Świąteczna szansa na miłość - Jess Bayliss

Reflow text when sidebars are open.
Annie była już prawie w domu, kiedy uświadomiła sobie, że zostawiła telefon w restauracji. Wrześniowe wieczorne powietrze szczypało w szyję, dając znać, że lato się kończy. Miarowy stukot botków o gumowych podeszwach na chodniku koił nerwy niczym tykanie starego zegara, który stał na kominku jej rodziców.
Główna ulica była pusta. Puby dawno eksmitowały swoich gości, światła w mieszkaniach nad lokalami użytkowymi pogasły. Nawet miasteczko tak gwarne jak Leaming on the Lye musiało czasami spać. Annie powoli zawróciła. Była całkiem sama, towarzyszył jej tylko błysk puszystego rudego ogona lisa, który zniknął na końcu drogi. Pewnie udał się na poszukiwania rozwiązanego worka na śmieci albo kebabu porzuconego na chodniku.
Lubiła tę porę dnia. Po kuchennej gorączce w godzinach kulinarnego szczytu i mozole sprzątania, kiedy pożegnali się ostatni klienci o pełnych brzuchach i policzkach zaczerwienionych od wina, zapadała cisza. Najpierw wychodziła obsługa sali, kiedy już odkurzyła podłogi i nakryła stoliki do lunchu następnego dnia, kuchnia zostawała, zmęczona, lecz osobliwie podekscytowana po uporaniu się z szaleństwem kolejnej nocy. Kiedy wyschły ostatnie patelnie i podłoga, Annie wypuszczała również ich, słuchała ożywionych rozmów dobiegających z podwórka, a potem z sennych uliczek. Odkąd bliźniaki wyprowadziły się z domu, to kucharze stali się dla niej jak przybrane dzieci. W końcu zostawała sama. Ogarniał ją spokój po kolejnym ciężkim dniu. Była zbyt zmęczona na rozmyślania i to właśnie w tej pracy lubiła.
Na wysokości pasażu handlowego mężczyzna w skórzanej kurtce zatoczył się pod ciężarem kolegi, który wspierał się na nim bezradnie i śpiewał pijanym głosem Hit me baby one more time. Annie przeszła jeszcze kawałek i w końcu stanęła przed tylnymi drzwiami do Pestki Granatu, restauracji, którą od piętnastu lat prowadziła ze swoim mężem Maksem, miejscową odpowiedzią na mit Don Juana.
Podniosła zasuwkę wysokiej furtki z boku budynku. Stroma ścieżka wiodła na małe podwórko i ogródek z uprawami w skrzynkach i miniszklarniach po prawej oraz krzywe kamienne schodki do kuchni po lewej.
Oświetlenie od systemu alarmowego było wyłączone, więc ścieżka tonęła w ciemnościach, drogę oświetlał tylko sierp księżyca. Nie przeszkadzało jej to, znała każde zagłębienie w ścieżce, każdą pochyłość starych schodów - to było jej terytorium.
Przez chwilę szukała kluczy, po czym weszła do środka. W kuchni mruczały urządzenia elektryczne, zielone diody przemysłowych lodówek i zamrażarek rozpraszały mrok wciąż ciepłego pomieszczenia. Telefon leżał na szerokim blacie roboczym ze stali nierdzewnej. Od razu zauważyła czerwoną diodę powiadomień. Zimne światło emanowało z wyświetlacza.
Autorem wiadomości był Max:
Wybacz, skarbie, będę późno. Jude znów pokłócił się z Petrą, więc skoczę z nim na piwo. Buziaki. M
Przewróciła oczami. Petra niemal co tydzień wyrzucała Jude'a z ich mieszkania nad pubem. Schowała telefon do kieszeni i już miała wyjść, kiedy usłyszała hałas dobiegający z restauracji. Zamarła. Cholera! Przechyliła głowę w kierunku sali, by lepiej słyszeć.
Nie rozpoznała głosów, ale coś wyraźnie się tam działo. Otworzyła telefon, by sprawdzić, kiedy Max do niej pisał - przy odrobinie szczęścia mogłaby go jeszcze złapać w stanie, w którym do czegoś by się nadawał. Jej palec znieruchomiał nad jego imieniem, a wtedy ostatnia kreska na wskaźniku baterii mignęła i wszystko znów pogrążyło się w mroku.
- Niech to szlag trafi! - syknęła.
Jej uwagę przykuł stłumiony odgłos szklanki spadającej na wykładzinę. Jej serce zaczęło łomotać, oczy się rozszerzyły, oddech zaczął się rwać. W końcu zrobiła to, co sprawiało, że zawsze krzyczała na aktorki w horrorach: podkradła się ku źródłu hałasu.
Zamierzała schować się za barem i z telefonu w sali zadzwonić na policję. Gumowe podeszwy butów wydawały na winylowych panelach taki odgłos jak rozrywane zapięcia na rzepy. Uniosła się na palcach.
Na widok zarysu drzwi prowadzących na salę opadła na kolana i na czworakach pokonała ostatnie metry.
Pierwsza sala składała się z dwóch długich ław obitych aksamitem z niskimi stolikami - dla obsługi numery osiem i dziewięć - gdzie goście mogli wypić drinka i zjeść przystawkę przed przejściem do właściwego stolika. Annie wcisnęła się pomiędzy otwartą zmywarkę a dwa metalowe dystrybutory z plastikowymi rurkami prowadzącymi do kranów. Na tej wysokości królował odór stęchłego piwa i kanalizacji.
Szum lodówek na napoje i wina zagłuszało ciężkie sapanie. Rozlegało się bliżej, niż zakładała przed wejściem na salę. I co teraz? Nie mogła zadzwonić na policję, skoro rabusie kręcili się tuż obok.
Musiała coś zrobić! Nie mogła pozwolić, by jakiś nędzny złodziej zwiał z jej ciężko zarobioną gotówką. Jeśli chciał tego, co należało do niej, mógł pracować po dwanaście godzin na dobę tak jak ona.
Przypomniało się jej, że jeśli w naturze zaskoczy cię drapieżnik, można go odstraszyć, rozbierając się do rosołu i wrzeszcząc ile sił w płucach. Pod wpływem oburzenia i wzbierającej potrzeby udania się do toalety, postanowiła przetestować tę teorię. Sięgnęła po elektryczną packę na muchy. Kilka razy odliczyła do trzech, po czym zaczerpnęła tchu, wyskoczyła zza baru i zaczęła krzyczeć. Wcisnęła naraz wszystkie włączniki, na które natrafiła otwartą dłonią, i salę zalało światło. Wrzeszcząc jak opętana, wymierzyła packę prosto w napastników.
Przerażone piski i nagła zmiana oświetlenia na chwilę zbiły ją z tropu, nie od razu więc dotarło do niej, na co patrzy. Na ławie przy stoliku numer dziewięć naga Ellie, najnowsza kelnerka, rozpaczliwie i bezskutecznie próbowała okryć się poduszkami. Napis na jednej z nich głosił Keep Calm and Carry On. Nad Ellie z szybko opadającym wzwodem i niebieską ścierką przyciśniętą do sutków stał mąż Annie, Max.
*
Leżąc kilka godzin później w nieskazitelnie białej hotelowej pościeli, Annie na wyścigi wymyślała kolejne inteligentne, cięte riposty, którymi powinna uraczyć męża w tamtej chwili.
