1
Aby ogół sytuacji stał się klarowny, musiałbym powrócić do dni historycznych, w których - rzecz oczywista - wglądu osobistego nie miałem, bom się jeszcze wtedy nie narodził. Lecz czytelnikowi miłemu winny jestem wtręt takowy, wyjaśnienie i opis konkretny. Zaznaczam, że w relacji swojej polegam tylko na faktach ogólnie dostępnych i znanych, i historycznie udowodnionych, a nie pogłoskach i famach wierutnie powykręcanych.
Otóż... Wszystko to wzięło swój początek jakieś osiem tysięcy lat temu i wzięło się od obserwacji, jakiej dokonał imć młody hrabia Jędrzej Wakunowicz w przypałacowym, Żelimowskim obserwatorium astronomicznym. W refraktorze Fitza
, zakupionym za horrendalne grosze, o średnicy zwierciadła aż 16 cali ujrzał stary hrabia pędzący w stronę Ziemi osiemsetkilometrowy asteroid. Wakunowicz był raczej kolekcjonerem sprzętu optycznego niźli zawodowym astronomem, więc nie profanował imienia swego ogłoszeniami publicznymi. Zakupił był instrument charakteryzujący się pięknem drewniano-miedzianego tubusa stricte dla celów zaspokojenia nieugaszonej chciwości posiadania narzędzi oglądu nieba o niespotykanych wartościach groszowych, a nie praktycznych. Toteż nie za bardzo przejął się własnym odkryciem. Dopiero gdy uświadomiony wspomniał o nim na kongresie naukowym w Leżymborgu i wystarczająco opisał kolidujące orbity językiem matematyki, w której był niepoślednim mistrzem-praktykiem, wzbudził zainteresowanie obecnych na sali astro-inżynierów z wydziału Nadwiślańskich Suplementacji Kolonii Marsjańskich.
Wkrótce stało się jasne, iż Ziemia nieubłaganie zmierza do punktu katastrofalnego zderzenia. Tylko cudem mogła uniknąć katastrofy. Obliczenia niebawem pokazały, że uzyskawszy przysłoneczny punkt orbitalny przyśpieszy do prędkości umożliwiającej ucieczkę od straszliwego losu bezpośredniego roztrzaskania. Uczeni wciąż jednak debatowali i wielu wskazywało na możliwość zaledwie muśnięcia. Krater, który powstałby w jego wyniku zająłby ogniem obszary połowy Pacyfiku i obrócił w ruinę jedną czwartą jego północnej części. Wał wzniesionej na wysokość dwudziestu kilometrów skały i gliny, niczym tsunami przetoczyłby się przez amerykański kontynent tworząc po stronie wschodniej niepokonany próg lądowy, którego górzysty grzbiet rozdzieliłby świat na dwoje. Gdyby natomiast ogrom asteroidalny uderzył całym swym impetem w środek planety, wybita dziura najpewniej wypchnęłaby ciekłe jądro poza płaszcz Ziemi, pozostawiając ziejącą zapadającą się w siebie otchłań.
Cztery tysiące kilometrów
liczyłby taki krater na średnicy, a nie wypełniłaby go nawet jedna oceaniczna kropla, taki byłby wyprażony powulkanicznym ogniem. Zresztą nie byłoby już mórz ani oceanów. Życie na Ziemi mogłoby przetrwać co najwyżej w jego mikro-organicznej formie.
Zatem w świecie naukowym powstały dwa zwalczające się obozy. Jedni dowodzili końca świata, inni zaledwie do niego wstępu. W każdym razie ofiar mogło być miliardy. Pogłowie chlewne spadłoby do zera, a produkcja wieprzowiny kompletnie by wygasła. Przed ocalałą garstką ludzkiej populacji ponura otworzyłaby się przyszłość.
Wszystkie te opowiedziane spokojnym tonem fakty doprowadziły do wybuchu ogólno-planetarnej paniki. Czym prędzej przystąpiono do postawienia armii w stan gotowości. Tłumiono bunty i demonstracje. Wycelowano armaty i niebawem wzleciały w kosmos ogromne pociski rozrywające. Rozbijały się o powierzchnię asteroidy nie czyniąc jej wielkiej szkody. A ten rwał przed siebie nieustannie przyśpieszając, bo Słońce nasze wkład grawitacyjny stale potęgowało. Z gwałtowności tej niebawem wynikł fakt pokrycia się gejzerami, a pyłów na sobie musiał mieć sporo, bo zniknął pod chmurnym kobiercem stając się jasną, szybko się przybliżającą, kometarną plamą.
Na niebie kosmicznym już budził grozę, a co dopiero na Ziemi, gdzie odliczano czas do katastrofy zwierając ze trwogi szczęki. Choć dystans odeń dzielący wciąż liczono w setkach tysięcy kilometrów, to czuło się idące odeń piekielne gorąco.
Bogatsi zdołali się ewakuować. Wyruszyły ostatnie rakiety ku Marsowi. Od nadmiaru pojazdów gmatwały się kursy i plątały komunikacyjne apele. W wynikłym bałaganie zbłądziły transporty kierujące się ku gorącej Wenus i Merkuremu. Wszyscy z zapartym tchem obracali głowy, ku przeklętej, maleńkiej gwieździe, która rozpłomieniona rwała się czym prędzej ku zderzeniu. A Ziemia na swym przysłonecznym kursie stale przyśpieszała. Już osiągnęła trzydzieste kilometry na sekundę, już umykała...
Gdy asteroid potężnym rykoszetem odbił się od planety, prasa całego solarnego układu piała z zachwytu. Rozpisywano się o niezwykłym farcie, jaki dotknął planetę. Oto oberwało się Chinom, Japonii i Stanom Zjednoczonym. Wszystkie te narody przestały w jednej sekundzie istnieć. A asteroid? No cóż wyrywając z wnętrza globu miliardowe trzewia, rozbryzgał to wszystko w tektoidach
opadłych na powierzchnię twardym, skalnym gradem. Kosmiczny intruz coś tam zniszczył i rozgarnął, ale uciekł od odpowiedzialności wiedziony szalonym, naturalnym pędem. Podążył gdzieś ku jeszcze głębszym mrokom.
Zatem, jak trafnie zaopiniowali naukowcy francuscy; drasnął planetę, a ta pooddziaływawszy nań siłami pływowymi rozerwała na koniec intruza na dwa kawałki. Fragment główny wzleciał, podczas gdy drugi spoczął i wmieszał się burząc odwieczne, geologiczne porządki. Wzniósł owe w debatach dyskutowane horrendalne szczyty na zgliszczach naszej niegdyś bogatej Ameryki.
To tyle byłoby historii pisanej, gdyby nie jeden szczegół...
Otóż rzeczony impuls dynamiczny, przeprowadzone pod ostrym kątem uderzenie doprowadziło nasz glob do wykonania ruchów dodatkowych. Nie było to bynajmniej chaotyczne, jeszcze jedno wirowanie, a szacowny, powolny obrót sfery ziemskiej ze południa na północ. Banalnie prosty fakt zlikwidował tym samym blisko dwudziestocztero-stopniowy kąt nachylenia orbitalnego
, a co za tym idzie tak uwielbiany przez nas podział roku na sezony. Nowy dodatkowo element symultatywnie wykonywanego ruchu zamykał się obrotem trwającym godzin sześćdziesiąt. Mieszkańcy planety mogli doznać od tych perturbacji ruchu i wirowania prawdziwego zawrotu głowy, nie mówiąc o braku lata, czy zimy. Również ustalenie czasu i pory dnia stało się w tych warunkach wielce kłopotliwe. Zegarki kieszonkowe musiały zastąpić chronometrusy naręczne, któren każdy regulował się sam biorąc energię od impulsów i natężenia słonecznego światła.
Jednak najgorsze miało dopiero nastąpić...
W roku 1876 gigantyczne eksplozje wulkaniczne w rejonie spiętrzenia skalnego wstrząsnęły biedną ziemią. Dodane owe stopnie dodatkowej ciepłoty uczyniły klimaty gorętsze niż zwykle. Bo oto nowo powstałe góry spowodowały jeszcze zmiany w redystrybucji atmosferycznego ciepła. Oto łańcuchy skaliste uniemożliwiły przekroczenia prądów powietrznych na poziomie równika. Oto pierścień ziemny o zawrotnej wysokości na zawsze zamknął dostęp wiatrów odżywczych idących ku kontynentowi północnej Europy. A wiadomo, że takowy od strony Atlantyku mocno znieważał schemat klimatyczny znany nam od tysiącleci, to jest przedłużenie Golfsztromu oraz prądu Antylskiego zapewniającego w warunkach normalnych wyższe temperatury roczne.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.