Światło głębin - Frances Hardinge

-
Proszę czekać

Pro­log

Ludzie opo­wia­dają, że archi­pe­lag Miriad roz­ciąga się na obsza­rze tysiąca kilo­me­trów, od lodo­wa­tych wysp na pół­nocy do zie­lo­nych, tro­pi­kal­nych wysp na połu­dniu. Mówi się, że wyspia­rze przy­po­mi­nają czer­wone kraby bie­ga­jące po pla­żach - są twar­dzi i nie­prze­wi­dy­walni, a w wodzie czują się rów­nie dobrze jak na lądzie.

Podobno ocean ota­cza­jący Miriady jest sza­lony. Żegla­rze opo­wia­dają o ogrom­nych wirach wcią­ga­ją­cych statki, o stru­mie­niach lodo­wa­tej wody biją­cych z głę­bin i spra­wia­ją­cych, że zamie­rają serca nur­ków. Na bez­chmur­nym nie­bie nagle poja­wiają się ciemne obłoki.

Mówi się, że pod nor­mal­nym morzem leży mroczna kra­ina kosz­ma­rów. Kiedy Morze Grozy się burzy, morze leżące nad nim wpada w furię.

Podobno Morze Grozy było nie­gdyś miesz­ka­niem bogów.

Ludzie opo­wia­dają wiele rze­czy o Miria­dach i wszyst­kie są prawdą.

Bogo­wie byli rów­nie realni jak wybrzeża i prądy, rów­nie bez­li­to­śni jak wia­try i wiry. Szklany Kar­dy­nał opla­tał gale­ony prze­zro­czy­stymi mac­kami. Czer­wona Roz­pacz uno­siła się w wodzie niczym obłok krwi. Kal­ma­dosz wył przez ostre jak brzy­twa sza­ble w pysku. Dolor bie­gał po dnie na dzie­siąt­kach ludz­kich nóg. W głę­bi­nach cza­iła się Pani Tajem­nic, oto­czona wiją­cymi się wło­sami. Od czasu do czasu jeden z bogów wynu­rzał się z Morza Grozy i poja­wiał w bla­dym świe­tle dnia - poże­rał żaglowce, dru­zgo­tał porty, prze­ni­kał do ludz­kich kosz­ma­rów. Nie­które bóstwa śpie­wały.

Bogo­wie rzą­dzili Miria­dami przez stu­le­cia, budzili prze­ra­że­nie i fascy­na­cję. Skła­dano ofiary z ludzi, by ich prze­bła­gać; na bur­tach stat­ków malo­wano oczy pro­szące o litość. Czczono ich i podzi­wiano.

Póź­niej, nagle, zaczęli wal­czyć mię­dzy sobą.

W ciągu zale­d­wie tygo­dnia roz­szar­pali się nawza­jem - w tym cza­sie ogromne fale tsu­nami znisz­czyły wiele wysp. Zgi­nęły setki miesz­kań­ców Miriad. Na końcu nie został ani jeden żywy bóg, tylko ogromne trupy mio­tane prą­dami w głę­bi­nach. Nawet po upły­wie trzy­dzie­stu lat od Kata­kli­zmu nikt nie wie, dla­czego do niego doszło. Bogo­wie w dal­szym ciągu mają swoje sekrety, choć budzą coraz mniej­szy lęk.

Mówi się, że maleńki kawa­łek ciała mar­twego boga jest wart for­tunę, jeśli posiada rzad­kie, cenne wła­ści­wo­ści i jeśli ktoś jest na tyle odważny, by go wydo­być z dna morza.

To rów­nież prawda.

Roz­dział 1

- Jesteś pewien, że to bez­pieczne? - spy­tał kupiec przy­były z innej wyspy, wspi­na­jąc się po dra­bi­nie na roz­kle­ko­taną drew­nianą wieżę wido­kową. - Myśla­łem, że zała­twisz miej­sce w jed­nej z łodzi!

- Wszyst­kie łodzie są wypeł­nione - odparł gładko Hark, podą­ża­jąc za męż­czy­zną. - Guber­na­tor i jego przy­ja­ciele, boga­cze, któ­rzy sfi­nan­so­wali eks­pe­dy­cję, ich rodziny. Nie ma żad­nych wol­nych miejsc! - Mogło to nawet być prawdą, choć Hark wcze­śniej tego nie spraw­dził. - Poza tym miej­sca w łodziach są kosz­mar­nie dro­gie. To kosz­tuje zale­d­wie jedną dzie­siątą, a widok jest znacz­nie lep­szy!

Kiedy dotarli na szczyt wieży, kupiec był zdy­szany i ocie­rał twarz chu­s­teczką. Wła­ści­ciel byle jak skle­co­nej kon­struk­cji zapro­wa­dził ich do dwóch wąskich, nie­bez­piecz­nych ławek, po czym kupiec zapła­cił za sie­bie i za Harka. Chłodny wiatr spra­wiał, że drew­niana wieża koły­sała się i skrzy­piała. Kupiec się skrzy­wił i wci­snął głę­biej kape­lusz. Nie zauwa­żył, że wła­ści­ciel wieży dys­kret­nie mru­gnął do Harka i wrę­czył mu pro­wi­zję.

Trzy­me­trowe wieże wido­kowe na kołach wyta­czano w oko­lice portu tylko w święta i dni tar­gowe. W grun­cie rze­czy nie były szcze­gól­nie bez­pieczne, a Hark wie­dział, że staną się jesz­cze mniej bez­pieczne, gdy obsiądą je widzo­wie kupu­jący tań­sze miej­sca. Uwa­żał jed­nak, że nie warto o tym wspo­mi­nać.

- Widok jest nie­zły - przy­znał nie­chęt­nie kupiec.

Ze szczytu wieży spo­glą­dali nad gło­wami tłu­mów ludzi oku­pu­ją­cych nabrzeża i mola. Port wypeł­nił się już o świ­cie; widzo­wie stali nawet na szczy­tach kli­fów i na wyso­kich wie­żach obser­wa­cyj­nych. Każdy chciał widzieć wielką, wydłu­żoną zatokę w dole.

W tej chwili w por­cie nie działo się nic zasłu­gu­ją­cego na uwagę. Było to typowe, głę­bo­kie, spo­kojne kotwi­co­wi­sko, ide­alne miej­sce do cumo­wa­nia łodzi pod­wod­nych i baty­ska­fów. Pła­skie żela­zne żół­wie ze śru­bami z tyłu stały obok smu­kłych bar­ra­kud z czar­nymi meta­lo­wymi płe­twami. Widać było dzwony nur­kowe lśniące stalą i szkłem, a w pobliżu sta­ro­świec­kie płyt­ko­wodne łodzie pod­wodne z drewna i skóry.

Dziś jed­nak wszyst­kie cumo­wały na obrze­żach portu. Wkrótce miała powró­cić znacz­nie więk­sza łódź pod­wodna i nale­żało zro­bić dla niej miej­sce. Kiedy się pojawi, ludzie będą patrzeć, co przy­wio­zła - i kogo.

- Wygląda na to, że wszy­scy miesz­kańcy wyspy wyle­gli na brzeg! - zawo­łał kupiec.

- Pani Tajem­nic była naszą bogi­nią - zauwa­żył Hark. - Nasza wyspa, Tęsk­nota Pani, nosi jej imię. Można nawet powie­dzieć, że... wraca do domu.

W grun­cie rze­czy Pani Tajem­nic wła­dała kil­koma wyspami, nie jedną, ale Hark pozwo­lił sobie na poetycką meta­forę. Czy miało to jakieś zna­cze­nie? Pani Tajem­nic żyła dawno temu, przed naro­dzi­nami Harka. Bogo­wie nale­żeli teraz do świata baśni, a te można dowol­nie zmie­niać.

Jak dotych­czas dzień był pogodny, lecz dale­kie wyspy na wid­no­kręgu spo­wiła już mgiełka zwia­stu­jąca nad­cho­dzący deszcz. Hark czuł zapach kra­bów pie­czo­nych na kok­sow­ni­kach na nabrzeżu i nagle zro­zu­miał, że kocha wyspę, na któ­rej się uro­dził. Spę­dził czter­na­ście lat na urwi­stych brze­gach Tęsk­noty Pani; życie nauczyło go wszyst­kiego, czego potrze­bo­wał. Prę­dzej czy póź­niej jego wyspę odwie­dzi każdy miesz­ka­niec archi­pe­lagu. Ludzie bywają zała­mani albo zagu­bieni, ale nie ma to żad­nego zna­cze­nia. Kochał róż­no­rodne akcenty miesz­kań­ców Tęsk­noty Pani, wiel­kie żaglowce, które zawi­jały do portu i wycho­dziły w morze, pota­jemny han­del pra­wie wszyst­kim, co miało jakąś war­tość. Kochał spryt i chci­wość wyspia­rzy.

"Powi­nien to zoba­czyć Jelt". Ta myśl zasko­czyła Harka i zaczął się mar­twić. "Gdzie, do licha, jest Jelt?!"

Jelt pro­sił Harka, by spo­tkał się z nim rano koło mie­chowni; mieli poroz­ma­wiać o "robo­cie", którą ktoś chciał zle­cić. Hark cze­kał na przy­ja­ciela dwie godziny, po czym zre­zy­gno­wał. Wła­śnie taki był Jelt. Cza­sami potra­fił pomóc w trud­nych chwi­lach, ale naj­czę­ściej poja­wiał się i zni­kał jak kot. Niczego nie wyja­śniał ani nie prze­pra­szał.

Hark rozu­miał, że Jel­towi musiało coś prze­szko­dzić. Mimo to czuł w żołądku nie­przy­jemny cię­żar. Mijały godziny, a on nie miał żad­nej wia­do­mo­ści od naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Wielu ludzi nie lubiło Jelta i cza­sami dopa­dały go grze­chy z prze­szło­ści.

- Po czym poznamy "Dzie­cię Otchłani"? - Kupiec spo­glą­dał na port przez lunetę.

- Och, nie da się go z niczym pomy­lić! - Podob­nie jak więk­szość miesz­kań­ców Tęsk­noty Pani, Hark był dumny z "Dzie­cię­cia Otchłani". - Jest dłu­gie jak szku­ner: ide­alna łódź pod­wodna do bada­nia Morza Grozy. Trzy­dzie­ści wio­seł, kadłub z czar­nej har­to­wa­nej stali, dzie­sięć chwy­ta­ków i trzy śruby z tyłu. Naj­lep­sza i naj­więk­sza łódź pod­wodna w archi­pe­lagu! Ludzie osza­leją, gdy ją zoba­czą!

Zwy­kle do czę­ści portu zare­zer­wo­wa­nej dla łodzi pod­wod­nych nie pozwa­lano wpły­wać żad­nym stat­kom z wyjąt­kiem nie­licz­nych łodzi straży cel­nej, sza­lup nur­ków i frach­tow­ców. Tego dnia jed­nak przy nabrzeżu cumo­wały trzy luk­su­sowe barki, by człon­ko­wie elity wyspy mogli obej­rzeć powrót "Dzie­cię­cia Otchłani".

- To sta­tek guber­na­tora! - Hark wska­zał pro­stą biało-zie­loną flagę na poje­dyn­czym masz­cie. - Wła­śnie tam są inwe­sto­rzy, boga­cze, któ­rzy sfi­nan­so­wali wyprawę. - Wyobra­żał sobie, jak popi­jają dro­gie wina i obser­wują z nadzieją morze niczym hazar­dzi­ści liczący na wielką wygraną. - Dziś zdo­będą for­tuny albo będą zruj­no­wani - dodał.

- Zruj­no­wani? - spy­tał kupiec. - Czę­sto się to zda­rza?

- Cza­sami. - Hark wyczuł nie­zdrową cie­ka­wość męż­czy­zny i posta­no­wił szybko ją zaspo­koić. - Naszą wielką łódź pod­wodną "Pra­gnie­nie Nico­ści" zaata­ko­wał w głę­bi­nach gigan­tyczny kal­mar i wró­ciła do portu z niczym. Kiedy się wynu­rzyła i wszy­scy zoba­czyli puste sieci, połowa inwe­sto­rów sko­czyła z roz­pa­czy do wody. Więk­szość wyło­wili gwar­dzi­ści guber­na­tora, ale nie­któ­rzy inwe­sto­rzy nosili pod ubra­niami cięż­kie złote łań­cu­chy i kol­czugi. - Hark poka­zał dło­nią, jak bły­ska­wicz­nie tonęli, i pokrę­cił głową, uda­jąc żal.

Kupiec odzy­skał dobry humor. Zawsze miło wyobra­zić sobie nie­przy­zwo­icie boga­tych ludzi, jak topią się w morzu, bo spo­tkało ich nie­szczę­ście. Oczy­wi­ście z punktu widze­nia Harka kupiec rów­nież był bar­dzo bogaty. Hark miał nadzieję zdo­być w życiu podobny mają­tek.

- Ogromny kal­mar? - spy­tał cicho męż­czy­zna. W jego gło­sie brzmiała fascy­na­cja. - Więc w tych wodach cią­gle żyją potwory?

- Och, w głę­bi­nach czai się mnó­stwo nie­bez­pie­czeństw! - zapew­nił go entu­zja­stycz­nie Hark. - Ryby o zębach ostrych jak brzy­twa, bia­łych oczach i dłu­gich ogo­nach ze świe­cą­cymi czub­kami! Gej­zery lodo­wa­tej wody! Wiry! Prądy wcią­ga­jące w Morze Grozy! Ostre czarne iglice skalne i wiel­kie szcze­liny pełne bar­ra­kud! Jeżowce z kol­cami dłu­gimi jak ludz­kie ramiona! Prądy nio­sące żółte meduzy tak tru­jące, że jedno dotknię­cie zabija wie­lo­ryba!

Histo­rie te były praw­dziwe, a przy­naj­mniej na tyle praw­dziwe, by speł­nić swoje zada­nie. Hark rozu­miał lepiej niż inni, że opo­wie­ści to coś w rodzaju waluty. Czy nie można tro­chę kolo­ry­zo­wać? Kiedy kupiec wróci na zachodni kon­ty­nent, będzie się żywił tymi opo­wie­ściami przez całe lata.

Męż­czy­zna zady­go­tał. Praw­do­po­dob­nie uwa­żał wszyst­kie istoty żyjące pod wodą za obce i tajem­ni­cze. Ludzie z kon­ty­nentu byli dziwni. Wyda­wali się uwa­żać, że ląd koń­czy się na brzegu, a wyspy to po pro­stu tra­twy uno­szące się na sza­rym, kapry­śnym morzu. Miesz­kańcy archi­pe­lagu tacy jak Hark spę­dzali dosta­tecz­nie dużo czasu pod wodą, by rozu­mieć, że wyspy to po pro­stu szczyty zato­pio­nych gór. Pod powierzch­nią ląd opa­dał coraz niżej, two­rzył ostre grzbiety, głę­bo­kie wąwozy, prze­pa­ście i tajem­ni­cze pła­sko­wyże. Każde miej­sce miało swo­ich miesz­kań­ców, punkty orien­ta­cyjne, skarby i nie­spo­dzianki.

- Jest! - zawo­łał Hark. Zauwa­żył przy wej­ściu do portu krąg wzbu­rzo­nej wody, pod którą posu­wał się nie­wi­dzialny kształt. Mewy sie­dzące na powierzchni morza wzbiły się w powie­trze i zaczęły krą­żyć wiel­kimi sta­dami na nie­bie, skrze­cząc i pisz­cząc. - Tam! Widzi pan ślad na wodzie?! Wysu­nęła pery­skop!

Inni ludzie rów­nież wycią­gali ręce i krzy­czeli. Po kilku sekun­dach roz­legł się strzał nie­wiel­kiej armaty, który odbił się echem w por­cie. Na nie­bie poja­wił się obłok bia­łego dymu i powoli się roz­pły­nął.

Widzów ogar­nął entu­zjazm. Krzy­czeli na całe gar­dło. Kiedy łódź pod­wodna przy­wo­ziła na wyspę szczątki boga, zawsze trak­to­wano to jako wiel­kie święto. W dzie­ciń­stwie Hark nie mógł się docze­kać takich chwil, obser­wo­wał roz­sze­rzo­nymi oczami każdy szcze­gół. Przez chwilę czuł dawne pod­nie­ce­nie i fascy­na­cję.

Póź­niej na powierzchni wody poja­wił się długi czarny kadłub łodzi pod­wod­nej. Z niskiego kio­sku i czar­nych płetw spły­wała piana, a mosiężne bulaje lśniły w słońcu. Białe, bła­galne oczy nama­lo­wane na dzio­bie ocie­kały wodą, jakby pła­kały.

- Stra­ciła wio­sła - mruk­nął Hark, ale jego słowa zagłu­szył ryk tłumu. Osiem wio­seł było zła­ma­nych u nasady. Kiedy "Dzie­cię Otchłani" się wynu­rzyło, Hark spo­strzegł, że łódź stra­ciła nie tylko część wio­seł. Znik­nęła jedna ze śrub, a w tyl­nej czę­ści kadłuba znaj­do­wała się poszar­pana dziura, przez którą wyle­wała się z sykiem woda mor­ska. Przed­nia część "Dzie­cięcia" praw­do­po­dob­nie cią­gle była her­me­tyczna, gdyż ktoś ste­ro­wał łodzią, ale ludzie prze­by­wa­jący na rufie na pewno zgi­nęli.

Kupiec pochy­lał się do przodu z lunetą przy­ło­żoną do oka. Chciał w przy­szło­ści opo­wie­dzieć o wszyst­kim przy­ja­cio­łom, więc tra­ge­dia była rów­nie dobra jak triumf. Może nawet lep­sza? Opo­wie­ści to bez­li­to­sne istoty, cza­sem żywiące się krwią.

- Gdzie jest ładu­nek? - spy­tał. - Dla­czego ludzie bie­gają po nabrzeżu? Co się dzieje?

- Kiosk się otwo­rzył! - wyja­śnił Hark. - Ktoś wspiął się na górę... Trwa roz­mowa... Wygląda na to, że guber­na­tor wysłał sza­lupy z nur­kami. Coś jest przy­mo­co­wane do dna łodzi pod­wod­nej!

Gwar­dzi­ści guber­na­tora sto­jący na nabrzeżu przy­go­to­wali wia­trówki wystrze­li­wu­jące har­puny, by do "Dzie­cię­cia" mogły się zbli­żyć tylko sza­lupy z nur­kami. Wszy­scy inni pły­wacy, nur­ko­wie i żegla­rze zmie­rza­jący w tym kie­runku mogli się spo­dzie­wać śmier­cio­no­śnej salwy.

Słońce lśniło na mosięż­nych heł­mach nur­ków, któ­rzy weszli do wody i znik­nęli pod powierzch­nią. Po kilku minu­tach woda lekko się wzbu­rzyła. Coś uno­siło się obok wiel­kiej łodzi pod­wod­nej, coś dłu­giego i smu­kłego, owi­nię­tego meta­lową sie­cią o drob­nych oczkach i pokry­tego pianą...

- To jest ogromne! - wykrzyk­nął kupiec. - Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem!

Obiekty znaj­du­jące się w sieci - dwa, a nie jeden - były rów­nie dłu­gie jak "Dzie­cię Otchłani", lecz nie grub­sze od torsu męż­czy­zny. Zgięły się w poło­wie dłu­go­ści i Hark myślał przez chwilę, że zła­mały się w cza­sie rejsu. Jed­nak kiedy spły­nęła z nich piana, zoba­czył, że to dłu­gie nogi połą­czone sta­wami. Widział biało nakra­piany czer­wony pan­cerz pokryty czar­nymi wodo­ro­stami i mał­żami. Z sieci wysta­wał smu­kły szary szpon.

Nagle nie­sły­cha­nie dłu­gie nogi powoli się poru­szyły i zgięły...

Hark poczuł przy­pływ lęku i fascy­na­cji. Przez chwilę znowu był małym chłop­cem. Pra­wie wyobra­ził sobie, że Pani Tajem­nic wyska­kuje z wody, uwal­nia się z sieci, roz­bija klify w pył, a jej wijące się włosy zasła­niają niebo...

Po chwili się uspo­koił. Odzy­skał roz­są­dek. Wie­dział, że dziwne ruchy nóg zostały wywo­łane przez fale i mani­pu­la­cje nur­ków, nic wię­cej.

- To ona? - spy­tał kupiec, pocią­ga­jąc Harka za rękaw. - Pani Tajem­nic?

- Nie - odparł Hark. - To zna­czy... tak. Kawa­łek Pani Tajem­nic. Dwie nogi. - Kra­bie nogi dłu­go­ści żaglowca. Była to wspa­niała zdo­bycz, ale poczuł w sercu roz­cza­ro­wa­nie. Na co miał nadzieję?

- Myśla­łem, że Pani Tajem­nic była podobna do kobiety - zauwa­żył kupiec.

- To prawda - odparł Hark.

Teraz stała się szcząt­kami mar­twego boga, co ozna­cza oka­zje. Inwe­sto­rzy będą zazdro­śnie strzec ładunku, który zosta­nie wydo­byty dźwi­gami i prze­trans­por­to­wany do cze­ka­ją­cego maga­zynu. Nie uspo­koją się, dopóki ostat­nia uncja nie będzie pocięta, zwa­żona, oskro­bana, sprze­dana albo wygo­to­wana na klej. Tym­cza­sem setki ludzi będzie cza­to­wało na oka­zje. Odła­mek pan­ce­rza, odro­bina ichoru, łyżeczka gala­rety mogą przy­nieść zyski więk­sze od mie­sięcz­nych zarob­ków. Kiedy Hark był młod­szy, stał w cia­sno stło­czo­nym tłu­mie, mając nadzieję pochwy­cić upusz­czony kawa­łek...

Teraz był star­szy i mądrzej­szy; wie­dział, że ist­nieją spo­soby, by zaro­bić na Pani Tajem­nic, nie nara­ża­jąc się na har­puny. Obrzu­cił kupca krót­kim, tak­su­ją­cym spoj­rze­niem; męż­czy­zna cią­gle patrzył jak zahip­no­ty­zo­wany przez lunetę.

- Ludzie, któ­rzy czysz­czą i napra­wiają wiel­kie sieci, to praw­dziwi szczę­ścia­rze - skła­mał gładko. - To trudna praca, bo kable są grube. Zaj­muje się tym jeden z moich przy­ja­ciół. Mówi, że zawsze znaj­duje w sieci kilka kawał­ków ciała boga. Może je zatrzy­mać jako zapłatę.

- Naprawdę? - Kupiec opu­ścił lunetę i popa­trzył na Harka. Wyda­wał się łatwo­wierny, ale nie prze­sad­nie łatwo­wierny. Hark doko­nał dobrego wyboru.

- Nie jest to wcale taki dobry inte­res. - Hark wzru­szył ramio­nami ze smutną miną. - Musi sprze­da­wać ciało boga na aukcji, co ozna­cza, że guber­na­tor pobiera spory poda­tek.

Odwró­cił wzrok, jakby stra­cił zain­te­re­so­wa­nie tema­tem. Zarzu­cił przy­nętę. "Och, skub­nij haczyk, gruba rybo..."

- Sprze­daje wszystko na aukcji? - Kupiec się zawa­hał i odchrząk­nął. - A może twój przy­ja­ciel cza­sem sprze­daje kawałki boga... pry­wat­nie?

Hark zro­bił zdzi­wioną minę, a potem się zamy­ślił. Rozej­rzał się ukrad­kiem i pochy­lił w stronę kupca.

- Cóż, zgod­nie z pra­wem ciała bogów wolno sprze­da­wać tylko na aukcji. Gdyby ktoś się dowie­dział o pry­wat­nej trans­ak­cji, byłyby kło­poty. Ale... może chciałby pan poroz­ma­wiać z moim przy­ja­cie­lem?

- Gdyby nie miał nic prze­ciwko temu... - odparł kupiec. Roz­bły­sły mu oczy.

"Mam cię!"

Hark znał ludzi potra­fią­cych wyko­nać to, czego potrze­bo­wał. Kawa­łek pan­ce­rza homara pokryty szkli­wem, żeby wyglą­dał dziw­nie, z przy­kle­jo­nymi kil­koma poczer­nia­łymi cza­szoł­kami. Kupiec zacznie podej­rze­wać, że pamiątka nie jest praw­dzi­wym cia­łem boga, gdy znaj­dzie się daleko od Tajem­nicy Pani. Czy nawet wtedy nie będzie chciał dalej wie­rzyć, że pan­cerz jest auten­tyczny? Dla­czego rezy­gno­wać ze świet­nej histo­rii, którą można opo­wia­dać przy­ja­cio­łom? "Widzi­cie? To cząstka Pani Tajem­nic. Byłem w por­cie, kiedy wycią­gali ją z morza". Po co wąt­pić?

- Hark!

Okrzyk, który roz­legł się u pod­stawy wieży, spra­wił, że Hark się wzdry­gnął. Dosko­nale znał ten głos i poczuł ulgę. Jelta nie spo­tkało nic złego. Oczy­wi­ście.

Po chwili ulga minęła i zro­biło mu się ciężko na sercu. Ogar­nęła go dziwna pokusa, by jesz­cze przez chwilę uda­wać, że nie sły­szy.

- Hej, Hark! - Wieża się zatrzę­sła, gdy ktoś dwa razy wal­nął w nią pię­ścią.

Obró­cił się i spoj­rzał w dół.

Zoba­czył Jelta sto­ją­cego na nabrzeżu. Dziw­nie było patrzeć na niego z góry. Jelt, dwa lata star­szy od Harka, zawsze był od niego wyż­szy, ale w ciągu ostat­nich trzech lat dosłow­nie wystrze­lił do góry. Stał się chudy, żyla­sty i gnie­wał się z tego powodu. Nawet gdy stał w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, wyczu­wało się ema­nu­jącą z niego złość. Jak zwy­kle miał roz­tar­gniony, lecz napięty wyraz twa­rzy, jakby słu­chał dener­wu­ją­cych szep­tów roz­le­ga­ją­cych się w pobliżu. Hark zawsze miał w jego obec­no­ści wra­że­nie, że poja­wiły się jakieś kło­poty; na razie nic mu nie grozi, ale jeśli nie będzie ostrożny, sytu­acja może się zmie­nić.

Jelt uniósł rękę i szybko, gniew­nie ski­nął w stronę Harka, który zawa­hał się na chwilę, nie wie­dząc, co robić, po czym uśmiech­nął się nie­śmiało do kupca i poma­chał do przy­ja­ciela.

- Miło cię widzieć! - zawo­łał. - Poroz­ma­wiam z tobą póź­niej, dobrze? - Zer­k­nął zna­cząco na kupca. "Nie teraz, Jelt. Mam inte­res do zro­bie­nia".

Jelt pokrę­cił głową.

- Musisz zejść natych­miast.

- Żar­tu­jesz! - syk­nął Hark.

- Chodź! - Jelt znowu ude­rzył pię­ścią w drew­nianą wieżę. - Trzeba się śpie­szyć!

Inni widzo­wie sie­dzący na wieży zaczęli gło­śno pro­te­sto­wać. Hark zaci­snął zęby i prze­pro­sił cudzo­ziemca. Obie­cał, że odnaj­dzie go póź­niej, po czym zszedł po dra­bi­nie. Po chwili prze­py­chał się przez tłum za przy­ja­cie­lem. Hark zawsze brał udział w eska­pa­dach Jelta. Zacho­wy­wał się, jakby przy­siągł mu posłu­szeń­stwo.

- Mia­łem na haczyku tego kupca z kon­ty­nentu! - zapro­te­sto­wał, gdy obaj śpiesz­nie wspi­nali się dawną ścieżką kapła­nów na klif, gdzie znaj­do­wały się latar­nie mor­skie. - Nie mogłeś zacze­kać, aż pode­rwę wędkę?!

Jelt prych­nął z roz­ba­wie­niem.

- Wście­kasz się, że odcią­gną­łem cię od przy­ja­ciółki? - spy­tał. Od dawna żar­to­wał, że Hark pod­ko­chuje się w Pani Tajem­nic. - To takie roman­tyczne... Och, nie dąsaj się. Mówi­łem ci, że mamy dziś inną robotę!

- Gdzie byłeś dziś rano? - spy­tał ostro Hark. - Cze­ka­łem całymi godzi­nami!

- Uni­ka­łem kogoś - odparł krótko Jelt.

Jelt stał się nie­dawno bar­dzo popu­larny. Poszu­ki­wali go ludzie o chłod­nych oczach - i nie po to, by uści­snąć mu rękę. Cza­sami byli to ludzie guber­na­tora, cza­sami inni, któ­rzy się nie przed­sta­wiali. Powta­rzało się to od pamięt­nej nocy na bagnach, o któ­rej Hark i Jelt ni­gdy nie roz­ma­wiali. Hark wyczu­wał, że w tej chwili Jelt go pro­wo­kuje, by coś powie­dział. Zlek­ce­wa­żył przy­nętę.

- Zgu­bi­łeś ich? - spy­tał.

- Tak - odparł Jelt, który nagle stra­cił dobry humor. - Pośpiesz się, dobrze?

Hark miał wra­że­nie, że pochwy­cił go prąd mor­ski. Uwa­żał, że nie należy wal­czyć z prą­dami. Można je wyko­rzy­sty­wać, bawić się nimi, pozwa­lać się nieść; ma to jakiś sens, ow­szem. Ale bez­po­śred­nia walka to idio­tyzm. Jelt był prą­dem, który pory­wał go czę­ściej niż inne. Hark nie potra­fił się wyśli­zgnąć ani dać się nieść, stwa­rza­jąc pozory, że robi to, czego chce Jelt, choć uda­wało mu się to z innymi ludźmi.

"A zresztą nie chcę tego robić - powta­rzał sobie. - Jelt to mój brat". Jed­nak rozu­miał, że nie powi­nien wie­rzyć w to, co sobie wma­wia.

W pobliżu szczytu wzgó­rza, w cie­niu jed­nej z wież obser­wa­cyj­nych, cze­kały cztery osoby. Har­kowi mocno zabiło serce, gdy roz­po­znał przy­wód­czy­nię, kobietę zbli­ża­jącą się do czter­dziestki. Miała mądrą twarz i usta pełne gory­czy, jej twarz i ramiona pokry­wały liczne piegi; widać je było nawet na skó­rze krótko ostrzy­żo­nej głowy. Bra­wu­rowe, śmier­tel­nie nie­bez­pieczne wyprawy prze­myt­ni­cze Dotty Rigg budziły dziwną dumę w miesz­kań­cach Tęsk­noty Pani. Jej pię­cioro dzieci mogło pić za darmo w każ­dej tawer­nie na wyspie, nawet młod­sze, i tylko czę­ściowo z powodu stra­chu wzbu­dza­nego przez gang.

Hark sły­szał star­szych ludzi mówią­cych o Rigg z lękiem i pogardą; zdu­mie­wały ich jej suk­cesy. "Źle skoń­czy, za bar­dzo ryzy­kuje, nikogo nie słu­cha. Kto, do licha, chce być sławną prze­myt­niczką?!"

- Witaj, Rigg! - powie­dział Hark. Miał nadzieję, że mówi pew­nie, ale z sza­cun­kiem. Jelt wpa­ko­wał ich w jakieś sza­leń­stwo, ale Hark powi­nien uda­wać, że potra­fił dać sobie z tym radę.

Zauwa­żył, że kilku towa­rzy­szy Rigg dum­nie nosi w uszach sta­lowe i kościane kol­czyki wska­zu­jące, że zostali uca­ło­wani przez morze. Ludzie zaj­mu­jący się nur­ko­wa­niem albo pły­wa­jący łodziami pod­wod­nymi czę­sto tra­cili słuch, przy­naj­mniej czę­ściowo. Głu­chota wywo­łana uca­ło­waniem przez morze świad­czyła o tym, że ktoś jest wete­ra­nem pod­mor­skich eska­pad, i budziła powszechny sza­cu­nek.

- Migamy? - spy­tał szybko Hark w języku migo­wym Miriad i zoba­czył, że Rigg kiwa głową. Wielu ludzi uca­ło­wa­nych przez morze potra­fiło czy­tać z warg lub zacho­wało część słu­chu, więc zawsze nale­żało grzecz­nie spy­tać, czy wolą nor­malną roz­mowę czy język migowy.

- Chcia­łaś się z nami spo­tkać? - mignął Hark do Rigg. Ponie­waż wielu miesz­kań­ców archi­pe­lagu zostało uca­ło­wa­nych przez morze, pra­wie wszy­scy wyspia­rze znali jakąś formę języka migo­wego, choć róż­niły się one nieco na poszcze­gól­nych wyspach. Hark znał pod­sta­wowe znaki uży­wane na Tęsk­no­cie Pani, ale migał tro­chę nie­zgrab­nie w porów­na­niu z ludźmi, któ­rzy mieli więk­szą wprawę.

- Tak, choć ten pomysł coraz mniej mi się podoba - ostro odpo­wie­działa Rigg, robiąc gniewną minę. - Cze­ka­li­śmy pra­wie godzinę! Lepiej nie spóź­nij­cie się dziś wie­czo­rem! - Ski­nęła w stronę Harka i Jelta, by się zbli­żyli. Sześć osób sta­nęło bli­sko sie­bie, by ich znaki nie były czy­telne z daleka.

"Dziś wie­czo­rem?" Wyda­rze­nia toczyły się szyb­ciej, niż Hark się spo­dzie­wał.

- Nie spóź­nimy się - mignął Jelt. Żad­nych wymó­wek, żad­nych prze­pro­sin, po pro­stu nie­winne spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu.

Rigg wska­zała kciu­kiem latar­nię mor­ską na sąsied­nim przy­lądku.

- Ta latar­nia i następna - mignęła, spo­glą­da­jąc na Harka i Jelta tak­su­ją­cym wzro­kiem. - Musi­cie zga­sić latar­nie na wie­żach godzinę po strzale z armaty. Do następ­nej wieży bie­gnie ścieżka pod skra­jem klifu... Widzi­cie skalną półkę pod czer­wo­nym nawi­sem? Jeden z was musi się nią prze­czoł­gać. Nie wolno iść po kli­fie, bo ktoś was zauważy.

Hark szybko zro­zu­miał, o co cho­dzi, i coraz bar­dziej żało­wał, że się w to wplą­tał. Zaschło mu w ustach i w mil­cze­niu ski­nął głową. Był nie­złym akto­rem, ale wie­dział, że uca­ło­wani przez morze dobrze rozu­mieją język ciała. Miał tylko nadzieję, że nie zauwa­żyli ogar­nia­ją­cej go paniki. Zasta­na­wiał się, czy Jelt spe­cjal­nie przy­pro­wa­dził go z opóź­nie­niem, by nie mógł zapro­te­sto­wać i się wyco­fać. Spo­tkał się z czwor­giem nie­bez­piecz­nych ludzi i nie miał odwagi im powie­dzieć, że mar­no­wali czas.

- Musimy to zro­bić dziś wie­czo­rem? - spy­tał, melan­cho­lij­nie myśląc o łatwo­wier­nym kupcu, któ­rego zosta­wił samego.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­działa z iry­ta­cją Rigg. - Ludzie guber­na­tora są zajęci, prawda?

Hark zro­zu­miał, że Rigg ma rację. Więk­szość gwar­dzi­stów będzie praw­do­po­dob­nie pil­no­wać w por­cie "Dzie­cię­cia Otchłani", strzec maga­zynu z cen­nym ładun­kiem i powstrzy­my­wać ludzi od nur­ko­wa­nia w zatoce po zagu­bione cząstki Pani Tajem­nic. Klify i zatoki będą patro­lo­wane przez mniej­szą liczbę ludzi.

- Jestem pewna, że jutro sprze­da­dzą na aukcji ciało boga z "Dzie­cię­cia Otchłani" - cią­gnęła Rigg. - Póź­niej znowu poja­wią się nor­malne patrole. Trzeba to zro­bić dziś w nocy.

- Nie ma pro­blemu - odparł Jelt.

- Nie uprze­dzi­łeś mnie - powie­dział z gory­czą Hark. Na nie­bie zapa­dał zmrok, jakby wpa­dło w kwa­śny humor. - Ni­gdy mnie nie uprze­dzasz, Jelt.

- Nie było czasu, prawda? Trzeba korzy­stać z oka­zji, jeśli się nada­rza. Spóź­ni­li­śmy się, bo godzi­nami szu­ka­łem cię w tłu­mie!

- Mia­łeś czas, żeby mnie uprze­dzić! - zaczął Hark, ale już wie­dział, że nie ma sensu się sprze­czać. Kłót­nie z przy­ja­cie­lem nie dopro­wa­dzą do niczego dobrego.

- Posłu­chaj - cią­gnął Jelt. - Zro­bimy to tak. Ukry­jemy się na wzgó­rzu, aż zapad­nie ciem­ność, a potem ja wdra­pię się do pierw­szej latarni, a ty pój­dziesz półką skalną do dru­giej. Szybko zga­sisz latar­nię, a póź­niej ja zga­szę moją.

- Nie rozu­miem, dla­czego to ja mam iść półką - mruk­nął Hark.

- Żar­tu­jesz?! - Jelt zatrzy­mał się nagle i popa­trzył na Harka roz­sze­rzo­nymi, gniew­nymi oczami. - Pró­buję udo­wod­nić Rigg, jakie masz zdol­no­ści, Hark! Myślisz, że nie zna­la­zł­bym kogoś innego do tej roboty?! Wcią­gną­łem cię, bo jeste­śmy przy­ja­ciółmi! Potra­fisz dobrze się wspi­nać, a po dzi­siej­szym wie­czo­rze będzie o tym wie­dział cały gang prze­myt­ni­ków!

Cho­ciaż Hark był ziry­to­wany, kom­ple­ment tro­chę go uła­go­dził.

- Półka jest wąska - dodał Jelt. - Jesteś niż­szy ode mnie i będziesz się posu­wał szyb­ciej. Ten, kto ukryje się w pobliżu pierw­szej latarni, musi ją roz­bić, nie­za­leż­nie od tego, co się sta­nie. Co byś zro­bił, gdyby poja­wili się ludzie guber­na­tora? Uśmiech­nął­byś się do nich? Opo­wie­dział ładną histo­ryjkę?

- A ty? - odpa­ro­wał Hark. - Zrzu­cił­byś ich z klifu?

Jelt lekko wzru­szył ramio­nami i uśmiech­nął się groź­nie. Jego uśmiech mówił: "Zro­bił­bym to, gdy­bym chciał". Zawsze tak się zacho­wy­wał, jeśli mogło dojść do walki. Bra­wura z dodat­kiem groźby. Żar­to­wał, a jed­nak nie żar­to­wał. Nie dawało się okre­ślić, co jest prawdą.

- Dla­czego chcą zga­sić te latar­nie? - spy­tał cicho Hark.

Latar­nie mor­skie były kie­dyś sygna­łem dla bogów - prośbą. "Bła­gamy, żeby­ście pozwo­lili naszym stat­kom prze­pły­nąć. Nie wynu­rzaj­cie się w swoim strasz­li­wym maje­sta­cie. Uła­go­dzimy was, nakar­mimy..." Wiele wysp archi­pe­lagu Miriad usu­nęło latar­nie mor­skie jako sym­bol minio­nej, god­nej poża­ło­wa­nia epoki, ale guber­na­tor Tęsk­noty Pani był czło­wie­kiem prak­tycz­nym. Nie znisz­czył wież, prze­bu­do­wał je i wypo­sa­żył latar­nie w wiel­kie soczewki, tak że rzu­cały sze­ro­kie snopy świa­tła na zatoczki, z któ­rych w mroku nocy lubili korzy­stać prze­myt­nicy.

- Chcą zro­bić coś, co ma pozo­stać tajem­nicą - powoli, cier­pli­wie odparł Jelt, choć w jego gło­sie brzmiała nuta nie­cier­pli­wo­ści. - Może dowiemy się, o co cho­dzi, jeśli udo­wod­nimy, ile jeste­śmy warci.

Hark wahał się kilka sekund za długo i Jelt jak zwy­kle wpadł w złość.

- Och, zacho­wuj się jak doro­sły, Hark, nim zacznę żało­wać, że cię do tego wcią­gną­łem! To oka­zja zro­bie­nia kariery! Masz inne plany zawo­dowe, co? Zamie­rzasz spę­dzić życie, zbie­ra­jąc odpadki w por­cie i wyłu­dza­jąc gro­siki jak mały dzie­ciak, aż sta­niesz się stary i znie­do­łęż­niały, więc zaczniesz gło­do­wać?!

Hark przy­gryzł wargę, wie­dząc, że Jelt mówi prawdę. W głębi duszy Hark miał nadzieję, że czeka go lep­szy los; wyobra­żał sobie jasną, nie­zwy­kłą przy­szłość. Cho­ciaż czuł głę­boką, instynk­towną miłość do Tęsk­noty Pani, cza­sem marzył o prze­nie­sie­niu się na Syrenę albo Mal­pizę - więk­szą, wesel­szą wyspę, gdzie było wię­cej moż­li­wo­ści. Codzien­nie widy­wał ludzi, któ­rzy praw­do­po­dob­nie mieli kie­dyś podobne marze­nia, ale ni­gdy nie opu­ścili Tęsk­noty Pani i niczego nie osią­gnęli. Sta­rych męż­czyzn i stare kobiety w wil­got­nych łach­ma­nach, zbie­ra­ją­cych małże albo pro­szą­cych o drobne datki. W ich oczach malo­wało się znu­że­nie i roz­cza­ro­wa­nie. Patrząc na nich, czuł dreszcz lęku.

Hark już zro­bił coś w rodzaju kariery, prawda? Prze­stał krą­żyć wokół przy­tułku dla bez­dom­nych sie­rot, żebrząc o jedze­nie albo miej­sce do spa­nia. Miesz­kał wraz z innymi bez­dom­nymi nasto­lat­kami w szo­pie za fabryką kleju, nad linią przy­pływu; ścianę ogrze­wały pale­ni­ska fabryki. Współ­lo­ka­to­rzy praw­do­po­dob­nie prę­dzej czy póź­niej go wyrzucą, gdy doj­dzie do zmiany soju­szy; takie rze­czy po pro­stu się zda­rzają. Ludzie prze­stają cię lubić, więc szu­kasz innych przy­ja­ciół, żeby prze­trwać. Na nikim nie można na zawsze pole­gać.

Na nikim z wyjąt­kiem Jelta.

Hark i Jelt stra­cili rodzi­ców tej samej okrut­nej zimy, co w jakiś spo­sób ich połą­czyło. Cza­sami Hark miał wra­że­nie, że są czymś wię­cej niż tylko przy­ja­ciółmi - a może mniej niż przy­ja­ciółmi? - że ich losy są wbrew ich woli zwią­zane. Na Tęsk­no­cie Pani żyło wiele sie­rot; w dzie­ciń­stwie oka­zy­wano im szorstką dobroć. Miesz­kały w przy­tułku i dosta­wały jeden posi­łek dzien­nie. Żegla­rze rzu­cali im cza­sem odpadki i przy­my­kali oko, gdy dzie­ciaki spały w sza­lu­pach. Nawet gangi zbie­ra­czy, mające na wybrzeżu wła­sne tery­to­ria, od czasu do czasu pozwa­lały naj­młod­szym grze­bać w jezior­kach wśród skał w poszu­ki­wa­niu jeżow­ców i małży. Ale kiedy miały sie­dem lub osiem lat, ich czas się koń­czył. Mogły zadbać o sie­bie bez niczy­jej pomocy i prze­pę­dzano je z tery­to­riów gan­gów. Harka spo­tkało to dopiero w wieku dzie­wię­ciu lat: wcze­sna lek­cja na temat zalet dzie­cię­cego, nie­szko­dli­wego wyglądu.

Było to rów­nież nie­bez­pieczne. Spra­wiało, że Hark wyda­wał się poten­cjalną ofiarą, łatwym celem. Prze­trwał, bo roze­szły się plotki o jego zwa­rio­wa­nym przy­ja­cielu, który potrafi wal­czyć z doro­słymi męż­czy­znami i wybija im zęby kamie­niami.

Jelt ura­to­wał Har­kowi życie. Łatwo tra­cił nad sobą pano­wa­nie i potra­fił natych­miast zapo­mnieć o stra­chu. Miał ambitne plany i wiel­kie mnie­ma­nie o sobie.

- Musimy piąć się w górę albo ni­gdzie nie dotrzemy - mawiał. - Świat trzeba chwy­cić za gar­dło albo zgi­nąć.

Kilka godzin póź­niej obaj ukryli się na stoku wzgó­rza, patrząc na ciem­nie­jące niebo. Nocne wyprawy nie dener­wo­wały Jelta. Harka ow­szem, cho­ciaż wie­dział, że nie powi­nien się do tego przy­zna­wać.

Radził sobie, opo­wia­da­jąc w myślach histo­rie. Wyobra­żał sobie, że wyko­nał zada­nie, prze­żył, a póź­niej rela­cjo­nuje swoje przy­gody zachwy­co­nym słu­cha­czom w tawer­nie. Uspo­ka­jało go to i wol­niej biło mu serce. Stał się boha­te­rem, wszystko dobrze się skoń­czyło. Nie ma się czym przej­mo­wać. Toczące się wyda­rze­nia nie były naprawdę nie­bez­pieczne, przy­po­mi­nały przed­sta­wie­nie teatralne.

"Cze­ka­li­śmy przez dwie godziny w niszy skal­nej - opo­wia­dał zacie­ka­wio­nym, wyima­gi­no­wa­nym słu­cha­czom. - Sły­sze­li­śmy wie­czorny strzał z armaty, a potem patrzy­li­śmy na ciem­nie­jące niebo. Nad Pokorą i Kadłu­bem zbie­rały się chmury burzowe..."

Niebo stało się żół­tawe; na inne ska­li­ste wyspy spa­dały ulewy. Sły­szał ude­rze­nia kro­pli desz­czu, widział na ska­łach ciemne, wil­gotne, lśniące kro­ple wody.

Kry­jówka znaj­do­wała się w poło­wie wyso­ko­ści klifu na przy­lądku. Jelt spo­glą­dał na morze z miłym, eks­ta­tycz­nym wyra­zem twa­rzy, jaki zawsze się na niej poja­wiał, nim zro­bił coś głu­piego i nie­bez­piecz­nego. Tylko jego kwa­dra­towe palce nie­spo­koj­nie się poru­szały. Był opa­no­wany, ale czujny, chło­nął każdą mija­jącą chwilę, ważył jej zna­cze­nie.

- Chodź - powie­dział nagle. Nad­szedł wycze­ki­wany moment. Jelt miał zwie­rzęcy instynkt do takich spraw.

Po wyj­ściu z kry­jówki Hark poczuł na twa­rzy i rękach kro­ple lodo­wa­tego desz­czu - bole­sne ukłu­cia zimy.

"Musie­li­śmy się wspiąć na przy­lą­dek po kli­fie, żeby nas nie zauwa­żono - wyja­śnił swoim przy­szłym, wyima­gi­no­wa­nym admi­ra­to­rom. - Było to trudne, deszcz zale­wał nam oczy, a skały sta­wały się coraz bar­dziej śli­skie..."

Ciemne zbo­cze na górze pokry­wały nakra­piane sza­ro­białe głazy, które nie­kiedy sta­czały się w dół. Rosły mię­dzy nimi kar­ło­wate drzewa przy­po­mi­na­jące maleń­kie znaki zapy­ta­nia; kępy igieł poru­szane wil­got­nym wia­trem przy­po­mi­nały zaci­śnięte pię­ści. W ciem­no­ści widać było szare miko­łajki. Mięk­kie pur­chawki wyglą­dały jak kamie­nie, ale pękały pod naci­skiem dłoni. Można było się chwy­cić wrze­cio­now­ców, lecz parzyły dło­nie i palce.

Hark wspi­nał się na klif. Zdrę­twiały mu dło­nie i szczę­kał zębami.

"Zasta­na­wia­łem się, dla­czego wła­ści­wie to robię, ale nie mogłem wysta­wić Jelta do wia­tru, prawda? Zgi­nąłby beze mnie".

Wszy­scy miesz­kańcy Tęsk­noty Pani uczyli się wspi­nać już w dzie­ciń­stwie. Wdra­py­wali się do gniazd mor­skich pta­ków na kli­fach we wschod­niej czę­ści wyspy. Przy­lądki i śli­skie skały w zato­kach pozwa­lały się spraw­dzić i usta­lić swoje miej­sce w hie­rar­chii. Hark ska­kał ze Skały Lamen­tów i spa­dał przez długą sekundę, po czym wypły­wał zdy­szany na powierzch­nię. Dopóki potra­fił się wspi­nać, mógł uni­kać nie­bez­pie­czeństw, kło­po­tów i ludzi chcą­cych odzy­skać swoje mie­nie.

Zer­k­nął w bok i zoba­czył, że Jelt podąża do przodu z wykrzy­wioną twa­rzą, na któ­rej malo­wało się napię­cie. Hark był zręcz­niej­szy i lżej­szy, a Jelt sil­niej­szy i bar­dziej skłonny do bra­wury. Hark przez całe życie sta­rał się naśla­do­wać przy­ja­ciela.

"...i oczy­wi­ście zaczęło się ściem­niać, więc ledwo widzie­li­śmy wła­sne ręce..."

Wspi­nali się szcze­liną bie­gnącą zyg­za­kiem w górę, ponie­waż łatwo było tam o opar­cie dla stóp i nie dosię­gało ich świa­tło latarni, która bar­wiła na liliowo pobli­skie skały. Zacie­nione miej­sca miały ciem­no­po­ma­rań­czową barwę.

Kiedy szcze­lina stała się zbyt wąska, by wspi­nali się obok sie­bie, Jelt ruszył przo­dem. Wybie­ra­jąc trasę, nie spo­dzie­wali się desz­czu. Szcze­liną spły­wała woda i Hark czuł na rękach lodo­wate stru­myki oraz sły­szał grze­chot nie­wiel­kich kamy­ków wyrwa­nych z wil­got­nej ziemi.

Jelt usta­wił się bokiem w szcze­li­nie, zapie­ra­jąc się ple­cami o skałę. W oczy Harka ude­rzyło liliowe świa­tło. Z prze­ra­że­niem zdał sobie sprawę, że znaj­dują się bli­sko szczytu. Osło­nił twarz, by nie stra­cić zdol­no­ści widze­nia w mroku. Błysk świa­tła spra­wił, że tań­czyły mu przed oczami kolo­rowe kręgi; przy­po­mi­nały poma­rań­czowe ryby pły­wa­jące w ciem­nym morzu.

Jelt wybrał to miej­sce na kry­jówkę. Trą­cił Harka i wska­zał zbo­cze. Spo­glą­da­jąc przez deszcz, Hark widział trasę, którą powi­nien prze­być - nawis skalny i nie­wielką półkę znaj­du­jącą się pod nim. Jelt szybko klep­nął go po ramie­niu: mil­czący gest kole­żeń­stwa.

Ośle­piony Hark ruszył samot­nie śli­ską półką, by dotrzeć do następ­nej wieży. Z daleka nie zauwa­żył, jak cia­sna i wąska jest szcze­lina w skale, ale nie miał odwrotu.

"Wyobraź­cie sobie, jak leża­łem na wąskiej półce o sze­ro­ko­ści połowy dłoni i czoł­ga­łem się do przodu. Cza­sami musia­łem zgi­nać się wpół, bo półka zmie­niała kie­ru­nek. Po lewej stro­nie ziała prze­paść..."

- Głupi, zwa­rio­wany plan - szep­nął. Oczy zale­wała mu zamu­lona woda, czuł pod sto­pami śli­skie kamie­nie.

Wyda­wało się, że minął wiek, nim zna­lazł się za białą żyłą bie­gnącą w skale i zdał sobie sprawę, że poko­nał zale­d­wie jedną trze­cią trasy. Zro­zu­miał, że idzie zbyt wolno, i poczuł mdło­ści. Im dłu­żej zwleka, tym więk­sze ryzyko, że ktoś zauważy Jelta. Wal­cząc z instynk­tem, zaczął poru­szać się szyb­ciej, nie robiąc przerw, by spraw­dzać każde miej­sce, gdzie sta­wia stopy. Da sobie radę. On...

Nie wie­dział, kiedy popeł­nił błąd. Może przy­czyną był oblu­zo­wany kamień albo śli­ska skała? Nagle zaczął spa­dać. Podra­pał nogę i bio­dro, posi­nia­czył dło­nie, na próżno usi­łu­jąc się cze­goś chwy­cić. W ostat­niej chwili zła­pał ręką młode drzewko, a drugą wsu­nął w szcze­linę w skale. Wisiał nad prze­pa­ścią, bez­rad­nie wierz­ga­jąc nogami.

Drzewko było za słabe, by go utrzy­mać. Widział, jak się wygina; kora pękała, białe włókna coraz bar­dziej się roz­cią­gały.

Pęk­nie, a on runie w dół. Za kilka sekund zacznie się zupeł­nie inna histo­ria, ale Hark już ni­gdy nikomu jej nie opo­wie.

"Sły­sze­li­ście o tym małym, Harku?"

"Nie. Który to?"

"Chudy, kłam­liwy pokurcz. No cóż, zeszłej nocy spadł z klifu. Roz­trza­skał sobie głowę. Zna­leźli go, ale naj­pierw przez cały dzień jadły go ryby".

Ktoś cmok­nie, prych­nie, a może par­sk­nie śmie­chem. To wszystko. Koniec opo­wie­ści.

"Nie! - pomy­ślał. - Jestem boha­te­rem, do jasnej cia­snej!"

Wyjął rękę ze szcze­liny i wycią­gnął procę zatkniętą za pasek. Wisiał teraz tylko na jed­nej ręce. Sły­szał skrzy­pie­nie drewna i czuł, że jego dłoń ześli­zguje się po pniu.

Despe­racko zamach­nął się procą, która zacze­piła się na grub­szym drzewku rosną­cym nieco wyżej. Ryzy­ku­jąc upa­dek, puścił pierw­sze drzewo i zła­pał ręką drugi koniec procy. Chwy­cił go - i utrzy­mał się. Pod­cią­gnął się i zdo­łał objąć ramie­niem pień dru­giego drzewa, po czym powoli, mozol­nie wspiął się z powro­tem na półkę.

Przy­ci­snął podra­pany poli­czek do mokrej skały i stra­cił kilka cen­nych sekund. Dygo­tał, usi­łu­jąc zapa­no­wać nad mdło­ściami.

- Boha­ter... - szep­nął iro­nicz­nie. Pie­kły go oczy. Kiedy ostroż­nie uniósł głowę, zdał sobie sprawę, że ni­gdzie nie widzi procy. Nie miał czasu jej szu­kać; pra­wie na pewno spa­dła na skały u pod­nóża klifu. Poczoł­gał się pośpiesz­nie do przodu; jego posi­nia­czone ręce i ramiona drżały.

Kiedy półka się skoń­czyła i zoba­czył nad głową gwiazdy, pra­wie nie mógł uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście. Wgra­mo­lił się wąską rynną i ujrzał słabo oświe­tlony przy­lą­dek, fioł­kowy jak żyły mar­twego czło­wieka. Zoba­czył wieżę, kamienny postu­ment zwień­czony meta­lową klatką. Na szczy­cie znaj­do­wała się meta­lowa obu­dowa latarni z przy­mo­co­waną soczewką. Z ulgą spo­strzegł, że wokół nie ma żywej duszy.

Pobiegł do przodu, śli­zga­jąc się na mokrej tra­wie. Chwy­cił kamień i rzu­cił go w stronę szczytu wieży. Pole­ciał łukiem we wła­ści­wym kie­runku, ale tra­fił za nisko i sto­czył się z grze­cho­tem na zie­mię. Nie zdoła roz­bić latarni bez procy.

Zer­k­nął w stronę dru­giego przy­lądka. Jeśli nie zgasi latarni, Jelt będzie sie­dział w kry­jówce w pobliżu dru­giej wieży. Prę­dzej czy póź­niej pojawi się patrol i coś się przy­da­rzy... Jel­towi albo komuś innemu.

"I wtedy - powie­dział swoim wyima­gi­no­wa­nym słu­cha­czom - zro­zu­mia­łem, że mogę zro­bić tylko jedno..."

Zmę­czony i drżący Hark pod­biegł do wieży i zaczął się wspi­nać.

Kamienna pod­stawa oka­zała się łatwa. Cement zwie­trzał i popę­kał, więc znaj­do­wał opar­cie dla stóp. Ale kiedy dotarł do czę­ści wyko­na­nej z metalu, wspi­naczka stała się trud­niej­sza. Opla­tał rękami i nogami mokre meta­lowe wspor­niki i powoli peł­znął do góry; pod­cią­gał się na zardze­wia­łych poprzecz­kach, gdy pozwa­lały moc­niej się chwy­cić. Gwar­dzi­ści guber­na­tora wspi­nali się po dra­bi­nach, by zapa­lać latar­nie, po czym zabie­rali dra­biny, by nikt inny nie wdra­pał się na wieże.

Kiedy dotarł do szczytu, otwo­rzył meta­lową obu­dowę, wyjął latar­nię i cisnął na zie­mię. Roz­biła się dzie­sięć metrów niżej. Oliwa ochla­pała kamienną pod­stawę; przez chwilę tań­czyły na niej małe fioł­kowe pło­myki, które w końcu zga­sły. Po dzie­się­ciu sekun­dach latar­nia na dru­gim przy­lądku roz­bły­sła, a potem rów­nież zga­sła. Jelt strze­lił do niej z procy.

"Więc cią­gle żyje. Teraz może uciec, a ja..."

Scho­dząc z wieży, zauwa­żył zbli­ża­jące się poma­rań­czowe latar­nie.

Gwar­dzi­ści guber­na­tora dotarli do pod­stawy wieży i oto­czyli ją, gdy Hark w dal­szym ciągu tkwił na meta­lo­wej kon­struk­cji, ści­ska­jąc dłońmi kra­tow­nicę. Wisiał na niej, łapiąc oddech, pora­niony i posi­nia­czony; czuł lodo­waty chłód.

Mimo wszystko będzie musiał opo­wie­dzieć jakąś prze­ko­nu­jącą histo­rię. Nie w tawer­nie wśród przy­ja­ciół, ale tu i teraz, w desz­czu, ośle­piony przez latar­nie.

I musi to być naprawdę dobra opo­wieść. Przede wszyst­kim nie powi­nien poja­wić się w niej Jelt.

Roz­dział 2

Oka­zało się, że tej nocy aresz­to­wano wielu ludzi. Kiedy Harka odpro­wa­dzono do mia­sta, lochy guber­na­tora były już pełne. Wrzu­cono go do jed­nej z pro­wi­zo­rycz­nych cel, kwa­dra­to­wego dołu w ziemi przy­kry­tego ciężką drew­nianą kratą. Połowę osło­nięto płót­nem, które tro­chę chro­niło przed desz­czem, ale zie­mia na dnie zmie­niła się w grzą­skie błoto.

Hark spę­dził w jamie noc, zzięb­nięty i nie­szczę­śliwy, zasta­na­wia­jąc się, czy Jelt został zła­pany albo zgi­nął. Godzinę przed świ­tem pod­nie­siono kratę i wycią­gnięto go na zewnątrz. Wokół stało ze znu­dzo­nymi minami wielu uzbro­jo­nych gwar­dzi­stów guber­na­tora, więc Hark nie pró­bo­wał uciec, wspi­na­jąc się na mur ota­cza­jący dzie­dzi­niec.

Usi­ło­wał trzy­mać się dziel­nie, gdy pole­wano go wia­drami lodo­wa­tej wody. Póź­niej dostał brzyd­kie, szare ubra­nie.

- Skąd te luk­susy? - spy­tał, szczę­ka­jąc zębami. - Adop­tuje mnie ktoś z ary­sto­kra­cji?

- Jesz­cze lepiej - odparł szy­der­czo straż­nik. - Będziesz miał swój wielki dzień na poran­nej aukcji.

Hark poczuł, jak zamiera w nim serce. Oczy­wi­ście, że rano odbę­dzie się aukcja. Rigg już wcze­śniej się tego domy­ślała. Resztki Pani Tajem­nic zostaną szybko sprze­dane, nim doj­dzie do kolej­nych prób kra­dzieży. Ale na aukcjach nie sprze­da­wano tylko ciał bogów. Wyda­rze­nia bie­gły znacz­nie szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał, i nie był na to przy­go­to­wany.

Oczy­wi­ście zda­wał sobie sprawę, że nie sta­nie przed sądem. Na Tęsk­no­cie Pani sprawy kry­mi­nalne prze­ka­zy­wano sędziom, któ­rzy wysłu­chi­wali rela­cji gwar­dzi­stów i natych­miast decy­do­wali, czy aresz­to­wa­nie było słuszne. Pro­ces urzą­dzano tylko wtedy, gdy sędzia uznał, że gwar­dzi­ści popeł­nili błąd, albo za oskar­żo­nym wsta­wił się ktoś wpły­wowy.

Wcze­śniej Hark uwa­żał, że mimo wszystko zosta­nie prze­słu­chany. W cza­sie roz­mowy z prze­słu­chu­ją­cym można wyczuć, jak działa jego psy­chika, opo­wie­dzieć histo­rię, która mu się spodoba, cza­sem zawrzeć umowę...

Ale naj­wy­raź­niej nie mógł na to liczyć. Cele były prze­peł­nione, więc guber­na­tor posta­no­wił je opróż­nić i zaro­bić, ile się da. Więź­nio­wie zostaną sprze­dani na aukcji.

Harka pośpiesz­nie popro­wa­dzono przez rynek, a póź­niej wspiął się na szczyt wzgó­rza wraz z kil­koma innymi więź­niami. Na szczę­ście nie było wśród nich Jelta i nie roz­po­znał rów­nież żad­nego z człon­ków gangu Rigg, więc praw­do­po­dob­nie udało im się uciec. Hark też prze­żył. Musi zacho­wać jasność umy­słu. Roz­pacz to tru­ci­zna, wywo­łuje odrę­twie­nie. Naj­gor­sza jest chwila, gdy docho­dzimy do wnio­sku, że na pewno czeka nas naj­gor­sze.

Nagle tra­fił go w ucho nie­dbale rzu­cony kamień. Żach­nął się, ale się nie rozej­rzał - nie było sensu ryzy­ko­wać dru­giego tra­fie­nia pro­sto w oko. Zaklął, lecz nie potrak­to­wał tego oso­bi­ście. Od czasu do czasu sam rzu­cał kamie­niami w schwy­ta­nych prze­stęp­ców, nie ze zło­ści, ale po pro­stu dla­tego, że było to dozwo­lone.

Nie przy­cho­dziło mu do głowy, by tego nie robić, bo pew­nego dnia sam może się zna­leźć w iden­tycz­nej sytu­acji. W grun­cie rze­czy w głębi serca prze­czu­wał, że kie­dyś to nastąpi, że obrzucą go kamie­niami. Uwa­żał za natu­ralne, że powi­nien dobrze wyko­rzy­stać czas, gdy może się znę­cać nad więź­niami, a nie być celem ata­ków.

Mimo to poczuł ukłu­cie w sercu. Był zado­wo­lony, że nie wie, kto rzu­cił kamień. Gdyby zro­bił to ktoś zna­jomy, czułby się znacz­nie gorzej.

Zaschło mu w ustach, gdy kolumna więź­niów zbli­żała się do domu aukcyj­nego na szczy­cie wzgó­rza. Przez całe życie widział ten budy­nek na tle nieba, ale był w środku tylko kilka razy.

Duży, stary gmach miał nie­fo­remny kształt i kopu­la­sty dach; okna w kamien­nych ścia­nach przy­po­mi­nały wąskie strzel­nice. Wła­śnie tak powinno być, bo kie­dyś słu­żył jako świą­ty­nia. W wiel­kiej sali gro­ma­dzili się kapłani z Tajem­nicy Pani, wyda­wali wyroki i skła­dali ofiary. Jakże ina­czej mia­łaby wyglą­dać świą­ty­nia? Nawet wiele lat po zagła­dzie bogów wszy­scy w dal­szym ciągu wie­dzieli, że świę­tość ma w sobie coś tajem­ni­czego, dziw­nego. Ist­nieje piękno nale­żące tylko do bogów, które wywo­łuje ści­ska­nie w żołądku...

Kiedy rządy nad wyspą prze­jął guber­na­tor - posłu­żył się pro­stą, ale uczciwą metodą pole­ga­jącą na tym, że miał wielu uzbro­jo­nych ludzi i ogło­sił, że przyj­muje wła­dzę - był zbyt prze­bie­gły, by prze­kształ­cić wielki budy­nek we wła­sną rezy­den­cję. Zamiast tego kazał zbu­do­wać dla sie­bie nie­da­leko portu ceglaną willę otyn­ko­waną na biało i oto­czoną murem. Rozu­miał, że stara świą­ty­nia to łącz­nik z prze­szło­ścią. Zamiesz­ka­nie w niej było poni­żej jego god­no­ści.

Dla­tego prze­kształ­cił świą­ty­nię w dom aukcyjny. Mniej ważne licy­ta­cje odby­wały się co tydzień; sprze­da­wano na nich skarby wydo­byte z morza, ładunki stat­ków i skon­fi­sko­wane towary. Aukcja była wiel­kim dniem, oka­zją zakupu stat­ków i łodzi pod­wod­nych, luk­su­so­wych towa­rów, pierw­szo­rzęd­nych czę­ści ciał bogów... i prze­stęp­ców. Miesz­kańcy Tęsk­noty Pani łatwo się przy­sto­so­wy­wali. W tej chwili szczy­cili się naj­wyż­szą prze­stęp­czo­ścią w archi­pe­lagu i potra­fili nawet na tym zara­biać.

Dziś to Hark zosta­nie wysta­wiony na sprze­daż. Nie­zbyt przy­jemny los, ale jeśli nie poja­wią się przy­zwo­ici kupcy, jego los będzie przy­pie­czę­to­wany.

Teo­re­tycz­nie w archi­pe­lagu nie­wol­nic­two było zaka­zane. Ale jeśli ktoś taki jak Hark został uznany za prze­stępcę, sprze­da­wano go na aukcji jako "sługę kon­trak­to­wego". Wszyst­kie wyspy Miriad hono­ro­wały podobne kon­trakty. Gdyby tego nie robiły, skąd bra­łyby ludzi do wyko­ny­wa­nia prac, któ­rych nikt nie chciał się pod­jąć z wła­snej woli? Im cięż­sze prze­stęp­stwo, tym dłuż­sza kara. Jeśli sługa kon­trak­towy uciekł, mógł zostać schwy­tany i odsta­wiony do wła­ści­ciela, który miał prawo go uka­rać albo sprze­dać komuś gor­szemu.

Zawsze ist­niał ktoś gor­szy.

Wielka sala miała spra­wiać, by ludzie czuli się jak mrówki. Każdy rozu­miał to zaraz po wej­ściu do wiel­kiego budynku. Był zbyt prze­stronny, zbyt ogromny, łuko­wate skle­pie­nie znaj­do­wało się za wysoko, okna były zbyt wąskie i dłu­gie, wpa­dało przez nie zbyt mało świa­tła. Kil­ka­na­ście rzę­dów ławek dla uczest­ni­ków aukcji wypeł­niało tylko połowę sali. Tłumy ludzi nik­nęły w wiel­kim pomiesz­cze­niu. W gma­chu poja­wiało się dzi­waczne echo, wyż­sze i bar­dziej nie­po­ko­jące niż nor­malny głos. Powoli cichło w pół­mroku, budząc instynk­towny lęk.

Guber­na­tor zro­bił, co mógł. Ściany sali były teraz pokryte bia­łym tyn­kiem, ale tu i tam wil­goć spra­wiła, że jego płaty odpa­dły i widać było frag­menty sta­rych, czer­wono-czar­nych fre­sków. Dolną część wiel­kiego pomiesz­cze­nia oświe­tlało dwa­na­ście żela­znych kan­de­la­brów, które nie roz­pra­szały mroku pod skle­pie­niem.

W sali widać było wiele śla­dów prze­szło­ści. Nie­gdyś w środku znaj­do­wał się duży, owalny basen wypeł­niony wodą mor­ską, gdzie doko­ny­wano rytu­al­nego oczysz­cze­nia kapła­nów i ludzi skła­da­nych w ofie­rze bogom. Guber­na­tor kazał go zalać cemen­tem, ale wszy­scy i tak wie­dzieli, że daw­niej tam był - nowe, brą­zo­wawe płytki cera­miczne odci­nały się od sza­rych kamien­nych płyt. Poza tym rzu­cał się w oczy rząd płyt­kich, wytar­tych wgłę­bień bie­gną­cych od basenu do wej­ścia, a póź­niej do łuku znaj­du­ją­cego się w głębi sali. Przez stu­le­cia kro­czyły tędy pochody ludzi skła­da­ją­cych ofiary, aż bose stopy wyżło­biły kamie­nie.

Hark czuł się tak, jakby sam miał zostać zło­żony w ofie­rze, ale oczy­wi­ście nie popro­wa­dzono go po tych wgłę­bie­niach. Jego i resztę prze­stęp­ców skrę­po­wa­nych łań­cu­chami zapro­wa­dzono do bocz­nej czę­ści sali, by nie prze­ry­wać aukcji statku o nazwie "Łagodny Wiatr". Tło­czyli się nie­da­leko podium, na któ­rym stał pro­wa­dzący licy­ta­cję; obok znaj­do­wało się wiel­kie liczy­dło poka­zu­jące aktu­alną ofertę.

Pro­wa­dzący zachwa­lał sta­tek, a Hark usi­ło­wał oce­nić publicz­ność. Coraz bar­dziej tra­cił nadzieję.

Był wcze­sny ranek i widzo­wie wyda­wali się znu­dzeni. Więk­szość drze­mała, gawę­dziła albo czy­tała. Pierw­sze rzędy były zajęte, ale domy­ślał się, że wielu ludzi przy­szło wcze­śniej, by zająć lep­sze miej­sca przed sprze­dażą ładunku "Dzie­cię­cia Otchłani", która miała nastą­pić póź­niej. Chcieli kupić cząstkę Pani Tajem­nic, a przy­naj­mniej na nią popa­trzeć.

Hark się roz­glą­dał, szu­ka­jąc w tłu­mie zna­jo­mych twa­rzy przy­ja­ciół, choć wie­dział, że praw­do­po­dob­nie ich nie zoba­czy. Oczy­wi­ście nie było śladu Jelta. Zapewne ukrył się gdzieś z gan­giem Rigg. Hark nie winił przy­ja­ciela, ale jego nie­obec­ność spra­wiała, że czuł się samotny.

Hark patrzył, jak koń­czy się licy­ta­cja "Łagod­nego Wia­tru". Jeden z uczest­ni­ków aukcji bez prze­ko­na­nia uniósł rękę. Zagrze­cho­tała kulka na liczy­dle, poka­zu­jąc ostat­nią ofertę. Pro­wa­dzący ospale zachę­cał do zgła­sza­nia nowych ofert, a póź­niej ogło­sił, że łódź została sprze­dana.

- Następny punkt to sprze­daż prze­stęp­ców, któ­rzy zostaną słu­gami kon­trak­to­wymi! - zawo­łał licy­ta­tor sto­jący na sta­rej ambo­nie. Wyrzeź­biono ją w dziwny spo­sób: jakby pokry­wały ją kro­ple wody pły­nące do góry, na prze­kór gra­wi­ta­cji.

Grupkę sku­tych więź­niów popro­wa­dzono naprzód. Hark zasta­na­wiał się przez sza­loną chwilę, co by się stało, gdyby wszy­scy rzu­cili się nagle ku drzwiom. Ale dosko­nale znał odpo­wiedź. Widział na wyso­kiej gale­rii gwar­dzi­stów guber­na­tora z wia­trów­kami; pod ich lufami znaj­do­wały się mie­dziane butle ze sprę­żo­nym powie­trzem. Zie­wali i wyda­wali się znu­dzeni, lecz praw­do­po­dob­nie sta­liby się znacz­nie bar­dziej aktywni, gdyby towar prze­zna­czony na sprze­daż posta­no­wił uciec.

Z despe­ra­cją rozej­rzał się po publicz­no­ści. Nie­któ­rzy widzo­wie nawet nie unie­śli głów. Kilku zer­k­nęło na niego, ale póź­niej popa­trzyli na star­szych, sil­niej­szych prze­stęp­ców. Hark wyda­wał się mały, bez­u­ży­teczny i praw­do­po­dob­nie nie­godny zaufa­nia - mar­no­wa­liby pie­nią­dze, kar­miąc go i zapew­nia­jąc mu miej­sce do spa­nia.

Więk­szość ludzi sie­dzą­cych w pierw­szej ławce z uwagą obser­wo­wała licy­ta­tora i prze­stęp­ców, ale nie było w tym nic dziw­nego. Zgod­nie z nie­pi­saną zasadą pierw­sza ławka była zare­zer­wo­wana dla uca­ło­wa­nych przez morze, by mogli łatwiej czy­tać z warg i obser­wo­wać asy­stenta licy­ta­tora opi­su­ją­cego sprze­da­wane towary w języku migo­wym. Miesz­kańcy kon­ty­nentu, któ­rzy nie­świa­do­mie naru­szali tę zasadę, ni­gdy nie rozu­mieli, dla­czego wszy­scy depcą im po sto­pach albo wydmu­chują dym z cygar pro­sto w twa­rze. W tej chwili nikomu nie dep­tano po sto­pach, więc praw­do­po­dob­nie widzo­wie sie­dzący z przodu byli uca­ło­wani przez morze.

Po chwili Hark zauwa­żył, że jedna osoba patrzy pro­sto na niego.

Była to dziew­czyna w jego wieku, może tro­chę młod­sza - niska, ciem­no­włosa i chuda, z dużymi oczami i nie­po­ko­jąco prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Uwagę Harka zwró­ciły piegi pokry­wa­jące jej twarz, ramiona i szyję. Tylko jedna rodzina była taka pie­go­wata.

"To na pewno córka Rigg. Co tu robi? Dla­czego się na mnie gapi?"

W dzi­kim przy­pły­wie opty­mi­zmu Hark miał przez chwilę nadzieję, że dziew­czyna zamie­rza wziąć udział w licy­ta­cji i kupić go w imie­niu gangu prze­myt­ni­ków. Jed­nak nie mógł na to liczyć. Wszy­scy wie­dzieli, że guber­na­tor wtrąca do wię­zie­nia ludzi, któ­rzy kupują na aukcjach swo­ich wspól­ni­ków, więc nikt już tego nie robił.

"Nie, jest tutaj, bym czuł, że ludzie Rigg mają mnie na oku. Jeśli ich wydam, szybko się dowie­dzą. Jej obec­ność to ostrze­że­nie".

Hark z prze­ra­że­niem spo­strzegł, że kilku męż­czyzn o twa­rzach pokry­tych bli­znami obser­wuje go z namy­słem. Byli to łowcy oka­zji, kupu­jący za bez­cen prze­stęp­ców, któ­rzy nie wzbu­dzili niczy­jego zain­te­re­so­wa­nia, a następ­nie sprze­da­jący ich na galery. Zaku­pio­nych przez nich ludzi przy­ku­wano do wio­seł na stat­kach albo łodziach pod­wod­nych. Wielu umie­rało, a ci, co prze­żyli, wycho­dzili na wol­ność gar­baci, na poły ślepi i zła­mani życiem.

Obok han­dla­rzy sie­dział męż­czy­zna z mod­nie przy­ciętą brodą, ubrany w płaszcz z dobrego mate­riału. Roz­po­znał go jeden z prze­stęp­ców i powie­dział, że to wła­ści­ciel kopalni na Mal­pi­zie, który cza­sami kupuje chu­dych chłop­ców miesz­czą­cych się w nie­bez­piecz­nie wąskich chod­ni­kach pod­ziem­nych. Nie­wiele lep­sza per­spek­tywa niż galery.

- Pierw­sza par­tia! - zawo­łał licy­ta­tor. - Imię Hark. Stłukł zeszłej nocy dwie latar­nie na kli­fie. Ska­zany na trzy lata pracy jako sługa kon­trak­towy.

- Trzy lata! - wybuch­nął mimo woli Hark. Echo jego piskli­wego głosu uto­nęło w mroku pod skle­pie­niem. Bał się, że dosta­nie rok, ale trzy...

"Będę zła­many - pomy­ślał z despe­ra­cją. - Nie prze­żyję trzech lat na gale­rach". Zamie­rzano uka­rać go dla przy­kładu. Guber­na­tor musiał uznać znisz­cze­nie latarni za oso­bi­sty afront. "Nie pod­da­waj się - powie­dział sobie ostro, czu­jąc przy­pływ paniki. - Jesz­cze nie umar­łeś". Kiedy odłą­czono go od grupy więź­niów i wypchnięto przed ambonę, usi­ło­wał zapa­no­wać nad odde­chem. "Muszą być jesz­cze inni kupcy!"

- Czy ktoś ma przed licy­ta­cją jakieś pyta­nia do więź­nia? - spy­tał ze znu­dze­niem pro­wa­dzący. Miał minę czło­wieka, któ­rego czeka pra­co­wity dzień. Więk­szość widzów znowu sku­piła uwagę na kata­lo­gach. - Nie? A zatem...

- Czy mogę coś powie­dzieć na swoją obronę? - prze­rwał z roz­pa­czą Hark.

- Nie jesteś w sądzie, chłop­cze! - odparł licy­ta­tor i na sali roz­le­gły się śmie­chy.

- Ale uczest­nicy aukcji w ogóle nie wie­dzą, co zro­bi­łem! - Har­kowi mocno biło serce. - Nie wie­dzą, dla­czego to zro­bi­łem! Nie wie­dzą jak!

"Och, pro­szę! Niech ktoś połknie haczyk!" Hark roz­glą­dał się po widzach, szu­ka­jąc oznak zain­te­re­so­wa­nia.

Z tyłu sie­działo mał­żeń­stwo. Męż­czy­zna i kobieta zer­kali na niego ze zmarsz­czo­nymi brwiami i szep­tali. Czy to zain­te­re­so­wa­nie, czy dez­apro­bata?

Kobieta w śred­nim wieku w dobrej kurtce z brą­zo­wej wełny bawiła się mono­klem na łań­cuszku. Obser­wo­wała aukcję spod pół­przy­mknię­tych powiek jak widz teatralny cze­ka­jący na począ­tek spek­ta­klu. A może po pro­stu drze­mała?

Dwóch męż­czyzn w sel­ski­no­wych kurt­kach, przy­by­sze z pół­noc­nej czę­ści archi­pe­lagu. Śmiali się cicho i zer­kali na Harka. Czy mimo to zdoła ich do sie­bie prze­ko­nać?

"Jeśli będę pró­bo­wał mówić do wszyst­kich, nie zła­pię nikogo na haczyk. Muszę wybrać jedną osobę i mówić tylko do niej. I nie mogę się pomy­lić".

Hark doko­nał wyboru. Spoj­rzał w oczy kobie­cie. Wpa­try­wał się w nią. Bła­gal­nie uniósł brwi.

"Ty, tak. Pro­szę".

Kobieta w brą­zo­wym płasz­czu, z mono­klem na oku, spo­glą­dała na niego przez chwilę, po czym się uśmiech­nęła.

- Dobrze! - zawo­łała. - Jestem cie­kawa, co nam powiesz. Mów, chłop­cze!

Roz­dział 3

Hark czuł, jak wali mu serce. Przy­cho­dziły mu do głowy różne histo­ryjki.

"To nie ja! To był pomysł kogoś innego! Bałem się, to nie moja wina! Pod­stęp­nie mnie namó­wiono!"

Wła­śnie takie rze­czy opo­wia­damy, gdy chcemy kogoś prze­ko­nać, że jeste­śmy nie­winni, a przy­naj­mniej nie­szko­dliwi. Jeśli chwyci cię za kark straż­nik albo wła­ści­ciel stra­ganu, trzeba wzbu­dzić w nim litość; może cię puścić, czę­stu­jąc kop­nia­kiem w tyłek.

Ale teraz sytu­acja była trud­niej­sza. Hark nie stał przed sądem. To, czy jest winny, czy nie­winny, nie miało zna­cze­nia; naj­waż­niej­sze było, czy jest inte­re­su­jący jako przed­miot han­dlu. Jeśli nie przy­kuje uwagi publicz­no­ści, zgi­nie. Jeśli zacznie beł­ko­tać, bła­gać i prze­wra­cać oczami, na pewno znu­dzi widzów. Jesz­cze gorzej - wyda się słaby i głupi. Ktoś może zacząć mu współ­czuć, ale go nie kupi. Nikt nie chce mieć sła­bego, głu­piego sługi.

Musi się wydać war­to­ściowy. Inte­li­gentny, ale nie fał­szywy. Obda­rzony dobrym ser­cem, a zara­zem spry­tem.

- Nie zamie­rzam uda­wać, że nie stłu­kłem tych latarni - powie­dział spo­koj­nie, lecz odważ­nie. - Nie cho­dziło o pie­nią­dze ani o zabawę. Musia­łem to zro­bić.

"Zain­te­re­suj ich. Skup na sobie ich uwagę".

- Chcesz powie­dzieć, że ktoś cię do tego zmu­sił? - spy­tała kobieta, która połknęła haczyk. Trudno było ją przej­rzeć. Hark poznał po akcen­cie, że nie pocho­dzi z Tęsk­noty Pani, a jed­nak mówiła jak osoba wycho­wana w tej czę­ści archi­pe­lagu. Może na jed­nej z pobli­skich wysp? Miała lekko roz­ba­wiony wyraz twa­rzy, głos pełen iro­nii i nie­do­wie­rza­nia. Jeśli Har­kowi dopi­sze szczę­ście, dalej będzie zada­wać pyta­nia. Jego los wisiał na wło­sku.

- Nie - odparł. - To był mój pomysł. Postą­pi­łem głu­pio... Wiem o tym. Wtedy też to wie­dzia­łem. Ale to był jedyny spo­sób. - "Zacze­kaj. Wyja­śnisz wszystko póź­niej. Niech zga­dują". - Nie zro­bi­łem tego dla kawału - dodał szybko. - Widzie­li­ście tam­ten klif? Nikt by się na niego nie wspiął, gdyby nie musiał, prawda? - W tej chwili patrzył przede wszyst­kim na kobietę. "Nie sta­wiaj wszyst­kiego na jedną kartę. Mów na tyle gło­śno, by sły­szeli cię także ludzie na końcu. Spo­glą­daj cza­sem na innych". - Musia­łem się wspiąć na szczyt klifu na Przy­lądku Oka Duszy. W ciem­no­ści, w desz­czu. Na szczy­cie zbi­łem procą pierw­szą latar­nię. - Spu­ścił na chwilę wzrok i wzru­szył ramio­nami z lek­kim zaże­no­wa­niem. - Wie­dzia­łem, że za chwilę poja­wią się straż­nicy, więc nie mogłem pobiec do latarni na sąsied­nim przy­lądku.

Ponie­waż Harka ska­zano za zbi­cie obu latarni, licy­ta­tor praw­do­po­dob­nie nie wie­dział, że znisz­czono je pra­wie jed­no­cze­śnie. Hark mógł utrzy­my­wać, że nie miał wspól­ni­ków, nie wspo­mi­nać o Jel­cie i gangu Rigg.

Zer­k­nął na pie­go­watą dziew­czynę w pierw­szym rzę­dzie publicz­no­ści. W dal­szym ciągu spo­glą­dała na niego wiel­kimi oczami, jakby potra­fiła czy­tać w jego myślach.

- Pod szczy­tem klifu znaj­duje się półka skalna, miej­scami o sze­ro­ko­ści dłoni. - Hark uniósł ręce, by una­ocz­nić widzom, jak wąska jest półka. - Śli­ska i zwie­trzała. Ale nie mia­łem wyboru. Obok stu­me­trowa prze­paść, deszcz, wiatr pró­bo­wał mnie zdmuch­nąć, wyskro­bać jak ostrygę z muszli...

Wła­ści­ciel kopalni poru­szył się nie­cier­pli­wie na ławie. "Za dużo barw­nych opi­sów - pomy­ślał ostro Hark. - Muszę mówić bar­dziej rze­czowo".

- Trzy razy o mało nie spa­dłem i nie zgi­ną­łem - dodał szybko. - Proca spa­dła w prze­paść. Musia­łem się wspiąć na meta­lową wieżę, śli­ską od desz­czu, i stłuc drugą latar­nię. - Umilkł, mając nadzieję, że publicz­ność pamięta, jak wysoka jest wieża, i rozu­mie, jak wiel­kiego uporu i umie­jęt­no­ści wyma­gało wspię­cie się na szczyt.

- Masz odpo­wia­dać na pyta­nia pani, a nie mar­no­wać nasz czas bzdurną gada­niną! - wark­nął licy­ta­tor.

- Wiem, wiem! - zgo­dził się szybko Hark. - Mówię tylko, że ni­gdy bym tego wszyst­kiego nie zro­bił, nie nara­ził­bym się na takie ryzyko, gdy­bym nie miał naprawdę waż­nego powodu. - Zaczerp­nął głę­boko tchu i kon­ty­nu­ował opo­wieść. - Nie, nikt mnie nie zmu­sił - powie­dział. - Nikt mnie nawet o to nie pro­sił. Ale musia­łem to dla kogoś zro­bić.

Kilka unie­sio­nych brwi. Cień zain­te­re­so­wa­nia.

- Wycho­wa­łem się w przy­tułku... - zaczął Hark.

- Cóż za nie­spo­dzianka! - zawo­łał wła­ści­ciel kopalni i na sali roz­le­gły się przy­tłu­mione, ponure śmie­chy. Więk­szość bez­dom­nych i osie­ro­co­nych dzieci na Tęsk­no­cie Pani tra­fiało do przy­tułku; wiele z nich sta­wało się póź­niej obie­cu­ją­cymi mło­dymi oszu­stami.

- Śliczne miej­sce, prawda? - odpo­wie­dział Hark z iro­nicz­nym gry­ma­sem. "Nie daj się wytrą­cić z rów­no­wagi. Panuj nad sobą". - Może część z pań­stwa także to pamięta. A teraz... oczy­wi­ście jestem wdzięczny guber­na­to­rowi za dobroć. To zupeł­nie oczy­wi­ste. Ale mam rów­nież długi wobec innych ludzi, któ­rzy dali mi jedze­nie i pracę. - Nie wspo­mniał, że jedze­nie w przy­tułku nie wystar­czało, by prze­żyć. Nie musiał tego robić. - Pewna kobieta cza­sem roz­bi­jała namiot w Zatoce Slajka i sprze­da­wała kiszone wodo­ro­sty. Cza­sami wrzesz­czała na nas i ciskała kamie­niami. Była tro­chę zwa­rio­wana i miała paskudny tem­pe­ra­ment, ale cza­sem zosta­wiała nam jedze­nie na ska­łach.

Kiedy Hark był mały, rze­czy­wi­ście znał podobną sta­ru­chę. Nie wie­dział, co się z nią stało, ale dzię­ko­wał jej w duchu, że nadaje jego opo­wie­ści pozory praw­do­po­do­bień­stwa.

Część publicz­no­ści wyda­wała się zain­te­re­so­wana, reszta nie­cier­pli­wie prze­glą­dała kata­logi. "Nie prze­sa­dzaj z sen­ty­men­ta­li­zmem - upo­mniał się Hark. - Mów krótko i na temat".

- Z bie­giem lat... chyba sta­wała się coraz bar­dziej sza­lona. Miesz­kała w naj­ciem­niej­szych jaski­niach na wybrzeżu. Nie zno­siła widoku latarni mor­skich w nocy. Wie­dzą pań­stwo, jak to jest.

Znowu nie musiał mówić nic wię­cej. W latar­niach wyko­rzy­sty­wano wodę z Morza Grozy zmie­szaną z rybim tra­nem; za knoty słu­żyły drobne skrawki ciał bogów. Latar­nie paliły się dzięki temu dłu­żej i jaśniej niż te zawie­ra­jące tran wie­lo­rybi, ale nie bez powodu nazy­wano je latar­niami grozy. Ich świa­tło dziw­nie dzia­łało na ludzi, przy­śpie­szało bicie serca. Rówie­śnicy Harka wyro­śli wśród takich lamp i byli do nich przy­zwy­cza­jeni, ale starsi miesz­kańcy archi­pe­lagu nie mogli znieść ich bla­sku i skar­żyli się, że wywo­łuje kosz­mary.

Starcy, któ­rzy widy­wali bogów wycho­dzą­cych z morza, nie­na­wi­dzili latarni mor­skich. Daw­niej patrzyli na dziwne, roz­tań­czone liliowe świa­tła albo nie­zwy­kłe ogniki peł­ga­jące na ciele gigan­tycz­nych istot.

- Jak się nazy­wała? - zawo­łała kobieta z mono­klem.

- Katia - odpo­wie­dział szybko Hark, przy­po­mi­na­jąc sobie imię sta­rej kobiety. Na szczę­ście było dość pospo­lite. - Obo­zuje na całej wyspie. Ktoś z pań­stwa musi ją znać. Wystar­czy zapy­tać!

Kobieta unio­sła brew. "Tak, ale nie mogę tego zro­bić w tej chwili - mówiła jej twarz. - Nie spraw­dzę, czy mówisz prawdę, nim zacznę licy­to­wać".

Była to jedna z zalet sytu­acji, w któ­rej zna­lazł się Hark. Jeśli dopi­sze mu szczę­ście, może się oka­zać, że licy­ta­tor nic nie wie o jego spra­wie oprócz tego, co prze­czy­tał. Uczest­nicy aukcji muszą samo­dziel­nie zde­cy­do­wać, czy wie­rzą w opo­wieść Harka. Jeśli ktoś go kupi, a potem się dowie, że został oszu­kany, może być zły, ale Hark przy­naj­mniej będzie miał szansę znowu go do sie­bie prze­ko­nać.

- Więc to Katia grzecz­nie cię popro­siła, żebyś zga­sił latar­nie? - spy­tała kobieta. Jej głos w dal­szym ciągu był chłodny i scep­tyczny.

- Katia ni­gdy nie była grzeczna, pro­szę pani! - Z zado­wo­le­niem zauwa­żył lek­kie uśmie­chy na kilku twa­rzach. Widzo­wie zaczy­nali się już domy­ślać, jaka była "Katia". Hark rów­nież wyobra­żał ją sobie coraz lepiej. - Wrzesz­czała nawet na miej­sco­wych zbie­ra­czy, prze­kli­nała ich i kazała im się wyno­sić z plaży. Prze­pę­dzi­liby ją albo gorzej, gdy­bym nie pro­sił, żeby tego nie robili. I... gdyby nie była taka chora. - Zro­bił smutną minę i wzru­szył ramio­nami. - Widzia­łem, że pokrę­ciło jej się w gło­wie - cią­gnął ponuro. "Mów krótko, pro­sto, bru­tal­nie". - Zwa­rio­wała. Nie pozna­wała mnie. Nie pozna­wała nikogo. Kryła się po jaski­niach, bo myślała, że latar­nie na kli­fach to liliowe świa­tła boga. Że zmar­twych­wstał, powró­cił z głę­bin, cho­dzi po wyspie i jej szuka. - Pokrę­cił głową i cicho cmok­nął ze współ­czu­ciem.

Hark powoli zaczy­nał wie­rzyć w swoją histo­rię. Była cał­ko­wi­cie wyssana z palca, ale, podob­nie jak wszyst­kie dobre kłam­stwa, zawie­rała źdźbło prawdy. Widy­wał sta­rych, scho­ro­wa­nych ludzi, któ­rzy w podobny spo­sób tra­cili rozum; ich dzie­cięcy strach przed bogami wycho­dził na jaw niczym topie­lec wynu­rza­jący się z głę­bin morza.

- Wczo­raj wie­czo­rem poja­wiła się w Zatoce Slajka. Była strasz­li­wie wychu­dzona, pra­wie jak szkie­let. Czu­łem, że nie dożyje do rana. Ukry­wała się w jaskini, zbyt słaba i głodna, żeby cho­dzić... ale kiedy już wycho­dziła, ta liliowa latar­nia dopro­wa­dzała ją do szału. Krzy­czała, krą­żyła po plaży, a potem bie­gła z powro­tem do jaskini. Pró­bo­wa­łem zanieść jej wodę i jedze­nie, ale gro­ziła mi nożem. Głu­pia stara krowa! - Pokrę­cił głową. - W końcu powie­dzia­łem jej, że wszystko jest w porządku, że bóg odcho­dzi, a plaża wkrótce będzie ciemna i bez­pieczna. Wspią­łem się na klif i zga­si­łem latar­nie.

- Zosta­wi­łeś zwa­rio­waną umie­ra­jącą kobietę zupeł­nie samą?! - spy­tała ostro kobieta z mono­klem.

- Tak, zosta­wi­łem - odpo­wie­dział Hark. "Nie broń się, nie oka­zuj waha­nia". - Nie wiem nawet, czy zbi­cie latarni pomo­gło. Może po pro­stu została w jaskini? A może wyszła i spo­koj­nie umarła w ciem­no­ści w swoim namio­cie na posła­niu ze szmat? Nie wiem, ale musia­łem spró­bo­wać. To wszystko, co mogłem dla niej zro­bić.

Hark ode­tchnął głę­boko i rozej­rzał się po publicz­no­ści. Przed­sta­wił się naj­le­piej, jak potra­fił: chło­piec, który dora­stał jako ulicz­nik, ale jest odważny, pomy­słowy i przede wszyst­kim lojalny. Inte­li­gentny chło­pak o dobrym sercu, który dałby sobie rękę uciąć dla przy­ja­ciela, jeśli ten zdo­bę­dzie jego wdzięcz­ność. Czuł, że brzmi to lepiej niż "pod­stępny, drobny kan­ciarz z sze­ro­kimi zna­jo­mo­ściami w świe­cie prze­stęp­czym".

Kobieta spo­glą­dała mu w oczy przez kilka sekund, po czym unio­sła brwi i odwró­ciła wzrok. Nagle wydała się znie­chę­cona i znu­dzona. Hark mocno przy­gryzł wargę, zasta­na­wia­jąc się, czy źle ją oce­nił.

Licy­ta­tor, który patrzył na swoje notatki, gło­śno odchrząk­nął. Hark się wzdry­gnął.

- Jesz­cze jakieś pyta­nia? - spy­tał cierpko pro­wa­dzący aukcję. Ton jego głosu świad­czył o znie­cier­pli­wie­niu. - Nie? A zatem przy­stę­pu­jemy do licy­ta­cji.

Hark sły­szał szum krwi w uszach. W cza­sie prze­mowy zdo­łał zacho­wać spo­kój, ale teraz nagle spo­strzegł, że z tru­dem oddy­cha.

- Jakieś oferty? - spy­tał licy­ta­tor.

Hark z namy­słem popa­trzył na kobietę, która zada­wała pyta­nia.

Wyda­wało się, że stu­diuje kata­log aukcyjny. Czy stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie, gdy Hark zaspo­koił jej cie­ka­wość? Popa­trzył na pozo­sta­łych uczest­ni­ków licy­ta­cji, ale wie­dział, że to z nią wiąże wszyst­kie nadzieje. Wymy­ślił swoją histo­rię dla niej.

Jeden z pokry­tych bli­znami męż­czyzn uniósł rękę i zapro­po­no­wał drobną kwotę. Hark mimo woli poczuł się ura­żony. "Jeśli nawet pro­po­nują niską cenę, cią­gle jestem coś wart - przy­po­mniał sobie. - Cią­gle jest szansa, że ktoś się włą­czy do licy­ta­cji". Usi­ło­wał nie myśleć o tym, że mógłby się zna­leźć w śmier­dzą­cej ładowni łodzi pod­wod­nej z nad­garst­kami i kost­kami poka­le­czo­nymi przez kaj­dany.

Wła­ści­ciel kopalni przyj­rzał mu się przez lor­netkę teatralną, po czym uniósł dłoń i zapro­po­no­wał nieco wyż­szą kwotę. Hark wyobra­ził sobie, jak czołga się pod­ziem­nymi tune­lami, zasy­py­wany przez obry­wa­jące się skały, i wbił paznok­cie w ręce.

"Niech ktoś jesz­cze zali­cy­tuje! Pro­szę!" Hark spoj­rzał z roz­pa­czą na pozo­sta­łych uczest­ni­ków aukcji, zwłasz­cza kobietę z mono­klem. Popa­trzył bła­gal­nie nawet na pie­go­watą dziew­czynę uca­ło­waną przez morze.

Żad­nego odzewu. Nikt nawet nie drgnął.

Męż­czy­zna pokryty bli­znami znowu zali­cy­to­wał. Zapro­po­no­wana przez niego kwota była zale­d­wie nieco wyż­sza od war­to­ści kozy. Wła­ści­ciel kopalni wzru­szył ramio­nami i zre­zy­gno­wał. Zapa­dła cisza.

- Żad­nych innych pro­po­zy­cji?- spy­tał licy­ta­tor. - A zatem...

Wycią­gnął rękę, by zanu­rzyć pióro w kała­ma­rzu i zapi­sać szcze­góły trans­ak­cji w wiel­kiej księ­dze trans­ak­cji.

Har­kowi pociem­niało przed oczami. Opo­wie­dziana przez niego histo­ria była ostat­nią deską ratunku, ale oka­zało się, że nie wystar­czyła. Czuł ści­ska­nie w piersi i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że pro­wa­dzący znie­ru­cho­miał. Pióro zawi­sło nad kała­ma­rzem.

- Chcia­łaby pani zgło­sić następną ofertę? - spy­tał licy­ta­tor. Hark odwró­cił się i spoj­rzał na kobietę w brą­zo­wym płasz­czu, która unio­sła rękę.

- Tak - powie­działa.

Suma w dal­szym ciągu była niska, ale dwu­krot­nie wyż­sza od poprzed­niej pro­po­zy­cji. Hark widział, że pokryty bli­znami męż­czy­zna znowu oce­nia jego war­tość, przy­gląda się jego szczu­płej syl­wetce i sła­bym ramio­nom nie­przy­dat­nym do wio­sło­wa­nia. Chciał go kupić za bez­cen, ale tylko za bez­cen. Pokrę­cił głową.

Pro­wa­dzący ski­nął głową w stronę kobiety i zano­to­wał cenę zakupu, po czym Harka wypro­wa­dzono z sali do nie­wiel­kiego przy­le­głego pomiesz­cze­nia. Czuł ogromną ulgę; zro­biło mu się słabo. Pozwo­lono mu usiąść pod ścianą i zwa­lił się na pod­łogę, zbyt zmę­czony i odrę­twiały, by zwra­cać uwagę na oto­cze­nie, gdy wpro­wa­dzano kolej­nych sprze­da­nych ska­zań­ców.

Prze­żył. Prze­żyje.

Nie był w sta­nie myśleć o niczym innym. Po jakimś cza­sie odwie­dził go urzęd­nik w ciem­no­brą­zo­wej kami­zelce. Zadał mu kilka pytań. Czy ma tatu­aże? Bra­ku­jące zęby? Znaki szcze­gólne?

Hark odpo­wia­dał mar­twym gło­sem. Pozwo­lił urzęd­ni­kowi zmie­rzyć swoje ręce i nogi oraz opi­sać bli­zny, cho­ciaż dosko­nale wie­dział, czemu służą te wszyst­kie czyn­no­ści. Gdyby pró­bo­wał uciec od nowego wła­ści­ciela, te szcze­góły zosta­łyby wyko­rzy­stane, by go odna­leźć. Póź­niej znu­dzony rysow­nik spo­rzą­dził jego por­tret. Hark patrzył na powsta­jący na papie­rze brzydki obraz swo­jej twa­rzy i wyobra­żał go sobie na pla­ka­tach w por­tach całych Miriad, opa­trzony nagłów­kiem "ZBIE­GŁY SŁUGA".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki