Świąteczna sukienka - Courtney Cole

Kup ebooka

39.99 zł
33.45 zł (33,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Roz­dział pierw­szy

- Nie możesz mnie tak zosta­wić - moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka szep­cze do tele­fonu naglą­cym i peł­nym skraj­nego prze­ra­że­nia gło­sem. W tle sły­szę Lil­liannę Cox, naj­gor­szą sze­fową na świe­cie, która miota się w kolej­nym z legen­dar­nych napa­dów szału.

- Ha! To jest przy­naj­mniej jedna dobra rzecz w całej tej sytu­acji. Ni­gdy wię­cej nie będę musiała tego słu­chać.

Nie taką odpo­wiedź chciała usły­szeć Cas­sie.

- Meghan Ann Jul­liard, natych­miast wsia­daj do samo­lotu i wra­caj do Nowego Jorku. Sama nie dam tu rady. Podobno każe nam pra­co­wać do późna w Wigi­lię, a każdy, kto nie zjawi się na jej impre­zie nowo­rocz­nej, zosta­nie obsma­ro­wany. No i...

Nagle Cas­sie urywa, a tele­fon milk­nie. Domy­ślam się, że Lil­lianna ją przy­ła­pała. Pry­watne roz­mowy tele­foniczne są w "Stit­chu" zabro­nione, a ponie­waż jest to obec­nie naj­po­pu­lar­niej­szy maga­zyn o modzie, wszy­scy sto­sują się do wszel­kich reguł i godzą się na naj­gor­szego szefa na świe­cie tylko po to, żeby tam pra­co­wać. Oso­bi­ście przez cztery lata pró­bo­wa­łam się tam dostać... I pro­szę bar­dzo! - nie­całe sześć mie­sięcy póź­niej zosta­wiam to wszystko za sobą.

Tak więc kiedy sie­dzę w pociągu i patrzę, jak roz­mywa się pano­rama Chi­cago, nie widzę weso­łych świą­tecz­nych świa­teł, cho­inek ani zimo­wej kra­iny cza­rów, którą zapewne cie­szą oczy inni.

Widzę, jak moje nadzieje i marze­nia spły­wają do kanału burzo­wego wraz z błot­ni­stą uliczną breją.

Opie­ram czoło o okno, chłód prze­nika moją skórę, a oddech zapa­ro­wuje szybę.

Tak ciężko pra­co­wa­łam, żeby dostać się do Lil­lianny i móc zno­sić jej krzyki. Przy­no­si­łam jej kawę, zała­twia­łam spra­wunki, sie­dzia­łam do późna w nocy, pisząc recen­zje o fluffy fashion i uże­ra­jąc się z tem­pe­ra­ment­nymi model­kami. Robi­łam wszyst­kie te nudne rze­czy, któ­rych osta­tecz­nym celem było nawią­za­nie kon­tak­tów, abym mogła kie­dyś zało­żyć wła­sny dom mody.

Wystar­czyła chwila, uła­mek sekundy, żeby serce taty prze­stało bić, a cały mój świat się zmie­nił. Tęsk­nię za nim. I tęsk­nię za życiem w Nowym Jorku. Tęsk­nię za wła­snymi marze­niami. Nawet jaskra­wo­czer­wony świą­teczny kubek kawy w mojej dłoni nie pod­nosi mnie na duchu.

Pociąg szar­pie i zatrzy­muje się, a ja szar­pię za rączkę walizki. W tym samym momen­cie wci­skam wesoły kubek w klatkę pier­siową z takim impe­tem, że odpada pokrywka, a kawa roz­lewa się jak gigan­tyczna brą­zowa plama krwi na moim ulu­bio­nym zimo­wym bia­łym płasz­czu.

Pięk­nie! - myślę sobie, ale nie mam czasu się nad sobą roz­tkli­wiać, bo za chwilę zamkną się drzwi, więc wycho­dzę na ulicę, cią­gnąc za sobą wielką, podróżną torbę.

Stoję na rogu Park and Westwood, oce­niam znisz­cze­nia i biorę głę­boki oddech.

Mój płaszcz jest praw­do­po­dob­nie zruj­no­wany. Moje życie jest praw­do­po­dob­nie zruj­no­wane.

Coś prze­oczy­łam?

Staję na kra­węż­niku i zauwa­żam, że biały but na kotur­nie mam popla­miony bło­tem.

Buty też mam znisz­czone. Świet­nie!

Pro­stuję ramiona, na­dal stoję na chod­niku, zimny wiatr roz­wiewa mi włosy, a ja patrzę na wybla­kły znak na budynku przede mną, budynku, w który mój ojciec wkła­dał swoje serce i duszę przez ponad czter­dzie­ści lat.

Par­kview West.

Nie byłam tu od lat. Zbyt wiele smut­nych wspo­mnień wiąże się z tym miej­scem i nie lubię o tym myśleć. Dla­tego wła­śnie tata odwie­dzał mnie w Nowym Jorku dwa razy w roku przez ostat­nie cztery lata. Nie nale­gał, abym przy­jeż­dżała. Na tyle mnie kochał.

Z wes­tchnie­niem wlokę walizkę przez cięż­kie podwójne drzwi.

Lobby jest takie, jakie pamię­tam. Wybla­kłe jak reszta tego miej­sca. Wybla­kłe beżowe meble, wybla­kłe sztuczne kwiaty, nawet cho­inka w rogu ma tylko kilka świa­teł. Sufit holu w kształ­cie kopuły pre­zen­tuje się wspa­niale, ale sam budy­nek, będący pozo­sta­ło­ścią cza­sów świet­no­ści Chi­cago, jest jak piękna kobieta, któ­rej uroda prze­mija z wie­kiem.

To uwaga cał­kiem na miej­scu, bio­rąc pod uwagę więk­szość miesz­ka­ją­cych tutaj loka­to­rów. Wzdry­gam się. Cho­ciaż to prawda, że więk­szość loka­to­rów to ludzie w pode­szłym wieku, nie powin­nam tak myśleć.

Odkła­dam torbę i sły­szę trzask odtwa­rza­nej płyty Binga Crosby'ego.

- Dzień dobry - woła cienki głos z tyłu. - Zaraz wyjdę. Muszę tylko zro­bić... O nieee...

Roz­lega się gło­śny trzask i bie­gnę wokół lady. Star­sza pani z fio­le­to­wymi wło­sami (jasnofio­le­to­wymi, a nie geria­trycz­nymi) leży roz­cią­gnięta na roz­wa­lo­nych pudłach i masuje bio­dro.

- Będzie siniak - mru­czy. Potem patrzy na mnie męt­nym, ale suro­wym wzro­kiem. - Nie powin­naś była tu wcho­dzić. To nie­zgodne z zasa­dami.

Wycią­gam rękę i poma­gam jej wstać.

- W porządku. Nie powiem sze­fowi.

- Cóż, nie możesz. Zmarł w zeszłym mie­siącu. Oba­wiam się, że jestem wszyst­kim, co masz. Czy mogę ci pomóc?

Jej czer­wone oku­lary są prze­krzy­wione i siłą woli powstrzy­muję się, aby nie wycią­gnąć ręki i ich nie popra­wić.

- Na pewno wszystko w porządku? - pytam, wciąż trzy­ma­jąc rękę na jej łok­ciu.

- Nic mi nie jest - unosi brodę. - Poma­gam tylko do czasu przy­by­cia nowej wła­ści­cielki. Miała tu być w zeszłym tygo­dniu, ale chyba wysko­czyło jej coś waż­niej­szego - przy­gląda mi się. - Przy­szłaś tu kogoś odwie­dzić? Musisz być na liście, ina­czej nie mogę cię wpu­ścić.

Jej fio­le­towe loki są sztywne od lakieru do wło­sów.

Nie odzy­wam się przez chwilę, bo wła­śnie obra­ził mnie ktoś noszący czer­wono-fio­le­towe spodnie.

- Jestem Meghan Jul­liard. Nowa wła­ści­cielka - wycią­gam rękę. - A ty musisz być...

- Sylvie Rein­hart - odpo­wiada surowo. Nawet nie reaguje na fakt, że wła­śnie mnie obra­ziła. - Zadba­łam o to miej­sce, pod­czas gdy ty nie spie­szy­łaś się z przy­jaz­dem.

Spo­gląda na mnie z góry, cho­ciaż w naj­lep­szym razie ma metr pięć­dzie­siąt wzro­stu. Napis na jej koszulce głosi: "Nie jestem niska, jestem wyso­kim elfem".

