Holly
Wyciągnęłam rękę po szklankę, która stała na stoliku nocnym. Wzięłam łyk letniej wody, podniosłam się i niechętnie poszłam do kuchni.
Termometr na zewnątrz pokazywał minus 10 stopni Celsjusza. W środku nie było o wiele lepiej. Nędzne 14 stopni. Włożyłam gruby wełniany sweter i zaklęłam cicho, że jeszcze nie kupiłam grzejnika.
Podłożyłam ostatnie polana do pieca, następnie spaliłam również papierową torbę, w którą były zapakowane. Ogień od razu buchnął jasnym płomieniem.
Zamieszkałam w starej chatce babci, ponieważ było to miejsce położone na odludziu i nie widniało w żadnych dostępnych rejestrach. Babcia mieszkała tam całe swoje życie.
Gdy porzuciłam pracę asystentki finansowej w kancelarii kościelnej, zostałam zmuszona, żeby się tu przeprowadzić. Moje mieszkanie w Liverpoolu było co prawda nowe i ciepłe, ale tutaj miałam nadzieję, że nikt mnie nie znajdzie.
Chatka leżała blisko Bach Tref Môr. w samym centrum Parku Narodowego Snowdonia. Wioska liczyła ogółem stu mieszkańców, ale liczba ta zmniejszała się w szybkim tempie każdego roku. Główną przyczyną tego stanu rzeczy był brak pracy poza sezonem turystycznym. Niektórzy spośród mieszkańców dorobili się jednak na wynajmie pokoi dla gości pragnących zobaczyć słynną górę Snowdon. Na jej szczyt można było dojechać minikolejką, a trasa cieszyła się wielkim powodzeniem.
W kuchni włączyłam czajnik i wyciągnęłam ulubioną, sfatygowaną, porcelanową filiżankę mojej babci. To była ostatnia sztuka z pięknej zastawy, którą kiedyś miała. Włożyłam do niej torebkę herbaty i napełniłam ją wrzątkiem.
Widok z okna zapierał dech w piersiach. Jezioro błyszczało kilkaset metrów dalej i wydawało się, że jest na wyciągnięcie ręki. Zbliżał się grudzień, a za oknem leżała wyjątkowo gruba warstwa śniegu. Było tak pięknie, że gdy patrzyło się wystarczająco długo, wydawało się, iż serce wyskoczy człowiekowi z piersi.
Usiadłam na starej kanapie i podciągnęłam nogi. W końcu ogień i herbata zaczęły na mnie działać. Czułam się bardzo zmęczona. Czas spędzony w Liverpoolu pozbawił mnie energii i chęci do życia. Teraz potrzebowałam tylko ciszy i spokoju, aby odpocząć i wyleczyć swoje rany. Pierwsze miesiące w chacie poświęcałam głównie na sen i regenerację organizmu. Dzisiaj, po raz pierwszy od przyjazdu tutaj, nie czułam się wyczerpana przed śniadaniem. Zapowiadał się całkiem udany dzień.
Dźwięk klaksonu gwałtownie przerwał moje rozmyślania. Nowy listonosz trzykrotnie zatrąbił, gdy podjeżdżał pod mój dom. Głośno westchnęłam, poszłam do przedpokoju i założyłam kalosze. Nie pomyślałam o kurtce, bo nie zamierzałam z nim rozmawiać.
Z dnia na dzień stawał się coraz bardziej zuchwały. Wczoraj siedział w swoim samochodzie z moją pocztą w ręku, zamiast wrzucić listy do skrzynki. Czekał pewnie, aż wyjdę, żeby zamienić ze mną kilka słów. Czy takie zachowanie jest w ogóle zgodne z prawem? - pomyślałam poddenerwowana.
Otworzyłam drzwi i szybko je za sobą zamknęłam. Było tak zimno, że para unosiła się z ust. Na podjeździe stał brzydki czerwony samochód z namalowaną królewską koroną na drzwiach. Bardzo mnie to wszystko zirytowało.
- Cześć, Holly!
Kiwnęłam głową ponuro, pokazując mu, że nie jestem w nastroju do rozmowy.
- Ale fantastyczny zimowy dzień! Słońce świeci, a śnieg...
- Czy jest do mnie jakaś poczta, Baptiste? - zapytałam i objęłam się rękami. Przemarzałam do szpiku kości. Wpatrując się w niego tępo, zobaczyłam w jego ciemnych oczach błysk, który sprawił, że poczułam się jeszcze bardziej zirytowana.
- Oczywiście, że jest. W przeciwnym razie bym tu nie przyjeżdżał, nieprawdaż? - powiedział i uśmiechnął się szeroko. Na pewno tylko po to, żeby pokazać pełny garnitur lśniących białych zębów. Ani śladu próchnicy - pomyślałam.
- Mam dla ciebie dzisiaj odręcznie zaadresowany list. Wiesz, że to nietypowe. W większości przychodzą same reklamy i...
Sięgnęłam ręką przez otwarte okno do wnętrza samochodu. Baptiste świadomie trzymał bardzo mocno białą kopertę. Wyglądało, jakby w ogóle nie planował mi jej oddać.
- Zimno mi. Czy mogę dostać swój list?
Przestępowałam z nogi na nogę, aby nie odmrozić sobie palców.
- Jestem w drodze już od piątej. Wschód słońca był wspaniały, niebo zrobiło się różowe, a mróz pokrył skrzącą kołderką całą ziemię.
Znów wzniosłam oczy ku niebu. Nie przepadałam za długimi wywodami Baptiste'a na temat cudowności natury. Tego wszystkiego było dla mnie stanowczo za wiele. On był zbyt miły, zbyt radosny i pozytywny, a już na pewno zbyt przystojny.
- Proszę, oto list.
Baptiste wyciągnął kopertę, ale zaraz potem szybko cofnął rękę.
- Czy wiedziałaś, że pub Harfa i Prosię w centrum jest do wynajęcia? Może zadzwonisz i zapytasz, czy oferta jest nadal aktualna?
Popatrzyłam na niego ze szczerym zdziwieniem. Jego fryzura była idealna, a skóra błyszczała. Chyba mu odbiło! Pub Harfa i Prosię był zamknięty już od piętnastu lat.
- Co dokładnie miałabym zrobić z tą starą ruderą?
Wyszarpałam list z jego dłoni, obróciłam się na pięcie i skierowałam się w stronę domu.
- Na przykład podawać jedzenie? Czymś musisz się w końcu zająć.
Nawet się nie odwróciłam, tylko pokazałam mu środkowy palec. Gdy się tu przeprowadziłam, nie miałam w planach przyjaźni z listonoszem ani z nikim innym mieszkającym w wiosce. Babcia prowadziła samotniczy tryb życia, a ja planowałam pójść w jej ślady. Miałam już dość wszelkich kontaktów towarzyskich. Dawno straciłam nadzieję, że kiedykolwiek znajdę prawdziwych przyjaciół. Od pewnego czasu miałam problemy z nawiązywaniem relacji międzyludzkich, ponieważ kiedyś zaufałam niewłaściwym osobom. Poświęcałam się i ciężko pracowałam, a potem ktoś wbijał mi nóż w plecy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Myliłam się co do wielu osób w mojej poprzedniej pracy. Żaden z przyjaciół nie pomógł mi, gdy najbardziej tego potrzebowałam. Nikt też nie chciał wierzyć w moją wersję zdarzeń.
Mimo wszystko brak celu w życiu nie wpływał na mnie szczególnie dobrze. Choć Baptiste mnie irytował, miał niestety rację. Musiałam wymyślić, czym się zająć, teraz gdy już nie pracowałam w kancelarii.
Gdy weszłam do kuchni, poczułam się zaniepokojona, patrząc na przygasający ogień. Będę musiała się wybrać do Bach Tref Môr, aby kupić więcej opału. Samodzielne pozyskanie drewna do palenia nie wchodziło w grę, gdyż było to niezgodne z prawem.
Popatrzyłam na jezioro i szpaler drzew, który je okalał. Przepisy prawa obowiązujące w Snowdonii były jednoznaczne. Niszczenie zieleni, szlaków turystycznych i roślin chronionych było zabronione. Babcia nie szczędziła słów krytyki w stosunku do turystów, którzy zachowywali się, jakby byli właścicielami tego miejsca. Często też skarżyła się na bogatych londyńczyków, którzy podnosili ceny domów w okolicy. Wykupywali stare gospodarstwa i przekształcali je w luksusowe letnie posiadłości. Nikt w pobliżu nie zajmował się już rolnictwem i w jej mniemaniu zaczęło to stanowić duży problem. Z czego ludzie będą żyć - miała w zwyczaju pytać babcia. Z czego ja będę żyć - pomyślałam i przejechałam dłonią po zakurzonym parapecie. Gruba warstwa kurzu przylgnęła do czubka mojego palca. Wytarłam dłonie i wzięłam kopertę.
Charakter pisma nic mi nie mówił. Bawiłam się kopertą przez chwilę, myśląc o jej zawartości. Nikt nie znał mojego nowego adresu. Nikt. A już na pewno nie on.
W jednej chwili wszystko wróciło. Zobaczyłam jego świdrujące spojrzenie. Znowu poczułam zapach jego oddechu na mojej skórze. Nie mogłabym po raz drugi przez to przechodzić.
Trzęsącymi się dłońmi chwyciłam otrzymany list. Koślawymi literami napisano jedno zdanie.
Dla odstępcy od drogi surowa jest kara, kto karcenia nie znosi, ten umrze...