OGRÓD EDENU
...w końcu coś kiedyś musiało powstać z niczego...
Zofia Amundsen wracała ze szkoły do domu. Pierwszy odcinek drogi
przeszła razem z Jorunn. Rozmawiały o elektronicznych robotach. Jorunn
twierdziła, że mózg człowieka jest jak skomplikowany komputer, ale Zofia
nie była pewna, czy się z nią zgadza. Człowiek musi być chyba czymś
więcej niż tylko maszyną?
Rozstały się przy dużym sklepie spożywczym. Zofia mieszkała na obrzeżu
rozległej dzielnicy willowej, do szkoły miała prawie dwa razy dalej niż
Jorunn. Dom stał jakby na krańcu świata, bo za jej ogrodem nie było już
innych zabudowań. Tu zaczynał się głęboki las.
Zofia skręciła w ulicę Koniczynową. Na końcu uliczka zataczała ostry
łuk. Miejsce to często nazywano Zakrętem Kapitańskim. Ludzie chodzili
tędy niemal wyłącznie w soboty i niedziele.
Był początek maja. W ogrodach, pod drzewami owocowymi kwitły gęste kępy
żonkili. Brzozy pokryły się delikatnym zielonym welonem listków.
Czy to nie dziwne, że o tej porze roku wszystko tak po prostu zaczyna
rosnąć? Co sprawia, że kiedy tylko robi się cieplej i znikają ostatnie
resztki śniegu, z pozbawionej życia ziemi wyłaniają się tony zielonych
liści?
Otwierając furtkę do swojego ogrodu, Zofia zajrzała do skrzynki na
listy. Na ogół było w niej mnóstwo reklam i kilka wielkich kopert do
matki. Zofia zwykle kładła gruby plik poczty na kuchennym stole, potem
szła na górę do swojego pokoju i zabierała się do odrabiania lekcji.
Do ojca przychodziły jedynie od czasu do czasu jakieś zawiadomienia z banku, ale też nie był on wcale, ot takim sobie, zwyczajnym ojcem.
Ojciec Zofii był kapitanem wielkiego tankowca i większą część roku
spędzał poza domem. Kiedy przyjeżdżał na kilka tygodni, przechadzał się
po pokojach wolnym krokiem i uprzyjemniał życie Zofii i jej matce, ale
gdy przebywał na morzu, stawał się bardzo daleki.
Dziś w skrzynce leżał tylko jeden nieduży list -?i był do Zofii.
"Zofia Amundsen -?głosił napis na małej kopercie -?ul. Koniczynowa 3".
To wszystko, nigdzie nie podano, kto go wysłał. Nie było nawet znaczka.
Zofia szybko zatrzasnęła furtkę i zaraz otworzyła kopertę. W środku
znalazła jedynie mały arkusik papieru, nie większy od samej koperty.
Napisano na nim: "Kim jesteś?".
I nic więcej. Ani pozdrowień, ani podpisu, tylko te dwa odręcznie
napisane słowa i duży znak zapytania.
Jeszcze raz obejrzała kopertę. No tak, list był do niej, ale kto wsunął
go do skrzynki?
Zofia w pośpiechu otwierała drzwi do czerwonego domu. Jak zwykle kot
Shere Khan zdążył chyłkiem przemknąć wśród krzewów, wskoczyć na schodki
i prześlizgnąć się przez drzwi, zanim zamknęła je za sobą.
-?Kici, kici, kici!
Gdy matka Zofii złościła się na to czy owo, zdarzało się, że nazywała
dom, w którym mieszkali -?menażerią. Menażeria to zbiorowisko rozmaitych
zwierząt i prawdę powiedziawszy, Zofia była bardzo zadowolona ze swego
zwierzyńca. Najpierw dostała wazę ze złotymi rybkami: Złotowłosą,
Czerwonym Kapturkiem i Czarnym Piotrusiem. Później przybyły papużki,
Kruszyna i Okruszek, żółw Gowinda, a wreszcie żółtobrązowy jak pręgowany
tygrys kot Shere Khan. Wszystkie zwierzaki miały stanowić swoistą
rekompensatę za to, że matka późno wracała z pracy, a ojciec tułał się
gdzieś po morzach i oceanach.
Zofia zrzuciła z ramion szkolny plecak i wystawiła dla Shere Khana
miseczkę z kocim jedzeniem. Wreszcie klapnęła na kuchenny stołek z tajemniczym listem w dłoni.
Kim jesteś?
Skąd mogła wiedzieć? Oczywiście była Zofią Amundsen, ale kto to taki? Na
razie jeszcze dokładnie tego nie wiedziała.
A gdyby nazywała się zupełnie inaczej? Na przykład Anna Knutsen? Czy
wówczas byłaby kimś innym?
Nagle przypomniało jej się, że tata z początku chciał, by miała na imię
Synn?ve. Zofia spróbowała wyobrazić sobie, że wyciąga rękę i przedstawia
się jako Synn?ve Amundsen, ale nie, to nie było to. Przez cały czas
przedstawiała się zupełnie inna dziewczynka.
Zeskoczyła na podłogę i nie wypuszczając z ręki niezwykłego listu,
przeszła do łazienki. Stanęła przed lustrem i głęboko zajrzała sobie w oczy.
-?Jestem Zofią Amundsen -?powiedziała.
Dziewczynka w lustrze nawet się nie skrzywiła. Bez względu na to, co
robiła Zofia, i ona robiła to samo. Zofia starała się uprzedzić swe
lustrzane odbicie, wykonując błyskawiczny ruch, ale ta druga okazała się
równie szybka.
-?Kim jesteś? -?zapytała.
I teraz także nie otrzymała żadnej odpowiedzi, ale przez moment poczuła,
że sama zapędziła się w kozi róg, nie wiedziała bowiem, kto zadał
pytanie -?czy ona sama, czy też jej lustrzane odbicie.
Zofia przysunęła palec wskazujący do nosa w lustrze i powiedziała:
-?Ty to ja.
Kiedy jej oświadczenie pozostało bez odzewu, odwróciła zdanie:
-?Ja to ty.
Zofia Amundsen nie zawsze była zadowolona ze swojego wyglądu. Często
słyszała, że ma piękne migdałowe oczy, ale z pewnością powtarzano jej to
tylko dlatego, że miała za mały nos i za duże usta. W dodatku uszy
tkwiły zbyt blisko oczu. A już najgorsze ze wszystkiego były proste,
gładkie włosy, za nic nie dające ułożyć się w żadną fryzurę. Czasami
ojciec gładził ją po głowie i mówił: "Moje ty dziewczę o włosach jak
len", nawiązując do utworu muzycznego Claude'a Debussy'ego. Mógł sobie
tak mówić, nie był skazany na to, by przez całe życie zwisały mu z głowy
proste czarne strąki. Na włosy Zofii nie działały ani pianki, ani żele.
Czasami własny wygląd zdawał jej się do tego stopnia dziwny, że
zastanawiała się, czy przypadkiem nie jest kaleką. W każdym razie matka
wspominała o trudnym porodzie. Ale czy to naprawdę sam poród decydował o wyglądzie człowieka?
Czy to nie dziwne, że nie wiedziała, kim jest? I czy nie bezsensowne, że
sama nie może decydować o swoim wyglądzie? Został jej podany na tacy.
Owszem, mogła wybierać sobie przyjaciół, ale samej siebie nie wybrała.
Nie wybrała nawet tego, że jest człowiekiem.
Co to jest człowiek?
Zofia znów popatrzyła na dziewczynkę w lustrze.
-?Chyba pójdę odrabiać biologię -?oznajmiła, jakby chciała się
usprawiedliwić. W następnej chwili była już na korytarzu.
Nie, raczej wyjdę do ogrodu, pomyślała.
-?Kici, kici, kici!
Zofia wypchnęła kota na schody i zamknęła za sobą drzwi.
Stała na wysypanej żwirem alejce, trzymając w dłoni tajemniczy list, gdy
nagle ogarnęło ją dziwne uczucie. Miała wrażenie, że jest lalką, która
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stała się nagle żywą istotą.
Czy to nie dziwne, że znajdowała się teraz na świecie, że mogła
przebywać w tak niezwykłej baśni?
Shere Khan lekkimi susami przeskoczył żwirowaną alejkę i wślizgnął się
między gęste krzewy porzeczek. Prawdziwy, żywy kot; żywy od białych
wąsów aż po ruchliwy ogon kończący gładkie, smukłe ciało. I kot także
przebywał w ogrodzie, ale na pewno nie zdawał sobie z tego sprawy w taki
sam sposób jak Zofia.
Kiedy Zofia coraz głębiej zastanawiała się nad tym, że istnieje,
przyszło jej też do głowy, że nie zawsze tak będzie.
Jestem teraz na świecie, myślała. Ale pewnego dnia zniknę.
Czy istnieje życie po śmierci? I tego pytania kot był raczej
nieświadomy.
Nie tak dawno temu zmarła babcia Zofii, matka ojca. Od ponad pół roku
dziewczynka niemal codziennie rozmyślała o tym, jak jej brakuje. Czy to
jest sprawiedliwe, że w pewnym momencie życie po prostu się kończy?
Zofia stała na żwirowanej alejce, zatopiona w myślach. Usiłowała skupić
się na tym, że istnieje, by zapomnieć, że nie zawsze tak będzie. Okazało
się to jednak niemożliwe. Kiedy tylko koncentrowała się na swym
istnieniu, natychmiast pojawiała się myśl o końcu życia. Podobnie było,
gdy próbowała myśleć odwrotnie: dopiero gdy świadomość, że pewnego dnia
przestanie istnieć, stała się dostatecznie silna, naprawdę zdała sobie
sprawę, jak nieskończenie cenne jest życie. To trochę tak jak awers i rewers, dwie strony monety; monety, którą stale obracała w dłoni. Im
większa i wyraźniejsza była jedna strona, tym większa i wyraźniejsza
stawała się druga. Życie i śmierć były jak dwie strony tej samej sprawy.
Nie można przeżywać tego, że się istnieje, bez świadomości, że kiedyś
się umrze, pomyślała. Tak jak niemożliwe jest myślenie o śmierci bez
myślenia o tym, jak wspaniałe jest życie.
Zofia przypomniała sobie, że babcia powiedziała coś podobnego tego dnia,
gdy dowiedziała się od lekarza o swojej chorobie: "Dopiero teraz
rozumiem, jak wspaniałe jest życie".
Czy to nie smutne, że większość ludzi musi zachorować, by zdać sobie
sprawę z cudowności życia? A przynajmniej potrzeba im do tego
tajemniczego listu w skrzynce!
Może powinna sprawdzić, czy w skrzynce nie leży coś jeszcze? Zofia
pobiegła do furtki i uniosła zielone wieczko. Drgnęła przestraszona,
ujrzawszy identyczną kopertę. Czy wyciągając pierwszy list, nie upewniła
się, że skrzynka jest pusta?
Na tej kopercie także napisano jej nazwisko. Rozerwała ją i wyłowiła ze
środka taki sam arkusik papieru jak poprzedni.
Skąd wziął się świat? -?przeczytała.
Nie mam pojęcia, pomyślała Zofia. Tego chyba nie wie nikt? A mimo
wszystko Zofia uznała, że pytanie jest w pełni uzasadnione. Pierwszy raz
w życiu doszła do wniosku, że właściwie nie da się żyć na świecie,
przynajmniej nie pytając, skąd się ten świat wziął.
Tajemnicze listy tak zamieszały Zofii w głowie, że postanowiła usiąść w Zaułku.
Zaułek był supertajną kryjówką Zofii. Przychodziła tu tylko wtedy, gdy
była bardzo zła, bardzo smutna albo bardzo szczęśliwa. Tego dnia miała
po prostu mętlik w głowie.
Czerwony dom stał w wielkim ogrodzie. Było tu wiele rabat z kwiatami,
krzewów i rozmaitych drzew owocowych, rozległy trawnik z ogrodową
huśtawką i nawet nieduża altana; dziadek, ojciec ojca, zbudował ją dla
babci, kiedy straciła pierwsze dziecko, które zmarło zaledwie w kilka
tygodni po urodzeniu. Biedactwo miało na imię Maria. Na jej nagrobku
wyryto napis: "Mała Maria do nas przybyła, przywitała się i zawróciła".
W jednym z rogów ogrodu, z tyłu, za malinami rosły gęste zarośla, które
nigdy nie wydawały ani kwiatów, ani owoców. Właściwie był to stary
żywopłot oddzielający ogród od wielkiego lasu, ale ponieważ przez
ostatnie dwadzieścia lat nikt go nie pielęgnował, zmienił się w nieprzebyty gąszcz. Babcia opowiadała, że w czasie wojny żywopłot
utrudniał przejście lisom, przychodzącym tu na polowanie, kiedy kury
chodziły wolno po ogrodzie.
Dla wszystkich, poza Zofią, stary żywopłot był równie niepotrzebny co
klatki dla królików w innym miejscu ogrodu, ale nikt nie znał tajemnicy
Zofii.
Odkąd mogła sięgnąć pamięcią, Zofia znała wąskie przejście w żywopłocie.
Czołgając się przez nie, docierało się do wolnego miejsca otoczonego
krzakami. Było tutaj jak w małej chatce. Mogła mieć pewność, że nikt jej
tu nie znajdzie.
Ściskając w ręku dwie koperty, Zofia pobiegła przez ogród do żywopłotu i na czworakach przecisnęła się przez gęstwinę. Zaułek był dość duży,
mogła w nim stanąć prawie wyprostowana, ale teraz wolała przysiąść na
grubych korzeniach. Stąd mogła wyglądać przez małe prześwity między
gałęziami i liśćmi. Choć żaden z nich nie był większy od
pięciokoronówki, miała widok na cały ogród. Kiedy była mała, lubiła stąd
przyglądać się, jak matka czy ojciec szukają jej między drzewami.
Zofia zawsze uważała, że ogród tworzy odrębny świat. Za każdym razem,
gdy słyszała o ogrodzie Edenu w historii o stworzeniu świata, miała
wrażenie, że siedzi w Zaułku i wygląda na swój mały raj.
"Skąd wziął się świat?"
Nie, Zofia nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Wiedziała, że
Ziemia jest tylko maleńką planetą zawieszoną w ogromnej przestrzeni
kosmosu. Ale skąd wzięła się przestrzeń kosmiczna?
Można było, rzecz jasna, założyć, że kosmos istniał od zawsze, i wówczas
nie trzeba było szukać odpowiedzi, skąd się wziął. Ale czy cokolwiek
mogło istnieć od zawsze? W głębi jej duszy coś gwałtownie protestowało
przeciwko takiemu twierdzeniu. Wszystko, co istnieje, musiało chyba mieć
jakiś początek? A więc i przestrzeń kosmiczna musiała kiedyś powstać z czegoś innego.
Ale jeśli kosmos powstał nagle z czegoś innego, to i to coś innego
musiało kiedyś powstać z czegoś jeszcze innego. Zofia zrozumiała, że
zepchnęła tylko cały problem na dalszy plan. W końcu coś kiedyś musiało
powstać z niczego. Ale czy to możliwe? Czy nie jest to równie
nieprawdopodobne, jak wyobrażenie sobie, że świat istnieje od zawsze?
W szkole uczono ją, że świat został stworzony przez Boga, i Zofia
usiłowała teraz uspokoić się myślą, że ta odpowiedź jest najlepsza.
Zaraz jednak znów zaczęła się zastanawiać. Chętnie zgodzi się z twierdzeniem, że to Bóg stworzył przestrzeń kosmiczną, ale co z samym
Bogiem? Czy on stworzył się sam, z niczego? Znów coś w niej ostro
zaprotestowało. Nawet jeśli Bóg potrafił stworzyć to czy tamto, z pewnością nie zdołałby stworzyć samego siebie, zanim miał jakiegoś
"siebie", przy pomocy którego mógł tworzyć. Pozostawała więc tylko jedna
możliwość: Bóg istnieje od zawsze. Ale przecież tę możliwość odrzuciła
już na początku! Wszystko, co istnieje, musi mieć jakiś początek.
-?Cholera!
Jeszcze raz otworzyła obie koperty.
Kim jesteś?
Skąd wziął się świat?
Podstępne pytania! I od kogo przyszły te listy? Pozostawało to równie
wielką tajemnicą.
Kto wyrwał Zofię z codzienności i zmusił do szukania rozwiązań wielkich
zagadek wszechświata?
Zofia po raz trzeci poszła do skrzynki.
Dopiero teraz listonosz przyniósł codzienną porcję poczty. Zofia
wyłowiła pękaty plik reklam, gazety i parę listów do matki. Zauważyła
też widokówkę z egzotyczną plażą. Odwróciła kartkę i zobaczyła, że
przyklejono na niej norweskie znaczki. Na stemplu widniał napis:
"Batalion ONZ". Czy to kartka od tatusia? Ale przecież on miał znajdować
się w zupełnie innym miejscu, a w dodatku to wcale nie jego pismo!
Zofia poczuła, że puls uderza jej szybciej, kiedy czytała, do kogo
zaadresowana jest kartka: "Hilda M?ller Knag, c/o Zofia Amundsen, ul.
Koniczynowa 3"... Dalej adres się zgadzał. Przeczytała kartkę:
Kochana Hildo!
Najserdeczniejsze życzenia z okazji piętnastych urodzin! Jak pewnie
rozumiesz, chciałbym Ci ofiarować prezent, który pomoże Ci dorastać.
Wybacz, że wysyłam kartkę do Zofii. Tak było najłatwiej.
Ucałowania
Tatuś
Zofia pędem wróciła do domu i wpadła do kuchni. Czuła, że wzbiera w niej
burza.
Kim była ta Hilda, która kończyła piętnaście lat trochę ponad miesiąc
przed jej piętnastymi urodzinami?
Zofia przyniosła z korytarza książkę telefoniczną. Sprawdziła. Wiele
osób nosiło nazwisko M?ller, było też sporo Knagów. Ale nikt w całym
grubym tomie nie nazywał się M?ller Knag.
Jeszcze raz zbadała tajemniczą pocztówkę. Tak, była prawdziwa, z prawdziwym znaczkiem i stemplem.
Dlaczego jakiś ojciec wysłał kartkę z życzeniami urodzinowymi pod
adresem Zofii, jeśli jasne było, że przeznaczone są dla kogoś zupełnie
innego? Jaki ojciec chciałby pozbawić własną córkę przyjemności z otrzymania urodzinowej kartki, wysyłając ją, ot tak sobie, gdzieś w świat? Dlaczego tak miałoby być "najłatwiej"? I przede wszystkim: w jaki
sposób zdoła odnaleźć Hildę?
Zofii trafił się więc jeszcze jeden twardy orzech do zgryzienia.
Spróbowała uporządkować myśli.
W ciągu kilku zaledwie popołudniowych godzin pojawiły się przed nią trzy
zagadki. Pierwsza: kto wsunął dwie białe koperty do skrzynki na listy.
Druga to owe trudne pytania zadane w listach. Trzecia zagadka brzmiała:
kim jest Hilda M?ller Knag i dlaczego Zofia otrzymała kartkę urodzinową
przeznaczoną dla obcej dziewczynki.
Była przekonana, że wszystkie trzy zagadki muszą w jakiś sposób wiązać
się ze sobą, bo do tego dnia wiodła całkiem zwyczajne życie.
CYLINDER
...zdziwienie jest tą przyczyną, dla której ludzie zaczęli
filozofować...
Zofia przyjęła za pewnik, że osoba, która napisała do niej trzy
anonimowe listy, ponownie się z nią skontaktuje. Postanowiła na razie
nikomu o nich nie wspominać.
W szkole trudniej jej było skoncentrować się na lekcjach. Uznała nagle,
że nauczyciel rozprawia tylko o rzeczach nieistotnych. Dlaczego nie
mówił raczej o tym, czym jest człowiek albo czym jest świat i jak
powstał?
Ogarnęło ją uczucie, którego nigdy dotąd nie doznała: i w szkole, i wszędzie dookoła ludzie zajmowali się sprawami mniej lub bardziej
przypadkowymi. A przecież istniały poważne, trudne problemy, których
rozwikłanie było ważniejsze niż zwykłe przedmioty szkolne.
Czy ktoś w ogóle znał odpowiedź na takie pytania? Zofia w każdym razie
uważała, że zastanawianie się nad nimi jest ważniejsze niż wkuwanie
odmiany czasowników.
Kiedy zabrzęczał dzwonek na koniec ostatniej lekcji, tak prędko opuściła
dziedziniec szkoły, że Jorunn musiała biec, by ją dogonić.
Po chwili Jorunn zapytała:
-?Zagramy wieczorem w karty? -?Zofia wzruszyła ramionami.
-?Chyba już mnie nie interesuje gra w karty. -?Jorunn wyglądała, jakby
właśnie spadła z księżyca.
-?Nie? No to może zagramy w badmintona?
Zofia wbiła wzrok w asfalt, ale zaraz podniosła oczy na przyjaciółkę.
-?Badminton też już mnie chyba nie interesuje.
-?Ach tak!
Zofia usłyszała w głosie Jorunn ton goryczy.
-?A może mogłabyś mi powiedzieć, co tak nagle stało się dla ciebie takie
ważne?
Zofia ledwie widocznie potrząsnęła głową.
-?To... to tajemnica.
-?Phi! Na pewno się zakochałaś!
Dziewczęta przez dłuższą chwilę nie odzywały się do siebie ani słowem.
Kiedy doszły do boiska, Jorunn oświadczyła:
-?Idę przez boisko.
Przez boisko -?to była najkrótsza droga dla Jorunn, ale chodziła tędy
tylko wtedy, gdy musiała spieszyć się do domu, żeby zdążyć na jakieś
spotkanie albo wizytę u dentysty.
Zofia czuła, że robi jej się przykro, ponieważ uraziła przyjaciółkę. Ale
co mogła odpowiedzieć? Że nagle problem, kim jest i skąd wziął się
świat, pochłonął ją do tego stopnia, że nie miała czasu zagrać w badmintona? Czy Jorunn by to zrozumiała?
Dlaczego tak trudno zajmować się pytaniami najważniejszymi, choć w pewien sposób najzwyklejszymi ze wszystkich?
Czuła, że serce mocniej uderza jej w piersi, kiedy otwierała skrzynkę,
ale niestety znalazła tylko list z banku i kilka dużych żółtych kopert
dla matki. A taką miała nadzieję na kolejną przesyłkę od nieznanego
nadawcy.
Dopiero zamykając furtkę, odkryła swoje imię na jednej z dużych kopert.
Na odwrocie, w miejscu, w którym miała zamiar ją rozerwać, umieszczono
napis: "Kurs filozofii. Obchodzić się ostrożnie".
Zofia pobiegła żwirowaną alejką i zostawiła plecak na schodach.
Pozostałe listy wsunęła pod wycieraczkę i pomknęła do ogrodu za dom.
Postanowiła ukryć się w Zaułku. Ten list należało otworzyć właśnie tam.
Shere Khan długimi susami pomknął za nią, ale Zofia uznała, że to nie
szkodzi. Była pewna, że kot nic nikomu nie piśnie.
W kopercie znalazła trzy kartki maszynopisu spięte spinaczem. Zaczęła
czytać.
Co to jest filozofia?
Droga Zosiu!
Ludzie mają różne hobby. Są tacy, co zbierają stare monety albo znaczki,
niektórzy lubią robótki ręczne, inni poświęcają wolny czas na uprawianie
jakiejś dyscypliny sportu.
Wiele osób lubi także czytać, jednakże dobór ich lektur bardzo się
różni. Jedni czytają tylko gazety albo komiksy, inni wolą powieści, a jeszcze inni książki z różnych dziedzin nauki, na przykład astronomii,
życia zwierząt czy wynalazków technicznych.
Jeśli interesują mnie konie albo kamienie szlachetne, nie mogę żądać,
aby wszyscy inni również się tym interesowali. Jeżeli z napięciem śledzę
relacje sportowe w telewizji, muszę też tolerować zdanie tych, którzy
uważają, że sport jest nudny.
Czy mimo wszystko jednak jest coś, co powinno interesować każdego bez
wyjątku? Czy istnieje coś, co dotyczy wszystkich ludzi, bez względu na
to, kim są i w jakim miejscu na świecie mieszkają? Tak, droga Zosiu.
Istnieją pytania, które powinny zajmować wszystkich ludzi. Takich
właśnie pytań dotyczyć będzie ten kurs.
Co jest najważniejsze w życiu? Jeśli zapytamy kogoś, kto głoduje,
odpowiedź będzie brzmiała: jedzenie. Gdy takie samo pytanie zadamy
komuś, kto marznie, odpowie: ciepło. A kiedy spytamy człowieka, który
czuje się samotny, stwierdzi z pewnością, że najważniejsza jest więź z innymi ludźmi.
Ale gdy wszystkie takie potrzeby zostaną zaspokojone, czy nadal jest coś
niezbędnego wszystkim ludziom? Filozofowie uważają, że tak. Sądzą, że
nie samym chlebem człowiek żyje. Naturalnie wszyscy ludzie potrzebują
pożywienia. Wszyscy również potrzebują miłości i troski. Jest jednak coś
jeszcze, coś niezbędnego każdemu człowiekowi. Mamy potrzebę znalezienia
odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy i dlaczego żyjemy.
Zainteresowanie sensem i przyczyną istnienia nie jest równie
"przypadkowe" jak zainteresowanie zbieraniem znaczków. Ten, kto szuka
odpowiedzi na pytania dotyczące istoty życia, zajmuje się tym, nad czym
ludzie zastanawiali się, odkąd żyjemy na Ziemi. W jaki sposób powstała
przestrzeń kosmiczna, kula ziemska i życie na niej -?to pytania
poważniejsze i istotniejsze, niż kto zdobył złoty medal na zeszłorocznej
olimpiadzie.
Najlepszym sposobem zbliżenia się do filozofii jest postawienie sobie
kilku filozoficznych pytań.
Jak powstał świat? Czy za tym, co się dzieje, kryje się czyjaś wola,
jakiś sens? Czy istnieje życie po śmierci? W jaki w ogóle sposób znaleźć
odpowiedź na podobne pytania? I przede wszystkim: jak powinniśmy żyć?
Pytania takie jak te zadawali sobie ludzie od niepamiętnych czasów. Nie
znamy kultury, która nie dociekałaby, kim są ludzie czy skąd wziął się
świat.
W zasadzie pytań filozoficznych nie jest tak wiele. Najważniejsze już
sobie zadaliśmy. Na każde z nich w przeszłości udzielono wielu różnych
odpowiedzi.
Łatwiej jest zadawać filozoficzne pytania, niż na nie odpowiadać.
Dzisiaj także każdy człowiek musi znaleźć własną odpowiedź na te
pytania. Nie da się niestety zajrzeć do encyklopedii, by dowiedzieć się,
czy istnieje Bóg lub czy jest jakieś życie po śmierci. Encyklopedia nie
udzieli nam także odpowiedzi na pytanie, jak powinniśmy żyć. Jednakże
studiowanie tego, co wymyślili inni ludzie, może okazać się pomocne w formowaniu naszego poglądu na życie.
Pogoń filozofów za prawdą można chyba porównać do opowieści
detektywistycznej. Niektórzy uważają, że mordercą jest Jakobsen, inni
podejrzewają Nielsena albo Jepsena. Gdy mamy do czynienia z prawdziwą
zagadką kryminalną, zdarzyć się może, że policji nagle uda się ją
rozwiązać. Możliwe jest także, że nigdy nie zdoła się jej rozwikłać. Ale
przecież tajemnica mimo to ma jakieś rozwiązanie.
Choćby na jakieś pytanie trudno było odpowiedzieć, należy jednak
przyjąć, że istnieje na nie tylko jedna jedyna odpowiedź. Albo jest
jakiś rodzaj egzystencji po śmierci, albo go nie ma.
Wiele dawnych zagadek z czasem rozwiązała nauka. Kiedyś wielką tajemnicą
był wygląd drugiej strony Księżyca. Do odpowiedzi na to pytanie nie dało
się dojść przez dyskusję, pozostawało więc pole do popisu dla fantazji.
Dziś jednak wiemy dobrze, jak Księżyc wygląda z drugiej strony. Nikt już
nie wierzy, że mieszka tam jakiś człowieczek lub że Księżyc to wielki
ser.
Jeden z dawnych filozofów greckich, który żył ponad dwa tysiące lat
temu, uważał, że filozofia narodziła się z ludzkiego zdziwienia.
Człowieka tak dziwiło własne istnienie, że pytania filozoficzne same mu
się nasunęły.
To trochę tak jak wtedy, gdy obserwujemy czarodziejską sztuczkę: nie
możemy pojąć, jak mogło dojść do tego, co widzimy. Pytamy więc właśnie o to: w jaki sposób czarodziej zdołał przemienić kilka jedwabnych białych
chustek w żywego królika?
Wielu ludzi ma poczucie, że świat jest równie niepojęty jak sztuka
czarodzieja, nagle wyciągającego królika z pustego przed chwilą
cylindra.
Jeśli chodzi o królika, rozumiemy, że czarodziej musiał nas oszukać, i pragniemy odkryć, w jaki sposób tego dokonał. Ze światem sprawa
przedstawia się nieco inaczej. Wiemy, że świat to nie żadne szachrajstwo
i bujda, bo przecież chodzimy po Ziemi, sami jesteśmy częścią świata.
Właściwie to my sami jesteśmy białym królikiem wyciągniętym z cylindra.
Różnimy się od białego królika tylko tym, że on nie zdaje sobie sprawy,
iż bierze udział w sztuczce. Z nami jest inaczej. My uważamy, że
uczestniczymy w czymś zagadkowym i chcielibyśmy dowiedzieć się, jak
właściwie sprawy się mają.
PS Jeśli chodzi o białego królika, to lepiej chyba będzie przyrównać go
do całego wszechświata. My, którzy tu mieszkamy, jesteśmy malutkimi
stworzonkami, żyjącymi głęboko w futrze królika. Ale filozofowie próbują
się wspinać po jednym z cienkich włosków, aby zajrzeć wielkiemu
czarodziejowi prosto w oczy.
Czy to dla Ciebie nie za nudne, Zosiu? Ciąg dalszy nastąpi.
Zofia była kompletnie oszołomiona. Czy to nie jest nudne? Czytała z zapartym tchem, nawet na moment nie mogła się oderwać.
Kto przyniósł ten list? Kto? Kto?
Niemożliwe, by była to ta sama osoba, która wysłała pocztówkę z życzeniami urodzinowymi do Hildy M?ller Knag, na kartce był przecież
znaczek i stempel. Żółtą kopertę włożono bezpośrednio do skrzynki na
listy, tak samo jak poprzednio dwie białe koperty.
Zofia zerknęła na zegarek. Była dopiero za kwadrans trzecia, a więc
jeszcze prawie dwie godziny do powrotu matki z pracy.
Zofia wyczołgała się do ogrodu i znów pobiegła do skrzynki na listy. Czy
możliwe, by leżało tam coś jeszcze?
Znalazła kolejną żółtą kopertę ze swoim nazwiskiem. Tym razem rozejrzała
się dokoła, ale nikogo nie zobaczyła. Wybiegła za furtkę aż na skraj
lasu, zbadała ścieżkę.
I tam także ani żywej duszy.
Nagle wydało jej się, że z głębi lasu doszedł ją trzask łamanych
gałązek. Nie była tego jednak całkiem pewna, zresztą i tak na nic by się
zdało ruszanie w pogoń za kimś, kto uciekał.
Zofia otworzyła kluczem drzwi i weszła do domu, odłożyła szkolny plecak
i pocztę dla matki. Wbiegła na górę do swego pokoju, wyciągnęła wielką
puszkę po ciastkach, pełną ślicznych kamieni, wysypała kamienie na
podłogę i włożyła do puszki obie duże koperty. Znów wybiegła do ogrodu z puszką pod pachą. Zanim wyszła, wystawiła jeszcze jedzenie dla Shere
Khana.
-?Kici! Kici! Kici!
Gdy znów znalazła się w Zaułku, otworzyła kopertę i wyciągnęła kilka
zapisanych na maszynie kartek. Zaczęła czytać:
Niezwykła istota
A więc znów się spotykamy. Jak już pewnie zrozumiałaś, nasz mały kurs
filozofii dostawać będziesz w odpowiednio strawnych porcjach. Oto kilka
kolejnych uwag wstępnych.
Czy mówiłem już, że jedyne, czego nam potrzeba, abyśmy stali się dobrymi
filozofami, to zdolność do dziwienia się światem? Jeśli nie, oznajmiam
to teraz: JEDYNE, CZEGO NAM POTRZEBA, ABYŚMY STALI SIĘ DOBRYMI
FILOZOFAMI, TO ZDOLNOŚĆ DO DZIWIENIA SIĘ ŚWIATEM.
Zdolność tę posiadają wszystkie małe dzieci. Po kilku zaledwie
miesiącach wślizgują się w olśniewająco nową rzeczywistość. Wydaje się
jednak, że kiedy rosną, zdolność dziwienia się zaczyna zanikać. Dlaczego
tak jest? Czy Zofia Amundsen zna na to odpowiedź?
Gdyby niemowlę umiało mówić, z pewnością wspomniałoby o tym, jak
zadziwiający jest świat, na którym się pojawiło. Bo choć dziecko nie
umie mówić, widzimy, z jakim zainteresowaniem wskazuje na wszystko
dokoła i z jaką ciekawością chwyta przedmioty znajdujące się w pokoju.
Kiedy dziecko zaczyna wymawiać pierwsze słowa, zatrzymuje się i woła
"hau, hau" za każdym razem, gdy zobaczy psa. Często widzimy, jak malec
radośnie podskakuje w wózku i wymachując rączkami, krzyczy: "Hau, hau!
Hau, hau!". Nas, którzy mamy już trochę lat na karku, drażni być może
taki zapał. "Tak, tak, to hau-hau -?mówimy tonem ludzi znających życie -
ale siedź spokojnie, bo inaczej wypadniesz z wózka". Nie podzielamy
zachwytów dziecka. Widzieliśmy już sporo psów.
Być może taki szalony, radosny popis odbędzie się kilkaset razy, zanim
dziecko zdoła przejść obok psa, nie tracąc głowy z radości. Albo obok
słonia czy hipopotama. Jednak na długo przedtem, nim dziecko nauczy się
poprawnie mówić -?i na długo zanim nauczy się myśleć filozoficznie -
świat staje się czymś zwyczajnym.
Szkoda -?powiesz pewnie!
Moją sprawą jest, abyś nie znalazła się wsród tych, którzy przyjmują
świat za oczywistość, droga Zosiu. Dla pewności, zanim na dobre
rozpoczniemy kurs filozofii, przeprowadzimy parę eksperymentów.
Wyobraź sobie, że pewnego dnia wybierasz się na wycieczkę do lasu. Nagle
przed sobą, na ścieżce, dostrzegasz nieduży statek kosmiczny. Ze statku
wychodzi mały Marsjanin, staje jak wryty i wgapia się w ciebie...
Co byś wówczas pomyślała? Ach, to zresztą nie jest takie ważne, ale czy
nie przyszło Ci do głowy, że ty sama jesteś taką Marsjanką?
Nie jest rzeczą szczególnie prawdopodobną, byś kiedykolwiek potknęła się
o stwora z innej planety. Nie wiemy nawet, czy na innych planetach
istnieje życie. Ale można sobie wyobrazić, że potkniesz się o samą
siebie. Może się zdarzyć, że pewnego dnia zatrzymasz się i spojrzysz na
siebie w zupełnie inny sposób. Może zdarzy się to właśnie podczas
wycieczki do lasu.
Jestem niezwykłą istotą, pomyślisz. Jestem tajemniczym stworem...
To tak, jakbyś nagle obudziła się ze stuletniego snu Śpiącej Królewny.
"Kim jestem?" -?zapytasz. Wiesz, że chodzisz po jakimś globie,
zawieszonym we wszechświecie. Ale czym jest wszechświat?
Jeśli w taki sposób odkryjesz samą siebie, odkryjesz coś równie
tajemniczego jak ów Marsjanin na leśnej ścieżce. Nie tylko zobaczyłaś
istotę z przestrzeni kosmicznej. W głębi duszy czujesz, że sama jesteś
taką zadziwiającą istotą.
Nie straciłaś wątku, Zosiu? Przeprowadzimy jeszcze jeden eksperyment
myślowy.
Pewnego dnia mama, tatuś i mały, dwu- albo trzyletni Thomas siedzą w kuchni i jedzą śniadanie. Wkrótce mama wstaje od stołu i odwraca się do
kuchennego blatu, a tatuś, tak, tatuś nagle na oczach małego Thomasa
unosi się w powietrze i wzlatuje pod sufit.
Jak myślisz, co wówczas mówi Thomas? Może wyciągnie rękę, wskaże na ojca
i ogłosi: "Tata lata!".
Mały Thomas trochę się zdziwi, ale nie bardziej niż zwykle. Tatuś i tak
robi tyle niezwykłych rzeczy, że ot, taki sobie mały przelot nad stołem
po śniadaniu niewiele zmieni w oczach chłopca. Ojciec przecież co dzień
goli się zabawną maszynką, czasami wchodzi na dach i kręci anteną
telewizyjną albo wsadza głowę do silnika samochodowego, a potem jest
czarny jak Murzyn.
Teraz kolej na mamę. Usłyszała, co mówi Thomas, i zaraz się odwraca. Jak
sądzisz, w jaki sposób zareaguje na widok męża unoszącego się lekko nad
kuchennym stołem?
Wypuści z rąk słoik z dżemem i uderzy w krzyk z przerażenia. Być może
potrzebna jej będzie pomoc lekarska, gdy tatuś wreszcie znajdzie się z powrotem na krześle. (Już dawno powinien nauczyć się ładnie siedzieć
przy stole!).
Jak sądzisz, dlaczego Thomas i mama reagują tak różnie?
Ma to związek z przyzwyczajeniem. (Zapamiętaj to sobie!). Mama nauczyła
się, że ludzie nie mogą fruwać, Thomas natomiast jeszcze o tym nie wie.
Nadal nie jest pewien, co na tym świecie jest możliwe, a co nie.
A jak jest z samym światem, Zosiu? Czy świat jest możliwy? Przecież on
także swobodnie unosi się w przestrzeni.
Najsmutniejsze jest to, że dorastając, przyzwyczajamy się nie tylko do
prawa ciążenia. Przyzwyczajamy się jednocześnie także do świata jako
takiego.
Wygląda na to, że w czasie dorastania tracimy zdolność do dziwienia się
światem. Tracimy wówczas coś bardzo istotnego, co filozofowie powtórnie
usiłują pobudzić do życia, bo gdzieś w głębi nas samych tkwi coś, co
podpowiada nam, że życie jest wielką zagadką. Wiedzieliśmy to na długo
przedtem, zanim nauczyliśmy się o tym myśleć.
Sprecyzuję: chociaż pytania filozoficzne dotyczą wszystkich ludzi, nie
wszyscy zostaną filozofami. Z rozmaitych powodów większość ludzi tak
bardzo pochłonięta jest codziennymi problemami, że zdumienie samym
życiem zostaje odepchnięte w najgłębsze zakamarki myśli. (Ci ludzie
kryją się głęboko w futrze królika, wygodnie się układają i pozostają
tam aż do końca życia).
Dla dzieci świat i wszystko, co się w nim znajduje, jest czymś nowym,
czymś, co budzi zdziwienie. Nie każdy dorosły myśli podobnie. Większość
z nich postrzega świat jako coś zupełnie zwyczajnego.
I tu właśnie filozofowie są szczytnym wyjątkiem. Filozof nigdy nie zdoła
tak naprawdę przyzwyczaić się do świata. Dla niego (lub dla niej) świat
pozostaje czymś nieprawdopodobnym. Tak, zagadkowym i tajemniczym.
Filozofowie i małe dzieci mają więc pewną cechę wspólną. Można
powiedzieć, że filozof przez całe życie pozostaje równie wrażliwy,
zachowuje cienką skórę, jaką ma dziecko.
Możesz więc teraz wybierać, droga Zosiu. Czy jesteś dzieckiem, które
jeszcze nie zdążyło przyzwyczaić się do świata, czy raczej filozofem,
który może przysiąc, że to nigdy nie nastąpi?
Jeśli tylko potrząśniesz głową i nie rozpoznasz w sobie ani dziecka, ani
filozofa, to dlatego, że tak już się zadomowiłaś na świecie, że aż
przestał Cię zdumiewać. W takim razie zagraża Ci niebezpieczeństwo. I dlatego właśnie dostajesz ten kurs filozofii, na wszelki wypadek. Nie
chcę, byś Ty właśnie była jedną z tych ospałych i obojętnych. Chcę, abyś
żyła świadomie.
Kurs jest bezpłatny, dlatego też nie licz na zwrot pieniędzy, jeśli go
nie ukończysz. Ale jeśli chciałabyś go przerwać, masz na to pełną
szansę. Musisz mi tylko zostawić wiadomość w skrzynce na listy.
Odpowiednia będzie na przykład żywa żaba; w każdym razie powinno to być
coś zielonego, inaczej listonosz mógłby się nie na żarty wystraszyć.
Krótkie podsumowanie: Z pustego cylindra wyciągnięty zostaje biały
królik. Ponieważ królik jest olbrzymi, sztuczka ta trwa wiele miliardów
lat. Na samych koniuszkach cieniuteńkich włosków króliczego futerka
rodzą się ludzkie dzieci. Z tego miejsca potrafią się dziwić
nieprawdopodobną czarodziejską sztuczką. Ale z czasem są coraz starsze,
wślizgują się coraz dalej w głąb króliczego futra. Tam już zostają.
Czują się tam tak przyjemnie, że nigdy nie ośmielą się ponownie wdrapać
na szczyt cienkich włosków. Jedynie filozofowie wyprawiają się w niebezpieczną podróż ku ostatecznym granicom istnienia. Niektórzy z nich
spadają, ale inni mocno wczepiają się we włosy i z góry wołają do ludzi
wtulonych głęboko w królicze futro i opychających się smakołykami:
-?Panie i panowie! Unosimy się w próżni!
Ale nikt z ludzi zamieszkujących zaciszne połacie króliczego futra nie
przejmuje się wołaniem filozofów.
-?Ach, cóż za awanturnicy! -?stwierdzają.
I kontynuują rozmowę: Czy możesz podać mi masło? Jak stoją dzisiaj akcje
banku? Ile kosztują pomidory? Czy słyszałeś, że Lady Di znów spodziewa
się dziecka?
Kiedy matka Zofii po południu wróciła do domu, dziewczyna była w szoku.
Puszka z listami od tajemniczego filozofa leżała dobrze ukryta w Zaułku.
Zofia próbowała zabrać się do lekcji, ale siedziała tylko, zastanawiając
się nad tym, co przeczytała.
O tak wielu rzeczach przedtem nie myślała! Nie była już dzieckiem, ale
nie była też jeszcze całkiem dorosła. Zrozumiała, że zaczęła już powoli
zapadać się w głąb futerka królika wyciągniętego z czarnego cylindra
wszechświata. Filozof jednak zatrzymał ją w pół drogi. On -?a może ona?
-?mocno chwycił ją za kark i pociągnął w górę, na czubek włoska, gdzie
kiedyś bawiła się jako dziecko. I stamtąd właśnie, z samego czubka
włoska, przyjrzała się światu, jak gdyby ujrzała go po raz pierwszy.
Filozof ją ocalił. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Nieznany
nadawca uratował ją od obojętności codziennego życia.
Kiedy matka wróciła do domu około piątej, Zofia zaciągnęła ją do salonu
i posadziła w fotelu.
-?Mamo, czy nie uważasz, że to niezwykłe: żyć? -?zaczęła.
Matka była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co odpowiedzieć. Na ogół
kiedy wracała do domu, zastawała córkę siedzącą nad lekcjami.
-?Hmmm -?mruknęła. -?Czasami, owszem.
-?Czasami? A czy nie uważasz, że to dziwne, że w ogóle istnieje jakiś
świat?
-?Och, Zosiu, nie mów takich rzeczy!
-?Dlaczego nie? Może wydaje ci się, że świat jest całkiem normalny?
-?No, bo tak przecież jest. W każdym razie na ogół.
Zofia zrozumiała, że filozof miał rację. Dorośli traktowali świat jako
rzecz całkiem naturalną. Raz na zawsze, jak Śpiąca Królewna, ukołysali
się do stuletniego snu codzienności.
-?Phi! To tylko ty na dobre zadomowiłaś się na świecie i przestał już
cię dziwić -?powiedziała.
-?Co ty pleciesz?
-?Że za bardzo się przyzwyczaiłaś do świata. Innymi słowy, całkiem
zgłupiałaś.
-?Nie wolno ci się tak do mnie odzywać, Zofio.
-?Dobrze, wyjaśnię ci to inaczej. Ułożyłaś się głęboko w futrze białego
królika, który właśnie w tym momencie wyciągany jest z czarnego cylindra
wszechświata. Zaraz pójdziesz nastawić ziemniaki, potem przeczytasz
gazetę, a po półgodzinnej poobiedniej drzemce obejrzysz dziennik.
Na twarzy matki pojawił się wyraz zatroskania. Rzeczywiście poszła do
kuchni nastawić ziemniaki. Nieco później wróciła do salonu i teraz ona
usadziła Zofię w fotelu.
-?Muszę z tobą porozmawiać -?zaczęła. Zofia z tonu wywnioskowała, że
chodzi o coś poważnego. -?Nie zaplątałaś się przypadkiem w jakieś
narkotyki, kochanie?
Zofia wybuchnęła śmiechem, ale dobrze rozumiała, dlaczego to pytanie
padło akurat teraz.
-?Skąd! -?powiedziała. -?Od tego człowiek obojętnieje jeszcze bardziej.
Tego dnia nie mówiły już więcej ani o narkotykach, ani o białych
królikach.
MITY
...chwiejna równowaga między dobrymi a złymi mocami...
Następnego ranka nie było żadnego listu do Zofii. Dziewczynka nudziła
się przez długi dzień w szkole. Na przerwach starała się być wyjątkowo
miła dla Jorunn, a w drodze do domu zaczęły planować wspólną wycieczkę z namiotem, kiedy tylko w lesie trochę przeschnie.
Wreszcie Zofia znów stanęła przed skrzynką. Najpierw otworzyła liścik ze
stemplem z Meksyku. To kartka od taty. Tęsknił za domem i pierwszy raz
udało mu się pokonać w szachach pierwszego oficera. Poza tym uporał się
już prawie z dwudziestoma kilogramami książek, które zabrał ze sobą,
kiedy wyruszał w rejs po zimowych wakacjach.
Ale w skrzynce leżała także zaadresowana do niej żółta koperta! Zofia
zostawiła w domu plecak oraz resztę poczty i pobiegła do Zaułka.
Wyciągnęła kolejne zapisane na maszynie kartki i zaczęła czytać.
Mityczny obraz świata
Witaj, Zosiu! Mamy sporo do zrobienia, przystąpmy więc od razu do
rzeczy.
Przez filozofię rozumiemy nowy sposób myślenia, który narodził się w Grecji, około 600 lat przed Chrystusem. Wcześniej odpowiedź na wszystkie
pytania dawały ludziom rozmaite religie. Takie religijne wyjaśnienia
przekazywane były z pokolenia na pokolenie w postaci mitów. Mity to
opowieści o bogach, wyjaśniające, dlaczego życie jest takie, jakie jest.
Przez tysiące lat na całym świecie wyrósł prawdziwie dziki i bujny
gąszcz mitycznych wyjaśnień problemów filozoficznych. Filozofowie greccy
starali się wykazać, że ludzie nie powinni wierzyć mitom.
Aby pojąć sposób myślenia pierwszych filozofów, musimy zrozumieć, co to
jest mityczny obraz świata. Jako przykład posłużą nam mity pochodzące ze
Skandynawii. By zaczerpnąć wody, nie trzeba przechodzić na drugą stronę
strumienia.
Z pewnością znany Ci jest bóg THOR z młotem. Zanim chrześcijaństwo
dotarło do Norwegii, tu, na Północy, ludzie wierzyli, że Thor podróżuje
po niebie wozem ciągniętym przez dwa kozły. Kiedy obracał swym młotem,
powstawały grzmoty i błyskawice. Norweskie słowo torden (grzmot)
pochodzi od Tor-d?nn (huk Thora). Po szwedzku grzmot nazywa się
?ska, a właściwie ?s-aka, co znaczy "podróż boga" przez niebo.
Kiedy błyska i grzmi, na ogół towarzyszy temu deszcz. Dla chłopów w epoce wikingów opady miały ogromne znaczenie. Dlatego właśnie Thora
czczono jako boga płodności.
A zatem na pytanie, dlaczego pada deszcz, mityczna odpowiedź brzmiała
następująco: bo Thor wywija młotem. A po deszczu wszystko kiełkowało,
obsiane pola rodziły.
W jaki sposób rośliny rosną i wydają owoce, samo w sobie pozostawało
niepojęte. Chłopi wiedzieli jednak, że ma to coś wspólnego z deszczem.
Powszechnie wierzono również, że deszcz jest wynikiem działania Thora.
Przez to stał się on jednym z najważniejszych bogów w Skandynawii.
Wielkie znaczenie Thora miało jeszcze inne przyczyny, związane z porządkiem świata.
Wikingowie wyobrażali sobie, że cały zamieszkany przez ludzi świat jest
wyspą, której stale grożą niebezpieczeństwa z zewnątrz. Tę część świata
nazywali MIDGARD, czyli kraina położona w środku. W Midgardzie znajdował
się także ASGARD, czyli siedziba bogów. Wokół Midgardu rozciągał się
UTGARD, czyli kraj położony na zewnątrz. Tu mieszkali groźni jotunowie
-?olbrzymi, którzy wymyślnymi sztuczkami bezustannie usiłowali zniszczyć
świat. Takie złośliwe potwory często określamy jako "moce chaosu".
Zarówno w religii staroskandynawskiej, jak i w większości innych kultur,
ludzie wierzyli w chwiejną równowagę sił między dobrymi i złymi mocami.
Jednym ze sposobów, jakimi olbrzymi mogli zniszczyć Midgard, było
porwanie bogini płodności FREYJI. Gdyby tego dokonali, ziemia
przestałaby wydawać plony, a kobiety nie rodziłyby dzieci. Dlatego tak
istotne było, by bogowie zdołali utrzymać olbrzymów w szachu.
I tu także ważną rolę odgrywał Thor. Jego młot nie tylko sprowadzał
deszcz, był także niezawodną bronią w walce z niebezpiecznymi siłami
chaosu. Młot zapewniał mu prawie nieograniczoną siłę. Mógł rzucać nim za
olbrzymami i w ten sposób je uśmiercać. Nie musiał się też bać, że go
straci, gdyż młot działał jak bumerang i zawsze wracał do właściciela.
Takie było mityczne wyjaśnienie istnienia natury i przyczyn
bezustannie toczącej się walki dobra ze złem. Jednakże filozofowie
takich właśnie wyjaśnień nie chcieli uznać.
Nie chodziło jednak tylko o wyjaśnienia.
Ludzie nie mogli siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadną na
nich nieszczęścia -?na przykład susza lub zakaźne choroby. Sami ludzie
także musieli brać udział w walce ze złem. Dokonywało się to poprzez
rozmaite obrzędy religijne, czyli rytuały.
W epoce staroskandynawskiej najważniejszym religijnym obrzędem była
ofiara. Dzięki ofierze składanej bogu jego siła wzrastała. Ludzie
musieli składać ofiary bogom, by dodać im mocy w walce z siłami chaosu.
W ofierze składano zwierzęta. Thorowi prawdopodobnie ofiarowywano kozły.
ODYNOWI składano czasem nawet ofiary z ludzi.
Najpopularniejszy w Norwegii mit znamy z poematu Thrymskvida, czyli
Pieśni o Thrymie. Opowiada on, jak to Thor pogrążony był we śnie, a kiedy się obudził, zobaczył, że jego młot zniknął. Thor wpadł w taki
gniew, że aż drżały mu ręce i trzęsła się broda. Wraz ze swym
towarzyszem LOKIM udał się do Freyji i poprosił ją o pożyczenie szaty z piór, aby Loki mógł pofrunąć do Jotunheim, siedziby olbrzymów, i sprawdzić, czy to nie oni skradli młot. Tu właśnie Loki spotyka króla
olbrzymów, THRYMA, który rzeczywiście chełpi się, że ukrył młot osiem
mil pod ziemią. Dodaje także: Asowie (bogowie) nie odzyskają go, dopóki
Freyja nie zostanie jego żoną.
Słuchasz uważnie, Zosiu? Dobrzy bogowie stają nagle w obliczu
straszliwego szantażu z zakładnikiem. Olbrzymi przejmują teraz władzę
nad najpotężniejszą bronią bogów, sytuacja staje się więc niezwykle
napięta. Dopóki olbrzymi mają młot Thora, dzierżą władzę nad światem
bogów i ludzi. W zamian za młot żądają Freyji. Taka transakcja jest
jednak niemożliwa. Jeśli bogowie będą zmuszeni oddać boginię płodności,
która strzeże wszelkiego życia, wówczas zwiędnie trawa na łąkach, a bogów i ludzi niechybnie czeka śmierć. Jest to więc sytuacja bez
wyjścia. Jeśli wyobrazisz sobie grupę terrorystyczną grożącą zrzuceniem
bomby atomowej na Londyn albo Paryż, gdy nie zostaną spełnione ich
śmiertelnie niebezpieczne żądania, z pewnością zrozumiesz, o co mi
chodzi.
Mit opowiada dalej, że Loki wrócił do domu, do Asgardu. Prosi Freyję, by
przywdziała ślubny strój, bo niestety musi zostać poślubiona olbrzymowi.
Freyja gniewa się i mówi, że ludzie posądzą ją o całkowite szaleństwo na
punkcie mężczyzn, jeśli zgodzi się poślubić jednego z olbrzymów.
Na świetny pomysł wpada jednak bóg HEIMDALL. Proponuje, aby zamiast
Freyji, przebrać za oblubienicę Thora. Żeby przypominał kobietę, mogą
odpowiednio ułożyć mu włosy, a na piersi zawiesić kamienie. Thor
naturalnie nie jest zachwycony propozycją, ale w końcu pojmuje, że
jedynym sposobem na odzyskanie młota jest usłuchanie rady Heimdalla.
Thor przebiera się za pannę młodą, Loki ma mu towarzyszyć jako druhna.
"Tak więc my, dwie niewiasty, wyruszamy do Jotunheim" -?mówi Loki.
Posługując się bardziej nowoczesnym językiem, możemy stwierdzić, że Thor
i Loki to "brygada antyterrorystyczna" bogów. Przebrani za kobiety mają
wedrzeć się do twierdzy olbrzymów i odzyskać młot Thora.
Ledwie przybywają do Jotunheimu, a już olbrzymi zaczynają szykować ucztę
ślubną. Ale podczas biesiady panna młoda -?czyli Thor w przebraniu -
zjada całego wołu i osiem łososi i do tego wypija trzy beczki piwa.
Budzi to podejrzenia Thryma i niewiele brakuje, by "komandosi" zostali
zdemaskowani. Loki potrafi jednak w porę zażegnać niebezpieczeństwo.
Wyjaśnia, że Freyja nic nie jadła od ośmiu dni, tak ogromnie cieszyła
się na przybycie do Jotunheimu.
Następnie Thrym unosi welon ślubny, chcąc ucałować pannę młodą, ale
spojrzawszy w ziejące nienawiścią oczy Thora, odskakuje przerażony. I tym razem Loki ratuje sytuację. Wyjaśnia, że narzeczona nie spała przez
osiem nocy, tak bardzo radowała się zamążpójściem. Thrym, zadowolony z odpowiedzi, nakazuje przynieść młot i położyć go na kolanach panny
młodej na czas zaślubin.
Podobno gdy Thor poczuł swój młot na kolanach, wybuchnął radosnym
gromkim śmiechem. Najpierw uderzeniem młota pozbawił życia Thryma, a później resztę olbrzymów. W ten sposób straszna historia terrorystyczna
zakończyła się szczęśliwie. Jeszcze raz Thor -?Batman czy James Bond
bogów -?zwyciężył złe moce.
Tyle opowiada nam sam mit, Zosiu. Ale co właściwie chce nam przekazać? Z pewnością nie wymyślono go jedynie dla zabawy. Ma on coś wyjaśnić. Można
na przykład rozumieć go następująco:
Kiedy w kraju nastała susza, ludziom potrzebne było wyjaśnienie,
dlaczego nie nadchodzi deszcz. Może dlatego, że olbrzymi skradli młot
Thora?
Można również przypuszczać, że mit usiłuje wytłumaczyć zmieniające się
pory roku: zimą natura zamiera, ponieważ młot Thora znajduje się w Jotunheimie, ale wiosną udaje się go Thorowi odzyskać. W taki sposób mit
wyjaśnia ludziom coś, czego nie rozumieją.
Rola mitu nie kończyła się jednak na wyjaśnianiu. Często ludzie
odprawiali obrzędy związane z mitem. Możemy wyobrazić sobie, że sposobem
ludzi na suszę czy nieurodzaj było odegranie dramatu, o którym mówi
mityczna opowieść. Być może któregoś z mężczyzn z wioski przebierano za
oblubienicę, przywiązując mu zamiast piersi kamienie, by wykradł młot
olbrzymom. W taki sposób ludzie mogli podjąć działania, by przywołać
deszcz i by ziarno na polu zakiełkowało.
Wiadomo, że istnieje wiele pochodzących z innych części świata
przykładów na to, że ludzie odgrywali mit o porach roku, by przyspieszyć
procesy zachodzące w przyrodzie.
Ledwie uchyliliśmy drzwi prowadzące do świata mitów skandynawskich.
Istniało całe mnóstwo innych mitów o Thorze i Odynie, FREYU i Freyji,
HODZIE i BALDRZE, i wielu, wielu innych bogach. Mityczne wyobrażenia
kwitły na całym świecie, zanim zabrali się za nie filozofowie. Tak, bo
kiedy rodziła się filozofia, Grecy także posługiwali się mitycznym
obrazem świata. Przez stulecia, z pokolenia na pokolenie przekazywano
opowieści o bogach. Greccy bogowie nazywali się ZEUS i APOLLO, HERA i ATENA, DIONIZOS i ASKLEPIOS, HERAKLES i HEFAJSTOS. Wymieniłem tylko
kilku.
Około roku 700 przed Chrystusem wiele greckich mitów zostało spisanych
przez HOMERA i HEZJODA. Zaistniała całkiem nowa sytuacja. Gdy mity
zostały zapisane, można było o nich dyskutować.
Pierwsi greccy filozofowie krytykowali mitologię Homera za to, że
bogowie tak bardzo przypominali ludzi, że byli równie egoistyczni i wiarołomni jak zwykli śmiertelnicy. Po raz pierwszy stwierdzono, że mity
być może są jedynie wytworami ludzkiej fantazji.
Przykład krytyki mitów znaleźć możemy u filozofa KSENOFANESA, który
urodził się około 570 r. p.n.e.: "Ludzie stworzyli bogów na własny obraz
-?mówił. -?Śmiertelnym się zdaje, że bogowie zostali zrodzeni jak oni,
że noszą ich szaty, mają ich głos i postać. Etiopowie uważają, że ich
bogowie mają spłaszczone nosy i są czarni, Trakowie zaś, że mają
niebieskie oczy i rude włosy. Gdyby woły, konie i lwy miały ręce i mogły
nimi malować, to konie malowałyby obrazy bogów podobne do koni, a woły
podobne do wołów".
W tym właśnie okresie Grecy założyli wiele miast-państw, zarówno w Grecji, jak i w południowej Italii i Azji Mniejszej. Wszelką pracę
fizyczną wykonywali niewolnicy, wolni obywatele mogli więc poświęcać
wiele czasu na politykę i życie kulturalne.
W owych środowiskach miejskich nastąpił przełom w sposobie myślenia.
Każdy człowiek mógł indywidualnie, na własny rachunek stawiać sobie
pytania, w jaki sposób należy zorganizować społeczeństwo. Każdy człowiek
mógł również zadawać pytania filozoficzne, nie odwołując się do mitów.
Mówimy, że dokonało się przejście od mitycznego sposobu myślenia do
myślenia opartego na doświadczeniu i rozumie. Celem pierwszych greckich
filozofów było znaleźć naturalne wyjaśnienia procesów zachodzących w przyrodzie.
Zofia spacerowała po ogrodzie. Starała się zapomnieć o wszystkim, czego
nauczyła się w szkole, a zwłaszcza o tym, czego dowiedziała się na
lekcjach przyrody.
Gdyby wyrosła w tym ogrodzie, gdyby nie miała całej szkolnej wiedzy, jak
wtedy patrzyłaby na wiosnę?
Jak próbowałaby wytłumaczyć, dlaczego pewnego dnia nagle zaczyna padać
deszcz? Czy dzięki wyobraźni zrozumiałaby, dlaczego śnieg znika, a słońce wznosi się na niebie coraz wyżej?
Tak, na pewno tak właśnie by było, stwierdziła, i natychmiast zaczęła
wymyślać wyjaśnienie:
Zima skuła okowami mrozu cały kraj, ponieważ zły Muriat uwięził piękną
księżniczkę Sikitę w zimnym lochu. Ale pewnego dnia mężny książę Bravato
ją uwolnił. Uszczęśliwiona Sikita zaczęła tańczyć po łąkach, nucąc
piosenkę, którą ułożyła w ponurym więzieniu. Ziemia i drzewa, słysząc
to, wzruszyły się tak bardzo, że śnieg przemienił się w łzy, zaraz też
na niebie pokazało się słońce i osuszyło je. Ptaki podjęły piosenkę
Sikity, a gdy księżniczka rozpuściła złote włosy, kilka loków upadło na
ziemię i w jednej chwili zamieniło się w żonkile.
Zofia uznała, że wymyśliła bardzo piękną historię. Czuła, że gdyby nie
znała innego wyjaśnienia następujących po sobie pór roku, na pewno
uwierzyłaby w historię wymyśloną przez siebie.
Zrozumiała, że ludzie zawsze odczuwali potrzebę wyjaśnienia zjawisk
zachodzących w przyrodzie. Chyba nie mogli bez tego żyć, i w czasach,
gdy nie istniała jeszcze nauka, tworzyli mity.
FILOZOFOWIE PRZYRODY
...nic nie może powstać z tego, czego nie ma...
Kiedy matka po południu wróciła z pracy, Zofia siedziała na ogrodowej
huśtawce, rozmyślając, jaki może istnieć związek między kursem filozofii
a Hildą M?ller Knag, która raczej nie dostanie kartki z życzeniami
urodzinowymi od swego ojca.
-?Zosiu! -?zawołała matka z daleka. -?Przyszedł do ciebie jakiś list!
Zofia drgnęła. Przecież sama wyjmowała pocztę, a więc musiał to być list
od filozofa. Co ma powiedzieć matce?
Powoli wstała z huśtawki i wyszła matce na spotkanie.
-?Nie ma na nim znaczka. To na pewno list miłosny.
Zofia odebrała kopertę z rąk matki.
-?Nie otworzysz?
Co mogła powiedzieć?
-?Słyszałaś, żeby ktoś otwierał list miłosny w obecności matki
zaglądającej przez ramię?
Niech raczej wierzy, że to coś takiego. Zofia czuła się strasznie
głupio, bo doprawdy była jeszcze bardzo młoda jak na osobę otrzymującą
miłosne liściki, ale jeszcze głupiej by było, gdyby pewnego dnia wydało
się, że dostaje cały kurs korespondencyjny od zupełnie nieznajomego,
obcego filozofa, który na dodatek bawi się z nią w kotka i myszkę.
Była to następna mała, biała koperta. Zofia u siebie w pokoju
przeczytała kolejne trzy pytania napisane na niedużym arkusiku:
Czy istnieje pierwotna materia, z której powstało wszystko inne?
Czy woda może przemienić się w wino?
W jaki sposób ziemia i woda mogą zmienić się w żywą żabę?
Zofia uznała, że pytania są zwariowane, ale przez cały wieczór nie
przestawały jej brzęczeć w głowie. Również następnego dnia w szkole
zaczęła je po kolei rozważać.
Czy istnieje pierwotna materia, z której powstało wszystko inne? Ale
jeśli istnieje jakaś materia, z której składa się wszystko na świecie,
to w jaki sposób ta sama materia może przeobrazić się za jednym razem w jaskier, a za drugim na przykład w wielkiego słonia?
Ta sama wątpliwość dotyczyła również następnego pytania: czy woda może
przemienić się w wino. Zofia słyszała o Jezusie, który przemienił wodę w wino, ale nigdy nie traktowała tego dosłownie. A jeśli Jezus
rzeczywiście przemienił wodę w wino, to był to cud, a więc coś, co
właściwie jest niemożliwe. Zofia zdawała sobie sprawę, że zarówno w winie, jak i niemal wszędzie w przyrodzie jest bardzo dużo wody, jednak
chociaż ogórek zawiera 95 procent wody, to musi być w nim coś jeszcze,
żeby ogórek mógł być ogórkiem, a nie samą wodą.
Następny problem, z żabą. Nauczyciel filozofii w ogóle zastanawiająco
interesował się żabami. Zofia mogła ewentualnie zgodzić się z twierdzeniem, że żaba składa się z ziemi i wody, ale pod warunkiem, że
ziemia nie składa się z jednego jedynego rodzaju materii. Natomiast
jeśli ziemia składa się z wielu rodzajów materii, to rzeczywiście można
by uznać, że ziemia i woda razem mogą stać się żabą. Oczywiście gdyby
ominęły drogę od żabiego skrzeku poprzez kijankę. Bo przecież żaba nie
wyrośnie ot, tak sobie, na grządce warzywnej, nawet gdyby nadzwyczaj
starannie się ją podlewało.
Kiedy po południu Zofia wróciła ze szkoły do domu, w skrzynce czekała na
nią pękata koperta. Tak jak w poprzednich dniach, Zofia pospieszyła do
Zaułka.
Założenie filozoficzne
Znów się spotykamy! Od razu zabieramy się za dzisiejszą lekcję, nie
zahaczając o białe króliki i inne temu podobne historie.
Spróbuję w ogólnym zarysie opowiedzieć Ci, co ludzie myśleli na temat
problemów filozoficznych od greckiej starożytności aż do chwili obecnej.
Ale wszystko po kolei.
Ponieważ filozofowie żyli w innych czasach, a być może i w zupełnie
innej kulturze niż nasza, często dobrze jest określić, jakie były
założenia poszczególnych filozofów. Chodzi mi o to, że musimy się
zorientować, czego najbardziej chciał się dowiedzieć dany filozof. Jeden
interesował się, jak powstały planety i zwierzęta. Innego pasjonowało
poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czy istnieje Bóg lub czy człowiek ma
nieśmiertelną duszę.
Kiedy już zdołamy zorientować się, jakie jest założenie danego filozofa,
łatwiej nam będzie prześledzić jego sposób myślenia. Jeden filozof
bowiem nie zajmuje się wszystkimi problemami filozoficznymi.
Mówiąc o filozofie, użyłem sformułowania "jego sposób myślenia". Tak,
bo również historia filozofii zdominowana jest przez mężczyzn. Kobiety
były ciemiężone jako płeć i jako istoty myślące. Wielka szkoda, bo w ten
sposób zaprzepaszczono wiele istotnych doświadczeń. Dopiero w naszym
stuleciu kobiety naprawdę wkraczają do historii filozofii.
Nie będę Ci zadawał prac domowych, a w każdym razie trudnych zadań
matematycznych. Nie interesuje mnie też odmiana czasowników angielskich.
Czasami jednak poproszę Cię o wykonanie jakiegoś, i to wcale niełatwego,
doświadczenia.
Jeśli zgadzasz się na te warunki, zaczynamy.
Filozofowie przyrody
Pierwszych filozofów w Grecji często nazywa się filozofami przyrody,
ponieważ interesowali się przede wszystkim przyrodą i zjawiskami, jakie
w niej zachodzą.
Zadaliśmy już sobie pytanie, skąd wszystko się bierze. W dzisiejszych
czasach wielu ludzi skłonnych jest twierdzić, że coś kiedyś musiało
powstać z niczego. Myśl ta wśród Greków nie była równie popularna. Z takiego czy innego powodu przyjmowali za pewnik, że coś musiało
istnieć od zawsze.
Zasadniczym pytaniem nie było więc, w jaki sposób wszystko mogło powstać
z niczego. Grecy zastanawiali się natomiast, jak to możliwe, że woda
może zmienić się w żywą rybę, a martwa ziemia w wysokie drzewa i barwne
kwiaty. Nie mówiąc już o tym, jak dziecko może powstać w łonie matki!
Filozofowie na własne oczy widzieli, że w przyrodzie nieustannie
zachodzą zmiany. Ale w jaki sposób te zmiany były możliwe? W jaki
sposób jakaś substancja może zmienić się w coś zupełnie innego, na
przykład w coś żywego?
Wspólny dla pierwszych filozofów jest pogląd, że musi istnieć określona
pierwotna materia, będąca zasadą wszelkich zmian. Trudno powiedzieć,
jak wpadli na taką myśl. Wiemy jedynie, że rozprzestrzeniło się
przekonanie o konieczności istnienia określonej prasubstancji, która
kryje się za wszelkimi zmianami w przyrodzie. Musi istnieć coś, z czego
wszystko bierze swój początek i do czego powraca.
Rozwiązania, do jakich doszli pierwsi filozofowie, nie są dla nas
najbardziej interesujące. Ciekawsze jest, jakie zagadnienia rozważali i jakiego typu odpowiedzi poszukiwali. Bardziej interesuje nas, w jaki
sposób myśleli, niż co dokładnie myśleli.
Możemy stwierdzić na pewno, że zadawali pytania dotyczące widocznych
zmian zachodzących w przyrodzie. Starali się określić odwieczne prawa
natury. Pragnęli zrozumieć to, co dzieje się w przyrodzie, nie odwołując
się przy tym do wyjaśnień podawanych przez mitologię. Przede wszystkim
starali się zrozumieć procesy zachodzące w przyrodzie, obserwując samą
przyrodę. To coś zupełnie innego niż wyjaśnianie błyskawicy i grzmotu,
zimy i wiosny wydarzeniami w świecie bogów!
W ten sposób filozofowie uwolnili się od religii. Możemy powiedzieć, że
filozofowie przyrody uczynili pierwszy krok w kierunku naukowego
sposobu myślenia. Dali podstawy wszystkim późniejszym naukom
przyrodniczym.
Większość z tego, co mówili i pisali filozofowie przyrody, nie zachowała
się dla potomności. Garść informacji, które dane nam było poznać,
znaleźć można w pismach ARYSTOTELESA, żyjącego około dwustu lat później
niż pierwsi filozofowie. Arystoteles przedstawia jedynie wnioski, jakie
wyciągnęli jego poprzednicy. Oznacza to, że nie zawsze wiemy, w jaki
sposób doszli oni do swoich konkluzji. Wiemy jednak wystarczająco wiele,
by móc z całą pewnością stwierdzić, że założeniem pierwszych greckich
filozofów były zagadnienia dotyczące pierwotnej materii i zmian
zachodzących w przyrodzie.
Trzej filozofowie z Miletu
Pierwszym filozofem, jakiego znamy, był TALES z MILETU, greckiej kolonii
z Azji Mniejszej. Wiele podróżował po świecie. Mówi się, że podał
wysokość jednej z piramid w Egipcie, mierząc jej cień akurat w momencie,
gdy jego własny cień miał tę samą długość, co on sam. Podobno zdołał
także przepowiedzieć zaćmienie Słońca w 585 r. p.n.e.
Tales był zdania, że początkiem wszystkiego jest woda. O co dokładnie
mu chodziło, nie wiemy. Może uważał, że wszelkie życie bierze swój
początek w wodzie i gdy ulega rozkładowi, znów się w nią zmienia?
Kiedy przebywał w Egipcie, z pewnością widział, jak zaczynają kiełkować
rośliny, gdy Nil ustępuje z pól wokół jego delty. Być może zauważył
także dżdżownice i żaby pokazujące się po deszczu.
Prawdopodobne jest również, że Tales myślał o tym, jak woda przemienia
się w lód i w parę, by później znów przybrać postać wody.
Tales miał poza tym powiedzieć: "Wszystko pełne jest bogów". I tu także
możemy jedynie zgadywać, co miał na myśli. Być może obserwował czarną
glebę, która jest początkiem wszystkiego, poczynając od kwiatów i zboża
aż do małych owadów i karaluchów, i wyobrażał sobie, że ziemia pełna
jest maleńkich, niewidzialnych "zarodków życia". Pewne jest w każdym
razie, że nie chodziło mu o bogów Homera.
Następnym filozofem, o jakim się dowiadujemy, jest ANAKSYMANDER, który
także pochodził z Miletu. Uważał, że nasz świat jest tylko jednym z wielu światów, które powstają i giną w tym, co nazywał bezkresem.
Niełatwo powiedzieć, co miał na myśli, mówiąc o bezkresie, ale jasne się
wydaje, że nie chodziło mu o konkretny rodzaj materii -?jak Talesowi.
Być może uważał, że to, z czego wszystko jest stworzone, musi właśnie
różnić się od wszystkiego, co tworzy. Pierwotną materią nie mogła być
zwykła woda, lecz coś nieokreślonego, czyli bezkres.
Trzecim filozofem z Miletu był ANAKSYMENES (ok. 570 -?526 r. p.n.e.).
Uważał, że pierwotną materią, z której wszystko powstało, jest
powietrze albo mgła.
Anaksymenes znał oczywiście naukę Talesa o wodzie. Ale skąd wzięła się
woda? Anaksymenes był zdania, że woda to zgęszczone powietrze. Widzimy
wszak, że kiedy powietrze gęstnieje, zmienia się w wodę i pada deszcz.
Kiedy woda zgęstnieje jeszcze bardziej, zmienia się w ziemię. Być może
widział, jak ziemia i piasek wyłaniają się z topniejącego lodu.
Anaksymenes był również przekonany, że ogień to rozrzedzone powietrze.
Jego zdaniem więc zarówno ziemia, woda, jak i ogień powstały z powietrza.
Droga od ziemi i wody do roślin na polu nie jest wcale taka daleka. Być
może Anaksymenes uważał, że po to, by mogło powstać życie, niezbędna
jest i ziemia, i powietrze, i ogień, i woda, jednakże punktem wyjścia
było jego zdaniem powietrze czy mgła. Podzielał więc pogląd Talesa, że
musi istnieć jeden rodzaj materii, będący przyczyną wszelkich zmian
zachodzących w przyrodzie.
Nic nie może powstać z tego, czego nie ma
Wszyscy trzej filozofowie z Miletu wyobrażali sobie, że musi istnieć
jeden i tylko jeden rodzaj pierwotnej materii, z którego powstało
wszystko inne. Ale w jaki sposób jedna materia może nagle się zmienić i stać się czymś zupełnie innym? Ten problem możemy nazwać problemem
zmian.
Na przełomie VI i V w. p.n.e. w Elei, greckiej kolonii w południowej
Italii, żyło kilku filozofów, i właśnie oni, tzw. eleaci, zajmowali się
podobnymi zagadnieniami. Najbardziej znanym spośród nich był PARMENIDES
(ok. 540 -?480 r. p.n.e.).
Parmenides uważał, że wszystko, co istnieje, istnieje od zawsze. Był to
dość powszechny pogląd wśród Greków. Przyjmowali niemal za pewnik, że
wszystko, co istnieje na świecie, jest wieczne. Parmenides był zdania,
że "nic nie może powstać z tego, czego nie ma, a to, co jest, nie może
przestać być".
Parmenides posunął się jednak jeszcze dalej. Był przekonany, że żadna
prawdziwa zmiana nie jest możliwa. Nic nie może zmienić się w nic innego
niż w to, czym dokładnie jest.
Parmenides zdawał sobie oczywiście sprawę, że w przyrodzie widoczne są
ciągłe zmiany. Zmysłami rejestrował, jak zmieniają się rzeczy, ale nie
zgadzało się to z tym, co podpowiadał mu rozum. Kiedy jednak został
zmuszony, by wybrać, czy bardziej ufa zmysłom czy rozumowi, opowiedział
się po stronie rozumu.
Znamy wyrażenie: "Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę". Parmenides jednak
nie wierzył i w to, co widział. Sądził, że zmysły dają nam fałszywy
obraz świata, obraz, który nie zgadza się z ludzkim rozumem. Uważał, że
jego zadaniem jako filozofa jest ujawnianie wszelkich form złudzenia
zmysłowego.
Tak silna wiara w ludzki rozum zwie się racjonalizmem. Racjonalista to
ktoś, kto wierzy, że źródłem poznania świata jest ludzki rozum.
Wszystko płynie
Współcześnie z Parmenidesem żył HERAKLIT (ok. 540 -?480 r. p.n.e.) z Efezu w Azji Mniejszej. Uważał, że najbardziej charakterystyczną cechą
przyrody jest jej ciągła zmienność. Możemy stwierdzić, że Heraklit,
bardziej niż Parmenides, ufał temu, co obserwował zmysłami.
"Wszystko płynie" -?twierdził Heraklit. Wszystko jest w ruchu, nic nie
trwa wiecznie. Dlatego nie możemy "dwa razy wejść do tej samej rzeki".
Kiedy bowiem wchodzę do rzeki po raz drugi, i ja jestem już inny, i rzeka jest inna.
Heraklit podkreślał także, że świat pełen jest ciągłych przeciwieństw.
Gdybyśmy nigdy nie chorowali, nie rozumielibyśmy, co to znaczy być
zdrowym. Gdybyśmy nigdy nie zaznali głodu, nie mielibyśmy żadnej radości
z tego, że się najemy. Gdyby nie było wojny, nie cenilibyśmy pokoju, a gdyby nigdy nie było zimy, nie dostrzegalibyśmy nadejścia wiosny.
Heraklit uważał, że zarówno dobro, jak i zło jest konieczne dla
dopełnienia całości. Gdyby nie ciągła walka przeciwieństw, świat
przestałby istnieć.
"Bóg to dzień i noc, zima i lato, wojna i pokój, głód i sytość" -?mówił.
Choć używa słowa "bóg", pewne jest, że nie ma na myśli bogów, o których
opowiadały mity. Dla Heraklita Bóg -?czy boskość -?to coś, co obejmuje
cały świat. Tak, Bóg ukazuje się właśnie w stale zmieniającej się i pełnej przeciwieństw przyrodzie.
Zamiast używać słowa "bóg", posługuje się często greckim słowem logos,
które oznacza rozum. Heraklit uważał, że chociaż my, ludzie, nie zawsze
myślimy podobnie i nie zawsze mamy taki sam rozum, musi istnieć swoisty
"rozum świata", który rządzi wszystkim, co dzieje się w naturze. Ów
"rozum świata", czy też "prawo natury", jest wspólny dla wszystkich i wszyscy ludzie muszą się mu podporządkować. Zdaniem Heraklita większość
ludzi żyje jednak, kierując się własnym rozumem. Zresztą nie bardzo
cenił on sobie bliźnich. "Opinie większości ludzi można porównać do
zabaw małych dzieci" -?twierdził.
Tak więc wśród wszystkich zmian zachodzących w przyrodzie i tkwiących w niej przeciwieństw Heraklit dostrzegał pewną jedność czy też całość. Owo
coś, będące początkiem wszystkiego, nazywał Bogiem albo logos.
Cztery pierwiastki
Parmenides i Heraklit stanowili właściwie krańcowe przeciwieństwa.
Rozum Parmenidesa uznawał, że nic nie może się zmienić, natomiast
doświadczenia zmysłowe Heraklita wykazywały, że w przyrodzie zachodzą
ciągłe zmiany. Który z nich miał rację? Czy mamy ufać temu, co
podpowiada nam rozum, czy też raczej dowierzać doświadczeniom zmysłowym?
I Parmenides, i Heraklit wysunęli dwa twierdzenia. Parmenides mówi:
a) nic się nie zmienia
b) i dlatego nie można polegać na wrażeniach zmysłowych.
Heraklit twierdzi natomiast:
a) wszystko się zmienia ("wszystko płynie")
b) i można polegać na wrażeniach zmysłowych.
Chyba bardziej już filozofowie nie mogą się nie zgadzać! Ale który z nich miał rację? Zawiłości, w które uwikłała się filozofia, zdołał
rozwiązać EMPEDOKLES (494 -?434 r. p.n.e.) z Sycylii. Stwierdził, że
zarówno Parmenides, jak i Heraklit mieli rację co do jednego z punktów,
natomiast w drugim -?obydwaj się mylili.
Empedokles był zdania, że tak wielka niezgodność dwu filozofów bierze
się stąd, iż obaj założyli istnienie tylko jednego pierwiastka. Gdyby
było to prawdą, przepaść między tym, co mówi rozum, a tym, co widzimy na
własne oczy, byłaby nie do pokonania.
Woda, rzecz jasna, nie może przemienić się w rybę ani w motyla. Woda w ogóle nie może się zmieniać. Czysta woda na wieczność pozostanie czystą
wodą. Parmenides miał więc rację, że nic się nie zmienia.
Jednocześnie Empedokles zgadzał się z Heraklitem, że możemy ufać naszym
doświadczeniom. Musimy wierzyć w to, co widzimy, a wszak w przyrodzie
obserwujemy ciągłe zmiany.
Empedokles doszedł do wniosku, że należy odrzucić wyobrażenie o istnieniu jednej tylko pierwotnej materii. Ani sama woda, ani samo
powietrze nie zdoła przemienić się w krzew różany czy też w motyla.
Niemożliwe jest więc, by w przyrodzie występował tylko jeden
"pierwiastek".
Empedokles uważał, że przyroda zbudowana jest w sumie z czterech
pierwotnych składników czy "korzeni", jak je nazywał. Owe cztery
korzenie to ziemia, powietrze, ogień i woda.
Wszystkie zmiany zachodzące w przyrodzie powodowane są łączeniem się i rozdzielaniem tych czterech substancji, wszystko bowiem składa się z ziemi, powietrza, ognia i wody, ale wymieszanych w różnych proporcjach.
Kiedy ginie kwiat albo zwierzę, cztery składniki znów się rozłączają. Tę
zmianę możemy zauważyć gołym okiem. Jednakże i ziemia, i powietrze, i ogień, i woda pozostają niezmienione, nietknięte, pomimo procesów
łączenia, w których biorą udział. Nie jest więc prawdą, że wszystko się
zmienia. W zasadzie nie zmienia się nic. Jedyne, co się dzieje, to to,
że cztery różne składniki łączą się ze sobą i rozdzielają, by później
znów się połączyć.
Możemy ten proces przyrównać do pracy artysty malarza. Jeśli ma tylko
jedną farbę, na przykład czerwoną, nie może namalować zielonych drzew.
Ale jeśli będzie miał żółtą, czerwoną, niebieską i czarną, może
namalować setkę rozmaitych kolorów, mieszając farby w różnych
proporcjach.
Inny przykład, kuchenny, pokazuje nam to samo. Gdybyś miała tylko mąkę,
musiałabyś być czarodziejką, by upiec z niej ciasto. Jeślibyś natomiast
miała jajka, mąkę, mleko i cukier, z tych czterech surowców możesz upiec
rozmaite ciasta.
Empedokles wcale nieprzypadkowo wskazywał na ziemię, powietrze, ogień i wodę jako "korzenie" przyrody. Inni, żyjący przed nim filozofowie
próbowali udowodnić, że woda, powietrze lub ogień są pierwotną materią.
Tales i Anaksymenes wskazali na to, że woda i powietrze są ważnymi
elementami w przyrodzie. Grecy uważali także, że wielkie znaczenie ma
również ogień. Widzieli przecież, jaką rolę odgrywa w przyrodzie słońce,
znali oczywiście ciepło ludzkiego i zwierzęcego ciała.
Być może Empedokles obserwował, jak spala się kawałek drewna. Wtedy
właśnie coś się rozłącza. Słyszymy, jak drzewo trzaska i syczy. To woda.
Coś unosi się z dymem. To powietrze. Ogień widzimy przez cały czas. A kiedy ognisko dogasa, coś w nim zostaje -?to popiół, czyli ziemia.
Gdy Empedokles stwierdził już, że wszelkie zmiany w przyrodzie zachodzą,
ponieważ cztery "korzenie" łączą się i rozdzielają, do wyjaśnienia nadal
pozostawał pewien problem. Co jest przyczyną łączenia się składników
tak, że powstaje nowe życie?
I co sprawia, że nowa "mieszanka", na przykład kwiat, ulega ponownemu
rozdzieleniu?
Doszedł do wniosku, że w przyrodzie muszą działać dwie zupełnie różne
siły. Nazwał je "miłością" i "niezgodą". Miłość łączy rzeczy, niezgoda
rozdziela.
Empedokles rozróżnia materię i siłę. Tę myśl warto zapamiętać.
Współczesna nauka mówi o pierwiastkach i siłach przyrody. Naukowcy
są zdania, że wszystkie procesy zachodzące w przyrodzie można
przedstawić jako współgranie rozmaitych pierwiastków i sił przyrody.
Empedokles zastanawiał się również nad pytaniem, co się dzieje, kiedy
postrzegamy coś za pomocą zmysłów. Jak to się dzieje na przykład, że
widzę kwiat? Czy myślałaś o tym kiedyś, Zosiu? Jeśli nie, masz teraz
szansę!
Uważał, że nasze oczy, jak i wszystko inne w przyrodzie, składają się z ziemi, powietrza, ognia i wody. "Ziemia" w moim oku dostrzega ziemię w tym, co widzę, "powietrze" widzi to, co jest powietrzem, "ogień" -?to,
co jest ogniem, a "woda" -?to, co wodą. Gdyby w oku zabrakło jednego z owych czterech składników, nie moglibyśmy widzieć całej przyrody.
We wszystkim jest część wszystkiego
Innym filozofem, którego nie zadowalał pogląd, że określona pierwotna
materia -?na przykład woda -?może przemienić się we wszystko inne, co
spotykamy w przyrodzie, był ANAKSAGORAS (500 -?428 r. p.n.e.). Nie
akceptował on również myśli, że ziemia, powietrze, ogień czy woda mogą
zmienić się w krew albo kość.
Anaksagoras uważał, że przyroda zbudowana jest z bardzo maleńkich
cząsteczek, niewidocznych dla oka. Wszystko można podzielić na mniejsze
cząstki, ale nawet w najmniejszych jest część wszystkiego. Skóra i włosy
nie mogą powstać z niczego innego, tak więc jego zdaniem i skóra, i włosy muszą znajdować się i w mleku, które pijemy, i w pokarmach, które
spożywamy.
Dwa współczesne nam przykłady pomogą Ci zrozumieć, co wyobrażał sobie
Anaksagoras. Za pomocą techniki laserowej można tworzyć obrazy zwane
hologramami. Jeśli, na przykład, połamalibyśmy na kawałki hologram
przedstawiający samochód, w jednym kawałku ujrzelibyśmy znów cały
samochód, chociaż przedtem widać na nim było tylko zderzak. To dlatego,
że w każdej najmniejszej nawet cząstce hologramu obecny jest cały motyw.
Podobnie jest z komórkami, z których zbudowane jest nasze ciało. Kiedy
pobieram komórkę skóry z palca, jądro tej komórki zawiera nie tylko
"przepis" na to, jak wygląda moja skóra. W tej samej komórce jest także
"przepis" na to, jakie są moje oczy, jaki mam kolor włosów, ile palców i jakie i tak dalej, i tak dalej. W każdej, każdziuteńkiej komórce ciała
znajduje się szczegółowy opis budowy wszystkich innych komórek ciała. W każdej komórce tkwi więc "coś ze wszystkiego". Całość istnieje w każdej
najmniejszej cząstce.
Anaksagoras nazwał owe najmniejsze cząstki, które zawierają w sobie "coś
ze wszystkiego", "ziarnami" albo "zarodkami".
Jak pamiętamy, Empedokles uważał, że to miłość łączy części w całość.
Także Anaksagoras wyobrażał sobie pewną rozumną siłę porządkującą i tworzącą zwierzęta i ludzi, kwiaty i drzewa. Siłę tę nazwał "duchem"
(nous).
Osoba Anaksagorasa budzi zainteresowanie także dlatego, że był on
pierwszym znanym filozofem, który osiadł w Atenach. Pochodził z Azji
Mniejszej, ale gdy miał czterdzieści lat, przeniósł się do Aten. Tu
został oskarżony o bezbożność i w końcu musiał opuścić miasto. Twierdził
między innymi, że Słońce nie jest bogiem, lecz rozżarzoną masą, większą
niż półwysep Peloponez.
Anaksagoras interesował się także astronomią. Uważał, że wszystkie ciała
niebieskie są z tej samej substancji co Ziemia. Do takiego wniosku
doszedł, zbadawszy meteoryt. Dlatego sądził, iż możliwe jest, że również
na innych planetach mieszkają ludzie. Twierdził także, że Księżyc nie
świeci sam z siebie, lecz odbija światło z Ziemi. Wyjaśnił poza tym
przyczynę zaćmień Słońca.
PS Dziękuję Ci za uwagę, Zosiu. Być może będziesz musiała przeczytać ten
rozdział ze dwa albo trzy razy, zanim wszystko dokładnie zrozumiesz. Ale
takie są koszty, jakie musisz ponieść. Na pewno nie podziwiałabyś
koleżanki, która zna się na tym czy na tamtym, gdyby nie kosztowało jej
to żadnego wysiłku.
Najlepsze rozwiązanie zagadnienia pierwotnej materii oraz zmian
zachodzących w naturze musi poczekać do jutra. Poznasz wtedy Demokryta.
Na razie więcej nie wyjawię!
Zofia siedziała w Zaułku i przez mały otworek w gęstych zaroślach
patrzyła na ogród. Chciała uporządkować myśli po tym, co przeczytała.
Jasne jak słońce było, że zwykła woda może przeobrazić się tylko w lód i parę wodną. Woda nie może nawet przemienić się w arbuza, bo nawet arbuz
składa się z czegoś więcej niż samej tylko wody. Ale mogła być tego
pewna chyba jedynie dlatego, że tak jej powiedziano w szkole. Czy byłaby
równie pewna, że lód składa się wyłącznie z wody, gdyby się tego nie
uczyła? W takim razie musiałaby bardzo dokładnie obserwować, jak woda
zamarza, a lód topnieje.
I znów Zofia próbowała myśleć, posługując się tylko własnym rozumem, a nie tym, czego dowiedziała się od innych.
Parmenides odrzucił wszelkie formy zmiany. Zofia także, im dłużej nad
tym rozmyślała, tym bardziej była przekonana, że na swój sposób miał
rację. Jego rozum nie mógł zaakceptować, że "coś" mogło nagle zmienić
się w "coś zupełnie innego". Twierdząc to, musiał naprawdę mieć sporo
odwagi, bo przecież tym samym zaprzeczał wszelkim zmianom zachodzącym w przyrodzie, które mógł zaobserwować każdy człowiek. Z pewnością wiele
osób naśmiewało się z niego.
Empedokles także świetnie umiał posługiwać się rozumem, kiedy orzekł, że
świat musi składać się z więcej niż tylko jednego rodzaju pierwotnej
materii, i w ten sposób wszystkie zmiany zachodzące w przyrodzie stały
się możliwe, choć właściwie nic się nie zmieniało.
Dawny grecki filozof doszedł do takich wniosków, posługując się jedynie
rozumem. Naturalnie, obserwował przyrodę, ale nie miał możliwości
przeprowadzenia analiz chemicznych, jakimi dysponuje dzisiejsza nauka.
Zofia nie była do końca przekonana, że akurat ziemia, powietrze, ogień i woda są składnikami wszystkiego. Ale czy to takie ważne? W zasadzie
Empedokles miał rację. Jedyne wyjście, by uznać wszystkie zmiany, jakie
dostrzegają nasze oczy, nie popadając przy tym w obłęd, to przyjąć
istnienie więcej niż jednego rodzaju pierwotnej materii.
Zofia uznała, że filozofia jest ciekawsza, niż sądziła. Mogła analizować
po kolei myśli filozofów własnym rozumem i wcale nie musiała pamiętać o tym wszystkim, co wbijali jej do głowy w szkole. Doszła do wniosku, że
filozofii nie można się nauczyć, ale być może można się nauczyć myśleć
filozoficznie.
DEMOKRYT
...najgenialniejsza zabawka świata...
Zofia zamknęła puszkę po ciastkach, pełną zapisanych na maszynie kartek,
które dostała od nieznanego nauczyciela filozofii. Wyczołgała się z Zaułka i przez chwilę stała, rozglądając się po ogrodzie. Nagle
przypomniała sobie, co zdarzyło się poprzedniego dnia. Matka jeszcze
przy śniadaniu żartowała sobie z niej i "listu miłosnego". Dziewczynka
pobiegła do skrzynki, by zapobiec powtórzeniu się sytuacji. Dostawać
listy miłosne dwa dni z rzędu to dwa razy bardziej zawstydzające, niż
gdyby dostało się tylko jeden.
W skrzynce znów leżała nieduża biała koperta! Zofia zaczynała dostrzegać
pewien system: każdego popołudnia znajdowała w skrzynce dużą żółtą
kopertę. Kiedy była pochłonięta czytaniem długiego listu, filozof
przekradał się do skrzynki z małą białą kopertą.
Oznaczało to, że Zofia z łatwością mogła go odkryć. Jego? A może to
jakaś ona? Ale jeśli stanie przy oknie w swoim pokoju, będzie miała
dobry widok na skrzynkę na listy i na pewno zauważy tajemniczego
filozofa. No, bo przecież białe koperty nie mogą powstawać same z siebie.
Zofia postanowiła przeprowadzić dokładną obserwację następnego dnia.
Przypadał akurat piątek, będzie miała przed sobą cały weekend.
Teraz poszła do swego pokoju i tam otworzyła kopertę. Tym razem na
kartce widniało tylko jedno pytanie, lecz -?o ile to możliwe -?jeszcze
bardziej szalone niż te, które przeczytała w "liściku miłosnym".
Dlaczego klocki Lego są najgenialniejszą zabawką świata?
Po pierwsze, Zofia nie była wcale taka pewna, czy klocki Lego
rzeczywiście są najgenialniejszą zabawką na świecie, w każdym razie już
wiele lat temu przestała się nimi bawić. Po drugie, nie mogła pojąć, co
klocki Lego mają wspólnego z filozofią.
Była jednak pilną uczennicą. Pogrzebała na najwyższej półce szafy i znalazła plastykową torbę, pełną klocków Lego we wszystkich kolorach i kształtach.
Pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna zajęła się budowaniem z małych
plastykowych klocków. Wkrótce do głowy zaczęły jej napływać myśli o klockach Lego.
Z tych klocków łatwo się buduje, myślała. Chociaż mają różną wielkość i kształt, wszystkie dadzą się ze sobą połączyć. Poza tym są
niezniszczalne. Zofia nie mogła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek
widziała zniszczony klocek Lego. Właściwie wszystkie wyglądały jak nowe,
tak samo jak wtedy, kiedy je dostała wiele lat temu. I przede wszystkim
-?z klocków Lego mogła zbudować, co tylko chciała, potem to rozebrać i zrobić coś zupełnie innego.
Czego więcej można żądać? Zofia doszła do wniosku, że klocki Lego
rzeczywiście można nazwać najgenialniejszą zabawką na świecie. Ale co
wspólnego miały z filozofią, nadal pozostawało niezrozumiałe.
Dość szybko Zofia zdążyła zbudować spory domek dla lalek. Choć przyszło
jej to z niejakim trudem, to w duchu musiała przyznać, że od dawna tak
świetnie się nie bawiła. Dlaczego ludzie przestają się bawić?
Kiedy matka wróciła do domu i zobaczyła, czym zajmuje się Zofia, wyrwało
jej się szczerze z głębi serca:
-?Jak miło widzieć, że ciągle umiesz bawić się jak dziecko!
-?Phi! Prowadzę bardzo skomplikowane badania filozoficzne. Matka głęboko
westchnęła. Pomyślała pewnie o białym króliku i cylindrze.
Kiedy Zofia wróciła ze szkoły następnego dnia, czekały już na nią w żółtej kopercie kolejne zapisane kartki. Zabrała kopertę do swego
pokoju. Chciała od razu wziąć się za czytanie, ale tego dnia postanowiła
przecież obserwować skrzynkę na listy.
Teoria atomów
I znów się spotykamy, Zosiu. Dzisiaj usłyszysz o ostatnim wielkim
filozofie przyrody. Nazywał się DEMOKRYT (ok. 460 -?370 r. p.n.e.) i pochodził z Abdery, miasta położonego na północnym wybrzeżu Morza
Egejskiego. Jeśli udało Ci się odpowiedzieć na pytanie dotyczące klocków
Lego, nie będziesz miała szczególnych trudności ze zrozumieniem, co było
założeniem tego filozofa.
Demokryt zgadzał się ze swymi poprzednikami, że zmiany zachodzące w przyrodzie nie mogą być powodowane tym, że coś naprawdę się zmienia.
Dlatego właśnie uznał, że wszystko musi być zbudowane z małych,
niewidocznych cząsteczek -?cegiełek, z których każda jest wieczna i niezmienna. Te najmniejsze cząsteczki Demokryt nazwał atomami.
Słowo atom oznacza "niepodzielny". Dla Demokryta bardzo istotne było
stwierdzenie, że elementów, z których wszystko jest zbudowane, nie można
bez końca dzielić na coraz mniejsze cząstki. Gdyby tak było, nie mogłyby
one służyć jako cegiełki. Tak, gdyby atomy dało się zmniejszać, dzielić
na coraz mniejsze elementy, cała przyroda z czasem przybrałaby postać
płynną, stawałaby się coraz rzadszą zupą.
Cegiełki będące budulcem przyrody muszą być poza tym wieczne -?no bo nic
nie może powstać z tego, czego nie ma. W tej kwestii Demokryt zgadzał
się z Parmenidesem i eleatami. Sądził też, że atomy muszą być trwałe i mieć pewną masę. Nie mogą być natomiast identyczne. Gdyby wszystkie
atomy były takie same, nie zdołalibyśmy wyjaśnić, w jaki sposób mogą się
łączyć, tworząc taką rozmaitość -?od maków i drzew oliwkowych po kocią
sierść i ludzkie włosy.
Demokryt uważał, że w przyrodzie znajduje się nieskończenie wiele
atomów. Niektóre są okrągłe i gładkie, inne chropowate, o nieregularnym
kształcie. Właśnie dlatego, że ich formy są takie różne, mogą łączyć się
w rozmaite ciała. Ale choć jest ich tak bardzo wiele i tak różnią się
między sobą, wszystkie są wieczne, niezmienne i niepodzielne.
Kiedy jakieś ciało -?na przykład drzewo albo zwierzę -?ginie i ulega
rozkładowi, atomy rozłączają się i znów mogą służyć do budowy nowych
ciał. Atomy bowiem poruszają się w próżni, ale ponieważ mają
najrozmaitsze "haki" i "zaczepy", stale się łączą, tworząc rzeczy, które
znajdują się wokół nas.
Teraz rozumiesz już pewnie, dlaczego pytałem Cię o klocki Lego? Mają one
mniej więcej te same cechy, które Demokryt przypisywał atomom, i właśnie
dlatego tak dobrze się z nich buduje. Przede wszystkim są niepodzielne.
Różnią się kształtem i wielkością, mają masę i są trwałe. Klocki Lego
mają poza tym haczyki i zaczepy, które sprawiają, że można je dowolnie
łączyć. Połączenie można później rozerwać i z tych samych klocków
budować nowe przedmioty.
Popularność klocków Lego wynika właśnie z tego, że dają się używać
ciągle od nowa. Jednego dnia klocek jest cząstką samochodu, a następnego
służy do budowania zamku. Nie popełnimy błędu, stwierdzając, że klocki
Lego są "wieczne". Dzisiejsze dzieci bawią się tymi samymi klockami,
którymi kiedyś bawili się ich rodzice.
Można również formować rzeczy z glinki, ale glinka nie nadaje się do
używania ciągle od nowa, właśnie dlatego, że da się ją kruszyć na coraz
to mniejsze kawałeczki, a takich malusieńkich kawałeczków gliny nie
zlepimy w nowe przedmioty.
Dzisiaj możemy właściwie stwierdzić, że teoria atomów Demokryta była
prawdziwa. Przyroda rzeczywiście zbudowana jest z różnych atomów, które
łączą się ze sobą, a potem rozdzielają. Atom wodoru, tkwiący w komórce
na samym czubku mego nosa, wchodził kiedyś w skład słoniowego kła. Atom
węgla, który znajduje się w moim mięśniu sercowym, był kiedyś w ogonie
dinozaura.
Współczesna nauka odkryła, że atomy dzielą na mniejsze cząstki
elementarne, które nazywamy protonami, neutronami i elektronami. Być
może one także składają się z jeszcze mniejszych cząstek. Fizycy jednak
są zgodni, że gdzieś musi być granica podziału. Muszą istnieć
najmniejsze cząstki, z których zbudowany jest świat.
Demokryt nie miał dostępu do współczesnej aparatury elektronicznej. Jego
jedynym narzędziem był rozum i to on doprowadził go do tych konkluzji.
Jeśli najpierw przyjmiemy założenie, że nic się nie zmienia, że nic nie
powstaje z tego, czego nie ma, i że nic nie ginie, wobec tego przyroda
musi składać się z maluteńkich klocków, które mogą się łączyć i rozdzielać.
Demokryt nie zakładał istnienia żadnej siły -?czy ducha -?która by
ingerowała w procesy zachodzące w przyrodzie. Uważał, że jedyne, co
istnieje, to atomy i próżnia. Ponieważ nie wierzył w istnienie niczego
innego poza światem materialnym, nazywamy go materialistą.
Za ruchem atomów nie kryje się więc żaden świadomy cel. W naturze
wszystko odbywa się całkiem mechanicznie, choć nie znaczy to wcale, że
wszystko dzieje się przypadkiem, wszystko bowiem podlega nieuchronnie
prawom przyrody. Demokryt był zdania, że za wszystkim, co się dzieje,
kryje się naturalna przyczyna, przyczyna, która tkwi w samych rzeczach.
Powiedział kiedyś, że wolałby odkryć prawo rządzące przyrodą niż zostać
królem Persji.
Zdaniem Demokryta teoria atomów wyjaśniała także naszą zdolność
postrzegania zmysłowego. Gdy postrzegamy coś za pomocą zmysłów, to
dlatego, że atomy poruszają się w próżni. Widzę księżyc, ponieważ atomy
księżyca przedostają się do wnętrza oka.
Ale co ze świadomością? Ona chyba nie może składać się z atomów, a więc rzeczy materialnych? Ależ tak, Demokryt wyobrażał sobie, że dusza
składa się ze szczególnie regularnych i gładkich "atomów duszy". Kiedy
człowiek umiera, atomy duszy rozpierzchają się na wszystkie strony.
Później mogą wchodzić w skład nowej, tworzącej się duszy.
Oznacza to, że dusza ludzka nie jest nieśmiertelna. Również tę myśl
podziela dzisiaj wiele osób. Uważają, tak jak Demokryt, że dusza
związana jest z mózgiem, a więc gdy mózg przestaje istnieć, przestaje
także istnieć wszelka świadomość.
Swoją teorią atomów Demokryt tymczasowo zamknął grecką filozofię
przyrody. Zgadzał się z twierdzeniem Heraklita, że wszystko w przyrodzie
"płynie", bowiem formy rodzą się i znikają. Za wszystkim jednak, co
"płynie", kryją się wieczne i niezmienne elementy, takie, które nie
"płyną". Demokryt nazwał je atomami.
Podczas czytania Zofia raz po raz zerkała w okno, sprawdzając, czy
przypadkiem tajemniczy nadawca nie pojawił się przy skrzynce na listy.
Teraz siedziała wpatrzona w uliczkę, zastanawiając się nad tym, co
przeczytała.
Uznała, że sposób myślenia Demokryta był bardzo prosty, a zarazem bardzo
sprytny. Mędrzec zdołał znaleźć rozwiązanie zagadnienia pierwotnej
materii i zmian. A przecież ten zawiły problem był naprawdę twardym
orzechem do zgryzienia dla wielu pokoleń filozofów. W końcu jednak
Demokryt znalazł rozwiązanie, i to posługując się jedynie rozumem.
Zofia omal nie wybuchnęła śmiechem. To musi być prawdą, że przyroda
zbudowana jest z maleńkich cząsteczek, które się nigdy nie zmieniają. A jednocześnie Heraklit miał oczywiście rację, mówiąc, że wszystkie formy
w przyrodzie "płyną". Przecież wszyscy ludzie i zwierzęta umierają, a nawet łańcuch górski powoli ulega rozpadowi. Ale najważniejsze jest, że
góry zbudowane są z maleńkich, niepodzielnych cząstek, które nie
rozsypują się na kawałki.
Jednocześnie Demokryt postawił nowe problemy. Twierdził na przykład, że
wszystko odbywa się mechanicznie, że procesy zachodzące w przyrodzie
podlegają tylko jej prawom. Nie zakładał istnienia żadnych duchowych
sił, jak czynili to Empedokles i Anaksagoras. Demokryt sądził także, że
człowiek nie ma nieśmiertelnej duszy.
Czy mogła być pewna, że to prawda?
Nie wiedziała, co o tym myśleć, ale przecież kurs filozofii dopiero się
zaczął.
PRZEZNACZENIE
...wróżbita usiłuje odczytać coś, czego właściwie odczytać się nie
da...
Czytając o Demokrycie, Zofia co jakiś czas zerkała ku furtce prowadzącej
do ogrodu. Dla pewności jednak postanowiła przejść się do skrzynki na
listy.
Kiedy otworzyła wejściowe drzwi, na schodkach zauważyła niedużą kopertę.
No i oczywiście -?na kopercie napisano: "Zofia Amundsen".
A więc jednak tajemniczy filozof ją przechytrzył! Akurat tego dnia,
kiedy tak uważnie pilnowała furtki, przekradł się do domu od zupełnie
innej strony i zwyczajnie położył list na schodach, a potem znów uciekł
do lasu. Cholera!
Skąd mógł wiedzieć, że Zofia akurat tego dnia będzie obserwować furtkę?
Może ten on (albo ona) zobaczył ją w oknie? No cóż, i tak się cieszyła,
że przechwyciła kopertę przed powrotem matki.
Zofia poczłapała z powrotem do swojego pokoju i tam otworzyła list.
Biała koperta była troszkę mokra na brzegach, a w dodatku widać było na
niej parę dość głębokich zadrapań. Ale dlaczego koperta była wilgotna?
Przecież od wielu dni nie padało.
Przeczytała mały arkusik:
Czy wierzysz w przeznaczenie?
Czy choroba jest karą bogów?
Jakie siły rządzą biegiem historii?
Czy wierzy w przeznaczenie? Nie, doprawdy, nie była tego wcale taka
pewna. Ale zna wielu ludzi, którzy w nie wierzą. Na przykład koleżanki z jej klasy czytają horoskopy w tygodnikach.
A jeśli one wierzą w astrologię, to znaczy, że wierzą również w przeznaczenie, bo przecież astrologowie uważają, że pozycja gwiazd na
niebie może powiedzieć coś o życiu człowieka tu, na Ziemi.
A jeśli ktoś uważa, że czarny kot przebiegający drogę przynosi
nieszczęście, to chyba wierzy w przeznaczenie? Im dłużej się nad tym
zastanawiała, tym więcej przykładów wiary w przeznaczenie przychodziło
jej do głowy. Dlaczego na przykład mówi się "odpukać w niemalowane
drewno"? I dlaczego piątek trzynastego uznano za nieszczęśliwy dzień?
Zofia słyszała, że w wielu hotelach nie ma pokoi numer 13. Pewnie
dlatego, że ludzie często bywają przesądni.
Przesąd. Czy poza wszystkim nie jest to dziwne słowo? Jeśli ktoś wyznaje
chrześcijaństwo lub islam, to nazywa się to po prostu "wiara". Ale jeśli
wierzy się w astrologię lub w piątek trzynastego, natychmiast mowa o przesądach!
Kto ma prawo nazywać wiarę innych ludzi przesądami?
W każdym razie Zofia była pewna jednego: Demokryt nie wierzył w przeznaczenie. Był materialistą. Wierzył jedynie w atomy i próżnię.
Zofia próbowała zastanowić się nad pozostałymi pytaniami.
"Czy choroba jest karą bogów?". Dzisiaj nikt już chyba tak nie myśli?
Przyszło jej jednak do głowy, że wiele osób uważa, że modlitwa do Boga o wyzdrowienie pomaga, a w takim razie muszą oni także wierzyć, że Bóg
macza palce w sprowadzaniu choroby i decyduje o tym, kto będzie chory, a kto zdrowy.
Trudniej było odnieść się do ostatniego pytania. Zofia nigdy nie
zastanawiała się, co steruje biegiem historii. Chyba ludzie? Gdyby
historią kierował Bóg albo przeznaczenie, to wówczas ludzie nie mieliby
wolnej woli?
Wolna wola naprowadziła Zofię na coś innego. Dlaczego miałaby pozwolić
na to, by tajemniczy filozof bawił się z nią w kotka i myszkę? Dlaczego
sama nie miałaby napisać do filozofa? On czy ona na pewno wsunie kolejną
dużą kopertę do skrzynki albo nocą, albo jutro przed południem. Tak,
tak, i wtedy znajdzie jej list.
Zofia zabrała się do dzieła. Bardzo trudne wydało jej się pisanie do
kogoś, kogo nigdy w życiu nie widziała. Nie wiedziała nawet, czy filozof
jest mężczyzną czy kobietą, czy jest stary, czy młody. Poza tym mógł to
przecież być ktoś, kogo znała.
Dość szybko jednak udało jej się ułożyć niedługi liścik:
Wielce Szanowny Filozofie!
Bardzo sobie cenimy okazaną nam łaskawość i korespondencyjny kurs
filozofii. Niepokoi nas jednak fakt, że nie wiemy, kim Pan albo Pani
jest. Dlatego prosimy o podanie nam pełnego imienia i nazwiska. W zamian
serdecznie zapraszamy do nas do domu na filiżankę kawy, najchętniej w porze, kiedy nie będzie mamy. Mama jest w pracy od siódmej trzydzieści
do siedemnastej codziennie od poniedziałku do piątku. Ja jestem
uczennicą i w tych samych dniach jestem zajęta od rana, ale oprócz
czwartków wracam do domu kwadrans po drugiej. Poza tym umiem zaparzyć
naprawdę dobrą kawę. Z góry dziękuję.
Z wyrazami szacunku
pilna uczennica,
Zofia Amundsen, 14 lat
Na samym dole kartki dopisała: "Uprasza się o odpowiedź".
Zofia uznała, że list jest nazbyt uroczysty. Niełatwo jednak dobrać
odpowiednie słowa, kiedy pisze się do kogoś, kto właściwie nie ma
twarzy.
Włożyła kartkę do różowej koperty i zakleiwszy ją, napisała na wierzchu:
"Do Filozofa".
Problemem pozostawało, jak zostawić kopertę, tak by matka jej nie
znalazła. Po pierwsze, Zofia musiała wstrzymać się z umieszczeniem
koperty w skrzynce na listy aż do powrotu matki z pracy. Zarazem będzie
musiała pamiętać, by zajrzeć do skrzynki następnego dnia rano, zanim
przyniosą gazetę. Jeśli w ciągu wieczora albo nocy nie nadejdzie
następna przesyłka, będzie zmuszona zabrać różową kopertę.
Dlaczego wszystko musi być tak skomplikowane?
Tego wieczora, pomimo że był piątek, Zofia wcześnie poszła do swego
pokoju. Matka próbowała skusić ją pizzą i telewizyjnym kryminałem, ale
Zofia powiedziała, że jest zmęczona i ma ochotę poczytać w łóżku. Kiedy
matka siedziała wpatrzona w ekran telewizora, dziewczynce udało się
niepostrzeżenie wymknąć z domu i wrzucić liścik do skrzynki.
Mama najwyraźniej niepokoiła się o nią. Od chwili, gdy zaistniał problem
dużego królika i cylindra, rozmawiała z Zofią w zupełnie nowy sposób.
Zofia nie chciała denerwować matki, ale musiała przecież być teraz u siebie w pokoju, by obserwować skrzynkę.
Kiedy matka weszła na górę około jedenastej, Zofia siedziała przy oknie,
wpatrzona w uliczkę.
-?Nie wpatrujesz się chyba przez cały czas w skrzynkę na listy? -
zapytała matka.
-?Patrzę na to, na co mam ochotę.
-?Chyba naprawdę jesteś zakochana, Zosiu. Ale jeśli on ma zamiar
przynieść następny list, to na pewno nie w środku nocy.
Fuj! Zofia nie mogła znieść tego nudnego gadania o miłości. Ale dobrze,
niech mama raczej myśli, że to coś takiego.
Matka pytała dalej:
-?Czy to on powiedział ci o króliku i cylindrze? Zofia kiwnęła głową.
-?Posłuchaj... On... on się chyba nie narkotyzuje?
Zofii zrobiło się naprawdę przykro. Nie mogła pozwolić, by matka tak się
tym denerwowała, choć prawdę powiedziawszy to strasznie głupio sądzić,
że ciekawe myśli muszą od razu mieć coś wspólnego z narkotykami. Dorośli
czasami zachowują się naprawdę jak wariaci.
Odwróciła się do matki i oświadczyła:
-?Mamo, obiecuję ci, że nigdy czegoś takiego nie spróbuję... I on też
nie bierze narkotyków. Za to interesuje się filozofią.
-?Czy jest starszy od ciebie?
Zofia pokręciła głową.
-?W tym samym wieku?
Pokiwała.
-?I interesuje się filozofią?
Zofia jeszcze raz pokiwała głową.
-?Na pewno jest bardzo miły, kochanie. A teraz myślę, że powinnaś
spróbować zasnąć.
Ale Zofia jeszcze przez kilka godzin siedziała wpatrzona w uliczkę.
Około pierwszej była już tak śpiąca, że powieki same opadały jej na
oczy. Już postanowiła się położyć, kiedy nagle zauważyła jakiś cień
wyłaniający się z lasu.
Na dworze było prawie całkiem ciemno, ale jeszcze na tyle widno, by
mogła dostrzec zarys ludzkiej postaci. To był mężczyzna, i w dodatku
niemłody. W każdym razie na pewno nie w jej wieku! Na głowie miał beret
albo coś podobnego.
W pewnej chwili wydało jej się, że podniósł głowę i spojrzał na dom, ale
w pokoju Zofii nie paliło się żadne światło. Mężczyzna skierował się
prosto do skrzynki i wsunął do niej dużą kopertę. W tym momencie
dostrzegł list Zofii. Włożył rękę głębiej i wyciągnął go. W następnej
chwili już zmierzał z powrotem do lasu. Przebiegł kilka kroków ścieżką i zniknął dziewczynce z oczu.
Zofia czuła, że serce wali jej jak młot. Najchętniej pobiegłaby za nim w samej tylko koszuli nocnej, ale nie, bała się, nie miała odwagi biec za
obcym człowiekiem w środku nocy. Jasne było jednak, że musi wyjść i zabrać kopertę.
Po krótkiej chwili wymknęła się na schody, ostrożnie uchyliła wejściowe
drzwi i pobiegła do furtki. Wkrótce była już z powrotem w swoim pokoju i trzymała w dłoniach dużą kopertę. Usiadła na łóżku i wstrzymała oddech.
Kiedy upłynęło kilka minut, a w domu nadal panowała niczym nie zmącona
cisza, otworzyła kopertę i zaczęła czytać.
Rzecz jasna, nie mogła się spodziewać odpowiedzi na swój list. Będzie
mogła nadejść najwcześniej jutro rano.
Przeznaczenie
Witaj znów, droga Zosiu! Na wszelki wypadek pozwól mi podkreślić, że
nigdy nie wolno Ci mnie szpiegować. Nadejdzie pora naszego spotkania,
ale to ja wyznaczę miejsce i czas. Myślę, że nie chcesz być
nieposłuszna?
Wracamy więc do filozofów. Przyjrzeliśmy się, w jaki sposób usiłowali
oni znaleźć naturalne wyjaśnienia dla zmian zachodzących w przyrodzie.
Wcześniej zmiany takie tłumaczono mitami.
Ale stare przesądy należało usunąć także z innych dziedzin. Widzimy to
zarówno w zagadnieniu choroby i zdrowia, jak również jeśli chodzi o wydarzenia polityczne. W obu tych dziedzinach Grecy zachowali silną
wiarę w przeznaczenie.
Wiara w przeznaczenie oznacza przekonanie, że to, co się stanie, jest z góry ściśle określone. Takie poglądy spotkać możemy na całym świecie,
zarówno w dzisiejszych czasach, jak i w dziejach ludzkości. W Skandynawii wiara w nieuchronność losu również była rozpowszechniona,
czego dowody znaleźć można w starych islandzkich sagach rodowych.
Zarówno w Grecji, jak i w innych częściach świata stykamy się ponadto z przekonaniem, że ludzie mogą poznać swe przeznaczenie dzięki różnym
formom wyroczni. Oznacza to, że los pojedynczego człowieka albo
państwa można poznać na wiele rozmaitych sposobów.
Są tacy, którzy uważają, że mogą dowiedzieć się, co ich czeka, przez
wróżenie z kart, czytanie z ręki lub czytanie z gwiazd.
Szczególnym norweskim wariantem jest wróżenie z fusów kawy. Kiedy
filiżanka z kawą jest już opróżniona, na dnie często osiada trochę
fusów. Przy odrobinie fantazji możemy w nich ujrzeć jakiś obraz albo
wzór. Jeśli fusy przypominają samochód, być może oznacza to, że osobę,
która piła kawę z tej filiżanki, czeka długa podróż samochodem?
Widzimy tutaj, że wróżbita usiłuje odczytać coś, czego właściwie
odczytać się nie da. Jest to charakterystyczne dla całej sztuki
wróżenia. I chyba właśnie dlatego, że jest to tak niewyraźne, trudno
sprzeciwić się wróżbicie.
Kiedy patrzymy na rozgwieżdżone niebo, widzimy prawdziwy chaos
świetlistych punkcików. A mimo to przez tyle wieków ludzie wierzyli, że
w gwiazdach zapisane jest nasze życie na Ziemi. Nawet w dzisiejszych
czasach niektórzy politycy przed podjęciem ważnej decyzji pytają
astrologów o radę.
Wyrocznia w Delfach
Grecy wierzyli, że ludzie mogą poznać swój przyszły los dzięki słynnej
wyroczni w Delfach. Bogiem wyroczni był sam APOLLO. Przemawiał ustami
kapłanki PYTII, która siedziała na trójnogu nad szczeliną w ziemi. Z tej
szczeliny wydobywały się oszołamiające wyziewy, wprawiające Pytię w stan
zamroczenia. Było to konieczne, by mogła przemawiać w imieniu Apollina.
Każdy, kto przybywał do Delf, przekazywał najpierw swe pytania
tamtejszym kapłanom. Dopiero oni dostarczali je Pytii. Jej odpowiedzi
były tak niezrozumiałe lub wieloznaczne, że kapłani musieli tłumaczyć je
osobie, która zwróciła się z pytaniem. W taki sposób Grecy mogli czerpać
korzyści z wiedzy Apollina, wierzyli bowiem, że Apollo wie wszystko, i o przeszłości, i o przyszłości.
Wielu przywodców nie odważyło się wyruszyć na wojnę ani podejmować
ważnych decyzji, nie poradziwszy się uprzednio wyroczni w Delfach. W ten
sposób kapłani Apollina pełnili funkcję niemal dyplomatów i doradców,
dobrze znających kraj i naród.
Na świątyni w Delfach widniał słynny napis: Znaj siebie samego! Miało
to znaczyć, że człowiekowi nie wolno wierzyć, iż jest kimś więcej niż
tylko człowiekiem, i nikt nie zdoła uciec przed swym losem.
Wśród Greków krążyły liczne historie o ludziach, których dosięgło
przeznaczenie. O takich tragicznych postaciach powstało wiele dramatów.
Najsłynniejszym z nich jest opowieść o królu EDYPIE.
Historia i medycyna
Przeznaczenie decydowało nie tylko o życiu pojedynczych ludzi. Grecy
wierzyli, że kieruje ono również losami świata. Byli przekonani, że
ingerencja bogów może przesądzić o wyniku wojny. Dzisiaj także wiele
osób sądzi, że Bóg lub inne tajemne siły rządzą historią.
W tym samym czasie, kiedy greccy filozofowie usiłowali w naturalny
sposób wyjaśnić procesy zachodzące w przyrodzie, powstała nowa nauka,
historia, starająca się znaleźć naturalne przyczyny biegu wydarzeń na
świecie. Przegranej państwa w bitwie nie tłumaczono już zemstą bogów.
Najsłynniejszymi historykami greckimi byli HERODOT (484 -?424 r. p.n.e.)
i TUKIDYDES (460 -?400 r. p.n.e.).
Kiedyś Grecy wierzyli również, że to bogowie zsyłają na ludzi choroby.
Bardzo często epidemie tłumaczono jako karę bogów. Z drugiej strony
bogowie byli władni uleczyć ludzi, jeśli ci złożyli im odpowiednie
ofiary.
Taki sposób myślenia nie jest wcale charakterystyczny dla Greków. Zanim
w czasach nowożytnych rozwinęła się nowoczesna medycyna, powszechnie
mniemano, że choroba ma przyczyny ponadnaturalne. Na przykład słowo
"influenca" (dawna nazwa grypy) oznacza, że człowiek znalazł się pod
złym wpływem gwiazd.
Do dzisiaj wielu ludzi na całym świecie uważa, że rozmaite choroby -?na
przykład AIDS -?to kara Boża. Liczni sądzą poza tym, że chorego można
uzdrowić w ponadnaturalny sposób.
Właśnie w czasach, kiedy greccy filozofowie przyjęli nowy sposób
myślenia, narodziła się również grecka medycyna, usiłująca znaleźć
naturalne wyjaśnienia stanów choroby i zdrowia. Podstawy medycynie w Grecji miał dać HIPOKRATES, urodzony na wyspie Kos około roku 460 p.n.e.
Według Hipokratesa najważniejszym sposobem ochrony przed chorobą jest
umiar i zdrowy styl życia. Dla człowieka naturalne jest być zdrowym.
Kiedy pojawia się choroba, to dlatego, że natura "zboczyła z drogi" z powodu braku cielesnej lub duchowej równowagi. Drogą człowieka do
zdrowia jest umiar, harmonia i "zdrowy duch w zdrowym ciele".
Dzisiaj wiele się mówi o etyce lekarskiej. Oznacza to, że lekarz
zobowiązany jest działać zgodnie z pewnymi etycznymi zasadami. Nie wolno
mu na przykład wypisywać zdrowym ludziom recept na lekarstwa. Lekarza
poza tym obowiązuje tajemnica lekarska, a to znaczy, że nie może
opowiadać nikomu, co pacjent powiedział mu o swojej chorobie. Idee te
mają swe korzenie w działalności Hipokratesa, który żądał, aby jego
uczniowie składali następującą przysięgę:
Sposób życia urządzać będę chorym dla ich dobra, podług sił moich i zdolności, dalekim będąc od wszelkiego uszkodzenia i krzywdy wszelkiej.
Nigdy nikomu, ani na żądanie, ani na prośby niczyje nie podam trucizny,
ani też takiego nie powezmę zamiaru, jak również nie udzielę żadnej
niewieście środka poronnego.
W czystości i niewinności świętej zachowam życie moje i sztukę moją,
ani też operacji kamienia nigdy wykonywać nie będę, pozostawiając to
ludziom tego rzemiosła.
Do czyjegokolwiek domu wnijdę, celem wejścia mojego będzie jedynie
dobro chorego, jakoż nigdy kierować mną nie będzie rozmyślne bezprawie,
ani występek, ani chuć lubieżna, bądź względem niewiasty, bądź względem
mężczyzny, ani wolnych, ani niewolników.
Cokolwiek podczas pełnienia obowiązków zawodu mojego, a nawet poza
obrębem czynności lekarskich, w życiu ludzkim bym zobaczył lub
posłyszał, co rozgłaszanem być nie potrzebuje, przechowam w milczeniu,
nigdy, nikomu, nie wypowiadając tego.
Jeżeli przysięgi tej dotrzymam w świętości i w niczem jej nie naruszę,
oby mi wolno było w szczęśliwości i poważaniu wszystkich ludzi wieść
życie po wsze czasy i błogich owoców sztuki mojej używać w obfitości;
jeżeli naruszę przysięgę tę i stanę się wiarołomnym, przeciwnej niech
doznam doli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki