Świąteczna misja - Joanna Tekieli

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Letni poranek zasnuł cały Kraków mgłą tak gęstą, że Julita, mijając w drodze do pracy wawelskie wzgórze, nie dostrzegła nawet zarysów zamku. Jedynie kaponiera pod Kurzą Stopką wyłaniała się z tej szarej zasłony - jak balkon pośród obłoków. Obcasy Julity wystukiwały miarowy rytm na brukowanej kocimi łbami ulicy Kanoniczej, którą zmierzała w stronę Rynku Głównego. Była zła na siebie, bo choć wstała dziś o tej porze, co zwykle, to tak się guzdrała, robiąc makijaż i przygotowując śniadanie, że spóźniła się na tramwaj i w efekcie musiała przejść dwa przystanki od autobusu, żeby znaleźć się w biurze.

"A bo też i Mariola musiała wynająć biuro akurat w centrum" - myślała, chociaż tak naprawdę bardzo lubiła to miejsce i uwielbiała widok, jaki roztaczał się z okien jej pokoju.

Szefowa Julity - dyrektorka krakowskiego oddziału prywatnej stacji telewizyjnej - od razu gdy objęła swój urząd, zdecydowała, że siedziba musi znajdować się jak najbliżej Rynku. I choć prezes stacji narzekał na cenę i sugerował, żeby - przynajmniej na początku - wybrać tańszą lokalizację, ona uparła się i dopięło swego.

- Musimy być w sercu Krakowa, czuć jego rytm - mówiła. - Tylko wtedy będziemy blisko miasta, poznamy jego klimat i to, czym żyje. W końcu wszystkie drogi prowadzą do Rynku.

"I dlatego zazwyczaj jest tutaj hałas i tłok" - mruczała w duchu Julita, przecinając Rynek Główny, po którym - mimo wczesnej pory - snuło się kilku turystów oraz młoda para, pragnąca zrobić niepowtarzalne zdjęcia, gdy nie ma jeszcze tłumów. Julita poczuła w kieszeni wibracje telefonu, więc odebrała, wymijając parę szerokim łukiem, żeby nie psuć im kadru.

- Tym razem obyło się bez dramatów - powiedział Tomek, jej mąż, który pracował w Prokocimiu i w drodze do pracy zawoził do przedszkola ich czteroletnią córkę, Asię. - Pani Jola świetnie się wczuła i odpowiednio powitała naszą Marsjankę, a potem zaproponowała jej, że oprowadzi ją po ziemskim przedszkolu, żeby mogła poznać nasze zwyczaje.

- Ufff.

Asia przechodziła właśnie fazę wcielania się w rozmaite role i tego ranka postanowiła być przybyszką z Kosmosu. Uparła się, że założy srebrny zimowy kombinezon, a ponieważ obydwoje rodzice wiedzieli, że próby wpłynięcia na jej decyzję w kwestii stroju kończą się płaczem i koniecznością wciskania ciuchów na siłę na wijące się albo całkowicie sztywne ciałko, machnęli ręką na tę fanaberię. Tomek spakował do siatki ubranie na zmianę, bo było oczywiste, że po kilku godzinach w ciepłej przedszkolnej sali mała Marsjanka przestanie upierać się przy kombinezonie. Jej brat, dziesięcioletni Grześ, tylko przewrócił oczami. W tym roku udało mu się wreszcie przekonać rodziców, że może chodzić do szkoły piechotą, i skończyły się jego udręki z siedzeniem obok zwariowanej i "obciachowej" - jak mówił swoim kolegom - młodszej siostry.

"Przynajmniej jak już zaczną się półkolonie, pozwólcie mi spróbować" - poprosił jeszcze na początku lipca, tuż przed ich wspólnym wyjazdem w góry. Obiecali, że się nad tym zastanowią, a ponieważ chłopiec podczas pobytu w górach dał prawdziwy popis odpowiedzialności, bo nie tylko poprowadził ich szlakiem do schroniska, ale też, zanim któreś z nich zdążyło zareagować, sam wytłumaczył siostrze, dlaczego nie wolno zrywać kwiatków na terenie parku narodowego, zdecydowali, że na sierpniowe zajęcia w ramach półkolonii może chodzić bez opieki. Jego szkoła oddalona była od bloku, w którym mieszkali, zaledwie o trzysta metrów, ale droga do niej wiodła wąską osiedlową uliczką bez chodnika, po czym wychodziła prosto na ruchliwą dwupasmówkę. Wprawdzie naprzeciwko szkoły było przejście dla pieszych i sygnalizacja świetlna, ale rodzice obawiali się, że Grześ będzie próbował skracać sobie drogę i przebiegać wcześniej albo zagapi się i wpadnie pod samochód.

"Obiecuję, że będę zawsze, zawsze, zawsze chodził na pasy. I nigdy nie przejdę na czerwonym świetle" - oznajmił uroczyście Grześ w przeddzień rozpoczęcia półkolonii, więc Julita i Tomek, po długiej naradzie, zdecydowali się dać mu szansę na samodzielność, tym bardziej że zajęcia zaczynały się o różnych porach i mieliby problem z odprowadzaniem go.

"Mam nadzieję, że nadal jest uważny" - myślała Julita. Zajęcia zaczęły się trzy dni temu i Grześ chodził sam. Przećwiczyli to wcześniej kilka razy: on szedł przodem, a Julita albo Tomek kilkanaście metrów za nim, obserwując jego manewry. Zdał ten egzamin na piątkę, więc obydwoje byli spokojniejsi, choć Julita i tak martwiła się, czy nie trafi na jakiegoś pirata drogowego, który zignoruje znaki i wjedzie na pasy wbrew przepisom.

"Nie uchronimy go przed każdym niebezpieczeństwem" - powiedział Tomek, który martwił się tak samo jak ona. "Musimy mu zaufać".

Julita przecięła płytę Rynku Głównego i zwolniła, żeby lepiej widzieć wyłaniające się z gęstej mgły wieże Kościoła Mariackiego. Wydawało się, jakby mgła próbowała je wciągnąć w swoją szarość, ale czubki wież zdołały się wyrwać z tego uścisku i odznaczały się na tle siwego nieba. Po chwili rozległ się dźwięk hejnału i Julita miała wrażenie, jakby siła melodii rozproszyła nieco tę gęstą zasłonę, wyostrzając barwy otaczających Rynek kamienic. Popchnęła ciężkie drzwi jednej z nich i weszła do przestronnego korytarza.

- Dzień dobry! - zawołała do portiera, pana Bronisława, który dawno już powinien odpoczywać na emeryturze, ale twierdził, że jeśli nie będzie miał stałego zajęcia, to zdziadzieje i zaraz umrze, więc nikt go nie próbował namawiać do odejścia, tym bardziej że był dobrą duszą redakcji.

- Dzień dobry! - Mężczyzna pomachał do niej, żeby podeszła, a gdy się zbliżyła, wręczył jej woreczek pełen czereśni. - To z mojej działki! - pochwalił się.

- Och, dziękuję! Aż ślinka cieknie, takie piękne! - Na wszelki wypadek od razu po wejściu do biura schowała owoce do lodówki, bo za bardzo ją kusiły, a chciała je zawieźć do domu dla dzieciaków.

Julita podeszła do swojego biurka i zmarszczyła brwi, widząc samoprzylepną karteczkę z wiadomością: "Spotkanie u Marioli - 9.00". Szefowa rzadko przychodziła do pracy tak wcześnie, zatem coś musiało się stać. Julita zerknęła na zegarek: miała pół godziny, więc zaparzyła sobie kawę i w duchu zrobiła rachunek sumienia. Czy czymś podpadła? Coś zaniedbała? A może jakiś reportaż wywołał burzę? Nie przypominała sobie niczego, co mogłoby tak zadziałać, ale kto wie?

"W Krakowie nigdy nic nie wiadomo" - pomyślała, stojąc z kawą przy oknie i patrząc na płytę Rynku, już zapełnioną turystami. Eleganckie karoce zaprzężone w piękne rumaki stały rzędem wzdłuż kawiarnianych ogródków, w których z wolna zaczynał się ruch. Przypomniała sobie krótki reportaż o remoncie popularnego w mieście kąpieliska, który zaplanowano na marzec, ale w wyniku biurokratycznych procedur miał rozpocząć się w połowie sierpnia. Lato wciąż było upalne i perspektywa zamknięcia lub ograniczenia dostępu do wody wywołała wielkie emocje u mieszkańców. "Może ktoś z urzędu ma do mnie pretensje o nagłośnienie sprawy i stąd to nagłe spotkanie?" - rozważała.

Za pięć dziewiąta zapukała do drzwi biura Marioli, po czym weszła, nie czekając na zaproszenie, jak to było w zwyczaju w ich redakcji.

