Mud­dy Wa­ters oraz Son­ny Boy Wil­liam­son. Coś nie­sa­mo­wi­te­go.

Czy Ma­rqu­ee by­ło du­żym klu­bem?

Przy­pusz­czam, że mie­ści­ło się tam kil­ka­set osób. W tam­tym cza­sie klub wy­da­wał mi się wiel­ki, sło­wo! [śmiech] Mia­łem ogrom­ne au­dy­to­rium.

Pa­mię­tam, jak pew­ne­go wie­czo­ru w Ma­rqu­ee po­ja­wił się Mat­thew Mur­phy. Pa­no­wał ścisk, wszy­scy bo­wiem uwiel­bia­li je­go grę. Spoj­rzał na na­krę­co­ne, go­to­we do słu­cha­nia roc­ka to­wa­rzy­stwo, po czym rzu­cił: "Mam ocho­tę za­grać na jaz­zo­wą nu­tę". Roz­legł się jęk za­wo­du. Czyż to nie za­baw­ne?

Ja­ki ro­dzaj mu­zy­ki wte­dy gra­łeś?

Sta­ra­łem się grać jak Matt Mur­phy! [śmiech] Są­dzę, że gra­łem też nie­co ka­wał­ków Fred­die­go Kin­ga.

Czy wy­da­nie w 1961 r. King of the Del­ta Blu­es Sin­gers Ro­ber­ta John­so­na sta­ło się waż­nym wy­da­rze­niem w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie?

Tak, ale mu­sia­ło mi­nąć tro­chę cza­su. Wierz mi, że prze­bić się nie by­ło ła­two. Ale w koń­cu usły­sze­li­śmy Fred­die­go i Al­ber­ta Kin­gów, Ro­ber­ta John­so­na i kil­ku in­nych blu­esma­nów po­cho­dzą­cych z pro­win­cji.

Co są­dzisz o współ­cze­snych ci bia­łych mu­zy­kach tam­te­go okre­su, tak­że gra­ją­cych blu­esa? Po­do­ba­li ci się Rol­ling Sto­nes, Ani­mals i Yard­birds czy mo­że pró­bę gra­nia przez te ze­spo­ły mu­zy­ki czar­nych uwa­ża­łeś za non­sen­sow­ną?

W isto­cie nie by­ło w tym sno­bi­zmu; wszy­scy pró­bo­wa­li­śmy po swo­je­mu zmie­rzyć się z blu­esem. O Rol­ling Sto­nes do­wie­dzia­łem się od Gly­na John­sa, in­ży­nie­ra za­trud­nio­ne­go w stu­diu na­gra­nio­wym. By­łem wów­czas mu­zy­kiem se­syj­nym, a on miał na ich punk­cie bzi­ka. W koń­cu i ja wy­bra­łem się, by ich zo­ba­czyć i po­słu­chać. Do­praw­dy, zro­bi­li na mnie wra­że­nie. Ryt­micz­nie świet­ni, na mo­dłę Mud­dy'ego Wa­ter­sa. Zwłasz­cza Brian Jo­nes brzmiał bar­dzo au­ten­tycz­nie.

Ka­mie­niem mi­lo­wym na dro­dze roz­wo­ju bry­tyj­skie­go blu­esa by­ły wy­stę­py i na­gra­nia Son­ny'ego Boya Wil­liam­so­na z Eri­kiem Clap­to­nem i Yard­birds. Clap­ton - wów­czas czło­nek ze­spo­łu - po­wie­dział, że by­ło to bar­dzo po­ucza­ją­ce, ale z dru­giej stro­ny, je­go zda­niem, nie wy­pa­dło do­brze. Co są­dzisz o ich współ­pra­cy?

W pierw­szej chwi­li wieść o tym mnie pod­eks­cy­to­wa­ła. Nikt nie ocze­ki­wał, że Yard­birds za­brzmi jak ze­spół ze staj­ni Chess Re­cords. Są­dzę jed­nak, że chłop­cy rze­tel­nie wy­ko­na­li swo­ją ro­bo­tę. Mie­li wła­sne po­dej­ście do blu­esa, ale prze­cież nie by­ło w tym nic złe­go. Ty­le się wów­czas dzia­ło, każ­dy sta­rał się tchnąć w mu­zy­kę coś no­we­go.

Za­tem po­strze­ga­łeś sta­ra­nia bry­tyj­skie ja­ko ko­lej­ny etap ewo­lu­cji blu­esa?

Coś w tym ro­dza­ju.

Czy zga­dzasz się z twier­dze­niem, że Led Zep­pe­lin z blu­esa uczy­nił me­dium słu­żą­ce stwo­rze­niu cze­goś no­wo­cze­sne­go, pra­wie fu­tu­ry­stycz­ne­go?

Ja­sne. Mie­li­śmy cza­ro­dziej­ską sek­cję ryt­micz­ną, czyż nie? Co­kol­wiek gra­li­śmy, ona nada­wa­ła te­mu no­wy wy­miar. Dzię­ki niej Ro­bert Plant i ja nie mu­sie­li­śmy się wy­si­lać. Nie by­li­śmy jed­nak je­dy­ni - pro­szę pa­mię­tać, że Cre­am i Ji­mi Hen­drix upra­wia­li tę sa­mą dział­kę. To Hend­rix na­dał blu­eso­wi wy­miar ko­smicz­ny, nie­praw­daż?

Wy­da­je się, że po­dzie­li­li­ście się na dwa obo­zy. Je­den two­rzy­li pu­ry­ści, któ­rzy dą­ży­li do peł­ne­go od­da­nia brzmie­nia i du­cha chi­ca­gow­skie­go blu­esa. Dru­gi - ci, któ­rych bar­dziej in­te­re­so­wa­ło po­sze­rze­nie for­mu­ły ga­tun­ku. Mo­im zda­niem wraz z Jef­fem Bec­kiem na­le­ża­łeś do dru­giej gru­py. Czy uwa­ża­no was za he­re­ty­ków?

Obaj z Jef­fem po­strze­ga­li­śmy mu­zy­kę w szer­szym wy­mia­rze, ni­gdy jed­nak nie uwa­ża­łem, że zwal­czam gra­ją­cych blu­esa w spo­sób bar­dziej tra­dy­cyj­ny. Ce­ni­łem do­ko­na­nia pu­ry­stów w ro­dza­ju Clap­to­na, by­ło wie­lu in­nych rów­nie bły­sko­tli­wych. Mo­im zda­niem nie znaj­dzie się lep­sze­go przed­sta­wi­cie­la bry­tyj­skie­go blu­esa niż Fle­etwo­od Mac w ory­gi­nal­nym skła­dzie, z Je­re­mym Spen­ce­rem i Pe­te­rem Gre­enem.

Sta­łeś się zna­ny ja­ko czło­nek ze­spo­łu Yard­birds, ale cie­ka­wą mu­zycz­ną ka­rie­rę za­czą­łeś już wcze­śniej, naj­pierw w Ne­il Chri­stian and the Cru­sa­ders, póź­niej ja­ko mu­zyk se­syj­ny i pro­du­cent. Czy mógł­byś co nie­co opo­wie­dzieć o swo­im ży­ciu gi­ta­rzy­sty na sa­mym po­cząt­ku lat 60.?

Z Ne­ilem wy­stę­po­wa­łem jesz­cze ja­ko na­sto­la­tek. Gra­li­śmy po tro­sze wszyst­ko - Chuc­ka Ber­ry'ego, ka­wał­ki Che­ta At­kin­sa i mnó­stwo po­pu z tam­te­go okre­su. Ta­aa... by­ły to la­ta po­ma­rań­czo­we­go gret­scha.

Mie­li­śmy do­brą mar­kę, ale po­dró­żo­wa­nie z wy­stę­pu na wy­stęp mia­ło bar­dzo spar­tań­ski cha­rak­ter; źle to zno­si­łem. Pa­mię­tam, że kie­dyś w dro­dze do któ­re­goś z li­ver­po­ol­skich klu­bów ze­psuł się nam mi­kro­bus i mu­sie­li­śmy je­chać au­to­sto­pem. Do­tar­li­śmy tak póź­no, że cza­su star­czy­ło tyl­ko na czter­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­to­wy wy­stęp. Jaz­da przy­god­ny­mi au­ta­mi zmu­si­ła nas do za­bra­nia tyl­ko gi­tar, mu­sie­li­śmy sko­rzy­stać z cu­dzych wzmac­nia­czy. Za­brzmia­ło okrop­nie. Za­bra­kło pie­nię­dzy, no­co­wa­li­śmy na pod­ło­dze w ma­łym klu­bo­wym po­miesz­cze­niu, gdzie sta­ły biu­ro­we krze­sła i ja­kaś ko­zet­ka do udzie­la­nia pierw­szej po­mo­cy. Zim­no by­ło jak dia­bli.

Po­dró­że i kiep­skie wa­run­ki przy­czy­ni­ły się do mo­je­go za­cho­ro­wa­nia na mo­no­nu­kle­ozę za­kaź­ną. Po za­sta­no­wie­niu po­sta­no­wi­łem rzu­cić wszyst­ko w dia­bły.

Ze­bra­łem ma­nat­ki, zde­cy­do­wa­łem się wró­cić do col­le­ge'u pla­stycz­ne­go, któ­ry prze­cież bar­dzo lu­bi­łem. Mia­łem wów­czas osiem­na­ście lat i ani mi w gło­wie by­ło przej­mo­wa­nie się tym, co bę­dę ro­bił w ży­ciu.

Jak wró­ci­łeś do gra­nia?

W isto­cie ni­gdy nie prze­sta­łem grać. Na przy­kład w do­mu ro­dzi­ców w nie­dziel­ne wie­czo­ry urzą­dza­łem jam ses­sion z udzia­łem Jef­fa i in­nych mu­zy­ków. Póź­niej, w po­ło­wie 1962 r., Ale­xis Kor­ner i Cy­ril Da­vies za­czę­li or­ga­ni­zo­wać blu­es­o­we im­pro­wi­za­cje w czwart­kowe wie­czo­ry w [lon­dyń­skim] klu­bie Ma­rqu­ee. Sta­ły się dość po­pu­lar­ne. Ko­rze­nie bry­tyj­skie­go bo­omu blu­eso­we­go tkwią wła­śnie w tam­tym mu­zy­ko­wa­niu. Scho­dzi­li się wszy­scy mu­zy­cy, bo by­ło to je­dy­ne ta­kie miej­sce w mie­ście. Za­czą­łem re­gu­lar­nie do nich do­łą­czać na es­tra­dzie; tam spo­tka­łem Clap­to­na i nie­któ­rych człon­ków Rol­ling Sto­nes. Za­nim któ­ry­kol­wiek z nas stał się sław­ny.

To wów­czas uzna­łem, że wciąż pa­łam na­mięt­no­ścią do gra­nia. Im­pre­zy w Ma­rqu­ee zy­ski­wa­ły na po­pu­lar­no­ści, ja zaś za­czą­łem być do­pra­sza­ny do na­grań se­syj­nych.

Spis zdjęć

 

Jimmy Page ze swoją pierwszą gitarą elektryczną, 1958 r. (? Tony Busson).

Page z Carter-Lewis and the Southerners, 1963 r. (? Getty Images).

Jeff Beck i Jimmy Page (? Ross Halfin).

The Yardbirds w 1966 r. (od lewej): Jim McCarty, Chris Dreja, Keith Relf, Jimmy Page i Jeff Beck (? Bowstir Ltd. 2012, Gered Mankowitz/mankowitz.com).

Yardbirds w Danii, 1967 r. (? Jorgen Angel).

Page podczas dogrywania partii gitarowych do Whole Lotta Love - A&M Studios, Los Angeles, 1969 r. (? Chuck Boyd).

Led Zeppelin. Stoją od lewej: John Bonham, Robert Plant, Jimmy Page, John Paul Jones, 1968 r. (? Getty Images).

Page w swojej przystani w Pangbourne nad Tamizą, 1970 r. (? Mirrorpix).

Jack White i Jimmy Page, 2006 r. (? Ross Halfin).

Czarny pies przed Headley Grange - posiadłością, w której powstawał album Led Zeppelin IV (? Ross Hal?n).

Jimmy Page ze skrzypcowym smyczkiem, 1973 r. (? Carl Dunn).

Jimmy Page w Madison Square Garden, Nowy Jork, 1975 r. (? Neal Preston).

Członkowie zespołu Led Zeppelin i ich "Starship", 1973 r. (? Bob Gruen).

Jimmy Page, 1984 r. (? Neal Preston).

The Firm. Stoją od lewej: Paul Rodgers, Chris Slade, Jimmy Page i Tony Franklin, 1985 r. (? Neal Preston).

David Coverdale i Jimmy Page, 1993 r. (? Ross Hal?n).

Robert Plant wraz z Jimmym Page'em, grającym na dwuszyjkowym gibsonie "EDS-1275 6/12" (? Jim Marshall Photography LLC).

Znów razem, dwie minuty przed występem, 2007 r. (? Ross Hal?n).

Jimmy Page na promocyjnym zdjęciu z 1968 r. (? Dick Barnatt/Getty Images).

Wizerunki smoka i symbole astrologiczne naszyte na spodniach kostiumu Page'a (? Kazuyo Horie).

 

PRZEDMOWA

Jim­my Pa­ge - gi­ta­rzy­sta, kom­po­zy­tor i pro­du­cent - już od po­nad pięć­dzie­się­ciu lat od­ci­ska pięt­no na mu­zy­ce współ­cze­snej. Wy­ra­zi­ście, ale i bar­dzo sub­tel­nie. Jesz­cze ja­ko na­sto­la­tek wraz z grup­ką in­nych mu­zy­ków przy­czy­nił się do za­szcze­pie­nia ame­ry­kań­skie­go blu­esa na Wy­spach Bry­tyj­skich. Wspól­nie za­po­cząt­ko­wa­li re­wo­lu­cję, dzię­ki któ­rej na mu­zycz­nej sce­nie za­ist­nie­li Rol­ling Sto­nes, Jim­i Hen­drix i Cre­am. Wir­tu­ozow­skie po­pi­sy gi­ta­ro­we Pa­ge'a sły­chać na nie­zli­czo­nych na­gra­niach se­syj­nych z lat 60. XX stu­le­cia. Akom­pa­nio­wał tak róż­nym ar­ty­stom, jak Ni­co, Joe Coc­ker, Do­no­van czy zespół Them. Tym sa­mym ma udział w stwo­rze­niu brzmie­nia lon­dyń­skich lat 60. - okre­su mło­dzie­żo­wej re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej, zna­nej ja­ko "Swin­ging Lon­don". No­wa­tor­ski spo­sób gry, tek­sty i na­gra­nia do­ko­na­ne pod fir­mą Led Zep­pe­lin zdo­mi­no­wa­ły la­ta 70. Tam­te wpły­wy wciąż sły­chać, mi­mo upły­wu kilku dzie­się­cio­le­ci.

Jim­my Pa­ge, zda się nie­zmor­do­wa­ny, wciąż zdu­mie­wa po­my­sło­wo­ścią. Przy­kła­dem nie­daw­na "fo­to­au­to­bio­gra­fia" za­ty­tu­ło­wa­na Jim­my Pa­ge by Jim­my Pa­ge - ory­gi­nal­na, ze sma­kiem przy­go­to­wa­na pu­bli­ka­cja, ilu­stru­ją­ca je­go ży­cie i ka­rie­rę. A tak­że no­wa wi­try­na in­ter­ne­to­wa - Jim­myPa­ge.com; za­war­tość świet­nych gra­ficz­nie stron po­win­na za­do­wo­lić ocze­ki­wa­nia le­gio­nu fa­nów na ca­łym świe­cie, spra­gnio­nych wie­dzy o tym, co obecnie za­przą­ta ido­la.

Wziąw­szy pod uwa­gę osią­gnię­cia i bo­ga­te ży­cie ar­ty­sty, na­le­ża­ło­by przy­pusz­czać, że na­pi­sa­no o nim co naj­mniej kil­ka ksią­żek. To praw­da, ale świat Jim­my'ego Pa­ge'a w znacz­nej mie­rze na­dal po­zo­stał nie­od­kry­ty.

Czyż­by jesz­cze jed­na ta­jem­ni­ca Led Zep­pe­lin? Tym ra­zem nie, o jej wy­ja­śnie­nie nie­trud­no. Po­wo­dem jest wro­dzo­na skry­tość Jim­my'ego Pa­ge'a. W koń­cu to on jest tym czło­wie­kiem, któ­ry pod­czas trzech kon­cer­tów za­re­je­stro­wa­nych na ta­śmie fil­mo­wej (The Song Re­ma­ins the Sa­me) wszedł w ro­lę ere­mi­ty. Bo­daj jesz­cze więk­szy wpływ mia­ły nie­ła­twe, cza­sem wro­gie sto­sun­ki z dzien­ni­ka­rza­mi mu­zycz­ny­mi i kry­ty­ka­mi, czy­li oso­ba­mi, z któ­rych gro­na wy­wo­dzą się auto­rzy bio­gra­fii rock­ma­nów.

Skąd ta wro­gość? Wy­da­je się to ab­sur­dal­ne, ale da­tu­je się na wcze­sne la­ta 70. Led Zep­pe­lin kro­czył wła­sną dro­gą, a hoł­du­ją­ca obo­wią­zu­ją­cym ów­cze­śnie tren­dom pra­sa czę­sto - mó­wiąc oględ­nie - nie oka­zy­wa­ła en­tu­zja­zmu ani ze­spo­ło­wi, ani je­go mu­zy­ce, dziś tak po­wszech­nie wy­chwa­la­nej.

Szcze­gól­ną na­pa­stli­wo­ścią wy­ka­zy­wał się ma­ga­zyn "Rol­ling Sto­ne". W 1968 r. na je­go ła­mach kry­tyk John Men­del­sohn za­mie­ścił li­czą­cą 389 słów wi­wi­sek­cję. Wy­ni­ka­ło z niej, że na pierw­szej pły­cie dłu­go­gra­ją­cej ze­spół Led Zep­pe­lin "nie za­jął się tym, cze­go trzy mie­sią­ce wcze­śniej nie tknę­ła bliź­nia­cza ka­pe­la Jeff Beck Gro­up; zaś to, co na­grał, brzmi go­rzej niż w wy­da­niu kon­ku­ren­cji". Kil­ka mie­się­cy póź­niej "Rol­ling Sto­ne" po­now­nie po­wie­rzył Men­del­soh­no­wi zre­cen­zo­wa­nie dru­gie­go al­bu­mu ze­spo­łu, Led Zep­pe­lin II, a ten uznał go za nie­god­ny uwa­gi: "je­den bar­dzo cięż­ki utwór roz­ło­żo­ny na obie stro­ny krąż­ka".

Nie tyl­ko magazyn "Rol­ling Sto­ne" za­giął pa­rol na ze­spół. W grud­niu 1970 r. "Cre­em", wy­cho­dzą­ce w De­tro­it le­gen­dar­ne czasopismo po­świę­co­ne rock and rol­lo­wi, opu­bli­ko­wał wro­gą an­ty­re­cen­zję pły­ty Led Zep­pe­lin III. Jej au­tor, Ale­x-an­der Ice­ni­ne, się­gnął po uda­wa­ny nar­ko­ty­ko­wy beł­kot w ce­lu cał­ko­wi­te­go zde­pre­cjo­no­wa­nia al­bu­mu.

Jak za­re­ago­wał Jim­my Pa­ge na tę i in­ne "trzeź­we" re­cen­zje swych do­ko­nań? Po pro­stu wy­piął się na wszyst­kich pi­szą­cych o rock and rol­lu.

W mia­rę zy­ski­wa­nia przez ze­spół re­no­my pi­sa­no o nim co­raz przy­chyl­niej, a nie­chęć Pa­ge'a do dzien­ni­ka­rzy ma­la­ła. Jed­nak za­dra wy­wo­ła­na wcze­śniej­szy­mi tek­sta­mi po­zo­sta­ła. Ja­an Uhel­szki, we­te­ran rockandrol­lo­we­go dzien­ni­kar­stwa, wspo­mi­na roz­mo­wę z Jim­mym Pa­ge'em, do ja­kiej do­szło pod­czas tra­sy kon­cer­to­wej Led Zep­pe­lin w 1977 ro­ku. Wy­mia­na zdań by­ła ty­leż po­ucza­ją­ca, co za­baw­na. "Od po­nad ty­go­dnia to­wa­rzy­szy­łem ze­spo­ło­wi na tra­sie kon­cer­to­wej i wciąż nie uda­wa­ło mi się na­kło­nić Jim­my'ego do udzie­le­nia wy­wia­du. W koń­cu w ostat­nim dniu gra­nia zgo­dził się na ofi­cjal­ne spo­tka­nie, ale w obec­no­ści rzecz­nicz­ki. Z chwi­lą przy­stą­pie­nia do wy­wia­du zo­rien­to­wa­łem się, że Jim­my żą­dał, bym py­ta­nia kie­ro­wał do niej, ona zaś prze­ka­zy­wa­ła je je­mu. Mi­mo że wszy­scy mó­wi­li­śmy tym sa­mym ję­zy­kiem, a ja sie­dzia­łem nie­speł­na dwa me­try od nie­go. I tak roz­ma­wia­li­śmy mniej wię­cej przez go­dzi­nę".

Być mo­że Pa­ge miał po­wo­dy do prze­zor­no­ści. Więk­szość dzien­ni­ka­rzy in­te­re­so­wa­ły po­dej­rze­nia o za­ży­wa­nie nar­ko­ty­ków, udział w sek­su­al­nych or­giach i pak­to­wa­nie z dia­błem. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, tyl­ko nie­licz­ni trak­to­wa­li go lub je­go ze­spół z ta­kim sza­cun­kiem, ja­ki oka­zy­wa­li Ke­itho­wi Ri­chard­so­wi, Joh­no­wi Len­no­no­wi czy Pe­te'owi Town­shen­do­wi. Na dłuż­szą me­tę i tak nie mia­ło to zna­cze­nia. Jim­my prze­kształ­cił ob­se­syj­ną dba­łość o pry­wat­ność w istot­ny ele­ment au­ry ta­jem­ni­czo­ści, któ­rą się oto­czył. Stał się naj­więk­szą roc­ko­wą za­gad­ką.

Przy­szło mi się z nią zmie­rzyć.

Pierw­szą roz­mo­wę z Pa­ge'em prze­pro­wa­dzi­łem wio­sną 1993 ro­ku. Ja­ko re­dak­tor na­czel­ny ma­ga­zy­nu "Gu­itar World" przy­dzie­li­łem so­bie prze­py­ta­nie go o świe­żą wów­czas - i kon­tro­wer­syj­ną - współ­pra­cę z Da­vi­dem Co­ver­da­le'em z ze­spo­łu Whi­te­sna­ke. Kie­ro­wa­ły mną jed­no­cze­śnie po­bud­ki bar­dziej oso­bi­ste. Ja­ko dziec­ko lat 70. do­ra­sta­łem z mu­zy­ką Pa­ge'a z ze­spo­ła­mi Yard­birds i Led Zep­pe­lin; mia­łem ją pra­wie w ge­nach. Za­wsze z ad­mi­ra­cją trak­to­wa­łem je­go in­no­wa­cyj­ność ja­ko gi­ta­rzy­sty, kom­po­zy­to­ra i aran­że­ra. Prze­ko­na­ny je­stem, że w ro­li pro­du­cen­ta do­rów­ny­wał po­my­sło­wo­ścią ta­kim tu­zom, jak Phil Spec­tor i Geo­r­ge Mar­tin.

Ja­ko dzien­ni­ka­rza za­wsze in­try­go­wa­ło mnie, dla­cze­go nikt ni­gdy nie py­tał go o spra­wy za­wo­do­we. Są­dzę, że za­sta­na­wia­ło to tak­że sa­me­go Pa­ge'a. A ja wła­śnie o nich pra­gną­łem prze­czy­tać, a tak­że na­pi­sać.

Oczy­wi­ście wie­dzia­łem, że się je­ży już na sa­mą myśl o dzien­ni­ka­rzach. Na­sta­wi­łem się, że być mo­że cze­ka mnie trud­ny czas. Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że za­cho­wy­wa­li­śmy się jak pa­ra stwo­rzeń pra­gną­cych za­własz­czyć ten sam ży­wo­płot. Prze­ciw­nie, przy­znam, że in­ter­lo­ku­to­ra ucie­szy­ła roz­mo­wa o je­go mu­zy­ce, pro­wa­dzo­na nie­agre­syw­nie i ze znaw­stwem przed­mio­tu. W trak­cie pierw­szej kil­ku­go­dzin­nej roz­mo­wy do­szło do nie­groź­ne­go spię­cia, gdy Pa­ge prze­sad­nie ko­micz­nie za­czął uda­wać znu­że­nie być mo­że zbyt dro­bia­zgo­wy­mi i spe­cja­li­stycz­ny­mi py­ta­nia­mi. Nie­zra­żo­ny kon­ty­nu­owa­łem i stał się cud. Jimmy wy­trzy­mał jesz­cze ko­lej­ną go­dzi­nę in­da­ga­cji bez oka­zy­wa­nia ja­kich­kol­wiek ma­nier roc­ko­we­go gwiaz­do­ra. Da­ło się wy­czuć, że jest szczę­śli­wy, pro­wa­dząc po­waż­ną roz­mo­wę o swej mu­zy­ce - nie wy­łącz­nie o Led Zep­pe­lin, ale tak­że o współ­pra­cy z Co­ver­da­le'em, któ­rej po­świę­cił już po­nad rok.

Tam­ta roz­mo­wa pod­su­nę­ła mi po­mysł na­pi­sa­nia książ­ki Świa­tło i cień. Jim­my Pa­ge w roz­mo­wach. Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi jest dal­szym cią­giem na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia. We­dług me­go prze­ko­na­nia Pa­ge na­le­ży do naj­waż­niej­szych nie­do­ce­nia­nych mu­zy­ków ostat­nie­go stu­le­cia. Bez wa­ha­nia umiesz­czam go w jed­nym sze­re­gu z ta­ki­mi mi­strza­mi, jak Mud­dy Wa­ters, Mi­les Da­vis i Chuck Ber­ry - wi­zjo­ne­ra­mi, któ­rzy za­sy­pa­li prze­paść mię­dzy ar­ty­zmem a suk­ce­sem ko­mer­cyj­nym. Mu­zy­ka Pa­ge'a wy­trzy­ma­ła pró­bę cza­su, in­try­gu­je ko­lej­ne po­ko­le­nia fa­nów, któ­rzy przy­szli na świat la­ta po tym, jak Led Zep­pe­lin oznaj­mił za­koń­cze­nie dzia­łal­no­ści. Sło­wa, po­my­sły i ży­cie li­de­ra ze­spo­łu ma­ją hi­sto­rycz­ne zna­cze­nie. Po­sta­wi­łem so­bie za cel spro­wo­ko­wa­nie te­go czło­wie­ka - sły­ną­ce­go ze skrzęt­ne­go kry­cia się za za­sło­ną pry­wat­no­ści - do szcze­gó­ło­we­go opo­wie­dze­nia o swojej dłu­giej, le­gen­dar­nej ka­rie­rze. Rozmawiania z nim, gdy tylko nada­rzy się do te­go spo­sob­ność. I jak się oka­za­ło, mój bo­ha­ter czę­sto się od­sła­niał. Sta­no­wi­sku w "Gu­itar World" za­wdzię­cza­łem, że w cią­gu dwu­dzie­stu lat mia­łem wie­le oka­zji do po­ga­wę­dek z Jim­mym. Nie mam pod­staw do twier­dze­nia, że zo­sta­li­śmy przy­ja­ciół­mi, ale z pew­no­ścią łą­czą nas przy­ja­ciel­skie sto­sun­ki. Po­tra­fi­li­śmy się po­ro­zu­mieć, w czym wy­dat­nie po­ma­gał obo­pól­ny pro­fe­sjo­na­lizm. Oka­za­li­śmy so­bie sza­cu­nek.

Ów "obo­pól­ny pro­fe­sjo­na­lizm" w przy­pad­ku mo­je­go roz­mów­cy ozna­czał wo­lę do dzie­le­nia się in­for­ma­cja­mi oraz grzecz­ność i re­we­ren­cję, z ja­ki­mi się do mnie od­no­sił - tak dłu­go, jak dłu­go prze­strze­ga­łem kil­ku nie­pi­sa­nych za­sad. Ocze­ki­wał, że bę­dę sta­ran­nie przy­go­to­wa­ny do spo­tkań - bę­dę znał fak­ty, a na­sza roz­mo­wa przede wszyst­kim do­ty­czyć bę­dzie kwe­stii mu­zycz­nych. Jak dłu­go do­trzy­my­wa­łem do­bi­te­go tar­gu (raz jesz­cze pod­kre­ślam, że nie by­ło żad­nych wcze­śniej­szych wer­bal­nych usta­leń), tak dłu­go Pa­ge trzy­mał kla­sę i udzie­lał od­po­wie­dzi na więk­szość py­tań. Naj­szcze­rzej jak po­tra­fił.

Cze­go nie lu­bił? Py­tań nie­pre­cy­zyj­nych, ta­kich, któ­re wy­ma­ga­ły od nie­go spe­ku­lo­wa­nia na te­mat, co in­ni my­ślą o je­go mu­zy­ce. A tak­że wszyst­kie­go, co wy­mu­sza­ło po­wie­dze­nie cze­goś złe­go o in­nym twór­cy. Każ­de z wy­mie­nio­nych mo­gło w jed­nej chwi­li za­koń­czyć po­god­ną po­ga­węd­kę, i to na bar­dzo dłu­go. Ja­ko dzien­ni­karz od cza­su do cza­su uwa­ża­łem te ogra­ni­cze­nia za zbyt da­le­ko idą­ce. Ni­gdy jed­nak na po­waż­nie nie od­czu­łem z te­go po­wo­du dys­kom­for­tu; "mu­zycz­ne po­let­ko" do upra­wia­nia by­ło bo­wiem bar­dzo roz­le­głe.

Sko­ro je­ste­śmy przy tym, co za­ka­za­ne, war­to chwi­lę za­trzy­mać się przy za­in­te­re­so­wa­niach Pa­ge'a okul­ty­zmem (to jed­no z pierw­szych py­tań, ja­kie mi za­da­ją na wieść, że spę­dzi­łem z nim spo­ro cza­su). Wbrew po­wszech­nej opi­nii ni­gdy w isto­cie nie krył fa­scy­na­cji ma­gią (ale nie tą zna­ną ze scen) i me­ta­fi­zy­ką, zwłasz­cza w mu­zy­ce. Uznał jed­nak, że nie­wie­le prze­ma­wia za pu­blicz­nym zgłę­bia­niem tych za­gad­nień, gdyż je­go opi­niom nada się wy­miar sen­sa­cji, zro­zu­mie je opacz­nie al­bo wyj­mie z kon­tek­stu. Uwa­żał, że w ten spo­sób doj­dzie do try­wia­li­za­cji waż­nych dlań idei, że zo­sta­nie uzna­ny za eks­cen­try­ka. Dość uczci­we po­sta­wie­nie spra­wy.

Ude­rzy­ło mnie jed­nak, że stu­dia, ja­kim się po­świę­ca, są waż­nym ele­men­tem je­go twór­czo­ści. Zde­cy­do­wa­łem więc wy­peł­nić tre­ścią kil­ka nie­za­pi­sa­nych stron, opo­wie­dzieć o je­go za­in­te­re­so­wa­niach tam, gdzie by­ło to sto­sow­ne. Je­śli po­bu­dzi­łem tym za­in­te­re­so­wa­nie szcze­gó­ła­mi ma­gii, me­ta­fi­zy­ki i astro­lo­gii, tym le­piej.

Po­mi­ja­jąc kwe­stie zwią­za­ne z abra­ka­da­brą, książ­ka ma bar­dzo szcze­gól­ny wy­miar. Nie jest au­to­bio­gra­ficz­ną opo­wie­ścią w tra­dy­cyj­nym uję­ciu. Ra­czej - ta­ką mam na­dzie­ję - ob­ja­śnia­ją­cą i pre­cy­zyj­ną pre­zen­ta­cją mu­zycz­ne­go ży­cia rockandrol­lo­we­go ge­niu­sza, opo­wie­dzia­ną je­go wła­sny­mi sło­wa­mi. W mu­zycz­nym fil­mie do­ku­men­tal­nym Bę­dzie gło­ś­no Jim­my stresz­cza, co ro­zu­mie ja­ko "świa­tło i cień": "Dy­na­mi­kę [...] od szep­tu po grzmot; dźwię­ki, któ­re wcią­ga­ją i odu­rza­ją. Naj­bar­dziej za­fa­scy­no­wa­ło mnie w gi­ta­rze to, że w każ­dych rę­kach brzmi ina­czej. Każ­dy gra po swo­je­mu, a ona za­wsze po­zwa­la ujaw­nić oso­bo­wość". Mogą Pań­stwo potraktować tę książ­kę ja­ko roz­wi­nię­cie tych ele­men­tar­nych po­jęć. Ja­ko rzad­ką oka­zję do wy­słu­cha­nia, jak wy­bit­ny ar­ty­sta ob­ja­śnia swą mu­zy­kę.

Spo­ra­dycz­nie znaj­dą Pań­stwo na kar­tach książ­ki wy­po­wie­dzi także in­nych twórców. Niektóre za­mie­ści­łem po to, by cen­ny­mi ob­ser­wa­cja­mi czy­nio­ny­mi z bo­ku opa­trzyć hi­sto­rycz­ne i mu­zycz­ne opi­nie wy­ra­żo­ne przez bo­ha­te­ra. Inne - by nar­ra­cję Jimmy'ego uzu­peł­nić cie­ka­wy­mi szcze­gó­ła­mi. Na przy­kład przy­wo­ła­łem roz­wa­ża­nia Joh­na Va­rva­to­sa o Pa­ge'u i je­go wpły­wie na świat mo­dy, gdyż uwa­żam, że ten stylista ma szcze­gól­ne kwa­li­fi­ka­cje do oma­wia­nia za­gad­nień, któ­re - je­stem o tym prze­ko­na­ny - są waż­ną czę­ścią spu­ści­zny ar­ty­sty.

Każ­da z ta­kich dy­gre­sji mia­ła pod­kre­ślić świa­tło­cień na por­tre­cie bo­ga­tej oso­bo­wo­ści.

Brad Tolinski 22 grudnia 2011 roku

 

PODZIĘKOWANIA

 

Przede wszyst­kim na­le­żą się Jim­my'emu Pa­ge'owi za cier­pli­wość i czas, ja­ki przez la­ta ze­chciał mi po­świę­cić. Każ­dy wy­wiad z nim prze­bie­gał mniej wię­cej tak: pierw­sza go­dzi­na - świet­nie, w dru­giej za­czy­nał być lek­ko znu­dzo­ny, w trze­ciej dys­kret­nie roz­glą­dał się za naj­bliż­szym wyj­ściem. Niech go Pan ma w swej opie­ce za to, że za­wsze de­ma­te­ria­li­zo­wał się z wiel­kim tak­tem.

Na­stęp­nie wy­ra­żam wdzięcz­ność Ros­so­wi Hal?no­wi, me­mu ulu­bio­ne­mu roc­kan­drol­lo­we­mu fo­to­gra­fi­ko­wi, oraz je­go asy­sten­to­wi Ka­zuyo Ho­rie­mu. Ross - któ­re­go pra­ce zdo­bią książ­kę - naj­le­piej fo­to­gra­fu­je Jim­my'ego. Wraz z Ka­zem są dla mnie cu­dow­ny­mi kom­pa­na­mi, ile­kroć za­wi­tam do Lon­dy­nu.

Kil­ka ra­zy pod­czas wy­wia­dów z Jim­mym wspie­rał mnie ener­gicz­ny Greg Di Be­ne­det­to. Bę­dąc sam wy­bor­nym gi­ta­rzy­stą - gdy ury­wał mi się wą­tek - wcho­dził na chwi­lę w mo­ją ro­lę. I za to mu dzię­ku­ję.

Pra­gnę się też skło­nić przed Ale­xi­sem Co­okiem, Chri­sem Sca­pel­li­tim, Ala­nem di Per­ną, Ha­rol­dem Ste­in­blat­tem i Joh­nem Bed­na­rem. Ale­xis jest bły­sko­tli­wym dy­rek­to­rem ar­ty­stycz­nym i po­mógł mi za­pro­jek­to­wać dość zło­żo­ne wnę­trze ni­niej­szej książ­ki. Chris był naj­bliż­szym do­rad­cą, Alan po­zwa­lał do wo­li szu­kać po swo­ich naj­lep­szych tek­stach o so­lo­wej ka­rie­rze Pa­ge'a. Pan Ste­in­blatt oka­zał się nie­oce­nio­ny przy osta­tecz­nych ko­rek­tach, zwy­kle za pięć dwu­na­sta. Pan Bed­nar, wy­traw­ny znaw­ca tech­ni­ki gi­ta­ro­wej, za­zna­jo­mił mnie ze sprzę­tem uży­wa­nym przez Jim­my'ego. Ca­ła piąt­ka za­słu­ży­ła na szcze­gól­ne miej­sce w nie­bie.

Za wspar­cie - mi­mo że na do­bry rok prze­nio­słem się do kuch­ni z kom­pu­te­rem i szpar­ga­ła­mi - wy­ra­zy uwiel­bie­nia na­le­żą się mo­jej żo­nie Lo­rin­dzie, sy­no­wi Ka­ne'owi i cór­ce Ni­co.

Dzię­ku­ję tak­że: Phyl­lis z The­le­sis Lod­ge - fi­la­del­fij­skie­go od­dzia­łu Or­do Tem­pli Orien­tis, Chri­so­wi Dre­jy, Joh­no­wi Va­rva­to­so­wi, Pau­lo­wi Rod­ger­so­wi, me­mu wy­śmie­ni­te­mu agen­to­wi Da­vi­do­wi Dun­to­no­wi, świet­ne­mu re­dak­to­ro­wi Char­le­so­wi Con­ra­do­wi, Jo­emu Bos­so, Mar­ga­ret San­tan­ge­lo, Da­ve'owi Le­wi­so­wi, Pe­te­ro­wi Ma­kow­skie­mu, Da­ve'owi Bro­la­no­wi, Bil­lo­wi McCue'emu, Ste­ve'owi Ka­ra­so­wi, Ja­ano­wi Uhelsz­kie­mu, Iz­zy'emu Zay. A tak­że pra­cow­ni­kom "Gu­itar World": An­tho­ny'emu Dan­zie­mu, Jim­my'emu Brow­no­wi, To­mo­wi Be­au­jo­uro­wi i Jef­fo­wi Kit­t­so­wi - po­zwa­la­li mi wa­ga­ro­wać, gdy zbli­żał się ter­min od­da­nia książ­ki wy­daw­cy. Nie po­do­łał­bym bez Was!

 

BIBLIOGRAFIA

 

 

PUBLIKACJE KSIĄŻKOWE

Case George, Jimmy Page: Magus, Musician, Man, New York, Hal Leonard Books, 2007.

Clayson Alan, The Yardbirds, San Francisco, Backbeat Books, 2002.

Crowley Aleister, ed. The Goetia: The Lesser Key of Solomon the King, transl. Samuel Liddell MacGregor Mathers, York Beach, Me., Weiser Books, 1995.

Daniels Neil, Robert Plant: Led Zeppelin, Jimmy Page and the Solo Years, Church Stretton, Shropshire, Independent Music Press, 2008.

Lewis Dave, Simon Pallett, Led Zeppelin: The Concert File, London-New York, Omnibus Press, 2005.

 

PUBLIKACJE W CZASOPISMACH

Behutet Editors, Interview: Eric Hill, Manager of London's Equinox Book Shop [w:] "Behutet" 37, Vernal Equinox 2008.

Blake Mark, Graffiti Art [w:] "Guitar World", May 2005.

Bosso Joe, Greg Di Benedetto, Physical Riffiti [w:] "Guitar World", January 1991.

Burroughs William S., Rock Magic [w:] "Crawdaddy", June 1975.

Di Perna Alan, Birds of a Feather [w:] "Guitar World", May 1995.

Di Perna Alan, Higher Ground [w:] "Guitar World", June 1998.

Harper Clive, The Equinox Bookshop: Some Images and Impressions [w:] "Behutet" 33, Vernal Equinox 2007.

Houghton Mick, The Jimmy Page Page [w:] "Sounds", July 10, 1976.

Icenine Alexander, Led Zeppelin III [w:] "Creem", December 1970.

Ingham John, Technological Gypsy [w:] "Sounds", March 13, 1975.

Makowski Peter, Speak of the Devil [w:] "Guitar World", Holiday 2006.

Mendelsohn John, Led Zeppelin I [w:] "Rolling Stone", March 1969.

Mendelsohn John, Led Zeppelin II [w:] "Rolling Stone", December 1969.

Rosen Steven, Jimmy Page: The Interview [w:] "Guitar World", July 1986.

 

WITRYNY INTERNETOWE

www.jimmypage.com

www.ledzeppelin.com

www.led-zeppelin.org

www.tightbutloose.co.uk

www.wholelottaled.webs.com

 

"NIEMAL PODCZAS KAŻDEGO WYSTĘPU WYBUCHAŁA BÓJKA..."

To opo­wieść sta­ra jak świat, fun­da­ment wie­lu pre­hi­sto­rycz­nych mi­tów. Ubo­gi mło­dzie­niec tra­fia na ta­jem­ni­czy ta­li­zman, któ­re­go moc od­mie­ni ży­cie zna­laz­cy. Chło­piec za­czy­na dłu­gą wę­drów­kę, pod­czas któ­rej pod­da­wa­ne są pró­bie je­go umie­jęt­no­ści, si­ła oraz zdol­ność do prze­zwy­cię­ża­nia prze­ciw­no­ści lo­su. Osta­tecz­nie uda­je się mu uwol­nić moc cu­dow­ne­go przed­mio­tu. Zy­sku­je sła­wę, chwa­łę, a czę­sto tak­że zmie­nia ko­smicz­ny po­rzą­dek. Tak też by­ło z Jim­mym Pa­ge'em, za­ło­ży­cie­lem ze­spo­łu Led Zep­pe­lin, jed­ną z naj­więk­szych gi­ta­ro­wych le­gend roc­ka.

Ja­mes Pa­trick Pa­ge uro­dził się w nie­dzie­lę 9 stycz­nia 1944 ro­ku. Ro­dzi­ce - Ja­mes i Pa­tri­cia - miesz­ka­li wów­czas w lon­dyń­skim Houn­slow. Ha­łas do­bie­ga­ją­cy z nie­da­le­kie­go lot­ni­ska He­ath­row skło­nił ich, po mniej wię­cej dzie­się­ciu la­tach, do prze­pro­wadz­ki w cich­szą oko­li­cę - do Ep­som w hrab­stwie Sur­rey. Sam Pa­ge pod­su­mo­wał epi­zod żar­to­bli­wym: "gdy zle­cia­ły się od­rzu­tow­ce, ro­dzi­na od­le­cia­ła". Ca­ła hi­sto­ria na do­bre za­czę­ła się wła­śnie w Sur­rey.

"W prze­no­si­nach do Ep­som naj­dziw­niej­szym wy­da­rze­niem by­ło zna­le­zie­nie w no­wym do­mu gi­ta­ry - usły­szał w 2004 r. od Pa­ge'a bry­tyj­ski dzien­ni­karz Char­les Sha­ar Mur­ray. - Nie wiem, czy po­zo­sta­ła po po­przed­nich lo­ka­to­rach, czy na­le­ża­ła do ich zna­jo­mych. Nikt nie miał po­ję­cia, skąd się wzię­ła".

Prze­sa­dą by­ła­by su­ge­stia, że zrzą­dze­niem opatrz­no­ści Jim­my na­tknął się na ta­jem­ni­czo pod­rzu­co­ną gi­ta­rę. Nie ma na­to­miast wąt­pli­wo­ści, że osią­gnię­cie per­fek­cji w po­słu­gi­wa­niu się nie­ocze­ki­wa­nym pre­zen­tem uznał za prze­zna­cze­nie. Na­tchnie­niem oka­zał się czło­wiek, któ­re­go pew­ne­go dnia mi­lio­ny okrzyk­nę­ły kró­lem. Jim­my pod­kre­ślał, że to Ba­by Let's Play Ho­use Pre­sleya - w któ­rym sły­chać gra­ne przez Scot­ty'ego Mo­ore'a na­sy­co­ne po­gło­sem fra­zy roc­ka­bil­ly - zna­la­zło się w ze­sta­wie naj­waż­niej­szych utwo­rów po­py­cha­ją­cych go w stro­nę po­waż­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia się mu­zy­ką. "Usły­sza­łem tę pły­tę i za­pra­gną­łem stać się jej czę­ścią - wy­ja­śniał. - Czu­łem, że coś w niej jest".

Trzy­na­sto­let­ni Pa­ge stro­je­nia gi­ta­ry na­uczył się od szkol­nych ko­le­gów, a kil­ku pod­sta­wo­wych akor­dów - od oko­licz­nych mu­zy­ków. To wszyst­ko - był bo­wiem przede wszyst­kim sa­mo­ukiem. Ze słu­chu uczył się grać pio­sen­ki ów­cze­snej bry­tyj­skiej ski­flo­wej gwiaz­dy Lon­nie­go Do­ne­ga­na czy pierwszych ame­ry­kań­skich rock­ma­nów w ro­dza­ju Elvi­sa Pre­sleya, Ed­die­go Co­chra­na oraz Ge­ne'a Vin­cen­ta.

Gi­ta­ro­we za­cię­cie sy­na zro­bi­ło na oj­cu wra­że­nie. Spre­zen­to­wał mu aku­stycz­ny in­stru­ment: lśnią­cą gi­ta­rę "Pre­si­dent" mar­ki Höfner, z otwo­ra­mi re­zo­nan­­so­wy­mi w kształ­cie f. Przy­po­mi­na­ła du­że gib­so­ny, któ­rych uży­wa­li je­go ido­le: Mo­ore i Chuck Ber­ry. Po nie­speł­na ro­ku Pa­ge był na ty­le dobry, że zo­stał za­kwa­li­fi­ko­wa­ny do udzia­łu w te­le­wi­zyj­nej au­dy­cji BBC All Your Own. Huw Whel­don pre­zen­to­wał w niej mło­de ta­len­ty. Jim­my za­grał dwa utwo­ry; na wi­deo z 1958 r. wi­dać nad wiek spraw­nie gra­ją­ce­go chło­pa­ka, pew­nie po­dry­gu­ją­ce­go w takt dość no­we­go utwo­ru Ma­ma Don't Al­low No Skif­fle Aro­und He­re i sta­re­go ka­wał­ka Le­ad­bel­ly'ego Cot­ton Fields.

Wkrót­ce Jim­my ku­pił so­bie pierw­szą gi­ta­rę elek­trycz­ną z praw­dzi­we­go zda­rze­nia - trzy­prze­twor­ni­ko­wą "Re­so­net Gra­zio­so Fu­tu­ra­ma" mo­del 1958. In­stru­ment wy­glą­dem przy­po­mi­nał ele­ganc­kie­go fen­de­ra "Stra­to­ca­ster", ce­nio­ne­go przez gwiaz­dy roc­ka po­kro­ju Bud­dy'ego Hol­ly'ego. Page do­sko­na­lił rze­mio­sło, gra­jąc w rozmaitych ze­spo­łach z Ep­som. W 1960 r. wpadł w oko me­ne­dże­ro­wi mu­zycz­ne­mu Chri­so­wi Tid­mar­sho­wi. Ten po­sta­no­wił włą­czyć chło­pa­ka do rock­o­we­go ban­du Red E. Le­wis and the Red Caps. Na­zwa ze­spo­łu by­ła po­nie­kąd hoł­dem zło­żo­nym ido­lom Pa­ge'a: Ge­ne'owi Vin­cen­to­wi and the Blue Caps.

Nasz bo­ha­ter wspo­mi­na ów­cze­sne wy­stę­py ja­ko za­baw­ne, choć burz­li­we. "Wciąż cho­dzi­łem do szko­ły, mo­gli­śmy kon­cer­to­wać tyl­ko w week­en­dy. By­ło to po­ucza­ją­ce do­świad­cze­nie. Nie­mal pod­czas każ­de­go wy­stę­pu wy­bu­cha­ła bój­ka. Nie by­ły to ty­po­we dla tam­tych cza­sów star­cia, w któ­rych do­cho­dzi­ło do po­strze­leń, dźga­no się no­ża­mi, zda­rza­ły się na­wet ofia­ry śmier­tel­ne. Bój­ki bar­dziej przy­po­mi­na­ły bru­tal­ny sport. Za­sad­ni­czo prze­gry­wał ko­leś, któ­ry pierw­szy wy­lą­do­wał na pod­ło­dze. I ty­le. Mu­sia­łem się jed­nak na­uczyć spusz­czać gło­wę i grać, bez wzglę­du na oko­licz­no­ści".

Kil­ka mie­się­cy po do­łą­cze­niu Jim­my'ego do Red Caps Tid­marsh zmie­nił na­zwi­sko na Ne­il Chri­stian, wy­rzu­cił Re­da E. Le­wi­sa i sam zo­stał so­li­stą. Ze­spół pod no­wą na­zwą - Ne­il Chri­stian and the Cru­sa­ders - ru­szył w tra­sę kon­cer­to­wą, wy­stę­pu­jąc w klu­bach ca­łej An­glii. Nie­ma­łą część po­pu­lar­no­ści ka­pe­la za­wdzię­cza­ła cu­dow­ne­mu chło­pa­ko­wi o na­zwi­sku Pa­ge. Na no­wym na­byt­ku - gi­ta­rze "Chet At­kins Co­un­try Gen­tle­man" fir­my Gretsch - po­tra­fił na­śla­do­wać hi­ty tam­te­go okre­su. Od dy­na­micz­nych roc­ko­wych i rhy­thmandblu­eso­wych ka­wał­ków Chuc­ka Ber­ry'ego i Lit­tle Ri­char­da po wol­niej­sze, w ro­dza­ju Sle­ep Walk z re­per­tu­aru San­ty i John­ny'ego. Jim­my po­tra­fił za­grać wszyst­ko, co zna­la­zło się w pierw­szej dwu­dzie­st­ce li­sty prze­bo­jów. Sty­lo­wo i z po­lo­tem.

Kon­cer­ty za­wsze eks­cy­to­wa­ły, ale ich czę­stość, na­pię­ty ter­mi­narz i wa­run­ki ży­cia na tra­sie by­ły trud­ne do znie­sie­nia. Przez na­stęp­ne dwa la­ta Ne­il Chri­stian and the Cru­sa­ders za­sad­ni­czo miesz­ka­li w mi­kro­bu­sie i klu­bach, któ­re ich za­kon­trak­to­wa­ły. Sy­pia­li na pod­ło­dze al­bo na skrzy­niach z in­stru­men­ta­mi.

Któ­re­goś let­nie­go wie­czo­ru 1962 r. Pa­ge po wy­stę­pie za­słabł. Zdia­gno­zo­wa­no u nie­go od­mia­nę mo­no­nu­kle­ozy. Wkrót­ce do­stał wy­mó­wie­nie.

Oswa­ja­nie się Jim­my'ego z bran­żą roz­ryw­ko­wą nie na­le­ża­ło do naj­ła­twiej­szych, ale nie ma wąt­pli­wo­ści, że już ja­ko osiem­na­sto­la­tek był ukształ­to­wa­nym gi­ta­rzy­stą, doj­rzal­szym, niż­by wska­zy­wał na to wiek. Zy­skał tak do­brą re­pu­ta­cję, że - jesz­cze ja­ko mu­zyk Cru­sa­ders - w 1962 r. zo­stał za­pro­szo­ny na se­sję na­gra­nio­wą z dwo­ma naj­bar­dziej ce­nio­ny­mi an­giel­ski­mi rock­ma­na­mi: ba­si­stą Je­tem Har­ri­sem i per­ku­si­stą To­nym Me­eha­nem. Obaj by­li człon­ka­mi naj­więk­szej gwiaz­dy bry­tyj­skiej es­tra­dy - ze­spo­łu The Sha­dows. Owo­cem se­sji by­ło na­gra­nie skom­po­no­wa­ne­go przez Jer­ry'ego Lor­da­na in­stru­men­tal­ne­go utwo­ru za­ty­tu­ło­wa­ne­go Dia­monds. Na po­cząt­ku 1963 r. tra­fił na czo­ło­we miej­sca list prze­bo­jów Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa. W tym sa­mym cza­sie bry­tyj­ski wir­tu­oz blu­eso­wej har­monijki ustnej, Cy­ril Da­vies, za­pro­po­no­wał Pa­ge'owi przy­łą­cze­nie się do wpły­wo­we­go rhy­thmandblu­eso­we­go All­-Star Band. Jim­my, już bo­gat­szy o do­świad­cze­nia z Cru­sa­ders, z ostroż­no­ścią pod­szedł do ob­jaz­do­wych kon­cer­tów.

Pod­czas re­kon­wa­le­scen­cji za­czął roz­my­ślać o przy­szło­ści. Uwiel­biał grę na gi­ta­rze, ale okres spę­dzo­ny w ze­spo­le Ne­ila Chri­stia­na pod­su­nął mu tak­że in­ny po­mysł na ży­cie niż ka­rie­ra mu­zy­ka. W wol­nym cza­sie du­żo ma­lo­wał i ry­so­wał, zde­cy­do­wał się na na­ukę w Sut­ton Art Col­le­ge (hrab­stwo Sur­rey). Przez na­stęp­ne pół­to­ra ro­ku przy­kład­nie stu­dio­wał, ale jed­no­cze­śnie - kto wie czy nie rów­nie su­mien­nie - grał na gi­ta­rze.

Wie­czo­ra­mi za­czął by­wać w co­raz licz­niej­szych lon­dyń­skich klu­bach blu­eso­wych, tłocz­nych przy­byt­kach w ro­dza­ju Rich­mond's Craw­dad­dy czy Ma­r­qu­ee. Bry­tyj­ski bo­om blu­eso­wy jesz­cze nie za­czął się na do­bre, ale sam Pa­ge był do­brze obe­zna­ny z mu­zy­ką ame­ry­kań­skie­go Po­łu­dnia. Za­in­te­re­so­wa­nie nią - któ­re jesz­cze przed la­ty ustą­pi­ło fa­scy­na­cji uko­cha­nym roc­ka­bil­ly - nie cał­kiem wy­ga­sło wyłącznie dzię­ki miej­sco­wym wiel­bi­cie­lom rhy­thm and blu­esa i zbie­ra­czom płyt.

Na rów­ni z fra­za­mi Clif­fa Gal­lu­pa (gi­ta­rzy­sty Ge­ne'a Vin­cen­ta) i Ja­me­sa Bur­to­na (gi­ta­rzy­sty Ric­ky'ego Nel­so­na) Pa­ge de­lek­to­wał się i chło­nął so­lów­ki oraz ryt­my mu­zy­ków tej kla­sy co Hu­bert Sum­lin, El­mo­re Ja­mes czy Matt "Gu­itar" Mur­phy (gi­ta­rzy­sta Mem­phi­sa Sli­ma). Jesz­cze ja­ko czło­nek Cru­sa­ders pró­bo­wał włą­czyć do re­per­tu­aru mu­zy­kę, któ­ra go za­fa­scy­no­wa­ła, ale nie pa­so­wa­ła do ma­in­stre­amo­wych, ta­necz­nych gu­stów tych, z któ­rych przede wszyst­kim skła­da­ła się klu­bo­wa pu­blicz­ność.

Cza­sy się jed­nak zmie­nia­ły i rok, dwa la­ta póź­niej bry­tyj­scy fa­ni za­czę­li się co­raz bar­dziej in­te­re­so­wać mu­zy­ko­wa­niem czar­nych Ame­ry­ka­nów. W pół­noc­nej czę­ści An­glii Be­atle­si z co­raz więk­szym po­wo­dze­niem wy­ko­ny­wa­li ka­wał­ki z rhy­thmandblu­eso­we­go ka­ta­lo­gu wy­twór­ni Mo­town. Na­to­miast na po­łu­dniu kra­ju grup­ka mu­zy­ków wzię­ła na warsz­tat su­ro­wy, elek­trycz­ny blu­es spod zna­ku Chess Re­cords i in­nych chi­ca­gow­skich wy­twór­ni. W 1962 r. gra­ją­cy na har­monijce Cy­ril Da­vies i gi­ta­rzy­sta Ale­xis Kor­ner wraz z ze­spo­łem Blu­es In­cor­po­ra­ted za­po­cząt­ko­wa­li w klu­bie Ma­rqu­ee no­we, co­czwart­ko­we im­pre­zy. Ich wy­stę­py sta­ły się miej­scem spo­tkań hip­ste­rów i mu­zy­ków z en­tu­zja­zmem przyj­mu­ją­cych grę Mud­dy'ego Wa­ter­sa, How­lin' Wol­fa i in­nych gi­gan­tów chi­ca­gow­skie­go blu­esa. Nie­ba­wem i Jim­my'ego po­pro­szo­no, by zo­stał front­ma­nem ze­spo­łu, któ­ry grał w Ma­rqu­ee w prze­rwach mię­dzy wy­stę­pa­mi gwiazd.

Wte­dy po­czuł, jak bar­dzo pa­sjo­nu­je go gi­ta­ra. Roz­my­śla­niom nad przy­szło­ścią w su­kurs przy­szedł przy­pa­dek, zrzą­dze­nie lo­su. Po­nie­waż Page'a za­pra­sza­no do udzia­łu w ko­lej­nych se­sjach na­gra­nio­wych, za­czął roz­wa­żać, czy aby zo­sta­nie gi­ta­rzy­stą se­syj­nym (stu­dyj­nym) nie za­pew­ni utrzy­ma­nia bez po­trze­by wy­jaz­dów na tra­sy kon­cer­to­we.