- To nie jest tak, jak myślisz! - zawołał Max.
Ellie znieruchomiała z szeroko otwartymi oczami niczym sarenka, jakby myślała, że jeśli się nie poruszy, Annie jej nie zauważy. W idealnym świecie Annie syknęłaby zjadliwie coś w stylu:
- Mhm, widzę, że pokazujesz naszej młodej Ellie, jak zadowolić wybrednego klienta.
Albo:
- Niech zgadnę: wysiadł prąd, spadły ci wszystkie ubrania, a Ellie tak się przestraszyła, że musiałeś wsunąć penisa do jej waginy, by ją uspokoić?
W rzeczywistości jednak, stanąwszy oko w oko z nagim mężem, który posuwał o połowę młodszą od siebie kelnerkę, znosząca wiele od dwudziestu sześciu lat Annie z kurzymi łapkami wokół oczu i elektryczną packą na muchy w dłoni zdołała wykrztusić tylko:
- Hm... Hm... Ale... Prrrh...
Następnie zatoczyła się do tyłu, poraziła się packą w udo i popuściła mocz.
Annie spała zaskakująco dobrze, jeśli wziąć pod uwagę to, że jej życie właśnie całkowicie się zmieniło. Obudziła się przed świtem na osobliwym haju. Zadzwoniła do Marianne, szefowej kuchni w Pestce, wtajemniczyła ją w sytuację, po czym przekazała jej odpowiedzialność za kuchnię.
- Co za gnój! - oświadczyła Marianne. - Niczym się nie przejmuj. Ogarnę. Jak długo cię nie będzie?
- Jeszcze o tym nie myślałam - odparła Annie. Jej serce zaczęło łomotać, kiedy uświadomiła sobie, że jej plan nie wykracza poza kolejne dwie doby w wynajętym pokoju hotelowym. - Możesz przypomnieć Maksowi o karmieniu Pani Tiggy-Winkle? - zapytała.
Tak się nazywała jej kotka.
- Na pewno nic ci nie jest? - zapytała Marianne.
- A co mówi mój głos?
- Hm, brzmisz aż za dobrze. Trochę maniakalnie. Jak naspeedowana czy coś takiego.
Annie wybuchnęła piskliwym śmiechem.
- Nic mi nie jest! - odparła z przesadną pogodą. - Naprawdę! Jest super!
Rozejrzała się po pokoju hotelowym. Wiedziała, że każde pomieszczenie w tym budynku jest identyczne: pospolita "sztuka nowoczesna", narzuta na łóżko z błyszczącej satyny, aby przełamać monotonię białej pościeli, fotel ze sztucznej brązowej skóry w kącie, ściany w odcieniu bladej szarości, który na pewno ma jakąś durną nazwę w stylu Połyskliwa Łuska. Pod jedną ze ścian stało biurko z suszarką, czajnikiem i dwoma kubkami na plastikowej tacy, nad biurkiem wisiał telewizor. Dom daleko od domu dla komiwojażera, przystań druhny na wieczorze panieńskim, a obecnie meta zdradzonej żony.
- Przyjechać do ciebie? - zapytała Marianne.
- Nie, nie. Nie żartuj. Ktoś musi prowadzić kuchnię. - Zaraz potem dodała bez namysłu: - Robili to na dziewiątce, wiesz? To ja wybrałam tę ławę. Ja wybrałam kolor tapicerki z próbnika. Wiesz, co jest najdziwniejsze? Kiedy ich przyłapałam, mogłam myśleć tylko o aksamicie. Cholernie trudno wywabić plamy z nasienia. Dziwne, prawda? Kto martwi się plamami, kiedy nakrywa męża na pieprzeniu innej kobiety?
W słuchawce zapadła cisza.
- Twoje milczenie sugeruje, że całkiem mi odbiło - zauważyła Annie.
- Wybacz. Zamyśliłam się. Próbowałam sobie przypomnieć, gdzie widziałam odplamiacz usuwający spermę.
- Z aksamitu?
- Chyba ze wszystkiego.
- Jezu!
- A jeśli nie zadziała, zawsze możemy wezwać tapicera.
- Chyba już nigdy nie spojrzę na dziewiątkę bez poczucia całkowitego upokorzenia - oświadczyła Annie.
- No to olejemy tapicera i po prostu to spalimy! Dokonamy uroczystego spalenia dziewiątki na podwórku.
- Palenie mebli chyba nie służy środowisku.
- Zrobimy kukły wyobrażające Maksa i Ellie i je też spalimy. To załatwi sprawę!
- Masz w sobie mroczną stronę, Marianne. Moja kuchnia jest w dobrych rękach. Personel nigdy nie ośmieli ci się przeciwstawić.
Jedząc śniadanie w hotelowej restauracji, Annie gratulowała sobie, jak świetnie się trzyma. Czuła się dobrze, naprawdę. Po powrocie do pokoju znalazła na telefonie dziesięć nieodebranych połączeń, siedem esemesów, tuzin wiadomości ma Messengerze i maila - wszystko od Maksa. Nie przeczytała niczego. Nagle poczuła się bardzo zmęczona. Nie chciała myśleć o tym wszystkim, o czym powinna myśleć: o firmie, finansach, bliźniakach, Maksie, Ellie, końcu życia, jakie znała. Wyciszyła telefon i wróciła do łóżka, w którym spędziła następne trzy dni.
Telefon zawibrował na stoliku przy łóżku. Pozwoliła mu wibrować, dopóki nie przestał, ale zaraz potem znów zaczął. Westchnęła, sięgnęła po niego niechętnie i spojrzała na ekran. Dzwonił Peter. Odebrała.
- Cześć, skarbie.
- Cześć, mamo. Jest ze mną Alex. Jesteś na głośnomówiącym.
- Cześć, mamo - powiedział Alex.
- Cześć, skarbie. Gdzie jesteście?
- U mnie - odparł Peter.
- Przyjechałem po pracy - oświadczył Alex. - Jutro mogę pracować stąd.
- Och, jak miło.
- No więc doszły nas słuchy, że zostaliśmy dziećmi z rozbitego domu... - Alex urwał, kiedy rozległo się szuranie, a zaraz potem jęknął: - Auć!
- Chcieliśmy cię zapewnić, że wspieramy cię w twojej decyzji - wtrącił Peter.
- Dawno temu trzeba było to zrobić! - dodał Alex.
- O! - mruknęła Annie. - Cóż. Tego się nie spodziewałam. Kto wam powiedział?
- Babcia - zdradził Peter.
- Oczywiście - odparła Annie.
Matka Maksa musiała umierać z radości, że mogła powiedzieć chłopcom, zanim Annie zdołała to zrobić. Wyobraziła sobie, jak teściowa pędzi do telefonu niczym wiekowy koń wyścigowy, przeskakuje ponad mahoniowymi stolikami i przewraca po drodze podróbkę lampy od Tiffany'ego. Nic dziwnego, że Max był taką primadonną, miał wiele wad, ale żadna z nich nie była wynikiem wychowania, gdyby zapytać jego matkę.
- Przykro mi, że dowiedzieliście się od kogoś innego. Miałam do was zadzwonić, ale... - "Spałam", pomyślała. - Chciałam najpierw jakoś to wszystko ogarnąć, a dopiero potem wam powiedzieć.
- Wiemy o romansach taty, mamo - oświadczył Alex.
- O Boże! Naprawdę? Skąd?
- Hm, nie jesteśmy głupi? - wtrącił Peter. - Wiemy od lat.
- Od lat? O Boże! - jęknęła Annie. - Tak mi przykro.
- Tobie? Za co? - zapytał Alex.
- Za to, że wiecie. Byliście dziećmi. Dzieci nie powinny się mierzyć z problemami rodziców.
- No przecież mówię, nie jesteśmy głupi - powtórzył Peter.
- Oczywiście, że nie. To ja byłam głupia.
- Czasami człowiek wdepnie w gówno - zauważył Alex.
- Cóż za cudowne podsumowanie waszego dzieciństwa. - W skroniach jej dudniło, jakby ktoś próbował otworzyć jej czaszkę łyżką do melona. - Zróbcie listę naszych rodzicielskich porażek, a ja zapłacę za waszą terapię.
- Już zaczęliśmy - mruknął Alex.
- Nie było tak źle - zapewnił ją Peter, jakby chciał dodać jej otuchy.
- Uch, to jakiś koszmar! A ja nie mogę się obudzić!
- Wcześniej czy później wszyscy rodzice spadają z piedestału - powiedział Alex. - Naturalna kolej rzeczy. To pomaga człowiekowi dojrzeć. Tata spadł nieco wcześniej niż większość.
- A ja kiedy?
- Ty jeszcze nie spadłaś - oświadczył Peter.
- Ale nie tracimy nadziei - dodał Alex.
- Liczymy na coś spektakularnego! Napędzaną narkotykami orgię z księdzem albo coś w ten deseń.
- O kurka! - pisnęła Annie.
- Wyluzuj, mamo! - zasugerował Alex. - Upij się. Daj się wytatuować! Zrób coś tylko dla siebie.
- Świat się nie skończy, jeśli trochę sobie od niego odpoczniesz - dodał Peter.
- Czym ja sobie na was zasłużyłam?
- Poszczęściło ci się.
- Chcieliśmy tylko powiedzieć, że w stu procentach popieramy twoją decyzję - powiedział Alex.
- Możesz się wyluzować, o nas nie musisz się martwić - oświadczył Peter.
- Mówiąc wprost: nie wracaj - wtrącił Alex. - Jeśli potrzebowałaś to usłyszeć, no to właśnie usłyszałaś.
Annie obiecała, że będzie informować ich o swoich krokach, po czym się rozłączyła. Nie wyobrażała sobie obecnie, by tych kroków było wiele. Zastanawiała się, co takiego miał w sobie ten romans, że w końcu zmusił ją do konfrontacji z własną bezsilnością. Scena znów rozegrała się przed jej oczami w całej swojej cielesnej chwale i aż się skrzywiła z obrzydzenia. To było sedno: różnica pomiędzy "wiedzieć" a "widzieć". Ujrzenie zdrady męża w technikolorze było jak cios pomiędzy oczy. Idealne, sterczące sutki Ellie miały ją nawiedzać w myślach do końca życia. Naciągnęła kołdrę na głowę i poszła spać.
Kiedy znów skończył się zapas małych paczuszek z kawą w pokoju, Annie zeszła do recepcji poprosić o więcej i przedłużyć pobyt o kolejne cztery noce w popularnej sieci hoteli, która reklamowała się hasłem "Butikowa błogość, która nie doprowadzi cię do bankructwa", wypisanym na każdej ulotce, wizytówce i w każdym katalogu.
- Ekhm, czy ma pani inną kartę? - zapytała recepcjonistka, czerwieniąc się z zawstydzenia.
- Inną kartę?
- Tak. Ta chyba nie działa.
Kobieta oddała jej firmową kartę. Annie zdębiała, przecież miała na koncie środki, i to niemałe.
- Dziwne - powiedziała, po czym wręczyła kobiecie kartę do prywatnego konta, które dzieliła z Maksem.
Recepcjonistka odchrząknęła lekko, jej policzki pociemniały.
- Ta niestety również nie działa - oświadczyła, nie patrząc Annie w oczy.
- To niemożliwe. - Annie wzięła kartę i zaczęła ją oglądać, jakby spodziewała się natknąć na jakąś wskazówkę na kawałku błyszczącego plastiku. - Nie rozumiem.
- Może jest jakiś powód, dla którego karty mogły zostać zablokowane? - zapytała recepcjonistka z wahaniem.
Nagła myśl poraziła ją niczym prąd. Najpierw zrobiło się jej gorąco, a potem zimno, kiedy zalała ją wściekłość. Z udawanym spokojem sięgnęła po prywatną kartę.
- W takim razie proszę użyć tej - powiedziała.
W głowie kręciło się jej z gniewu, kiedy wracała do pokoju. Wybrała numer Maksa. Nie odebrał. Kiedy jego miękki, śpiewny głos rozległ się w słuchawce - "Cześć, tu Max Sharpe, zostaw wiadomość po sygnale" - prawie przegryzła aparat na pół. Wzięła głęboki oddech.
- Zablokowałeś mi dostęp do kont! - wrzasnęła do mikrofonu. - Natychmiast mnie odblokuj, Max, bo jak Boga kocham... - Co mogłaby zrobić? Co by zrobiła? - Pożałujesz! - Miała nadzieję, że zabrzmiało to dostatecznie złowróżbnie.
Była wściekła. Chciała rzucać rzeczami, niszczyć je, ale nie była u siebie, a meble ktoś mądry przykręcił do podłogi. Zamiast tego rzuciła się na łóżko i pogrążyła w fantazjach o tym, co by zrobiła, gdyby była teraz w domu. Wylałaby jego drogą wodę po goleniu do kibla i nalała do butelki sosnowy płyn do mycia podłóg, może wydrapałaby PIERDOL SIĘ na jego kolekcjonerskich nagraniach Smithsów, a na pewno nasypała kociego żarcia do jego ukochanych brogsów.
Zaszła w ciążę, kiedy miała zaledwie siedemnaście lat, w tym samym roku wyszła za Maksa. Dzięki wsparciu rodziców zdołała zapisać się do szkoły kucharskiej i ukończyć szkolenie na szefową kuchni. Dostała pracę w restauracji nagrodzonej gwiazdką Michelina i urabiała sobie ręce po łokcie, by powoli awansować. Nie było łatwo, ale motywacji jej nie brakowało.
Max, czarujący, pracowity, dusza towarzystwa, równie szybko awansował z kelnera na menedżera popularnego gastropubu. Kiedy nie pracowali i nie zajmowali się wychowywaniem bliźniaków - czyli tuż przed zaśnięciem - fantazjowali o otwarciu własnego lokalu. Kiedyś mieli mnóstwo wspólnych marzeń.
Rodzice Annie zmarli zbyt szybko. Choć miała już własną rodzinę, po ich śmierci poczuła się jak sierota, odarta z czasu, który powinien im pozostać. Mama miała dopiero sześćdziesiąt pięć lat, kiedy pękł jej tętniak. Zaraz potem tacie pękło serce. To tylko wzmocniło determinację Annie, aby żyć tak, by byli z niej dumni. Spadek po nich przeznaczyła na otworzenie Pestki, całe serce i wszystkie umiejętności przelała w skomponowanie sezonowego menu a la carte, bazującego na lokalnych produktach, które zdobyło liczne nagrody na poziomie regionalnym i ogólnokrajowym. Zamieszkali nad restauracją, Max zarządzał salą, Annie kuchnią, głównie ona zajmowała się dziećmi.
Bywały dni, kiedy płakała ze zmęczenia, ale wtedy Max porywał ją do magazynku, brał w filmowe objęcia, a jej wracały siły. Taki miał na nią wpływ, czuła się przy nim tak, jakby była całym jego światem, jakby razem przeżywali wspaniałą przygodę. Jego magiczne moce miały też jednak drugą stronę - z taką samą łatwością potrafił ją zranić, sprawić, by poczuła się nieważna i bezwartościowa, bała się tego, kim stałaby się bez niego.
Pewien krytyk kulinarny piszący do "Guardiana" nazwał ich kiedyś "drużyną marzeń" i pod wieloma względami tym właśnie byli. Max zabawiał gości rozmową, Annie uwodziła ich podniebienia. Artykuły o nich pojawiały się w licznych czasopismach, Annie często publikowała przepisy w specjalnych wydaniach na święta. Odnosili sukcesy, za dużo sukcesów, by Annie je wszystkie zaprzepaściła z powodu takiej błahostki jak zdrady. "Wszystkie związki mają swoje problemy - powtarzała sobie. - Żadne małżeństwo nie jest doskonałe".
Kiedy synowie dorośli i wyjechali na studia, zaczęła jeszcze więcej pracować. Swoje dawne mieszkanie nad Pestką zaadaptowali na kawiarnię. Restauracja była otwarta w porze obiadu i kolacji, kawiarnia od śniadania do późnego popołudnia. Annie odnosiła coraz więcej sukcesów, a co za tym idzie, miała coraz więcej pracy! I ani chwili dla siebie. To pomagało jej zapomnieć o wątpliwościach. Była tak zmęczona, że nie miała siły myśleć o małżeństwie, które okazało się porażką niemal od początku.
Powoli wdychała i wydychała powietrze, próbując się uspokoić, kiedy leżała w hotelowym łóżku i robiła wiwisekcję swojego związku. Miała dość. Zbyt długo już biegła przed siebie bez celu, nadeszła pora, by wyskoczyć z tego kołowrotka. Koniec z ukrywaniem się, koniec z wymówkami. Dzieci dorosły i opuściły gniazdo, to był czas na to, by określić siebie na nowo. Zerwała klapki z oczu, była gotowa zmierzyć się ze światem.
Większość stolików w hotelowej restauracji zajmowały rodziny z małymi dziećmi. Na podłodze leżały kredki i plecaki, muzykę płynącą z głośników zagłuszała kakofonia rozmów.
Annie popijała wino. Tylko ona jadła sama. Nie przeszkadzało jej to. Rzadko miała ku temu okazję, kiedy chłopcy byli mali. Odkąd dorośli, samotność stała się jej drugą naturą. Mężczyzna w tanim garniturze siedzący kilka stolików dalej bezustannie próbował przykuć jej uwagę, unosząc swój kieliszek i mrugając do niej, ilekroć spojrzała w jego stronę. Uśmiechała się słabo lub go ignorowała. Kiedy przeglądała kartę deserów, do stolika podszedł inny mężczyzna z pytaniem, czy miałaby ochotę na towarzystwo. Uprzejmie odmówiła, na co wzruszył ramionami i wrócił do podpierania baru. Dojadała właśnie deser potrójnie czekoladowy, kiedy znów ktoś nad nią stanął. Już miała powiedzieć, że naprawdę z radością zje sama, kiedy nagle zauważyła buty tego kogoś - znoszone brogsy ze skóry w dwóch odcieniach. Buty Maksa.
- Cześć - powiedział.
Jego twarz wyrażała niepokój. Wbijał w nią pytająco wielkie niebieskie oczy. Uświadomiła sobie, że znieruchomiała z widelcem w powietrzu. Odłożyła go, nie mogąc przełknąć ostatniego kęsa deseru, co nieco ją zabolało.
- Mogę się przysiąść? - zapytał.
Wskazała mu gestem krzesło naprzeciwko siebie. Wyglądał na zmęczonego. Skruszonego. Blond włosy, które uroczo siwiały na skroniach, miał wyjątkowo rozczochrane. Broda niemal całkiem mu już posiwiała, tak jak końcówki wąsów. Z trudem oparła się pokusie wbicia mu widelczyka deserowego w czoło.
- Zablokowałeś mi dostęp do kont - oświadczyła z grobową miną.
Widać było, że jest zdenerwowany.
- Wróć do domu, jakoś sobie z tym poradzimy.
- Nie poradzimy sobie z tym, co zrobiłeś. Nie tym razem. Odblokuj konta. To też moje pieniądze, nie masz prawa ich kontrolować.
- Przestraszyłem się. Nie wiedziałem, co zrobisz.
Wzięła głęboki oddech. Para przy stoliku obok zajadała się torcikiem czekoladowo-karmelowym. Poczuła niemal obezwładniającą pokusę, by sięgnąć po niego i rozsmarować go na błagalnej minie Maksa.
- Odblokuj konta, Max.
- Zrobię to, obiecuję. Ale musimy porozmawiać.
- Miałeś przestrzegać tylko jednej zasady.
Ukrył twarz w dłoniach. Jeden łokieć wsadził w plamę po keczupie. Nie uprzedziła go.
- Na co się umówiliśmy ostatnim razem? Co mi obiecałeś?
- Wiem. Wiem! - jęknął przez palce.
- Miałeś nie pieprzyć personelu!
Para przy stoliku po lewej spojrzała na nich, oczy kobiety rozbłysły z ciekawości, ale wróciła do swojego mięsa z grilla, kiedy tylko napotkała wzrok Annie.
- Przepraszam. To był błąd. To się już nigdy nie powtórzy. Obiecuję.
- Zrobiłeś ze mnie idiotkę. A sam wyszedłeś na świnię.
- To nic nie znaczy - wyjąkał cicho. - Ona nic dla mnie nie znaczy!
- Tym gorzej - syknęła Annie. - Biedna dziewczyna! Na litość boską, Max, jeśli już zamierzałeś całkiem zaprzepaścić to, co zostało z naszego małżeństwa, trzeba to było zrobić dla czegoś, co miałoby jakieś znaczenie.
- Czego chcesz? Powiedz mi, co mam zrobić. Zrobię wszystko.
- Chcę rozwodu.
- Nie, Annie. Proszę. Przepraszam. Tak bardzo mi przykro. Proszę cię.
- Mam dość. To koniec.
Kiedy kolejna rezerwacja dobiegła końca, Annie przetoczyła się na skraj materaca, wyciągnęła rękę spod kołdry, sięgnęła po słuchawkę i zadzwoniła na recepcję.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - rozległ się kobiecy głos.
- O, dzień dobry. Tu Annie Sharpe z pokoju 208. Chciałabym przedłużyć pobyt o trzy dni. Proszę obciążyć kartę, której użyłam przy poprzedniej rezerwacji.
- Przykro mi, ktoś już zarezerwował ten pokój.
- Ten konkretny pokój?
- Tak.
- W całym hotelu nie ma wolnego pokoju?
- Och, oczywiście mamy inne pokoje. Możemy panią przenieść - oświadczyła recepcjonistka radośnie.
- Nie. Nie chcę się przenosić. Już się rozpakowałam. Jeśli ta nowa osoba nie zażyczyła sobie konkretnie tego pokoju, a wszystkie pokoje w tym hotelu są identyczne, mogą państwo umieścić ją tam, gdzie chciała mnie pani przenieść, a ona nawet nie się nie dowie, że zmieniła pokój.
- Ale my tu mamy system - odparła recepcjonistka mniej radośnie.
- Ale ja już tu jestem, a dla nowego gościa to żadna różnica.
- Ale ten pokój jest już zarezerwowany.
- Proszę pani, jestem kobietą rozsądną. Każdy to pani powie. Nawet mój puszczalski mąż! Rzadko kiedy zdarza się kobieta równie rozsądna jak ja. Nie opuszczę jednak tego pokoju, chyba że tu pani przyjdzie i mnie stąd wyniesie.
- Proszę chwileczkę zaczekać, pani Sharpe - odparła recepcjonistka.
W słuchawce rozległa się brzękliwa interpretacja Piątej symfonii Beethovena, pewnie recepcjonistka zaczęła się zastanawiać, czy zadzwonić po policję, czy po psychiatrę. Po kilku minutach w słuchawce rozległ się inny głos.
- Dziękuję za cierpliwość, pani Sharpe. Jestem kierowniczką zmiany. Zarezerwowaliśmy dla pani pokój 208 na trzy kolejne noce.
Annie podziękowała kierowniczce, przeprosiła za kłopot i dodała, że niedawno nakryła męża na seksie z o połowę od niego młodszą kelnerką, że seks uprawiali na obitej aksamitem ławie i że to z tego powodu zachowuje się dziwnie. Kiedy odłożyła słuchawkę, naciągnęła kołdrę na tłuste włosy i przespała kolejnych dziewięć godzin.
Kiedy się obudziła, znalazła pod drzwiami wiadomość o treści: Serwis pokojowy na korytarzu.
Z ciekawości otworzyła drzwi. Znalazła za nimi butelkę wina i pudełko czekoladek z okolicznościowym bilecikiem.
Szanowna Pani, uznałam, że się to Pani przyda. Wyrazy współczucia z powodu zdrady męża. Z najlepszymi życzeniami, Sally (kierowniczka zmiany, z którą rozmawiała Pani dziś rano)
Annie poczuła się wzruszona. Łzy napłynęły jej do oczu. Przyszło jej do głowy, że nie ma żadnych przyjaciółek, nigdy nie miała czasu na przyjaźnie. A gdyby miała przyjaciółki, musiałaby im wyznać, że jej mąż to puszczalski manipulant - wolała zachować to dla siebie. Wiele godzin dziennie spędzała z Marianne, nieźle się dogadywały, ale nigdy nie spotykały się poza pracą. Miała Panią Tiggy-Winkle, ale kotka nie była łatwą rozmówczynią. Kiedy Annie stała pomiędzy małą łazienką pozbawioną okna a garderobą, próbując ignorować odór własnego niemytego ciała, przyszło jej do głowy, że nie ma bliższej przyjaciółki niż recepcjonistka Sally, a tylko raz rozmawiała z nią przez telefon spod kołdry.
Rozpłakała się. A kiedy już zaczęła płakać, nie wiedziała, jak skończyć. Zanim zaczął się ostatni film w programie, zużyła wszystkie chusteczki i łzy. Otworzyła czekoladki i nalała wina do szklanki z łazienki. Opróżniła butelkę, zanim film dobiegł końca, i zasnęła z pustą szklanką w dłoni i czekoladką o smaku kawy w ustach. Czekolada rozpuściła się i spłynęła po jej podbródku prosto na przepoconą piżamę.
Annie obudziła się następnego ranka z potwornym kacem, a mimo to poczuła się lepiej niż w ostatnich dniach.
Wyskoczyła z piżamy, którą wyrzuciła do kosza. Umyła zęby - dwa razy - po czym weszła pod prysznic, by gorącą wodą spłukać z siebie melancholię ostatnich dwóch tygodni. Wyobraziła sobie, że smutki oblepiające ją niczym druga skóra pękają pod ciśnieniem wody i złuszczają się z niej płatami, spływają w dół, a grawitacja unosi je do odpływu.
W całej tej niepewności, z którą musiała się zmierzyć, jednego była pewna: nie zamierzała pozwolić, by tak zakończyła się jej historia. Do diaska, miała dopiero czterdzieści cztery lata! Przejrzała się w lustrze, kiedy się ubierała. Tyłek się jej z wiekiem zaokrąglił. Piersi nieco obwisły, wiadomo, ale wcale nie była w złym stanie. Dodatkowe kilogramy wypełniły zmarszczki, które bez nich zapewne pojawiłyby się na jej twarzy, a przy odrobinie wsparcia ze strony farby do włosów bez problemu mogła uchodzić za czterdziestolatkę... No może czterdziestodwulatkę. Miała duże oczy w ciepłym miodowym odcieniu. Peter mówił, że przypomina mu królika z Wodnikowego Wzgórza. Miała zadarty nosek, twarz w kształcie serca, wysokie kości policzkowe i gęste falowane włosy, które miękko okalały twarz. Uśmiechnęła się do swojego odbicia i włożyła czyste dżinsy i sweter jeszcze pachnący płynem do płukania tkanin. "To nie jest dzień na rozczulanie się nad sobą - powiedziała do siebie. - Dzisiaj znajdę sobie jakieś mieszkanie".
Wyszła z hotelu w porze lunchu, umówiła się na oglądanie czterech mieszkań. Kiedy przechodziła obok recepcji, ktoś zawołał za nią:
- Pani Sharpe! Mamy przesyłkę dla pani.
Zastanawiała się przez chwilę, czy na zmianie jest Sally - ofiarodawczyni wina i czekoladek - ale na plakietce na klapie było napisane "Beth".
Beth uśmiechnęła się, po czym wyciągnęła zza lady wielki bukiet kwiatów. Annie uśmiechnęła się uprzejmie i podziękowała. Nie musiała patrzeć na bilecik, żeby wiedzieć, kto je przysłał, wręcz cuchnęło od nich urokiem Maksa Sharpe'a.
Tak to się zazwyczaj zaczynało: od uwodzenia. Nikt nie wyrażał skruchy tak jak Max. Emanował przy tym takim smutkiem, że każdy uznałby, iż to on przyłapał współmałżonka na bzykaniu księgowego, jubilera lub - w tym wypadku - kelnerki, a nie na odwrót. Były wielkie gesty i obietnice. Jednocześnie atakował z pozycji zdrowego rozsądku: "A co z dziećmi? Z restauracją? Z domem? Przecież on się zabije, czy tego właśnie chciała?".
Ich życia i dochody były ze sobą nierozerwalnie związane, do tego stopnia, że jako młodsza kobieta z małymi dziećmi i firmą na głowie Annie była zbyt zmęczona, aby na poważnie rozważyć wszystkie logistyczne i emocjonalne koszty odejścia, gdyby się na nie zdecydowała.
Najgorszy był pierwszy romans. Po drugim zemściła się w taki sam sposób. Jej romans nie trwał długo, a Max nigdy się o nim nie dowiedział. Myślała, czy mu nie powiedzieć, choćby po to, by go zranić, ale nie po to w ogóle zainicjowała tamtą relację. Zrobiła to, by wyrównać rachunki, łatwiej było też usprawiedliwić pozostanie, skoro oboje zdradzili. Tyle że wtedy jeszcze kochała Maksa.
Wiele długich nieszczęśliwych nocy poświęciła na rozmyślania, czy prawdziwy romans jest gorszy niż jednorazowy numerek. Doszła do wniosku, że długość relacji nie ma znaczenia, co do zasady mąż nie powinien pieprzyć kogoś, kto nie jest jego żoną.
Pozwoliła się uwieść i namówić na jeszcze jedną szansę, lecz od tego pierwszego romansu rozpoczął się powolny rozpad jej małżeństwa, przyspieszany przez każde niewyjaśnione spóźnienie, niewiarygodną wymówkę, niepotrzebne starania.
Z agentem nieruchomości spotkała się przed pierwszym mieszkaniem. Od razu zauważyła go w tłumie, kiedy szedł ulicą w jej stronę. Poły jego szarej marynarki powiewały na wietrze, krawat zarzuciło mu na ramię, kroczył pewnie, jakby dobił siedmiu transakcji jeszcze przed śniadaniem. Podał jej rękę i przedstawił się jako Phil. Miał aktówkę i słuchawkę w uchu, do której nagle rzucił "Stary!", po czym uniósł rękę przed jej twarzą - jakby próbował zatrzymać ruch pojazdów na drodze - i pogrążył się w rozmowie telefonicznej.
Pierwsze mieszkanie było pięknie urządzoną kawalerką z widokiem na miasto i miesięcznym czynszem, który Phil musiał na jej prośbę dwa razy powtórzyć. Drugie znajdowało się tuż przy głównej ulicy. Odór stęchłego moczu w wąskim zaułku prowadzącym do drzwi kamienicy sugerował, że to popularny skrót wykorzystywany przez osoby wychodzące z pubów. Phil nie był szczególnie zadowolony z tego, że Annie kręci nosem na jego propozycje, ostrzegł ją, że jeśli będzie zwlekać, ktoś porwie jej okazję sprzed nosa. Zapewniła go, że nie zamierza zwlekać, ale jeśli ktoś porwie jej okazję sprzed nosa, najwyraźniej okazja nie była jej pisana. Spojrzał na nią tak, jakby pokazała cycki i zaczęła nimi kręcić, chyba nie wierzył w przeznaczenie.
Jackie - kolejna agentka - musiała być rówieśnicą Annie, ale miała o wiele mniejszy tyłek. Annie szybko podzieliła się z nią informacją o fiasku swojego małżeństwa. Dziwne, jakoś nie mogła się powstrzymać przed mówieniem o tym. Było to nietypowe dla osoby, która do tej pory była bardzo skryta - taka gwałtowna potrzeba zwierzania się każdemu, kto był gotów słuchać. Zapewne był to rodzaj terapii.
Budynek w stylu wiktoriańskim był nieco zaniedbany, ale uroczy. Z okien na pierwszym piętrze wydobyła się chmura dymu z trawki, która spłynęła na dwie panie.
- Och, mam wrażenie, że cofam się w czasie! - powiedziała Annie.
- Ja też - odparła Jackie.
- Może powinnyśmy zapukać i poprosić, żeby się podzielili - zasugerowała Annie.
- Nie mogę sobie pozwolić na kalorie z gastrofazy - oświadczyła Jackie.
"I właśnie dlatego masz mniejszy tyłek", pomyślała Annie.
Zanim dotarły do mieszkania na drugim piętrze - Jackie toczyła ożywioną konwersację, podczas gdy Annie koncentrowała się na tym, by oddychać i nie dostać zawału - prawie ogłuchły od dudniącej muzyki, od której prawie trzęsły się ściany. Zawróciły więc i zeszły na dół.
Kolejne mieszkanie znajdowało się w bloku z lat sześćdziesiątych, było nieciekawe, ale praktyczne i położone blisko centrum.
- To poważna decyzja - powiedziała Annie.
- Ależ skąd. Podpisz umowę na sześć miesięcy i zobaczysz, jak ci się tu będzie mieszkać! Albo podpisz umowę na sześć miesięcy i poświęć ten czas na szukanie czegoś, co ci się naprawdę spodoba. Poważną decyzją było odejście od męża i z restauracji, reszta jest prosta!
- Nie wydaje się prosta.
- To dlatego, że za dużo o tym myślisz. To tylko pierwszy krok. Sześć miesięcy to drobiazg.
- Zastanowię się - zadeklarowała Annie.
- Tylko nie za długo! - odparła Jackie.
Był wczesny wieczór, słońce zachodziło, ale w powietrzu unosiło się jeszcze wspomnienie ciepłego lata. Ludzie cieszyli się aurą po pracy przy kieliszku wina, w otoczeniu przyjaciół, przy stolikach wystawionych na ulicach przed kawiarniami i barami.
Annie usiadła przy okrągłym stoliku z widokiem na uliczną estradę i witryny sklepików za nią. Kiedy kelner przyjął jej zamówienie, zaczęła dla zabicia czasu przeglądać miejscową gazetę, którą ktoś zostawił na jednym z krzeseł.
Zapadał zmierzch, więc mocniej otuliła się marynarką. Zdradliwy wiatr hulał po małym rynku, unosząc szaliki i porywając serwetki. Szarpnął też za brzegi gazety, wdarł się pomiędzy strony i je przewrócił. Annie zaczęła się rozglądać za czymś, co mogłoby posłużyć jako przycisk do papieru. Znalazła pod stolikiem płaski szary kamień. Kiedy go odwróciła, zauważyła, że ktoś namalował na nim napis "Wszystko będzie dobrze". Uśmiechnęła się. Artysta nie mógł wiedzieć, kto znajdzie kamień, ale dzieło od razu poprawiło jej humor.
Już miała złożyć gazetę, kiedy jej wzrok przykuł koniec kolumny po prawej.
Było to krótkie ogłoszenie opatrzone pogrubionym nagłówkiem:
Poszukiwany opiekun na zimę
Na okres zimowy poszukiwana osoba do opieki nad położonym na uboczu domkiem letniskowym z mieszkaniem i małym (nieczynnym) lokalem użytkowym. Pensja nie jest przewidziana, opiekun poniesie wszelkie opłaty, ale nie ma obowiązku opłacania czynszu.
Fraza "nie ma obowiązku opłacania czynszu" stanowiła prawdziwą pokusę dla kobiety cierpiącej z powodu kłopotów finansowych.
W ogłoszeniu nie podano adresu ani żadnych wskazówek co do położenia domku letniskowego, ale był numer telefonu, który Annie zaczęła wybierać, zanim w ogóle zorientowała się, że to robi.
- Haloo!
- Och, dobry wieczór. Nazywam się Annie Sharpe. Dzwonię w sprawie ogłoszenia o poszukiwanym opiekunie na zimę.
- Och, cudownie! - Kobieta miała silny szkocki akcent i aksamitny głos, który sprawiał, że człowiek miał ochotę się położyć i poprosić, by mu poczytała na dobranoc. - Dałam ogłoszenie ponad miesiąc temu! Pani dzwoni jako pierwsza. Już traciłam nadzieję.
- Cóż, ja jestem bardzo zainteresowana, pani...?
- Mari, proszę mi mówić Mari. Och, proszę koniecznie przyjechać się rozejrzeć. Powiedziałam sobie, że to ostatni tydzień, kiedy płacę za ogłoszenie. Jeśli nikt nie zadzwoni, najwidoczniej tak miało być.
Mieszkanie było położone w Willow Bay. Według Mari miasteczko zostało tak nazwane na cześć Willow, pirackiego statku zatopionego tam podczas sztormu w 1502 roku. Annie poczuła się zaintrygowana.
- Kiedy mogę przyjechać? - zapytała.
- Jutro?
- Doskonale!
- Czy może pani przywieźć dowód tożsamości i przesłać mi mailem jakieś referencje?
- Och - mruknęła Annie. - Oczywiście. - Była przekonana, że Marianne bez problemu wystawi jej referencje.
- I może jakiś wyciąg bankowy, jeśli będzie pani tak miła, żebyśmy mieli pewność, że podoła pani finansowo.
- My?
- Mój siostrzeniec - odparła kobieta - pomaga mi w sprawach organizacyjnych.
Kiedy Annie wróciła do hotelu, właśnie zmieniały się recepcjonistki. Kobieta przekazująca obowiązki swojej następczyni uśmiechnęła się, gdy Annie weszła do holu. Napis na jej plakietce głosił "Sally".
- Cześć. Jestem Annie Sharpe. Dziękuję za wino i czekoladki. To było bardzo miłe z twojej strony. Tego właśnie potrzebowałam.
- Nie ma sprawy - odparła Sally. - Alkohol i czekolada uporają się z każdym problemem.
Ośmielona pierwszymi krokami stawianymi w świecie wynajmu nieruchomości Annie postanowiła zrobić coś, co w ogóle nie było w jej stylu.
- Chciałabym postawić ci drinka. Musisz wracać do domu?
Sally uśmiechnęła się szeroko i wyjechała zza biurka na wózku inwalidzkim.
- Dom może zaczekać!
Rozmowa toczyła się wartko. Annie wyrzuciła z siebie większość upokarzających szczegółów dotyczących zdrady Maksa wcześniej przez telefon, więc nie musiała już silić się na uprzejme pozory.
Sally była od niej nieco starsza, miała krótkie ciemne włosy i trójkątną twarz. Okazało się, że jest dwukrotnie rozwiedziona i ma dorosłe dzieci: syna i córkę. Obecnie spotykała się ze wspaniałą kobietą o imieniu Susan, ale żadna z nich nie paliła się do sformalizowania związku.
- Nic nie może równać się z upokorzeniem, które czujesz, kiedy dowiadujesz się, że ukochana osoba cię zdradziła - oświadczyła Sally nad drugim kieliszkiem wina, którym raczyły się w hotelowej restauracji. - To jak cios w splot słoneczny. Całkiem pozbawia tchu.
Annie przytaknęła.
- A do tego czujesz się tak głupio! Jak to możliwe, że nie wiedziałam? Jak to możliwe, że domyślił się nasz dostawca warzyw, a ja nie?
- Dostawca warzyw wiedział?
- O drugim romansie tak. Widział z witryny swojego sklepu Maksa, który wykradał się z mieszkania nad bankiem. Znał moich rodziców, chyba czuł się w obowiązku, żeby mi powiedzieć.
- Nie ma to jak lojalny dostawca warzyw! - zawyrokowała Sally, na co Annie parsknęła śmiechem. - A ty dałaś mu kolejną szansę! Ja wykopałam pierwszego męża z domu, kiedy tylko się dowiedziałam. To był koniec. Kropka. Nikt nie ma prawa mi tego robić.
- Boże, jesteś taka ogarnięta.
- Nie chodzi o to, żeby się ogarnąć - odparła Sally - tylko by znać swoją wartość. Ja byłam warta więcej, niż żeby mnie zdradzano. Mama powtarzała mi to, odkąd pamiętam. Zawsze mówiła: "Sally, ludzie będą próbowali cię wykorzystać z powodu twojego wózka. Musisz znać swoją wartość, dziecko".
- Twoja mama musi być wspaniała.
- Jest. Twarda jak stal i miękka jak plastelina!
- Moja rodzina nie uznawała rozwodów - powiedziała Annie. - To znaczy, nie tylko dlatego zostałam, ale przyszłam na świat, kiedy rodzice byli już starsi, do tego byli bardzo religijni, święcie wierzyli w "na dobre i na złe".
- Pieprzyć to!
Annie westchnęła i potarła skronie.
- Sama nie wiem... Odejście od Maksa wydawało mi się takie skomplikowane. Na pewno byłam też zbyt dumna, aby przyznać, że poniosłam porażkę.
- Ty poniosłaś porażkę? To jest typowe zachowanie wdrukowane w ciebie przez społeczną mizoginię.
- Ojej!
- Nie do wiary! - Sally była jak w transie. - On łamie przysięgę, ale to ty jesteś winna porażki? Dlatego właśnie potrzebny nam feminizm. Kobiety od zarania dziejów są uczone, by przejmować odpowiedzialność za uczucia mężczyzn. Przestań brać na swoje barki winę za niedostatki męża. Wiesz co, od razu ci pomogę.
Pochyliła się nad stolikiem, chwyciła Annie za ramiona, po czym wyrzuciła ręce w górę z emfazą, jakby przeganiała szerszenia.
- Proszę! - zawołała. - Niniejszym uwalniam cię od poczucia porażki związanego z wędrującym penisem twojego męża.
Otrzepała dłonie, teatralnie pozbywając się resztek wyrzutów sumienia.
- Gotowe! Co dalej?
Annie wbiła w nią zachwycony wzrok. Było to przedziwne, ale naprawdę poczuła się tak, jakby z jej barków zdjęto niewidzialny ciężar.
- Jesteś wspaniała!
- Ależ skąd - odparła Sally. - Po prostu wiem, że nad pewnymi rzeczami nie mam kontroli. Na przykład nad swoimi nogami i nad zachowaniem innych osób.
- Powinnaś prowadzić szkolenia.
Zamówiły kolejną rundę drinków, oliwki i pieczywo do podziału. Annie, która zawsze jadała regularnie, nagle uświadomiła sobie, że zapomniała o kolacji, a zaczynała już odczuwać skutki picia hotelowego wina.
- To była klasyczna wpadka? - zapytała Sally, nadziewając oliwkę na wykałaczkę.
- Tak. Trzy razy musiałam przed ślubem poszerzać suknię w pasie, a i tak wyglądałam, jakbym ukrywała pod nią dwa niedźwiadki. Ciąża bliźniacza.
- Ile miałaś lat?
- Siedemnaście.
- O! Ślub w wieku siedemnastu lat? Bardzo w stylu dwudziestego wieku.
- A ty?
- Za pierwszym razem miałam dwadzieścia pięć lat - odparła Sally. - On miał trzydzieści. Dobrze się nam razem żyło, dopóki nie zaczął romansować ze swoją podiatrą, baran. Joe, mój syn, miał pięć lat, kiedy się rozwiedliśmy. Pete'a poznałam na wycieczce dla samotnych rodziców na Korfu. Potoczyło się to błyskawicznie, a co nagle, to po diable. Potem w moim życiu pojawiła się Susan.
- Zawsze byłaś biseksualna? - zapytała Annie. - Boże, przepraszam cię bardzo, to takie osobiste pytanie. To przez to wino, zapewniam, że zazwyczaj nie jestem aż tak obcesowa. Zapomnij, że o to zapytałam.
Sally wybuchnęła śmiechem.
- Susan lubi myśleć, że to dzięki niej przeszłam na drugą stronę. - Sally uniosła brew. - Z perspektywy czasu chyba jednak zawsze byłam. Po prostu wtedy to się tak nie nazywało. Joe mówi, że jesteśmy jak postaci z inkluzywnej czytanki w podstawówce: Sally i Susan bardzo się kochają.
Kiedy ogłoszono, że bar się zamyka, Sally wezwała taksówkę, a Annie zamówiła grillowaną kanapkę z serem i paczkę chipsów do pokoju. Wymieniły się numerami telefonów, a Annie musiała obiecać, że będzie informować Sally o postępach w poszukiwaniu nowego lokum.
Położyła się do łóżka, kiedy jej telefon sygnałem dźwiękowym zaanonsował nadejście maila.
Szanowna Pani,
nazywam się John Granger. Jestem siostrzeńcem pani Mari Chandler.
Ciocia poprosiła, bym napisał Pani, jak dojechać do Słonowodnego Zakątka. Wskazówki załączam poniżej.
Gdyby zdecydowała się Pani podpisać umowę najmu, muszę zaznaczyć, że będzie to umowa krótkoterminowa. Dom zostanie sprzedany po Nowym Roku, więc umowa z Panią nie zostanie przedłużona. Będzie Pani musiała się wyprowadzić w terminie wyznaczonym po podpisaniu umowy sprzedaży.
Do tego czasu proszę traktować nieruchomość mojej cioci z szacunkiem. Będę składać Pani niezapowiedziane wizyty w okresie zimowym, aby mieć pewność, że dom jest utrzymywany na odpowiednim poziomie. Każde działanie, które uznam za naruszenie umowy, będzie skutkować natychmiastowym jej rozwiązaniem.
Z góry dziękuję za Pani zrozumienie w tej kwestii.
Z poważaniem
John Granger
Annie się najeżyła. Nawet gdyby wziąć pod uwagę, że trudno interpretować ton listów, mail wydał jej się arogancki. Za kogo uważa się ten cały John Granger? Za kogo ją uważa? Za nałogową dziką lokatorkę? Przeczytała wskazówki dojazdu zamieszczone na końcu wiadomości i nawet one jakimś cudem ją poirytowały. Jak udało mu się sprawić, że "na rondzie drugi zjazd" zabrzmiało jak "proszę mnie pocałować w dupę"? Parsknęła z oburzeniem i sięgnęła do wyłącznika lampy.
- Co za palant! - mruknęła, po czym naciągnęła kołdrę nad głowę.
Poranek był pogodny, w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach zmieniających się pór roku. Trwały żniwa, a liście na drzewach przybierały już odcień dojrzewających kabaczków i dyń.
Annie opuściła zatłoczony zachodni Kent, przejechała przez zalesiony Weald pełen sadów i suszarni chmielu zaadaptowanych na cele mieszkaniowe, po czym skręciła w stronę wybrzeża. Nigdy nie mieszkała nad morzem, poczuła więc ducha przygody.
Po prawej raz po raz ukazywało się jej morze: przebłyski lazurowej wody pomiędzy wzgórzami porośniętymi mchem. Podążała za znakami, aż w końcu wjechała do spokojnego małego Willow Bay. Bielone wapnem domki porośnięte wisterią i otoczone ogródkami lśniły w porannym słońcu, owiewane morską bryzą. Naprzeciwko siebie stały dwa puby, Pod Zatopioną Wierzbą i Łup Kapitana, oba były uroczo zaniedbane, na pewno podawano w nich w niedzielę porządną domową pieczeń. Strzecha na Łupie Kapitana osuwała się po jednej ze stron, ściana pod nią wyglądała, jakby pochłaniały ją kwiatowe rabaty. Strzecha Zatopionej Wierzby trzymała się chyba tylko na gęstym ciemnozielonym bluszczu, który porastał trzy ściany budynku.
Droga odbijała ostro w lewo, a ręcznie malowany znak głosił: "Uwaga! Stromo. Zwolnij!". Annie przełknęła ślinę. Jak stromo?
Biegnąca w dół droga stopniowo się zwężała. Domki po lewej przytuliły się do zbocza wzgórza, doskonale utrzymane ogródki spływały ku pochyłym podjazdom wyrytym w zboczu. Domki po prawej przycupnęły na krawędzi klifu, skryły się za drzewami, znad wysokich rododendronów wystawały tylko kominy.
Po chwili asfalt został zastąpiony przez żwir, aż w końcu Annie wyjechała na łąkę na dole wzgórza i zaparkowała, jak doradziła jej Mari. Kiedy wysiadła z samochodu, powitał ją odgłos fal rozbijających się o kamienie. Ciepły wiatr zmierzwił jej włosy, więc szybko zebrała je w koński ogon.
Za małym parkingiem zaczynały się kamienne schodki prowadzące na promenadę. Za promenadą rozpościerały się wydmy, wysokie trawy i rumowiska stanowiące część krajobrazu, a jeszcze dalej wyrastało porośnięte gęstymi jeżynami wzgórze, z którego Annie właśnie zjechała.
Osiemset metrów w lewo promenada skręcała i znikała za wysokim klifem.
Pachniało glonami, Annie poczuła smak soli na ustach. Osłoniła dłonią twarz przed słońcem, po czym zaczęła się rozglądać. W oddali, przy promenadzie stał dwupoziomowy budynek z dwuspadowym dachem i ogródkiem otoczonym płotem.
- No nie! - mruknęła do siebie. - Niemożliwe, by ktoś tam mieszkał!
Odetchnęła głęboko morskim powietrzem i podążyła promenadą w kierunku domku.
Im bliżej była, tym więcej dostrzegała szczegółów. Dom przypominał starą wiktoriańską chatę rybacką, widywała podobne w Hastings. Był pokryty czarnym drewnem, a kiedy podeszła bliżej, zauważyła, że dolna część jest z kamienia i że na jakimś etapie chata musiała zostać zaadaptowana na mieszkanie. Dwuspadowy dach miał cynowy komin, był kryty czarnym gontem, aby pasował do ścian. Z komina unosiła się wąska smuga szarego dymu. Annie przyspieszyła.
Od strony plaży nie było drzwi, tylko trzy duże okna zasłonięte okiennicami. Drzwi z boku nie miały w sobie nic ciekawego, ich jedyną ozdobą był złoty zamek. Kilka kroków dalej były betonowe schodki prowadzące z promenady na żwirową drogę i do ogródka, który zobaczyła już z daleka.
Zeszła po schodach i przeszła wzdłuż płotu obłażącego z farby, który lepsze czasy miał już za sobą. Ogródek był wysypany żwirem i zadbany. Ktoś posadził w nim lawendę i rozmaryn, tymianek, inne zioła i krzewy. Główki czosnku kołysały się na długich zdrewniałych łodyżkach niczym małe planety. Wiatr nasycony znajomym aromatem ziół podziałał na duszę Annie jak balsam. Kamienne schodki prowadziły do drzwi wejściowych w stylu wiktoriańskim z witrażowymi szybkami w skrzydle i nad nim. Do ściany po jednej stronie ktoś przymocował kawałek drewna wyrzuconego przez morze i namalował na nim ozdobną czcionką słowa "Słonowodny Zakątek". Była na miejscu!