Rozdział 2

Biuro Marioli prezentowało się imponująco i przez długi czas Julicie, gdy przekraczała jego próg, wyrywało się w duchu "WOW". Niemal każdy tak reagował, gdy wchodził tutaj po raz pierwszy: wielka przestrzeń, błyszczący parkiet, dekoracyjne stiuki, oszałamiający żyrandol, ściana pokryta obrazami - wszystko to tworzyło niezwykły klimat przepychu jak z dawnej epoki. Największe wrażenie robiło bez wątpienia ogromne okno, z którego rozciągał się widok na Sukiennice i wieżę ratuszową. Nawet gdy maszerowały wokół tłumy turystów, było w tym widoku coś uspokajającego i kojącego, a jednocześnie optymistycznego, ze względu na piękno architektury i mnogość barw: pastelowe fasady kamienic, kolorowe ubrania turystów, kwiaty w kawiarnianych ogródkach, dorożki. U Julity ten widok budził nostalgię za czasami, gdy przechadzały się tędy pięknie wystrojone damy, eleganccy kawalerowie, paziowie, żacy. Niekiedy miała wrażenie, że oni wszyscy tam są i kiedy odwraca wzrok, znika kolorowy tłum z telefonami w dłoniach, a pojawiają się krynoliny, treny, wachlarze, surduty...

- O, dobrze, że jesteś, bo mnie zaraz szlag trafi! - Głos Marioli przywołał ją do rzeczywistości.

- Cześć. A co się stało?

- Mireczek...

Pod tym pieszczotliwym mianem krył się właściciel stacji, który zawsze twierdził, że daje swoim redaktorom naczelnym sto procent wolności i to oni decydują, jakie treści pojawiają się w lokalnej stacji. Nie przeszkadzało mu to jednak co jakiś czas podrzucać im tematów, które albo wzbudzały niesmak, albo generowały konflikty, albo zwyczajnie nie wpisywały się w porę roku. Tak miało być i tym razem...

Julita usiadła w wygodnym fotelu naprzeciwko Marioli i uśmiechnęła się.

- A co znowu wymyślił? - zapytała.

- Cześć, sorki za spóźnienie! - Do pokoju wkroczył Borys, dziennikarz odpowiedzialny za rozrywkową część ich ramówki, po czym rozsiadł się obok Julity i spojrzał wyczekująco na Mariolę.

- Od jutra będziecie mieli pod opieką czworo kandydatów na dziennikarzy - oznajmiła szefowa. - Jak się okazuje, w maju odbył się konkurs dla osób uczących się w liceach, a nagrodą jest staż w naszej redakcji. W konkursie wygrały dwie uczennice i dwóch uczniów drugiej klasy z krakowskiego liceum, no i w związku z tym przypadnie wam zaszczyt wprowadzenia ich w arkana zawodu.

- Spoko. Myślałam, że będzie gorzej - stwierdziła Julita, ale szefowa uniosła dłoń.

- Nie spiesz się tak z wydawaniem wyroku, bo najlepsze zostawiłam na koniec - powiedziała. - Nie usłyszeliście jeszcze, nad jakim tematem macie z nimi pracować.

- Już został wymyślony? - zdziwił się Borys.

- Otóż to. A temat ten brzmi: "Za co kochamy Boże Narodzenie?".

W biurze zapadła cisza, w której słychać było gwar turystów i stukanie końskich kopyt o bruk. Julita i Borys wymienili spojrzenia, a potem jednocześnie westchnęli, wydymając policzki.

- No, to Mireczek pokusił się o oryginalność - stwierdziła Julita. - Praca na zadany temat, na dodatek z gotową tezą, która w konkursie na banalność wygrałaby w przedbiegach...

- Weź pod uwagę, że mamy sierpień - zauważyła szefowa. - Więc trzeba mu przyznać, że poleciał mało sztampowo. O tej porze tylko specjaliści od marketingu myślą już o choinkach i dzwoneczkach, a tu proszę... - Mariola podała im teczkę. - Macie CV tych dzieciaków. I zasady stażu. Bo nie myślcie sobie, że możemy je sami ustalić... Otóż: wyjaśnicie im, jak działa sprzęt, opowiecie trochę o pracy, a potem wypożyczycie kamery i wypuścicie na ulice miasta, by samodzielnie zrobili reportaż na zadany temat. To jest ważny punkt: nikt nie może im pomagać. Sami mają sobie poradzić z nagraniem, obrazem, dźwiękiem, montażem i wywiadami. Później to obejrzycie, ocenicie i dacie im ładne, błyszczące zaświadczenia, że ukończyli staż.

- No i git - stwierdził Borys. - W sam raz do świąt się wyrobimy.

Szefowa odchrząknęła i uśmiechnęła się słodko.

- Jak już mówiłam, najlepsze zostawiłam na koniec - powiedziała. - Mireczek chce, żeby kurs zakończył się przed ostatnim weekendem sierpnia, no bo później dzieciaki idą do szkoły.

- Niecałe dwa tygodnie?! - zawołali jednocześnie Julita i Borys, po czym przybili sobie piątkę za to zgranie.

- W sumie spoko. - Julita machnęła ręką. - Dzisiaj prawie każdy jest trochę reporterem i fotografem, a już nastolatki to na pewno, dlatego obsługę kamery złapią w lot. A nawet jeśli nie, to przecież nie wysyłamy tego reportażu na konkurs międzynarodowy, więc... - Zamilkła, bo szefowa znów odchrząknęła. - Wysyłamy?!

- Nie inaczej. Pierwszego września upływa termin nadsyłania prac konkursowych. A nagrodą dla zwycięskiej ekipy dzieciaków jest półroczny płatny staż w BBC. O dziennikarzach prowadzących też nie zapomnieli! Wy dostaniecie dyplomy z podziękowaniem od samego Mireczka! Oraz specjalną premię i dodatkowy tydzień płatnego urlopu!

- Och! Poczułam się, jakby już była Gwiazdka! - Julita uśmiechnęła się szeroko. - Ty naprawdę wiesz, co zachować na koniec!

- No, to teraz możecie wracać do siebie. Na waszej poczcie czeka więcej informacji i wytycznych, więc zapoznajcie się z tym, a od jutra pobawicie się w nauczycieli.

Rozdział 3

Julita wracała z pracy komunikacją miejską. Patrzyła na zakorkowane miasto przez okno tramwaju, który co prawda też raz po raz musiał się zatrzymywać, gdy samochody zajeżdżały mu drogę, ale i tak posuwał się naprzód znacznie szybciej niż pozostali użytkownicy drogi. A przy tym miał włączoną klimatyzację, co było wielkim atutem, bo od kilkunastu dni nieprzerwanie trwał upał. "A my przynajmniej zajmiemy się tematyką świąteczną, zamiast utyskiwać na zmiany klimatu i suszę rujnującą uprawy" - pomyślała dziennikarka i wysiadła na swoim osiedlu.

Następnego ranka Asia zaskoczyła wszystkich, zakładając bez sprzeciwu sukienkę, którą dla niej przygotowali wieczorem. Jej brat podskakiwał z ekscytacji, bo tego dnia mieli zaplanowaną wycieczkę do obserwatorium astronomicznego i jako wielki fan wszystkiego, co związane z Kosmosem, nie mógł się już doczekać. Wyjazd zaplanowano na ósmą rano, dlatego Julita szła wraz z synem do szkoły i miała okazję raz jeszcze się przekonać, że jest ostrożny. Pomachała mu na pożegnanie i patrzyła, jak wbiega po schodach do budynku, a potem wsiadła do tramwaju i kwadrans później szła już ulicą Grodzką. Mimo że nie było jeszcze dziewiątej, panował już upał, który na Rynku szczególnie dawał się we znaki. Przemierzyła plac szybkim krokiem, starając się chronić w cieniu kamienic, po czym z przyjemnością zanurzyła się w klimatyzowanym wnętrzu redakcji.

- Dzień dobry! - Pan Bronisław uśmiechał się szeroko, a ten uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny, gdy Julita położyła na jego stole rysunek, który zrobiła dla niego Asia.

- W podziękowaniu za czereśnie! - oznajmiła. - To portret czereśniowej królewny!

Mężczyzna roześmiał się i wskazał na cztery młode osoby siedzące na ławce pod ścianą. Julita podeszła do nich, przedstawiła się i zaprosiła młodzież do swego pokoju. Poprzedniego dnia ustalili z Borysem, że to właśnie u niej poprowadzą spotkania, jako że on dzielił biuro z trzema kolegami i zawsze panował tam rozgardiasz. Pokój Julity, choć nie tak imponujący jak ten szefowej, również robił duże wrażenie, jak zresztą każde wnętrze tej pięknej, zabytkowej kamienicy.

- Usiądźcie, proszę. - Z uśmiechem wskazała młodym miejsca za stołem. Teraz dopiero mogła się im przyjrzeć. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Jako pierwsza usiadła Gloria: wysoka, szczupła, czarnowłosa dziewczyna, ubrana od stóp do głów na czarno. Czarne miała również paznokcie i usta. Zajęła miejsce naprzeciwko Julity i wbiła w nią wzrok, jakby oczekiwała na jakiś komentarz. Druga z dziewczyn, Paulina, stanowiła jej przeciwieństwo: niska, pulchna blondynka ubrana w dżinsy i koszulkę w kolorach tęczy. Uśmiechnęła się do Julity i usiadła na skraju, żeby, jak wyjaśniła, móc podziwiać widok na Sukiennice. Dwaj chłopcy usiedli obok siebie. Obaj byli podobnie ubrani, choć Julita miała wrażenie, że dżinsy i koszulka Mateusza kosztowały więcej niż wystrój jej biura, podczas gdy Tobiasz miał na sobie koszulkę i dżinsy z Pepco. Wiedziała, bo takie same kupiła niedawno synowi. Mateusz był szczupłym blondynem, a Tobiasz chudym brunetem w okularach. Właśnie je ściągnął i przecierał niezbyt czystą chusteczką, ponieważ zaparowały.

- Sorki za spóźnienie! - Borys wpadł do pokoju, niosąc ze sobą kamerę, mikrofon i słuchawki.

Przez następnych parę godzin tłumaczyli młodym ludziom, jak działa sprzęt, każdy próbował sam nagrywać, a potem oglądali te materiały i uczyli się montować, co, jak się okazało, Gloria miała opanowane do perfekcji.

- Trochę się bawię na TikToku i Instagramie - przyznała, a gdy pokazała swoje profile, okazało się, że ma po kilka tysięcy obserwujących. - W wakacje mam więcej czasu, więc mogę się w to porządnie zaangażować, no ale w roku szkolnym jest gorzej. A jeśli dodajesz tylko jeden filmik na tydzień, oglądalność spada, bo algorytmy są nieubłagane. Przy tym nie sprecyzowałam jeszcze, jaką tematyką będę się zajmować, ponieważ interesuje mnie tyle spraw, że szok! A tutaj mam listę tematów, które wymyśliłam, jeśli chodzi o ten reportaż!

Podała Julicie kartkę i dziennikarka wymieniła niepewne spojrzenie z Borysem.

- Obawiam się, że twoje pomysły, chociaż widzę tu kilka naprawdę ciekawych, będą musiały poczekać na lepszą okazję, bo w tym przypadku mamy, niestety, narzucony konkretny temat - powiedziała i westchnęła. Młodzież spojrzała na nią wyczekująco.

- Za co kochamy Boże Narodzenie? - odpalił bombę Borys.

Młodzi ludzie popatrzyli na niego, marszcząc brwi.

- To jest temat - wyjaśniła Julita.

- Ale... jeden? - zapytała Paulina. - Nie ma wyboru?

- Życie - podsumowała dziennikarka.

- No, dobra. Nikt nie mówił, że będzie łatwo - stwierdziła Gloria.

Kiedy już młodzież przetrawiła temat, pojawiły się pierwsze pomysły.

- Do tego wam się wtrącać nie będziemy - zastrzegła Julita. - Więc ustalicie to już później. Jeszcze jutro Borys zajmie wam chwilę i omówi ogólne zasady prowadzenia wywiadu i kilka innych kwestii, no i będziecie mogli ruszyć w teren, chyba że pojawią się jakieś pytania i wątpliwości. Pamiętajcie, że jesteśmy tutaj po to, żeby wam pomagać, więc możecie przyjść i pytać. Jutro mam spotkania poza redakcją, dlatego część teoretyczną wziął na siebie Borys.

- Tak jest - potwierdził. - Szybko się wyrobimy, bo wiem, że czasu macie niewiele, a stawka jest niezła.

Julita była następnego dnia umówiona w kilku sklepach na Kazimierzu na rozmowę o krakowskich pamiątkach, więc ucieszyła się, że Borys zajmie się stażystami, zwłaszcza że miał dobre podejście do młodych.

Rozdział 4

Na rozmowy ze sklepikarzami Julita jechała zdenerwowana, bo tego ranka Asia postanowiła pójść do przedszkola w sukni królewny, którą Tomek mocno przypalił podczas prasowania. Pośrodku ziała czarna dziura, jednak dziewczynka nie pozwoliła wyrzucić kreacji. Z kolei Grześ przypomniał sobie po przebudzeniu, że dziś, ze względu na zapowiadaną brzydką pogodę, mają zajęcia w szkole i powinien przynieść farby, blok, klej, papier kolorowy i bibułę.

- Nie mogłeś powiedzieć wcześniej? - zirytowała się. - Bibułę zużyliście z Asią na zrobienie wierzby płaczącej!

- Zapomniałem. - Chłopiec wzruszył ramionami.

Tomek akurat wyjeżdżał wcześniej, bo miał spotkanie z kontrahentem, więc Julita z dziećmi zabrała się z nim i pojechali razem do supermarketu, gdzie nabyli potrzebne przybory. Później zaprowadziła królewnę do jej sali przedszkolnej, a Grzesia na półkolonie, i wsiadła do tramwaju.

"Może jednak powinniśmy kupić drugi samochód?" - rozważała, ale widząc korek, jaki się utworzył wzdłuż ulicy, którą jechała, uznała, że to nie ma sensu. Poza tym, gdyby miała własny wóz, wciąż musiałaby się martwić o miejsce do zaparkowania.

Wywiady z właścicielami sklepów z pamiątkami okazały się bardzo ciekawe, choć nieco gorzkie. Wiele osób pokazywało jej i kamerzyście przepiękne haftowane serwety, obrusy, chusty, szydełkowe cudeńka, ręcznie robioną biżuterię, wszystko kupowane u okolicznych rękodzielniczek. Sklepikarki wzdychały ze smutkiem, że te rzeczy nie cieszą się popularnością wśród turystów.

- Wie pani, co teraz najchętniej kupują? - mówiła młoda kobieta, odkładając śliczną lalkę w krakowskim stroju. - Gluty! - odpowiedziała samej sobie i zaprezentowała do kamery pudełko zawierające nieciekawie wyglądającą substancję. - Oczywiście, w opakowaniu z napisem "Kraków" - dodała, przewracając oczami.

- Wcześniej modna była gęś, potem kapibary - mówiła inna sprzedawczyni. - Rzadko się zdarza ktoś, kto szuka niepowtarzalnych pamiątek, a nawet jeśli marzą mu się takie, to marudzi, że drogie. A jak ma być tanie, gdy nad taką chustą hafciarka spędziła cały tydzień?

- Potem narzekamy, że nas zalewa tandeta - zauważył właściciel sklepu z koszulkami. - A przecież to my dokonujemy wyborów! To badziewie ktoś kupuje, i to nie jeden czy dwóch, tylko całe masy. Jest popyt, jest podaż. Stara prawda marketingu.

Tego dnia Julita nie wróciła już do biura, bo rozmowy potrwały znacznie dłużej, niż założyła, a czekał ich jeszcze montaż, który zawsze zajmował dużo czasu, więc ustaliła z ekipą, że usiądą nad tym następnego dnia. Odebrała z przedszkola Asię, która przeszła wielką metamorfozę i z królewny zmieniła się w smoka: miała głowę z pomalowanego na zielono kartonu i ogon z bibułek.

- Mamy w grupie również czarodzieja i to jego sprawka - wyjaśniła nauczycielka, pani Jola, wskazując na chłopca trzymającego różdżkę.

- Och, cóż ja pocznę! - Julita teatralnie załamała ręce. - Myśli pani, że lody czekoladowe sprawią, że ten smok zniknie i odzyskam moją córeczkę?

- Oj, nie wiem. Może prędzej zupa kalafiorowa? - rozważała nauczycielka, dobrze wiedząc, że Asia nie znosi takiej zupy.

- Po lodach zmienię się w Asię! - zapewnił smok tubalnym głosem, wobec czego Julita zabrała córeczkę do parku, gdzie straszny smok zniknął i zmienił się w czterolatkę. Odebrały razem Grzesia, który na zajęciach plastycznych zrobił makietę wiejskiego gospodarstwa, więc wracali do domu, niosąc przestrzenną pracę tak, by się nie uszkodziła.

Tomek przyszedł z pracy nachmurzony i zmartwiony. Zauważyła to od razu po tym, jak niedbale rzucił swoją teczkę w przedpokoju i jak przywitał się z dziećmi: niby z uśmiechem, ale ten uśmiech nie obejmował jego oczu. Nie pytała, co się stało, bo wiedziała, że powie jej, gdy już będą sami. I rzeczywiście, kiedy dzieci pobiegły do siebie, żeby bawić się makietą Grzesia, Tomek zaparzył im obojgu kawę i usiedli w kuchni.

- Podpisałem umowę z tym nowym kontrahentem. To wielka firma i bardzo duża szansa dla nas - zaczął.

- Super, gratuluję.

- Dzięki - rzucił gorzko. - Nawet premię za to dostanę. Ale wiesz, kto będzie nadzorował wdrażanie zabezpieczeń?

- Domyślam się, że nie ty...

- Dobrze się domyślasz! Cholerny Boguś!

- Ale przecież on się na tym nie zna!

- Dokładnie! Tak samo, jak te dwie gwiazdy z księgowości!

Tomek opowiadał jej kilka miesięcy wcześniej, że szef zatrudnił w dziale księgowym dwie kuzynki, z których żadna nie miała pojęcia o tej dziedzinie. Na szczęście była jeszcze główna księgowa, która potrafiła ograniczyć szkody i wyznaczała im proste zadania, ale w każdym dziale firmy przejętej trzy lata temu przez nowego prezesa pojawiały się osoby nazywane przez starszych pracowników "paprotkami". "Niewiele umieją, a zajmują miejsce i zużywają tlen" - mruczeli ludzie, jednak nikt się nie odważył powiedzieć tego wprost.

- I szef dał właśnie jemu waszego największego kontrahenta?! Sam siebie sabotuje?

- No, wszyscy się wkurzyli! Problem z Bogusiem jest taki, że podczas gdy większość "paprotek" stara się nie wychylać, siedzi cicho i po prostu bierze pensje za to, że jest, on zawsze chce grać pierwsze skrzypce i uważa, że zna się na zabezpieczeniach i ochronie mienia, ponieważ kiedyś pracował jako ochroniarz w hipermarkecie. - Tomek prychnął. - Poza tym oznajmił, że mamy tak dobry system, że nawet małpa by go zainstalowała...

- Już to widzę.

- A najgorsze jest to, że kiedy już wszystko dokładnie schrzani, to ktoś ze starej gwardii będzie musiał po nim sprzątać i ratować, co się da. Jak zwykle.

Na tym rozmowa się skończyła, bo Asia uszkodziła jeden z budynków gospodarczych na farmie Grzesia i rodzice musieli interweniować, a później przyszła pora na układanie się do snu i czytanie książeczki. Wieczór był upalny i kładąc się spać, Julita po raz kolejny pomyślała o tym, że może będzie trzeba zainstalować klimatyzację. Nie chciała zawracać głowy Tomkowi w tej chwili, więc zapisała to w pamięci, bo wyglądało na to, że z roku na rok fale upałów są bardziej męczące i coraz trudniej jest przetrwać lato w mieście.

Rozdział 5

W ciągu kolejnych kilku dni Julita widywała czworo praktykantów tylko przelotnie, kiedy przychodzili do biura, by pobrać sprzęt, i gdy wracali, by go oddać. Byli podekscytowani i widziała, że cieszy ich ta praca, więc liczyła na to, że ich materiał okaże się interesujący.

"Zrobić oryginalny reportaż na temat, który wydaje się już kompletnie zużyty i przerobiony na tysiąc sposobów, to jest prawdziwa sztuka" - myślała. "Jeśli temu podołają, wystawię im najwyższe noty".

Zarówno ona, jak i Borys sądzili, że młodzi ludzie będą do nich przychodzić po rady, ale najwyraźniej wystarczyło im dwudniowe szkolenie, bo żadne nie pojawiło się do końca tygodnia, a na dwa dni przed upływem terminu oddania reportażu przynieśli do biura Julity pendrive.

- Gotowe - oznajmiła Gloria. - Zmontowane, przerobione, wypieszczone. Prosimy o werdykt.

- Jasne! Postaramy się jak najszybciej obejrzeć - obiecała, jednak tego dnia czas na oglądanie miał tylko Borys, bo Julita jechała do jednej z fabryk na spotkanie ze strajkującymi pracownikami, którym od maja nie wypłacano pensji.

- Jak dla mnie, jest git - oznajmił Borys następnego dnia, oddając jej pendrive. - Fakt, nie wysilili się na nic oryginalnego, ale zrobili wyciskacz łez i wzruszających "achów". Napisałem im wstępną ocenę, dodaj coś od siebie, gdy już obejrzysz.

- Okej.

Tego dnia Julita była umówiona na wywiad ze znaną aktorką, więc i tak zamierzała dłużej zostać w biurze. O siedemnastej aktorka przysłała wiadomość, że jej pociąg ma dwie godziny opóźnienia, zatem Julita włożyła pendrive i uruchomiła plik z reportażem. Rozsiadła się wygodnie i sięgnęła po kubek z kawą. Na ekranie pojawiły się płatki śniegu.

"Ale oryginalne" - mruknęła.

W tle rozległ się głos lektora:

"Boże Narodzenie to piękny okres, kiedy topnieją nawet najtwardsze serca, a zima, mimo mrozu i wiatru, wydaje się zaczarowana... Przerwa świąteczna to czas nie tylko na odpoczynek, ale też na odnalezienie bliskości i dostrzeżenie tego, co w życiu ważne. I na przekonanie się, że w święta wokół nas rodzi się magia".

W trakcie tej przemowy zmieniała się sceneria: najpierw pojawiła się góralska chata zasypana śniegiem, potem pięknie udekorowana choinka na miejskim rynku, dzieci zjeżdżające na sankach i zakochana para całująca się pod jemiołą.

"Trąci kiczem i banałem, zwłaszcza ci piękni i młodzi zakochani" - pomyślała Julita. "Ale trzeba przyznać, że grafika jest bez zarzutu, a i tekst niezły".

Dalej pokazano ludzi, którzy odpowiadali na pytanie o to, za co kochają święta Bożego Narodzenia. Dwie starsze panie, matka z dzieckiem, nastolatka, mały chłopiec, trzyosobowa rodzina. Każdy wygłaszał peany na cześć świątecznej atmosfery, każdy mówił o rodzinie, śniegu, pierniczkach, zapachu choinki i prezentach.

- No, to teraz dopiero się zacznie - stwierdziła Julita i wyprostowała się, widząc na ekranie swego sąsiada z bloku, zgryźliwego staruszka, którego na swój użytek nazywali w rodzinie Bazyliszkiem, jako że witał wszystkich złym spojrzeniem.

- Dzwoneczki, pada śnieg, kolorowe światełka, skrzaty, aniołki, prezenty - wyliczał uśmiechnięty Bazyliszek na ekranie komputera. - Kto by tego nie lubił?

Tutaj pojawiał się znów uroczy obrazek: roześmiane dzieci wyciągające spod choinki pięknie opakowane paczuszki.

"Ej, no zaraz, nie wierzę!" - Julita przysunęła twarz do ekranu, jakby w ten sposób mogła wydobyć z niesympatycznego sąsiada jakieś narzekanie. "Facet, który nawet na przywitanie czasem nie odpowiada i na każdy dzień ma jakąś czarną myśl, nagle rozpływa się nad świętami?! Coś tu nie gra".

Jej dziennikarski nos węszył nieuczciwość, na którą była uczulona. Zamknęła film i otworzyła folder z materiałami, które młodzież musiała dołączyć do swojej pracy, bo tak nakazywał regulamin. Przeglądała kolejne pliki, aż wreszcie na ekranie ponownie pojawił się Bazyliszek.

- Dzwoneczki, pada śnieg, kolorowe światełka, skrzaty, aniołki, prezenty - powiedział i skrzywił się, czego na zmontowanym filmie widać nie było. - I inne gówienka ozdobione sreberkami. Kto by tego nie lubił, co? Otóż mało kto to lubi, tylko każdy się boi przyznać. Że go potem będą palcami wytykać i wyzywać od Scrooge'ów! Co dobrego jest w tych duperelach, którymi karmią nas sklepy? Kup to, kup tamto, kup sramto! Dobre to tylko dla tych, co na tym badziewiu zarabiają! Dla mnie to te święta powinny całkowicie zniknąć z kalendarza, bo...

Julita wyłączyła film i pokręciła głową. Zerknęła na zegarek, a ponieważ aktorka nadal tkwiła w spóźnionym pociągu, zaczęła przeglądać następne filmy spośród oryginałów i znalazła jeszcze trzy, które młodzi ludzie zmontowali podobnie jak ten z Bazyliszkiem.

- To taki piękny, wzruszający czas dla rodziny. Przyjeżdżają moi synowie, synowe, wnuki - mówiła z uśmiechem starsza pani. - Gotuję ich ulubione potrawy, siedzimy sobie razem, wspominamy, śmiejemy się... - W zmontowanym reportażu pojawiło się tyle, ale tak naprawdę kobieta miała więcej do powiedzenia. - Niestety, to tylko moje marzenie - dodała po chwili na oryginalnym nagraniu i posmutniała. - Co roku jestem sama, nikt mnie nie odwiedza... I gotuję te ich ulubione potrawy po to tylko, żeby choć przez chwilę łudzić się, że ich tym zwabię. Że znów się zobaczymy... - Pokręciła głową i odeszła szybkim krokiem.

- No to nieźle się państwo popisali - mruknęła Julita. Obejrzała resztę oryginalnych wywiadów i znalazła jeszcze jeden, który został zmanipulowany w podobny sposób: nastoletnia blondynka w reportażu mówiła o wspólnych świętach spędzanych z mamą:

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej