Rozdział I
GWIAZDKOWE KWIATY
Gwiazdkowe kwiaty w zimowym lesie Las tego dnia pachniał inaczej niż zwykle. Powietrze było miękkie jak sen, a słońce tańczyło między gałęziami świerków, rzucając na śnieg złote plamki światła. Małe płatki śniegu wirującego w powietrzu skrzypiały pod stopami, a zapach igliwia mieszał się z aromatem sosnowych szyszek. Sabinka szła ścieżką, trzymając mamę za rękę. W drugiej dłoni niosła mały koszyk, w którym oprócz kolorowych liści i szyszek znajdowały się malutkie ozdoby choinkowe - prezenty dla lasu i dla siebie. - Zobacz, mamo! - zawołała nagle. - Te kwiatki błyszczą jakby miały w sobie gwiazdki! I śnieg je całuje jak brokat! Mama uśmiechnęła się, lecz nie dostrzegła niczego niezwykłego. - Może to tylko promień słońca, kochanie. Nie oddalaj się, dobrze? Ale Sabinka już zrobiła kilka kroków dalej. Kwiaty były naprawdę niezwykłe - ich płatki mieniły się różem, błękitem i złotem, a od ich wnętrza unosiły się drobne, migoczące kryształki jak śnieg w słońcu. A co dziwniejsze, kiedy dziewczynka się pochyliła, usłyszała cichy, dzwoniący szept: - Sabinko... Sabinko... chodź bliżej... Zatrzymała oddech. Czy to wiatr tak szumi między świerkami? A może ktoś naprawdę ją woła? Kucnęła i dotknęła jednego z kwiatów. Był miękki, cieplutki mimo mroźnego powietrza, a jego zapach sprawił, że serce Sabinki zabiło szybciej - mieszał się aromat kwiatów i igliwia, z lekką nutką piernika, unoszącą się gdzieś z lasu. - Jakie jesteście piękne... wyszeptała. Mama się ucieszy, jak wam zerwę parę. I wtedy - jakby sama magia prowadziła jej dłonie - zaczęła zrywać kwiatki jeden po drugim. Nie zauważyła, że ścieżka dawno już się skończyła, a las wokół stawał się coraz cichszy. Śnieg skrzypiał coraz rzadziej, a powietrze pachniało świętami. Nie słychać było już ani ptaków, ani wiatru.
Tylko szelest - delikatny, jakby ktoś stąpał tuż za nią, a gdzieniegdzie drobne światełka choinki, która stała w oddali, migotały wśród drzew. Sabinka odwróciła się gwałtownie. - Mamo? Tato? - zawołała, ale odpowiadało jej tylko echo. Zrobiło się chłodniej, a śnieg osiadł na jej włosach jak srebrne włókna. Kwiaty w jej dłoni lekko zadrżały, jakby poruszone niewidzialnym tchnieniem. - Chodź, Sabinko... jeszcze kawałek... - znów rozległ się głos. Tym razem bliżej, a w powietrzu unosił się zapach cynamonu i igliwia. Dziewczynka ruszyła przed siebie. Czuła się jak we śnie - każdy krok był miękki jak świeży śnieg, każdy cień tańczył przed oczami, a wśród gałęzi migotały drobne świąteczne światełka. Nie wiedziała, że im dalej pójdzie, tym bardziej oddali się od świata, który znała. Nagle potknęła się o korzeń i upadła na miękki mech przykryty śniegiem. Koszyk potoczył się w bok, a kwiaty rozsypały wśród liści i śniegu. Łzy napłynęły jej do oczu. - Mamusiu... - szepnęła. - Gdzie jesteś? Zanim jednak rozpłakała się na dobre, usłyszała coś innego - ciche stuknięcie, jakby ktoś szedł po suchym śniegu i gałązkach. Podniosła głowę. Między drzewami stała sarenka. Jej futerko połyskiwało w świetle zimowego słońca, a oczy były tak łagodne, że Sabinka zapomniała o strachu. - Cześć... - powiedziała nieśmiało dziewczynka. - Zgubiłam się. Sarenka zrobiła krok do przodu, pochyliła głowę i trąciła nosem jej dłoń. Była ciepła i delikatna jak promień zimowego światła odbijający się od śniegu. - Czy ty... wiesz, gdzie jest moja mama? - zapytała Sabinka. Sarenka nie odpowiedziała słowami, ale jej spojrzenie było tak mądre, że dziewczynka zrozumiała wszystko. Zwierzątko powoli ruszyło w głąb lasu, oglądając się, jakby zapraszało Sabinkę, by poszła za nim. Sabinka wzięła głęboki oddech, otarła łzy i ruszyła za sarenką. Światło między drzewami drżało, a powietrze wypełnił dziwny, kołyszący zapach kwiatów i igliwia. Wśród gałęzi migotały małe lampki jak gwiazdki świąteczne. Nie wiedziała jeszcze, że każdy jej krok prowadzi coraz głębiej - do miejsca, w którym las przestaje być zwyczajny, a zaczyna śnić własny zimowy sen.