Rozdział 1 / Gdańsk, 7 lipca 2004 roku
Rozdział 1
Gdańsk, 7 lipca 2004 roku
Gabi otworzyła internetową skrzynkę pocztową. W folderze Odebrane, pośród kilku
nieprzeczytanych mail od znajomych, był jeszcze jeden, i ten właśnie
przykuł jej uwagę. W kolumnie Od: przeczytała ASP1, a w kolumnie
Temat: Komunikat jury pleneru "Lato na Głównym
Mieście".
Otworzyła mail. Jej wzrok szybko wyłapał najważniejszą jego część, czyli
komunikat jury:
Uprzejmie informujemy, że decyzją jury pleneru fotograficznego pod
nazwą:
"Lato na Głównym Mieście"
zorganizowanego przez Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku, zgłoszony przez
Panią konkursowy zestaw zdjęć uzyskał wyróżnienie.
Ogłoszenie wyników i wręczenie nagród odbędzie się dnia 13 lipca 2004
roku o godzinie 11.00 na Długim Targu obok fontanny Neptuna. W przypadku
niepogody wręczenie nagród odbędzie się w pomieszczeniach Dworu Artusa.
Sięgnęła po butelkę z wodą. Wypiła kilka łyków i nie wiedzieć czemu,
wylogowała się z poczty. Pomrugała przez chwilę i ponownie się
zalogowała. Mail od jury powołanego przez władze ASP do oceny wyników
prac zgłoszonych podczas pleneru dalej tam był. Otworzyła go raz
jeszcze. Wpatrzyła się uważnie w zdanie poprzedzające komunikat jury.
Napisane w nim było jak byk:
Szanowna Pani Gertruda Godebska.
No tak, to ja! Nie znam żadnej innej Godebskiej, a nawet gdyby była, to
na pewno nie Gertruda. Nikt takiego imienia dzisiaj nie nosi! Pokręciła
głową. Na chrzcie dostała imię po babci, mamie mamy, która poszła
zgłosić urodzenie wnuczki w urzędzie stanu cywilnego. To był jej
podstęp! Mama opowiedziała jej po wielu latach, że babcia wyręczyła
tatę, ale wcześniej, jak mówiła mama, suszyła wszystkim głowę, że w jej
rodzinie zawsze tak było: wnuczka dostawała imię po babci. Na szczęście
babcia podała także drugie imię, Gabriela, bo takiego akurat chcieli
rodzice. Tym właśnie imieniem i jego zdrobnieniami, co czyniło babcię
Gertrudę niepocieszoną, nazywano ją w domu, przedszkolu, a potem na
wszystkich etapach nauki. Dla większości więc istniała jako Gabi,
rzadziej Gabrysia, a dla rodziców była Gabcią albo Gabunią. Imię
Gertruda widniało tylko na świadectwach i pozostałych oficjalnych
dokumentach.
Potrząsnęła głową, by powrócić do rzeczywistości. Przeczytała raz
jeszcze komunikat i powtórnie zdanie, stanowiące element powitania w mailu. Nie było najmniejszych wątpliwości, że ta informacja dotyczy jej
właśnie.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha. Jej spojrzenie pofrunęło ku regałowi,
na którego półce dumnie prezentowały się jej trzy aparaty fotograficzne.
Po lewej najstarszy, kiedyś bardzo dobrej jakości aparat Practica,
sprezentowany jej przez rodziców na Pierwszą Komunię Świętą, wciąż
sprawny i zadbany, bez którego i teraz nie ruszała się z domu na żaden
spacer. Pośrodku drugi aparat od rodziców, tym razem Canon, otrzymany od
nich w drugiej klasie licealnej, kiedy zaczęła odnosić sukcesy w konkursach na terenie Bytowa, gdzie uczęszczała do liceum. Na prawym
skrzydle trzeci aparat, tym razem Minolta. Był on nagrodą za pierwsze
miejsce w konkursie plenerowym dla amatorów, z zamkiem bytowskim w roli
głównej, w którym wystartowała, będąc w klasie przedmaturalnej.
Od dziecka lubiła obserwować i dotykać aparat fotograficzny taty, a podczas spacerów zawsze go nosiła. Uwielbiała też oglądać zrobione przez
ojca zdjęcia. Czasami - czy to na spacerze, czy w domu, ojciec pozwalał
jej zrobić jakieś zdjęcie i to cieszyło ją bardziej niż zabawa lalkami.
Jej ujęcia zawsze były intrygujące, a manipulując przysłoną, czasem
naświetlania, a także odległością, często musiała wyjaśniać rodzicom,
dlaczego takie właśnie ustawienia wybrała. Fotografia była tym, co bez
reszty pochłaniało ją od najmłodszych lat, dlatego rodzice, obserwując i doceniając nadzwyczajną pasję córki, kupili jej aparat. Wówczas
fotografowanie wciągnęło ją bez reszty. Od dziesiątego roku życia aparat
towarzyszył niemal każdemu jej wyjściu z domu. W szkole podstawowej w Nakli stała się najpierw klasową fotograficzką, a szybko nadworną,
szkolną. Jej niegasnące zaangażowanie zainspirowało rodziców do
sprezentowania jej niebawem światłomierza, lampy błyskowej i torby
fotograficznej. W tym czasie zaczęła także przemiennie stosować klisze
czarno-białe i kolorowe. Kiedy fotograficznych wyzwań na szkolnym
podwórku było jej zbyt mało, wysyłała zrobione przez siebie zdjęcia na
różnego rodzaju konkursy, które zawzięcie wyszukiwała w internecie i prasie. W trakcie nauki w bytowskim liceum uczestniczyła w zajęciach
kółka fotograficznego zarówno w szkole, jak i w zamku. Wkrótce nadeszły
pierwsze liczące się sukcesy. W klasie przedmaturalnej, podczas
zorganizowanego przez miejskie centrum kultury konkursowego pleneru dla
amatorów, jej zestaw zdjęć zdobył pierwsze miejsce. Była tym bardziej
dumna, że w plenerze uczestniczyły także osoby dorosłe. Aparat Minolta,
który otrzymała wtedy jako nagrodę, od kilku lat stanowił obiekt jej
skrytych westchnień. Dzięki niemu mogła wejść na wyższy poziom
odkrywania tajników fotografii. W klasie maturalnej i podczas studiów,
kiedy nauki było więcej, kolekcjonowała zrobione zdjęcia w archiwum
domowym. W tym czasie sporadycznie wysyłała swoje prace na konkursy czy
brała udział w plenerach, lecz dużo czytała o fotografii
monochromatycznej, dzięki czemu zaczęła stosować podczas zdjęć różnego
rodzaju filtry, które potrafiły wyczarowywać nieosiągalną w inny sposób
paletę odcieni szarości.
Na początku studiów rodzice, niejako w ślad za nią, przenieśli się do
Gdańska. Jej ojciec Zenon został dyrektorem dużej gdańskiej firmy
przemysłowej, a matka Joanna znalazła zatrudnienie w urzędzie
dzielnicowym jako księgowa. Rodzinny dom w Nakli niedaleko Jeziora
Glinowskiego2 zaczął od tego czasu pełnić rolę letniska,
domu urlopowo-weekendowego.
Tego dnia, kiedy otrzymała dobrą wiadomość z ASP, przeczytała ją na głos
rodzicom przy zwyczajowej popołudniowej kawie. Skończywszy, wpatrzyła
się radośnie w ich twarze. Najpierw mama otworzyła ramiona, potem to
samo zrobił tata. Dała im się wyściskać, wysłuchując gratulacji.
- Szkoda, że nie będę mogła pójść z tobą na wręczenie nagród, Gabuniu -
rzuciła markotnym tonem mama, kiedy córka wróciła na swoje miejsce. -
Koleżanki są na urlopie, więc nie mogę się oddalać z urzędu.
- Gdyby nie to, że potwierdziłem na ten dzień udział w spotkaniu w Gdyni, pewnie bym się urwał - zapewnił równie markotnie ojciec.
- Musisz się odpowiednio ubrać, córcia - orzekła po chwili mama.
- Przecież jest lato!
- A jeśli będziesz musiała wejść, Gabciu, po dyplom czy nagrodę na jakiś
podest? No wiesz... pełno ludzi, prasa.
- Tato, to nie są nagrody w biznesie, które trzeba odbierać we fraku.
- Może nie zawsze we fraku, ale elegancko.
Żeby dyskusja nie skoncentrowała się na jej ubiorze, postanowiła pokazać
zdjęcia, które zgłosiła na konkurs, informując wstępnie, że trzy z nich
były kolorowe, a dwa czarno-białe.
- A dlaczego tak? - spytała mama. - Modelki zawsze lepiej prezentują się
w kolorach - dodała.
- A ty, tato, co sądzisz? - Gabi przeniosła wzrok na ojca.
- Mama pewnie ma rację. Piękne kolorowe sukienki, i te... - przesunął
palcami wzdłuż twarzy - ...makijaże - przypomniał sobie i się uśmiechnął -
w które modelki zawsze wkładają mnóstwo pracy, na monochromatycznych
zdjęciach nie są prawie widoczne.
- Muszę w takim razie opowiedzieć wam trochę więcej o zasadach pleneru,
żebyście mieli pełny obraz. W tym naszym wzięło udział osiemdziesiąt
jeden osób. Podzielili nas na dziewiętnaście zespołów po cztery osoby, w jednym zespole była piątka. Do każdego przydzielono po dwie modelki, a team pięcioosobowy dostał trzy. Losowało się także ulice, na których
zespół robił zdjęcia, spośród czterech wybranych wcześniej przez
organizatorów, oraz kolejność sesji dla poszczególnych zespołów. Nam
przypadła ulica Świętego Ducha w trzeciej godzinie pleneru.
- Rygory prawie jak podczas zawodów sportowych - odezwał się ojciec po
wysłuchaniu córki.
- Szkoda, że nie przypadła wam ulica Długa ze Złotą Bramą - rzuciła
matka, wpatrując się w wyświetlone akurat pierwsze zdjęcie. - Dziewczyny
na jej tle ciekawiej by się prezentowały.
- Czy ulica Świętego Ducha w ogóle jest fotogeniczna, bo chociaż ją
kojarzę, to nie pamiętam za dobrze, co tam się znajduje? - spytał
ojciec.
- O właśnie! Wreszcie! I o to w tym plenerze tak naprawdę chodziło! -
pochwaliła go córka. - Zaraz opowiem, co wybrałam na tło moich zdjęć.
Ważne, że tego dnia było bardzo mocne słońce, a nasz zespół ruszył na
trasę, kiedy dochodziła trzynasta. Słońce stało właściwie w zenicie. I jeszcze ważne, że tak jak inni mieliśmy tylko godzinę na robienie zdjęć.
- Czemu tylko godzinę?! - znowu zdziwiła się mama.
- Takie były zasady pleneru.
- No dobrze, Gabciu, no i cóż ci się udało uwiecznić oprócz modelek? -
wyraził zainteresowanie ojciec.
- A to jednak nie modelki były najważniejsze?! - spytała mama.
- Otóż to. Oboje macie rację, tylko że tato na plus, a ty, mamuś, na
minus - zaśmiała się Gabi.
- Jak na minus, to chyba nie mam racji, tak?
- No wiesz... W logice odwrotnej przyjmijmy, że masz.
- Nigdy nie chcesz nikomu sprawić przykrości. Może czas to zmienić?
- Oj, mamo, naprawdę chciałabyś, żebym się zmieniła? A wiesz, jak bym
się ubierała, gdybym pięć lat temu wybrała ASP?! - Gabi uniosła brew.
- Dziewczyny stamtąd są takie zakręcone?!
- Jak wszędzie, choć tam specyficznie. - Mrugnęła córka. - Akurat w moim
zespole były dwie dziewczyny z czwartego roku tej uczelni, no i jeden
reporter z "Dziennika Bałtyckiego". One miały tak jak ja po dwa aparaty,
a on dźwigał ich aż pięć. Momentami sam chyba nie wiedział, którym
lepiej zrobić zdjęcie - uśmiechnęła się.
- Czyli teoretycznie był przygotowany na wszystko! - roześmiał się
ojciec.
- Każdy z nas mógł zrobić tylko dziesięć zdjęć, i to w ciągu piętnastu
minut.
- To ktoś wam liczył czas i zdjęcia?!
- Tak, opiekun zespołu z ramienia jury, ale to była konieczność, bo
inaczej zrobiłby się totalny bałagan. Ja od razu zgłosiłam naszej
opiekunce, też studentce ASP, że chcę fotografować zawsze jako ostatnia,
i przekazałam jej karteczkę z miejscami, gdzie zamierzam robić swoje
ujęcia.
- Sprytnie! - pochwalił ojciec.
- No i podczas pleneru, a właściwie po powrocie z sesji zdjęciowej na
Długi Targ należało spełnić jeszcze jeden ważny warunek. Każdy uczestnik
musiał w ciągu kwadransa przekazać organizatorom pięć spośród wykonanych
przez siebie zdjęć. Na etapie zgłaszania się do pleneru miałam
wątpliwości, czy jest sens brać udział w tego typu wyścigu, ale ponieważ
zawsze potrafiłam szybko decydować się na naciśnięcie spustu migawki,
postanowiłam spróbować swoich sił. Uznałam też, że po przygotowaniach i obronie pracy magisterskiej będzie to niezła odskocznia od tamtego
zwariowanego okresu, a przy okazji podpatrzę, jak inni radzą sobie w tak
dziwnych okolicznościach.
- Nic nam wcześniej nie powiedziałaś - zauważył tato.
- Zgłosiłam się do pleneru na miesiąc przed obroną magisterki, potem z emocji zupełnie zapomniałam, a kiedy się obroniłam, raptownie mi się
przypomniało.
- No tak. My też staraliśmy się wtedy schodzić ci z drogi - uzupełniła
jej słowa mama.
- Powiem wam coś jeszcze. Otóż dwa dni przed konkursem wybrałam się na
spacer po czterech przewidzianych na plener uliczkach Głównego Miasta
nie tylko z aparatami, ale także z notesem.
- Z notesem? - powtórzyła mama.
- Sprytnie - znowu pochwalił ojciec.
- Lubię stary Gdańsk, ale mieszkamy tu dopiero od paru lat, więc
uznałam, że mimo pewnej jego znajomości, skorzystam z okazji, by
dokładniej zapoznać się z wybranymi przez jury uliczkami. Najpierw
poczytałam o nich w internecie, a potem chciałam tę wiedzę zweryfikować.
Pogodę podczas rekonesansu miałam taką, jaką najbardziej lubię w trakcie
fotografowania. Miękkie słońce, często chowające się za chmury, więc
eksperymentowałam z różnymi ujęciami. Po powrocie do domu długo w noc
analizowałam wykonane zdjęcia, wybierając dla każdej z ulic po kilka
miejsc gwarantujących, moim zdaniem, najciekawsze ujęcia. Wtedy też
zdecydowałam, że zrobię po połowie zdjęć kolorowych i czarno-białych.
- Nie uwierzyłbym, że będziesz się do tego pleneru przygotowywać jak do
jakiejś batalii.
- No właśnie... Dla tych kilku zdjęć?! - uzupełniła słowa ojca matka.
- Mówiłam wam, że chciałam się oderwać, zapomnieć trochę o obronie
magisterki. To mi zajęło głowę... zresztą, co mam lepszego do roboty
podczas ostatnich w życiu wakacji?!
- Niby tak - zgodził się ojciec.
- No, to pokaż wreszcie następne zdjęcie - poprosiła mama.
- Poczekaj jeszcze chwilę, bo dawno nie miałam okazji tyle z wami
rozmawiać.
- No tak, zapomniałam.
- Właśnie... No więc ostatecznie zrobiłam sześć kolorowych zdjęć aparatem,
który daliście mi w drugiej licealnej. Pamiętam, jak wam marudziłam, że
ten od Pierwszej Komunii już się zestarzał - uśmiechnęła się. - A resztę
zdjęć cyknęłam aparatem do zdjęć monochromatycznych, tym za zwycięstwo w plenerze na zamku w Bytowie.
- A nie lepiej było jednak zrobić wszystkie zdjęcia kolorowe?! - Mama
ponownie wróciła do swoich wątpliwości.
- Zerkałam, w jaki sposób i czym robią zdjęcia dziewczyny z grupy i reporter. One robiły wszystkie zdjęcia kolorowe, a on tylko raz czy dwa
sięgnął po aparat monochromatyczny. Na początku ustaliliśmy z opiekunką
zespołu, że zaczniemy sesję przy Kaplicy Królewskiej, stamtąd pójdziemy
w kierunku Motławy i skończymy przy kaplicy.
- To jeszcze sporo się nachodziliście - zauważył tato. - A jak
wytrzymały to dziewczyny... modelki? Miały na nogach szpilki?
- Obie znały zasady i teren pleneru, więc do letnich sukienek włożyły
sandałki, choć widziałam, że niektóre modelki paradowały w szpilkach -
wyjaśniła Gabi. - Sandałki tutaj idealnie pasowały. Widzicie? -
Powiększyła zdjęcie na ekranie.
- Widzę, że ta ciemna dziewczyna świetnie wychodzi na zdjęciach -
oceniła matka, kiedy Gabi zmieniła na kolejne zdjęcie, też kolorowe.
- Nie powiedziałam jeszcze jednego. Mimo że temat pleneru dotyczył lata
na Głównym Mieście, to organizatorom chodziło nie tylko o modelki, ale
także o zabytki, więc...
Gabi przełączyła na następne zdjęcie, tym razem czarno-białe, i pytająco
spojrzała na matkę.
- Chyba niechcący wcześniej miałam rację, bo na tej fotce z blondynką
prawie wcale nie widać ani sukienki... w sensie kolorów, ani makijażu.
- Mnie osobiście to zdjęcie podoba się najbardziej - powiedziała
przekornie Gabi. - A wiecie w ogóle co to za obiekt?
- To na pewno jest na ulicy Świętego Ducha? - spytał ojciec, wpatrując
się z uwagą w fotografię.
- Nie kojarzę miejsca, bo jakoś dziwnie sfotografowałaś, przez co zbyt
mało widać. - Wzruszyła ramionami matka.
- To Kaplica Królewska - wyjaśniła Gabi. - W tym czasie słońce było za
nią, a dokładniej mówiąc, schowało się za jej kopułą na szczycie. Ona
rzucała dosyć mocny cień, więc na udane kolorowe zdjęcie światła było
zbyt mało. Kiedy doszliśmy do kaplicy, zostały mi jeszcze do zrobienia,
tak jak sobie zaplanowałam, dwa zdjęcia. Jedno kolorowe i jedno
monochromatyczne. Miałam na ich wykonanie pięć minut. Pozostała trójka
uczestników dziwiła się, że tak długo zwlekałam, zresztą modelki także.
A ja czekałam na chmury, na nieco bardziej miękkie słońce, no, ale tak
się nie stało. Jak je oceniacie?!
Przełączała co kilkanaście sekund to jedno ujęcie, to drugie.
- Zgłosiłaś dwa prawie identyczne zdjęcia?! - zdziwiła się mama. - Jakoś
nie widzę istotnej różnicy między nimi - orzekła po chwili.
- Ostatecznie wybrałam jedno z nich.
- Kolorowe jest chyba czytelniejsze, choć może rzeczywiście zbyt ciemne.
Ale tylko na nim kojarzę obiekt, to znaczy kaplicę. Ze zdjęcia
czarno-białego chybabym nie odgadł, co to jest - powiedział po dłuższej
chwili ojciec.
- Przyjrzyjcie się. Nad głową dziewczyny udało mi się ująć w kadrze
kartusz z Herbem Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ciekawy efekt, moim
zdaniem, dają jej blond włosy, które jakby dodatkowo go oświetlają.
- A jak ty w ogóle robiłaś to zdjęcie, bo nie potrafię w żaden sposób
odgadnąć? - zdziwił się ojciec, przechylając wielokrotnie zabawnie
głowę.
- Leżałam na chodniku na plecach - zachichotała Gabi, a matka złapała
się za głowę. - Dobrze, że włożyłam tego dnia dżinsy i szarą koszulkę,
ale właśnie tak sobie podczas rekonesansu wykombinowałam. Modelka nie
była pewna, czy nie zaglądam jej obiektywem pod sukienkę, stąd uśmiech
na jej twarzy jest nieco dziwny: zaciekawienie połączone z niepewnością.
Właśnie ten uśmiech, kawałek jej uda, kartusz nad głową, poświata, którą
dają blond włosy, a także szczegóły ubioru dziewczyny i architektury
kaplicy w wielu odcieniach szarości stanowią plus tej kompozycji.
Pochwalę się, że aby uzyskać efekt, jaki oglądacie, dodatkowo użyłam
pomarańczowego filtru.
- Gdybym najpierw obejrzał zdjęcie czarno-białe, w życiu bym nie odgadł,
że to kaplica - wrócił do swojej opinii ojciec.
- Taki był właśnie mój zamiar: wzbudzić ciekawość oglądającego! Widzę,
że się udało! Leżąc, najpierw zrobiłam zdjęcie kolorowe, popatrzyłam
chwilę na nie, odrobinę skorygowałam pozycje swoją i modelki i dopiero
wówczas nałożyłam na obiektyw filtr.
- W takim razie w ogóle nie znam się na fotografii - orzekła mama. -
Zdecydowanie wybrałabym zdjęcie kolorowe. A co do leżenia na ziemi to
już naprawdę przesadziłaś - dodała z dezaprobatą.
- Potem się otrzepałam, a i dziewczyny mi pomogły - zachichotała córka.
- W fotografii artystycznej, mamuś, nie wszystko musi być oczywiste. Nie
zawsze chodzi tylko o udokumentowanie zdarzenia czy uwiecznienie
realnego obiektu, lecz o przekazanie pewnej tajemnicy, pobudzenie do
myślenia, jak powiedział tato, czy choćby tylko wzbudzenie ciekawości.
To, moim zdaniem, jest raczej niecodzienne ujęcie. I wcale nie dlatego,
że akurat leżałam na ziemi. - Spojrzała na matkę. - Choć z drugiej
strony myślę, że nikt by na coś takiego nie wpadł - rzekła z przechwałką.
- Masz rację, bo ja na pewno bym się nie położył na trotuarze. -
Pokręcił głową ojciec. - Ale powiedz jeszcze, jakie kamienice czy
obiekty znalazły się na pozostałych zdjęciach?
- No, to obejrzyjmy je wszystkie jeszcze raz od początku. Mówię o tej
konkursowej piątce. - Gabi wyświetliła pierwsze zdjęcie. - Na tym w tle
znalazł się dom Eduarda Friedricha von Conradiego, który był burmistrzem
Gdańska w drugiej połowie XVIII wieku.
- To ten, od którego nazwiska nosi nazwę gdańska szkoła? - dopytała
mama.