- Co ci tak długo zajęło? Potrze­bo­wa­li­śmy cię.

Jąkam się.

- Mia­łam kilka spraw do zała­twie­nia. Czło­wiek nie może tak po pro­stu rzu­cić wszyst­kiego z dnia na dzień i się wypro­wa­dzić. Musia­łam zna­leźć kogoś, kto pod­na­jąłby moją dzier­żawę, musia­łam zło­żyć wypo­wie­dze­nie w pracy, musia­łam... - o mój Boże, dla­czego się przed nią tłu­ma­czę? - Prze­cież teraz jestem tutaj.

- Ale nie chcesz tu być - mówi z roz­my­słem, krzy­żu­jąc małe ręce na piersi.

- Czy to ma jakieś zna­cze­nie?

- Nie dla mnie - odpo­wiada. - Teraz wszystko jest twoje. Dzieło życia two­jego ojca. Sięga do kie­szeni i podaje mi klucz. - Ten klucz jest od środ­ko­wej szu­flady biurka. Hasła do wszyst­kiego są zapi­sane na liście.

Zbiera się do wyj­ścia.

- Sylvie? - wołam.

Zatrzy­muje się, ale się nie odwraca.

- Nie. Nie zamie­rzam cię szko­lić. Powin­naś tutaj być w zeszłym tygo­dniu. Mam teraz do zro­bie­nia świą­teczne zakupy!

- Masz papier toa­le­towy na bucie - mówię cicho.

Spo­gląda w dół i widzi cią­gnącą się za nią długą wstęgę papieru, chrząka, gdy go usuwa. Odcho­dzi obu­rzona, zosta­wia­jąc papier na pod­ło­dze.

Biorę głę­boki oddech i roz­glą­dam się po zaple­czu.

Wszę­dzie są ślady ojca.

Zegar wiszący nad drzwiami późni się dzie­sięć minut. Stare krze­sło przy biurku ma roz­dar­cia w brą­zo­wej skó­rze. Segre­ga­tory są wypchane i nie­po­ukła­dane, wepchnięte do otwar­tej szu­flady biurka, a na pół­kach nad moją głową stoją prze­peł­nione pudła. Gdy zamknę oczy, pra­wie widzę go zgar­bio­nego przy biurku, bez­ład­nie balan­su­ją­cego mię­dzy sto­sami papier­ko­wej roboty i nie­od­łącz­nym kub­kiem czar­nej kawy.

- Tęsk­nię za tobą, tato - szep­czę, opa­dają mi ramiona. Sie­dzę przy biurku, stare krze­sło trzesz­czy, co uwa­żam za uwła­cza­jące, bio­rąc pod uwagę, że wciąż mogę robić zakupy w dziale dla junio­rów. Się­gam i pod­no­szę ramię gra­mo­fonu ze sta­rego winyla, a kiedy Bing prze­staje śpie­wać, opusz­czam głowę na biurko. Sie­dzę tak przez kilka minut, aż ktoś chrząka w drzwiach. Pod­no­szę głowę i widzę, że obser­wuje mnie dobrze ubrany star­szy pan. Czeka cier­pli­wie i Bóg jeden wie, jak długo tam stoi. Ma nawet muszkę i czy to jest zega­rek kie­szon­kowy?

- Czy mogę w czymś pomóc? - pytam, wsta­jąc.

- Musisz być Meg - mówi cie­pło, wycią­ga­jąc rękę.

- Tak, to ja.

- Jestem Tom Ruther­ford ze 104. Twój tata cią­gle o tobie mówił, młoda damo. Czuję, że już cię znam.

Uśmie­cham się.

- Mam nadzieję, że nie zanu­dził cię zbyt­nio.

Kręci głową.

- Skądże. Opo­wia­dał mi o two­ich wypra­wach do Nowego Jorku. Czy kie­dy­kol­wiek zna­la­złaś śnie­go­wiec, który zgu­bi­łaś w metrze?

Przez sekundę cicho opła­kuję but z mono­gra­mem, zanim kręcę głową. To była edy­cja świą­teczna w zeszłym roku i za nic nie dostanę takiego dru­giego.

- Nie­stety nie. Ale dobrze mi to zro­biło i dosta­łam nauczkę.

Czeka.

- Ni­gdy nie pij czte­rech cosmo­po­li­ta­nów po pracy z dziew­czy­nami.

Tom się uśmie­cha.

- Mądra rada, pani Jul­liard.

- Pro­szę, mów mi Meg - mówię.

- Dzię­kuję, Meg - odpo­wiada. - Nie chcę cię bom­bar­do­wać od pierw­szego dnia, ale mam pro­blem. Na­dal nie mam cie­płej wody. Sylvie powie­działa mi w zeszłym tygo­dniu, że wezwała fachowca, ale na pewno szybko się zorien­tu­jesz, że Sylvie cza­sami zapo­mina i nie jestem pewien, czy kie­dy­kol­wiek do niego dzwo­niła. Czy mogła­byś to spraw­dzić?

- Oczy­wi­ście! - szu­kam notat­nika. - Jesteś w 104?

- W rogu dzie­dzińca - przy­ta­kuje.

- Naj­lep­szy lokal - zauwa­żam, zapi­su­jąc jego nazwi­sko i numer miesz­ka­nia.

Uśmie­cha się.

- Byłem na liście ocze­ku­ją­cych przez dwa lata - odpo­wiada. - Pani Ber­tram żyła długo. Niech spo­czywa w pokoju.

Robi znak krzyża.

- Niech spo­czywa w pokoju - powta­rzam, cho­ciaż jej nie zna­łam. - Jak długo Sylvie musiała mnie zastę­po­wać, panie Ruther­ford?

- Mów mi Tom - prosi. Kiwam głową. - Powie­działa ci, że cię zastę­po­wała? Zawsze pró­bo­wała pomóc two­jemu ojcu, czy o to pro­sił, czy nie. Tak mię­dzy nami, to jej "pomoc" zwy­kle powo­duje na dłuż­szą metę wię­cej pracy, ale ma dobre inten­cje.

- Więc poma­gała mojemu tacie, kiedy jesz­cze żył?

- Tak. Jeśli jest coś, czego musisz się o kim­kol­wiek dowie­dzieć, zapy­taj Sylvie. Wie wszystko.

- Chyba nie jest teraz moją naj­więk­szą fanką - wyznaję mu. Uśmie­cha się deli­kat­nie.

- Wcale nie jest taka straszna. Nie ma rodziny, a twój tata to wszystko, co miała. Jest bar­dzo opie­kuń­cza.

- To był mój tata - odpo­wia­dam powoli. - Mną nie musi się opie­ko­wać.

- Ona jest kimś wię­cej - Tom wzru­sza ramio­nami. - Zoba­czysz.

- No cóż, dzię­kuję - mówię mu. - Doce­niam, że chcia­łeś pod­nieść mnie na duchu. A ja spro­wa­dzę do cie­bie hydrau­lika jak naj­szyb­ciej.

- Dzięki, Meg - mruga do mnie przy­jaź­nie.

- Miło cię wresz­cie poznać.

- Cie­bie rów­nież.

Wycho­dzi z mojego biura, zosta­wia­jąc za sobą chmurę Old Spice'a, a ja wła­ści­wie uwa­żam ten zapach za uspo­ka­ja­jący. On też przy­po­mina mi mojego ojca.

Oczy zacho­dzą mi łzami, nie spo­dzie­wa­łam się, że tak szybko dopadną mnie emo­cje. Nawet nie poszłam jesz­cze do jego... yyy, mojego... miesz­ka­nia.

- I jesz­cze jedno, Meg - z holu dobiega głos Toma. Wysta­wiam głowę. - Winda jest na­dal zepsuta. Na ten moment nikt nie jeź­dzi na wózku inwa­lidz­kim, ale ni­gdy nie wia­domo, kiedy to się zmieni. Więc to też powinno zostać napra­wione.

Tom znika w holu na par­te­rze. Cho­ciaż nie byłam tu, odkąd wyje­cha­łam na stu­dia, kiedy mia­łam osiem­na­ście lat, pamię­tam, że budy­nek ma sześć pię­ter. Moje miesz­ka­nie znaj­duje się na ostat­nim. Bez windy. Moja sio­stra i ja bie­ga­ły­śmy po tych scho­dach dla zabawy, ale to było, kiedy mia­ły­śmy dzie­sięć i dwa­na­ście lat. Od tego czasu wiele się zmie­niło. Gwoli wyja­śnie­nia, nie ćwi­czę już dla zabawy.

Przy­glą­dam się mojej dużej walizce, a potem przy­glą­dam się scho­dom. Są z praw­dzi­wego drewna, przy­kryte wybla­kłym zie­lo­nym dywa­nem i wydają się nie mieć końca.

Ten dzień staje się coraz lep­szy.

Brak mi tchu, kiedy docho­dzę do miesz­ka­nia taty.

Opie­ram się o torbę, grze­bię w środku w poszu­ki­wa­niu klu­czy i kiedy wresz­cie prze­krę­cam klucz w zamku, nie­mal wpa­dam przez drzwi, poty­ka­jąc się o walizkę.

Naj­pierw ude­rza mnie cisza w miesz­ka­niu.

To rodzaj ciszy, którą można usły­szeć.

Roz­glą­dam się po domu, który wygląda dokład­nie tak, jak mój tata zosta­wił go w dniu śmierci ponad mie­siąc temu.

Na sto­liku stoi fili­żanka kawy, na wpół wypita. Obok leży otwarta gazeta. Na zle­wie wisi ścierka do naczyń. Zdję­cia sio­stry i moje z cza­sów mło­do­ści zdo­bią ściany.

Zdję­cie mamy stoi na kominku. Małe pude­łeczko z deko­ra­cjami świą­tecz­nymi wypeł­nione ręcz­nie robio­nymi ozdo­bami z mojego dzie­ciń­stwa leży otwarte w kącie. To zna­czy, że tata pla­no­wał ude­ko­ro­wać miesz­ka­nie zaraz po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia.

Ciężko prze­ły­kam ślinę.

Musiał czuć się samotny. Powin­nam była wró­cić do domu na Święto Dzięk­czy­nie­nia, ale Lil­lianna zmu­siła wszyst­kich do pracy, a ja jej się nie prze­ciw­sta­wi­łam. Nie wie­dzia­łam, że tata umrze, ale na­dal będę nosić w sobie poczu­cie winy.

Wypeł­ni­łam jego wolę zgod­nie z testa­men­tem. Kaza­łam go skre­mo­wać, a następ­nie pocho­wać wraz z matką w ich gro­bie, bez zbęd­nego zamie­sza­nia i pogrzebu. Zro­bi­łam to wszystko z Nowego Jorku, bo pogrzeby są dla żywych, a ja nie chcia­łam widzieć urny z pro­chami ojca spusz­cza­nej do ziemi.

Teraz docho­dzę do innych wnio­sków. Tata był męż­czy­zną, który zasłu­żył na pogrzeb. A wszy­scy, któ­rzy go znali, zasłu­żyli na odda­nie mu sza­cunku i poże­gna­nie w jego ostat­niej dro­dze.

Z dru­giej strony, nie mogę sku­piać się na prze­szło­ści. Jestem teraz tutaj. Z przy­zwy­cza­je­nia kie­ruję kroki do mojej sta­rej sypialni, ale zatrzy­muję się przed drzwiami. Wiem, co jest w środku. Świą­ty­nia ku czci sio­stry, a dzi­siaj nie jestem w sta­nie się z tym zmie­rzyć. Więc zamiast tego idę do sypialni ojca.

Zaj­muję się roz­pa­ko­wy­wa­niem, sprzą­ta­niem szu­flady w sypialni, która teraz należy do mnie. Na razie nic tu nie zmie­niam. Nie wiem, kiedy będę w sta­nie zro­bić to po swo­jemu. W myślach notuję rze­czy, które zmie­nię, kiedy będę gotowa... Kolor ścian z nie­bie­skiego na biały. Zasłony, od kotar po firanki. Nowe dywa­niki. Nowe poduszki.

Ale nie dzi­siaj.

Dzi­siaj po pro­stu spę­dzę czas, akcep­tu­jąc fakt, że tu jestem, że wszy­scy w mojej rodzi­nie nie żyją i zosta­łam sama.

I oczy­wi­ście dzwo­nię do fachow­ców.

Nie znam się na kon­do­mi­niach, ale z pew­no­ścią posia­da­nie nie­spraw­nej windy łamie jakieś zasady. Szu­kam w inter­ne­cie fachowca, do któ­rego mogła­bym zadzwo­nić.

- Naj­wcze­śniej mogę być w przy­szłym tygo­dniu - mówi facet.

Dzwo­nię do innego.

- Mam pełny gra­fik. Sama pani rozu­mie, święta.

- Ale Boże Naro­dze­nie nie trwa trzy tygo­dnie. Nie może nas pan wpi­sać?

- Nie, przy­kro mi. Dopiero po pierw­szym stycz­nia.

To samo sły­szę jesz­cze cztery razy.

Z wes­tchnie­niem pod­daję się na moment, zanim zadźgam się pierw­szym ostrym przed­mio­tem, który mi wpad­nie w ręce, i posta­na­wiam wziąć prysz­nic, żeby zmyć z sie­bie zarazki z samo­lotu. Odkrę­cam wodę, przy­go­to­wuję czy­ste ubra­nie i nie mogę się docze­kać, aż moje napięte mię­śnie roz­luź­nią się w gorą­cej wodzie.

Tylko że... gorą­cej wody nie ma.

Spraw­dzam kran i tak, jest prze­krę­cony do końca w lewo. I na­dal nie widzę pary.

Woda jest lodo­wata.

- Tylko tego bra­ko­wało - mówię z jękiem.

Zakła­dam puszy­sty szla­frok i scho­dzę po sze­ściu kon­dy­gna­cjach do biura, żeby spraw­dzić numer tele­fonu Sylvie. Odbiera po pierw­szym sygnale.

- Sylvie, prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Wiem, że robisz świą­teczne zakupy. Ale czy zadzwo­ni­łaś przy­pad­kiem do hydrau­lika?

- Oczy­wi­ście, że tak - cisza. - Tak mi się wydaje.

Biorę głę­boki wdech.

- To może ja zadzwo­nię i się dowiem. Co to za firma?

- Nie korzy­stamy z usług firmy - mówi znie­cier­pli­wiona, a w tle sły­szę kolędy. - Korzy­stamy z usług zło­tej rączki. On zaj­muje się wszyst­kimi budyn­kami na tej prze­cznicy.

- W porządku - odpo­wia­dam tak cier­pli­wie, jak tylko potra­fię. - Wiesz, jak się nazywa?

- Oczy­wi­ście, że tak - war­czy. - To Logan Scott, a jego numer tele­fonu znaj­duje się na liście w szu­fla­dzie. Tak jak mówi­łam.

Roz­łą­cza się. Wiem na pewno, że nie wspo­mniała o żad­nym nume­rze tele­fonu znaj­du­ją­cym się na liście, ale nie zamie­rzam o tym mówić. Nie warto się o to zabi­jać. Zamiast tego wygrze­buję listę z szu­flady i rze­czy­wi­ście - jest tam numer jego tele­fonu.

Dzwo­nię natych­miast.

Prze­kie­ro­wuje mnie na pocztę gło­sową, więc zosta­wiam wia­do­mość: Pro­szę o pomoc. Nie mamy cie­płej wody, winda jest zepsuta, nie wiem, co jesz­cze jest nie tak, wszy­scy są zajęci, ponie­waż są święta, a jeśli Sylvie już do pana dzwo­niła, dla­czego nie zostało to jesz­cze napra­wione?

Czy coś w tym stylu.

Mogło to zabrzmieć ciut nie­grzecz­nie.

Robię się gder­liwa, gdy jest mi zimno i nic nie jadłam, a także gdy publicz­nie noszę szla­frok. Dla­czego nie ubra­łam się, żeby tu zejść? Skoro zosta­łam wła­ści­cie­lem tego budynku, powin­nam się odpo­wied­nio zacho­wy­wać.

Nagle cię­żar tego, co robię, opada na mnie jak kotwica na dno morza. Mam sześć­dzie­się­ciu najem­ców, któ­rzy liczą na to, że ten ogromny budy­nek będzie dzia­łał. Liczą na mnie. Na kogoś, kto w zeszłym mie­siącu zapo­mniał zapła­cić rachu­nek za wodę. To się nie skoń­czy dobrze.

Nie ma mowy, żeby mi się udało. To będzie sro­motna porażka. Nie mam żad­nego poję­cia o pro­wa­dze­niu budynku. Poniosę klę­skę.

