Czwartego listopada 1948 roku w Laon z ojca Józefa i matki Janiny, z domu Dybuk, urodził się Serge Olovski. Od tamtego dnia minęło dokładnie siedemdziesiąt lat i Serge zastanawiał się właśnie, jak i kiedy to się mogło stać i dlaczego ma wrażenie, że co najmniej połowę tego czasu zupełnie przegapił.
Otworzył butelkę matayaca, bo uznał, że ciemne, mocne cahors będzie odpowiednim winem dla uczczenia takiej okazji. Powinno mieć swój charakter, intensywny zapach i głęboki cierpko-pestkowy smak. Nalał kieliszek i skrzywił się po pierwszym łyku. Było za zimne, za kwaśne, niedojrzałe, za lekkie, za ostre. A na dodatek jadł dobrych parę godzin temu. Zupę z torebki. I teraz czuł jak wino skręca mu żołądek w twardy supeł.
Jedną lampkę postanowił wypić mimo wszystko.
Usadowił się w fotelu przy oknie, a kieliszek ustawił na parapecie. Spoglądał na ulicę przez szparę w zasłonach, na kolanach położył książkę i udawał, że czyta, jeśli ktoś przechodził pod oknem. Tak naprawdę nie miał zamiaru czytać ani podglądać przechodniów - chciał tylko uporządkować myśli.
Siedemdziesiąt lat. A więc jest stary. Wszystko już minęło. Cokolwiek miało się wydarzyć, już się wydarzyło. Teraz pozostało mu tylko żyć, tak po prostu. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Liczył, że cała ta inscenizacja - fotel, wino, zapadający za oknem zmierzch - pozwoli mu się skupić; wyobrazić sobie dni, które mają nadejść, zaplanować je.
Niestety, stało się jak zwykle - coś go rozproszyło, jakiś samochód zaparkował tuż pod oknem, dzieci wychodzące z salki katechetycznej biegały niebezpiecznie blisko jezdni, matki z wózkami, miast pilnować rozwrzeszczanych bachorów, plotkowały, blokując cały chodnik - przestał więc planować pozostałe dni życia i poddał się znanemu sobie i rozsadzającemu go od środka uczuciu gorzkiej, niechcianej samotności, strachu, wściekłości na siebie, na Marie-Hél?ne, na dzieci, na własną głupotę i naiwność.
Zaklął półgłosem, wychylił spory łyk cierpkiego wina i zerwał się z fotela. Bezruch irytował go. A jeszcze bardziej irytowała go panująca wokół pustka. Najbardziej jednak, chociaż tego sobie nie uświadamiał, irytowała go nuda.
Od sześciu lat był emerytem, od pięciu lat wdowcem, od czterech bankrutem, a od dziś siedemdziesięciolatkiem.
Uznał, że jak na jeden wieczór, nawet jeśli to wieczór urodzinowy, wystarczy podsumowań i przygnębiających refleksji. Włączył czajnik i poszedł skorzystać z łazienki na piętrze.
W ubikacji na dole popsuła się spłuczka, a na dodatek znowu śmierdziało padliną. Podejrzewał, że jakiś szczur objadł się trucizny i właśnie tę toaletę wybrał na miejsce zgonu. Kilka dni spędził na poszukiwaniu truchła, ale gryzoń zaszył się w jakiejś dziurze i nie pozostało nic innego jak poczekać, aż smród sam się ulotni.
Sikał, obserwując przez okno dziedziniec sąsiedniego domu. Sąsiadka, widoczna w oświetlonych wnętrzach parteru, krzątała się w kuchni. Zapiął spodnie i sięgnął po lornetkę, którą od jakiegoś czasu trzymał na półce w łazience.
Podglądanie Genevi?ve Hibou weszło mu w nawyk jakiś czas temu. W pierwszych tygodniach marca usłyszał podniesione głosy dochodzące z ogrodu pani Hibou. Wiedział, że mieszka sama, więc trochę się zaniepokoił. Z okna łazienki dostrzegł dwie męskie sylwetki i Genevi?ve nerwowo drepcącą wokół nich. Stali za daleko, żeby mógł ich rozpoznać, a i słów nie był w stanie rozróżnić, z wyjątkiem powtarzających się co jakiś czas przekleństw i "przestańcie, przestańcie" wykrzykiwanego przez panią Hibou.
Zastanawiał się, czy jakoś interweniować, ale zanim podjął decyzję, jeden z mężczyzn, cały czas miotając przekleństwa, szybkim krokiem poszedł w stronę zaparkowanej na dziedzińcu półciężarówki ze sprzętem ogrodniczym na pace i odjechał. Drugi zaś ujął panią Hibou pod ramię i odprowadził do domu.
Kilka dni później Serge natknął się na sąsiadkę w piekarni. Wracali razem, rozmawiając niezobowiązująco i ni z tego, ni z owego Genevi?ve zaprosiła go na popołudniową herbatę. Nie przyszedł mu do głowy żaden pretekst, żeby się wymigać, więc niechętnie, ale zaproszenie przyjął.
Ku swojemu zaskoczeniu bawił się nie najgorzej. Był już raz w tym domu, kiedy Marie-Hél?ne, podniecona przeprowadzką i wizją wiejskiego życia, uparła się, że powinni składać sąsiedzkie wizyty, bo wypada i tak się przecież robi. Wtedy jednak był sierpień i siedzieli na tarasie, a gdy upał stał się nie do wytrzymania, przenieśli się do kuchni. Poza tym Genevi?ve prawie nie brała udziału w rozmowie. Brylował jej syn, Luc, który był tu akurat z trójką swoich dzieci i przystojną ciemnoskórą żoną, dużo młodszą od niego.
Od tamtej pory sąsiedzkie kontakty ograniczały się do wymiany pozdrowień i niezobowiązujących rozmów przy okazji przypadkowych spotkań.
Tym razem Serge został wprowadzony do potężnego salonu, którego okna wychodziły na ulicę, ale okiennice i ciężkie bordowo-złote zasłony doskonale izolowały wszelkie hałasy. Ciemny dębowy parkiet, ciężkie meble, stoliki z kwiatami w dzbanach lub kryształowych misach i nigdzie ani śladu zaniedbania.
Usadowili się przed kominkiem z kamiennych bloków, z wielkim otwartym paleniskiem, w którym oczywiście płonął ogień. Olovski odetchnął z ulgą, gdy pani domu sama przyrządziła mu napój i podała filiżankę, ponieważ liczba dzbanuszków, imbryczków, szczypczyków, siteczek i innych nieznanych utensyliów przyprawiła go o lekki zawrót głowy. Z pewnością coś by strącił, rozsypał, rozlał albo, nie daj Boże, stłukł, a sądząc po mlecznym blasku filiżanek, porcelana była z pewnością z Limoges.
Przyglądał się sąsiadce, słuchał opowieści o chwilowych (oczywiście), przejściowych (jakże by inaczej) problemach finansowych syna oraz nieuzasadnionym zdenerwowaniu właściciela firmy ogrodniczej, któremu Luc nie płacił od kilku miesięcy. Przytakiwał utyskiwaniom na drożyznę i na dolegliwości starczego wieku i myślał, że Marie-Hél?ne, gdyby miała szansę się zestarzeć, mogłaby być właśnie taka. Przestrzegająca konwenansów, celebrująca herbaciane rytuały, ozdabiająca salon świeżymi kwiatami i grzejąca stopy przy ogniu kominka. Nawet fizycznie były dość podobne - szczupłe, drobne, z burzą trudnych do ujarzmienia ciemnych loków.
- Wie pan, on nie miał szczęścia do kobiet. Pierwsza żona rzuciła go, a mieli już dwoje dzieci. Dzieci to zobowiązania, mimo że są dorosłe, Luc nadal im pomaga. No a Déa - poznał ją pan u nas, prawda? To jego druga żona - urodziła trójkę. Najpierw mieli chłopca, Maxime ma teraz dwanaście lat, a potem przyszły na świat bliźniaczki Zoé i Léa. I jeszcze do tego pomaga swojej starej matce.
Staruszka kokieteryjnie uśmiechnęła się znad filiżanki, po czym ostrożnie odstawiła ją na spodeczek, dając mu tym samym szanse na jakiś komentarz.
- Cóż, to rzeczywiście duże obciążenie.
- O tak. Mam naprawdę niewielką rentę i mimo że żyję bardzo oszczędnie, nie stać by mnie było na ogrodnika, a, jak pan wie, ogród jest duży. Zdrowie już nie pozwala zająć się wszystkim. Nawet do cięższych robót domowych muszę wynajmować pomoc.
Starsza pani szczebiotała, a Serge ze zrozumieniem kiwał głową. Domyślił się, że całe to zaproszenie, herbata i rozmowa, to wszystko po to, żeby zatrzeć nieprzyjemne wrażenie, bo kobieta z pewnością wiedziała, że słyszał awanturę, może nawet widziała jak stoi w oknie i się gapi. Wcale się przecież nie ukrywał. Nawet firankę odsunął, żeby lepiej widzieć.
Od tamtej pory spoglądał co jakiś czas na dom Genevi?ve, wypatrywał samochodu Luca albo ciężarówki ogrodników, ciekaw, jak rozwiąże się sprawa "przejściowych" trudności finansowych młodego Hibou.
Ogrodników przegapił. Ale kiedy w letni wieczór usłyszał dobiegające zza obrośniętego bluszczem muru dziecięce piski i pokrzykiwania, przyniósł sobie lornetkę i zainstalował się wygodnie na sedesie, obserwując podwórze sąsiadów. Kilka minut oglądał sielankowe obrazki - dzieci bawiące się na rozległym trawniku, szeroko otwarte drzwi do kuchni, a przy stole starsza pani Hibou, siedząca na krześle z wysokim oparciem. Na wprost niej Déa, skupiona na jedzeniu, i Luc krążący między nimi, dolewający czegoś do szklanek i perorujący z żywą gestykulacją, wyraźnie z siebie zadowolony. Żałował, że nie może usłyszeć rozmów, ale coś w sztywności sylwetki Genevi?ve i nadmiernej ruchliwości Luca podpowiadało mu, że kolacja nie przebiega w miłej atmosferze.
Następnego dnia obudził się późno, a potem długo stał pod prysznicem, licząc, że gorąca woda przegoni ból głowy, na który zapracował, wypalając wieczorem pół paczki papierosów.
Chciał uchylić okno, żeby wypuścić kłęby pary, i wtedy zobaczył, że młodzi zbierają się do wyjazdu. Dzieciaki siedziały już w samochodzie. Déa stała przy drzwiach od strony pasażera ze wzrokiem wbitym w ekran telefonu, a Luc i Genevi?ve rozmawiali na tarasie.
Sięgnął po lornetkę, zupełnie jakby mogła mu pomóc usłyszeć, o czym mówią. Nastawił ostrość i zobaczył, że sąsiadka ma tę swoją odpychającą, wyniosłą minę, a Luc uśmiecha się z politowaniem i, gestykulując, usiłuje ją o czymś przekonać.
Speszył się i odsunął gwałtownie, bo w pewnym momencie Luc odwrócił się i szybkim krokiem podszedł do samochodu, a pani Hibou popatrzyła w górę i miał wrażenie, że spotkali się wzrokiem. Wiedział, że to niemożliwe, ale odruchowo wycofał się w głąb łazienki, zawstydzony, jakby przyłapano go na jakimś świństwie.
Potem, już z większej odległości i bez pomocy lornetki, obserwował, jak podpierając się czarną laseczką i poprawiając osuwający się z ramion wrzosowy szal, sąsiadka drobnym kroczkiem wchodzi do domu i dokładnie zamyka drzwi.
Od tamtej pory podpatrywał ją ze swojego łazienkowego stanowiska obserwacyjnego. Znał mniej więcej jej rozkład dnia, wiedział, że dwa razy w miesiącu, przeważnie w czwartki, przyjeżdża młoda, tęga kobieta o bardzo jasnych włosach. Domyślał się, że to pielęgniarka. Czasami pani Hibou nie wpuszczała jej do środka, mimo że była w domu. Wtedy kobieta wieszała na klamce drzwi wejściowych foliową torbę z lekami lub drobnymi zakupami i odjeżdżała zirytowana.
Ogrodnicy zjawiali się regularnie co sześć tygodni, a raz w miesiącu młody chłopak w odblaskowej kamizelce wynosił z poobijanego granatowego clio kartonowe pudła i papierowe torby.
Luc pojawiał się rzadko i zwykle bez rodziny. Przyjeżdżał koło południa i tuż przed kolacją wracał do Paryża. Tylko dwa razy Serge widział jego czarną škodę zaparkowaną przed bramą jeszcze następnego ranka.
Dzisiejszy dzień był szary i ponury, więc światła u Genevi?ve świeciły się prawie cały czas. Obserwował, wsparty łokciami o zimny grzejnik, jak drobnymi starczymi kroczkami drepce po kuchni, przenosząc coś z kuchennego blatu na stół.
Domyślał się, że przygotowuje sobie kolację, co przypomniało mu, że sam powinien coś zjeść, a woda w czajniku z pewnością już dawno się zagotowała. Jeszcze tylko zauważył, że otulona szalem wychodzi na zewnątrz i przywołuje kota, potem opuszcza metalowe żaluzje i rygluje drzwi.
Zszedł na dół i bez większej nadziei sprawdził zawartość lodówki. Miał ochotę na coś konkretnego - stek, pieczony drób, frytki, sałatę, a wino zaostrzyło apetyt. Znalazł tylko kawałek ementalera, resztkę masła i otwartą kilka dni temu puszkę z oliwkami. Położył to wszystko na stole. Żeby nadać kolacji uroczysty, urodzinowy charakter wyciągnął z szuflady sztućce i przyniósł sobie talerzyk. Jadł powoli, wpatrzony w czarny prostokąt kuchennego okna.
Po drugiej stronie obrośniętego bluszczem muru Genevi?ve Hibou popijała kieliszkiem dobrze schłodzonego, białego wina duszone brokuły, obficie posypane parmezanem. Na deser przewidziała filiżankę herbaty i połowę eklerka z kawowym nadzieniem z piekarni pana Levaseur. Jedząc układała plany na następny dzień. Ponieważ najzwyklejsze codzienne czynności zabierały jej coraz więcej czasu, uznała, że wystarczy, jeśli wymieni pościel i włączy pralkę. A po południu przejdzie się do kościoła. Popatrzy na ludzi, może spotka kogoś znajomego. Spacer dobrze jej zrobi, łatwiej będzie potem zasnąć.
* * *
Nie mógł już dłużej zwlekać z zakupami. Lodówka świeciła pustkami, na dodatek skończył się papier toaletowy, co postawiło go dziś o poranku w bardzo kłopotliwej sytuacji. Spacer do miejscowego Intermarché zajmował około pół godziny. Wypił więc kawę i wyruszył z listą zakupów w kieszeni. Nie był pewien, o której zaczyna się przerwa obiadowa, szedł więc dość szybkim krokiem, spoglądając co chwila na zegarek. W portfelu zostało jakieś pięćdziesiąt euro i miał nadzieję, że uda mu się zmieścić w tej kwocie. Zwykle na początku miesiąca schodziły raty kredytów, a emerytura wpływała na konto dopiero po piętnastym, było więc duże ryzyko, że konto jest puste i znowu naje się wstydu, próbując płacić kartą. Ciągle źle znosił podejrzliwe spojrzenia kasjerek informujących go, że transakcja została odrzucona. I to zamieszanie potem, gdy trzeba było zwracać zakupy!
Po ponad godzinie wracał z wypełnionym plecakiem, ożywiony spacerem, lekko głodny i z bolącym kolanem, ale zadowolony. W portfelu poniewierało się trochę drobnych - reszta z pięćdziesięciu euro, a on miał tę przyjemną świadomość, że co najmniej przez tydzień nie będzie musiał myśleć o wyprawie do Intermarché, zakupach, stanie konta i wszystkich tych irytujących rzeczach. Kupił nawet dwie butelki taniego, młodego wina i torebkę małych kolorowych makaroników. Wino, żeby jakoś uprzyjemnić sobie coraz dłuższe wieczory, a makaroniki, bo chodziło mu po głowie, żeby w końcu zaprosić Genevi?ve Hibou na popołudniową kawę i jakoś zrewanżować się za jej zaproszenie.
Powinien to zrobić. Wypadałoby. Należałoby. Czuł się zobowiązany. Czuł się skrępowany. Denerwował się jak nastolatek przed pierwszą randką, wystraszony i podniecony jednocześnie. I wcale nie myślał wtedy o Genevi?ve, o nie. Myślał o sobie. O starym, zdziczałym samotniku, snującym się po starym, zaniedbanym domu.
Wyobrażał sobie arystokratycznie wyniosłą Madame Hibou w jej salonie, jakby żywcem wyjętym z teatralnych wnętrz z początków ubiegłego wieku. Te błyszczące parkiety, kwiaty w kryształowych i mosiężnych misach, stolik do herbaty i obrazy w ciężkich złoconych ramach - wszystko to przypominało dekoracje albo muzealną ekspozycję. A u niego - no cóż. Marie-Hél?ne bardzo się starała urządzić dom elegancko i wystawnie, ale miała za dużo pomysłów, za to za mało czasu i pieniędzy. On w tym czasie cztery dni w tygodniu spędzał w Melun, bo te kilka godzin wykładów w EOGN
pozwalało trochę podreperować nadszarpnięty kredytami domowy budżet. No i trzeba przyznać, że perspektywa sielskiej emerytury na wsi nie pociągała go aż tak bardzo. Poza tym był przekonany, że Marie-Hél?ne znakomicie się wszystkim zajmuje, jest pełna energii i zadowolona. Nie wtrącał się. A potem, kiedy umarła, próbował co najwyżej łatać co większe usterki, usuwać awarie, a za sprzątanie brał się przeważnie przed przyjazdem dzieci, o ile oczywiście uprzedziły go, że się pojawią.
Już z daleka zauważył czarną škodę Luca zaparkowaną przed bramą domu Hibou. W pierwszej chwili poczuł się rozczarowany, że popołudniowa kawa z sąsiadką nie dojdzie dziś do skutku. Potem jednak pomyślał, że da mu to szansę na doprowadzenie domu do porządku. No dobrze - może nie całego domu, ale przynajmniej postara się posprzątać salon i kuchnię. A gdzieś tam w tyle głowy kołatała nieśmiała myśl, że daje mu to czas do namysłu. Bo czy naprawdę zależy mu tak bardzo na zacieśnianiu kontaktów z prawie dziewięćdziesięcioletnią sąsiadką?
Makaroniki powędrowały więc do kredensu, a on rozpakował pozostałe zakupy, zjadł kanapkę i zabrał się za porządki.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.