- Blisko, ale nie. Szkołę, dzisiejsze Conradinum, ufundował jego syn
Karl Friedrich, który zmarł bezpotomnie i stać go było w testamencie na
taki kaprys. Tego szczegółu, to znaczy, że w historii miasta jest i ojciec, i syn, przed rekonesansem nie znałam, ale po powrocie z niego, w domu, szybko nadrobiłam braki - zaśmiała się. - Obaj spoczywają w kościele Mariackim, zdążyłam jeszcze tam pójść i obejrzeć płytę
nagrobną. Ciekawa rodzina, ciekawe postacie.
- W takim razie pójdziemy tam jeszcze raz wspólnie - postanowiła mama, a ojciec potwierdził skinięciem głowy. - Tyle już tutaj mieszkamy i o tym
nie wiedziałam. A co masz na kolejnym zdjęciu?
- To jest dom Arthura Schopenhauera3... - Gabi zawiesiła
głos i popatrzyła w twarze rodziców.
- Nie wiedziałam - przyznała matka.
- Jak to dobrze mieć mądrą córkę - pochwalił ojciec.
- ...znaczy tak się często mówi, że to jego dom, tyle że na miejscu tej
kamienicy kiedyś stała inna, i to w tamtej się urodził.
- Bujasz nas?
- Sprawdzałam tylko waszą czujność. Po drugim rozbiorze Polski w tysiąc
siedemset dziewięćdziesiątym trzecim roku rodzina Schopenhauerów
wyjechała z Gdańska na zawsze, nie chcąc zostać poddanymi króla Prus, bo
wówczas to miasto zostało włączone do monarchii pruskiej.
- Czyli Schopenhauer wolał być poddanym polskiej korony?! No, no, no -
zauważył ojciec, po wysłuchaniu informacji. - Dobrze wiedzieć, bo kiedyś
może się przydać - dodał, co matka potwierdziła skinieniem głowy.
- Na drugim zdjęciu uwieczniłam fragment Domu Żeglarzy, który czterysta
lat temu stanął na miejscu wcześniejszej siedziby gildii szyprów, czyli
kapitanów niewielkich przybrzeżnych jednostek. Udało mi się ująć
fragment ciekawego portalu ze statkiem i morskimi stworami, posągami
najprawdopodobniej żeglarzy, a zwieńczeniem fasady jest święty Jakub,
ich patron. Ponieważ stan drzwi i portalu jest taki sobie, zrobiłam
zdjęcie czarno-białe.
- Tym razem sfotografowałaś brunetkę - zauważyła mama.
- Tak jakoś spontanicznie wybrałam, bo miała sukienkę w geometryczne
wzory i bardziej pasowała mi do portalu. Dzięki temu na jednym ze zdjęć
monochromatycznych jest blondynka, a na drugim czarnula.
- A następne zdjęcia?
- Jeszcze chwila, mamuś, bo skoro jesteśmy przy szyprach, warto
wspomnieć kapra Paula Beneke, który wcześniej na pewno też był szyprem.
Co prawda kaprowie dowodzili większymi jednostkami pełnomorskimi, a do
tego rozbójniczymi, korsarskimi, ale ten kaper zasłużył się dla Gdańska,
i to wyjątkowo.
- Ciekawe czym - rzuciła z powątpiewaniem mama.
- Też nie mam pojęcia - potwierdził ojciec.
- Usprawiedliwia was tylko to, że nie jesteście... nie jesteśmy stąd -
poprawiła się.
- No tak, nie jesteśmy. Więc czym zasłużył się ten kaper?
- Paul Beneke jako dowódca "Piotra z Gdańska", największego kaperskiego
statku Hanzy, zdobył ogromny łup u wybrzeży Anglii. Obrabował galerę
florencko-burgundzką "San Matteo", przejmując ogromny obraz Hansa
Memlinga, a właściwie tryptyk Sąd Ostateczny4.
Współwłaściciel tego kaperskiego statku Reinhold Niederhoff ofiarował go
gdańskiemu kościołowi Mariackiemu.
- Ale on nie wisi w Bazylice Mariackiej, tylko w gdańskim Muzeum
Narodowym! - zauważyła przytomnie mama.
- Zgadza się. A teraz spójrzcie na element przedproży domu Pod Żółwiem,
który stoi tuż obok Domu Żeglarzy - rzuciła Gabi, przełączając na
kolejne zdjęcie. - Wybrałam go właśnie ze względu na płaskorzeźby
znajdujące się na przedprożu. Nie bardzo mi to jednak wyszło
kompozycyjnie, płaskorzeźby nie są dobrze widoczne, bo akurat zbyt
blisko zaparkował samochód i musiałam robić ujęcie z dosyć ostrego kąta.
Postanowiłam więc zrobić je w kolorze, żeby bardziej skupić się na
modelce.
- Blondynka wyszła tutaj o niebo lepiej niż na pozostałych dwóch
konkursowych zdjęciach - oceniła mama - chociaż jej mina...
- Poprosiłam ją, by opuściła dłoń i wolno wodziła palcami po
płaskorzeźbie poniżej balustrady, na której przysiadła - weszła jej w słowo córka. - By przyjęła jak najbardziej naturalną minę, nie jakiś
wyszukany uśmiech, jakby naprawdę zaciekawiło ją, co takiego odkryły
palce. Dobrze się wczuła w rolę i dlatego podoba mi się jej zamyślona,
skupiona twarz, z bardzo delikatnym uśmiechem.
- Córcia, nie miałem pojęcia, że potrafisz tak ciekawie opowiadać o fotografii i aranżowaniu ujęć - po chwili namysłu odezwał się ojciec. -
Zawsze myślałem, że to prosta sprawa, prawie mechaniczna. Stajesz przed
obiektem czy przed modelką, prosisz o uśmiech, a potem cyk... i ewentualnie powtórny... cyk. - Przyłożył palce do twarzy, jakby trzymał w rękach aparat i naciskał spust migawki. - Teraz mam poważne wątpliwości,
czy anglistyka była dla ciebie właściwym kierunkiem.
- Była właściwym wyborem - odparła z przekonaniem Gabi. - Niech to cię
więcej nie męczy.
Ojciec skinął głową, ale po minie widać było, że odpowiedź córki go nie
przekonała.
- A czy ta kamienica jest jeszcze z jakiegoś powodu ważna? - dopytała
mama, nie bacząc na dylematy męża i córki. - Nawet żółwia na zdjęciu nie
ma.
- Oj! Czekałam na to pytanie. W domu Pod Żółwiem należącym do bogatych
kupców Trosienerów urodziła się Johanna, ich córka, a matka Arthura
Schopenhauera.
- Aha...
- Kiedy już wyjechali z Gdańska, pisała pamiętniki, bo była literatką, i z nich wynika, że zarówno rodzice Johanny, ona sama, a także jej
małżonek, byli zwolennikami polskiej zwierzchności nad Wolnym Miastem
Gdańsk5.
- Oj, to naprawdę ciekawe.
- Tyle że o tych faktach przeczytałam dopiero po plenerze, chociaż
pewnie nie miałoby to większego znaczenia przy wyborze miejsc do zdjęć,
o których wspominałam wcześniej.
- Mówisz o tej kartce, którą dałaś dziewczynie, opiekunce zespołu?
- Tak, właśnie o tym. A żebyście byli pewni, że to jest faktycznie dom
Pod Żółwiem, pokażę wam jeszcze dwa ujęcia zrobione podczas rekonesansu.
- Zmieniła katalog, a po chwili na ekranie ukazał się budynek w całej
okazałości, a potem jeszcze zbliżenie żółwia umieszczonego na jego
szczycie.
- Teraz już wszystko jasne - rzekł ojciec, a mama skinęła głową.
Rozdział 2 / 13 lipca 2004 roku
Rozdział 2
13 lipca 2004 roku
Gabi rozpierała radość. Idąc od autobusu przez
Węzeł Hucisko, co kilka kroków miała ochotę podskoczyć jak mała
dziewczynka. Tak się właśnie dzisiaj czuła i pewnie też wyglądała na
nastolatkę w zwiewnej, kolorowej letniej sukience i sandałkach. Co
prawda dziesięć dni temu obroniła dyplom na Uniwersytecie Gdańskim z anglistyki, została panią magister, więc z boku mogła robić wrażenie,
jakby zapomniała o tym istotnym w życiu fakcie. Jednakże sześć dni temu
jej myślami zawładnęła radosna treść komunikatu będącego elementem
odebranego maila z ASP o wyróżnieniu jej pracy podczas pleneru
fotograficznego w Gdańsku. Ważniejszy od nagrody był dla niej sam fakt,
że właśnie w tym momencie życia jej kilkunastoletnie hobby zostało
docenione, a do tego przy tak dużej konkurencji. Przeprowadziła potem na
ten temat długą rozmowę z rodzicami. Wysłuchała ich podpowiedzi w kwestii stosownego ubioru na uroczystość wręczenia nagród, prawie im
uległa, ale tego ranka uznała, że jest lato, a to jej święto, więc
ubierze się po swojemu. Namysł nad wyborem sukienki przed otwartą szafą
nie trwał długo. Potem wykonała w niej kilka obrotów przed lustrem,
pokazując sobie kółeczko z palców. Rozczesała starannie włosy, dobrała
kolorystycznie opaskę, po czym tylko nabłyszczyła usta, uznając, że jak
na godziny przedpołudniowe i wakacyjne okoliczności taki makijaż
wystarczy. Do przewieszanej przez ramię wzorzystej torby schowała
aparaty fotograficzne Canon i Minolta, oba używane podczas pleneru,
dokumenty i butelkę wody.
Łagodny wiatr rozwiewał jej rozpuszczone, choć ujęte opaską włosy,
odsłaniając z każdym krokiem gołe ramiona. Wkrótce dotarła do Złotej
Bramy, a potem kierując się ulicą Długą, w pobliże fontanny Neptuna. Nad
ustawioną obok sceną wisiał baner z hasłem pleneru, z głośników zaś
rozbrzmiewała muzyka. W pobliżu zgromadziła się spora grupa chętnych do
obejrzenia uroczystości ogłoszenia wyników i wręczenia nagród.
Rozpoznała kilka osób biorących tak jak ona udział w plenerze.
Pozdrowiła je podniesieniem dłoni, ale członków swojego zespołu nigdzie
nie zauważyła. Przechadzała się wzdłuż Długiego Targu, bo emocje nie
pozwalały jej ustać w miejscu. Kiedy ratuszowy carillon o godzinie
jedenastej skończył wygrywanie zaprogramowanej melodii, z głośników obok
sceny rozległ się dźwięk fanfar. Na scenę weszło kilka osób należących
do jury. Podeszła bliżej fontanny. Prowadząca uroczystość młoda kobieta
przywitała publiczność i poprosiła o zabranie głosu przewodniczącego
jury, profesora Antoniego Zielińskiego, dziekana wydziału rzeźby i intermediów ASP. Nie była to długa wypowiedź, a do tego bez kartki, co
dodatkowo ucieszyło Gabi. Ze swadą podziękował wszystkim przybyłym przed
Dwór Artusa. Opowiedział pokrótce o zasadach uczestnictwa i miejscu
pleneru oraz podał liczbę uczestniczących w nim osób. W trakcie
wystąpienia uwagę Gabi przykuł mężczyzna stojący wśród członków jury
niepasujący prezencją do pozostałych. Nie zdziwił jej jego chyba
trzydniowy zarost i krótkie szpakowate włosy, ale ciemna karnacja, jasna
mało odpowiednia do dżinsów marynarka, jasna koszula bez krawata, a także widoczna na twarzy zaduma. Przez ramię miał przewieszony aparat
fotograficzny, co też mocno go odróżniało od pozostałych. Co ciekawe,
kiedy profesor Zieliński przeszedł do przedstawiania składu komisji,
zaczął właśnie od niego. Okazało się, że to profesor Giulio di Lampedusa
z Accademii di Belle Arti w Rzymie, wiceprzewodniczący jury. Gabi
przypomniała sobie, że podczas inauguracji pleneru profesor Zieliński
wspomniał, że z powodu opóźnionego lądowania samolotu z Rzymu jeden z członków jury przybędzie za chwilę. Dodał z zabawną miną, że zapewne
właśnie teraz fotografuje Gdańsk z pędzącej taksówki. W trakcie jego
prezentacji twarz włoskiego gościa ozdobił stonowany uśmiech, po czym na
jego oblicze znowu wróciła melancholia. Wyglądało, jakby myślami był
daleko od Długiego Targu. Nie dane jej było dokończyć tych rozważań, bo
prowadząca uroczystość kobieta zaczęła odczytywać listę wyróżnionych.
Każde nazwisko poprzedzał rozlegający się z głośników dźwięk fanfar.
Gabi, mając w pamięci emocje towarzyszące jej przy czytaniu w domu
maila, na wszelki wypadek wyciągnęła z torby butelkę wody. Padło
nazwisko laureatki piątego miejsca, studentki drugiego roku ASP, potem
na scenę weszli kolejno laureaci czwartego i trzeciego miejsca spoza tej
uczelni. Cała trójka oprócz dużych toreb z nagrodami rzeczowymi
otrzymała w nagrodę od ASP możliwość uczestnictwa na tej uczelni w bezpłatnym półrocznym kursie profesjonalnej fotografii artystycznej.
Gabi poczuła, że serce zaczyna jej walić jak młotem. A ja?! Gdy po
chwili przedstawiono laureata drugiej nagrody, którym okazał się student
piątego roku ASP, szybko odkręciła nakrętkę butelki z wodą i pociągnęła
solidny łyk. To chyba niemożliwe! Może mail, który do niej dotarł, to
była jednak pomyłka?! Z głośników dał się słyszeć warkot werbli.
- Zwyciężczynią tegorocznego pleneru fotograficznego pod nazwą Lato na
Głównym Mieście, a jednocześnie laureatką głównej nagrody została... -
recytująca podniosłym tonem kobieta zawiesiła głos, werble ucichły, w ich miejsce z głośników kolejny raz popłynął dźwięk fanfar - pani...
Gertruda Godebska! - dokończyła dynamicznie zapowiedź.
Tłum zgromadzony na Długim Targu zaczął bić brawo; do oklasków
przyłączyli się członkowie jury oraz stojący na scenie laureaci. Gabi
poczuła, że nogi ma jak z ołowiu, nie potrafiła zrobić kroku. Przełknęła
głośno ślinę i resztką świadomości wcisnęła butelkę z wodą do torby.
- Zapraszam raz jeszcze panią Gertrudę Godebską na scenę - rozległ się
ponownie głos prowadzącej. - Czy jest pani gdzieś tutaj?!
Lewe ramię Gabi podniosło się powoli. Mimo onieśmielenia, zaskoczenia i emocji, zresztą sama już nie wiedziała, jak zdefiniować swój stan, na
jej twarzy pojawił się uśmiech. Prowadząca po chwili wypatrzyła ją.
- Pani Gertrudo, zapraszamy do nas na scenę! - odezwała się zachęcająco.
Czy ona nie mogła powiedzieć... Gabi albo Gabuniu?! Westchnęła, ale
ruszyła wolnym krokiem w kierunku podwyższenia. Ludzie, bijąc brawo,
odsuwali się na bok. Na scenę weszła już z szerokim uśmiechem na twarzy.
Przewodniczący jury zachęcił ją gestem do podejścia na środek. Kobieta
zza mikrofonu zaczęła wyliczać nagrody, które przypadły jej w udziale.
Oprócz zaproszenia do uczestnictwa w bezpłatnym, półrocznym
profesjonalnym kursie fotografii artystycznej w ASP, wymieniła długą
listę upominków od sponsorów pleneru. Po chwili przewodniczący jury
składał jej gratulacje. Po nim uścisnął jej dłoń oraz powiedział kilka
słów łamaną angielszczyzną profesor di Lampedusa, a następnie pozostali
członkowie jury. W takiej sytuacji jeszcze nigdy się nie znalazła.
Dziękowała, kłaniała się, uśmiechała, ale nie wszystko do niej jeszcze
docierało. Wręczanych przez hostessy nagród i upominków było tak dużo,
że nie dawała rady utrzymać ich wszystkich w rękach. Usłyszała, że jest
wśród nich między innymi także aparat fotograficzny, ale nie padła jego
marka. Tymczasem do mikrofonu podszedł gość z Włoch.
- W imieniu mojej uczelni, Accademii di Belle Arti di Roma - mówił,
kalecząc język angielski - z największą przyjemnością informuję
laureatkę pierwszej nagrody, że została zaproszona na miesięczny pobyt w Rzymie, by mogła poznać uczelnię i wziąć udział w jednym z organizowanych przez nas plenerów. Pobyt będzie rzecz jasna połączony ze
zwiedzaniem Wiecznego Miasta. Wszystko to odbędzie się na koszt uczelni.
Gratuluję doskonałej pracy, która nie tylko moim zdaniem jest najlepsza,
a także zasłużonego zwycięstwa. Na odbiór rzymskiej nagrody ma pani
dwanaście miesięcy - dodał, raz jeszcze uścisnął jej dłoń, uśmiechnął
się i znowu na jego twarz wróciła zaduma.
Prowadząca imprezę teraz ją poprosiła do mikrofonu. Gabi spojrzała
bezradnie na swoje obwieszone nagrodami ręce. Po chwili dwie hostessy
przejęły od niej część nagród. Pozostawiła przy sobie tylko okazały
dyplom w rulonie oraz torbę z kartonem kryjącym nieznany jej jeszcze
aparat fotograficzny, chociaż wydało się jej, że mignęła nazwa Leica.
Spojrzała na mikrofon, a ponad nim na spory tłum widzów. Zwróciła na
moment głowę w stronę przewodniczącego jury i profesora z Włoch.
- Nie spodziewałam się... - zaczęła drżącym głosem. - Mogę także dodać, że
jestem w szoku... i to też jest prawda. Chcę podziękować organizatorom
pleneru i jury, że dostrzegli moje prace, bo często zastanawiałam się,
czy ja i moje aparaty - poruszyła ramieniem, na którym przewieszona była
torba z aparatami Canon i Minolta - właściwie patrzymy na świat. Myślę,
że te wszystkie nagrody - przeniosła na chwilę spojrzenie na trzymaną
torbę, a potem zerknęła w kierunku hostess trzymających pozostałe jej
nagrody - dodadzą mi odwagi w fotografowaniu i dalej będę zgłębiała jego
tajniki. Kurs w ASP - spojrzała na profesora Zielińskiego i lekko
skinęła głową - Rzym i uczelnia pana profesora - uśmiechnęła się do
jurora z Włoch - to wszystko pewnie będzie mi się śniło i zupełnie nie
wiem, jak uda mi się pogodzić z moją pracą. Gratuluję koleżankom i kolegom wyróżnień, dziękuję za współzawodnictwo - skinęła głową w kierunku pozostałych laureatów - a państwu na Długim Targu dziękuję za
miłe przyjęcie.
Skłoniła się w kierunku widzów. Rozległy się długie oklaski, a po nich
odezwały się fanfary. Do mikrofonu podeszła jurorka prowadząca imprezę.
- A teraz czas dla fotografów - dokonała ostatniej już zapowiedzi,
wskazując na scenę wypełnioną laureatami i członkami jury. Z głośników
popłynęła miła dla ucha muzyka.
*
Podczas poczęstunku przewidzianego przez organizatorów pleneru w Dworze
Artusa Gabi przypadło miejsce pomiędzy profesorami Zielińskim i di
Lampedusą. Pozostali laureaci zostali usadowieni między innymi członkami
jury, przedstawicielami władz miasta oraz sponsorami. Dostojna sala
Dworu Artusa wkrótce wypełniła się cichym gwarem.
- Którą z polskich akademii sztuk pięknych pani ukończyła i jak dawno
temu? No i gdzie pani pracuje? - spytał di Lampedusa, gdy tylko usiedli.
- Niestety, nie jestem absolwentką żadnej z tych uczelni.
- Nie rozumiem. - Zareagował potrząśnięciem głową Włoch, po czym
spojrzał w stronę profesora Zielińskiego, jakby miał o to do niego
pretensje.
- Czy może nam to pani jakoś wyjaśnić? - Profesor Zieliński zagadnął
zwyciężczynię pleneru. - Przecież fachowość pani prac wskazuje, że
jednak musiała pani ukończyć którąś z nich, no, chyba że jest pani
absolwentką jakiejś zagranicznej uczelni.
- Tak się złożyło, że dawno temu wybrałam anglistykę i niecałe dwa
tygodnie temu obroniłam na gdańskim uniwersytecie pracę magisterską.
- W takim razie zapewne gdzieś pani ukończyła jakieś profesjonalne kursy
fotograficzne! - rzucił z przekonaniem profesor di Lampedusa.
- Takich też nie kończyłam, choć mogę zapewnić, że fotografia jest moim
hobby od dziecka. Tłumaczką, anglistką, również chciałam zostać już od
dawna, chociaż może trochę później, niż wciągnęło mnie fotografowanie.
- Ale proszę mimo wszystko wyjaśnić nam, dlaczego pani nie studiowała
fotografii, skoro widać, że jest w tym pani znakomita?!
- Bo w mojej Nakli czy Bytowie na Kaszubach patrzy się na życie
praktycznie. Wybrałam taki fach, który w przyszłości może mi przynosić
stałe dochody, a po pracy... zawsze mogę pójść na spacer, by robić zdjęcia
- odparła Gabi z rozbrajającą szczerością.
- Ale przecież pani jest naprawdę profesjonalnym i nie bójmy się tego
określenia wybitnym fotografikiem! Jestem zszokowany pani odpowiedziami
- zdumiał się Włoch. - A kto, jeśli można się dowiedzieć, uczył panią
robienia zdjęć? To znaczy całej tej sztuki, bo po pani pracach widać, że
prezentują one nadzwyczajny artyzm?! - dopytał ekspresyjnie.
Na twarzy Włocha pierwszy raz pojawiło się nieudawane zainteresowanie.
Zniknęła z niej zaduma pomieszana z melancholią.
- Już jako dziecko nosiłam na spacerach aparat fotograficzny taty, ale
on i ja, jeśli mi czasami pozwolił, robiliśmy najzwyczajniejsze zdjęcia.
- Dziewczyna wzruszyła ramionami. - Rodzina w lesie, nad jeziorem, na
ścieżce pomiędzy łąkami to były główne ich tematy. Co prawda zawsze
trzymałam podczas fotografowania aparat inaczej niż ojciec, bo lubiłam
kombinować, a także zmieniałam ustawienia, wtedy jeszcze nie zawsze
zdając sobie sprawę z efektów, jakie przyniosą. To była intuicja. Tato
często się potem dziwił, dlaczego na pierwszym planie wyrosła
niespodziewanie stokrotka lub prawie całkowicie zasłoniłam obiektyw,
wpychając go między liście. Pytał, dlaczego znowu bardziej
zainteresowały mnie kwiaty na drugim planie niż twarze mamy i jego -
opowiadała.
Zasłuchany Giulio di Lampedusa wpatrywał się w nią jak urzeczony.
- Kiedy jako dziesięciolatka dostałam od rodziców pierwszy aparat
fotograficzny, uczyłam się wszystkiego sama... No, może nie do końca sama,
bo podczas nauki w bytowskim liceum należałam do kółek fotograficznych
szkolnego i w miejskim centrum kultury.
Obaj profesorowie prawie jednocześnie zapragnęli dowiedzieć się, jakim
sprzętem Gabi robi zdjęcia. Roześmiali się obaj, że tak dziwnie wyszło.
Niespeszona dziewczyna sięgnęła po torbę i wyjęła z niej oba aparaty
marek Canon i Minolta. Jeden z nich podała profesorowi Zielińskiemu, a drugi profesorowi di Lampedusie.
- Pani robi zdjęcia tymi aparatami?! - spytał zdumiony Zieliński.
- Swoją najbardziej udaną pracę wykonała pani podczas pleneru tą
monochromką?! - dodał pytająco di Lampedusa, wskazując na minoltę,
jednocześnie wymieniając się z Zielińskim ponad stołem aparatami
dziewczyny.
- Oba mi w zupełności wystarczają. - Gabi rozłożyła zabawnie dłonie. -
Nie mam większych potrzeb, chociaż wiem, że istnieją lepsze aparaty -
dodała szczerze.
- Koniecznie muszę panią obejrzeć w akcji! Teraz, zaraz, natychmiast -
rzekł niecierpliwie profesor di Lampedusa. - Mogłaby pani pójść ze mną
na spacer?
- Ale co? Mam pokazać, jak robię zdjęcia?! - zdziwiła się Gabi.
- Chcę wszystko obejrzeć. Obiekty, które są w tle na pani zdjęciach z pleneru, sposób, w jaki pani fotografuje... Wszystko. Antonio, pójdziesz z nami?!
- Przepraszam cię, Giulio, ale o trzynastej mam posiedzenie senatu, więc
nie dam rady - odparł profesor Zieliński. - Powinienem zaraz ruszyć na
uczelnię.
- Trudno, ale odpowiadając naszej przepięknej... jak pani na imię?
- Gertruda... - wypowiedziała ciszej dziewczyna - ale wolę, jak mówi się
do mnie Gabi - uśmiechnęła się rozkosznie.
- Aha, Gabi. Pięknie. Gabi... - powtórzył przeciągle di Lampedusa i uśmiechnął się niespodziewanie szeroko. - Czyli, jak rozumiem, skoro
pani nie odmówiła, to znaczy, że przyjęła moją propozycję? - Zajrzał jej
w twarz.
- Jasne, mogę pójść, tylko co ja zrobię ze swoimi... - Gabi zerknęła z zakłopotaniem za siebie, gdzie pod jedną ze ścian Dworu Artusa
spoczywały w torbach jej nagrody.
- Hostessy przeniosą je do naszej uczelni, przecież to niedaleko -
odparł Zieliński. - Odbierze je pani w dziekanacie w odpowiedniej dla
siebie chwili. Zaraz wszystko załatwimy.
Dziekan poprosił do siebie jednego z młodszych członków jury. Zamienił z nim kilka zdań i po chwili mężczyzna podszedł do niej z dwiema
hostessami.
- Panie dziekanie, wszystko załatwione. Dziewczyny akurat wracają na
uczelnię, więc nie ma problemu. Spełnić taką przysługę naszej głównej
laureatce to prawdziwa przyjemność - powiedział, spoglądając z uśmiechem
na Gabi.
- A w jakich godzinach mogę odebrać swoje skarby? - zapytała.
- Dziekanat czynny jest codziennie od ósmej do osiemnastej.
- A więc odbiorę jeszcze dzisiaj, bo chcę się pochwalić przed rodzicami.
- Jasne, taka informacja zostanie zostawiona w dziekanacie - odezwała
się jedna ze studentek ASP, pełniąca dzisiaj funkcję hostessy.
Dopiero teraz nieco rozluźniona Gabi zjadła kawałek ciasta i napiła się
pomarańczowego soku. Giulio di Lampedusa wpatrywał się w siedzącą obok
dziewczynę z zadumą, podobną jak podczas oczekiwania na ogłoszenie
wyników pleneru.
- Giulio, wszystko w porządku? - zapytał profesor Zieliński.
- Tak, Antonio. Cieszę się na ten spacer z... - na chwilę zawiesił głos,
ale szybko przypomniał sobie imię siedzącej obok dziewczyny - Gabi.
- Tak jest lepiej, panie profesorze. Proszę tak właśnie do mnie mówić,
nie będę się przez to peszyła. Panią mam zamiar zostać od pierwszych dni
września, bo wówczas zacznę pracować.
- Teraz masz wakacje? - zaciekawił się Włoch.
- Tak obiecałam sobie i rodzicom. Ostatnie moje studenckie wakacje.
Spędzimy je na naszych kochanych Kaszubach zupełnie bez trosk związanych
z nauką.
- To gdzieś daleko stąd?!
- Niektórzy twierdzą, że Gdańsk powinien być stolicą tego regionu,
ponieważ jest największym miastem na Kaszubach, ja jednak uważam, że są
nimi równoprawnie Kartuzy i Kościerzyna.
- Dowiedziałem się czegoś nowego - ucieszył się di Lampedusa. - Nie
mówiłeś mi o tym, Antonio. - Spojrzał na Zielińskiego z udawanym
wyrzutem.
- Tyle wciąż się dzieje... - Ten zabawnie wzruszył ramionami. - Tak sobie
myślę, pani Ger... - dziewczyna gwałtownie pokręciła głową - Gabi... że po
tym półrocznym kursie otrzymanym od uczelni w nagrodę może by pani
jeszcze coś innego odważyła się u nas studiować? Muszę przedyskutować tę
sprawę z kolegami z uczelni.
- A gdzie będziesz pracować? - zaciekawił się Włoch.
- Mam do wyboru dwa miejsca: tutaj, to znaczy w Gdańsku, jako tłumaczka
w jednej z ważnych firm, ale to jeszcze nie jest to, o czym marzę, albo
w Bytowie w biurze tłumaczeń. To też nie jest szczyt moich marzeń, choć
może spokojniejsza praca.
- Duża firma daje więcej okazji do poznania kogoś ciekawego, co może się
kiedyś przydać - rzucił ze znawstwem Zieliński.
- Ale tam miałabym jednak większy spokój. Obmyślimy wszystko z rodzicami
dopiero na letnisku.
Profesor Zieliński zerknął na zegarek.
- Ja powoli muszę niestety znikać, choć tak miło się rozmawia. Giulio,
pamiętasz, że spotykamy się o godzinie osiemnastej?
- Tak, nie nawalę, obiecałem twojej żonie, więc będę.
- Pani... Gabi - przypomniał sobie profesor Zieliński. - Życzę, żeby
wszystko dobrze ułożyło się z pracą, a wakacje udały się najlepiej, jak
tylko można sobie wyobrazić. Proszę odwiedzić mnie kiedyś na uczelni. W dziekanacie wszystkiego się pani dowie - uśmiechnął się i pożegnał.
Rozdział 3
Rozdział 3
Po upływie kwadransa Gabi z profesorem di
Lampedusą skierowali się spod Dworu Artusa w kierunku ulicy Świętego
Ducha.
- Byłem już dwa razy w Gdańsku, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie,
żeby zrobić taki miły spacer jak z tobą... Gabi. - Tym razem wypowiedział
jej imię z pewnym wahaniem i spojrzał na nią bacznie.
Dziewczyna wychwyciła to. Nie mogła odgadnąć, co się kryje za zmianami
jego nastroju. Przeważnie był zadumany, choć momentami ożywiał się, a nawet delikatnie uśmiechał, po czym znowu stawał się melancholijny.
Artysta!, przebiegła jej przez głowę myśl.
- Mam pewien pomysł - rzucił profesor po kilkudziesięciu krokach. -
Pójdźmy najpierw na tę twoją ulicę z pleneru... przypomnij, jak brzmi jej
nazwa po polsku?
- Świętego Ducha.
- Ładnie brzmi, śpiewnie, ale dla mnie trudna do wymówienia - uśmiechnął
się łagodnie.
- A czy w pana języku nie nazywałaby się czasem Via dello Spirito Santo?
- spytała Gabi.
- Znasz język włoski?!
Profesor zatrzymał się i spojrzał na nią zdziwiony.
- Na drugim roku studiów wybrałam ten język jako dodatkowy, stąd jego
znajomość, ale ona jest tylko pobieżna. Uczyłam się go tylko przez rok.
- Kiedy wypowiadałaś nazwę ulicy, to nie odczułem tego po akcencie.
- To może w takim razie kiedyś bardziej go zgłębię - ucieszyła się z pochwały. - Teraz przecinamy jedną z plenerowych ulic. - Wskazała na
tabliczkę z nazwą Chlebnicka. - Nie mam pojęcia, jak powinna brzmieć jej
nazwa po włosku... Może Via del Pane?
- Ach... pane, rozumiem, chleb, ale też nie mam pojęcia, jaka powinna być
jej włoska nazwa. Może taka, jak mówisz, a może nie. Niektóre z nazw nie
dają się przetłumaczyć ot tak.
- Kiedy przed plenerem robiłam rekonesans na wybranych przez
organizatorów uliczkach, doczytałam wcześniej w internecie, że jej dawna
nazwa po łacinie brzmiała Platea pistorum lub Platea panum - uzupełniła
swoje wcześniejsze słowa Gabi. - Na niej kiedyś handlowano pieczywem.
- Teraz lepiej zrozumiałem. Może jeszcze i na tę ulicę mnie
przyprowadzisz, bo widzę tam ładne kamienice z przedprożami.
- Jeśli wystarczy nam czasu - odparła, mrugając, na co profesor
uśmiechnął się szerzej niż poprzednio. - Zaraz będziemy przecinać ulicę
Mariacką - rzuciła po chwili.
- Kiedy ostatnio byłem w Gdańsku, Antonio pokazał mi bazylikę. - Wskazał
w kierunku ogromnej bryły świątyni. - Ta ulica po włosku mogłaby się
nazywać Via della Santa Maria... tak myślę.
Gabi skinęła głową.
- Ja z kolei doczytałam w Wikipedii, że kiedyś nosiła nazwę ulica Naszej
Pani, co po włosku byłoby chyba Via della Madonna.
- Pięknie!
- Weryfikowałam tę nazwę w słowniku.
Po dalszych kilku minutach spaceru weszli w ulicę Świętego Ducha.
- To tu! - Gabi najpierw wskazała w kierunku bramy noszącej nazwę
Świętego Ducha zamykającej drogę do Motławy, a potem w drugą stronę,
gdzie górowała bryła Kaplicy Królewskiej.
- Via dello Spirito Santo - powiedział na głos profesor di Lampedusa, a kilka osób znajdujących się w pobliżu spojrzało w jego kierunku.
- Język włoski jest lubiany w Gdańsku - wyjaśniła Gabi. - Zdecydowanie
bardziej niż niemiecki - dodała ciszej.
- Chyba rozumiem, bo Antonio pokazywał mi album ze zniszczeniami Gdańska
po drugiej wojnie światowej.
- Ale zapewne wyjaśnił panu, że większość zniszczeń powstała w zasadzie
po formalnym wyzwoleniu? - Spojrzała na niego przenikliwie.
- Poczekaj, tak, wspominał o czymś takim, ale wydało mi się, że źle
zrozumiałem. Czyli najpierw Rosjanie wyzwolili Gdańsk, bo to oni
wyzwolili, prawda? - upewnił się.
Gabi skinęła głową.
- A potem rabowali i niszczyli, co się dało, a także gwałcili mieszkanki
miasta - dokończyła za niego. - Kiedyś nie miałam o tym zielonego
pojęcia, ale jedna z gdańskich przyjaciółek wszystko mi opowiedziała.
Jej dziadek był, jest historykiem. Wiem sporo, ale ten temat chyba nie
jest odpowiedni na dzisiejszy spacer.
- Masz, Gabi, rację - zgodził się profesor.
Wolnym krokiem podeszli pod Kaplicę Królewską. Dziewczyna podniosła
głowę i wskazała na kartusz z Herbem Rzeczypospolitej Obojga Narodów,
który stanowił istotny element jej konkursowej pracy.
- Czyli to jest ten obiekt z twojego najlepszego plenerowego zdjęcia -
odgadł profesor.
- Czy to zdjęcie naprawdę było najlepsze?!
- Twoje oczy potwierdzają świadomość, że to bardzo dobra kompozycja.
- Gdyby nie rekonesans...
- Ile czasu spędziłaś podczas niego tutaj? - Wskazał na kaplicę.
- Nie więcej niż pięć minut, bo przecież miałam już za sobą spacer po
trzech ulicach. Zaczynałam powoli odczuwać także głód - uśmiechnęła się.
- Głód dla fotografa potrafi być ogromnym niebezpieczeństwem -
potwierdził, podnosząc zabawnie oczy. - Zdradź mi jeszcze, w jaki sposób
robiłaś zdjęcie, żeby kartusz stał się tak istotnym jego elementem? -
zmienił temat i powtórnie wpatrzył się w piękny obiekt.
Wyczekała kilkanaście sekund, podczas których profesor spoglądał w górę
na kopułę kaplicy i kartusz, zmieniając kilka razy pozycję.
- Położyłam się na plecach, o tutaj. - Wskazała palcem.
- Na chodniku?!
- Głowę właściwie miałam już na jezdni. - Gabi wzruszyła ramionami.
- Ale to przecież niebezpieczne!
- Miałam sporą obstawę.
- A dlaczego akurat tak wykombinowałaś?
- Bo gdybym się nie położyła, promienie słońca wpadałyby w obiektyw. To
też mogłoby dać ciekawy efekt, ale mając do zrobienia ostatnie dwa
zdjęcia, nie chciałam ryzykować. I tak poświęciłam zdjęcie kolorowe na
korektę ułożenia. - Znowu wskazała na chodnik.
- Aha! Rozumiem. Sprytnie. Jestem pewien, że podczas waszego pleneru
nikt więcej nie kładł się na plecy. Może na brzuchu ktoś leżał, ale na
plecach na pewno nie! - Teraz profesor cicho zachichotał, ale zaraz
znowu spoważniał. - Znałem kiedyś pewną dziewczynę, która miewała
pomysły podobne do twoich. Nieco szalone - dodał ciszej. - Gabi
zmarszczyła czoło i już otwierała usta, żeby o coś spytać, kiedy ten
znowu się odezwał:
- Mam pewną propozycję, jeśli idzie o nasz dalszy pobyt na Via della
Spirito Santo.
- Tak... słucham...? - spytała na raty.
- Zabawmy się teraz w fotografowanie obiektów, które stanowiły tło
twoich konkursowych prac.
- To znaczy?
- Każde z nas zrobi zdjęcie kolejnego z listy twoich obiektów z pleneru,
a druga osoba w tym czasie odwraca się, żeby nie widzieć, jak
fotografuje ta, na którą wypadła kolej. Czas na wykonanie ujęcia dwie
minuty... I jeszcze jedno!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki