Rozdział pierwszy
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Nienaruszony śnieg w Central Parku błyszczy w nocy jak diamenty,
przykuwając wzrok Nory, która goni uciekającego psa. Elliott przeciąga
smycz po oblodzonych ścieżkach spacerowych i Nora mogłaby przysiąc, że
od czasu do czasu odwraca się i śmieje z niej.
- Jesteś parszywym kundlem! - woła Nora.
W odpowiedzi Elliott ostro skręca w lewo, przedzierając się przez
idealną zaspę śnieżną i wyłaniając się po drugiej stronie, z powrotem do
cywilizacji. Ze śniegiem na swoim ogromnym pysku kieruje się w stronę
najbliższego chodnika, nieświadomy ruchu ulicznego
i pieszych.
- Adoptuj mastifa, mówili - mruczy bez tchu Nora. - Będzie fajnie,
mówili - ogląda się przez ramię, szukając męża. - Jack! - woła, gdy go
nie widzi. - Biegnie w stronę Mercy Street.
Skręca w lewo i wskakuje na chodnik, a jej zimowe buty ślizgają się
lekko przy lądowaniu. Prostuje się i biegnie za psem, którego mimo
narzekania kocha nad życie.
Przed nią, w blasku świątecznych lampek zdobiących ulicę, Elliott
przemyka między kupującymi zaglądającymi do sklepowych witryn. Niektórzy
patrzą na niego z zaciekawieniem, inni cofają się z przerażeniem, gdy
widzą stukilowego psa zmierzającego w ich stronę.
- On nie zrobi krzywdy! - woła Nora. - To tylko wielkie dziecko.
Elliott szczeka nisko, jakby chciał się kłócić.
- Zabiję cię! - krzyczy Nora.
Nora widzi, że pies w końcu zwalnia. Trochę mocniej dyszy i galopuje
chodnikiem, gdy ludzie rozstępują się, by go przepuścić. Nikt nie ma
odwagi nadepnąć na smycz gigantycznego psa i go zatrzymać.
Staje przed słabo oświetlonym sklepem na końcu ulicy, obwąchuje drzwi i wpycha się do środka. Drzwi najwyraźniej nie zostały całkowicie
zamknięte, ale domykają się teraz, gdy pies przez nie przechodzi.
- Mam cię! - krzyczy Nora, pewna, że wreszcie go dorwała.
Nad starymi drzwiami znajdują się mosiężne dzwonki, które brzęczą, gdy
ktoś wchodzi lub wychodzi. We wnętrzu unosi się zapach cynamonu i pomarańczy. Ze starego gramofonu stojącego w kącie dochodzą ciche
kolędy, a gdy Bing Crosby nuci, Nora rozgląda się po otoczeniu.
Wszelkiego rodzaju antyki są upchane gdzie się da, niemal cała podłoga
jest nimi zastawiona. Na wystawie świąteczne dekoracje w stylu vintage.
Norę otacza zewsząd ciemne, stare drewno.
- Dzień dobry? - woła.
Robi jeszcze kilka kroków i staje oko w oko z wiktoriańską lalką ubraną
w strój kolędnika i mufkę z norek. Lalka ma, niestety, tylko jedno oko,
co zmusza Norę do zatrzymania się, zanim zacznie dalej przemierzać
zagracony sklep.
- Dzień dobry! - woła głęboki głos.
Nora podnosi wzrok i zauważa starszego mężczyznę wyłaniającego się z tyłu. Ma lwią grzywę z białych włosów i krzaczaste białe brwi. Jest tak
duży, że przyćmiewa jej zdradzieckiego psa, który depcze mężczyźnie po
piętach i radośnie coś przeżuwa.
- Zakładam, że ten głodny młodzieniec jest twój?
Nora kiwa głową.
- Bardzo przepraszam za wtargnięcie. Szłam z nim na spacer i smycz
wypadła mi z ręki. A ten uważa, że uciekanie to świetna zabawa - Nora
przygląda się swojemu psu, który ma okruszki na pysku. - Zapewniam pana,
że niezależnie od tego, co panu powiedział, wcale nie jest głodny -
dodaje ironicznie.
W tym momencie drzwi się otwierają i wpada przez nie jej mąż, dyszący i zmęczony.
- Och, dobrze - udaje mu się powiedzieć. - Wydawało mi się, że
widziałem, jak tu wchodziłaś. - Rozgląda się, jego orzechowe włosy
ukryte są pod czapką. - O nie. Czy coś zniszczył?
Starzec chichocze.
- Nic - spogląda na tę dwójkę. - Właśnie przygotowywałem się do
zrobienia gorącego kakao. Czy bylibyście zainteresowani?
- Och, nie będziemy zawracać głowy - mówi Jack dokładnie w tym samym
czasie, gdy Nora odpowiada:
- Z wielką chęcią! - zaciera zziębnięte dłonie.
Starzec znowu się śmieje.
- Myślę, że lepiej będzie, jeśli damy tej pani trochę czekolady na
gorąco.
Jack się krzywi.
- Nie chcę psuć zabawy, ale o dziewiątej mam telekonferencję. Ledwo
znalazłem dzisiaj czas, żeby wyprowadzić z tobą psa.
Nora rzuca mu spojrzenie.
- Ale okej - Jack wzdycha. - Oczywiście, chętnie skorzystamy z zaproszenia. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że złapał pan naszego psa. Z góry przepraszam, ale jeśli do mnie zadzwonią, będę musiał odebrać.
- Nie tyle ja złapałem waszego psa, ile on mnie - mówi starzec,
prowadząc ich w stronę uroczego stolika z boku sklepu. - Właśnie
zamierzałem zjeść kilka ciasteczek, a powinienem unikać cukru.
Gestem pokazuje, żeby usiedli na zabytkowej sofie, a potem kieruje swoją
uwagę na małą przenośną kuchenkę.
- Nazywam się Padraig, możecie mówić do mnie Pad. Obawiam się, że nie
mam już zbyt wiele pierników do zaoferowania - mówi przepraszająco. -
Chociaż Elliottowi z pewnością smakowały.
Wskazał na pusty talerz, którego dno pokrywały okruchy pasujące do
okruszków na pysku Elliotta. Pies nie okazywał żadnych wyrzutów
sumienia, machając ogonem do Pada.
- Ojej - wzdycha Nora. - Tak mi przykro. Nie ma manier, jeśli chodzi o jedzenie. Można by pomyśleć, że umiera z głodu, ale to najlepiej
karmiony pies, jakiego kiedykolwiek widziałeś, przysięgam.
- Nie brakuje mu jedzenia - zgadza się Pad, wpatrując się w potężną
sylwetkę Elliotta. - Ale na talerzu było tylko kilka. Myślałem, że będę
sam. Towarzystwo jest miłą niespodzianką. W końcu świąt nie powinno się
spędzać samotnie.
Nora rzuca mężowi kolejne spojrzenie. Popraw humor staremu
człowiekowi, mówią jej oczy. Jest samotny.
- Masz jeszcze kilka dni na zakupy - przypomina mu Nora. - Przychodzi do
ciebie jakaś rodzina?
Pad kręci swoją dużą głową.
- Nie mam rodziny, która mogłaby przyjść - mówi, mieszając mleko. - Moja
żona zmarła wiele lat temu i nie mieliśmy dzieci. A wy?
Zarówno Nora, jak i Jack wyraźnie się wzdrygają.
- Nie mamy dzieci - mówi Jack dość sztywno, zdejmując ciężar odpowiedzi
z Nory. - Ale mamy rodzinę. Właściwie nie jesteśmy z Nowego Jorku. Oboje
dorastaliśmy w małym miasteczku w Wyoming. Nasi rodzice chcą, żebyśmy
przyjechali z wizytą, ale w tym roku mamy zbyt szalony harmonogram.
- Praca? - domyśla się starzec.
- Zawsze - Nora wzdycha. - Jack pracuje na Wall Street. To bezwzględny
wyścig szczurów, w którym nigdy nie ma wolnego czasu.
Jej ton jest trochę ostry i pobrzmiewa lekkim wyrzutem, nawet dla
niewytrenowanego ucha Pada.
- Twój kalendarz wcale nie wygląda lepiej - mruczy Jack. Spogląda na
Pada. - Jest redaktorką w wydawnictwie. To miała być lekka, przyjemna
praca, na kilka lat po studiach, dopóki nie założylibyśmy rodziny, ale
zaczęła żyć własnym życiem i teraz jest na dobrej drodze, aby w ciągu
kilku lat zostać redaktorką naczelną.
- No cóż - przeciąga Pad, wsypując łyżką sproszkowaną czekoladę do
czerwonych kubków. - To z pewnością brzmi imponująco.
- Tak - zgadza się Jack. - Będzie najmłodszą redaktorką naczelną, jaką
kiedykolwiek miało wydawnictwo Parker-Hamilton.
Jego ton również zdradza pewną urazę, a żona lekko kręci głową.
- Trzydzieści siedem lat to młody wiek na stanowisko redaktora
naczelnego, ale stary, aby mieć dziecko - wyjaśnia Padowi. To wyraźnie
drażliwy temat i zarówno ona, jak i Jack nie czują się komfortowo,
rozmawiając o tym przy Padzie. - Wciągnęłam się w budowanie kariery.
Jack uważa, że nie można robić dwóch rzeczy naraz.
Krzywi się i oboje liczą, że temat został zamknięty, ale kiedy Pad kilka
minut później podaje im gorące kakao i siada naprzeciwko nich, znowu go
porusza.
- W dzisiejszych czasach wiele kobiet po trzydziestce ma dzieci -
sugeruje w ramach zachęty. - Przynajmniej tak czytałem.
- Ledwo mamy czas dla naszego psa - mówi Jack. - Musimy zatrudnić osobę,
która dwa razy dziennie będzie przychodziła zobaczyć, czy wszystko z nim
dobrze, no i będzie go wyprowadzała na spacer. Widziałeś, jak się
zachowuje. Jeśli nie możemy znaleźć czasu na odpowiednią opiekę nad
psem, jak możemy znaleźć czas na dziecko?
- Myślę, że gdy na świat przychodzi maluch, zmieniają się priorytety -
mówi Pad swobodnie, popijając pienisty napar.
- Albo się nie zmieniają, a my do końca życia będziemy płacić rachunki
za terapię naszego dziecka - odpowiada Jack.
- Zawsze macie kontrolę nad swoimi wyborami - przypomina mu Pad. - Jeśli
chcesz znaleźć na coś czas, możesz to zrobić.
- Nie jest to takie łatwe, jeśli współmałżonek się nie zgadza -
odpowiada Jack.
Nora podnosi głowę.
- Nie tylko ja jestem winna. Uważam, że mogę jednocześnie robić
wartościową karierę i być świetną matką. To on nie potrafi poświęcić
nawet godziny każdego wieczoru na wspólny spacer z psem.
- Jestem tutaj, prawda? - Jack znowu mamrocze.
To drażliwy temat i Pad w końcu od niego ucieka.
- Małżeństwo jest zabawne, prawda? - zastanawia się. Jego niebieskie
oczy studiują dwoje ludzi przed nim. Stanowią piękną parę, wysocy i szczupli, prawie w tym samym wieku. Na pozór pasują do siebie idealnie,
choć w tej chwili wręcz unikają kontaktu fizycznego, odchylają się na
kanapie w przeciwne strony.
Jack w roztargnieniu gładzi Elliotta po pysku, drugą rękę wsunął pod
udo.
- Mówią, że po pewnym czasie w małżeństwie ludzie zaczynają nawet
wyglądać podobnie. Dzięki Bogu, że nie przydarzyło się to mojej Marii -
uśmiecha się pod swoim bulwiastym, czerwonym nosem. Śmieją się razem z nim, gdy przeczesuje dłonią gęste, niesforne włosy. - Ale wy dwoje...
Jesteście idealną parą. Jak długo jesteście razem?
- Od czasów college'u - odpowiada Jack. - Pobraliśmy się latem, na
drugim roku studiów.
- Nasi rodzice uważali, że jesteśmy za młodzi - dodaje Nora. - Jednak
znaliśmy się przez całe życie i wiedzieliśmy, czego chcemy. Albo tak
myśleliśmy.
Pad patrzy na nią.
- Myśleliście?
- Chyba wszystko się zmienia.
Jej ton jest smutny, niemal pusty.
- Rzeczy się zmieniają - zgadza się Pad. - Zmian można dokonać nawet
wstecz, jeśli zrobisz to dobrze. Ale niezależnie od przypadku, wszystko
może się zmienić. Czasami jesteś po prostu zbyt blisko problemu, aby
zobaczyć rozwiązanie.
Zmian można dokonać wstecz? Jego słowa wydawały się bezsensowne. Jack
i Nora wymienili ukradkowe spojrzenia.
- Mieszkasz tu sam? - pyta Nora, starając się nie być natrętna, ale
nagle czuje się trochę zaniepokojona.
- Tak - mówi Pad. - Posiadanie mieszkania za sklepem pozwala
zaoszczędzić pieniądze. Niestety, wiadomo, że system ubezpieczeń
społecznych już nie działa tak jak kiedyś. Kręcę się tu cały dzień i pracuję nad moją historią. Widzisz, piszę książkę. Albo próbuję pisać.
Nora nagle się spina i ma nadzieję, że nie jest to widoczne. Najgorszą
częścią bycia redaktorem jest to, że gdy ktoś się o tym dowie,
nieuchronnie próbuje podsunąć jej książkę.
Padraig jednak tego nie robi. Zamiast tego zwraca się do Jacka.
- Zbliża się dziewiąta. Czy chciałbyś skorzystać z jednego z pokoi na
zapleczu i odebrać telefon?
Jack spogląda na Norę. Mimo że wyraźnie żywią do siebie urazę, on nadal
bez słów konsultuje się z żoną. Pad to zauważa.
- Norze będzie tu ze mną dobrze - mówi Jackowi. - Będę ją zabawiał
opowieściami o mojej Marii.
Nora lekko kiwa głową i uśmiecha się.
- No dalej, Jack. Dam sobie radę.
Kiedy Jack wstaje, Elliott kładzie się na podłodze, zajmując całą
dostępną przestrzeń. Pilnuje jednak, aby jedna łapa dotykała stopy Nory.
- Miał złe dzieciństwo - Nora mówi Padowi. - Był używany jako pies
przynęta w walkach psów. Widzisz blizny? - wskazuje na różne ślady na
głowie, szyi i tułowiu Elliotta. - Kiedy go adoptowaliśmy, trochę zajęło
mu przyzwyczajenie się do normalnego życia. Przebył długą drogę, ale
zdecydowanie lubi przebywać blisko nas.
- Jak sobie radzi w ciągu dnia, kiedy cię nie ma? - pyta Pad.
- Dlatego musimy zatrudnić opiekunkę do psów - odpowiada. - Nie lubi być
sam.
- Biedny misio - nuci Pad. Elliott uderza w ziemię ogonem, choć nawet
nie otwiera oczu. - Jego wybryki go wyczerpały - ogłasza Pad.
Nora się śmieje.
- Widać, że się na nim poznałeś. Ma dobre serce, ale sporo skłonności do
brykania.
Pad śmieje się razem z nią.
- To idealne zestawienie - odpowiada. Jego własne niebieskie oczy
błyszczą wesoło.
- Widzę, że mówisz z doświadczenia - Nora się uśmiecha. - Jack też taki
był.
Pad unosi brwi.
- Myślę, że Wall Street zmienia człowieka - odpowiada w końcu Nora. - To
praca w ciągłym napięciu, tak wykańczająca... Zapomniał, kim jest poza
nią.
- To niedobrze - mówi Pad, lekko cmokając. - Może powinnaś spróbować mu
przypomnieć.
- Próbowałam - wzdycha. - On wciska moje guziki, ja wciskam jego. Nasze
życie nie potoczyło się tak, jak myślałam. Chciałam rodziny, Jack
pragnął kariery. Kiedy zaczęłam awansować, Jack bardzo mnie wspierał.
Podobało mu się to, że budowałam karierę, a mnie podobało się, że
sprawiało mu to radość. Ale zawsze myślałam, że w końcu będę mieć
dziecko. Teraz, kiedy nalegam, wykorzystuje moją karierę jako wymówkę.
Mam mu to za złe, on mi też. Chyba po prostu jako związek nie jesteśmy
teraz w dobrym miejscu.
- Czy powiedzieliście to sobie nawzajem na głos? - pyta Pad. - To ważny
krok. Jeśli coś zidentyfikujesz, możesz to naprawić.
- Niezupełnie - przyznaje. - Ale oboje o tym wiemy. Przepraszam, jeśli
za dużo mówię. Zwykle nie jesteśmy tacy gadatliwi.
- Czasami sytuacja powoli bulgocze, aż dochodzi do momentu, w którym
wykipi - mówi. - Czy można powiedzieć, że jesteście już blisko punktu
wrzenia?
Nora waha się, a potem kiwa głową.
- Obawiam się, że tak.
- Jak myślisz, jaka jest odpowiedź?
Kobieta myśli przez chwilę.
- Nie wiem. Ale chciałabym wiedzieć. Chyba musimy pamiętać, kim kiedyś
byliśmy i dlaczego się kochamy. Zbyt łatwo jest skupić się na
szaleństwie. Myślę, że to jest po prostu
łatwiejsze.
Pad szanuje jej szczerość i mówi jej to.
- Byłem żonaty przez długi czas - przypomina. - Chcesz usłyszeć radę?
Ona kiwa głową.
- Z przyjemnością.
- Nic się nie liczy oprócz siebie nawzajem - mówi jej uroczyście. - W ostatecznym rozrachunku nic innego się nie liczy.
- W idealnym świecie, może - odpowiada Nora z szacunkiem. - W dzisiejszych czasach każdy ma pracę, a nie ma czasu, no i obowiązki...
- Zawsze mieliśmy pracę i obowiązki - przerywa Pad. - Musisz po prostu
ustalić, co jest dla ciebie ważne, i skupić się na tym.
- To brzmi tak prosto - mówi Nora. - Jednak wcale nie jest proste do
zrobienia.
Pad kiwa głową, a ona dodaje:
- Bo wszystko jest ważne. Nasze prace. Nasz pies. Nasze rodziny.
- Najpierw wymieniłaś "nasze prace" - zauważa Pad.
- Nie zwracałam uwagi na kolejność - odpowiada, ale jej policzki płoną.
- Co konkretnie powstrzymuje was od odwiedzania rodziny w te święta? -
pyta bez ogródek Pad.
- Ja... Cóż, my... - Nora się jąka. - Jack ma połączenia konferencyjne i pilne rzeczy do załatwienia. Ja mam termin nałożenia poprawek w czterech
różnych rękopisach do pierwszego stycznia, a jestem dopiero w połowie.
Nie mamy czasu na podróż do Wyoming. Siedzenie na lotniskach, zgubienie
bagażu, uspokajanie Elliotta na czas podróży...
- Za dużo kłopotów? - pyta Pad trochę dziwnym tonem.
- Nie. Po prostu...
- Za mało czasu - mówi Pad.
- Tak. A Jack naprawdę nie lubi świąt. To długa historia.
- Cóż, nasz czas jest ograniczony - mówi. - Ale niektóre rzeczy są warte
poświęcenia czasu bardziej niż inne, Noro. Twoi rodzice nie będą tu
wiecznie.
- Nie, nie będą - zgadza się, czując, jak robi się jej ciężko w klatce
piersiowej. - Wiem.
- Gdybym odzyskał moich rodziców lub Marię, poruszyłbym niebo i ziemię,
aby zobaczyć ich w Boże Narodzenie - mówi Pad tęsknym głosem.
Klatka piersiowa Nory staje się jeszcze cięższa.
- Domyślam się - mówi cichym głosem. - Jack i ja... My nie świętujemy
Bożego Narodzenia w wielkim stylu. Ale naprawdę kochamy się.
Zanim Padraig zdążył odpowiedzieć, z tyłu wyłania się Jack.
- Wszystko załatwione - melduje i wtedy zauważa poważne spojrzenia na
ich twarzach. - Co mnie ominęło?
- Pad właśnie mi mówił, jak bardzo tęskni za żoną i swoimi rodzicami -
mówi Nora.
Jej mąż spogląda na nią.
- Przykro mi, Pad - mówi Jack. - Święta muszą być trudne.
- Och, już się do tego przyzwyczaiłem - Pad macha swoją dużą ręką. - I odwiedziny takich miłych dzieciaków jak wy sprawiają, że są znośne -
śmieje się.
Jack patrzy na żonę.
- Chyba powinniśmy wracać już do domu, Noro - podpowiada.
Pad wstaje i bierze filiżankę Nory.
- Jeśli wytrzymasz ze mną jeszcze chwilę, chciałbym ci coś dać. Mam coś
w sam raz.
Zostawia ich, patrzących w ślad za nim, podczas gdy wędruje po sklepie i przeszukuje półki.
- Nie, nie to - mruczy, odsuwając na bok kryształowy świecznik w kształcie renifera. - Chociaż z pewnością to rzecz ponadczasowa -
wędruje jeszcze przez kilka minut. - Eureka! - mówi, gdy wyłania się z zakamarków, niosąc lekko zakurzoną śnieżną kulę.
Scena wewnątrz przedstawia osobliwą szklaną rodzinę zebraną wokół
kominka udekorowanego na Boże Narodzenie. Potrząsa kulą i podaje
Jackowi.
- To jest prezent, który w tym roku możesz dać swojej żonie, Jack.
Jack jest zaskoczony i przez chwilę wydaje się, że wcale nie zaplanował,
co jej podaruje, a Boże Narodzenie już za niecały tydzień. Nora udaje,
że tego nie widzi, ale żołądek jej się ściska.
- Tak jak mówiłam... Naprawdę nie obchodzimy Bożego Narodzenia - zaczyna
mówić, ale Jack już dziękuje starszemu mężczyźnie.
Pad spogląda na Norę, wyciągając papier, by zawinąć kulę.
- Myślę, że możesz być redaktorką mojej przyjaciółki Beth. Przez jakiś
czas pomagałem jej swoimi krytycznymi uwagami. Beth Jacobs?
- Och! - Nora unosi głowę. - Tak. Jestem jej redaktorką. Jest
niesamowitą osobą! Co za mały świat!
- Prawda? - Padraig zgadza się.
Jack próbuje zapłacić za szklaną kulę, ale Pad nie chce o tym słyszeć.
Zamiast tego dotyka nosa.
- A co ty na to: pewnego dnia, jeśli kiedykolwiek go skończę, Nora
zgodzi się przeczytać mój rękopis - wkłada śnieżną kulę do małego
brązowego worka i podaje jej. - Co powiesz?
- Powiem, że jesteś bardziej kreatywny niż większość ludzi, którzy
podsuwają mi swoje książki - odpowiada z uśmiechem, odbierając od niego
woreczek.
Pad się śmieje.
- No cóż, pisarze są kreatywni - mówi. - Ale redaktorzy też. To oni
poprawiają światy, aż będą idealnie w sam raz, a to wymaga kreatywności.
Wydaje się nieprzekonana.
- A mnie się wydaje, że masz mieszane uczucia co do roli osób z czerwonymi długopisami w dłoniach. Prawda?
Jack ją szturcha.
- Może nie bez racji - zauważa jej mąż.
Ona patrzy na niego gniewnie.
- Wiesz, że jeśli będziesz wystarczająco ciężko pracować i przestudiujesz zdanie pod każdym kątem, to w końcu dokonasz zmian, które
sprawią, że scena będzie dla czytelnika bardziej realna. Przeciągniesz
czytelnika przez punkt, z którego nie ma odwrotu, przeciągniesz go na
swoją stronę i zostanie już z tobą na dobre i na złe. Prawda?
- Skąd on wie, jak to działa? - Jack mamrocze cicho do Nory.
- Masz rację - oznajmia Nora, zaskakując Jacka, ale nie Padraiga. -
Poprawiam zdania, żeby były lepsze. Ale nigdy nie dane mi jest tworzyć.
To rola niebieskiego pióra, a nie czerwonego długopisu i gumki. Nie
piszę.
- Och, cholera. Co za nonsens - mówi jej Pad. - Najmniejsza zmiana, a świat staje się inny. Wiesz o tym, Noro. Redaktor dopracowuje szczegóły,
aż świat historii zawartej w książce stanie się lepszy, niż autor
kiedykolwiek mógłby sobie wyobrazić. Bez was tekst byłby płaski,
jednowymiarowy, opowiedziany tylko z jednej perspektywy. Redaktor
wzbogaca tekst zewnętrznym spojrzeniem, widzi i robi rzeczy nieosiągalne
dla samego autora.
- To... bardzo wnikliwe - mówi cicho Nora. - Nigdy wcześniej nie myślałam
o tym w ten sposób - przyznaje.
Pad kiwa głową ze zrozumieniem.
- Więc mając to na uwadze, Noro, co byś zrobiła, gdybyś mogła stworzyć
swój własny świat?
Nora rozważa zarówno jego pytanie, jak i pierwotną prośbę.
- Okej, przeczytam - mówi w końcu. - Jeśli streszczenie trzyma się kupy.
- Umowa stoi - mówi z uśmiechem. - I może uda mi się wymyślić coś
bardziej kreatywnego niż streszczenie. Ale unikasz odpowiedzi na
najważniejsze pytanie - patrzy na nich oboje i wskazuje brązową torbę z prezentem. - Gdybyście mogli potrząsnąć tą śnieżną kulą i wypowiedzieć
życzenie, tworząc świat, jakiego pragniecie... Jaki by był? Pomyślcie o tym oboje - mówi, po czym klepie Elliotta po dużej głowie. - Bądź dobrym
pieskiem, Elliott. Wpadaj do mnie w każdej chwili.
Zwraca się w stronę pary.
- Wesołych świąt. Ten starzec ma jeszcze piernik do upieczenia.
Mówiąc to, znika w swoich pokojach na zapleczu, nie oglądając się za
siebie.
Wracają do domu niemal w ciszy, każde zamyślone, gdy ich buty chrzęszczą
w śniegu. Już prawie dochodzą do apartamentowca, kiedy Jack odwraca się
do żony.
- Nie powiedziałem mu, jak się wabi Elliott - mówi. - Skąd wiedział? Ty
mu mówiłaś?
Nora myśli przez chwilę.
- Nie przypominam sobie. Ale musiałam, bo nie ma na obroży adresatki.
Drzwi do budynku otwierają się i wita ich portier.
- O, państwo Blake, dobry wieczór państwu - mówi. Pochyla się lekko
przed Elliottem. - Dobry wieczór, paniczu - dodaje. Patrzy na nich. -
Czy może dostać wieczorną przekąskę?
- Oczywiście, Matthew - Nora się uśmiecha.
Portier sięga do kieszeni i wyciąga smakołyk, który nosi specjalnie dla
Elliotta. Ten połyka go w pół sekundy, oblizuje się, a strumyczek śliny
spada na but Matthew. Portier bez wahania po prostu wyciąga chusteczkę i wyciera ślinę, co robił już setki razy.
- Miłego wieczoru - mówi Nora ze śmiechem.
Para udaje się na dwudzieste drugie piętro i wchodzi do swojego
mieszkania. Wielu nazwałoby to miejsce luksusowym, ale zarówno Nora, jak
i Jack uważają, że dzisiejszego wieczoru jest tu trochę pusto i zimno.
Nora wyciąga śnieżną kulę z torby i ustawia ją na półce z książkami w ich sypialni. W milczeniu myją zęby, gaszą światło i kładą się do łóżka.
Udaje im się to wszystko zrobić bez dotykania się nawzajem.
Elliott wskakuje na łóżko i rozkłada się między nimi. Oboje zasypiają,
tuląc się do psa, a nie do siebie. I zastanawiają się nad pytaniem, z którym zostawił ich miły, ale dziwny starzec z antykwariatu.
Co byś zrobił, gdybyś mógł stworzyć swój własny świat?
Światło księżyca wpada przez okno i delikatnie rozświetla śnieżną kulę.
Błyszczący śnieg porusza się, unosząc się w cieczy, otacza szklaną
rodzinę. Trwa to kilka minut, zanim ponownie nastanie cichy bezruch.
Rozdział drugi. Noel
ROZDZIAŁ DRUGI
NOEL
Światło słoneczne razi mnie prosto w oczy, a ja jęczę, próbując znaleźć
telefon i wyłączyć ten cholerny budzik.
Zaraz. Mój budzik.
Od lat nie zaspałam, jeśli dzwonił budzik.
Otwieram oczy. Słońce jest już w połowie białego, zimowego nieba.
Wyciągam telefon i patrzę na godzinę.
9.43.
Na ekranie wisi mnóstwo esemeów, maili i powiadomień. Mrugam raz, potem
drugi, próbując oczyścić umysł.
Jakim cudem zaspałam?
Rozglądam się po pokoju, próbując sobie przypomnieć, co robiłam zeszłej
nocy. Mój jedwabny szlafrok w kolorze szampana jest na oparciu białego
krzesła. Pasujące do niego kapcie leżą obok łóżka, tam gdzie ich
miejsce. Nie można było o mnie powiedzieć, że nie jestem sumienna.
Czy wypiłam za dużo wina? To nie mogło być to. Wino przyprawia mnie o ból głowy. Rzadko je piję.
Za cholerę nie pamiętam wczorajszego wieczora. I co gorsza, nie mam
czasu o tym myśleć, bo już jestem spóźniona.
Ruszam do akcji, pędzę z łóżka do łazienki, biorąc najszybszy prysznic w moim życiu. Związuję włosy w mokry kok, po czym wkładam ołówkową
spódnicę i dopasowany czerwono-szary kaszmirowy sweterek w kratę.
Nawet nie mam czasu na zrobienie kawy, po prostu biorę laptopa i notatki, wpycham je do torby, a potem biegnę obok pustej kuchni z telefonem już przy uchu.
Naciskam przycisk windy, słuchając wiadomości głosowych od mojej
asystentki, Emily. Obserwuję światełka na ścianie sygnalizujące zjazd
windy. Jest teraz na trzydziestym pierwszym piętrze. Minie minuta lub
dwie, zanim dotrze na dwudzieste pierwsze piętro i drzwi się rozsuną.
W środku stoi mężczyzna w garniturze i kobieta w koktajlowej sukience.
Wczorajszej koktajlowej sukience, uświadamiam
sobie, gdy zauważam jej rozmazany makijaż.
Mężczyzna jest rześki i czysty, wyraźnie wykąpany przed pracą. Rozmawia
przez telefon, szybko i zdecydowanie. Mówi językiem maklerów giełdowych
i słowa przestają być dla mnie zrozumiałe.
Wracam do odsłuchiwania poczty głosowej. Słucham agentów, młodszych
redaktorów i pisarza, którzy mówią mi, czego ode mnie chcą.
Wydłużenie terminu.
Zatwierdzenie makiety okładki.
Recenzja rękopisu.
Zgoda na użycie modela na okładkę.
To ostatnie przykuwa moją uwagę i szybko wybieram numer. Odbiera Emily.
- Fabio? Naprawdę? - pytam stanowczo. - Dlaczego Fabio? Ma jakieś sto
dwanaście lat.
- O Boże, Noel! - Emily się śmieje. - Wcale nie ma. To dla Casey Clark.
Dorastała, podkradając romanse swojej babci, a dla niej zdjęcie Fabia na
okładce byłoby szczytem sukcesu.
- Nie możemy wydać takiej kwoty na ten projekt - mówię. - Wiesz o tym.
To dopiero jej druga powieść. Pierwsza ledwo zwróciła koszty produkcji.
- Prawie jej się udało - wtrąca Emily. - Pokolenie Z ją kocha, znaleźli
ją na TikToku i zaraz będzie trendem. Szczerze mówiąc, myślę, że ta
książka będzie hitem przyszłego lata.
- Zgoda - wzdycham. - Uzyskaj wycenę z działu artystycznego i wróć do
mnie.
Emily pieje z zachwytu i się rozłącza. Kobieta we wczorajszym makijażu
patrzy na mnie.
- Ten Fabio? - pyta.
- Myślę, że jest tylko jeden - odpowiadam z lekkim uśmiechem.
Jest pod wyraźnym wrażeniem. Jej towarzysz, facet w garniturze, wręcz
odwrotnie.
- Mama mojej współlokatorki ze studiów czytała tandetne książki z nim na
okładce - mówi. - Zgadzam się z tobą. Jest za stary. I tandetny.
- Nie powiedziałam, że jest tandetny - poprawiam.
Ale on kręci głową.
- Zdecydowanie zbyt tandetny.
- Jonah - mówi kobieta. - To niemiłe.
Mężczyzna, Jonah, ma na sobie garnitur za tysiąc dolarów, lśniące
oksfordy, zegarek za dziesięć tysięcy i pachnie jak las w zimowy dzień.
Cuchnie pieniędzmi. Założę się, że jest trochę podły. Ludzie sukcesu
często muszą tacy być.
- Powinieneś szanować starszych - mówię mu, gdy winda zatrzymuje się w holu. - W końcu ma sto dwanaście lat.
Usta Jonaha drgają i teraz zauważam, że ma pełne wargi, a szczękę
wyrzeźbioną i gładko ogoloną.
- To niemiłe - mówi, uśmiechając się lekko.
- Z kim przestajesz... - wzruszam ramionami.
Wychodzę z windy i kieruję się do drzwi, ale czuję jego uśmiech za sobą.
Czekam, aż portier, Matthew, przywoła mi taksówkę. Kątem oka widzę, jak
Jonah wsadza kobietę do samochodu, a potem zamyka drzwi. Nie całuje jej.
Odchodzi, a jego oddech tworzy białe obłoczki w zimowym powietrzu.
Gdy światło poranka spowija go na chwilę, ogarnia mnie déja vu. Jestem
pewna, że już się kiedyś gapiłam na tego gościa, być może nawet nie raz.
Czy po prostu widywałam go, jak wchodzi i wychodzi i nigdy nie zwracałam
na niego uwagi?
- Miłego dnia, pani Turner - mówi Matthew, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Dziękuję bardzo, nawzajem - odpowiadam. - Matthew?
Zatrzymuje się, zanim zamknie za mną drzwi taksówki.
- Ten mężczyzna, z którym właśnie wyszłam z budynku. Czy on tu mieszka?
Matthew kiwa głową.
- Tak, psze pani. To pan Blake.
Jonah Blake. Zapamiętuję, żeby później go wyszukać w Google'u.
- Dzięki.
Matthew uśmiecha się i zamyka drzwi.
- Parker-Hamilton Publishing - mówię kierowcy. - Na Broadwayu.
Kierowca kiwa głową i odjeżdża od krawężnika. Spędzam podróż,
przeglądając notatki i przygotowując się do działania, gdy tylko wyjdę z samochodu.
I wychodzę pełna zapału.
A potem natychmiast poślizg na lodzie.
Lecę jak w kreskówce, przebieram nogami bez kontroli.
Znikąd pojawia się moja asystentka, chwyta mnie za ramiona i ratuje
przed złamaniem karku.
- Czekałam na ciebie - mówi, wpychając kubek kawy w moją dłoń. - Nigdy
się nie spóźniasz.
- Wiem - wzdycham, poprawiam torbę na ramieniu, łykając sporą dawkę
kofeiny.
- Przegapiłaś spotkanie marketingowe dotyczące książki Eliasa Graya.
- Cholera - mruczę, kiedy wchodzimy do budynku.
Gdy jedziemy na nasze piętro, Emily informuje mnie o wszystkim, co
przegapiłam. Korytarze zdobią gustowne dekoracje świąteczne, a ktoś w jakimś boksie puszcza bożonarodzeniowe kawałki.
Emily podąża za mną do mojego biura i zamyka za nami drzwi. Przyglądam
się jej podejrzliwie.
Promienieje z zadowolenia.
- Masz randkę na sylwestra - ogłasza z dumą.
- Mam? - pytam, odprężając się nieco i rzucając torbę na puste krzesło.
- Jak to?
- Pamiętasz, jak pokazywałam ci zdjęcia mojego włoskiego kuzyna ze
strony taty? Michel, model?
Moje ramiona znów się napinają. Pamiętam. Na zdjęciach pozował na
jachcie, z jedynie malutkim kawałkiem materiału zakrywającym jego... Był
wspaniały.
- Jest o wiele za młody - mówię. - On ma jakieś, ile... Dwadzieścia pięć
lat? Ja mam trzydzieści siedem.
- Ma dwadzieścia sześć lat - poprawia Emily. - A wiek to tylko liczba.
Nie jest najbystrzejszy, ale ma dobre serce. I jest piękny. Będzie
wyglądał z tobą idealnie na imprezie.
- Idę na tę imprezę tylko dlatego, że odpowiedziałaś na zaproszenie w moim imieniu - znowu zaczynam się denerwować. - Sylwester był dla mnie
nocą relaksu, mogłam się owinąć kocem i zastanowić nad stanem mojego
życia.
- Tym razem tak nie będzie - mówi stanowczo. - Idziesz na imprezę do
Stitcha.
- Zobaczymy - mruczę, siadając przy biurku.
- Jeśli chcesz zostać redaktor naczelną, musisz zacząć robić takie
rzeczy - przypomina mi. - Wiesz o tym. Musisz iść.
- Nie - odpowiadam spokojnie. - I nie rozumiem, dlaczego tak bardzo
namawiasz mnie, żebym została naczelną.
- Ponieważ ja też chcę awansować - wzdycha Emily. - Nadążaj, kobieto.
Gdy przejdziesz na wyższy level, zacznie się rekrutacja na twoją obecną
posadę. Pewnie Brittany ją dostanie, potem Jess zostanie zastępcą
redaktora, i w ten sposób zwolni się dla mnie stanowisko młodszego
redaktora.
- Wiesz, kiedy cię tu sprowadziłam, nie zdawałam sobie sprawy, że jesteś
taka przedsiębiorcza.
- Owszem, zdawałaś - Emily drwi. - Nie usprawiedliwiaj się niewiedzą.
Ale wróćmy do imprezy. Nadal jesteś moją ulubioną kuzynką, ale musisz
iść.
- Nie.
- Musisz - mówi Emily, teraz naprawdę zaniepokojona. - Odesłaliśmy RSVP.
Nie możesz odwołać rezerwacji u Lillianny Cox.
- Nie "odesłaliśmy" - mówię jej słodko. - Ty odesłałaś. Więc możesz
anulować moją odpowiedź. A może pójdziesz za mnie, skoro tak bardzo
chcesz piąć się po szczeblach kariery.
Emily wpatruje się we mnie, otwierając i zamykając usta. Dzwoni mój
telefon, więc sięgam, żeby go odebrać.
- Porozmawiamy o tym później - obiecuje Emily, zanim wychodzi z pokoju.
- Nie licz na to - mówię do zamkniętych drzwi.
Przez resztę dnia zatapiam się w pracy, przeglądając umowy,
zatwierdzając rękopisy i odsyłając maile. Wbrew powszechnej opinii moje
dni nie upływają na faktycznym czytaniu książek. Manuskrypty czytam po
godzinach, na przykład na tylnym siedzeniu taksówki. Zasypiałam z wydrukowanym rękopisem na piersi we wczesnych godzinach porannych o więcej razy, niż chciałabym pamiętać.
Czytanie było kiedyś moją pasją i choć nadal to kocham, wszystko się
zmienia, gdy hobby staje się pracą: miejsce pasji zajmuje twarde
biznesowe podejście.
Uwielbiam przesłanie zawarte w tej powieści, ale niestety obecnie nie
pasuje ono do naszej polityki wydawniczej.
Główny bohater jest znakomity, a fabuła solidna, ale postacie
drugoplanowe są po prostu przeciętne. Popraw je i wyślij ponownie.
Chociaż podoba mi się pomysł autora na fabułę, nie płynie ona
wystarczająco gładko. Jeśli nie znajdziesz innego wydawcy, wróć do mnie,
a omówimy niezbędne zmiany.
Każdy list z odmową, który wysłałam w ciągu ostatnich piętnastu lat, gdy
wspinałam się po szczeblach kariery od asystentki asystenta do
asystentki redaktora, od zastępczyni redaktora, po starszego redaktora,
aż wreszcie do redaktor wykonawczej, czyli tu, gdzie teraz jestem... Otóż
każdy taki list zabijał jakąś część mojej duszy. Wiem, że pisarze
wkładają całych siebie w słowa, które piszą, i nie podchodzę do
niszczenia ich marzeń z lekkim sercem.
Po południu szukam w internecie najnowszych zdjęć Fabia. Facet może i ma
sto dwanaście lat, ale kto to może wiedzieć? Jest ponadczasowy.
Byłby to fantastyczny chwyt PR. Fabuła książki Casey Clark przedstawia
osobę, która zakochuje się w celebryckiej miłości z dzieciństwa.
Naciskam intercom, żeby powiedzieć to Emily.
- Przyklepuję tego Fabia, jeśli dział artystyczny się zgodzi.
Słyszę jej pisk przez zamknięte drzwi.
Brak kontroli nad emocjami Emily nadrabia charakterem. Tymczasem mój
palec drży nad klawiaturą, a potem wpisuję w pasku wyszukiwania: "Jonah
Blake, Nowy Jork". Jestem zaskoczona ilością wyników.
Właśnie przekroczył czterdziestkę. Cudowne dziecko Wall Street. Genialny
finansista. Trochę szalał po trzydziestce, ale najwyraźniej nieco się
uspokoił.
Nie brakuje jego zdjęć, z mnóstwem różnych kobiet.
Wpatruję się w jego oblicze.
Oczy zaskakująco miłe, twarz niewątpliwie przystojna, a uśmiech
niezaprzeczalnie zabójczy.
Emily wchodzi z naręczem poczty, a ja zamykam laptopa. Czuję, że się
rumienię.
Patrzy na mnie z zaciekawieniem, kładąc stos kopert na moim biurku.
- Oglądałaś pornosa? - żartuje, unosząc brwi. Ale potem mruży oczy. - A może portal randkowy?
Biegnie do mojego komputera, ale blokuję ją zręcznym ruchem, który
wzbudziłby zazdrość każdego obrońcy futbolowego.
- To nie twoja sprawa - mówię jej sztywno.
Przewraca oczami i cofa się.
- Dobra. Jeśli chcesz mnie okraść z wszelkiej radości, jaką mogę czerpać
z tego życia, w którym haruję dla ciebie dzień i noc, oddając moją
młodość i marnując się dla ciebie bez nadziei na wdzięczność... - robi
pauzę, uderzając pełnym biodrem o moje ramię. - W takim razie zgoda.
Niech ci będzie.
Patrzę na nią ze śmiertelną powagą.
- Skończyłaś? - pytam.
Znowu przewraca oczami.
- Proszę - mówi, podając mi kartkę. - Konta Michela i jego numer
telefonu. Zacznij rozmowę. To twój partner na sylwestra. Chyba lepiej
się wcześniej poznać, żeby nie było niezręcznie.
Próbuje zniknąć, zanim zdążę zaprotestować, ale dostrzegam paczkę
owiniętą w brązowy papier i przewiązaną białym sznurkiem, leżącą na
stosie poczty.
- Co to? - pytam, sięgając po pakunek.
- Nie wiem. Pomyślałam, że to może być prezent, więc nie chciałam go za
ciebie otwierać - zatrzymuje się. - Myślisz, że to bomba? Albo wąglik?
- Przeczytałaś zbyt wiele rękopisów.
Niemniej jednak pozostaje w moim biurze trochę zaniepokojona i zniecierpliwiona, gdy otwieram paczkę i wyciągam wydrukowane dzieło.
Wzdycham.
- O wilku mowa. Kolejny.
Emily przez chwilę wygląda na zawiedzioną, ale zaraz się ożywia.
- Technicznie rzecz biorąc, to nadal może być wąglik.
- Coś jest z tobą bardzo, bardzo nie tak - mówię.
Nie reaguje na moje słowa.
- Czy potrzebujesz czegoś jeszcze, zanim pójdę do domu?
- Czy to już ta pora? - zerkam na zegarek. Jest szósta wieczorem. - O rany, kiedy ten czas minął?
- Na zewnątrz jest już ciemno - Emily wskazuje na sięgające od podłogi
do sufitu okna za mną, gdzie światła miasta rozjaśniają ciemny horyzont.
- Wszystko w porządku? - pyta. - Przez cały dzień sprawiałaś wrażenie
trochę nieobecnej.
- Nic mi nie jest - zapewniam ją. - Zaspałam i to mnie wytrąciło z równowagi.
- Nigdy ci się to nie zdarza - mówi.
- I w tym problem - odpowiadam cierpliwie. - Jestem pewna, że dlatego
wyglądam niezdrowo.
- Hmm. No cóż, miłego weekendu - mówi. - Jeśli będziesz czegoś
potrzebować, napisz do mnie.
- Nie zrobię tego - zapewniam. - Ciesz się wolnym czasem.
Znowu wydaje się podejrzliwa.
- Wczuwasz się w świąteczną atmosferę?
Przyjmuję tę uwagę bez mrugnięcia okiem.
- Zwykle piszesz do mnie co najmniej dziesięć razy w ciągu weekendu -
dodaje zaczepnie.
- Tak? Chyba mnie z kimś pomyliłaś - mówię.
Przewraca oczami.
- Okej, dziwaku. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.
I już jej nie ma, a ja zbieram swoje rzeczy i wpada mi w ręce ten
rękopis. Pod sznurek wsunięta jest koperta, z której wyciągam kartkę.
Szanowna Pani Turner,
proszę wybaczyć moją natarczywość wyrażającą się w przesłaniu Pani
niniejszego rękopisu bez jakiegokolwiek uprzedzenia. Jestem starym
człowiekiem, a z biegiem lat słabnie mi chęć do przestrzegania
konwenansów. Mamy wspólną znajomą, Beth Jacobs, która zachęciła mnie do
skontaktowania się z Panią. Mam nadzieję, że to nie był błąd.
Zdaje mi się, że przeżyłem sto żyć, choć może dlatego, że opisałem ich
około stu, a jak Pani wie, bohaterowie książek mogą żyć własnym życiem,
splatając się z naszym w sposób, jakiego nigdy byśmy sobie nie potrafili
wyobrazić.
Czułem przymus napisania tej historii, ponieważ dopiero spojrzenie z zewnątrz ukazuje relacje międzyludzkie w obiektywnym świetle. Wybrałem
Panią jako odbiorczynię, bo główna bohaterka przypomina mi właśnie
Panią.
Nie chcę marnować Pani czasu, więc załączam tylko pierwszy rozdział.
Jeśli przypadnie Pani do gustu, proszę dać mi znać, a wyślę więcej. To
historia, którą trzeba opowiedzieć, i mam nadzieję, że po przeczytaniu
mojego skromnego rozdziału zgodzi się Pani ze mną.
Pozdrawiam,
Padraig Sinclair
Główna bohaterka przypomina mu mnie?
Wyciągam telefon i piszę esemesa do Emily.
Manuskrypt przysłał Padraig Sinclair, który twierdzi, że Beth Jacobs
przekazała mu namiary na mnie. Czy my go znamy?
Pojawiają się trzy bąbelki, a następnie odpowiedź:
Wytrzymałaś pięć minut! Nieźle! I nie, nie sądzę, że znamy Padraiga
Sinclaira. Uważam, że Beth nie powinna podawać namiarów na Ciebie
bez zapytania o zgodę. To niegrzeczne.
Racja. Ale nie zapominaj, że Beth zdecydowała się nadal pracować z nami,
mimo że Random House przebiło naszą ofertę.
Tylko dlatego, że chciała pracować z TOBĄ.
A jednak. Przysługa za przysługę. Musisz pamiętać o tej zasadzie, jeśli
chcesz zająć moje miejsce, misiu-pysiu.
Wsuwam rękopis i telefon do torby i ruszam do drzwi.
Decyduję się przejść kilka przecznic, zanim złapię taksówkę. Nocne
powietrze przyjemnie muska moją twarz, a świąteczne lampki dodają ulicom
charakteru. Pocieram dłonią o dłoń, bo zapomniałam rękawiczek. Zerkam na
sygnalizację świetlną, czekając, aż pojawi się zielone światło dla
pieszych.
Gdzieś z ciemności dobiega męski wrzask.
- Cholera! Wracaj tu!
Odwracam się i widzę łosia pędzącego ulicą w moją stronę. Zaskoczona
cofam się o krok i spoglądam w noc.
To nie łoś. To gigantyczny pies z opadającymi policzkami i uszami, i łapami większymi niż moje dłonie.
Za nim podąża starszy mężczyzna z burzą siwych włosów i brodą.
- On nie zrobi krzywdy! - woła do każdego, kto chce słuchać. - To tylko
wielkie psie dziecko.
Masywne łapy psa uderzają tak mocno o chodnik, że praktycznie czuję
drżenie ziemi i jeśli się nie mylę, gigantyczne zwierzę kieruje się
prosto na mnie.
Moje ramię wystrzeliwuje w niebo, przywołując taksówkę. Na szczęście
jedna podjeżdża i wpadam do środka, gdy pies jest jeszcze kilkadziesiąt
metrów ode mnie.
Uff.
Przykładam czoło do szyby i obserwuję smutek na masywnym pysku psa, gdy
ten się zatrzymuje. Mężczyzna podchodzi do niego i podnosi smycz, którą
ciągnęło za sobą zwierzę.
- Ludzie naprawdę powinni lepiej pilnować swoich psów - mówi taksówkarz,
cmokając krytycznie.
Kiwam głową, zgadzając się.
- Szczególnie takich. Co to jest? Pół mustang, pół grizzly?
Kierowca chichocze, a ja odwracam się i patrzę, jak starzec głaszcze
masywną głowę psa i daje mu smakołyk.
Mężczyzna podnosi na mnie wzrok i nasze spojrzenia się spotykają.
Jego oczy zdają się migotać, a on dotyka nosa.
Następnie on i pies odwracają się i idą tam, skąd przyszli.
Rozdział trzeci. Jonah
ROZDZIAŁ TRZECI
JONAH
- Panie Blake?
Mrugam, próbując skupić wzrok na młodszym dyrektorze przede mną.
Myślałem o kobiecie z windy. Znowu.
- Tak - odpowiadam w końcu. - Ten plan działania brzmi sensownie.
Dziękuję, Tim.
Kiwa głową, zadowolony z siebie, nie zdając sobie sprawy, że naprawdę
nie wiem, co mi w ogóle zaproponował.
- Przekaż szczegóły Millie - dodaję, gdy zbiera swoje rzeczy ze stołu w sali konferencyjnej.
- Przekażę. Dziękuję, panie Blake.
- Do usług.
Nie czekając, aż wyjdzie, sam wychodzę i wracam do swojego biura,
zaledwie kilka metrów dalej.
Moja sekretarka, Millie, wchodzi za mną do środka, trzymając torebkę w jednej ręce i moją pocztę w drugiej.
- Dzięki, Millie - biorę od niej listy.
- Chelsey dzwoniła dwa razy - mówi.
- Kto?
- Twoja wczorajsza randka - starsza kobieta ukrywa dezaprobatę, co
zdarzało się często w ciągu dziesięciu lat naszej współpracy.
- Och...
Staram się nie czuć rozczarowania. Chelsey była świetna, idealnie miła.
Ale kobieta w windzie... Cięta riposta, a oczy ciemnoniebieskie.
Błyszczały trochę diabelsko... A to mnie zawsze rozwala.
- Zadzwoniłam po twój samochód - mówi Millie. - Potrzebujesz czegoś
jeszcze?
- Nie, dziękuję.
- Włożyłam już raport Bella i wyniki Kinsingtona do twojej teczki.
Uśmiecham się.
- Czytasz w moich myślach - mówię.
- Wysłałeś też ojcu na Boże Narodzenie nową parę termicznych woderów
wędkarskich. Poprzednią wysłałeś pięć lat temu, więc uznałam, że
niedługo będą nadawać się do wymiany - kontynuuje Millie.
Zerkam na zdjęcie mojego taty, które Millie kiedyś kazała oprawić.
Ojciec, stojąc po biodra w rzece Kolorado, dumnie trzyma wielkiego
pstrąga.
- To dla taty idealny prezent, Millie - mówię. - Dziękuję, że o tym
pomyślałaś.
Kiwa głową, a jej twarz łagodnieje.
- Jak się czuje? - pyta. - Wiem, że święta Bożego Narodzenia są dla
niego co roku trudne.
- On jest... Cóż, to Judd Blake - mówię. - Nie skarży się, nie jęczy, nie
przeżywa.
- On przeżywa, Jonah - mówi, używając mojego imienia, co czyni niezwykle
rzadko. - Po prostu nie chce, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział.
- Trochę jak ty - zauważam. - Lubisz ukrywać swoje wielkie serce.
- Nie mam wielkiego serca - oznajmia. - Będę temu zaprzeczać aż do
śmierci. Po prostu muszę się tobą zająć. Oczywiście, jeśli w końcu się
ożenisz, twoja żona będzie mogła robić te wszystkie rzeczy, a nie ja.
Wynik: Millie - 1, Jonah - 0.
- Nie udawaj, że ci się to nie podoba - mówię jej niewzruszony. -
Opiekujesz się mną, bo nie ufasz nikomu innemu, że zrobi to tak jak
trzeba, i ja to bardzo doceniam.
Na twarzy Millie pojawiają się czerwone plamy, więc wykonuję serię
płynnych ruchów, udając, że nic nie zauważam i jestem zajęty czymś
innym.
- Millie, miłego weekendu - mówię. - Zrób świąteczne zakupy, zrelaksuj
się, zregeneruj siły. Właściwie to zarezerwuj sobie weekend w spa na mój
koszt. Chcę, żebyś była wypoczęta na nowy rok.
- Już zarezerwowane, proszę pana - Millie pociąga nosem.
Uśmiecham się.
- Oczywiście, że tak. Zakładam, że na moją kartę kredytową?
- Naturalnie. Wywołujesz stres. Stać cię, żeby zapłacić za leczenie.
- Całkowicie się zgadzam - przytakuję pokornie. - Dorzuć do tego jakieś
superzabiegi pielęgnacyjne. Przeze mnie często marszczysz brwi, a to się
może utrwalić.
Millie nie gubi rytmu.
- Uznaj to za załatwione. Coś jeszcze, Wasza Wysokość?
Tylko Millie ujdą na sucho takie teksty, i ona dobrze o tym wie.
- Nie teraz, ale jeśli coś wymyślę, dam ci znać - obiecuję.
Millie kiwa głową.
- Pięknie. Miłego weekendu, Jonah. I spróbuj zaczerpnąć świeżego
powietrza. Wyglądasz mizernie.
Odwraca się i zostawia mnie samego z resztkami zapachu jej pudrowych
perfum.
Kiedy pakuję swoje rzeczy do teczki, widzę, że Millie dołączyła także
stos kartek bożonarodzeniowych dla naszych najważniejszych klientów. Już
zaadresowane, już wypisane. Jedyne, co muszę zrobić, to podpisać się
swoim imieniem i nazwiskiem. Uśmiecham się. Zdecydowanie na nią nie
zasługuję. Dzień, w którym zdecyduje się przejść na emeryturę, będzie
bardzo smutnym dniem.
Nie muszę nawet podnosić wzroku znad telefonu, kiedy schodzę na parter.
Każde drzwi są przede mną otwarte, naciskane są przyciski windy, ludzie
kiwają głowami z szacunkiem. Odkryłem, że jeśli nie odrywam wzroku od
telefonu, wszyscy zakładają, że jestem zbyt zajęty, żeby się nimi
przejmować, i dzięki temu nie utknę w pogawędce. Zamiast tego czytam
maile, gdy winda zjeżdża na parter i przechodzę przez hol.
Gdy już wsiadam do czarnego samochodu, który na mnie czeka, odpowiadam
na kilka esemesów od starszych pracowników. Przyciemnione szyby
zasłaniają mnie przed światem, relaksuję się i wkładam telefon z powrotem do kieszeni.
To nie tak, że nie lubię ludzi. Lubię.
Ale kiedy cały budynek, cała firma, zależy od tego, czy będziesz
genialny i zawsze będziesz działać bezbłędnie, gdy od tego zależy dobra
sytuacja finansowa innych ludzi, no to mamy do czynienia z pewną presją.
To presja, na której staram się nie skupiać, a nawet ją ignorować. Może
nie jest to zdrowe, ale z pewnością korzystne dla mnie.
Dziś wieczorem mój kierowca sunie ulicami Nowego Jorku, a ja ze
zmęczeniem opieram czoło o zimną szybę.
Dawno, dawno temu rozkoszowałem się presją, stresem i ekscytacją.
Oznaczało to, że byłem w drodze na szczyt. Oznaczało to, że osiągam
pewne cele, że ścigam się do mety. I Boże, kochałem ten wyścig. Wyścig
do kobiet, finansów, wszystkiego. Każdego dnia wiedziałem, że na
horyzoncie pojawia się coś większego i lepszego.
Ale teraz... Nie wiem, jak sprawy mogą stać się jeszcze większe i lepsze.
Jestem na szczycie, w szczytowej formie i to już od dłuższego czasu.
Podróżowałem - dużo. Hongkong, Tokio, Londyn, Sydney. Umawiałem się. Z wieloma kobietami. Zarobiłem pieniądze. Dużo pieniędzy.
Coraz częściej zadaję sobie ważne pytanie.
Co teraz?
- Jesteśmy na miejscu, panie Blake - mówi Thomas i przerywa moje myśli,
przesuwając szklaną przegrodę w dół. - Życzę panu miłego wieczoru.
- Dzięki, Thomasie, ja tobie też.
Wysiadam z samochodu i wchodzę do budynku, drzwi przytrzymuje portier.
- Dobry wieczór, Matthew - pozdrawiam go.
- Witam, panie Blake - chyba chce powiedzieć coś jeszcze, ale się waha.
Zatrzymuję się.
- Tak?
- Zdaje się, że trochę namieszałem, prosz pana.
- Rozmawialiśmy już o tym. Nie musisz za każdym razem mówić "prosz
pana".
Dzieciak się uśmiecha.
- Dziękuję, pro... Dziękuję.
- Jak namieszałeś? Zatrzasnąłeś drzwi przed nosem prezydentowi czy coś?
Matthew znów się uśmiecha i kręci głową.
- Nie, nic takiego. Dziś rano, kiedy wychodził pan do pracy, jechała z panem windą kobieta z naszego budynku. Zapytała mnie, czy pan tu
mieszka, a ja jej odpowiedziałem, że tak.
Czekam, aż usłyszę wreszcie, co takiego strasznego zrobił, a jednocześnie puls mi przyspiesza.
Kobieta z windy pytała o mnie.
Matthew patrzy na mnie.
- Naruszyłem pańską prywatność, panie Blake. Przepraszam. Nie to było
moim zamiarem.
Oooch.
- Nie ma problemu - zapewniam go. - Jestem pewien, że nie jest seryjną
morderczynią - zatrzymuję się i unoszę brwi. - A może jest?
- O nie, prosz pana. To naprawdę miła pani, która mieszka na dwudziestym
pierwszym piętrze - rumieni się. - I znów to zrobiłem. Nie powinienem
był tego mówić.
- Nikomu nie powiem - zerkam na niego. - Masz jakąś kartkę?
Matthew kiwa głową.
- Jasne.
Szpera pod ladą i wyciąga notatnik.
- Proszę bardzo.
Bazgrolę kilka słów.
Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, jestem pod 3112.
Składam kartkę na pół i podaję Matthew.
- Możesz jej to dać, kiedy wróci wieczorem?
Chłopak kiwa głową.
- Oczywiście, prosz pana - patrzę na niego wymownie. Cofa się. -
Oczywiście, panie Blake.
- Dziękuję.
Daję mu napiwek i życzę miłej nocy. Pozwoliłbym mu mówić do mnie po
imieniu, jeśli zarząd budynku nie miałby nic przeciwko. Niestety,
wygenerowali dość rygorystyczne zasady dotyczące takich rzeczy.
Niektórzy mieszkańcy wolą, żeby się do nich stosować.
Jestem sam w windzie jadącej na trzydzieste pierwsze piętro i chwilę
później wchodzę do swojego apartamentu. Oświetlenie jest zaprogramowane,
więc światła włączają się o szóstej wieczorem, by mój dom stosownie mnie
witał. Czarne marmurowe podłogi błyszczą, a moje kroki odbijają się
echem. Styl wnętrza jest oszczędny, minimalistyczny i męski. Nie lubię
nadmiaru przedmiotów, nie lubię
bałaganu.
Rzucam teczkę na krzesło, zdejmuję buty i idę do kuchni, wiedząc, co
zastanę.
Jak każdego wieczoru, kiedy nie mam innych planów, Millie zamawia mi
kolację i aranżuje wszystko tak, żeby była gotowa, kiedy wrócę. Dziś
będzie wołowina Wellington, brokuły gotowane na parze, do tego bułka i ryż doprawiony ziołami i cytryną. Szklanka wody z lodem
na popitkę.
- Millie, optymistka ponad wszystko - mamroczę.
Nalewam sobie szkockiej.
Jem w błogosławionej ciszy i ruszam do spokojnego salonu, gdzie siadam
po turecku i wpatruję się w noc.
Przez ogromne okna widzę w dole światła miasta. To ciekawe, że choinki
wyglądają stąd zupełnie inaczej... Takie małe, a jednak uroczyste.
Moje mieszkanie w ogóle nie oddaje obecnej pory roku. To decyzja, z którą Millie już dawno przestała polemizować.
Z głośników wydobywa się przyjemny głos.
- Połączenie przychodzące, Judd Blake.
- Odbierz - instruuję.
Biorę kolejny długi łyk szkockiej.
- Tato? - mówię.
- Jonesy - odpowiada tata. Czy mi się zdaje, czy jego głos brzmi jakoś
słabo? - Co robisz, synu?
- Właśnie wróciłem z pracy. Zjadłem trochę i odpoczywam. A ty?
- Wcześniej naprawiałem ogrodzenie, ale skończyły mi się śrubki i takie
tam. Jutro będę musiał pojechać do miasta.
Wzdycham.
- Tato, nie jedź, drogi są oblodzone. To nic pilnego.
- A tam... Mam czekać na ciebie, żebyś to zrobił? Będę czekał do następnej
wiosny.
Ton jego głosu jest pełen urazy i ojciec ma do tego pełne prawo.
- Wiem, tato - mówię. - Przepraszam. Obiecuję, że w tym roku wrócę do
domu. Wkrótce.
Tata milknie na chwilę.
- O tym chciałem porozmawiać. Rich Turner chyba sądzi, że jestem już za
stary, aby pracować jak dawniej. Zwraca się do władz miasta z prośbą o zastąpienie mnie.
- Co? - to przykuwa moją uwagę i siadam prosto. - Co masz na myśli?
Jesteś burmistrzem Winter Falls dłużej, niż pamiętam.
Tata chichocze.
- Jestem.
- Więc w czym problem?
- Rich oczywiście bardzo chciałby zostać burmistrzem. Pragnął tego od
lat.
- Mógł sobie kandydować przeciwko tobie jak każdy inny - mówię.
- Nie chce czekać.
- Dlaczego? Dlaczego akurat teraz?
Ojciec wzdycha.
- Ten sam stary argument. Mówi, że zabijam świąteczny handel
turystyczny.
Na chwilę zapada cisza.
- Cóż, no wiesz...
- Synu, nie lubię świąt. Wszyscy wiedzą, że nie lubię świąt. Mam powód,
żeby nie lubić świąt. Lubienie świąt Bożego Narodzenia nie jest
warunkiem niezbędnym do bycia burmistrzem.
- Nie, nie jest - zgadzam się. - Ale może powinieneś posłuchać obywateli
i dowiedzieć się, czego chcą, by Winter Falls miało stosowną ofertę
świąteczną. Na przykład na rynku miejskim co roku odbywały się imprezy,
kiedy byłem mały. Wciąż je pamiętam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki