Światło dzienne - Czesław Miłosz

Kup ebooka

41.99 zł
16.80 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Do Jonathana Swifta

Do ciebie zwracam się, dziekanie,

Prosząc o dobre rady twoje.

Na tak nieczęste powitanie

Żadną się chlubą nie przystroję.

Widzę ocean zielonkawy,

Jak pianą bije w brzeg skalisty

I w białych palcach tej oprawy

Szmaragdem połyskują wyspy.

Mieni się kamień fioletowy

Ponad Irlandią torfowiska

I w domach pod hukaniem sowy

Rynka w kominie kaszą pryska.

Srebro wyszycia, błysk peruki

I gęsie pióro mapę kryśli

Dla pouczenia i dla sztuki.

Zawsze nie w tej, co sądzą, myśli.

Według tej mapy, znak po znaku,

Mój okręt odnajdywał skróty.

Zwiedziłem ziemie Brobdingnagu

I nie minąłem wysp Laputy.

Poznałem także plemię Jahu,

Co wielbi własne ekskrementy,

Żyjący w niewolniczym strachu

Donosicielski ród wyklęty.

Życie się moje przełamało

Na fazy najzupełniej różne,

Solą burz morskich w serce wiało,

Lecz nie jest jeszcze całkiem próżne.

Niepojętego zaślepienia

Na oczach nie nosiłem wstążki.

I szczera wściekłość opromienia

Moje rozliczne obowiązki.

Ty możesz wskazać mi, dziekanie,

Jak się ten płyn przedziwny stwarza,

Że prócz inkaustu pozostaje

Coś więcej na dnie kałamarza.

Daj mi sekrety swego wieku,

Abym nie krzywił się obleśnie,

Jak ci, co prawią o człowieku

I tylko cicho skomlą we śnie.

Odbity w lustrze Xiążę raczy

Chcieć pochwał swoich rymopisów

I kupry chylą w tył dworacy

Rzędami Whigów i Torysów.

Xiążę, dziekanie, zwykle błądzi,

Choć za nim racja jest i siła.

Prztyczek ze sławy go wytrąci

I w piekło kartoteki zsyła.

Trwalszy twój dom pod krzykiem sowy,

Gdzie noc irlandzkie sypie deszcze,

Niż grymas książąt marmurowy

I drzewka lauru przypochlebcze.

Dotychczas mówią twoje usta:

Rzecz ludzka nie jest zakończona.

Kto dziejów doskonałość uzna,

Bezbronną śmiercią niechaj skona.

Odwagi synu! Bierz okręty,

Na linach śmieszną flotę prowadź

I mrówczych mocarstw dawne błędy

Obszarom chmur daj kamienować.

Dopóki niebo jest i ziemia

Dla nowych Miast gotuj przystanie.

Poza tym nie ma wybaczenia.

Będę się starać, mój dziekanie.

Washington, D.C., 1947

Dziecię Europy

1

My, którym słodycz dnia przenika do płuc

I widzimy gałęzie rozkwitające w maju,

Jesteśmy lepsi od tych, co zginęli.

My, którzy smakujemy, długo żując, jadło

I oceniamy w pełni igraszki miłości,

Jesteśmy lepsi od nich, pogrzebanych.

Z pieców ognistych, zza drutów, w których świszcze wiatr

nieskończonych jesieni,

Z bitw, kiedy w spazmie ryczy zranione powietrze,

Uratowaliśmy się przebiegłością i wiedzą,

Wysyłając innych na miejsca bardziej zagrożone,

Podniecając ich krzykami do boju,

Wycofując się w przewidywaniu straconej sprawy.

Do wyboru mając śmierć własną i śmierć przyjaciela,

Wybieraliśmy jego śmierć, myśląc zimno: byle się spełniło.

Uszczelnialiśmy drzwi gazowych komór, kradliśmy chleb,

Wiedząc, że dzień następny cięższy będzie od poprzedniego.

Jak należy się ludziom, poznaliśmy dobro i zło.

Nasza złośliwa mądrość nie ma sobie równej na ziemi.

Należy uznać za dowiedzione, że jesteśmy lepsi od tamtych,

Łatwowiernych, zapalnych a słabych, mało sobie ceniących

życie.

2

Szanuj nabyte umiejętności, o dziecię Europy.

Dziedzicu gotyckich katedr, barokowych kościołów

I synagog, w których rozbrzmiewał płacz krzywdzonego

ludu,

Dziedzicu Kartezjusza i Spinozy, spadkobierco słowa "honor",

Pogrobowcze Leonidasów,

Szanuj umiejętności nabyte w godzinie grozy.

Umysł masz wyćwiczony, umiejący rozpoznać natychmiast

Złe i dobre strony każdej rzeczy.

Umysł masz sceptyczny a wytworny, dający uciechy,

O jakich nic nie wiedzą prymitywne ludy.

Tym umysłem wiedziony, rozpoznasz natychmiast

Słuszność rad, których udzielamy.

Niech dnia słodycz przenika do płuc.

Po to mądre a ścisłe przepisy.

3

Nie może być mowy o triumfie siły,

Bowiem jest to epoka, gdy zwycięża sprawiedliwość.

Nie wspominaj o sile, by cię nie posądzono,

Że w ukryciu wyznajesz doktryny upadłe.

Kto ma władzę, zawdzięcza ją logice dziejów.

Oddaj logice dziejów cześć jej należną.

Niech nie wiedzą usta wypowiadające hipotezę

O rękach, które właśnie fałszują eksperyment.

Niech nie wiedzą twoje ręce fałszujące eksperyment

O ustach, które właśnie wypowiadają hipotezę.

Umiej przewidzieć pożar z dokładnością nieomylną.

Po czym podpalisz dom i spełni się, co być miało.

4

Z małego nasienia prawdy wyprowadzaj roślinę kłamstwa,

Nie naśladuj tych, co kłamią, lekceważąc rzeczywistość.

Niech kłamstwo logiczniejsze będzie od wydarzeń,

Aby znużeni wędrówką znaleźli w nim ukojenie.

Po dniu kłamstwa gromadźmy się w dobranym kole,

Bijąc się w uda ze śmiechu, gdy wspomni kto nasze czyny.

Rozdając pochwały pod nazwą bystrości rozumowania

Albo pochwały pod nazwą wielkości talentu.

My ostatni, którzy z cynizmu umiemy czerpać wesele.

Ostatni, których przebiegłość niedaleka jest od rozpaczy.

Już rodzi się pokolenie śmiertelnie poważne,

Biorące dosłownie, co myśmy przyjmowali śmiechem.

5

Niech słowa twoje znaczą nie przez to, co znaczą,

Ale przez to wbrew komu zostały użyte.

Ze słów dwuznacznych uczyń swoją broń,

Słowa jasne pogrążaj w ciemność encyklopedii.

Żadnych słów nie osądzaj, zanim urzędnicy

Nie sprawdzą w kartotece, kto mówi te słowa.

Głos namiętności lepszy jest niż głos rozumu,

Gdyż beznamiętni zmieniać nie potrafią dziejów.

6

Nie kochaj żadnego kraju: kraje łatwo giną.

Nie kochaj żadnego miasta: łatwo rozpada się w gruz.

Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady

Wzbije się dym trujący dla twego oddechu.

Nie miej czułości dla ludzi: ludzie łatwo giną

Albo są pokrzywdzeni i wzywają twojej pomocy.

Nie patrz w jeziora przeszłości: tafla ich rdzą powleczona

Inną ukaże twarz, niż się spodziewałeś.

7

Kto mówi o historii, jest zawsze bezpieczny,

Przeciwko niemu świadczyć nie wstaną umarli.

Jakie zapragniesz, możesz przypisać im czyny,

Ich odpowiedzią zawsze będzie milczenie.

Z głębi nocy wynurza się ich pusta twarz.

Nadasz jej takie rysy, jakich ci potrzeba.

Dumny z władzy nad ludźmi dawno minionymi

Zmieniaj przeszłość na własne, lepsze podobieństwo.

8

Śmiech powstający z szacunku dla prawdy

Jest śmiechem, którym śmieją się wrogowie ludu.

Wiek satyry skończony. Odtąd nie będziemy

Podstępną mową szydzić z nieudolnych monarchów.

Surowi jak przystało budowniczym sprawy

Pozwolimy sobie jedynie na pochlebczą żartobliwość.

Z ustami zaciśniętymi, posłuszni rozumowaniu

Wkraczajmy ostrożnie w erę wyzwolonego ognia.

New York, 1946