Świat Zosi - Aleksandra Pałka

Kup ebooka

54.00 zł
44.82 zł (37,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Droga Czy­tel­niczko! Drogi Czy­tel­niku!

Oddaję w Twoje ręce zbiór opo­wia­dań filo­zo­ficz­nych prze­zna­czo­nych spe­cjal­nie dla Cie­bie. Być może zasta­na­wiasz się, co wła­ści­wie ozna­cza to, że są one "filo­zo­ficzne". Czy sły­sza­łaś/sły­sza­łeś kie­dyś o filo­zo­fii i czy wiesz, czym ona jest? Pozwól, że Ci wytłu­ma­czę. Słowo "filo­zo­fia" pocho­dzi z języka grec­kiego i składa się z dwóch wyra­zów: philé?, który ozna­cza "miłuję (kocham)" i sophia, który ozna­cza "mądrość". Czy rozu­miesz teraz, czym jest filo­zo­fia? Tak, to po pro­stu miłość do mądro­ści! Ponie­waż jestem nauczy­cielką, a także mamą, bar­dzo dużo czasu spę­dzam z dziećmi i wiem, że one kochają być mądre. Jestem prze­ko­nana, że dzieci są praw­dzi­wymi, a może nawet naj­lep­szymi filo­zo­fami, dla­tego wła­śnie napi­sa­łam dla Was tę książkę.

Tak naprawdę filo­zo­fo­wa­nie jest bar­dzo sta­rym zaję­ciem. Pierwsi filo­zo­fo­wie, jakich znamy, żyli bar­dzo dawno temu, w sta­ro­żyt­nej Gre­cji. Nie­któ­rzy z nich uwa­żali, że filo­zof to ktoś taki, kto... bar­dzo dziwi się światu. Czy zda­rza Ci się, że dzi­wisz się światu? Czy cza­sami spo­glą­dasz na swoje oto­cze­nie i zasta­na­wiasz się, skąd się wzięło to wszystko co widzisz, i jak to działa? Gdzie świat ma począ­tek, a gdzie koniec i co jest tam, gdzie niczego nie ma? Co odróż­nia czło­wieka od zwie­rząt? Co jest dobre, a co złe? A może zada­jesz sobie jesz­cze inne filo­zoficzne pyta­nia? Jeżeli tak, to cudow­nie! A jeśli jesz­cze nie zda­rzyło Ci się filo­zofować, to ta książka jest po to, by Cię do tego zachę­cić. Widzisz, kiedy dora­stamy, powoli przy­zwy­cza­jamy się już do świata i prze­sta­jemy się nim zadzi­wiać. Ode­chciewa nam się wtedy odkry­wać jego naj­głęb­sze tajem­nice, a szkoda...

Książka ta powstała z mojej wiel­kiej sym­pa­tii do dzieci i wiary w ich wyjąt­kową, nie­po­wta­rzalną mądrość. Napi­sa­łam ją dla­tego, że to wła­śnie Ty, jako dziecko, jak nikt inny potra­fisz zdu­mie­wać się świa­tem. Jak nikt inny umiesz kom­bi­no­wać, badać i odkry­wać. Jak nikt inny, to wła­śnie Ty jesteś w sta­nie nie­stru­dze­nie zada­wać pyta­nia!

Przed­sta­wiam Ci Zosię, uczen­nicę szkoły pod­sta­wo­wej, która bar­dzo chce wszystko wie­dzieć i rozu­mieć, jest docie­kliwa i nie boi się poszu­ki­wać odpo­wie­dzi, nawet jeśli cza­sami ich nie znaj­duje. Dziew­czynka ta ma star­szego brata Filipa, który jest już na tyle doj­rzały, by umieć jej wiele wytłu­ma­czyć, lecz wciąż na tyle młody, by dobrze rozu­mieć sio­strę. W każ­dym roz­dziale Filip i Zosia wspól­nie filo­zo­fują na różne inte­re­su­jące tematy, i mam nadzieję, że zain­te­re­sują także Cie­bie. Pamię­taj jed­nak, że ta książka nie jest po to, być udzie­lić Ci goto­wych odpo­wie­dzi na te filo­zo­ficzne pyta­nia. Nie jest rów­nież po to, by przed­sta­wić Ci, co o tym myśleli różni wielcy filo­zo­fo­wie. Jest raczej po to, by zachę­cić Cię do samo­dziel­nych poszu­ki­wań!

Z tej książki nauczysz się także tego, że każdy czło­wiek może mieć inne zda­nie na jakiś temat i że cza­sem trudno powie­dzieć, kto ma rację. Ważne, by wie­dzieć, że każda opi­nia jest bar­dzo cenna i każ­dej warto wysłu­chać. Naj­waż­niej­sze jed­nak jest to, by pozo­stać cie­ka­wym świata i nie rezy­gno­wać z zada­wa­nia pytań - to one w filo­zo­fii są naj­bar­dziej potrzebne! Zachę­cam Cię do tego, by po prze­czy­ta­niu każ­dego roz­działu poroz­ma­wiać z kimś o tym, o czym filo­zo­fo­wali Zosia i Filip. Na końcu każ­dego opo­wia­da­nia znaj­dziesz zestaw przy­kła­do­wych pytań, które mogą pomóc Tobie i bli­skiej Ci oso­bie w prze­pro­wa­dze­niu dys­ku­sji. Poproś kogoś, by zadał Ci te pyta­nia. A może to Ty zechcesz zadać je komuś? Mamie, tacie, babci, dziad­kowi, sio­strze, bratu, a może przy­ja­cie­lowi? A może skie­ru­jesz je do nauczy­ciela lub nauczy­cielki? Nie musisz zada­wać ich wszyst­kich i w takiej samej kolej­no­ści, w jakiej ja je napi­sa­łam - możesz wybrać nie­które z nich, szcze­gól­nie ważne dla Cie­bie, albo... nie wybie­rać żad­nych i zamiast tego wymy­ślić wła­sne ważne pyta­nia.

Celem tej książki jest obu­dze­nie w Tobie filo­zofa, czyli nikogo strasz­nego, dziw­nego ani tajem­ni­czego, tylko kogoś bar­dzo faj­nego, cie­ka­wego świata i kocha­ją­cego mądrość. A wła­śnie... Co to zna­czy "mądrość" i "bycie mądrym"? Nie wiem, ale pofi­lo­zo­fuj na ten temat... Być może ta książka nauczy Cię zada­wać kolejne filo­zo­ficzne pyta­nia i kom­bi­no­wać, jak na nie odpo­wie­dzieć.

Życzę Ci jak naj­przy­jem­niej­szej lek­tury!

Autorka

PS Zwróć, pro­szę, uwagę na imiona głów­nych boha­te­rów... Jak myślisz, czy są one przy­pad­kowe?

Z

1. Piękno

W tym tygo­dniu Zosia była na jesien­nej gór­skiej wycieczce. Klasa 2b wspięła się na Rusi­nową Polanę w Tatrach, gdzie nauczy­cielka wytłu­ma­czyła dzie­ciom, czym jest pano­rama i jakie szczyty potęż­nych gór są widoczne z miej­sca, w któ­rym grupa się zatrzy­mała. Zosia nie była jedną z naj­pil­niej­szych uczen­nic, raczej jedną z tych, które na lek­cjach bujają w obło­kach, czyli roz­my­ślają nie o tym, co mówi pani, lecz o tym, o czym aku­rat mają ochotę roz­my­ślać. Tym razem jed­nak uważ­nie słu­chała i bar­dzo się sta­rała zapa­mię­tać tajem­ni­cze nazwy obser­wo­wa­nych gór. Zachwy­cał ją widok poszar­pa­nych i lekko obsy­pa­nych śnie­giem wierz­choł­ków na tle pogod­nego nieba.

- I jak się wam podoba? - zapy­tała wycho­waw­czyni, gdy skoń­czyła opi­sy­wać kra­jo­braz.

Przez odpo­czy­wa­jącą na pola­nie grupę prze­bie­gły wymie­szane szmery: "faj­nie", "ład­nie", "spoko" - mówiły dzieci. Zosia też wyra­ziła opi­nię.

- Tu jest pięk­nie! - zawo­łała gło­śno, a pani spoj­rzała na nią z uśmie­chem.

- Cie­szę się, że jeste­ście zado­wo­leni. W ponie­dzia­łek w szkole będziemy malo­wać to, co teraz oglą­damy, więc pro­szę dokład­nie obej­rzeć pano­ramę.

Zosia zdą­żyła już zapo­mnieć, czym jest pano­rama, ale nie prze­jęła się tym, ponie­waż w sobotę miał przy­je­chać do domu jej brat. Posta­no­wiła, że go zapyta, a on jej na pewno wytłu­ma­czy. Zosia uwa­żała swo­jego brata za naj­mą­drzej­szego na świe­cie i każ­demu się chwa­liła, że on ma już dzie­więt­na­ście lat i że wyje­chał na stu­dia do Kra­kowa.

W sobotę od rana mama goto­wała zupy i gulasz, prze­le­wała je do sło­ików i mocno zakrę­cała. To dla Filipa, który miesz­ka­jąc w dużym mie­ście, zda­niem mamy byle jak się odży­wia, czyli je same nie­zdrowe rze­czy. Wresz­cie przy­je­chał, a Zosia jak zwy­kle rzu­ciła mu się na szyję już w progu. Odkąd się wypro­wa­dził, w domu było bar­dzo nudno.

Po obie­dzie mama popro­siła Filipa, by pomógł Zosi w odro­bie­niu lek­cji na ponie­dzia­łek. Kiedy rodzeń­stwo upo­rało się już z rze­czow­ni­kami i cza­sow­ni­kami, Filip zapy­tał sio­strzyczkę, jak minął jej tydzień w szkole, a Zosia od razu zaczęła opo­wia­dać o wycieczce.

- W auto­ka­rze sie­dzia­łam z Anią. Śpie­wa­li­śmy pio­senki przez całą drogę, a potem wspi­na­li­śmy się przez las pod górkę, a ja szłam na samym początku! Wszy­scy narze­kali i pytali, czy daleko jesz­cze, tylko nie ja!

- Ale potem pozwo­lili wam odpo­cząć, prawda? - Filip uważ­nie przy­słu­chi­wał się opo­wie­ści sio­stry. Stę­sk­nił się za nią, jak zwy­kle.

- Tak, pani posa­dziła nas na takiej łące, z któ­rej był piękny widok. Ale chyba tylko ja tak uwa­żam...

- Dla­czego tak myślisz?

- Bo pani zapy­tała i nikt nie powie­dział, że jest pięk­nie, tylko ja. Nie­któ­rzy sie­dzieli tyłem do widoku, a Bar­tek i Maciek co chwilę wycią­gali tele­fony i pani ich cią­gle upo­mi­nała.

- Widocz­nie dla nich tele­fony są piękne, a góry nie.

- Jak tele­fon może być piękny? - obu­rzyła się Zosia.

- Dla nie­któ­rych może być. Pokażę ci coś. - Filip wstał i wyszedł na chwilę z pokoju. Przy­niósł grubą książkę - album podróż­ni­czy z foto­gra­fiami.

Zosia usia­dła obok brata na łóżku, bar­dzo cie­kawa, co zaraz zoba­czy. Chło­pak powoli prze­wra­cał karty tej wiel­kiej księgi i opo­wia­dał, co widać na zdję­ciach. Na jed­nym było mia­sto - bar­dzo nowo­cze­sne i pełne wyso­kich, szkla­nych budyn­ków. Na innym zadbany ogród pełen kwia­tów, a na jesz­cze innym bar­dzo stary budy­nek z kamie­nia, bez szyb w oknach i bez żad­nych ozdób. Kolejne zdję­cie, które poka­zał Filip, przed­sta­wiało zaśmie­coną, brudną ulicę, stra­gany z jedze­niem i róż­nymi dziw­nymi rze­czami, a na sznur­kach zawie­szo­nych mię­dzy odra­pa­nymi domami suszyły się kolo­rowe ubra­nia. Przy następ­nym zdję­ciu Zosia zatrzy­mała się i wykrzyk­nęła:

- Jakie piękne!

Foto­gra­fia przed­sta­wiała kra­jo­braz gór­ski roz­świe­tlony poran­nym słoń­cem. Zosia wodziła palusz­kiem po linii kipią­cych zie­le­nią drzew, długo przy­glą­dała się mostowi zawie­szo­nemu nad wielką prze­pa­ścią, zachwy­cił ją też kolor nieba.

- To zdję­cie podoba ci się naj­bar­dziej? - zapy­tał Filip.

- Tak!

- A wiesz, które mnie podoba się naj­bar­dziej? - Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, brat prze­kart­ko­wał album do zdję­cia sta­rego, roz­pa­da­ją­cego się budynku. Były to ruiny zamku.

- Naprawdę? - Zosia się skrzy­wiła. - A co w tym jest ład­nego?

- Ta budowla jest bar­dzo, bar­dzo stara. To zna­czy, że budo­wali ją ludzie, któ­rzy żyli tysiąc lat temu. A może nawet wię­cej...

- Jest piękna, bo jest stara? - prze­rwała mu sio­stra.

- Tak, dla mnie tak. To, że tak wiele lat temu ktoś ją zbu­do­wał i że od tego czasu się nie zawa­liła, tylko na­dal stoi, jest piękne. Jest pięk­niej­sza niż te nowo­cze­sne budynki w wiel­kich mia­stach.

Zosia nie rozu­miała.

- Ja wolę nowe sukienki od sta­rych, bo stare są popla­mione albo dziu­rawe - orze­kła.

- A ja wciąż mam swoją koszulkę kupioną na moim pierw­szym kon­cer­cie roc­ko­wym, cho­ciaż jest tak stara, że już pra­wie nie widać na niej nadruku - zaśmiał się Filip.

Zosia zamy­śliła się na chwilę, po czym zerwała się z łóżka i pod­bie­gła do skrzyni na zabawki. Wycią­gnęła z niej bia­łego kotka File­mona, który nie miał jed­nego ucha. Jego futerko było zme­cha­cone, a na brzu­chu maskotki widać było plamę po soku wiśnio­wym, któ­rej nie udało się sprać. Zosia dostała go na swoje pierw­sze uro­dziny.

- Myślę, że już rozu­miesz, Zośka. Nie pozwo­li­ła­byś nikomu powie­dzieć, że File­mon jest brzydki, prawda? A twoi kole­dzy, któ­rzy zamiast gór wolą podzi­wiać smart­fony, z pew­no­ścią tak by o nim powie­dzieli.

- Wczo­raj na wycieczce Jagoda miała czapkę z dasz­kiem całą w ceki­nach - pod­chwy­ciła dziew­czynka. - Uwa­żam, że cekiny są okropne, ale Jago­dzie chyba się podo­bają. Pew­nie też woli cekiny od widoku gór.

- Tak to jest z tym pięk­nem, Zosiu, że dla każ­dego jest troszkę inne. Ja nie widzę nic ład­nego w kotach, a ty jak zoba­czysz kotka, to...

- Kiciu­sie są cudowne! - prze­rwała mu sio­stra.

- Wła­śnie - śmiał się chło­pak.

- A uwa­żasz, że góry są piękne?

- Dla mnie tak, lubię gór­skie kra­jo­brazy.

- A morze? A wodo­spady? I księ­życ? - Zosia mogłaby pytać o kolejne rze­czy jesz­cze bar­dzo długo.

- Pew­nie, że tak - odparł Filip i posta­no­wił, że teraz on zada pyta­nie. - A zabytki? Czyli stare budowle? Co o nich myślisz, Zosiu?

- Wawel to zaby­tek. Jest piękny. Ale ten zamek na zdję­ciu nie, bo jest szary i odra­pany.

- A mnie się podo­bają sta­ro­cie. Tak jak zegar, który rodzice wciąż trzy­mają w salo­nie, pamiątkę po pra­babci. Tak jak kapliczka sto­jąca przy dro­dze w naszym mia­steczku, cho­ciaż nie­zbyt się cie­szę, że poma­lo­wano ją na nie­bie­sko.

- Wła­śnie nie­bie­ska jest ład­niej­sza - bro­niła kapliczki Zosia.

- Zosiu, de gusti­bus non est dispu­tan­dum.

- Co takiego? - Zosia wypro­sto­wała się, ogrom­nie zacie­ka­wiona tym dzi­wacz­nym zda­niem. - To jakieś magiczne zaklę­cie?

- To zda­nie pew­nie brzmi dla cie­bie bar­dzo tajem­ni­czo - odgadł Filip. - Jest to stare przy­sło­wie w języku łaciń­skim, które ozna­cza, że o gustach, czyli o tym, co się komuś podoba, nie ma sensu dys­ku­to­wać i nie można się o to kłó­cić. Każdy ma prawo zachwy­cać się tym, co jest piękne wła­śnie dla niego. Dla cie­bie to góry albo morze, kotki i ubra­nia bez ceki­nów. Dla chło­pa­ków z two­jej klasy piękne są samo­chody w grze w tele­fo­nie albo filmy na YouTu­bie. Ja uwiel­biam oglą­dać zabytki. Uwa­żam, że im budowla jest star­sza, tym pięk­niej­sza.

- To aku­rat dziwne.

- Czy ktoś mi może tego zabro­nić?

- Nie, wtedy mógłby także mnie zabro­nić uwiel­biać File­monka... - Zro­zu­miała Zosia po krót­kim namy­śle i mocno przy­tu­liła uko­chaną zabawkę.

Po połu­dniu Zosia poszła z tatą do sadu zebrać śliwki węgierki. Na samą myśl o powi­dłach ślinka jej cie­kła, chęt­nie więc poma­gała w gro­ma­dze­niu zapa­sów. Była piękna pogoda, słońce szybko się obni­żało, bo dzień był już krót­szy, ale rzu­cało bar­dzo przy­jemne, cie­płe świa­tło na czer­wie­niące się od owo­ców jabło­nie. Dziew­czynka przy oka­zji zerwała naj­więk­sze jabłko, jakie wypa­trzyła, ale zanim je zja­dła, pową­chała owoc i aż gło­śno wes­tchnęła, tak mocno jej zapach­niał. Od strony domu nad­szedł Filip, nio­sąc wia­derko.

- Daj­cie mi też coś pozbie­rać, bo potem powie­cie, że nie wolno mi jeść powi­deł - żar­to­wał.

Zosia podała mu nad­gry­zione już jabłko.

- Pową­chaj je! - zapro­po­no­wała, a brat posłu­chał rady. - Cud­nie pach­nie, prawda?

- Prawda. Zapa­chy bywają pięk­niej­sze niż widoki.

To zda­nie wpra­wiło Zosię w zamy­śle­nie. Zadu­mała się nad wcze­śniej­szą roz­mową na temat piękna i zapa­trzyła gdzieś przed sie­bie w mil­cze­niu, raz po raz odgry­za­jąc kawa­łek owocu.

- Wiesz co, Filip? - ode­zwała się nagle do zbie­ra­ją­cego śliwki brata. - Byli­śmy w zeszłym roku z klasą na wycieczce w Kra­ko­wie i widzia­łam tam nie­wi­do­mego pana. Wiem, bo miał ciemne oku­lary i trzy­mał długą, białą laskę. I szedł razem ze swoją grupą, a prze­wod­nik opi­sy­wał mia­sto. Wszy­scy patrzyli w górę, na wieżę kościoła, a on nie. On tylko stał. Nie rozu­miem, dla­czego poje­chał na wycieczkę, skoro nie mógł niczego zoba­czyć i podzi­wiać.

- Piękno można podzi­wiać nie tylko oczami. Czym podzi­wiasz swoje jabłko? Mamy też inne zmy­sły.

- Zmy­sły?

- Wzrok, słuch, smak, węch i dotyk - wymie­nił chło­pak.

- Aha, to ten pan mógł pową­chać kościół... - wypa­liła Zosia, lecz zatrzy­mała się w poło­wie zda­nia, by się zasta­no­wić. - Lub może lepiej byłoby pową­chać kwiaty ze stra­ga­nów na Rynku, było ich tam dużo!

- Na przy­kład. Mógł też kupić sobie obwa­rzanka i zachwy­cać się jego zapa­chem i sma­kiem.

- I co jesz­cze mógł zoba­czyć? - spy­tała żwawo dziew­czynka, a po chwili popra­wiła się: - Nie zoba­czyć, tylko...

- Poznać?

- Tak. Poznać. Wiem! Na ulicy stał skrzy­pek i grał! Ten pan na pewno sły­szał muzykę!

- A ład­nie grał ten muzyk?

- Pięk­nie! - przy­znała Zosia.

- To faj­nie. Ja bym pew­nie wolał gita­rzy­stę. Jak jesz­cze można podzi­wiać piękno?

- Można... - Zosia skie­ro­wała wzrok w górę - słu­chać śpiewu pta­ków albo szumu morza. Uszami. Albo wąchać per­fumy, cho­ciaż ja nie lubię per­fum. Ale lubię zapach szam­ponu tru­skaw­ko­wego.

- Tak, Zosiu - przy­tak­nął Filip - każ­dym zmy­słem możemy odczu­wać piękno. To nie tylko zdję­cia i obrazy, nie tylko widoki. Doty­kiem możemy pozna­wać kształt rzeźby. Coraz czę­ściej w mia­stach umiesz­cza się takie malut­kie makiety zabyt­ków, by można było poczuć ich kształt lub po pro­stu obej­rzeć je z bli­ska. Doty­kiem możemy poczuć rodzaj tka­niny, z któ­rej wyko­nane jest ubra­nie, możemy dotknąć kie­li­cha kwiatu, by móc sobie wyobra­zić, jak on wygląda. Sma­kiem i zapa­chem...

- Już rozu­miem, Filip! - prze­rwała dziew­czynka, po czym zmie­niła temat: - W ponie­dzia­łek mamy w szkole two­rzyć pracę pla­styczną, wiesz?

- To faj­nie, bo lubisz malo­wać. Twoje obrazki są piękne.

- Ale też nie dla każ­dego.

- Dla mnie tak.

- Maciek mi kie­dyś powie­dział, że mój rysu­nek kota jest brzydki - zwie­rzyła się Zosia i posmut­niała.

- Maciek pew­nie wolałby nama­lo­wać samo­chód albo jakie­goś wojow­nika z mie­czem, albo kto wie, co jesz­cze takiego... - Zaśmiał się Filip.

- Nie wiem, co by w tym było ład­nego - stwier­dziła Zosia. - Ale już rozu­miem, że dla każ­dego piękno jest inne i nie powie­dzia­ła­bym Mać­kowi, że jego samo­chód jest brzydki ani nie kaza­ła­bym mu ryso­wać kotów. Każ­demu podoba się coś innego. Nawet jeśli nic nie widzi.

- Wiesz co? - powie­dział Filip, pod­no­sząc napeł­nione wia­dro. - Idę teraz się pouczyć, ale wie­czo­rem zabiorę cię na spa­cer i pokażę ci coś prze­pięk­nego.

Czas do wie­czora dłu­żył się Zosi okrop­nie, ale mama nie pozwo­liła prze­szka­dzać bratu w nauce, więc dziew­czynka poma­gała przy myciu i kro­je­niu owo­ców. Zosia, pra­cu­jąc, roz­glą­dała się po kuchni. Jej ściany ozdo­bione były sta­rymi, ręcz­nie malo­wa­nymi tale­rzami, które mama uwiel­biała, a Zosi ni­gdy się nie podo­bały. Tata też na nie narze­kał, bo trzeba było uwa­żać, by żad­nego nie strą­cić i nie potłuc, ale dla mamy były ważne. Teraz dziew­czynka rozu­miała już, czym jest ten tak zwany gust i obie­cała sobie ni­gdy nie stłuc żad­nego tale­rza mamy, nawet jeśli zda­niem Zosi był brzydki. Szybko upo­rała się z myciem śli­wek, kro­je­nie i wyj­mo­wa­nie pestek jakoś jej umknęło. Poszła się bawić.

Wie­czo­rem Filip wyszedł na podwórko szu­kać sio­stry i zna­lazł ją koło lipy za domem, gdzie Zosia miała swoją bazę. Pod drze­wem uło­żony był kocyk, a na nim roz­ma­ite przed­mioty pozwa­la­jące lepiej uda­wać, że to miej­sce jest wła­snym, pry­wat­nym dom­kiem Zosi.

- Pięk­nie tu u cie­bie. Ale teraz bierz rower, jedziemy na wycieczkę! - zawo­łał zachę­ca­jąco brat.

Razem pomknęli asfal­tową drogą, by za chwilę skrę­cić w piasz­czy­stą ścieżkę w kie­runku miej­sca, gdzie jest naj­bar­dziej pła­sko i nie rosną drzewa. Po nie­dłu­gim cza­sie usie­dli na tra­wie i wtedy Zosia spy­tała, co będą wła­ści­wie oglą­dać. Przy­po­mniała bratu, że obie­cał jej "coś prze­pięk­nego".

- Popa­trzymy tutaj na zachód słońca - zdra­dził wresz­cie Filip. - Wtedy niebo wygląda nie­sa­mo­wi­cie, a jest chyba naj­pięk­niej­szym ele­men­tem natury. Oczy­wi­ście to tylko moje zda­nie.

- A dla­czego tak myślisz? - była cie­kawa Zosia.

- Bo zawsze jest tro­chę inne. Może być gład­kie i błę­kitne albo prze­tkane bia­łymi chmur­kami, albo...

- Gdy jest burza, to wygląda strasz­nie. Ale gdy jest tęcza, to wspa­niale. A w nocy, gdy widać gwiazdy...

- Wła­śnie - roz­ma­rzył się chło­pak i wes­tchnął, patrząc w dal przed sie­bie. - A kiedy słońce zacho­dzi, to wygląda jakby jakiś arty­sta nama­lo­wał je pędz­lem. W mie­ście trudno to zoba­czyć, bo wszystko zasła­niają budynki. A nie­stety, nie wszystko, co czło­wiek zbu­duje, jest piękne.

- Nie mów tak. Ktoś inny mógłby powie­dzieć, że przy­roda jest brzydka, a ładna jest ta brudna ulica z albumu, ta ze sznur­kami z pra­niem. Albo ulica pod twoim aka­de­mi­kiem, gdzie jest śmiet­nik i par­king.

- Już rozu­miesz. - Filip uśmiech­nął się i uca­ło­wał sio­strzyczkę w czu­bek roz­czo­chra­nej głowy. - To tak jak z mamą, która każe ci się cze­sać, a ja lubię twoją potar­ganą czu­prynę.

- Nie można się o to na mamę gnie­wać. Ale muszę z nią poroz­ma­wiać - stwier­dziła poważ­nie dziew­czynka. - Mama chyba nie wie, że roz­czo­chrane włosy mogą być dla kogoś piękne.

- Mam nadzieję, że będę przy tej roz­mo­wie! - cie­szył się chło­pak.

Przez chwilę w mil­cze­niu patrzyli na zni­ka­jące słońce. Wtedy Zosi coś się przy­po­mniało.

- Filip! - Pode­rwała się tak nagle, że brat aż się wystra­szył. - Co to jest pano­rama?