Potrzą­sam głową. Nie. To był głos Drake'a. Nie mój. Porażka była dokład­nie tym, czego ocze­ki­wał mój były chło­pak. I powo­dem, dla któ­rego zerwa­łam z nim w zeszłym tygo­dniu. Szcze­rze mówiąc, nie sądzę, żebym kie­dy­kol­wiek naprawdę kochała Drake'a Dil­larda. Nie w taki spo­sób, jak wszy­scy inni wydają się postrze­gać miłość, i to był naj­więk­szy pro­blem.

Pra­gnę romansu takiego, jaki mieli moi rodzice, takiego, który trwał przez lata, pod­czas któ­rych wie­rzyli w sie­bie bez względu na wszystko. Wspie­rali się. Czy pro­szę o tak wiele?

Drake się mylił. Nie potrze­buję go. Mogę to zro­bić. Muszę. Muszę tylko zacząć zada­wać sobie pyta­nie: co zro­biłby tata?

Przy­glą­dam się pudeł­kom usta­wio­nym na pół­kach nade mną. Jeśli je przej­rzę, może się cze­goś dowiem. Z wes­tchnie­niem cho­wam tele­fon z powro­tem do kie­szeni i wspi­nam się po dra­bi­nie, zdej­mu­jąc wieczko z naj­bliż­szego pudełka.

Nie zamie­rzam dzi­siaj myśleć o Drake'u i wąt­pić w sie­bie ani chwili dłu­żej.

Mam inne rze­czy na gło­wie.

Nie­stety, robię te rze­czy, sto­jąc na trze­cim, naj­wyż­szym stop­niu dra­biny, kiedy otwie­rają się drzwi do biura.

Dra­bina stoi bez­po­śred­nio przed drzwiami, więc prze­wraca się, a ja ląduję, wyma­chu­jąc nie­zdar­nie rękami, w parze bar­dzo sil­nych ramion.

Te ramiona należą do męż­czy­zny o naj­bar­dziej nie­bie­skich oczach, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

- Ty musisz być Meg - mówi szorstko, a jego głos jest połą­cze­niem gład­kiego kar­melu i przy­dy­mio­nego baru jaz­zo­wego i prze­nika przez ide­alne usta, pod­czas gdy on wciąż trzyma mnie w ramio­nach, przy­ci­śniętą do cie­płej potęż­nej klatki pier­sio­wej. - Czy zda­jesz sobie sprawę, że nie masz na sobie ubra­nia?

Sta­wia mnie na nogi, a ja sta­ram się odzy­skać rozum, jesz­cze moc­niej zawią­zu­jąc pasek szla­froka.

- Tak, zdaję sobie sprawę. Jesteś loka­to­rem? - pytam, zasta­na­wia­jąc się, czy liczę na to, że jest, czy raczej, że nie jest.

Śmieje się.

- Nie. Oba­wiam się, że jestem tro­chę młod­szy niż twoja doce­lowa grupa demo­gra­ficzna. Jestem Logan. Twoja złota rączka.

Dopiero teraz dostrze­gam pas z narzę­dziami na jego szczu­płych bio­drach. O mój Boże, Meghan, co w cie­bie wstą­piło?

- Yyy... Eeee... Cześć! Prze­pra­szam, jeśli byłam tro­chę szorstka... przez tele­fon. To mój pierw­szy dzień tutaj i wygląda na to, że nic nie działa.

- Nie martw się - mówi uspo­ka­ja­jąco. - Działa. Masz boj­ler, który jest na ostat­nich nogach, ale twój tata i ja poma­gamy mu kuś­ty­kać od kilku lat. Możemy spra­wić, że wytrzyma kilka mie­sięcy dłu­żej. A w win­dzie pew­nie znowu zepsuł się wyłącz­nik.

- Znowu? - ugi­nają mi się kolana i nie wiem, czy to za sprawą tego pięk­nego kom­pe­tent­nego męż­czy­zny, który stoi przede mną, czy przez to, że nie wszystko jed­nak jest zepsute.

- O tak. Jego też trzeba będzie wymie­nić. Ale jakoś pokuś­ty­kamy do przodu.

- Wygląda na to, że sporo kuś­ty­kamy - pod­su­mo­wuję, a on się śmieje.

- Tak. Twój tata był bar­dzo wyro­zu­miały, jeśli cho­dzi o czynsz nie­któ­rych loka­to­rów. Eme­ry­tury nie są tak wyso­kie jak kie­dyś, a nie­któ­rzy z nich... Cóż, jest im ciężko. A on nic nie mówił, kiedy pła­cili z opóź­nie­niem.

- Pasuje to do niego - mówię cierpko. Znowu się uśmie­cha.

- Wiele o tobie sły­sza­łem - mówi. - I z tego, co pamię­tam, nie prze­pa­dasz za zim­nymi prysz­ni­cami. Zajmę się naj­pierw tym, a potem windą. Za chwilę wrócę.

Znika z biura, zanim zdążę zapy­tać, co powie­dział mu tata.

Ten facet to moja złota rączka.

Te nie­bie­skie oczy, ten uśmiech, ten dołe­czek w lewym policzku. Nagle Par­kview West nie wydaje się już tak złym miej­scem jak wcze­śniej.

Roz­dział drugi

Roz­dział drugi

Cze­ka­jąc na Logana, spo­glą­dam w dół i przy­po­mi­nam sobie, że wyglą­dam jak nie­nor­malna w pucha­tym, różo­wym szla­froku i na bosaka. Pomi­jam, że jest mi zimno, bo w tym budynku są straszne prze­ciągi.

Pędzę w stronę scho­dów, żeby narzu­cić na sie­bie coś innego.

Zdu­miewa mnie, jak po tylu latach wciąż trzesz­czy trzeci sto­pień. Jo i ja prze­ska­ki­wa­ły­śmy przez niego, kiedy chcia­ły­śmy pod­kraść się do taty pra­cu­ją­cego do późna.

Obraz zamku Dun­not­tar w Szko­cji wisi tuż nad stop­niem, tak jak przez ostat­nie kilka dekad.

Jo i ja uda­wa­ły­śmy, że w nim miesz­kamy, że nasze schody z Par­kview pro­wa­dzą do kamien­nej wieży, któ­rej okna wycho­dzą na morze. Cza­sami uda­wa­ły­śmy rów­nież, że ten podest to wieża, a my jeste­śmy księż­nicz­kami uwię­zio­nymi w środku.

Dopiero po śmierci Jo prze­sta­łam uda­wać, a wcho­dze­nie po tych scho­dach ni­gdy nie było już takie samo.

Wcho­dzę na podest czwar­tego pię­tra (ten z obra­zem zamku w Edyn­burgu, bo mój tata miał obse­sję na punk­cie szkoc­kiej histo­rii) i zatrzy­muję się, żeby zła­pać oddech.

Kiedy tak stoję, z miesz­ka­nia wycho­dzi kobieta.

Jest wysoka i szczu­pła, śnież­no­białe włosy są ele­gancko ucze­sane we fran­cu­ski kok. Ma na sobie ołów­kową sukienkę w figo­wym kolo­rze z per­ło­wymi guzi­kami zapi­na­nymi z przodu i smu­kły złoty zega­rek na jed­nym nad­garstku. Pach­nie Cha­nel no. 5.

- Pani Jul­liard - mówi cicho, uno­sząc jedną ide­al­nie wypie­lę­gno­waną brew. Nie­świa­do­mie popra­wiam szla­frok.

- Tak, to ja - odwra­cam się i podaję jej rękę. Uścisk jej dłoni jest ide­alny. Nie za mocny, nie za słaby.

- Jestem Ellie Wade. Miło cię poznać. Mam nadzieję, że ci się tu spodoba. Czy mogę zająć chwilę? Nie mam gorą­cej wody.

Wydaję dłu­gie wes­tchnie­nie.

- Wygląda na to, że nie tylko pani. Przy­szedł pan złota rączka, który wła­śnie napra­wia tę usterkę.

Uśmie­cha się, a uśmiech roz­ja­śnia jej twarz. Przez chwilę wygląda o dwa­dzie­ścia lat mło­dziej.

- Cudow­nie! - już ma zamknąć drzwi, kiedy się zatrzy­muje. - Chcesz fili­żankę her­baty, kocha­nie? Chcia­ła­bym cię lepiej poznać.

Jest w niej aura god­nej samot­no­ści i naprawdę żałuję, że muszę iść.

- Chcia­ła­bym, pani Wade...

- Mów mi Ellie - prze­rywa.

- Ellie - popra­wiam się. - Ale muszę coś na sie­bie zało­żyć, bo chcę skon­sul­to­wać parę rze­czy z maj­strem. Ale chęt­nie przyjdę póź­niej.

- Nie zamie­rza­łam wspo­mi­nać o twoim wybo­rze stroju, ale masz rację. Ubra­nie ma zna­cze­nie - uśmie­cha się. - I nasz drogi pan Scott. Polu­bisz go. Każdy go lubi. Wiesz, wiele rze­czy robił dla two­jego ojca pro bono.

Wpa­truję się w nią.

- Naprawdę?

Kiwa głową.

- To taki dobry chło­pak.

- Naj­wy­raź­niej - cho­ciaż ten chło­pak wygląda na mniej wię­cej trzy­dzie­ści lat.

- Powiem mu, że u cie­bie też nie ma gorą­cej wody. Przyjdę do cie­bie póź­niej, Ellie.

Pobi­jam rekord, bie­gnąc sprin­tem po pozo­sta­łych scho­dach, wkła­dam dżinsy i swe­ter, a potem zbie­gam z powro­tem. Ze względu na stare czasy prze­ska­kuję skrzy­piący sto­pień.

Ląduję, robiąc salto w powie­trzu, kiedy Logan wycho­dzi zza rogu.

Otwiera sze­roko oczy. Kła­niam się teatral­nie.

- Dała­bym sobie dzie­więć na dzie­sięć - oznaj­miam.

Jego oczy marsz­czą się w kąci­kach, gdy się uśmie­cha.

- Osiem i pół. Ledwo ura­to­wa­łaś to lądo­wa­nie.

- Hm... - dra­ma­tycz­nie marsz­czę nos, a on się śmieje. - Ellie Wade mówi, że u niej też nie ma gorą­cej wody. Czy cokol­wiek, co teraz zro­bi­łeś, podzia­łało na cały budy­nek?

Logan kiwa głową.

- Na razie. Ale miej na uwa­dze to, co mówi­łem wcze­śniej. W tym sta­rym budynku sporo rze­czy się zużywa i w pew­nym momen­cie trzeba będzie je napra­wić.

- Brzmi drogo - mówię. Pota­kuje.

- Bar­dzo.

- Cóż, to pro­blem na inny dzień - posta­na­wiam. - Czy windę można napra­wić?

- Już zro­bione.

- Wygląda na to, że ten stary budy­nek należy wycią­gnąć z nędzy - mówię bez­ce­re­mo­nial­nie. Logan pod­nosi głowę.

- Nie­któ­rzy z tych loka­to­rów miesz­kają tu od dzie­się­ciu lat lub dłu­żej - odpo­wiada. - Są samotni i nie mają dokąd pójść poza domem opieki lub ośrod­kiem opie­kuń­czym. Pro­szę, nie rób tego.

Patrzę na niego, na zmar­twie­nie marsz­czące jego brwi.

- Trosz­czysz się o nich - zauwa­żam.

- Ty też będziesz - odpo­wiada. - Gdy tylko ich poznasz.

- Wszy­scy do tej pory byli bar­dzo mili.

- Twój tata był dla nich bar­dzo dobry - mówi Logan. - Mam nadzieję, że ty też będziesz. To miej­sce jest wszyst­kim, co mają.

- Sły­sza­łam, że poświę­casz swój czas dla dobra sprawy.

Uśmie­cha się lekko.

- To prawda. Powie­dzia­łem Jerry'emu - to zna­czy two­jemu tacie - połowę ceny za naprawy. A kiedy budżet mu na to nie pozwa­lał, dawa­łem mu tyle czasu, ile potrze­bo­wał, żeby mi zapła­cić. Cho­ciaż tyle mogłem zro­bić.

- Ty też musisz zara­biać na życie - stwier­dzam. - Świad­cze­nie usług za darmo nie wydaje się zbyt opła­calne. Anga­żo­wa­nie się w oso­bi­ste sprawy klienta to nie­zbyt dobry inte­res.

Wzru­sza ramio­nami.

- Żyję samot­nie. Nie mam wielu wydat­ków. Nie narze­kam. Poza tym cza­sami, gdy zależy ci na two­ich klien­tach, trudno jest się nie zaan­ga­żo­wać.

Mieszka sam. Czy powie­dział mi to celowo?

- Cóż - kon­ty­nu­uje - powi­nie­nem już iść. Masz numer mojej komórki na wypa­dek, gdy­byś musiała się ze mną skon­tak­to­wać? Dzwo­ni­łaś wcze­śniej pod numer mojego biura.

- Pew­nie Sylvie ma.

- O tak - śmieje się - ale życzę ci powo­dze­nia, jeśli chcesz go od niej dostać. Chroni go bar­dziej niż kogut kur­nika. Daj mi tele­fon, to wpi­szę ci mój numer. Podaję mu tele­fon, a on wpi­suje numer swo­jej komórki. - Naprawdę miło było cię poznać - mówi, odda­jąc go.

- Cie­bie też.

Otwiera fron­towe drzwi i do środka wpada śnieg.

- Trzy­maj się cie­pło! - woła, gdy odcho­dzi. Postawmy sprawę jasno: wygląda świet­nie.

W tej chwili czuję, że się rumie­nię i nie ma to nic wspól­nego z pogodą.

Teraz marzy mi się tylko gorący prysz­nic, skoro terma została już napra­wiona.

Wcho­dzę po scho­dach, kiedy mój wzrok pada na drzwi Ellie Wade na czwar­tym pię­trze.

Wisi na nich świą­teczny wie­niec z czer­wo­nym ostro­krze­wem i kokardką. Wcale nie odzwier­cie­dla tej nuty smutku, którą czu­łam, kiedy z nią roz­ma­wia­łam. Coś mnie cią­gnie do jej drzwi.

Pod wpły­wem impulsu zatrzy­muję się, łapię oddech i posta­na­wiam, że prysz­nic może pocze­kać jesz­cze kilka minut. Lekko pukam.

Chwilę póź­niej Ellie otwiera drzwi, w dło­niach trzyma ciem­no­zie­loną sukienkę.

- Pani Jul­liard! - wykrzy­kuje z sze­ro­kim uśmie­chem. - Pro­szę wejść, zapra­szam.

- Mów do mnie Meg - pro­szę. Otwiera sze­roko drzwi i wcho­dzę do cichego miesz­ka­nia.

W prze­ci­wień­stwie do drzwi wej­ścio­wych miesz­ka­nie nie jest ude­ko­ro­wane na święta, co mnie zaska­kuje. Zamiast tego leży tam kilka upo­rząd­ko­wa­nych sto­sów róż­nych przed­mio­tów, nie­które na jej sofie, a nie­które na sto­liku do kawy.

- Pro­szę, wybacz mi bała­gan - mówi, cho­ciaż jest u niej czy­ściutko i schlud­nie. - Prze­glą­dam nie­które z rze­czy. Wejdź. Zro­bię ci tę her­batę. Pro­szę, usiądź.

Ellie rzuca zie­loną sukienkę na koniec sofy, a ja sia­dam obok niej.

Kiedy Ellie znika w kuchni, roz­glą­dam się.

Zdję­cia jej i mło­dej kobiety wiszą na ścia­nach i stoją na kominku. Jest ude­rza­jące podo­bień­stwo mię­dzy tą kobietą a Ellie. Mają ten sam mocny nos, te same błysz­czące oczy.

- Twoja córka? - pytam, kiedy wraca z tacą z her­batą.

- O tak. Moja Betsy. Mieszka teraz w Lon­dy­nie. Ma świetną pracę, która trzyma ją z dala ode mnie. Ale jestem z niej bar­dzo dumna.

Jest. Nie da się tego nie zauwa­żyć.

Ellie nalewa mi fili­żankę her­baty i kiedy się­gam po nią, zrzu­cam sukienkę z kanapy. Spada na pod­łogę. Odsta­wiam her­batę i schy­lam się, aby ją pod­nieść, i od razu zwra­cam uwagę na jakość wyko­na­nia.

- To nie­sa­mo­wita rzecz! - mówię, przy­glą­da­jąc się jej. Tka­nina jest gruba, ale roz­cią­gliwa i wyobra­żam sobie, że ide­al­nie dopa­so­wuje się do kobie­cej syl­wetki. Leśna zie­leń ma lekki połysk dzięki wple­cio­nemu zło­temu bro­ka­towi i widać wyraź­nie, że to nie­zwy­kle ele­gancka sukienka na przy­ję­cia. - Myślę, że coś takiego zało­ży­łaby Grace Kelly lub Jac­kie O. - przy­kła­dam ją do ciała, a miękka, gruba tka­nina woła do mnie, jakby chciała, żebym ją zało­żyła.

- O tak - mówi Ellie, zer­ka­jąc na nią. Pociąga łyk her­baty. - Jest piękna. Czy to nie dziwne, że naj­pięk­niej­sze rze­czy mogą jed­no­cze­śnie przy­wo­ły­wać cudowne i straszne wspo­mnie­nia?

Zasty­gam w bez­ru­chu, sukienka zwisa mi w rękach i patrzę na Ellie.

Wpa­truje się w sukienkę nie­obec­nym wzro­kiem, jakby była zupeł­nie gdzie indziej.

- Przy­kro mi - nie wiem, co jesz­cze mogę powie­dzieć. Ni­gdy nie byłam dobra w nie­zręcz­nych sytu­acjach. Kie­dyś na przy­kład chi­cho­ta­łam na pogrze­bie. Nie umiem powie­dzieć dla­czego.

- Mia­łam ją na sobie w naj­lep­szym i naj­gor­szym dniu mojego życia - mówi, mru­ga­jąc. - Życie może być takim para­dok­sem, moja droga. Kiedy patrzę, jak ją trzy­masz w rękach... i widzę, jak się poru­sza, to czuję się pra­wie tak jak wtedy, kiedy po raz pierw­szy zało­ży­łam ją na sie­bie. Byłam tam przez chwilę, zawład­nęły mną wspo­mnie­nia. Prze­pra­szam. Możesz ją odło­żyć na stos rze­czy do wyrzu­ce­nia.

Wska­zuje na stos przede mną, ale się waham.

- Ona jest taka cudna, Ellie. Mogła­byś dać ją córce. Nie robią już takich ubrań. Wiem coś na ten temat, bo pra­cuję... eee... pra­co­wa­łam w modzie.

- Naprawdę? - pyta z zain­te­re­so­wa­niem i bie­rze kolejny łyk her­baty.

- Tak. Zawsze chcia­łam pra­co­wać w branży. Ukoń­czy­łam pro­jek­to­wa­nie mody i pra­co­wa­łam jako asy­stentka na pozio­mie pod­sta­wo­wym w Nowym Jorku dla maga­zynu o modzie. Marzy­łam, by mieć wła­sną linię. Prze­ra­bia­łam też ubra­nia dla sio­stry, kiedy była...

Mój głos cich­nie, a Ellie mi się przy­gląda.

- Kiedy była chora? - pyta deli­kat­nie. Jestem zasko­czona gulą w gar­dle, która wciąż się for­muje, kiedy po tylu latach mówię o Jo.

- Twój tata mi o niej powie­dział. Była taką piękną dziew­czyną.

- Była - zga­dzam się. - Prze­ra­bia­łam jej ubra­nia, kiedy była chora. Moi rodzice nie mogli sobie pozwo­lić na kupo­wa­nie jej nowych, kiedy chu­dła. Pro­mie­nio­wa­nie spra­wiło, że spa­dała jej waga.

- Byłaś wtedy bar­dzo młoda jak na prze­ra­bia­nie ubrań - mówi Ellie z podzi­wem w gło­sie. - Jestem pod wra­że­niem.

Wzru­szam ramio­nami.

- To chyba dla mnie natu­ralne. Mama mawiała, że od koły­ski robi­łam wła­sne papie­rowe lalki, żebym mogła pro­jek­to­wać dla nich stroje. - Ellie śmieje się lek­kim, dźwięcz­nym gło­sem.

- Dla­czego więc tu jesteś? - pyta. Jej spoj­rze­nie jest łagodne, ale pyta­nie - bez­po­śred­nie. Widzę, że jest naprawdę zain­te­re­so­wana. Wydaje mi się, że wdała się ze mną w poga­wędkę, bo naprawdę ją to obcho­dzi.

- Jestem jedyną osobą z rodziny - mówię w końcu. - Musia­łam wró­cić i prze­jąć schedę po tacie.

- Nie chciałby, żebyś rezy­gno­wała ze swo­ich marzeń - beszta mnie. - Był z cie­bie bar­dzo dumny.

- To on zosta­wił mi ten budy­nek - odpo­wia­dam. - Więc pew­nie chciał, żebym tu była.

- Zawsze możesz go sprze­dać - suge­ruje.

- Nie mogę. Nie­ru­cho­mo­ści w Chi­cago są tym, czym są, nie mogę liczyć na to, że ktoś inny po pro­stu go nie zbu­rzy i nie zastąpi wie­żow­cem lub czymś takim. Logan uprzy­tom­nił mi, że wielu z was trak­tuje go jak swój dom.

- Cóż, nie ja - odpo­wiada, dole­wa­jąc her­baty do mojej fili­żanki. - Pod koniec mie­siąca prze­no­szę się do wio­ski eme­ry­tów.

Wzdry­gam się.

- O nie! Czy to z powodu windy? Bo jeśli tak, to obie­cuję... Dopil­nuję, żeby się wię­cej nie psuła.

Uśmie­cha się, a w jej oczach widać smu­tek.

- Nie, kocha­nie, to nie to. Moja córka za bar­dzo się o mnie mar­twi. To stary budy­nek, choć jest piękny, jest tu sporo prze­cią­gów i kiedy wycho­dzę, trudno mi wydo­stać się na ulicę i wró­cić. Wio­ska eme­ry­tów ma zapla­no­wane wycieczki, wła­sny trans­port i zor­ga­ni­zo­wane zaję­cia z ludźmi w moim wieku, więc znajdę tam przy­ja­ciół. A przy­naj­mniej tak mówi Betsy.

Jest tole­ran­cyjna wobec córki.

- Więc sor­tu­jesz rze­czy, aby zmniej­szyć roz­miary prze­pro­wadzki? - zga­duję.

- Tak. Przez lata nagro­ma­dzi­łam wię­cej, niż myśla­łam. Miesz­kam tu, w Par­kview West, od dzie­się­ciu lat.

Więc prze­pro­wa­dziła się tutaj, kiedy mia­łam dwa­dzie­ścia lat. Jak to się stało, że ni­gdy jej nie widzia­łam? Bo nie zwra­ca­łam uwagi. Wła­śnie tak.

- No cóż, będzie mi smutno, gdy odej­dziesz - oznaj­miam. - Miło byłoby mieć tu przy­ja­ciółkę.

Patrzy na mnie uspo­ka­ja­jąco.

- Będziesz miała przy­ja­ciół, kocha­nie. Wię­cej, niż możesz zli­czyć. Wszy­scy tu na cie­bie cze­kali.

- Mam nadzieję, że lubią być roz­cza­ro­wani - odpo­wia­dam cierpko, a ona się śmieje.

- Masz poczu­cie humoru. Podoba mi się to.

Uśmie­cham się z nią.

- Uży­wam humoru, by ukryć swoją dzi­waczną oso­bo­wość - wyja­śniam jej. Znowu się śmieje.

- Jesteś roz­koszna.

Kładę sukienkę z powro­tem na opar­cie sofy i podzi­wiam, jak ide­al­nie układa się ele­gancki dekolt w łódkę.

- Powie­dzia­łaś, że mia­łaś ją na sobie w naj­lep­szym i naj­gor­szym momen­cie życia - spo­glą­dam na nią, a ona odwraca wzrok. - Wygląda na to, że przy­wo­łuje silne wspo­mnie­nia.

- Czy kie­dy­kol­wiek kocha­łaś kogoś tak bez pamięci, że myśla­łaś, że nie będziesz mogła bez niego oddy­chać? - pyta.

Myślę o Drake'u i kręcę głową.

- Nie.

- Ni­gdy?

- Ni­gdy.

- Masz jesz­cze mnó­stwo czasu - mówi. - Wła­ści­wie to nosi­łam tę sukienkę, kiedy byłam mniej wię­cej w twoim wieku.

- Chcia­ła­bym o tym usły­szeć - mówię z nadzieją. Sukienka mieni się w świe­tle pło­mieni z kominka. Może zabrzmi to głu­pio, ale samo patrze­nie na nią spra­wia, że czuję się szczę­śliw­sza, jak­bym czuła, że życie nie­sie ze sobą nie­zli­czone moż­li­wo­ści. - Wiem, że wła­śnie się pozna­ły­śmy, ale ta sukienka ma histo­rię, którą trzeba opo­wie­dzieć.

Ellie się waha.

- Nie jestem pewna, czy chcesz usły­szeć tę histo­rię w dniu, w któ­rym się pozna­ły­śmy. To nie jest bajka z happy endem.

- Życie to nie bajka - mówię po pro­stu. - Ale mimo to jest piękne.

- To prawda, słodka dziew­czyno - odpo­wiada. - Nie­które momenty są nie­sa­mo­wi­cie piękne - wzdy­cha. - Zawrzemy układ. Jeśli obie­casz mi, że w tym roku zało­żysz tę sukienkę, opo­wiem ci jej histo­rię. Zasłu­guje na jesz­cze jeden wie­czór.

- Chcia­ła­bym móc ci to obie­cać - mówię jej. - Naprawdę chcę usły­szeć tę histo­rię, ale nie mam dokąd w niej wyjść. Nikogo tu nie znam, pamię­tasz?

Zasta­na­wia się nad tym przez moment.

- W porządku. Zróbmy tak... Opo­wiem ci tę histo­rię, jeśli obie­casz, że zało­żysz tę sukienkę, jeśli nada­rzy się oka­zja - czeka na moją odpo­wiedź.

Czuję się na tyle bez­piecz­nie, że się zga­dzam, bo moje życie towa­rzy­skie w tym mie­ście nie ist­nieje. I coś mi mówi, że muszę usły­szeć tę histo­rię.

- Jeśli naprawdę chcesz ją usły­szeć, to lepiej zro­bię wię­cej her­baty.

Uśmie­cha się, po czym znika w kuchni, a ja spraw­dzam tele­fon.

Nic od Drake'a, dzięki Bogu.

Dwa nie­ode­brane połą­cze­nia i cztery ese­mesy od Cas­sie:

Wra­caj.

Ratuj mnie.

Zabiję cię.

Odbierz tele­fon.

Kręcę głową i odpo­wia­dam jej:

Dasz radę. Zadzwo­nię dziś wie­czo­rem.

Odkła­dam tele­fon w momen­cie, gdy Ellie wraca z dzban­kiem her­baty.

Nalewa nam po fili­żance, po czym siada z powro­tem na swoim miej­scu.

- Fran­kie był miło­ścią mojego życia - mówi cicho, patrząc w ogień. Pło­mie­nie spra­wiają, że jej twarz wygląda miękko, a jej oczy błysz­czą jak złoto. - Spra­wiał, że zapie­rało mi dech w pier­siach. Ten jego chód! Był bar­dzo pewny sie­bie. Miał tak sze­ro­kie ramiona jak jego uśmiech - trzyma rękę na sercu, jakby chciała uspo­koić jego koła­ta­nie. Podzi­wiam miłość, która dzie­siątki lat póź­niej wciąż spra­wia, że serce szyb­ciej bije.

- Masz szczę­ście, że zna­la­złaś taką miłość - mówię.

Wzru­sza ramio­nami, ale kiwa głową.

- Wiem. Spo­tka­łam go na Navy Pier. Jezu, jaki on był przy­stojny. Kru­czo­czarne włosy, jasno­nie­bie­skie oczy. Chcia­ła­bym, żebyś mogła go zoba­czyć - prze­rywa i wiem, że wró­ciła do dnia, w któ­rym go poznała.

- Miał naj­szer­sze ramiona i naj­węż­sze bio­dra, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łaś. Jadłam lunch z torebki i nie mogłam ode­rwać od niego wzroku. Żon­glo­wał jedze­niem - poma­rań­czą, zawi­janą kanapką i swoim napo­jem cze­ko­la­do­wym. Popi­sy­wał się, pró­bu­jąc wszyst­kich roz­ba­wić. Ale potem nie zła­pał kanapki i wylą­do­wała w jezio­rze. Żebyś widziała wyraz jego twa­rzy! - wzdy­cha i wiem, że widzi to wyraź­nie w gło­wie. Ponow­nie przy­kłada rękę do serca i wpa­truje się w dal. - Skoń­czyło się na tym, że zro­bi­łam dobry uczy­nek i podzie­li­łam się z nim swoją kanapką. I tak to wszystko się zaczęło...

- Uwiel­biam tę histo­rię - mówię - Jest osza­ła­mia­jąca, Ellie!

Rumieni się.

- Zawsze wpa­da­łam przy nim w zachwyt - stwier­dza. - Zabie­gał o mnie przez mie­siące. Nie mogli­śmy prze­stać o sobie myśleć. Mimo że byli­śmy tak różni, jak tylko mogli­śmy. Pocho­dził z bar­dziej wyra­fi­no­wa­nej rodziny, pod­czas gdy moja była spo­kojna i raczej biedna. Nor­mal­nie dwoje ludzi takich jak my ni­gdy nie byłoby razem. Ale wyglą­dało na to, że los miał w tym swój udział, wiesz? Chcie­li­śmy to w pełni wyko­rzy­stać.

- To brzmi jak Romeo i Julia! - kręcę głową.

- Nie skoń­czyli dobrze, kocha­nie - przy­po­mina mi. - Ale prze­cież Fran­kie i ja też nie.

- Co się stało? - pytam pra­wie prze­stra­szona. Czy on umarł?

Twarz Ellie pochmur­nieje i żałuję, że o to pytam.

- Chcia­ła­bym móc prze­ka­zać ci, jacy byli­śmy dla sie­bie ide­alni - mówi. - Byli­śmy tak różni, a jed­nak ide­alnie do sie­bie paso­wa­li­śmy. Miał w sobie coś takiego, że po pro­stu chcia­łam się przed nim otwo­rzyć i dzie­lić się z nim wszyst­kim. Roz­śmie­szał mnie, cho­wał notatki pod matą na weran­dzie... To było ide­alne życie. Dopóki się nie skoń­czyło.

Wstrzy­muję oddech, żeby usły­szeć, co było dalej.

- Zbli­żała się Wigi­lia, a jego matka Fran­ce­sca urzą­dzała wielką imprezę - pierw­szą od czasu, kiedy zmarł ojciec Fran­kiego. Była osobą towa­rzy­ską i, cho­ciaż pocho­dzę z bied­nej rodziny, myślę, że krok po kroku w końcu udało mi się prze­ko­nać ją do sie­bie. A przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało.

- Och - mru­czę. Ellie kiwa głową.

- Ni­gdy nie lek­ce­waż matki, która ma syna - mówi. - To dobra lek­cja dla cie­bie, kocha­nie.

- Co się stało? - pytam ponow­nie.

- Chciał mi się oświad­czyć na tym przy­ję­ciu - odpo­wiada po pro­stu Ellie. - Wie­dzia­łam o tym. Robił wcze­śniej alu­zje, a ja oszczę­dza­łam wszyst­kie pie­nią­dze, które zaro­bi­łam, żeby kupić tę sukienkę w skle­pie z uży­wa­nymi rze­czami. Kiedy zoba­czy­łam ją pierw­szy raz, wie­dzia­łam, że to suk­nia dla mnie. Po pro­stu wie­dzia­łam. Popro­si­łam wła­ści­cielkę sklepu, aby odło­żyła ją dla mnie, dopóki na nią nie uzbie­ram, i speł­niła moją prośbę. Scho­wała ją pod ladą. Dwa mie­siące zajęło mi zaosz­czę­dze­nie całej kwoty. Nie wystar­czyło mi już pie­nię­dzy, żeby kupić pasu­jącą biżu­te­rię, ale nie obcho­dziło mnie to. Prze­peł­niało mnie takie szczę­ście - myśla­łam, że pęknę.

Popija her­batę, a jej ide­al­nie poma­lo­wane paznok­cie lekko drżą.

- Nie musisz mi dalej o tym mówić - zapew­niam ją. - Naprawdę. Nie chcę cię dener­wo­wać.

- Cie­szę się, że ci to opo­wia­dam - odpo­wiada. - Dzięki temu wiem, że to się wyda­rzyło. Cza­sami bałam się, że to był tylko sen. Że był zbyt dosko­nały, by w ogóle mógł ist­nieć.

- Był praw­dziwy - mówię jej. - Widzę, jak bar­dzo go kocha­łaś.

Chwy­tam ją za rękę. Ona się uśmie­cha.

- O tak, naprawdę. Dla­tego tak trudno było mi go stra­cić...

Bie­rze głę­boki oddech.

- Fran­ce­sca była per­fek­cjo­nistką pod każ­dym wzglę­dem. Wie­działa, że Fran­kie zamie­rza się oświad­czyć, a ponie­waż mieli być tam wszy­scy jej przy­ja­ciele, chciała, żeby było ide­al­nie. Nale­gała, żebym zało­żyła jej naszyj­nik z sza­fi­rami i dia­men­tami oraz kom­plet kol­czy­ków. Były ostat­nim pre­zen­tem, jaki mąż dał jej przed śmier­cią.

- To nie może się dobrze skoń­czyć - mru­czę pod nosem, kuląc się.

- Nie, nie - potwier­dza. - Ale zaczęło się ide­al­nie.

Impreza była piękna... Paliło się mnó­stwo świec, roz­brzmie­wała muzyka, a stoły pełne były naj­smacz­niej­szego jedze­nia. Fran­kie i ja tań­czy­li­śmy, i tań­czy­li­śmy. Wyglą­da­łam pięk­nie w tej sukience. Wie­dzia­łam o tym, a Fran­kie nie mógł ode­rwać ode mnie wzroku. - Przez sekundę pręży się dum­nie, nie­trudno sobie wyobra­zić, jaka była piękna. Nawet teraz jest atrak­cyjną kobietą.

- Fran­kie uklęk­nął na jedno kolano kilka minut przed pół­nocą, na samym środku sali. Tań­czy­li­śmy tak długo, że nasze policzki były zaru­mie­nione i myśla­łam, że umrę ze szczę­ścia. Wszy­scy patrzyli, a on otwo­rzył pudełko, w któ­rym znaj­do­wał się naj­pięk­niej­szy pier­ścio­nek z rubi­nem oto­czo­nym błysz­czą­cymi dia­men­tami. Byłam szczę­śliw­sza niż kie­dy­kol­wiek przed­tem w całym moim mło­dym życiu. I wtedy... Usły­sza­łam okropny krzyk.

Pra­wie chcę zatkać uszy. Nie chcę sły­szeć dal­szej czę­ści opo­wie­ści. Ale jed­no­cze­śnie cze­kam na każde jej słowo.

- To była Fran­ce­sca. Jeden z kol­czy­ków wypadł mi z ucha tej nocy. Były bar­dzo cenne, zarówno pod wzglę­dem finan­so­wym, jak i emo­cjo­nal­nym, ponie­waż dostała je od zmar­łego męża. Nie można jej było uspo­koić. Szu­ka­li­śmy, ale ni­gdzie nie mogli­śmy go zna­leźć. W miarę jak wie­czór mijał, nabie­rała prze­ko­na­nia, że go ukra­dłam. Pamię­taj, że byłam biedna. Tej nocy mówiła do mnie straszne rze­czy. Fran­kie nie mógł jej odwieść od tego pomy­słu, a w końcu nale­gała, żeby skoń­czył ze mną, ponie­waż prze­stała mi ufać.

Twarz Ellie wykrzy­wia ból, więc ści­skam jej dłoń.

- Z pew­no­ścią nikt nie wie­rzył, że ich okra­dłaś - mówię łagod­nie. - Na pewno nie Fran­kie.

- Nie miało zna­cze­nia, w co wie­rzył - mówi bez­barw­nie. - Odkąd jego ojciec zmarł, stał się głową rodziny i Fran­ce­sca trak­to­wała to bar­dzo poważ­nie. Nale­gała, żeby opu­ścili przy­ję­cie. Ni­gdy nie zapo­mnę, jak - odcho­dząc - patrzył na mnie przez ramię. Był taki smutny, taki bez­radny i być może była w jego wzroku nuta nie­pew­no­ści. Uwa­żam, że nie był do końca pewien, czy zro­bi­łam to, czy nie. I to zła­mało mi serce.

- Nawet sobie tego nie mogę wyobra­zić - oddy­cham głę­boko. - I wszy­scy na impre­zie to widzieli?

Ellie kiwa głową ze smut­kiem.

- O tak. Wybie­głam, nie mogłam znieść upo­ko­rze­nia. Tej samej nocy spa­ko­wa­łam torbę i wyje­cha­łam do ciotki do Indiany. Zosta­łam u niej przez kilka lat, aż skoń­czy­łam stu­dia.

- Czy Fran­kie pró­bo­wał się z tobą skon­tak­to­wać?

- Nie wie­dział, gdzie jestem, kocha­nie. Nic nikomu nie powie­działam. Nie znio­sła­bym, gdyby ofi­cjal­nie powie­dział mi, że to koniec. Więc ucie­kłam.

- Nie winię cię - mówię jej sta­now­czo. - Zro­bi­ła­bym to samo.

- Ale zobacz - mówi, odwra­ca­jąc się, by spoj­rzeć mi w oczy. - Nie wiem, co by się stało, gdyby... Nie mia­łam odwagi się dowie­dzieć. Zamiast tego w końcu poślu­bi­łam kogoś innego, kogoś, kogo kocha­łam, ale ni­gdy nie było tak samo. Mie­li­śmy piękną córkę, a nasze życie było cudowne. Ale ni­gdy się nie dowiem, co mogło być.

- To jest... straszne - mówię w końcu szcze­rze.

- Wiem.

I ja teraz też wiem, dla­czego ta łagodna kobieta roz­ta­cza aurę smutku. Jej życie jest nie­do­koń­czone. Życie, które mogłoby być.

O Boże, ni­gdy nie pozwól mi tego doświad­czyć.

- Tak mi przy­kro, Ellie - nie wiem, co jesz­cze powie­dzieć.

Kręci głową, jakby chciała otrzą­snąć się z melan­cho­lii.

- Nie smuć się - mówi. - Mam piękną córkę, a mój zmarły mąż był dobrym czło­wie­kiem.

- Ale to nie był Fran­kie.

- Nie, nie był - sięga po mój pusty kubek. - Prze­pra­szam, jeśli zasmu­ci­łam cię pierw­szego dnia tutaj. Nie martw się o mnie, kocha­nie. Daję radę - wstaje. - Teraz nie zapo­mnij o dotrzy­ma­niu umowy. Musisz zało­żyć tę sukienkę, jeśli nada­rzy się oka­zja. Obie­cuję, że będzie paso­wać. Jest magiczna pod tym wzglę­dem.

Mruga, a ja się uśmie­cham, uszczę­śli­wia­jąc ją.

- W porządku. Nie zapo­mnę. Ale może zosta­wisz ją sobie do tego czasu? A jeśli jej nie założę, możesz oddać ją córce.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby dawać ją Betsy, bio­rąc pod uwagę, że była prze­zna­czona dla kogoś innego niż jej ojciec - mówi Ellie i to ma sens.

- Dobrze - mówię w końcu. - Wezmę ją. Jeśli jesteś pewna.

- Jestem w stu pro­cen­tach pewna. Ta sukienka zapew­niła mi piękny wie­czór... do pew­nego momentu. To samo może zro­bić dla cie­bie... Oby bez zła­ma­nego serca.

Uśmie­cha się i pro­wa­dzi mnie do drzwi. Idę z sukienką prze­wie­szoną przez ramię.

- Do zoba­cze­nia wkrótce, Meg - obie­cuje.

Ellie zamyka za mną drzwi, a smu­tek tej histo­rii wydaje się zni­kać wraz z nią, ponie­waż kiedy idę do mojego miesz­ka­nia, czuję się lżej­sza i szczę­śliw­sza, niż byłam przez cały dzień. Wie­szam sukienkę na wie­szaku i zosta­wiam na drzwiach szafy. Patrze­nie na nią spra­wia mi radość, cho­ciaż wiem, że w naj­bliż­szym cza­sie nie będę miała oka­zji, żeby ją zało­żyć.

Jej w niej coś, co przy­po­mina mi ryczące lata dwu­dzie­ste, kapele swin­gowe z lat czter­dzie­stych i prze­pych lat pięć­dzie­sią­tych jed­no­cze­śnie, choć wydaje się to dziwne. Jakby sukienka miała coś z kame­le­ona i mogła dopa­so­wać się do każ­dego o każ­dej porze i w każ­dym miej­scu. Zwi­jam się w kłę­bek na kana­pie i dzwo­nię do Cas­sie, żeby zeszła z gzymsu. Jestem pewna, że na nim stoi. W "Stitch" zawsze jest kry­zys i zawsze jest gzyms. I po raz pierw­szy cie­szę się, że to nie ja na nim stoję.