Świat Zofii - Jostein Gaarder

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OGRÓD EDENU

...w końcu coś kie­dyś musiało powstać z niczego...

Zofia Amund­sen wra­cała ze szkoły do domu. Pierw­szy odci­nek drogi prze­szła razem z Jorunn. Roz­ma­wiały o elek­tro­nicz­nych robo­tach. Jorunn twier­dziła, że mózg czło­wieka jest jak skom­pli­ko­wany kom­pu­ter, ale Zofia nie była pewna, czy się z nią zga­dza. Czło­wiek musi być chyba czymś wię­cej niż tylko maszyną?

Roz­stały się przy dużym skle­pie spo­żyw­czym. Zofia miesz­kała na obrzeżu roz­le­głej dziel­nicy wil­lo­wej, do szkoły miała pra­wie dwa razy dalej niż Jorunn. Dom stał jakby na krańcu świata, bo za jej ogro­dem nie było już innych zabu­do­wań. Tu zaczy­nał się głę­boki las.

Zofia skrę­ciła w ulicę Koni­czy­nową. Na końcu uliczka zata­czała ostry łuk. Miej­sce to czę­sto nazy­wano Zakrę­tem Kapi­tań­skim. Ludzie cho­dzili tędy nie­mal wyłącz­nie w soboty i nie­dziele.

Był począ­tek maja. W ogro­dach, pod drze­wami owo­co­wymi kwi­tły gęste kępy żon­kili. Brzozy pokryły się deli­kat­nym zie­lo­nym welo­nem list­ków.

Czy to nie dziwne, że o tej porze roku wszystko tak po pro­stu zaczyna rosnąć? Co spra­wia, że kiedy tylko robi się cie­plej i zni­kają ostat­nie resztki śniegu, z pozba­wio­nej życia ziemi wyła­niają się tony zie­lo­nych liści?

Otwie­ra­jąc furtkę do swo­jego ogrodu, Zofia zaj­rzała do skrzynki na listy. Na ogół było w niej mnó­stwo reklam i kilka wiel­kich kopert do matki. Zofia zwy­kle kła­dła gruby plik poczty na kuchen­nym stole, potem szła na górę do swo­jego pokoju i zabie­rała się do odra­bia­nia lek­cji.

Do ojca przy­cho­dziły jedy­nie od czasu do czasu jakieś zawia­do­mie­nia z banku, ale też nie był on wcale, ot takim sobie, zwy­czaj­nym ojcem. Ojciec Zofii był kapi­ta­nem wiel­kiego tan­kowca i więk­szą część roku spę­dzał poza domem. Kiedy przy­jeż­dżał na kilka tygo­dni, prze­cha­dzał się po poko­jach wol­nym kro­kiem i uprzy­jem­niał życie Zofii i jej matce, ale gdy prze­by­wał na morzu, sta­wał się bar­dzo daleki.

Dziś w skrzynce leżał tylko jeden nie­duży list -?i był do Zofii.

"Zofia Amund­sen -?gło­sił napis na małej koper­cie -?ul. Koni­czy­nowa 3". To wszystko, ni­gdzie nie podano, kto go wysłał. Nie było nawet znaczka.

Zofia szybko zatrza­snęła furtkę i zaraz otwo­rzyła kopertę. W środku zna­la­zła jedy­nie mały arku­sik papieru, nie więk­szy od samej koperty. Napi­sano na nim: "Kim jesteś?".

I nic wię­cej. Ani pozdro­wień, ani pod­pisu, tylko te dwa odręcz­nie napi­sane słowa i duży znak zapy­ta­nia.

Jesz­cze raz obej­rzała kopertę. No tak, list był do niej, ale kto wsu­nął go do skrzynki?

Zofia w pośpie­chu otwie­rała drzwi do czer­wo­nego domu. Jak zwy­kle kot Shere Khan zdą­żył chył­kiem prze­mknąć wśród krze­wów, wsko­czyć na schodki i prze­śli­zgnąć się przez drzwi, zanim zamknęła je za sobą.

-?Kici, kici, kici!

Gdy matka Zofii zło­ściła się na to czy owo, zda­rzało się, że nazy­wała dom, w któ­rym miesz­kali -?mena­że­rią. Mena­że­ria to zbio­ro­wi­sko roz­ma­itych zwie­rząt i prawdę powie­dziaw­szy, Zofia była bar­dzo zado­wo­lona ze swego zwie­rzyńca. Naj­pierw dostała wazę ze zło­tymi ryb­kami: Zło­to­włosą, Czer­wo­nym Kap­tur­kiem i Czar­nym Pio­tru­siem. Póź­niej przy­były papużki, Kru­szyna i Okru­szek, żółw Gowinda, a wresz­cie żół­to­brą­zowy jak prę­go­wany tygrys kot Shere Khan. Wszyst­kie zwie­rzaki miały sta­no­wić swo­istą rekom­pen­satę za to, że matka późno wra­cała z pracy, a ojciec tułał się gdzieś po morzach i oce­anach.

Zofia zrzu­ciła z ramion szkolny ple­cak i wysta­wiła dla Shere Khana miseczkę z kocim jedze­niem. Wresz­cie klap­nęła na kuchenny sto­łek z tajem­ni­czym listem w dłoni.

Kim jesteś?

Skąd mogła wie­dzieć? Oczy­wi­ście była Zofią Amund­sen, ale kto to taki? Na razie jesz­cze dokład­nie tego nie wie­działa.

A gdyby nazy­wała się zupeł­nie ina­czej? Na przy­kład Anna Knut­sen? Czy wów­czas byłaby kimś innym?

Nagle przy­po­mniało jej się, że tata z początku chciał, by miała na imię Synn?ve. Zofia spró­bo­wała wyobra­zić sobie, że wyciąga rękę i przed­sta­wia się jako Synn?ve Amund­sen, ale nie, to nie było to. Przez cały czas przed­sta­wiała się zupeł­nie inna dziew­czynka.

Zesko­czyła na pod­łogę i nie wypusz­cza­jąc z ręki nie­zwy­kłego listu, prze­szła do łazienki. Sta­nęła przed lustrem i głę­boko zaj­rzała sobie w oczy.

-?Jestem Zofią Amund­sen -?powie­działa.

Dziew­czynka w lustrze nawet się nie skrzy­wiła. Bez względu na to, co robiła Zofia, i ona robiła to samo. Zofia sta­rała się uprze­dzić swe lustrzane odbi­cie, wyko­nu­jąc bły­ska­wiczny ruch, ale ta druga oka­zała się rów­nie szybka.

-?Kim jesteś? -?zapy­tała.

I teraz także nie otrzy­mała żad­nej odpo­wie­dzi, ale przez moment poczuła, że sama zapę­dziła się w kozi róg, nie wie­działa bowiem, kto zadał pyta­nie -?czy ona sama, czy też jej lustrzane odbi­cie.

Zofia przy­su­nęła palec wska­zu­jący do nosa w lustrze i powie­działa:

-?Ty to ja.

Kiedy jej oświad­cze­nie pozo­stało bez odzewu, odwró­ciła zda­nie:

-?Ja to ty.

Zofia Amund­sen nie zawsze była zado­wo­lona ze swo­jego wyglądu. Czę­sto sły­szała, że ma piękne mig­da­łowe oczy, ale z pew­no­ścią powta­rzano jej to tylko dla­tego, że miała za mały nos i za duże usta. W dodatku uszy tkwiły zbyt bli­sko oczu. A już naj­gor­sze ze wszyst­kiego były pro­ste, gład­kie włosy, za nic nie dające uło­żyć się w żadną fry­zurę. Cza­sami ojciec gła­dził ją po gło­wie i mówił: "Moje ty dziew­czę o wło­sach jak len", nawią­zu­jąc do utworu muzycz­nego Claude'a Debussy'ego. Mógł sobie tak mówić, nie był ska­zany na to, by przez całe życie zwi­sały mu z głowy pro­ste czarne strąki. Na włosy Zofii nie dzia­łały ani pianki, ani żele.

Cza­sami wła­sny wygląd zda­wał jej się do tego stop­nia dziwny, że zasta­na­wiała się, czy przy­pad­kiem nie jest kaleką. W każ­dym razie matka wspo­mi­nała o trud­nym poro­dzie. Ale czy to naprawdę sam poród decy­do­wał o wyglą­dzie czło­wieka?

Czy to nie dziwne, że nie wie­działa, kim jest? I czy nie bez­sen­sowne, że sama nie może decy­do­wać o swoim wyglą­dzie? Został jej podany na tacy. Ow­szem, mogła wybie­rać sobie przy­ja­ciół, ale samej sie­bie nie wybrała. Nie wybrała nawet tego, że jest czło­wie­kiem.

Co to jest czło­wiek?

Zofia znów popa­trzyła na dziew­czynkę w lustrze.

-?Chyba pójdę odra­biać bio­lo­gię -?oznaj­miła, jakby chciała się uspra­wie­dli­wić. W następ­nej chwili była już na kory­ta­rzu.

Nie, raczej wyjdę do ogrodu, pomy­ślała.

-?Kici, kici, kici!

Zofia wypchnęła kota na schody i zamknęła za sobą drzwi.

Stała na wysy­pa­nej żwi­rem alejce, trzy­ma­jąc w dłoni tajem­ni­czy list, gdy nagle ogar­nęło ją dziwne uczu­cie. Miała wra­że­nie, że jest lalką, która za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki stała się nagle żywą istotą.

Czy to nie dziwne, że znaj­do­wała się teraz na świe­cie, że mogła prze­by­wać w tak nie­zwy­kłej baśni?

Shere Khan lek­kimi susami prze­sko­czył żwi­ro­waną alejkę i wśli­zgnął się mię­dzy gęste krzewy porze­czek. Praw­dziwy, żywy kot; żywy od bia­łych wąsów aż po ruchliwy ogon koń­czący gład­kie, smu­kłe ciało. I kot także prze­by­wał w ogro­dzie, ale na pewno nie zda­wał sobie z tego sprawy w taki sam spo­sób jak Zofia.

Kiedy Zofia coraz głę­biej zasta­na­wiała się nad tym, że ist­nieje, przy­szło jej też do głowy, że nie zawsze tak będzie.

Jestem teraz na świe­cie, myślała. Ale pew­nego dnia zniknę.

Czy ist­nieje życie po śmierci? I tego pyta­nia kot był raczej nie­świa­domy.

Nie tak dawno temu zmarła bab­cia Zofii, matka ojca. Od ponad pół roku dziew­czynka nie­mal codzien­nie roz­my­ślała o tym, jak jej bra­kuje. Czy to jest spra­wie­dliwe, że w pew­nym momen­cie życie po pro­stu się koń­czy?

Zofia stała na żwi­ro­wa­nej alejce, zato­piona w myślach. Usi­ło­wała sku­pić się na tym, że ist­nieje, by zapo­mnieć, że nie zawsze tak będzie. Oka­zało się to jed­nak nie­moż­liwe. Kiedy tylko kon­cen­tro­wała się na swym ist­nie­niu, natych­miast poja­wiała się myśl o końcu życia. Podob­nie było, gdy pró­bo­wała myśleć odwrot­nie: dopiero gdy świa­do­mość, że pew­nego dnia prze­sta­nie ist­nieć, stała się dosta­tecz­nie silna, naprawdę zdała sobie sprawę, jak nie­skoń­cze­nie cenne jest życie. To tro­chę tak jak awers i rewers, dwie strony monety; monety, którą stale obra­cała w dłoni. Im więk­sza i wyraź­niej­sza była jedna strona, tym więk­sza i wyraź­niej­sza sta­wała się druga. Życie i śmierć były jak dwie strony tej samej sprawy.

Nie można prze­ży­wać tego, że się ist­nieje, bez świa­do­mo­ści, że kie­dyś się umrze, pomy­ślała. Tak jak nie­moż­liwe jest myśle­nie o śmierci bez myśle­nia o tym, jak wspa­niałe jest życie.

Zofia przy­po­mniała sobie, że bab­cia powie­działa coś podob­nego tego dnia, gdy dowie­działa się od leka­rza o swo­jej cho­ro­bie: "Dopiero teraz rozu­miem, jak wspa­niałe jest życie".

Czy to nie smutne, że więk­szość ludzi musi zacho­ro­wać, by zdać sobie sprawę z cudow­no­ści życia? A przy­naj­mniej potrzeba im do tego tajem­ni­czego listu w skrzynce!

Może powinna spraw­dzić, czy w skrzynce nie leży coś jesz­cze? Zofia pobie­gła do furtki i unio­sła zie­lone wieczko. Drgnęła prze­stra­szona, ujrzaw­szy iden­tyczną kopertę. Czy wycią­ga­jąc pierw­szy list, nie upew­niła się, że skrzynka jest pusta?

Na tej koper­cie także napi­sano jej nazwi­sko. Roze­rwała ją i wyło­wiła ze środka taki sam arku­sik papieru jak poprzedni.

Skąd wziął się świat? -?prze­czy­tała.

Nie mam poję­cia, pomy­ślała Zofia. Tego chyba nie wie nikt? A mimo wszystko Zofia uznała, że pyta­nie jest w pełni uza­sad­nione. Pierw­szy raz w życiu doszła do wnio­sku, że wła­ści­wie nie da się żyć na świe­cie, przy­naj­mniej nie pyta­jąc, skąd się ten świat wziął.

Tajem­ni­cze listy tak zamie­szały Zofii w gło­wie, że posta­no­wiła usiąść w Zaułku.

Zaułek był super­tajną kry­jówką Zofii. Przy­cho­dziła tu tylko wtedy, gdy była bar­dzo zła, bar­dzo smutna albo bar­dzo szczę­śliwa. Tego dnia miała po pro­stu mętlik w gło­wie.

Czer­wony dom stał w wiel­kim ogro­dzie. Było tu wiele rabat z kwia­tami, krze­wów i roz­ma­itych drzew owo­co­wych, roz­le­gły traw­nik z ogro­dową huś­tawką i nawet nie­duża altana; dzia­dek, ojciec ojca, zbu­do­wał ją dla babci, kiedy stra­ciła pierw­sze dziecko, które zmarło zale­d­wie w kilka tygo­dni po uro­dze­niu. Bie­dac­two miało na imię Maria. Na jej nagrobku wyryto napis: "Mała Maria do nas przy­była, przy­wi­tała się i zawró­ciła".

W jed­nym z rogów ogrodu, z tyłu, za mali­nami rosły gęste zaro­śla, które ni­gdy nie wyda­wały ani kwia­tów, ani owo­ców. Wła­ści­wie był to stary żywo­płot oddzie­la­jący ogród od wiel­kiego lasu, ale ponie­waż przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat nikt go nie pie­lę­gno­wał, zmie­nił się w nie­prze­byty gąszcz. Bab­cia opo­wia­dała, że w cza­sie wojny żywo­płot utrud­niał przej­ście lisom, przy­cho­dzą­cym tu na polo­wa­nie, kiedy kury cho­dziły wolno po ogro­dzie.

Dla wszyst­kich, poza Zofią, stary żywo­płot był rów­nie nie­po­trzebny co klatki dla kró­li­ków w innym miej­scu ogrodu, ale nikt nie znał tajem­nicy Zofii.

Odkąd mogła się­gnąć pamię­cią, Zofia znała wąskie przej­ście w żywo­pło­cie. Czoł­ga­jąc się przez nie, docie­rało się do wol­nego miej­sca oto­czo­nego krza­kami. Było tutaj jak w małej chatce. Mogła mieć pew­ność, że nikt jej tu nie znaj­dzie.

Ści­ska­jąc w ręku dwie koperty, Zofia pobie­gła przez ogród do żywo­płotu i na czwo­ra­kach prze­ci­snęła się przez gęstwinę. Zaułek był dość duży, mogła w nim sta­nąć pra­wie wypro­sto­wana, ale teraz wolała przy­siąść na gru­bych korze­niach. Stąd mogła wyglą­dać przez małe prze­świty mię­dzy gałę­ziami i liśćmi. Choć żaden z nich nie był więk­szy od pię­cio­ko­ro­nówki, miała widok na cały ogród. Kiedy była mała, lubiła stąd przy­glą­dać się, jak matka czy ojciec szu­kają jej mię­dzy drze­wami.

Zofia zawsze uwa­żała, że ogród two­rzy odrębny świat. Za każ­dym razem, gdy sły­szała o ogro­dzie Edenu w histo­rii o stwo­rze­niu świata, miała wra­że­nie, że sie­dzi w Zaułku i wygląda na swój mały raj.

"Skąd wziął się świat?"

Nie, Zofia nie potra­fiła odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Wie­działa, że Zie­mia jest tylko maleńką pla­netą zawie­szoną w ogrom­nej prze­strzeni kosmosu. Ale skąd wzięła się prze­strzeń kosmiczna?

Można było, rzecz jasna, zało­żyć, że kosmos ist­niał od zawsze, i wów­czas nie trzeba było szu­kać odpo­wie­dzi, skąd się wziął. Ale czy cokol­wiek mogło ist­nieć od zawsze? W głębi jej duszy coś gwał­tow­nie pro­te­sto­wało prze­ciwko takiemu twier­dze­niu. Wszystko, co ist­nieje, musiało chyba mieć jakiś począ­tek? A więc i prze­strzeń kosmiczna musiała kie­dyś powstać z cze­goś innego.

Ale jeśli kosmos powstał nagle z cze­goś innego, to i to coś innego musiało kie­dyś powstać z cze­goś jesz­cze innego. Zofia zro­zu­miała, że zepchnęła tylko cały pro­blem na dal­szy plan. W końcu coś kie­dyś musiało powstać z niczego. Ale czy to moż­liwe? Czy nie jest to rów­nie nie­praw­do­po­dobne, jak wyobra­że­nie sobie, że świat ist­nieje od zawsze?

W szkole uczono ją, że świat został stwo­rzony przez Boga, i Zofia usi­ło­wała teraz uspo­koić się myślą, że ta odpo­wiedź jest naj­lep­sza. Zaraz jed­nak znów zaczęła się zasta­na­wiać. Chęt­nie zgo­dzi się z twier­dze­niem, że to Bóg stwo­rzył prze­strzeń kosmiczną, ale co z samym Bogiem? Czy on stwo­rzył się sam, z niczego? Znów coś w niej ostro zapro­te­sto­wało. Nawet jeśli Bóg potra­fił stwo­rzyć to czy tamto, z pew­no­ścią nie zdo­łałby stwo­rzyć samego sie­bie, zanim miał jakie­goś "sie­bie", przy pomocy któ­rego mógł two­rzyć. Pozo­sta­wała więc tylko jedna moż­li­wość: Bóg ist­nieje od zawsze. Ale prze­cież tę moż­li­wość odrzu­ciła już na początku! Wszystko, co ist­nieje, musi mieć jakiś począ­tek.

-?Cho­lera!

Jesz­cze raz otwo­rzyła obie koperty.

Kim jesteś?

Skąd wziął się świat?

Pod­stępne pyta­nia! I od kogo przy­szły te listy? Pozo­sta­wało to rów­nie wielką tajem­nicą.

Kto wyrwał Zofię z codzien­no­ści i zmu­sił do szu­ka­nia roz­wią­zań wiel­kich zaga­dek wszech­świata?

Zofia po raz trzeci poszła do skrzynki.

Dopiero teraz listo­nosz przy­niósł codzienną por­cję poczty. Zofia wyło­wiła pękaty plik reklam, gazety i parę listów do matki. Zauwa­żyła też wido­kówkę z egzo­tyczną plażą. Odwró­ciła kartkę i zoba­czyła, że przy­kle­jono na niej nor­we­skie znaczki. Na stem­plu wid­niał napis: "Bata­lion ONZ". Czy to kartka od tatu­sia? Ale prze­cież on miał znaj­do­wać się w zupeł­nie innym miej­scu, a w dodatku to wcale nie jego pismo!

Zofia poczuła, że puls ude­rza jej szyb­ciej, kiedy czy­tała, do kogo zaadre­so­wana jest kartka: "Hilda M?ller Knag, c/o Zofia Amund­sen, ul. Koni­czy­nowa 3"... Dalej adres się zga­dzał. Przeczy­tała kartkę:

Kochana Hildo!

Naj­ser­decz­niej­sze życze­nia z oka­zji pięt­na­stych uro­dzin! Jak pew­nie rozu­miesz, chciał­bym Ci ofia­ro­wać pre­zent, który pomoże Ci dora­stać. Wybacz, że wysy­łam kartkę do Zofii. Tak było naj­ła­twiej.

Uca­ło­wa­nia

Tatuś

Zofia pędem wró­ciła do domu i wpa­dła do kuchni. Czuła, że wzbiera w niej burza.

Kim była ta Hilda, która koń­czyła pięt­na­ście lat tro­chę ponad mie­siąc przed jej pięt­na­stymi uro­dzi­nami?

Zofia przy­nio­sła z kory­ta­rza książkę tele­fo­niczną. Spraw­dziła. Wiele osób nosiło nazwi­sko M?ller, było też sporo Kna­gów. Ale nikt w całym gru­bym tomie nie nazy­wał się M?ller Knag.

Jesz­cze raz zba­dała tajem­ni­czą pocz­tówkę. Tak, była praw­dziwa, z praw­dzi­wym znacz­kiem i stem­plem.

Dla­czego jakiś ojciec wysłał kartkę z życze­niami uro­dzi­no­wymi pod adre­sem Zofii, jeśli jasne było, że prze­zna­czone są dla kogoś zupeł­nie innego? Jaki ojciec chciałby pozba­wić wła­sną córkę przy­jem­no­ści z otrzy­ma­nia uro­dzi­no­wej kartki, wysy­ła­jąc ją, ot tak sobie, gdzieś w świat? Dla­czego tak mia­łoby być "naj­ła­twiej"? I przede wszyst­kim: w jaki spo­sób zdoła odna­leźć Hildę?

Zofii tra­fił się więc jesz­cze jeden twardy orzech do zgry­zie­nia. Spró­bo­wała upo­rząd­ko­wać myśli.

W ciągu kilku zale­d­wie popo­łu­dnio­wych godzin poja­wiły się przed nią trzy zagadki. Pierw­sza: kto wsu­nął dwie białe koperty do skrzynki na listy. Druga to owe trudne pyta­nia zadane w listach. Trze­cia zagadka brzmiała: kim jest Hilda M?ller Knag i dla­czego Zofia otrzy­mała kartkę uro­dzi­nową prze­zna­czoną dla obcej dziew­czynki.

Była prze­ko­nana, że wszyst­kie trzy zagadki muszą w jakiś spo­sób wią­zać się ze sobą, bo do tego dnia wio­dła cał­kiem zwy­czajne życie.

CYLINDER

...zdzi­wie­nie jest tą przy­czyną, dla któ­rej ludzie zaczęli filo­zo­fo­wać...

Zofia przy­jęła za pew­nik, że osoba, która napi­sała do niej trzy ano­ni­mowe listy, ponow­nie się z nią skon­tak­tuje. Posta­no­wiła na razie nikomu o nich nie wspo­mi­nać.

W szkole trud­niej jej było skon­cen­tro­wać się na lek­cjach. Uznała nagle, że nauczy­ciel roz­pra­wia tylko o rze­czach nie­istot­nych. Dla­czego nie mówił raczej o tym, czym jest czło­wiek albo czym jest świat i jak powstał?

Ogar­nęło ją uczu­cie, któ­rego ni­gdy dotąd nie doznała: i w szkole, i wszę­dzie dookoła ludzie zaj­mo­wali się spra­wami mniej lub bar­dziej przy­pad­ko­wymi. A prze­cież ist­niały poważne, trudne pro­blemy, któ­rych roz­wi­kła­nie było waż­niej­sze niż zwy­kłe przed­mioty szkolne.

Czy ktoś w ogóle znał odpo­wiedź na takie pyta­nia? Zofia w każ­dym razie uwa­żała, że zasta­na­wia­nie się nad nimi jest waż­niej­sze niż wku­wa­nie odmiany cza­sow­ni­ków.

Kiedy zabrzę­czał dzwo­nek na koniec ostat­niej lek­cji, tak prędko opu­ściła dzie­dzi­niec szkoły, że Jorunn musiała biec, by ją dogo­nić.

Po chwili Jorunn zapy­tała:

-?Zagramy wie­czo­rem w karty? -?Zofia wzru­szyła ramio­nami.

-?Chyba już mnie nie inte­re­suje gra w karty. -?Jorunn wyglą­dała, jakby wła­śnie spa­dła z księ­życa.

-?Nie? No to może zagramy w bad­min­tona?

Zofia wbiła wzrok w asfalt, ale zaraz pod­nio­sła oczy na przy­ja­ciółkę.

-?Bad­min­ton też już mnie chyba nie inte­re­suje.

-?Ach tak!

Zofia usły­szała w gło­sie Jorunn ton gory­czy.

-?A może mogła­byś mi powie­dzieć, co tak nagle stało się dla cie­bie takie ważne?

Zofia led­wie widocz­nie potrzą­snęła głową.

-?To... to tajem­nica.

-?Phi! Na pewno się zako­cha­łaś!

Dziew­częta przez dłuż­szą chwilę nie odzy­wały się do sie­bie ani sło­wem. Kiedy doszły do boiska, Jorunn oświad­czyła:

-?Idę przez boisko.

Przez boisko -?to była naj­krót­sza droga dla Jorunn, ale cho­dziła tędy tylko wtedy, gdy musiała spie­szyć się do domu, żeby zdą­żyć na jakieś spo­tka­nie albo wizytę u den­ty­sty.

Zofia czuła, że robi jej się przy­kro, ponie­waż ura­ziła przy­ja­ciółkę. Ale co mogła odpo­wie­dzieć? Że nagle pro­blem, kim jest i skąd wziął się świat, pochło­nął ją do tego stop­nia, że nie miała czasu zagrać w bad­min­tona? Czy Jorunn by to zro­zu­miała?

Dla­czego tak trudno zaj­mo­wać się pyta­niami naj­waż­niej­szymi, choć w pewien spo­sób naj­zwy­klej­szymi ze wszyst­kich?

Czuła, że serce moc­niej ude­rza jej w piersi, kiedy otwie­rała skrzynkę, ale nie­stety zna­la­zła tylko list z banku i kilka dużych żół­tych kopert dla matki. A taką miała nadzieję na kolejną prze­syłkę od nie­zna­nego nadawcy.

Dopiero zamy­ka­jąc furtkę, odkryła swoje imię na jed­nej z dużych kopert. Na odwro­cie, w miej­scu, w któ­rym miała zamiar ją roze­rwać, umiesz­czono napis: "Kurs filo­zo­fii. Obcho­dzić się ostroż­nie".

Zofia pobie­gła żwi­ro­waną alejką i zosta­wiła ple­cak na scho­dach. Pozo­stałe listy wsu­nęła pod wycie­raczkę i pomknęła do ogrodu za dom. Posta­no­wiła ukryć się w Zaułku. Ten list nale­żało otwo­rzyć wła­śnie tam.

Shere Khan dłu­gimi susami pomknął za nią, ale Zofia uznała, że to nie szko­dzi. Była pewna, że kot nic nikomu nie piśnie.

W koper­cie zna­la­zła trzy kartki maszy­no­pisu spięte spi­na­czem. Zaczęła czy­tać.

Co to jest filo­zo­fia?

Droga Zosiu!

Ludzie mają różne hobby. Są tacy, co zbie­rają stare monety albo znaczki, nie­któ­rzy lubią robótki ręczne, inni poświę­cają wolny czas na upra­wia­nie jakiejś dys­cy­pliny sportu.

Wiele osób lubi także czy­tać, jed­nakże dobór ich lek­tur bar­dzo się różni. Jedni czy­tają tylko gazety albo komiksy, inni wolą powie­ści, a jesz­cze inni książki z róż­nych dzie­dzin nauki, na przy­kład astro­no­mii, życia zwie­rząt czy wyna­laz­ków tech­nicz­nych.

Jeśli inte­re­sują mnie konie albo kamie­nie szla­chetne, nie mogę żądać, aby wszy­scy inni rów­nież się tym inte­re­so­wali. Jeżeli z napię­ciem śle­dzę rela­cje spor­towe w tele­wi­zji, muszę też tole­ro­wać zda­nie tych, któ­rzy uwa­żają, że sport jest nudny.

Czy mimo wszystko jed­nak jest coś, co powinno inte­re­so­wać każ­dego bez wyjątku? Czy ist­nieje coś, co doty­czy wszyst­kich ludzi, bez względu na to, kim są i w jakim miej­scu na świe­cie miesz­kają? Tak, droga Zosiu. Ist­nieją pyta­nia, które powinny zaj­mo­wać wszyst­kich ludzi. Takich wła­śnie pytań doty­czyć będzie ten kurs.

Co jest naj­waż­niej­sze w życiu? Jeśli zapy­tamy kogoś, kto gło­duje, odpo­wiedź będzie brzmiała: jedze­nie. Gdy takie samo pyta­nie zadamy komuś, kto mar­z­nie, odpo­wie: cie­pło. A kiedy spy­tamy czło­wieka, który czuje się samotny, stwier­dzi z pew­no­ścią, że naj­waż­niej­sza jest więź z innymi ludźmi.

Ale gdy wszyst­kie takie potrzeby zostaną zaspo­ko­jone, czy na­dal jest coś nie­zbęd­nego wszyst­kim ludziom? Filo­zo­fo­wie uwa­żają, że tak. Sądzą, że nie samym chle­bem czło­wiek żyje. Natu­ral­nie wszy­scy ludzie potrze­bują poży­wie­nia. Wszy­scy rów­nież potrze­bują miło­ści i tro­ski. Jest jed­nak coś jesz­cze, coś nie­zbęd­nego każ­demu czło­wiekowi. Mamy potrzebę zna­le­zie­nia odpo­wie­dzi na pyta­nie, kim jeste­śmy i dla­czego żyjemy.

Zain­te­re­so­wa­nie sen­sem i przy­czyną ist­nie­nia nie jest rów­nie "przy­pad­kowe" jak zain­te­re­so­wa­nie zbie­ra­niem znacz­ków. Ten, kto szuka odpo­wie­dzi na pyta­nia doty­czące istoty życia, zaj­muje się tym, nad czym ludzie zasta­na­wiali się, odkąd żyjemy na Ziemi. W jaki spo­sób powstała prze­strzeń kosmiczna, kula ziem­ska i życie na niej -?to pyta­nia poważ­niej­sze i istot­niej­sze, niż kto zdo­był złoty medal na zeszło­rocz­nej olim­pia­dzie.

Naj­lep­szym spo­so­bem zbli­że­nia się do filo­zo­fii jest posta­wie­nie sobie kilku filo­zo­ficz­nych pytań.

Jak powstał świat? Czy za tym, co się dzieje, kryje się czy­jaś wola, jakiś sens? Czy ist­nieje życie po śmierci? W jaki w ogóle spo­sób zna­leźć odpo­wiedź na podobne pyta­nia? I przede wszyst­kim: jak powin­ni­śmy żyć?

Pyta­nia takie jak te zada­wali sobie ludzie od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Nie znamy kul­tury, która nie docie­ka­łaby, kim są ludzie czy skąd wziął się świat.

W zasa­dzie pytań filo­zo­ficz­nych nie jest tak wiele. Naj­waż­niej­sze już sobie zada­li­śmy. Na każde z nich w prze­szło­ści udzie­lono wielu róż­nych odpo­wie­dzi.

Łatwiej jest zada­wać filo­zo­ficzne pyta­nia, niż na nie odpo­wia­dać.

Dzi­siaj także każdy czło­wiek musi zna­leźć wła­sną odpo­wiedź na te pyta­nia. Nie da się nie­stety zaj­rzeć do ency­klo­pe­dii, by dowie­dzieć się, czy ist­nieje Bóg lub czy jest jakieś życie po śmierci. Ency­klo­pe­dia nie udzieli nam także odpo­wie­dzi na pyta­nie, jak powin­ni­śmy żyć. Jed­nakże stu­dio­wa­nie tego, co wymy­ślili inni ludzie, może oka­zać się pomocne w for­mo­wa­niu naszego poglądu na życie.

Pogoń filo­zo­fów za prawdą można chyba porów­nać do opo­wie­ści detek­ty­wi­stycz­nej. Nie­któ­rzy uwa­żają, że mor­dercą jest Jakob­sen, inni podej­rze­wają Nie­lsena albo Jep­sena. Gdy mamy do czy­nie­nia z praw­dziwą zagadką kry­mi­nalną, zda­rzyć się może, że poli­cji nagle uda się ją roz­wią­zać. Moż­liwe jest także, że ni­gdy nie zdoła się jej roz­wi­kłać. Ale prze­cież tajem­nica mimo to ma jakieś roz­wią­za­nie.

Choćby na jakieś pyta­nie trudno było odpo­wie­dzieć, należy jed­nak przy­jąć, że ist­nieje na nie tylko jedna jedyna odpo­wiedź. Albo jest jakiś rodzaj egzy­sten­cji po śmierci, albo go nie ma.

Wiele daw­nych zaga­dek z cza­sem roz­wią­zała nauka. Kie­dyś wielką tajem­nicą był wygląd dru­giej strony Księ­życa. Do odpo­wie­dzi na to pyta­nie nie dało się dojść przez dys­ku­sję, pozo­sta­wało więc pole do popisu dla fan­ta­zji. Dziś jed­nak wiemy dobrze, jak Księ­życ wygląda z dru­giej strony. Nikt już nie wie­rzy, że mieszka tam jakiś czło­wie­czek lub że Księ­życ to wielki ser.

Jeden z daw­nych filo­zo­fów grec­kich, który żył ponad dwa tysiące lat temu, uwa­żał, że filo­zo­fia naro­dziła się z ludz­kiego zdzi­wie­nia. Czło­wieka tak dzi­wiło wła­sne ist­nie­nie, że pyta­nia filo­zo­ficzne same mu się nasu­nęły.

To tro­chę tak jak wtedy, gdy obser­wu­jemy cza­ro­dziej­ską sztuczkę: nie możemy pojąć, jak mogło dojść do tego, co widzimy. Pytamy więc wła­śnie o to: w jaki spo­sób cza­ro­dziej zdo­łał prze­mie­nić kilka jedwab­nych bia­łych chu­s­tek w żywego kró­lika?

Wielu ludzi ma poczu­cie, że świat jest rów­nie nie­po­jęty jak sztuka cza­ro­dzieja, nagle wycią­ga­ją­cego kró­lika z pustego przed chwilą cylin­dra.

Jeśli cho­dzi o kró­lika, rozu­miemy, że cza­ro­dziej musiał nas oszu­kać, i pra­gniemy odkryć, w jaki spo­sób tego doko­nał. Ze świa­tem sprawa przed­sta­wia się nieco ina­czej. Wiemy, że świat to nie żadne sza­chraj­stwo i bujda, bo prze­cież cho­dzimy po Ziemi, sami jeste­śmy czę­ścią świata. Wła­ści­wie to my sami jeste­śmy bia­łym kró­li­kiem wycią­gnię­tym z cylin­dra. Róż­nimy się od bia­łego kró­lika tylko tym, że on nie zdaje sobie sprawy, iż bie­rze udział w sztuczce. Z nami jest ina­czej. My uwa­żamy, że uczest­ni­czymy w czymś zagad­ko­wym i chcie­li­by­śmy dowie­dzieć się, jak wła­ści­wie sprawy się mają.

PS Jeśli cho­dzi o bia­łego kró­lika, to lepiej chyba będzie przy­rów­nać go do całego wszech­świata. My, któ­rzy tu miesz­kamy, jeste­śmy malut­kimi stwo­rzon­kami, żyją­cymi głę­boko w futrze kró­lika. Ale filo­zo­fo­wie pró­bują się wspi­nać po jed­nym z cien­kich wło­sków, aby zaj­rzeć wiel­kiemu cza­ro­dzie­jowi pro­sto w oczy.

Czy to dla Cie­bie nie za nudne, Zosiu? Ciąg dal­szy nastąpi.

Zofia była kom­plet­nie oszo­ło­miona. Czy to nie jest nudne? Czy­tała z zapar­tym tchem, nawet na moment nie mogła się ode­rwać.

Kto przy­niósł ten list? Kto? Kto?

Nie­moż­liwe, by była to ta sama osoba, która wysłała pocz­tówkę z życze­niami uro­dzi­no­wymi do Hildy M?ller Knag, na kartce był prze­cież zna­czek i stem­pel. Żółtą kopertę wło­żono bez­po­śred­nio do skrzynki na listy, tak samo jak poprzed­nio dwie białe koperty.

Zofia zer­k­nęła na zega­rek. Była dopiero za kwa­drans trze­cia, a więc jesz­cze pra­wie dwie godziny do powrotu matki z pracy.

Zofia wyczoł­gała się do ogrodu i znów pobie­gła do skrzynki na listy. Czy moż­liwe, by leżało tam coś jesz­cze?

Zna­la­zła kolejną żółtą kopertę ze swoim nazwi­skiem. Tym razem rozej­rzała się dokoła, ale nikogo nie zoba­czyła. Wybie­gła za furtkę aż na skraj lasu, zba­dała ścieżkę.

I tam także ani żywej duszy.

Nagle wydało jej się, że z głębi lasu doszedł ją trzask łama­nych gałą­zek. Nie była tego jed­nak cał­kiem pewna, zresztą i tak na nic by się zdało rusza­nie w pogoń za kimś, kto ucie­kał.

Zofia otwo­rzyła klu­czem drzwi i weszła do domu, odło­żyła szkolny ple­cak i pocztę dla matki. Wbie­gła na górę do swego pokoju, wycią­gnęła wielką puszkę po ciast­kach, pełną ślicz­nych kamieni, wysy­pała kamie­nie na pod­łogę i wło­żyła do puszki obie duże koperty. Znów wybie­gła do ogrodu z puszką pod pachą. Zanim wyszła, wysta­wiła jesz­cze jedze­nie dla Shere Khana.

-?Kici! Kici! Kici!

Gdy znów zna­la­zła się w Zaułku, otwo­rzyła kopertę i wycią­gnęła kilka zapi­sa­nych na maszy­nie kar­tek. Zaczęła czy­tać:

Nie­zwy­kła istota

A więc znów się spo­ty­kamy. Jak już pew­nie zro­zu­mia­łaś, nasz mały kurs filo­zo­fii dosta­wać będziesz w odpo­wied­nio straw­nych por­cjach. Oto kilka kolej­nych uwag wstęp­nych.

Czy mówi­łem już, że jedyne, czego nam potrzeba, aby­śmy stali się dobrymi filo­zo­fami, to zdol­ność do dzi­wie­nia się świa­tem? Jeśli nie, oznaj­miam to teraz: JEDYNE, CZEGO NAM POTRZEBA, ABY­ŚMY STALI SIĘ DOBRYMI FILO­ZO­FAMI, TO ZDOL­NOŚĆ DO DZI­WIE­NIA SIĘ ŚWIA­TEM.

Zdol­ność tę posia­dają wszyst­kie małe dzieci. Po kilku zale­d­wie mie­sią­cach wśli­zgują się w olśnie­wa­jąco nową rze­czy­wi­stość. Wydaje się jed­nak, że kiedy rosną, zdol­ność dzi­wie­nia się zaczyna zani­kać. Dla­czego tak jest? Czy Zofia Amund­sen zna na to odpo­wiedź?

Gdyby nie­mowlę umiało mówić, z pew­no­ścią wspo­mnia­łoby o tym, jak zadzi­wia­jący jest świat, na któ­rym się poja­wiło. Bo choć dziecko nie umie mówić, widzimy, z jakim zain­te­re­so­wa­niem wska­zuje na wszystko dokoła i z jaką cie­ka­wo­ścią chwyta przed­mioty znaj­du­jące się w pokoju.

Kiedy dziecko zaczyna wyma­wiać pierw­sze słowa, zatrzy­muje się i woła "hau, hau" za każ­dym razem, gdy zoba­czy psa. Czę­sto widzimy, jak malec rado­śnie pod­ska­kuje w wózku i wyma­chu­jąc rącz­kami, krzy­czy: "Hau, hau! Hau, hau!". Nas, któ­rzy mamy już tro­chę lat na karku, drażni być może taki zapał. "Tak, tak, to hau-hau -?mówimy tonem ludzi zna­ją­cych życie - ale siedź spo­koj­nie, bo ina­czej wypad­niesz z wózka". Nie podzie­lamy zachwy­tów dziecka. Widzie­li­śmy już sporo psów.

Być może taki sza­lony, rado­sny popis odbę­dzie się kil­ka­set razy, zanim dziecko zdoła przejść obok psa, nie tra­cąc głowy z rado­ści. Albo obok sło­nia czy hipo­po­tama. Jed­nak na długo przed­tem, nim dziecko nauczy się popraw­nie mówić -?i na długo zanim nauczy się myśleć filo­zo­ficz­nie - świat staje się czymś zwy­czaj­nym.

Szkoda -?powiesz pew­nie!

Moją sprawą jest, abyś nie zna­la­zła się wsród tych, któ­rzy przyj­mują świat za oczy­wi­stość, droga Zosiu. Dla pew­no­ści, zanim na dobre roz­pocz­niemy kurs filo­zo­fii, prze­pro­wa­dzimy parę eks­pe­ry­men­tów.

Wyobraź sobie, że pew­nego dnia wybie­rasz się na wycieczkę do lasu. Nagle przed sobą, na ścieżce, dostrze­gasz nie­duży sta­tek kosmiczny. Ze statku wycho­dzi mały Mar­sja­nin, staje jak wryty i wga­pia się w cie­bie...

Co byś wów­czas pomy­ślała? Ach, to zresztą nie jest takie ważne, ale czy nie przy­szło Ci do głowy, że ty sama jesteś taką Mar­sjanką?

Nie jest rze­czą szcze­gól­nie praw­do­po­dobną, byś kie­dy­kol­wiek potknęła się o stwora z innej pla­nety. Nie wiemy nawet, czy na innych pla­ne­tach ist­nieje życie. Ale można sobie wyobra­zić, że potkniesz się o samą sie­bie. Może się zda­rzyć, że pew­nego dnia zatrzy­masz się i spoj­rzysz na sie­bie w zupeł­nie inny spo­sób. Może zda­rzy się to wła­śnie pod­czas wycieczki do lasu.

Jestem nie­zwy­kłą istotą, pomy­ślisz. Jestem tajem­ni­czym stwo­rem...

To tak, jak­byś nagle obu­dziła się ze stu­let­niego snu Śpią­cej Kró­lewny. "Kim jestem?" -?zapy­tasz. Wiesz, że cho­dzisz po jakimś glo­bie, zawie­szo­nym we wszech­świe­cie. Ale czym jest wszech­świat?

Jeśli w taki spo­sób odkry­jesz samą sie­bie, odkry­jesz coś rów­nie tajem­ni­czego jak ów Mar­sja­nin na leśnej ścieżce. Nie tylko zoba­czy­łaś istotę z prze­strzeni kosmicz­nej. W głębi duszy czu­jesz, że sama jesteś taką zadzi­wia­jącą istotą.

Nie stra­ci­łaś wątku, Zosiu? Prze­pro­wa­dzimy jesz­cze jeden eks­pe­ry­ment myślowy.

Pew­nego dnia mama, tatuś i mały, dwu- albo trzy­letni Tho­mas sie­dzą w kuchni i jedzą śnia­da­nie. Wkrótce mama wstaje od stołu i odwraca się do kuchen­nego blatu, a tatuś, tak, tatuś nagle na oczach małego Tho­masa unosi się w powie­trze i wzla­tuje pod sufit.

Jak myślisz, co wów­czas mówi Tho­mas? Może wycią­gnie rękę, wskaże na ojca i ogłosi: "Tata lata!".

Mały Tho­mas tro­chę się zdziwi, ale nie bar­dziej niż zwy­kle. Tatuś i tak robi tyle nie­zwy­kłych rze­czy, że ot, taki sobie mały prze­lot nad sto­łem po śnia­da­niu nie­wiele zmieni w oczach chłopca. Ojciec prze­cież co dzień goli się zabawną maszynką, cza­sami wcho­dzi na dach i kręci anteną tele­wi­zyjną albo wsa­dza głowę do sil­nika samo­cho­do­wego, a potem jest czarny jak Murzyn.

Teraz kolej na mamę. Usły­szała, co mówi Tho­mas, i zaraz się odwraca. Jak sądzisz, w jaki spo­sób zare­aguje na widok męża uno­szą­cego się lekko nad kuchen­nym sto­łem?

Wypu­ści z rąk słoik z dże­mem i ude­rzy w krzyk z prze­ra­że­nia. Być może potrzebna jej będzie pomoc lekar­ska, gdy tatuś wresz­cie znaj­dzie się z powro­tem na krze­śle. (Już dawno powi­nien nauczyć się ład­nie sie­dzieć przy stole!).

Jak sądzisz, dla­czego Tho­mas i mama reagują tak róż­nie?

Ma to zwią­zek z przy­zwy­cza­je­niem. (Zapa­mię­taj to sobie!). Mama nauczyła się, że ludzie nie mogą fru­wać, Tho­mas nato­miast jesz­cze o tym nie wie. Na­dal nie jest pewien, co na tym świe­cie jest moż­liwe, a co nie.

A jak jest z samym świa­tem, Zosiu? Czy świat jest moż­liwy? Prze­cież on także swo­bod­nie unosi się w prze­strzeni.

Naj­smut­niej­sze jest to, że dora­sta­jąc, przy­zwy­cza­jamy się nie tylko do prawa cią­że­nia. Przy­zwy­cza­jamy się jed­no­cze­śnie także do świata jako takiego.

Wygląda na to, że w cza­sie dora­sta­nia tra­cimy zdol­ność do dzi­wie­nia się świa­tem. Tra­cimy wów­czas coś bar­dzo istot­nego, co filo­zo­fo­wie powtór­nie usi­łują pobu­dzić do życia, bo gdzieś w głębi nas samych tkwi coś, co pod­po­wiada nam, że życie jest wielką zagadką. Wie­dzie­li­śmy to na długo przed­tem, zanim nauczy­li­śmy się o tym myśleć.

Spre­cy­zuję: cho­ciaż pyta­nia filo­zo­ficzne doty­czą wszyst­kich ludzi, nie wszy­scy zostaną filo­zo­fami. Z roz­ma­itych powo­dów więk­szość ludzi tak bar­dzo pochło­nięta jest codzien­nymi pro­ble­mami, że zdu­mie­nie samym życiem zostaje ode­pchnięte w naj­głęb­sze zaka­marki myśli. (Ci ludzie kryją się głę­boko w futrze kró­lika, wygod­nie się ukła­dają i pozo­stają tam aż do końca życia).

Dla dzieci świat i wszystko, co się w nim znaj­duje, jest czymś nowym, czymś, co budzi zdzi­wie­nie. Nie każdy doro­sły myśli podob­nie. Więk­szość z nich postrzega świat jako coś zupeł­nie zwy­czaj­nego.

I tu wła­śnie filo­zo­fo­wie są szczyt­nym wyjąt­kiem. Filo­zof ni­gdy nie zdoła tak naprawdę przy­zwy­czaić się do świata. Dla niego (lub dla niej) świat pozo­staje czymś nie­praw­do­po­dob­nym. Tak, zagad­ko­wym i tajem­ni­czym. Filo­zofowie i małe dzieci mają więc pewną cechę wspólną. Można powie­dzieć, że filo­zof przez całe życie pozo­staje rów­nie wraż­liwy, zacho­wuje cienką skórę, jaką ma dziecko.

Możesz więc teraz wybie­rać, droga Zosiu. Czy jesteś dziec­kiem, które jesz­cze nie zdą­żyło przy­zwy­czaić się do świata, czy raczej filo­zo­fem, który może przy­siąc, że to ni­gdy nie nastąpi?

Jeśli tylko potrzą­śniesz głową i nie roz­po­znasz w sobie ani dziecka, ani filo­zofa, to dla­tego, że tak już się zado­mo­wi­łaś na świe­cie, że aż prze­stał Cię zdu­mie­wać. W takim razie zagraża Ci nie­bez­pie­czeń­stwo. I dla­tego wła­śnie dosta­jesz ten kurs filo­zo­fii, na wszelki wypa­dek. Nie chcę, byś Ty wła­śnie była jedną z tych ospa­łych i obo­jęt­nych. Chcę, abyś żyła świa­do­mie.

Kurs jest bez­płatny, dla­tego też nie licz na zwrot pie­nię­dzy, jeśli go nie ukoń­czysz. Ale jeśli chcia­ła­byś go prze­rwać, masz na to pełną szansę. Musisz mi tylko zosta­wić wia­do­mość w skrzynce na listy. Odpo­wied­nia będzie na przy­kład żywa żaba; w każ­dym razie powinno to być coś zie­lo­nego, ina­czej listo­nosz mógłby się nie na żarty wystra­szyć.

Krót­kie pod­su­mo­wa­nie: Z pustego cylin­dra wycią­gnięty zostaje biały kró­lik. Ponie­waż kró­lik jest olbrzymi, sztuczka ta trwa wiele miliar­dów lat. Na samych koniusz­kach cie­niu­teń­kich wło­sków kró­li­czego futerka rodzą się ludz­kie dzieci. Z tego miej­sca potra­fią się dzi­wić nie­praw­do­po­dobną cza­ro­dziej­ską sztuczką. Ale z cza­sem są coraz star­sze, wśli­zgują się coraz dalej w głąb kró­li­czego futra. Tam już zostają. Czują się tam tak przy­jem­nie, że ni­gdy nie ośmielą się ponow­nie wdra­pać na szczyt cien­kich wło­sków. Jedy­nie filo­zo­fo­wie wypra­wiają się w nie­bez­pieczną podróż ku osta­tecz­nym gra­ni­com ist­nie­nia. Nie­któ­rzy z nich spa­dają, ale inni mocno wcze­piają się we włosy i z góry wołają do ludzi wtu­lo­nych głę­boko w kró­li­cze futro i opy­cha­ją­cych się sma­ko­ły­kami:

-?Panie i pano­wie! Uno­simy się w próżni!

Ale nikt z ludzi zamiesz­ku­ją­cych zaciszne poła­cie kró­li­czego futra nie przej­muje się woła­niem filo­zo­fów.

-?Ach, cóż za awan­tur­nicy! -?stwier­dzają.

I kon­ty­nu­ują roz­mowę: Czy możesz podać mi masło? Jak stoją dzi­siaj akcje banku? Ile kosz­tują pomi­dory? Czy sły­sza­łeś, że Lady Di znów spo­dziewa się dziecka?

Kiedy matka Zofii po połu­dniu wró­ciła do domu, dziew­czyna była w szoku. Puszka z listami od tajem­ni­czego filo­zofa leżała dobrze ukryta w Zaułku. Zofia pró­bo­wała zabrać się do lek­cji, ale sie­działa tylko, zasta­na­wia­jąc się nad tym, co prze­czy­tała.

O tak wielu rze­czach przed­tem nie myślała! Nie była już dziec­kiem, ale nie była też jesz­cze cał­kiem doro­sła. Zro­zu­miała, że zaczęła już powoli zapa­dać się w głąb futerka kró­lika wycią­gnię­tego z czar­nego cylin­dra wszech­świata. Filo­zof jed­nak zatrzy­mał ją w pół drogi. On -?a może ona? -?mocno chwy­cił ją za kark i pocią­gnął w górę, na czu­bek wło­ska, gdzie kie­dyś bawiła się jako dziecko. I stam­tąd wła­śnie, z samego czubka wło­ska, przyj­rzała się światu, jak gdyby ujrzała go po raz pierw­szy.

Filo­zof ją oca­lił. Nie miała co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nie­znany nadawca ura­to­wał ją od obo­jęt­no­ści codzien­nego życia.

Kiedy matka wró­ciła do domu około pią­tej, Zofia zacią­gnęła ją do salonu i posa­dziła w fotelu.

-?Mamo, czy nie uwa­żasz, że to nie­zwy­kłe: żyć? -?zaczęła.

Matka była tak zasko­czona, że nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Na ogół kiedy wra­cała do domu, zasta­wała córkę sie­dzącą nad lek­cjami.

-?Hmmm -?mruk­nęła. -?Cza­sami, ow­szem.

-?Cza­sami? A czy nie uwa­żasz, że to dziwne, że w ogóle ist­nieje jakiś świat?

-?Och, Zosiu, nie mów takich rze­czy!

-?Dla­czego nie? Może wydaje ci się, że świat jest cał­kiem nor­malny?

-?No, bo tak prze­cież jest. W każ­dym razie na ogół.

Zofia zro­zu­miała, że filo­zof miał rację. Doro­śli trak­to­wali świat jako rzecz cał­kiem natu­ralną. Raz na zawsze, jak Śpiąca Kró­lewna, uko­ły­sali się do stu­let­niego snu codzien­no­ści.

-?Phi! To tylko ty na dobre zado­mo­wi­łaś się na świe­cie i prze­stał już cię dzi­wić -?powie­działa.

-?Co ty ple­ciesz?

-?Że za bar­dzo się przy­zwy­cza­iłaś do świata. Innymi słowy, cał­kiem zgłu­pia­łaś.

-?Nie wolno ci się tak do mnie odzy­wać, Zofio.

-?Dobrze, wyja­śnię ci to ina­czej. Uło­ży­łaś się głę­boko w futrze bia­łego kró­lika, który wła­śnie w tym momen­cie wycią­gany jest z czar­nego cylin­dra wszech­świata. Zaraz pój­dziesz nasta­wić ziem­niaki, potem prze­czy­tasz gazetę, a po pół­go­dzin­nej poobied­niej drzemce obej­rzysz dzien­nik.

Na twa­rzy matki poja­wił się wyraz zatro­ska­nia. Rze­czy­wi­ście poszła do kuchni nasta­wić ziem­niaki. Nieco póź­niej wró­ciła do salonu i teraz ona usa­dziła Zofię w fotelu.

-?Muszę z tobą poroz­ma­wiać -?zaczęła. Zofia z tonu wywnio­sko­wała, że cho­dzi o coś poważ­nego. -?Nie zaplą­ta­łaś się przy­pad­kiem w jakieś nar­ko­tyki, kocha­nie?

Zofia wybuch­nęła śmie­chem, ale dobrze rozu­miała, dla­czego to pyta­nie padło aku­rat teraz.

-?Skąd! -?powie­działa. -?Od tego czło­wiek obo­jęt­nieje jesz­cze bar­dziej.

Tego dnia nie mówiły już wię­cej ani o nar­ko­ty­kach, ani o bia­łych kró­li­kach.

MITY

...chwiejna rów­no­waga mię­dzy dobrymi a złymi mocami...

Następ­nego ranka nie było żad­nego listu do Zofii. Dziew­czynka nudziła się przez długi dzień w szkole. Na prze­rwach sta­rała się być wyjąt­kowo miła dla Jorunn, a w dro­dze do domu zaczęły pla­no­wać wspólną wycieczkę z namio­tem, kiedy tylko w lesie tro­chę prze­schnie.

Wresz­cie Zofia znów sta­nęła przed skrzynką. Naj­pierw otwo­rzyła liścik ze stem­plem z Mek­syku. To kartka od taty. Tęsk­nił za domem i pierw­szy raz udało mu się poko­nać w sza­chach pierw­szego ofi­cera. Poza tym upo­rał się już pra­wie z dwu­dzie­stoma kilo­gra­mami ksią­żek, które zabrał ze sobą, kiedy wyru­szał w rejs po zimo­wych waka­cjach.

Ale w skrzynce leżała także zaadre­so­wana do niej żółta koperta! Zofia zosta­wiła w domu ple­cak oraz resztę poczty i pobie­gła do Zaułka. Wycią­gnęła kolejne zapi­sane na maszy­nie kartki i zaczęła czy­tać.

Mityczny obraz świata

Witaj, Zosiu! Mamy sporo do zro­bie­nia, przy­stąpmy więc od razu do rze­czy.

Przez filo­zo­fię rozu­miemy nowy spo­sób myśle­nia, który naro­dził się w Gre­cji, około 600 lat przed Chry­stu­sem. Wcze­śniej odpo­wiedź na wszyst­kie pyta­nia dawały ludziom roz­ma­ite reli­gie. Takie reli­gijne wyja­śnie­nia prze­ka­zy­wane były z poko­le­nia na poko­le­nie w postaci mitów. Mity to opo­wie­ści o bogach, wyja­śnia­jące, dla­czego życie jest takie, jakie jest.

Przez tysiące lat na całym świe­cie wyrósł praw­dzi­wie dziki i bujny gąszcz mitycz­nych wyja­śnień pro­ble­mów filo­zo­ficz­nych. Filo­zo­fo­wie greccy sta­rali się wyka­zać, że ludzie nie powinni wie­rzyć mitom.

Aby pojąć spo­sób myśle­nia pierw­szych filo­zo­fów, musimy zro­zu­mieć, co to jest mityczny obraz świata. Jako przy­kład posłużą nam mity pocho­dzące ze Skan­dy­na­wii. By zaczerp­nąć wody, nie trzeba prze­cho­dzić na drugą stronę stru­mie­nia.

Z pew­no­ścią znany Ci jest bóg THOR z mło­tem. Zanim chrze­ści­jań­stwo dotarło do Nor­we­gii, tu, na Pół­nocy, ludzie wie­rzyli, że Thor podró­żuje po nie­bie wozem cią­gnię­tym przez dwa kozły. Kiedy obra­cał swym mło­tem, powsta­wały grzmoty i bły­ska­wice. Nor­we­skie słowo tor­den (grzmot) pocho­dzi od Tor-d?nn (huk Thora). Po szwedzku grzmot nazywa się ?ska, a wła­ści­wie ?s-aka, co zna­czy "podróż boga" przez niebo.

Kiedy bły­ska i grzmi, na ogół towa­rzy­szy temu deszcz. Dla chło­pów w epoce wikin­gów opady miały ogromne zna­cze­nie. Dla­tego wła­śnie Thora czczono jako boga płod­no­ści.

A zatem na pyta­nie, dla­czego pada deszcz, mityczna odpo­wiedź brzmiała nastę­pu­jąco: bo Thor wywija mło­tem. A po desz­czu wszystko kieł­ko­wało, obsiane pola rodziły.

W jaki spo­sób rośliny rosną i wydają owoce, samo w sobie pozo­sta­wało nie­po­jęte. Chłopi wie­dzieli jed­nak, że ma to coś wspól­nego z desz­czem. Powszech­nie wie­rzono rów­nież, że deszcz jest wyni­kiem dzia­ła­nia Thora. Przez to stał się on jed­nym z naj­waż­niej­szych bogów w Skan­dy­na­wii.

Wiel­kie zna­cze­nie Thora miało jesz­cze inne przy­czyny, zwią­zane z porząd­kiem świata.

Wikin­go­wie wyobra­żali sobie, że cały zamiesz­kany przez ludzi świat jest wyspą, któ­rej stale grożą nie­bez­pie­czeń­stwa z zewnątrz. Tę część świata nazy­wali MID­GARD, czyli kra­ina poło­żona w środku. W Mid­gar­dzie znaj­do­wał się także ASGARD, czyli sie­dziba bogów. Wokół Mid­gardu roz­cią­gał się UTGARD, czyli kraj poło­żony na zewnątrz. Tu miesz­kali groźni jotu­no­wie -?olbrzymi, któ­rzy wymyśl­nymi sztucz­kami bez­u­stan­nie usi­ło­wali znisz­czyć świat. Takie zło­śliwe potwory czę­sto okre­ślamy jako "moce cha­osu". Zarówno w reli­gii sta­ro­skan­dy­naw­skiej, jak i w więk­szo­ści innych kul­tur, ludzie wie­rzyli w chwiejną rów­no­wagę sił mię­dzy dobrymi i złymi mocami.

Jed­nym ze spo­so­bów, jakimi olbrzymi mogli znisz­czyć Mid­gard, było porwa­nie bogini płod­no­ści FREYJI. Gdyby tego doko­nali, zie­mia prze­sta­łaby wyda­wać plony, a kobiety nie rodzi­łyby dzieci. Dla­tego tak istotne było, by bogo­wie zdo­łali utrzy­mać olbrzy­mów w sza­chu.

I tu także ważną rolę odgry­wał Thor. Jego młot nie tylko spro­wa­dzał deszcz, był także nie­za­wodną bro­nią w walce z nie­bez­piecz­nymi siłami cha­osu. Młot zapew­niał mu pra­wie nie­ogra­ni­czoną siłę. Mógł rzu­cać nim za olbrzy­mami i w ten spo­sób je uśmier­cać. Nie musiał się też bać, że go straci, gdyż młot dzia­łał jak bume­rang i zawsze wra­cał do wła­ści­ciela.

Takie było mityczne wyja­śnie­nie ist­nie­nia natury i przy­czyn bez­u­stan­nie toczą­cej się walki dobra ze złem. Jed­nakże filo­zo­fo­wie takich wła­śnie wyja­śnień nie chcieli uznać.

Nie cho­dziło jed­nak tylko o wyja­śnie­nia.

Ludzie nie mogli sie­dzieć z zało­żo­nymi rękami i cze­kać, aż spadną na nich nie­szczę­ścia -?na przy­kład susza lub zakaźne cho­roby. Sami ludzie także musieli brać udział w walce ze złem. Doko­ny­wało się to poprzez roz­ma­ite obrzędy reli­gijne, czyli rytu­ały.

W epoce sta­ro­skan­dy­naw­skiej naj­waż­niej­szym reli­gij­nym obrzę­dem była ofiara. Dzięki ofie­rze skła­da­nej bogu jego siła wzra­stała. Ludzie musieli skła­dać ofiary bogom, by dodać im mocy w walce z siłami cha­osu. W ofie­rze skła­dano zwie­rzęta. Tho­rowi praw­do­po­dob­nie ofia­ro­wy­wano kozły. ODY­NOWI skła­dano cza­sem nawet ofiary z ludzi.

Naj­po­pu­lar­niej­szy w Nor­we­gii mit znamy z poematu Thrym­skvida, czyli Pie­śni o Thry­mie. Opo­wiada on, jak to Thor pogrą­żony był we śnie, a kiedy się obu­dził, zoba­czył, że jego młot znik­nął. Thor wpadł w taki gniew, że aż drżały mu ręce i trzę­sła się broda. Wraz ze swym towa­rzy­szem LOKIM udał się do Freyji i popro­sił ją o poży­cze­nie szaty z piór, aby Loki mógł pofru­nąć do Jotun­heim, sie­dziby olbrzy­mów, i spraw­dzić, czy to nie oni skra­dli młot. Tu wła­śnie Loki spo­tyka króla olbrzy­mów, THRYMA, który rze­czy­wi­ście chełpi się, że ukrył młot osiem mil pod zie­mią. Dodaje także: Aso­wie (bogo­wie) nie odzy­skają go, dopóki Freyja nie zosta­nie jego żoną.

Słu­chasz uważ­nie, Zosiu? Dobrzy bogo­wie stają nagle w obli­czu strasz­li­wego szan­tażu z zakład­ni­kiem. Olbrzymi przej­mują teraz wła­dzę nad naj­po­tęż­niej­szą bro­nią bogów, sytu­acja staje się więc nie­zwy­kle napięta. Dopóki olbrzymi mają młot Thora, dzierżą wła­dzę nad świa­tem bogów i ludzi. W zamian za młot żądają Freyji. Taka trans­ak­cja jest jed­nak nie­moż­liwa. Jeśli bogo­wie będą zmu­szeni oddać bogi­nię płod­no­ści, która strzeże wszel­kiego życia, wów­czas zwięd­nie trawa na łąkach, a bogów i ludzi nie­chyb­nie czeka śmierć. Jest to więc sytu­acja bez wyj­ścia. Jeśli wyobra­zisz sobie grupę ter­ro­ry­styczną gro­żącą zrzu­ce­niem bomby ato­mo­wej na Lon­dyn albo Paryż, gdy nie zostaną speł­nione ich śmier­tel­nie nie­bez­pieczne żąda­nia, z pew­no­ścią zro­zu­miesz, o co mi cho­dzi.

Mit opo­wiada dalej, że Loki wró­cił do domu, do Asgardu. Prosi Freyję, by przy­wdziała ślubny strój, bo nie­stety musi zostać poślu­biona olbrzy­mowi. Freyja gniewa się i mówi, że ludzie posą­dzą ją o cał­ko­wite sza­leń­stwo na punk­cie męż­czyzn, jeśli zgo­dzi się poślu­bić jed­nego z olbrzy­mów.

Na świetny pomysł wpada jed­nak bóg HEIM­DALL. Pro­po­nuje, aby zamiast Freyji, prze­brać za oblu­bie­nicę Thora. Żeby przy­po­mi­nał kobietę, mogą odpo­wied­nio uło­żyć mu włosy, a na piersi zawie­sić kamie­nie. Thor natu­ral­nie nie jest zachwy­cony pro­po­zy­cją, ale w końcu poj­muje, że jedy­nym spo­so­bem na odzy­ska­nie młota jest usłu­cha­nie rady Heim­dalla.

Thor prze­biera się za pannę młodą, Loki ma mu towa­rzy­szyć jako druhna. "Tak więc my, dwie nie­wia­sty, wyru­szamy do Jotun­heim" -?mówi Loki.

Posłu­gu­jąc się bar­dziej nowo­cze­snym języ­kiem, możemy stwier­dzić, że Thor i Loki to "bry­gada anty­ter­ro­ry­styczna" bogów. Prze­brani za kobiety mają wedrzeć się do twier­dzy olbrzy­mów i odzy­skać młot Thora.

Led­wie przy­by­wają do Jotun­he­imu, a już olbrzymi zaczy­nają szy­ko­wać ucztę ślubną. Ale pod­czas bie­siady panna młoda -?czyli Thor w prze­bra­niu - zjada całego wołu i osiem łososi i do tego wypija trzy beczki piwa. Budzi to podej­rze­nia Thryma i nie­wiele bra­kuje, by "koman­dosi" zostali zde­ma­sko­wani. Loki potrafi jed­nak w porę zaże­gnać nie­bez­pie­czeń­stwo. Wyja­śnia, że Freyja nic nie jadła od ośmiu dni, tak ogrom­nie cie­szyła się na przy­by­cie do Jotun­he­imu.

Następ­nie Thrym unosi welon ślubny, chcąc uca­ło­wać pannę młodą, ale spoj­rzaw­szy w zie­jące nie­na­wi­ścią oczy Thora, odska­kuje prze­ra­żony. I tym razem Loki ratuje sytu­ację. Wyja­śnia, że narze­czona nie spała przez osiem nocy, tak bar­dzo rado­wała się zamąż­pój­ściem. Thrym, zado­wo­lony z odpo­wie­dzi, naka­zuje przy­nieść młot i poło­żyć go na kola­nach panny mło­dej na czas zaślu­bin.

Podobno gdy Thor poczuł swój młot na kola­nach, wybuch­nął rado­snym grom­kim śmie­chem. Naj­pierw ude­rze­niem młota pozba­wił życia Thryma, a póź­niej resztę olbrzy­mów. W ten spo­sób straszna histo­ria ter­ro­ry­styczna zakoń­czyła się szczę­śli­wie. Jesz­cze raz Thor -?Bat­man czy James Bond bogów -?zwy­cię­żył złe moce.

Tyle opo­wiada nam sam mit, Zosiu. Ale co wła­ści­wie chce nam prze­ka­zać? Z pew­no­ścią nie wymy­ślono go jedy­nie dla zabawy. Ma on coś wyja­śnić. Można na przy­kład rozu­mieć go nastę­pu­jąco:

Kiedy w kraju nastała susza, ludziom potrzebne było wyja­śnie­nie, dla­czego nie nad­cho­dzi deszcz. Może dla­tego, że olbrzymi skra­dli młot Thora?

Można rów­nież przy­pusz­czać, że mit usi­łuje wytłu­ma­czyć zmie­nia­jące się pory roku: zimą natura zamiera, ponie­waż młot Thora znaj­duje się w Jotun­he­imie, ale wio­sną udaje się go Tho­rowi odzy­skać. W taki spo­sób mit wyja­śnia ludziom coś, czego nie rozu­mieją.

Rola mitu nie koń­czyła się jed­nak na wyja­śnia­niu. Czę­sto ludzie odpra­wiali obrzędy zwią­zane z mitem. Możemy wyobra­zić sobie, że spo­so­bem ludzi na suszę czy nie­uro­dzaj było ode­gra­nie dra­matu, o któ­rym mówi mityczna opo­wieść. Być może któ­re­goś z męż­czyzn z wio­ski prze­bie­rano za oblu­bie­nicę, przy­wią­zu­jąc mu zamiast piersi kamie­nie, by wykradł młot olbrzy­mom. W taki spo­sób ludzie mogli pod­jąć dzia­ła­nia, by przy­wo­łać deszcz i by ziarno na polu zakieł­ko­wało.

Wia­domo, że ist­nieje wiele pocho­dzą­cych z innych czę­ści świata przy­kła­dów na to, że ludzie odgry­wali mit o porach roku, by przy­spie­szyć pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie.

Led­wie uchy­li­li­śmy drzwi pro­wa­dzące do świata mitów skan­dy­naw­skich. Ist­niało całe mnó­stwo innych mitów o Tho­rze i Ody­nie, FREYU i Freyji, HODZIE i BAL­DRZE, i wielu, wielu innych bogach. Mityczne wyobra­że­nia kwi­tły na całym świe­cie, zanim zabrali się za nie filo­zo­fo­wie. Tak, bo kiedy rodziła się filo­zo­fia, Grecy także posłu­gi­wali się mitycz­nym obra­zem świata. Przez stu­le­cia, z poko­le­nia na poko­le­nie prze­ka­zy­wano opo­wie­ści o bogach. Greccy bogo­wie nazy­wali się ZEUS i APOLLO, HERA i ATENA, DIO­NI­ZOS i ASKLE­PIOS, HERA­KLES i HEFAJ­STOS. Wymie­ni­łem tylko kilku.

Około roku 700 przed Chry­stu­sem wiele grec­kich mitów zostało spi­sa­nych przez HOMERA i HEZJODA. Zaist­niała cał­kiem nowa sytu­acja. Gdy mity zostały zapi­sane, można było o nich dys­ku­to­wać.

Pierwsi greccy filo­zo­fo­wie kry­ty­ko­wali mito­lo­gię Homera za to, że bogo­wie tak bar­dzo przy­po­mi­nali ludzi, że byli rów­nie ego­istyczni i wia­ro­łomni jak zwy­kli śmier­tel­nicy. Po raz pierw­szy stwier­dzono, że mity być może są jedy­nie wytwo­rami ludz­kiej fan­ta­zji.

Przy­kład kry­tyki mitów zna­leźć możemy u filo­zofa KSE­NO­FA­NESA, który uro­dził się około 570 r. p.n.e.: "Ludzie stwo­rzyli bogów na wła­sny obraz -?mówił. -?Śmier­tel­nym się zdaje, że bogo­wie zostali zro­dzeni jak oni, że noszą ich szaty, mają ich głos i postać. Etio­po­wie uwa­żają, że ich bogo­wie mają spłasz­czone nosy i są czarni, Tra­ko­wie zaś, że mają nie­bie­skie oczy i rude włosy. Gdyby woły, konie i lwy miały ręce i mogły nimi malo­wać, to konie malo­wa­łyby obrazy bogów podobne do koni, a woły podobne do wołów".

W tym wła­śnie okre­sie Grecy zało­żyli wiele miast-państw, zarówno w Gre­cji, jak i w połu­dnio­wej Ita­lii i Azji Mniej­szej. Wszelką pracę fizyczną wyko­ny­wali nie­wol­nicy, wolni oby­wa­tele mogli więc poświę­cać wiele czasu na poli­tykę i życie kul­tu­ralne.

W owych śro­do­wi­skach miej­skich nastą­pił prze­łom w spo­so­bie myśle­nia. Każdy czło­wiek mógł indy­wi­du­al­nie, na wła­sny rachu­nek sta­wiać sobie pyta­nia, w jaki spo­sób należy zor­ga­ni­zo­wać spo­łe­czeń­stwo. Każdy czło­wiek mógł rów­nież zada­wać pyta­nia filo­zo­ficzne, nie odwo­łu­jąc się do mitów.

Mówimy, że doko­nało się przej­ście od mitycz­nego spo­sobu myśle­nia do myśle­nia opar­tego na doświad­cze­niu i rozu­mie. Celem pierw­szych grec­kich filo­zo­fów było zna­leźć natu­ralne wyja­śnie­nia pro­ce­sów zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie.

Zofia spa­ce­ro­wała po ogro­dzie. Sta­rała się zapo­mnieć o wszyst­kim, czego nauczyła się w szkole, a zwłasz­cza o tym, czego dowie­działa się na lek­cjach przy­rody.

Gdyby wyro­sła w tym ogro­dzie, gdyby nie miała całej szkol­nej wie­dzy, jak wtedy patrzy­łaby na wio­snę?

Jak pró­bo­wa­łaby wytłu­ma­czyć, dla­czego pew­nego dnia nagle zaczyna padać deszcz? Czy dzięki wyobraźni zro­zu­mia­łaby, dla­czego śnieg znika, a słońce wznosi się na nie­bie coraz wyżej?

Tak, na pewno tak wła­śnie by było, stwier­dziła, i natych­miast zaczęła wymy­ślać wyja­śnie­nie:

Zima skuła oko­wami mrozu cały kraj, ponie­waż zły Muriat uwię­ził piękną księż­niczkę Sikitę w zim­nym lochu. Ale pew­nego dnia mężny książę Bra­vato ją uwol­nił. Uszczę­śli­wiona Sikita zaczęła tań­czyć po łąkach, nucąc pio­senkę, którą uło­żyła w ponu­rym wię­zie­niu. Zie­mia i drzewa, sły­sząc to, wzru­szyły się tak bar­dzo, że śnieg prze­mie­nił się w łzy, zaraz też na nie­bie poka­zało się słońce i osu­szyło je. Ptaki pod­jęły pio­senkę Sikity, a gdy księż­niczka roz­pu­ściła złote włosy, kilka loków upa­dło na zie­mię i w jed­nej chwili zamie­niło się w żon­kile.

Zofia uznała, że wymy­śliła bar­dzo piękną histo­rię. Czuła, że gdyby nie znała innego wyja­śnie­nia nastę­pu­ją­cych po sobie pór roku, na pewno uwie­rzy­łaby w histo­rię wymy­śloną przez sie­bie.

Zro­zu­miała, że ludzie zawsze odczu­wali potrzebę wyja­śnie­nia zja­wisk zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie. Chyba nie mogli bez tego żyć, i w cza­sach, gdy nie ist­niała jesz­cze nauka, two­rzyli mity.

FILOZOFOWIE PRZYRODY

...nic nie może powstać z tego, czego nie ma...

Kiedy matka po połu­dniu wró­ciła z pracy, Zofia sie­działa na ogro­do­wej huś­tawce, roz­my­śla­jąc, jaki może ist­nieć zwią­zek mię­dzy kur­sem filo­zo­fii a Hildą M?ller Knag, która raczej nie dosta­nie kartki z życze­niami uro­dzi­no­wymi od swego ojca.

-?Zosiu! -?zawo­łała matka z daleka. -?Przy­szedł do cie­bie jakiś list!

Zofia drgnęła. Prze­cież sama wyj­mo­wała pocztę, a więc musiał to być list od filo­zofa. Co ma powie­dzieć matce?

Powoli wstała z huś­tawki i wyszła matce na spo­tka­nie.

-?Nie ma na nim znaczka. To na pewno list miło­sny.

Zofia ode­brała kopertę z rąk matki.

-?Nie otwo­rzysz?

Co mogła powie­dzieć?

-?Sły­sza­łaś, żeby ktoś otwie­rał list miło­sny w obec­no­ści matki zaglą­da­ją­cej przez ramię?

Niech raczej wie­rzy, że to coś takiego. Zofia czuła się strasz­nie głu­pio, bo doprawdy była jesz­cze bar­dzo młoda jak na osobę otrzy­mu­jącą miło­sne liściki, ale jesz­cze głu­piej by było, gdyby pew­nego dnia wydało się, że dostaje cały kurs kore­spon­den­cyjny od zupeł­nie nie­zna­jo­mego, obcego filo­zofa, który na doda­tek bawi się z nią w kotka i myszkę.

Była to następna mała, biała koperta. Zofia u sie­bie w pokoju prze­czy­tała kolejne trzy pyta­nia napi­sane na nie­du­żym arku­siku:

Czy ist­nieje pier­wotna mate­ria, z któ­rej powstało wszystko inne?

Czy woda może prze­mie­nić się w wino?

W jaki spo­sób zie­mia i woda mogą zmie­nić się w żywą żabę?

Zofia uznała, że pyta­nia są zwa­rio­wane, ale przez cały wie­czór nie prze­sta­wały jej brzę­czeć w gło­wie. Rów­nież następ­nego dnia w szkole zaczęła je po kolei roz­wa­żać.

Czy ist­nieje pier­wotna mate­ria, z któ­rej powstało wszystko inne? Ale jeśli ist­nieje jakaś mate­ria, z któ­rej składa się wszystko na świe­cie, to w jaki spo­sób ta sama mate­ria może prze­obra­zić się za jed­nym razem w jaskier, a za dru­gim na przy­kład w wiel­kiego sło­nia?

Ta sama wąt­pli­wość doty­czyła rów­nież następ­nego pyta­nia: czy woda może prze­mie­nić się w wino. Zofia sły­szała o Jezu­sie, który prze­mie­nił wodę w wino, ale ni­gdy nie trak­to­wała tego dosłow­nie. A jeśli Jezus rze­czy­wi­ście prze­mie­nił wodę w wino, to był to cud, a więc coś, co wła­ści­wie jest nie­moż­liwe. Zofia zda­wała sobie sprawę, że zarówno w winie, jak i nie­mal wszę­dzie w przy­ro­dzie jest bar­dzo dużo wody, jed­nak cho­ciaż ogó­rek zawiera 95 pro­cent wody, to musi być w nim coś jesz­cze, żeby ogó­rek mógł być ogór­kiem, a nie samą wodą.

Następny pro­blem, z żabą. Nauczy­ciel filo­zo­fii w ogóle zasta­na­wia­jąco inte­re­so­wał się żabami. Zofia mogła ewen­tu­al­nie zgo­dzić się z twier­dze­niem, że żaba składa się z ziemi i wody, ale pod warun­kiem, że zie­mia nie składa się z jed­nego jedy­nego rodzaju mate­rii. Nato­miast jeśli zie­mia składa się z wielu rodza­jów mate­rii, to rze­czy­wi­ście można by uznać, że zie­mia i woda razem mogą stać się żabą. Oczy­wi­ście gdyby omi­nęły drogę od żabiego skrzeku poprzez kijankę. Bo prze­cież żaba nie wyro­śnie ot, tak sobie, na grządce warzyw­nej, nawet gdyby nad­zwy­czaj sta­ran­nie się ją pod­le­wało.

Kiedy po połu­dniu Zofia wró­ciła ze szkoły do domu, w skrzynce cze­kała na nią pękata koperta. Tak jak w poprzed­nich dniach, Zofia pospie­szyła do Zaułka.

Zało­że­nie filo­zo­ficzne

Znów się spo­ty­kamy! Od razu zabie­ramy się za dzi­siej­szą lek­cję, nie zaha­cza­jąc o białe kró­liki i inne temu podobne histo­rie.

Spró­buję w ogól­nym zary­sie opo­wie­dzieć Ci, co ludzie myśleli na temat pro­ble­mów filo­zo­ficz­nych od grec­kiej sta­ro­żyt­no­ści aż do chwili obec­nej. Ale wszystko po kolei.

Ponie­waż filo­zo­fo­wie żyli w innych cza­sach, a być może i w zupeł­nie innej kul­tu­rze niż nasza, czę­sto dobrze jest okre­ślić, jakie były zało­że­nia poszcze­gól­nych filo­zo­fów. Cho­dzi mi o to, że musimy się zorien­to­wać, czego naj­bar­dziej chciał się dowie­dzieć dany filo­zof. Jeden inte­re­so­wał się, jak powstały pla­nety i zwie­rzęta. Innego pasjo­no­wało poszu­ki­wa­nie odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy ist­nieje Bóg lub czy czło­wiek ma nie­śmier­telną duszę.

Kiedy już zdo­łamy zorien­to­wać się, jakie jest zało­że­nie danego filo­zofa, łatwiej nam będzie prze­śle­dzić jego spo­sób myśle­nia. Jeden filo­zof bowiem nie zaj­muje się wszyst­kimi pro­ble­mami filo­zoficznymi.

Mówiąc o filo­zo­fie, uży­łem sfor­mu­ło­wa­nia "jego spo­sób myśle­nia". Tak, bo rów­nież histo­ria filo­zo­fii zdo­mi­no­wana jest przez męż­czyzn. Kobiety były cie­mię­żone jako płeć i jako istoty myślące. Wielka szkoda, bo w ten spo­sób zaprze­pasz­czono wiele istot­nych doświad­czeń. Dopiero w naszym stu­le­ciu kobiety naprawdę wkra­czają do histo­rii filo­zo­fii.

Nie będę Ci zada­wał prac domo­wych, a w każ­dym razie trud­nych zadań mate­ma­tycz­nych. Nie inte­re­suje mnie też odmiana cza­sow­ni­ków angiel­skich. Cza­sami jed­nak popro­szę Cię o wyko­na­nie jakie­goś, i to wcale nie­ła­twego, doświad­cze­nia.

Jeśli zga­dzasz się na te warunki, zaczy­namy.

Filo­zo­fo­wie przy­rody

Pierw­szych filo­zo­fów w Gre­cji czę­sto nazywa się filo­zo­fami przy­rody, ponie­waż inte­re­so­wali się przede wszyst­kim przy­rodą i zja­wi­skami, jakie w niej zacho­dzą.

Zada­li­śmy już sobie pyta­nie, skąd wszystko się bie­rze. W dzi­siej­szych cza­sach wielu ludzi skłon­nych jest twier­dzić, że coś kie­dyś musiało powstać z niczego. Myśl ta wśród Gre­ków nie była rów­nie popu­larna. Z takiego czy innego powodu przyj­mo­wali za pew­nik, że coś musiało ist­nieć od zawsze.

Zasad­ni­czym pyta­niem nie było więc, w jaki spo­sób wszystko mogło powstać z niczego. Grecy zasta­na­wiali się nato­miast, jak to moż­liwe, że woda może zmie­nić się w żywą rybę, a mar­twa zie­mia w wyso­kie drzewa i barwne kwiaty. Nie mówiąc już o tym, jak dziecko może powstać w łonie matki!

Filo­zo­fo­wie na wła­sne oczy widzieli, że w przy­ro­dzie nie­ustan­nie zacho­dzą zmiany. Ale w jaki spo­sób te zmiany były moż­liwe? W jaki spo­sób jakaś sub­stan­cja może zmie­nić się w coś zupeł­nie innego, na przy­kład w coś żywego?

Wspólny dla pierw­szych filo­zo­fów jest pogląd, że musi ist­nieć okre­ślona pier­wotna mate­ria, będąca zasadą wszel­kich zmian. Trudno powie­dzieć, jak wpa­dli na taką myśl. Wiemy jedy­nie, że roz­prze­strze­niło się prze­ko­na­nie o koniecz­no­ści ist­nie­nia okre­ślo­nej pra­sub­stan­cji, która kryje się za wszel­kimi zmia­nami w przy­ro­dzie. Musi ist­nieć coś, z czego wszystko bie­rze swój począ­tek i do czego powraca.

Roz­wią­za­nia, do jakich doszli pierwsi filo­zo­fo­wie, nie są dla nas naj­bar­dziej inte­re­su­jące. Cie­kaw­sze jest, jakie zagad­nie­nia roz­wa­żali i jakiego typu odpo­wie­dzi poszu­ki­wali. Bar­dziej inte­re­suje nas, w jaki spo­sób myśleli, niż co dokład­nie myśleli.

Możemy stwier­dzić na pewno, że zada­wali pyta­nia doty­czące widocz­nych zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie. Sta­rali się okre­ślić odwieczne prawa natury. Pra­gnęli zro­zu­mieć to, co dzieje się w przy­ro­dzie, nie odwo­łu­jąc się przy tym do wyja­śnień poda­wa­nych przez mito­lo­gię. Przede wszyst­kim sta­rali się zro­zu­mieć pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie, obser­wu­jąc samą przy­rodę. To coś zupeł­nie innego niż wyja­śnia­nie bły­ska­wicy i grzmotu, zimy i wio­sny wyda­rze­niami w świe­cie bogów!

W ten spo­sób filo­zo­fo­wie uwol­nili się od reli­gii. Możemy powie­dzieć, że filo­zo­fo­wie przy­rody uczy­nili pierw­szy krok w kie­runku nauko­wego spo­sobu myśle­nia. Dali pod­stawy wszyst­kim póź­niej­szym naukom przy­rod­ni­czym.

Więk­szość z tego, co mówili i pisali filo­zo­fo­wie przy­rody, nie zacho­wała się dla potom­no­ści. Garść infor­ma­cji, które dane nam było poznać, zna­leźć można w pismach ARY­STO­TE­LESA, żyją­cego około dwu­stu lat póź­niej niż pierwsi filo­zo­fo­wie. Ary­sto­te­les przed­sta­wia jedy­nie wnio­ski, jakie wycią­gnęli jego poprzed­nicy. Ozna­cza to, że nie zawsze wiemy, w jaki spo­sób doszli oni do swo­ich kon­klu­zji. Wiemy jed­nak wystar­cza­jąco wiele, by móc z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że zało­że­niem pierw­szych grec­kich filo­zo­fów były zagad­nie­nia doty­czące pier­wot­nej mate­rii i zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie.

Trzej filo­zo­fo­wie z Miletu

Pierw­szym filo­zo­fem, jakiego znamy, był TALES z MILETU, grec­kiej kolo­nii z Azji Mniej­szej. Wiele podró­żo­wał po świe­cie. Mówi się, że podał wyso­kość jed­nej z pira­mid w Egip­cie, mie­rząc jej cień aku­rat w momen­cie, gdy jego wła­sny cień miał tę samą dłu­gość, co on sam. Podobno zdo­łał także prze­po­wie­dzieć zaćmie­nie Słońca w 585 r. p.n.e.

Tales był zda­nia, że począt­kiem wszyst­kiego jest woda. O co dokład­nie mu cho­dziło, nie wiemy. Może uwa­żał, że wszel­kie życie bie­rze swój począ­tek w wodzie i gdy ulega roz­kła­dowi, znów się w nią zmie­nia?

Kiedy prze­by­wał w Egip­cie, z pew­no­ścią widział, jak zaczy­nają kieł­ko­wać rośliny, gdy Nil ustę­puje z pól wokół jego delty. Być może zauwa­żył także dżdżow­nice i żaby poka­zu­jące się po desz­czu.

Praw­do­po­dobne jest rów­nież, że Tales myślał o tym, jak woda prze­mie­nia się w lód i w parę, by póź­niej znów przy­brać postać wody.

Tales miał poza tym powie­dzieć: "Wszystko pełne jest bogów". I tu także możemy jedy­nie zga­dy­wać, co miał na myśli. Być może obser­wo­wał czarną glebę, która jest począt­kiem wszyst­kiego, poczy­na­jąc od kwia­tów i zboża aż do małych owa­dów i kara­lu­chów, i wyobra­żał sobie, że zie­mia pełna jest maleń­kich, nie­wi­dzial­nych "zarod­ków życia". Pewne jest w każ­dym razie, że nie cho­dziło mu o bogów Homera.

Następ­nym filo­zo­fem, o jakim się dowia­du­jemy, jest ANAK­SY­MAN­DER, który także pocho­dził z Miletu. Uwa­żał, że nasz świat jest tylko jed­nym z wielu świa­tów, które powstają i giną w tym, co nazy­wał bez­kre­sem. Nie­ła­two powie­dzieć, co miał na myśli, mówiąc o bez­kre­sie, ale jasne się wydaje, że nie cho­dziło mu o kon­kretny rodzaj mate­rii -?jak Tale­sowi. Być może uwa­żał, że to, z czego wszystko jest stwo­rzone, musi wła­śnie róż­nić się od wszyst­kiego, co two­rzy. Pier­wotną mate­rią nie mogła być zwy­kła woda, lecz coś nie­okre­ślo­nego, czyli bez­kres.

Trze­cim filo­zo­fem z Miletu był ANAK­SY­ME­NES (ok. 570 -?526 r. p.n.e.). Uwa­żał, że pier­wotną mate­rią, z któ­rej wszystko powstało, jest powie­trze albo mgła.

Anak­sy­me­nes znał oczy­wi­ście naukę Talesa o wodzie. Ale skąd wzięła się woda? Anak­sy­me­nes był zda­nia, że woda to zgęsz­czone powie­trze. Widzimy wszak, że kiedy powie­trze gęst­nieje, zmie­nia się w wodę i pada deszcz. Kiedy woda zgęst­nieje jesz­cze bar­dziej, zmie­nia się w zie­mię. Być może widział, jak zie­mia i pia­sek wyła­niają się z top­nie­ją­cego lodu. Anak­sy­me­nes był rów­nież prze­ko­nany, że ogień to roz­rze­dzone powie­trze. Jego zda­niem więc zarówno zie­mia, woda, jak i ogień powstały z powie­trza.

Droga od ziemi i wody do roślin na polu nie jest wcale taka daleka. Być może Anak­sy­me­nes uwa­żał, że po to, by mogło powstać życie, nie­zbędna jest i zie­mia, i powie­trze, i ogień, i woda, jed­nakże punk­tem wyj­ścia było jego zda­niem powie­trze czy mgła. Podzie­lał więc pogląd Talesa, że musi ist­nieć jeden rodzaj mate­rii, będący przy­czyną wszel­kich zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie.

Nic nie może powstać z tego, czego nie ma

Wszy­scy trzej filo­zo­fo­wie z Miletu wyobra­żali sobie, że musi ist­nieć jeden i tylko jeden rodzaj pier­wot­nej mate­rii, z któ­rego powstało wszystko inne. Ale w jaki spo­sób jedna mate­ria może nagle się zmie­nić i stać się czymś zupeł­nie innym? Ten pro­blem możemy nazwać pro­ble­mem zmian.

Na prze­ło­mie VI i V w. p.n.e. w Elei, grec­kiej kolo­nii w połu­dnio­wej Ita­lii, żyło kilku filo­zo­fów, i wła­śnie oni, tzw. ele­aci, zaj­mo­wali się podob­nymi zagad­nie­niami. Naj­bar­dziej zna­nym spo­śród nich był PAR­ME­NI­DES (ok. 540 -?480 r. p.n.e.).

Par­me­ni­des uwa­żał, że wszystko, co ist­nieje, ist­nieje od zawsze. Był to dość powszechny pogląd wśród Gre­ków. Przyj­mo­wali nie­mal za pew­nik, że wszystko, co ist­nieje na świe­cie, jest wieczne. Par­me­ni­des był zda­nia, że "nic nie może powstać z tego, czego nie ma, a to, co jest, nie może prze­stać być".

Par­me­ni­des posu­nął się jed­nak jesz­cze dalej. Był prze­ko­nany, że żadna praw­dziwa zmiana nie jest moż­liwa. Nic nie może zmie­nić się w nic innego niż w to, czym dokład­nie jest.

Par­me­ni­des zda­wał sobie oczy­wi­ście sprawę, że w przy­ro­dzie widoczne są cią­głe zmiany. Zmy­słami reje­stro­wał, jak zmie­niają się rze­czy, ale nie zga­dzało się to z tym, co pod­po­wia­dał mu rozum. Kiedy jed­nak został zmu­szony, by wybrać, czy bar­dziej ufa zmy­słom czy rozu­mowi, opo­wie­dział się po stro­nie rozumu.

Znamy wyra­że­nie: "Nie uwie­rzę, dopóki nie zoba­czę". Par­me­ni­des jed­nak nie wie­rzył i w to, co widział. Sądził, że zmy­sły dają nam fał­szywy obraz świata, obraz, który nie zga­dza się z ludz­kim rozu­mem. Uwa­żał, że jego zada­niem jako filo­zofa jest ujaw­nia­nie wszel­kich form złu­dze­nia zmy­sło­wego.

Tak silna wiara w ludzki rozum zwie się racjo­na­li­zmem. Racjo­na­li­sta to ktoś, kto wie­rzy, że źró­dłem pozna­nia świata jest ludzki rozum.

Wszystko pły­nie

Współ­cze­śnie z Par­me­ni­de­sem żył HERA­KLIT (ok. 540 -?480 r. p.n.e.) z Efezu w Azji Mniej­szej. Uwa­żał, że naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczną cechą przy­rody jest jej cią­gła zmien­ność. Możemy stwier­dzić, że Hera­klit, bar­dziej niż Par­me­ni­des, ufał temu, co obser­wo­wał zmy­słami.

"Wszystko pły­nie" -?twier­dził Hera­klit. Wszystko jest w ruchu, nic nie trwa wiecz­nie. Dla­tego nie możemy "dwa razy wejść do tej samej rzeki". Kiedy bowiem wcho­dzę do rzeki po raz drugi, i ja jestem już inny, i rzeka jest inna.

Hera­klit pod­kre­ślał także, że świat pełen jest cią­głych prze­ci­wieństw. Gdy­by­śmy ni­gdy nie cho­ro­wali, nie rozu­mie­li­by­śmy, co to zna­czy być zdro­wym. Gdy­by­śmy ni­gdy nie zaznali głodu, nie mie­li­by­śmy żad­nej rado­ści z tego, że się najemy. Gdyby nie było wojny, nie ceni­li­by­śmy pokoju, a gdyby ni­gdy nie było zimy, nie dostrze­ga­li­by­śmy nadej­ścia wio­sny.

Hera­klit uwa­żał, że zarówno dobro, jak i zło jest konieczne dla dopeł­nie­nia cało­ści. Gdyby nie cią­gła walka prze­ci­wieństw, świat prze­stałby ist­nieć.

"Bóg to dzień i noc, zima i lato, wojna i pokój, głód i sytość" -?mówił. Choć używa słowa "bóg", pewne jest, że nie ma na myśli bogów, o któ­rych opo­wia­dały mity. Dla Hera­klita Bóg -?czy boskość -?to coś, co obej­muje cały świat. Tak, Bóg uka­zuje się wła­śnie w stale zmie­nia­ją­cej się i peł­nej prze­ci­wieństw przy­ro­dzie.

Zamiast uży­wać słowa "bóg", posłu­guje się czę­sto grec­kim sło­wem logos, które ozna­cza rozum. Hera­klit uwa­żał, że cho­ciaż my, ludzie, nie zawsze myślimy podob­nie i nie zawsze mamy taki sam rozum, musi ist­nieć swo­isty "rozum świata", który rzą­dzi wszyst­kim, co dzieje się w natu­rze. Ów "rozum świata", czy też "prawo natury", jest wspólny dla wszyst­kich i wszy­scy ludzie muszą się mu pod­po­rząd­ko­wać. Zda­niem Hera­klita więk­szość ludzi żyje jed­nak, kie­ru­jąc się wła­snym rozu­mem. Zresztą nie bar­dzo cenił on sobie bliź­nich. "Opi­nie więk­szo­ści ludzi można porów­nać do zabaw małych dzieci" -?twier­dził.

Tak więc wśród wszyst­kich zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie i tkwią­cych w niej prze­ci­wieństw Hera­klit dostrze­gał pewną jed­ność czy też całość. Owo coś, będące począt­kiem wszyst­kiego, nazy­wał Bogiem albo logos.

Cztery pier­wiastki

Par­me­ni­des i Hera­klit sta­no­wili wła­ści­wie krań­cowe prze­ci­wień­stwa. Rozum Par­me­ni­desa uzna­wał, że nic nie może się zmie­nić, nato­miast doświad­cze­nia zmy­słowe Hera­klita wyka­zy­wały, że w przy­ro­dzie zacho­dzą cią­głe zmiany. Który z nich miał rację? Czy mamy ufać temu, co pod­po­wiada nam rozum, czy też raczej dowie­rzać doświad­cze­niom zmy­sło­wym?

I Par­me­ni­des, i Hera­klit wysu­nęli dwa twier­dze­nia. Par­me­ni­des mówi:

a) nic się nie zmie­nia

b) i dla­tego nie można pole­gać na wra­że­niach zmy­sło­wych.

Hera­klit twier­dzi nato­miast:

a) wszystko się zmie­nia ("wszystko pły­nie")

b) i można pole­gać na wra­że­niach zmy­sło­wych.

Chyba bar­dziej już filo­zo­fo­wie nie mogą się nie zga­dzać! Ale który z nich miał rację? Zawi­ło­ści, w które uwi­kłała się filo­zo­fia, zdo­łał roz­wią­zać EMPE­DO­KLES (494 -?434 r. p.n.e.) z Sycy­lii. Stwier­dził, że zarówno Par­me­ni­des, jak i Hera­klit mieli rację co do jed­nego z punk­tów, nato­miast w dru­gim -?oby­dwaj się mylili.

Empe­do­kles był zda­nia, że tak wielka nie­zgod­ność dwu filo­zo­fów bie­rze się stąd, iż obaj zało­żyli ist­nie­nie tylko jed­nego pier­wiastka. Gdyby było to prawdą, prze­paść mię­dzy tym, co mówi rozum, a tym, co widzimy na wła­sne oczy, byłaby nie do poko­na­nia.

Woda, rzecz jasna, nie może prze­mie­nić się w rybę ani w motyla. Woda w ogóle nie może się zmie­niać. Czy­sta woda na wiecz­ność pozo­sta­nie czy­stą wodą. Par­me­ni­des miał więc rację, że nic się nie zmie­nia.

Jed­no­cze­śnie Empe­do­kles zga­dzał się z Hera­kli­tem, że możemy ufać naszym doświad­cze­niom. Musimy wie­rzyć w to, co widzimy, a wszak w przy­ro­dzie obser­wu­jemy cią­głe zmiany.

Empe­do­kles doszedł do wnio­sku, że należy odrzu­cić wyobra­że­nie o ist­nie­niu jed­nej tylko pier­wot­nej mate­rii. Ani sama woda, ani samo powie­trze nie zdoła prze­mie­nić się w krzew różany czy też w motyla. Nie­moż­liwe jest więc, by w przy­ro­dzie wystę­po­wał tylko jeden "pier­wia­stek".

Empe­do­kles uwa­żał, że przy­roda zbu­do­wana jest w sumie z czte­rech pier­wot­nych skład­ni­ków czy "korzeni", jak je nazy­wał. Owe cztery korze­nie to zie­mia, powie­trze, ogień i woda.

Wszyst­kie zmiany zacho­dzące w przy­ro­dzie powo­do­wane są łącze­niem się i roz­dzie­la­niem tych czte­rech sub­stan­cji, wszystko bowiem składa się z ziemi, powie­trza, ognia i wody, ale wymie­sza­nych w róż­nych pro­por­cjach. Kiedy ginie kwiat albo zwie­rzę, cztery skład­niki znów się roz­łą­czają. Tę zmianę możemy zauwa­żyć gołym okiem. Jed­nakże i zie­mia, i powie­trze, i ogień, i woda pozo­stają nie­zmie­nione, nie­tknięte, pomimo pro­ce­sów łącze­nia, w któ­rych biorą udział. Nie jest więc prawdą, że wszystko się zmie­nia. W zasa­dzie nie zmie­nia się nic. Jedyne, co się dzieje, to to, że cztery różne skład­niki łączą się ze sobą i roz­dzie­lają, by póź­niej znów się połą­czyć.

Możemy ten pro­ces przy­rów­nać do pracy arty­sty mala­rza. Jeśli ma tylko jedną farbę, na przy­kład czer­woną, nie może nama­lo­wać zie­lo­nych drzew. Ale jeśli będzie miał żółtą, czer­woną, nie­bie­ską i czarną, może nama­lo­wać setkę roz­ma­itych kolo­rów, mie­sza­jąc farby w róż­nych pro­por­cjach.

Inny przy­kład, kuchenny, poka­zuje nam to samo. Gdy­byś miała tylko mąkę, musia­ła­byś być cza­ro­dziejką, by upiec z niej cia­sto. Jeśli­byś nato­miast miała jajka, mąkę, mleko i cukier, z tych czte­rech surow­ców możesz upiec roz­ma­ite cia­sta.

Empe­do­kles wcale nie­przy­pad­kowo wska­zy­wał na zie­mię, powie­trze, ogień i wodę jako "korze­nie" przy­rody. Inni, żyjący przed nim filo­zo­fo­wie pró­bo­wali udo­wod­nić, że woda, powie­trze lub ogień są pier­wotną mate­rią. Tales i Anak­sy­me­nes wska­zali na to, że woda i powie­trze są waż­nymi ele­men­tami w przy­ro­dzie. Grecy uwa­żali także, że wiel­kie zna­cze­nie ma rów­nież ogień. Widzieli prze­cież, jaką rolę odgrywa w przy­ro­dzie słońce, znali oczy­wi­ście cie­pło ludz­kiego i zwie­rzę­cego ciała.

Być może Empe­do­kles obser­wo­wał, jak spala się kawa­łek drewna. Wtedy wła­śnie coś się roz­łą­cza. Sły­szymy, jak drzewo trza­ska i syczy. To woda. Coś unosi się z dymem. To powie­trze. Ogień widzimy przez cały czas. A kiedy ogni­sko dogasa, coś w nim zostaje -?to popiół, czyli zie­mia.

Gdy Empe­do­kles stwier­dził już, że wszel­kie zmiany w przy­ro­dzie zacho­dzą, ponie­waż cztery "korze­nie" łączą się i roz­dzie­lają, do wyja­śnie­nia na­dal pozo­sta­wał pewien pro­blem. Co jest przy­czyną łącze­nia się skład­ni­ków tak, że powstaje nowe życie?

I co spra­wia, że nowa "mie­szanka", na przy­kład kwiat, ulega ponow­nemu roz­dzie­le­niu?

Doszedł do wnio­sku, że w przy­ro­dzie muszą dzia­łać dwie zupeł­nie różne siły. Nazwał je "miło­ścią" i "nie­zgodą". Miłość łączy rze­czy, nie­zgoda roz­dziela.

Empe­do­kles roz­róż­nia mate­rię i siłę. Tę myśl warto zapa­mię­tać. Współ­cze­sna nauka mówi o pier­wiast­kach i siłach przy­rody. Naukowcy są zda­nia, że wszyst­kie pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie można przed­sta­wić jako współ­gra­nie roz­ma­itych pier­wiast­ków i sił przy­rody.

Empe­do­kles zasta­na­wiał się rów­nież nad pyta­niem, co się dzieje, kiedy postrze­gamy coś za pomocą zmy­słów. Jak to się dzieje na przy­kład, że widzę kwiat? Czy myśla­łaś o tym kie­dyś, Zosiu? Jeśli nie, masz teraz szansę!

Uwa­żał, że nasze oczy, jak i wszystko inne w przy­ro­dzie, skła­dają się z ziemi, powie­trza, ognia i wody. "Zie­mia" w moim oku dostrzega zie­mię w tym, co widzę, "powie­trze" widzi to, co jest powie­trzem, "ogień" -?to, co jest ogniem, a "woda" -?to, co wodą. Gdyby w oku zabra­kło jed­nego z owych czte­rech skład­ni­ków, nie mogli­by­śmy widzieć całej przy­rody.

We wszyst­kim jest część wszyst­kiego

Innym filo­zo­fem, któ­rego nie zado­wa­lał pogląd, że okre­ślona pier­wotna mate­ria -?na przy­kład woda -?może prze­mie­nić się we wszystko inne, co spo­ty­kamy w przy­ro­dzie, był ANAK­SA­GO­RAS (500 -?428 r. p.n.e.). Nie akcep­to­wał on rów­nież myśli, że zie­mia, powie­trze, ogień czy woda mogą zmie­nić się w krew albo kość.

Anak­sa­go­ras uwa­żał, że przy­roda zbu­do­wana jest z bar­dzo maleń­kich czą­ste­czek, nie­wi­docz­nych dla oka. Wszystko można podzie­lić na mniej­sze cząstki, ale nawet w naj­mniej­szych jest część wszyst­kiego. Skóra i włosy nie mogą powstać z niczego innego, tak więc jego zda­niem i skóra, i włosy muszą znaj­do­wać się i w mleku, które pijemy, i w pokar­mach, które spo­ży­wamy.

Dwa współ­cze­sne nam przy­kłady pomogą Ci zro­zu­mieć, co wyobra­żał sobie Anak­sa­go­ras. Za pomocą tech­niki lase­ro­wej można two­rzyć obrazy zwane holo­gra­mami. Jeśli, na przy­kład, poła­ma­li­by­śmy na kawałki holo­gram przed­sta­wia­jący samo­chód, w jed­nym kawałku ujrze­li­by­śmy znów cały samo­chód, cho­ciaż przed­tem widać na nim było tylko zde­rzak. To dla­tego, że w każ­dej naj­mniej­szej nawet czą­stce holo­gramu obecny jest cały motyw.

Podob­nie jest z komór­kami, z któ­rych zbu­do­wane jest nasze ciało. Kiedy pobie­ram komórkę skóry z palca, jądro tej komórki zawiera nie tylko "prze­pis" na to, jak wygląda moja skóra. W tej samej komórce jest także "prze­pis" na to, jakie są moje oczy, jaki mam kolor wło­sów, ile pal­ców i jakie i tak dalej, i tak dalej. W każ­dej, każ­dziu­teń­kiej komórce ciała znaj­duje się szcze­gó­łowy opis budowy wszyst­kich innych komó­rek ciała. W każ­dej komórce tkwi więc "coś ze wszyst­kiego". Całość ist­nieje w każ­dej naj­mniej­szej czą­stce.

Anak­sa­go­ras nazwał owe naj­mniej­sze cząstki, które zawie­rają w sobie "coś ze wszyst­kiego", "ziar­nami" albo "zarod­kami".

Jak pamię­tamy, Empe­do­kles uwa­żał, że to miłość łączy czę­ści w całość. Także Anak­sa­go­ras wyobra­żał sobie pewną rozumną siłę porząd­ku­jącą i two­rzącą zwie­rzęta i ludzi, kwiaty i drzewa. Siłę tę nazwał "duchem" (nous).

Osoba Anak­sa­go­rasa budzi zain­te­re­so­wa­nie także dla­tego, że był on pierw­szym zna­nym filo­zo­fem, który osiadł w Ate­nach. Pocho­dził z Azji Mniej­szej, ale gdy miał czter­dzie­ści lat, prze­niósł się do Aten. Tu został oskar­żony o bez­boż­ność i w końcu musiał opu­ścić mia­sto. Twier­dził mię­dzy innymi, że Słońce nie jest bogiem, lecz roz­ża­rzoną masą, więk­szą niż pół­wy­sep Pelo­po­nez.

Anak­sa­go­ras inte­re­so­wał się także astro­no­mią. Uwa­żał, że wszyst­kie ciała nie­bie­skie są z tej samej sub­stan­cji co Zie­mia. Do takiego wnio­sku doszedł, zba­daw­szy mete­oryt. Dla­tego sądził, iż moż­liwe jest, że rów­nież na innych pla­ne­tach miesz­kają ludzie. Twier­dził także, że Księ­życ nie świeci sam z sie­bie, lecz odbija świa­tło z Ziemi. Wyja­śnił poza tym przy­czynę zaćmień Słońca.

PS Dzię­kuję Ci za uwagę, Zosiu. Być może będziesz musiała prze­czy­tać ten roz­dział ze dwa albo trzy razy, zanim wszystko dokład­nie zro­zu­miesz. Ale takie są koszty, jakie musisz ponieść. Na pewno nie podzi­wia­ła­byś kole­żanki, która zna się na tym czy na tam­tym, gdyby nie kosz­to­wało jej to żad­nego wysiłku.

Naj­lep­sze roz­wią­za­nie zagad­nie­nia pier­wot­nej mate­rii oraz zmian zacho­dzą­cych w natu­rze musi pocze­kać do jutra. Poznasz wtedy Demo­kryta. Na razie wię­cej nie wyja­wię!

Zofia sie­działa w Zaułku i przez mały otwo­rek w gęstych zaro­ślach patrzyła na ogród. Chciała upo­rząd­ko­wać myśli po tym, co prze­czy­tała.

Jasne jak słońce było, że zwy­kła woda może prze­obra­zić się tylko w lód i parę wodną. Woda nie może nawet prze­mie­nić się w arbuza, bo nawet arbuz składa się z cze­goś wię­cej niż samej tylko wody. Ale mogła być tego pewna chyba jedy­nie dla­tego, że tak jej powie­dziano w szkole. Czy byłaby rów­nie pewna, że lód składa się wyłącz­nie z wody, gdyby się tego nie uczyła? W takim razie musia­łaby bar­dzo dokład­nie obser­wo­wać, jak woda zama­rza, a lód top­nieje.

I znów Zofia pró­bo­wała myśleć, posłu­gu­jąc się tylko wła­snym rozu­mem, a nie tym, czego dowie­działa się od innych.

Par­me­ni­des odrzu­cił wszel­kie formy zmiany. Zofia także, im dłu­żej nad tym roz­my­ślała, tym bar­dziej była prze­ko­nana, że na swój spo­sób miał rację. Jego rozum nie mógł zaak­cep­to­wać, że "coś" mogło nagle zmie­nić się w "coś zupeł­nie innego". Twier­dząc to, musiał naprawdę mieć sporo odwagi, bo prze­cież tym samym zaprze­czał wszel­kim zmia­nom zacho­dzą­cym w przy­ro­dzie, które mógł zaob­ser­wo­wać każdy czło­wiek. Z pew­no­ścią wiele osób naśmie­wało się z niego.

Empe­do­kles także świet­nie umiał posłu­gi­wać się rozu­mem, kiedy orzekł, że świat musi skła­dać się z wię­cej niż tylko jed­nego rodzaju pier­wot­nej mate­rii, i w ten spo­sób wszyst­kie zmiany zacho­dzące w przy­ro­dzie stały się moż­liwe, choć wła­ści­wie nic się nie zmie­niało.

Dawny grecki filo­zof doszedł do takich wnio­sków, posłu­gu­jąc się jedy­nie rozu­mem. Natu­ral­nie, obser­wo­wał przy­rodę, ale nie miał moż­li­wo­ści prze­pro­wa­dze­nia ana­liz che­micz­nych, jakimi dys­po­nuje dzi­siej­sza nauka.

Zofia nie była do końca prze­ko­nana, że aku­rat zie­mia, powie­trze, ogień i woda są skład­ni­kami wszyst­kiego. Ale czy to takie ważne? W zasa­dzie Empe­do­kles miał rację. Jedyne wyj­ście, by uznać wszyst­kie zmiany, jakie dostrze­gają nasze oczy, nie popa­da­jąc przy tym w obłęd, to przy­jąć ist­nie­nie wię­cej niż jed­nego rodzaju pier­wot­nej mate­rii.

Zofia uznała, że filo­zo­fia jest cie­kaw­sza, niż sądziła. Mogła ana­li­zo­wać po kolei myśli filo­zo­fów wła­snym rozu­mem i wcale nie musiała pamię­tać o tym wszyst­kim, co wbi­jali jej do głowy w szkole. Doszła do wnio­sku, że filo­zo­fii nie można się nauczyć, ale być może można się nauczyć myśleć filo­zo­ficz­nie.

DEMOKRYT

...naj­ge­nial­niej­sza zabawka świata...

Zofia zamknęła puszkę po ciast­kach, pełną zapi­sa­nych na maszy­nie kar­tek, które dostała od nie­zna­nego nauczy­ciela filo­zo­fii. Wyczoł­gała się z Zaułka i przez chwilę stała, roz­glą­da­jąc się po ogro­dzie. Nagle przy­po­mniała sobie, co zda­rzyło się poprzed­niego dnia. Matka jesz­cze przy śnia­da­niu żar­to­wała sobie z niej i "listu miło­snego". Dziew­czynka pobie­gła do skrzynki, by zapo­biec powtó­rze­niu się sytu­acji. Dosta­wać listy miło­sne dwa dni z rzędu to dwa razy bar­dziej zawsty­dza­jące, niż gdyby dostało się tylko jeden.

W skrzynce znów leżała nie­duża biała koperta! Zofia zaczy­nała dostrze­gać pewien sys­tem: każ­dego popo­łu­dnia znaj­do­wała w skrzynce dużą żółtą kopertę. Kiedy była pochło­nięta czy­ta­niem dłu­giego listu, filo­zof prze­kra­dał się do skrzynki z małą białą kopertą.

Ozna­czało to, że Zofia z łatwo­ścią mogła go odkryć. Jego? A może to jakaś ona? Ale jeśli sta­nie przy oknie w swoim pokoju, będzie miała dobry widok na skrzynkę na listy i na pewno zauważy tajem­ni­czego filo­zofa. No, bo prze­cież białe koperty nie mogą powsta­wać same z sie­bie.

Zofia posta­no­wiła prze­pro­wa­dzić dokładną obser­wa­cję następ­nego dnia. Przy­pa­dał aku­rat pią­tek, będzie miała przed sobą cały week­end.

Teraz poszła do swego pokoju i tam otwo­rzyła kopertę. Tym razem na kartce wid­niało tylko jedno pyta­nie, lecz -?o ile to moż­liwe -?jesz­cze bar­dziej sza­lone niż te, które prze­czy­tała w "liściku miło­snym".

Dla­czego klocki Lego są naj­ge­nial­niej­szą zabawką świata?

Po pierw­sze, Zofia nie była wcale taka pewna, czy klocki Lego rze­czy­wi­ście są naj­ge­nial­niej­szą zabawką na świe­cie, w każ­dym razie już wiele lat temu prze­stała się nimi bawić. Po dru­gie, nie mogła pojąć, co klocki Lego mają wspól­nego z filo­zo­fią.

Była jed­nak pilną uczen­nicą. Pogrze­bała na naj­wyż­szej półce szafy i zna­la­zła pla­sty­kową torbę, pełną kloc­ków Lego we wszyst­kich kolo­rach i kształ­tach.

Pierw­szy raz od bar­dzo, bar­dzo dawna zajęła się budo­wa­niem z małych pla­sty­ko­wych kloc­ków. Wkrótce do głowy zaczęły jej napły­wać myśli o kloc­kach Lego.

Z tych kloc­ków łatwo się buduje, myślała. Cho­ciaż mają różną wiel­kość i kształt, wszyst­kie dadzą się ze sobą połą­czyć. Poza tym są nie­znisz­czalne. Zofia nie mogła sobie przy­po­mnieć, by kie­dy­kol­wiek widziała znisz­czony klo­cek Lego. Wła­ści­wie wszyst­kie wyglą­dały jak nowe, tak samo jak wtedy, kiedy je dostała wiele lat temu. I przede wszyst­kim -?z kloc­ków Lego mogła zbu­do­wać, co tylko chciała, potem to roze­brać i zro­bić coś zupeł­nie innego.

Czego wię­cej można żądać? Zofia doszła do wnio­sku, że klocki Lego rze­czy­wi­ście można nazwać naj­ge­nial­niej­szą zabawką na świe­cie. Ale co wspól­nego miały z filo­zo­fią, na­dal pozo­sta­wało nie­zro­zu­miałe.

Dość szybko Zofia zdą­żyła zbu­do­wać spory domek dla lalek. Choć przy­szło jej to z nie­ja­kim tru­dem, to w duchu musiała przy­znać, że od dawna tak świet­nie się nie bawiła. Dla­czego ludzie prze­stają się bawić?

Kiedy matka wró­ciła do domu i zoba­czyła, czym zaj­muje się Zofia, wyrwało jej się szcze­rze z głębi serca:

-?Jak miło widzieć, że cią­gle umiesz bawić się jak dziecko!

-?Phi! Pro­wa­dzę bar­dzo skom­pli­ko­wane bada­nia filo­zo­ficzne. Matka głę­boko wes­tchnęła. Pomy­ślała pew­nie o bia­łym kró­liku i cylin­drze.

Kiedy Zofia wró­ciła ze szkoły następ­nego dnia, cze­kały już na nią w żół­tej koper­cie kolejne zapi­sane kartki. Zabrała kopertę do swego pokoju. Chciała od razu wziąć się za czy­ta­nie, ale tego dnia posta­no­wiła prze­cież obser­wo­wać skrzynkę na listy.

Teo­ria ato­mów

I znów się spo­ty­kamy, Zosiu. Dzi­siaj usły­szysz o ostat­nim wiel­kim filo­zo­fie przy­rody. Nazy­wał się DEMO­KRYT (ok. 460 -?370 r. p.n.e.) i pocho­dził z Abdery, mia­sta poło­żo­nego na pół­noc­nym wybrzeżu Morza Egej­skiego. Jeśli udało Ci się odpo­wie­dzieć na pyta­nie doty­czące kloc­ków Lego, nie będziesz miała szcze­gól­nych trud­no­ści ze zro­zu­mie­niem, co było zało­że­niem tego filo­zofa.

Demo­kryt zga­dzał się ze swymi poprzed­ni­kami, że zmiany zacho­dzące w przy­ro­dzie nie mogą być powo­do­wane tym, że coś naprawdę się zmie­nia. Dla­tego wła­śnie uznał, że wszystko musi być zbu­do­wane z małych, nie­wi­docz­nych czą­ste­czek -?cegie­łek, z któ­rych każda jest wieczna i nie­zmienna. Te naj­mniej­sze czą­steczki Demo­kryt nazwał ato­mami.

Słowo atom ozna­cza "nie­po­dzielny". Dla Demo­kryta bar­dzo istotne było stwier­dze­nie, że ele­men­tów, z któ­rych wszystko jest zbu­do­wane, nie można bez końca dzie­lić na coraz mniej­sze cząstki. Gdyby tak było, nie mogłyby one słu­żyć jako cegiełki. Tak, gdyby atomy dało się zmniej­szać, dzie­lić na coraz mniej­sze ele­menty, cała przy­roda z cza­sem przy­bra­łaby postać płynną, sta­wa­łaby się coraz rzad­szą zupą.

Cegiełki będące budul­cem przy­rody muszą być poza tym wieczne -?no bo nic nie może powstać z tego, czego nie ma. W tej kwe­stii Demo­kryt zga­dzał się z Par­me­ni­de­sem i ele­atami. Sądził też, że atomy muszą być trwałe i mieć pewną masę. Nie mogą być nato­miast iden­tyczne. Gdyby wszyst­kie atomy były takie same, nie zdo­ła­li­by­śmy wyja­śnić, w jaki spo­sób mogą się łączyć, two­rząc taką roz­ma­itość -?od maków i drzew oliw­ko­wych po kocią sierść i ludz­kie włosy.

Demo­kryt uwa­żał, że w przy­ro­dzie znaj­duje się nie­skoń­cze­nie wiele ato­mów. Nie­które są okrą­głe i gład­kie, inne chro­po­wate, o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie. Wła­śnie dla­tego, że ich formy są takie różne, mogą łączyć się w roz­ma­ite ciała. Ale choć jest ich tak bar­dzo wiele i tak róż­nią się mię­dzy sobą, wszyst­kie są wieczne, nie­zmienne i nie­po­dzielne.

Kiedy jakieś ciało -?na przy­kład drzewo albo zwie­rzę -?ginie i ulega roz­kła­dowi, atomy roz­łą­czają się i znów mogą słu­żyć do budowy nowych ciał. Atomy bowiem poru­szają się w próżni, ale ponie­waż mają naj­roz­ma­it­sze "haki" i "zaczepy", stale się łączą, two­rząc rze­czy, które znaj­dują się wokół nas.

Teraz rozu­miesz już pew­nie, dla­czego pyta­łem Cię o klocki Lego? Mają one mniej wię­cej te same cechy, które Demo­kryt przy­pi­sy­wał ato­mom, i wła­śnie dla­tego tak dobrze się z nich buduje. Przede wszyst­kim są nie­po­dzielne. Róż­nią się kształ­tem i wiel­ko­ścią, mają masę i są trwałe. Klocki Lego mają poza tym haczyki i zaczepy, które spra­wiają, że można je dowol­nie łączyć. Połą­cze­nie można póź­niej roze­rwać i z tych samych kloc­ków budo­wać nowe przed­mioty.

Popu­lar­ność kloc­ków Lego wynika wła­śnie z tego, że dają się uży­wać cią­gle od nowa. Jed­nego dnia klo­cek jest cząstką samo­chodu, a następ­nego służy do budo­wa­nia zamku. Nie popeł­nimy błędu, stwier­dza­jąc, że klocki Lego są "wieczne". Dzi­siej­sze dzieci bawią się tymi samymi kloc­kami, któ­rymi kie­dyś bawili się ich rodzice.

Można rów­nież for­mo­wać rze­czy z glinki, ale glinka nie nadaje się do uży­wa­nia cią­gle od nowa, wła­śnie dla­tego, że da się ją kru­szyć na coraz to mniej­sze kawa­łeczki, a takich malu­sień­kich kawa­łecz­ków gliny nie zle­pimy w nowe przed­mioty.

Dzi­siaj możemy wła­ści­wie stwier­dzić, że teo­ria ato­mów Demo­kryta była praw­dziwa. Przy­roda rze­czy­wi­ście zbu­do­wana jest z róż­nych ato­mów, które łączą się ze sobą, a potem roz­dzie­lają. Atom wodoru, tkwiący w komórce na samym czubku mego nosa, wcho­dził kie­dyś w skład sło­nio­wego kła. Atom węgla, który znaj­duje się w moim mię­śniu ser­co­wym, był kie­dyś w ogo­nie dino­zaura.

Współ­cze­sna nauka odkryła, że atomy dzielą na mniej­sze cząstki ele­men­tarne, które nazy­wamy pro­to­nami, neu­tro­nami i elek­tro­nami. Być może one także skła­dają się z jesz­cze mniej­szych czą­stek. Fizycy jed­nak są zgodni, że gdzieś musi być gra­nica podziału. Muszą ist­nieć naj­mniej­sze cząstki, z któ­rych zbu­do­wany jest świat.

Demo­kryt nie miał dostępu do współ­cze­snej apa­ra­tury elek­tro­nicz­nej. Jego jedy­nym narzę­dziem był rozum i to on dopro­wa­dził go do tych kon­klu­zji. Jeśli naj­pierw przyj­miemy zało­że­nie, że nic się nie zmie­nia, że nic nie powstaje z tego, czego nie ma, i że nic nie ginie, wobec tego przy­roda musi skła­dać się z malu­teń­kich kloc­ków, które mogą się łączyć i roz­dzie­lać.

Demo­kryt nie zakła­dał ist­nie­nia żad­nej siły -?czy ducha -?która by inge­ro­wała w pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie. Uwa­żał, że jedyne, co ist­nieje, to atomy i próż­nia. Ponie­waż nie wie­rzył w ist­nie­nie niczego innego poza świa­tem mate­rial­nym, nazy­wamy go mate­ria­li­stą.

Za ruchem ato­mów nie kryje się więc żaden świa­domy cel. W natu­rze wszystko odbywa się cał­kiem mecha­nicz­nie, choć nie zna­czy to wcale, że wszystko dzieje się przy­pad­kiem, wszystko bowiem pod­lega nie­uchron­nie pra­wom przy­rody. Demo­kryt był zda­nia, że za wszyst­kim, co się dzieje, kryje się natu­ralna przy­czyna, przy­czyna, która tkwi w samych rze­czach. Powie­dział kie­dyś, że wolałby odkryć prawo rzą­dzące przy­rodą niż zostać kró­lem Per­sji.

Zda­niem Demo­kryta teo­ria ato­mów wyja­śniała także naszą zdol­ność postrze­ga­nia zmy­sło­wego. Gdy postrze­gamy coś za pomocą zmy­słów, to dla­tego, że atomy poru­szają się w próżni. Widzę księ­życ, ponie­waż atomy księ­życa prze­do­stają się do wnę­trza oka.

Ale co ze świa­do­mo­ścią? Ona chyba nie może skła­dać się z ato­mów, a więc rze­czy mate­rial­nych? Ależ tak, Demo­kryt wyobra­żał sobie, że dusza składa się ze szcze­gól­nie regu­lar­nych i gład­kich "ato­mów duszy". Kiedy czło­wiek umiera, atomy duszy roz­pierz­chają się na wszyst­kie strony. Póź­niej mogą wcho­dzić w skład nowej, two­rzą­cej się duszy.

Ozna­cza to, że dusza ludzka nie jest nie­śmier­telna. Rów­nież tę myśl podziela dzi­siaj wiele osób. Uwa­żają, tak jak Demo­kryt, że dusza zwią­zana jest z mózgiem, a więc gdy mózg prze­staje ist­nieć, prze­staje także ist­nieć wszelka świa­do­mość.

Swoją teo­rią ato­mów Demo­kryt tym­cza­sowo zamknął grecką filo­zo­fię przy­rody. Zga­dzał się z twier­dze­niem Hera­klita, że wszystko w przy­ro­dzie "pły­nie", bowiem formy rodzą się i zni­kają. Za wszyst­kim jed­nak, co "pły­nie", kryją się wieczne i nie­zmienne ele­menty, takie, które nie "płyną". Demo­kryt nazwał je ato­mami.

Pod­czas czy­ta­nia Zofia raz po raz zer­kała w okno, spraw­dza­jąc, czy przy­pad­kiem tajem­ni­czy nadawca nie poja­wił się przy skrzynce na listy. Teraz sie­działa wpa­trzona w uliczkę, zasta­na­wia­jąc się nad tym, co prze­czy­tała.

Uznała, że spo­sób myśle­nia Demo­kryta był bar­dzo pro­sty, a zara­zem bar­dzo sprytny. Mędrzec zdo­łał zna­leźć roz­wią­za­nie zagad­nie­nia pier­wot­nej mate­rii i zmian. A prze­cież ten zawiły pro­blem był naprawdę twar­dym orze­chem do zgry­zie­nia dla wielu poko­leń filo­zo­fów. W końcu jed­nak Demo­kryt zna­lazł roz­wią­za­nie, i to posłu­gu­jąc się jedy­nie rozu­mem.

Zofia omal nie wybuch­nęła śmie­chem. To musi być prawdą, że przy­roda zbu­do­wana jest z maleń­kich czą­ste­czek, które się ni­gdy nie zmie­niają. A jed­no­cze­śnie Hera­klit miał oczy­wi­ście rację, mówiąc, że wszyst­kie formy w przy­ro­dzie "płyną". Prze­cież wszy­scy ludzie i zwie­rzęta umie­rają, a nawet łań­cuch gór­ski powoli ulega roz­pa­dowi. Ale naj­waż­niej­sze jest, że góry zbu­do­wane są z maleń­kich, nie­po­dziel­nych czą­stek, które nie roz­sy­pują się na kawałki.

Jed­no­cze­śnie Demo­kryt posta­wił nowe pro­blemy. Twier­dził na przy­kład, że wszystko odbywa się mecha­nicz­nie, że pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie pod­le­gają tylko jej pra­wom. Nie zakła­dał ist­nie­nia żad­nych ducho­wych sił, jak czy­nili to Empe­do­kles i Anak­sa­go­ras. Demo­kryt sądził także, że czło­wiek nie ma nie­śmier­tel­nej duszy.

Czy mogła być pewna, że to prawda?

Nie wie­działa, co o tym myśleć, ale prze­cież kurs filo­zo­fii dopiero się zaczął.

PRZEZNACZENIE

...wróż­bita usi­łuje odczy­tać coś, czego wła­ści­wie odczy­tać się nie da...

Czy­ta­jąc o Demo­kry­cie, Zofia co jakiś czas zer­kała ku furtce pro­wa­dzą­cej do ogrodu. Dla pew­no­ści jed­nak posta­no­wiła przejść się do skrzynki na listy.

Kiedy otwo­rzyła wej­ściowe drzwi, na schod­kach zauwa­żyła nie­dużą kopertę. No i oczy­wi­ście -?na koper­cie napi­sano: "Zofia Amund­sen".

A więc jed­nak tajem­ni­czy filo­zof ją prze­chy­trzył! Aku­rat tego dnia, kiedy tak uważ­nie pil­no­wała furtki, prze­kradł się do domu od zupeł­nie innej strony i zwy­czaj­nie poło­żył list na scho­dach, a potem znów uciekł do lasu. Cho­lera!

Skąd mógł wie­dzieć, że Zofia aku­rat tego dnia będzie obser­wo­wać furtkę? Może ten on (albo ona) zoba­czył ją w oknie? No cóż, i tak się cie­szyła, że prze­chwy­ciła kopertę przed powro­tem matki.

Zofia poczła­pała z powro­tem do swo­jego pokoju i tam otwo­rzyła list. Biała koperta była troszkę mokra na brze­gach, a w dodatku widać było na niej parę dość głę­bo­kich zadra­pań. Ale dla­czego koperta była wil­gotna? Prze­cież od wielu dni nie padało.

Prze­czy­tała mały arku­sik:

Czy wie­rzysz w prze­zna­cze­nie?

Czy cho­roba jest karą bogów?

Jakie siły rzą­dzą bie­giem histo­rii?

Czy wie­rzy w prze­zna­cze­nie? Nie, doprawdy, nie była tego wcale taka pewna. Ale zna wielu ludzi, któ­rzy w nie wie­rzą. Na przy­kład kole­żanki z jej klasy czy­tają horo­skopy w tygo­dni­kach.

A jeśli one wie­rzą w astro­lo­gię, to zna­czy, że wie­rzą rów­nież w prze­zna­cze­nie, bo prze­cież astro­lo­go­wie uwa­żają, że pozy­cja gwiazd na nie­bie może powie­dzieć coś o życiu czło­wieka tu, na Ziemi.

A jeśli ktoś uważa, że czarny kot prze­bie­ga­jący drogę przy­nosi nie­szczę­ście, to chyba wie­rzy w prze­zna­cze­nie? Im dłu­żej się nad tym zasta­na­wiała, tym wię­cej przy­kła­dów wiary w prze­zna­cze­nie przy­cho­dziło jej do głowy. Dla­czego na przy­kład mówi się "odpu­kać w nie­ma­lo­wane drewno"? I dla­czego pią­tek trzy­na­stego uznano za nie­szczę­śliwy dzień? Zofia sły­szała, że w wielu hote­lach nie ma pokoi numer 13. Pew­nie dla­tego, że ludzie czę­sto bywają prze­sądni.

Prze­sąd. Czy poza wszyst­kim nie jest to dziwne słowo? Jeśli ktoś wyznaje chrze­ści­jań­stwo lub islam, to nazywa się to po pro­stu "wiara". Ale jeśli wie­rzy się w astro­lo­gię lub w pią­tek trzy­na­stego, natych­miast mowa o prze­są­dach!

Kto ma prawo nazy­wać wiarę innych ludzi prze­są­dami?

W każ­dym razie Zofia była pewna jed­nego: Demo­kryt nie wie­rzył w prze­zna­cze­nie. Był mate­ria­li­stą. Wie­rzył jedy­nie w atomy i próż­nię.

Zofia pró­bo­wała zasta­no­wić się nad pozo­sta­łymi pyta­niami.

"Czy cho­roba jest karą bogów?". Dzi­siaj nikt już chyba tak nie myśli? Przy­szło jej jed­nak do głowy, że wiele osób uważa, że modli­twa do Boga o wyzdro­wie­nie pomaga, a w takim razie muszą oni także wie­rzyć, że Bóg macza palce w spro­wa­dza­niu cho­roby i decy­duje o tym, kto będzie chory, a kto zdrowy.

Trud­niej było odnieść się do ostat­niego pyta­nia. Zofia ni­gdy nie zasta­na­wiała się, co ste­ruje bie­giem histo­rii. Chyba ludzie? Gdyby histo­rią kie­ro­wał Bóg albo prze­zna­cze­nie, to wów­czas ludzie nie mie­liby wol­nej woli?

Wolna wola napro­wa­dziła Zofię na coś innego. Dla­czego mia­łaby pozwo­lić na to, by tajem­ni­czy filo­zof bawił się z nią w kotka i myszkę? Dla­czego sama nie mia­łaby napi­sać do filo­zofa? On czy ona na pewno wsu­nie kolejną dużą kopertę do skrzynki albo nocą, albo jutro przed połu­dniem. Tak, tak, i wtedy znaj­dzie jej list.

Zofia zabrała się do dzieła. Bar­dzo trudne wydało jej się pisa­nie do kogoś, kogo ni­gdy w życiu nie widziała. Nie wie­działa nawet, czy filo­zof jest męż­czy­zną czy kobietą, czy jest stary, czy młody. Poza tym mógł to prze­cież być ktoś, kogo znała.

Dość szybko jed­nak udało jej się uło­żyć nie­długi liścik:

Wielce Sza­nowny Filo­zo­fie!

Bar­dzo sobie cenimy oka­zaną nam łaska­wość i kore­spon­den­cyjny kurs filo­zo­fii. Nie­po­koi nas jed­nak fakt, że nie wiemy, kim Pan albo Pani jest. Dla­tego pro­simy o poda­nie nam peł­nego imie­nia i nazwi­ska. W zamian ser­decz­nie zapra­szamy do nas do domu na fili­żankę kawy, naj­chęt­niej w porze, kiedy nie będzie mamy. Mama jest w pracy od siód­mej trzy­dzie­ści do sie­dem­na­stej codzien­nie od ponie­działku do piątku. Ja jestem uczen­nicą i w tych samych dniach jestem zajęta od rana, ale oprócz czwart­ków wra­cam do domu kwa­drans po dru­giej. Poza tym umiem zapa­rzyć naprawdę dobrą kawę. Z góry dzię­kuję.

Z wyra­zami sza­cunku

pilna uczen­nica,

Zofia Amund­sen, 14 lat

Na samym dole kartki dopi­sała: "Upra­sza się o odpo­wiedź".

Zofia uznała, że list jest nazbyt uro­czy­sty. Nie­ła­two jed­nak dobrać odpo­wied­nie słowa, kiedy pisze się do kogoś, kto wła­ści­wie nie ma twa­rzy.

Wło­żyła kartkę do różo­wej koperty i zakle­iw­szy ją, napi­sała na wierz­chu: "Do Filo­zofa".

Pro­ble­mem pozo­sta­wało, jak zosta­wić kopertę, tak by matka jej nie zna­la­zła. Po pierw­sze, Zofia musiała wstrzy­mać się z umiesz­cze­niem koperty w skrzynce na listy aż do powrotu matki z pracy. Zara­zem będzie musiała pamię­tać, by zaj­rzeć do skrzynki następ­nego dnia rano, zanim przy­niosą gazetę. Jeśli w ciągu wie­czora albo nocy nie nadej­dzie następna prze­syłka, będzie zmu­szona zabrać różową kopertę.

Dla­czego wszystko musi być tak skom­pli­ko­wane?

Tego wie­czora, pomimo że był pią­tek, Zofia wcze­śnie poszła do swego pokoju. Matka pró­bo­wała sku­sić ją pizzą i tele­wi­zyj­nym kry­mi­na­łem, ale Zofia powie­działa, że jest zmę­czona i ma ochotę poczy­tać w łóżku. Kiedy matka sie­działa wpa­trzona w ekran tele­wi­zora, dziew­czynce udało się nie­po­strze­że­nie wymknąć z domu i wrzu­cić liścik do skrzynki.

Mama naj­wy­raź­niej nie­po­ko­iła się o nią. Od chwili, gdy zaist­niał pro­blem dużego kró­lika i cylin­dra, roz­ma­wiała z Zofią w zupeł­nie nowy spo­sób. Zofia nie chciała dener­wo­wać matki, ale musiała prze­cież być teraz u sie­bie w pokoju, by obser­wo­wać skrzynkę.

Kiedy matka weszła na górę około jede­na­stej, Zofia sie­działa przy oknie, wpa­trzona w uliczkę.

-?Nie wpa­tru­jesz się chyba przez cały czas w skrzynkę na listy? - zapy­tała matka.

-?Patrzę na to, na co mam ochotę.

-?Chyba naprawdę jesteś zako­chana, Zosiu. Ale jeśli on ma zamiar przy­nieść następny list, to na pewno nie w środku nocy.

Fuj! Zofia nie mogła znieść tego nud­nego gada­nia o miło­ści. Ale dobrze, niech mama raczej myśli, że to coś takiego.

Matka pytała dalej:

-?Czy to on powie­dział ci o kró­liku i cylin­drze? Zofia kiw­nęła głową.

-?Posłu­chaj... On... on się chyba nie nar­ko­ty­zuje?

Zofii zro­biło się naprawdę przy­kro. Nie mogła pozwo­lić, by matka tak się tym dener­wo­wała, choć prawdę powie­dziaw­szy to strasz­nie głu­pio sądzić, że cie­kawe myśli muszą od razu mieć coś wspól­nego z nar­ko­ty­kami. Doro­śli cza­sami zacho­wują się naprawdę jak wariaci.

Odwró­ciła się do matki i oświad­czyła:

-?Mamo, obie­cuję ci, że ni­gdy cze­goś takiego nie spró­buję... I on też nie bie­rze nar­ko­ty­ków. Za to inte­re­suje się filo­zo­fią.

-?Czy jest star­szy od cie­bie?

Zofia pokrę­ciła głową.

-?W tym samym wieku?

Poki­wała.

-?I inte­re­suje się filo­zo­fią?

Zofia jesz­cze raz poki­wała głową.

-?Na pewno jest bar­dzo miły, kocha­nie. A teraz myślę, że powin­naś spró­bo­wać zasnąć.

Ale Zofia jesz­cze przez kilka godzin sie­działa wpa­trzona w uliczkę. Około pierw­szej była już tak śpiąca, że powieki same opa­dały jej na oczy. Już posta­no­wiła się poło­żyć, kiedy nagle zauwa­żyła jakiś cień wyła­nia­jący się z lasu.

Na dwo­rze było pra­wie cał­kiem ciemno, ale jesz­cze na tyle widno, by mogła dostrzec zarys ludz­kiej postaci. To był męż­czy­zna, i w dodatku nie­młody. W każ­dym razie na pewno nie w jej wieku! Na gło­wie miał beret albo coś podob­nego.

W pew­nej chwili wydało jej się, że pod­niósł głowę i spoj­rzał na dom, ale w pokoju Zofii nie paliło się żadne świa­tło. Męż­czy­zna skie­ro­wał się pro­sto do skrzynki i wsu­nął do niej dużą kopertę. W tym momen­cie dostrzegł list Zofii. Wło­żył rękę głę­biej i wycią­gnął go. W następ­nej chwili już zmie­rzał z powro­tem do lasu. Prze­biegł kilka kro­ków ścieżką i znik­nął dziew­czynce z oczu.

Zofia czuła, że serce wali jej jak młot. Naj­chęt­niej pobie­głaby za nim w samej tylko koszuli noc­nej, ale nie, bała się, nie miała odwagi biec za obcym czło­wie­kiem w środku nocy. Jasne było jed­nak, że musi wyjść i zabrać kopertę.

Po krót­kiej chwili wymknęła się na schody, ostroż­nie uchy­liła wej­ściowe drzwi i pobie­gła do furtki. Wkrótce była już z powro­tem w swoim pokoju i trzy­mała w dło­niach dużą kopertę. Usia­dła na łóżku i wstrzy­mała oddech. Kiedy upły­nęło kilka minut, a w domu na­dal pano­wała niczym nie zmą­cona cisza, otwo­rzyła kopertę i zaczęła czy­tać.

Rzecz jasna, nie mogła się spo­dzie­wać odpo­wie­dzi na swój list. Będzie mogła nadejść naj­wcze­śniej jutro rano.

Prze­zna­cze­nie

Witaj znów, droga Zosiu! Na wszelki wypa­dek pozwól mi pod­kre­ślić, że ni­gdy nie wolno Ci mnie szpie­go­wać. Nadej­dzie pora naszego spo­tka­nia, ale to ja wyzna­czę miej­sce i czas. Myślę, że nie chcesz być nie­po­słuszna?

Wra­camy więc do filo­zo­fów. Przyj­rze­li­śmy się, w jaki spo­sób usi­ło­wali oni zna­leźć natu­ralne wyja­śnie­nia dla zmian zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie. Wcze­śniej zmiany takie tłu­ma­czono mitami.

Ale stare prze­sądy nale­żało usu­nąć także z innych dzie­dzin. Widzimy to zarówno w zagad­nie­niu cho­roby i zdro­wia, jak rów­nież jeśli cho­dzi o wyda­rze­nia poli­tyczne. W obu tych dzie­dzi­nach Grecy zacho­wali silną wiarę w prze­zna­cze­nie.

Wiara w prze­zna­cze­nie ozna­cza prze­ko­na­nie, że to, co się sta­nie, jest z góry ści­śle okre­ślone. Takie poglądy spo­tkać możemy na całym świe­cie, zarówno w dzi­siej­szych cza­sach, jak i w dzie­jach ludz­ko­ści. W Skan­dy­na­wii wiara w nie­uchron­ność losu rów­nież była roz­po­wszech­niona, czego dowody zna­leźć można w sta­rych islandz­kich sagach rodo­wych.

Zarówno w Gre­cji, jak i w innych czę­ściach świata sty­kamy się ponadto z prze­ko­na­niem, że ludzie mogą poznać swe prze­zna­cze­nie dzięki róż­nym for­mom wyroczni. Ozna­cza to, że los poje­dyn­czego czło­wieka albo pań­stwa można poznać na wiele roz­ma­itych spo­so­bów.

Są tacy, któ­rzy uwa­żają, że mogą dowie­dzieć się, co ich czeka, przez wró­że­nie z kart, czy­ta­nie z ręki lub czy­ta­nie z gwiazd.

Szcze­gól­nym nor­we­skim warian­tem jest wró­że­nie z fusów kawy. Kiedy fili­żanka z kawą jest już opróż­niona, na dnie czę­sto osiada tro­chę fusów. Przy odro­bi­nie fan­ta­zji możemy w nich ujrzeć jakiś obraz albo wzór. Jeśli fusy przy­po­mi­nają samo­chód, być może ozna­cza to, że osobę, która piła kawę z tej fili­żanki, czeka długa podróż samo­cho­dem?

Widzimy tutaj, że wróż­bita usi­łuje odczy­tać coś, czego wła­ści­wie odczy­tać się nie da. Jest to cha­rak­te­ry­styczne dla całej sztuki wró­że­nia. I chyba wła­śnie dla­tego, że jest to tak nie­wy­raźne, trudno sprze­ci­wić się wróż­bi­cie.

Kiedy patrzymy na roz­gwież­dżone niebo, widzimy praw­dziwy chaos świe­tli­stych punk­ci­ków. A mimo to przez tyle wie­ków ludzie wie­rzyli, że w gwiaz­dach zapi­sane jest nasze życie na Ziemi. Nawet w dzi­siej­szych cza­sach nie­któ­rzy poli­tycy przed pod­ję­ciem waż­nej decy­zji pytają astro­lo­gów o radę.

Wyrocz­nia w Del­fach

Grecy wie­rzyli, że ludzie mogą poznać swój przy­szły los dzięki słyn­nej wyroczni w Del­fach. Bogiem wyroczni był sam APOLLO. Prze­ma­wiał ustami kapłanki PYTII, która sie­działa na trój­nogu nad szcze­liną w ziemi. Z tej szcze­liny wydo­by­wały się oszo­ła­mia­jące wyziewy, wpra­wia­jące Pytię w stan zamro­cze­nia. Było to konieczne, by mogła prze­ma­wiać w imie­niu Apol­lina.

Każdy, kto przy­by­wał do Delf, prze­ka­zy­wał naj­pierw swe pyta­nia tam­tej­szym kapła­nom. Dopiero oni dostar­czali je Pytii. Jej odpo­wie­dzi były tak nie­zro­zu­miałe lub wie­lo­znaczne, że kapłani musieli tłu­ma­czyć je oso­bie, która zwró­ciła się z pyta­niem. W taki spo­sób Grecy mogli czer­pać korzy­ści z wie­dzy Apol­lina, wie­rzyli bowiem, że Apollo wie wszystko, i o prze­szło­ści, i o przy­szło­ści.

Wielu przy­wod­ców nie odwa­żyło się wyru­szyć na wojnę ani podej­mo­wać waż­nych decy­zji, nie pora­dziw­szy się uprzed­nio wyroczni w Del­fach. W ten spo­sób kapłani Apol­lina peł­nili funk­cję nie­mal dyplo­ma­tów i dorad­ców, dobrze zna­ją­cych kraj i naród.

Na świą­tyni w Del­fach wid­niał słynny napis: Znaj sie­bie samego! Miało to zna­czyć, że czło­wie­kowi nie wolno wie­rzyć, iż jest kimś wię­cej niż tylko czło­wie­kiem, i nikt nie zdoła uciec przed swym losem.

Wśród Gre­ków krą­żyły liczne histo­rie o ludziach, któ­rych dosię­gło prze­zna­cze­nie. O takich tra­gicz­nych posta­ciach powstało wiele dra­ma­tów. Naj­słyn­niej­szym z nich jest opo­wieść o królu EDY­PIE.

Histo­ria i medy­cyna

Prze­zna­cze­nie decy­do­wało nie tylko o życiu poje­dyn­czych ludzi. Grecy wie­rzyli, że kie­ruje ono rów­nież losami świata. Byli prze­ko­nani, że inge­ren­cja bogów może prze­są­dzić o wyniku wojny. Dzi­siaj także wiele osób sądzi, że Bóg lub inne tajemne siły rzą­dzą histo­rią.

W tym samym cza­sie, kiedy greccy filo­zo­fo­wie usi­ło­wali w natu­ralny spo­sób wyja­śnić pro­cesy zacho­dzące w przy­ro­dzie, powstała nowa nauka, histo­ria, sta­ra­jąca się zna­leźć natu­ralne przy­czyny biegu wyda­rzeń na świe­cie. Prze­gra­nej pań­stwa w bitwie nie tłu­ma­czono już zemstą bogów. Naj­słyn­niej­szymi histo­ry­kami grec­kimi byli HERO­DOT (484 -?424 r. p.n.e.) i TUKI­DY­DES (460 -?400 r. p.n.e.).

Kie­dyś Grecy wie­rzyli rów­nież, że to bogo­wie zsy­łają na ludzi cho­roby. Bar­dzo czę­sto epi­de­mie tłu­ma­czono jako karę bogów. Z dru­giej strony bogo­wie byli władni ule­czyć ludzi, jeśli ci zło­żyli im odpo­wied­nie ofiary.

Taki spo­sób myśle­nia nie jest wcale cha­rak­te­ry­styczny dla Gre­ków. Zanim w cza­sach nowo­żyt­nych roz­wi­nęła się nowo­cze­sna medy­cyna, powszech­nie mnie­mano, że cho­roba ma przy­czyny ponadna­tu­ralne. Na przy­kład słowo "influ­enca" (dawna nazwa grypy) ozna­cza, że czło­wiek zna­lazł się pod złym wpły­wem gwiazd.

Do dzi­siaj wielu ludzi na całym świe­cie uważa, że roz­ma­ite cho­roby -?na przy­kład AIDS -?to kara Boża. Liczni sądzą poza tym, że cho­rego można uzdro­wić w ponadna­tu­ralny spo­sób.

Wła­śnie w cza­sach, kiedy greccy filo­zo­fo­wie przy­jęli nowy spo­sób myśle­nia, naro­dziła się rów­nież grecka medy­cyna, usi­łu­jąca zna­leźć natu­ralne wyja­śnie­nia sta­nów cho­roby i zdro­wia. Pod­stawy medy­cy­nie w Gre­cji miał dać HIPO­KRA­TES, uro­dzony na wyspie Kos około roku 460 p.n.e.

Według Hipo­kra­tesa naj­waż­niej­szym spo­so­bem ochrony przed cho­robą jest umiar i zdrowy styl życia. Dla czło­wieka natu­ralne jest być zdro­wym. Kiedy poja­wia się cho­roba, to dla­tego, że natura "zbo­czyła z drogi" z powodu braku cie­le­snej lub ducho­wej rów­no­wagi. Drogą czło­wieka do zdro­wia jest umiar, har­mo­nia i "zdrowy duch w zdro­wym ciele".

Dzi­siaj wiele się mówi o etyce lekar­skiej. Ozna­cza to, że lekarz zobo­wią­zany jest dzia­łać zgod­nie z pew­nymi etycz­nymi zasa­dami. Nie wolno mu na przy­kład wypi­sy­wać zdro­wym ludziom recept na lekar­stwa. Leka­rza poza tym obo­wią­zuje tajem­nica lekar­ska, a to zna­czy, że nie może opo­wia­dać nikomu, co pacjent powie­dział mu o swo­jej cho­ro­bie. Idee te mają swe korze­nie w dzia­łal­no­ści Hipo­kra­tesa, który żądał, aby jego ucznio­wie skła­dali nastę­pu­jącą przy­sięgę:

Spo­sób życia urzą­dzać będę cho­rym dla ich dobra, podług sił moich i zdol­no­ści, dale­kim będąc od wszel­kiego uszko­dze­nia i krzywdy wszel­kiej.

Ni­gdy nikomu, ani na żąda­nie, ani na prośby niczyje nie podam tru­ci­zny, ani też takiego nie powe­zmę zamiaru, jak rów­nież nie udzielę żad­nej nie­wie­ście środka poron­nego.

W czy­sto­ści i nie­win­no­ści świę­tej zacho­wam życie moje i sztukę moją, ani też ope­ra­cji kamie­nia ni­gdy wyko­ny­wać nie będę, pozo­sta­wia­jąc to ludziom tego rze­mio­sła.

Do czy­je­go­kol­wiek domu wnijdę, celem wej­ścia mojego będzie jedy­nie dobro cho­rego, jakoż ni­gdy kie­ro­wać mną nie będzie roz­myślne bez­pra­wie, ani wystę­pek, ani chuć lubieżna, bądź wzglę­dem nie­wia­sty, bądź wzglę­dem męż­czy­zny, ani wol­nych, ani nie­wol­ni­ków.

Cokol­wiek pod­czas peł­nie­nia obo­wiąz­ków zawodu mojego, a nawet poza obrę­bem czyn­no­ści lekar­skich, w życiu ludz­kim bym zoba­czył lub posły­szał, co roz­gła­sza­nem być nie potrze­buje, prze­cho­wam w mil­cze­niu, ni­gdy, nikomu, nie wypo­wia­da­jąc tego.

Jeżeli przy­sięgi tej dotrzy­mam w świę­to­ści i w niczem jej nie naru­szę, oby mi wolno było w szczę­śli­wo­ści i powa­ża­niu wszyst­kich ludzi wieść życie po wsze czasy i bło­gich owo­ców sztuki mojej uży­wać w obfi­to­ści; jeżeli naru­szę przy­sięgę tę i stanę się wia­ro­łom­nym, prze­ciw­nej niech doznam doli.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki