Jej ojciec p. Hungerton, był
doprawdy najbardziej nietaktownym człowiekiem w świecie; okrągły,
pulchny, w gruncie rzeczy dobroduszny, należał do łudzi zajętych
wyłącznie swojem własnem, płytkiem, "ja". Gdyby cokolwiek było w
stanie zrazić mnie do Gladys, to bezwątpienia zraziłaby mnie
możliwość posiadania takiego teścia. Osobnik ten w głębi duszy
żywił przekonanie iż przyjeżdżam do Chestnut, trzy razy w tygodniu
poto aby cieszyć się jego towarzystwem i wysłuchiwać jego tyrad na
temat bimetalizmu - w której to dziedzinie p. Hungerton był
powagą.
Tego wieczoru przez godzinę już przeszło słuchałem jego
monotonnego głosu, którym wykładał jak zły pieniądz wypiera z
obiegu dobry, lub tłomaczył odnośną wartość srebra, dewaluację
pieniądza, i niezachwiane prawa wymiany.
- Wyobraźmy sobie - zawołał głosem, któremu starał się nadać
cechę uniesienia - wyobraźmy sobie że wszyscy wierzyciele świata
zażądają nagle i jednocześnie zwrotu swoich należności, nastając na
bezzwłoczna spłatę, jakiż, - biorąc pod uwagę nasze obecne warunki,
- jakiż będzie rezultat podobnego kroku?
W odpowiedzi zauważyłem iż osobiście byłbym człowiekiem
zrujnowanym, na co p. Hungerton zerwał się z krzesła, i, wyłajawszy
mnie za płytkość, która uniemożliwiła wszelką poważniejszą rozmowę
ze mną, poszedł się przebrać, gdyż miał tego wieczora uczestniczyć
w Masońskiem zebraniu.
Nareszcie znalazłem się sam na sam z Gladys; chwila
decydująca nadeszła! Przez cały ten wieczór czułem się jak
żołnierz, szarpany nadzieją zwycięstwa i obawą porażki, a
oczekujący jedynie sygnału aby rzucić się w wir nieuniknionej
walki.
Hardy, delikatny profil Gladys odcinał się jasno na tle
ponsowej kotary. Jakżeż piękną była moja ukochana! Ale jak daleką!
Chciałem już przerwać długie i nużące milczenie, gdy Gladys
podniosła na mnie spokojne spojrzenie i potrząsając główką z
wyrazem łagodnej nagany rzekła.
- Przeczuwam iż chcesz mi się oświadczyć Nedzie - i doprawdy
wolałabym abyś tego nie czynił i pozostawił stosunki nasze na tej
stopie na jakiej się znajdują.
Przysunąłem się nieco bliżej do niej.
- Jakżeż odgadłaś że mam zamiar oświadczyć ci się? -
zapytałem zdumiony.
- Czyż kobieta może tego nie odgadnąć? Podobna okoliczność
nie bywa dla kobiety nigdy niespodzianką. Ale nasza przyjaźń była
tak piękna, i tak miła, że nie powinieneś jej niszczyć. Czyż nie
zachwyca cię ta myśl, że mężczyzna i kobieta mogą obcować z sobą
tak otwarcie, tak poprostu jak myśmy obcowali?
- Nie Gladys. Obcować otwarcie i poprostu mogę i z
naczelnikiem stacji (nie wiem doprawdy w jaki sposób poważny ten
urzędnik wmięszał się do naszej rozmowy, pobudzając nas do
wesołości). Takie obcowanie nie zadawalnia mnie wcale. Chciałbym
otoczyć cię ramieniem, złożyć twoją głowę na mojej piersi,
chciałbym....
Ale Gladys podniosła się z krzesła, widząc iż usiłuję
urzeczywistnić moje pragnienie.
- Wszystko się popsuło, Nedzie - rzekła - co za szkoda
doprawdy łamać naszą starą, dobrą przyjaźń przez podobne wyskoki.
Dlaczego nie potrafisz panować nad sobą?
- To miłość - broniłem się - przecież nie ja ją wymyśliłem,
ale jest to uczucie naturalne i nieuniknione.
- Miłość wzajemna może być cudowną. Ale co do mnie nie
odczuwałam jej nigdy.
- Ale musisz ją odczuć Gladys. Ty taka piękna i taka
uduchowiona jesteś przecież stworzona do miłości!
- Na miłość trzeba czekać aż raczy nadejść.
- Ale czemu nie mogłabyś pokochać mnie właśnie? Czy moja
powierzchowność stoi na przeszkodzie?
Gladys zawahała się przez chwile, potem wyciągnęła rękę i
miękkim, pełnym wdzięku ruchem przechyliła w tył moją głowę. Przez
chwilę przyglądała mi się z pełnym powagi, miłym uśmiechem.
- Nie - rzekła wreszcie - to nie powierzchowność. Nie jesteś
próżnym więc śmiało mogę ci to powiedzieć. To coś innego, coś
głębszego.
- Mój charakter?
Surowo skinęła głową.
- A więc jak mam się zmienić? Usiądź tu przy mnie Gladys,
porozmawiajmy. Nie, nie, przyrzekam że będę grzeczny ale usiądź.
Rzuciła mi spojrzenie, którego nieufność pochlebiła mi
znacznie więcej niż jej poprzednie kompletne zaufanie. Uczucie to
ujęte w słowa i wyrażone tak czarno na białem wydaje mi się dziwnie
prymitywnem i zwierzęcem, ale może jest właściwością wyłącznie
tylko mojego charakteru.
Gladys usiadła.
- A więc teraz powiedz mi czemu ci się nie podobam?
- Kocham innego - odparła.
Teraz ja z kolei zerwałem się z krzesła.
- Ten inny nie istnieje - uspokoiła mnie ze śmiechem -
kocham się w ideale którego wcielenia dotychczas nie spotkałam.
- A więc powiedz mi coś o tym ideale. Przedewszystkiem jak
wygląda?
- Przypuśćmy że wygląda tak jak ty.
- Gladys jesteś okropnie kochana. Ale powiedz mi co potrafi
ten człowiek czego ja nie potrafię? Określ mi go jednem słowem:
wegeterjanin, aeronauta, teozof, nadczłowiek - wszystkiego się
podejmę, jeśli tylko powiesz mi co ci się podoba.
Ta nadzwyczajna płynność mego charakteru i gustów wywołała
uśmiech na ustach Gladys.
- A więc przedewszystkiem - rzekła - mój ideał nie
przemawiałby nigdy tak jak ty w tej chwili. Byłby to napewno
człowiek poważniejszy, energiczniejszy od ciebie, niezbyt skory do
ulegania kaprysowi naiwnego dziewczęcia. Przedewszystkiem byłby to
człowiek czynu, stalowej siły, człowiek który, bez lęku umiałby
patrzeć w twarz śmierci, człowiek, któryby dokonał czegoś wielkiego
i niezwykłego. Nie jego bym kochała, ale tę sławę otaczająca go jak
aureola i rzucającą promienie swoje i na mnie. Pomyśl o Ryszardzie
Burton! Czytając jego biografię, napisaną przez żonę, rozumiem cały
ogrom jej miłości ku niemu. Albo lady Stanley? Czy znasz te
wspaniałe karty jakie poświęca swemu mężowi? Oto są mężczyźni,
których może uwielbiać kobieta, będąc im zarazem równą przez siłę
swej miłości, podziwiana przez cały świat iż umiała natchnąć
podobnych bohaterów.
Była tak prześliczną w swem podnieceniu, że o mało nie
złamałem danej przed chwilą obietnicy, ale przemógłszy się,
starałem się zbić jej argumenta.
- Nie każdy rodzi się Stanley-em lub Burtonem - odparłem - a
zresztą niejednemu brakuje po temu okazji. Mogę to śmiało
powiedzieć o sobie. A wiem że nie omieszkałbym z niej skorzystać.
- Okazji nigdy nie brakuje. Miarą mężczyzny jest to że je
stwarza. Prawdziwy mężczyzna nie zna przeszkód. Nie spotkałam nigdy
jeszcze prawdziwego mężczyzny ale mam o nim zupełnie wyrobione
pojęcie. Życie obfituje w takie okazje i jeśli zadaniem mężczyzny
jest je wyzyskać, to szczęście kobiety zasadza się na wynagrodzeniu
miłością takiego heroizmu. Przypomnij sobie tego Francuza który w
zeszłym tygodniu odbył podróż balonem; pomimo ohydnego wiatru
puścił się w drogę, aby wypełnić to co zapowiedział. W ciągu
dwudziestu czterech godzin wiatr odrzucił go na 1500 mil, tak że
musiał splanować gdzieś w centralnej Rosji. O takim mężczyźnie
myślę. Ta kobieta, którą on kochał musiała być przedmiotem
zazdrości innych kobiet. A ja także pragnę, aby mi zazdroszczono
mojego wybrańca.
- Byłbym gotów ważyć się na to samo aby uzyskać twoje
uznanie.
- Ale nie powinieneś robić tego li tylko dla mnie! Ja
chciałabym aby to dążenie do sławy było w tobie wrodzonym,
nieprzepartym instynktem. Naprzykład opisując w zeszłym miesiącu
wybuch w kopalni Wigon, czyż nie mogłeś pośpieszyć na ratunek tym
nieszczęśliwym bez względu na niebezpieczeństwo?
- Byłem tam.
- Nie wspomniałeś mi o tem ani słowa.
- Nie uważałem za stosowne chwalić się.
- Nie posądzałam cię o podobną odwagę - zauważyła, a w
spojrzeniu jakie rzuciła na mnie błysnęła jakby iskierka uznania.
- Musiałem się na nią zdobyć. Niepodobna napisać dobrego
sprawozdania jeśli się nie było samemu na miejscu wypadku.
- Co za prozaiczna przyczyna! Odziera twój postępek z całego
uroku. W każdym jednak razie cieszę się że byłeś w tej kopalni - z
temi słowy wyciągnęła do mnie rękę ale gestem tak pełnym powagi i
godności że ośmieliłem się tylko przycisnąć wargi do jej dłoni -
być może - szepnęła - iż jestem egzaltowaną dziewczyną, ale te moje
poglądy tak zrosły się ze mną, że nie potrafiłabym się ani wyrzec
ich ani zapanować nad nimi. Jeśli wyjdę zamąż to tylko za człowieka
sławnego.
- Czemu nie? - zawołałem - podobne tobie kobiety pobudzają
mężczyzn do czynu. Wskaż mi jaką okazję a ręczę ci że jej nie
ominę. A zresztą masz słuszność że mężczyzna szuka okazji a nie
czeka na nią. Clive był skromnym urzędnikiem a podbił Indje.
Przyrzekam ci że i ja jeszcze czegoś dokonam!
Moja Irlandzka zapalczywość ubawiła Gladys.
- Wierzę ci - rzekła - masz wszystkie dane po temu: młodość,
zdrowie, siły, wykształcenie, energję. Było mi przykro żeśmy
zaczęli tę rozmowę, ale teraz cieszę się serdecznie - cieszę się
ponieważ zbudziła w tobie tyle nowych myśli.
- A jeżeli uda mi się....
Ciepłą, miękką jak aksamit ręką Gladys, zamknęła mi usta.
- Ani słowa więcej. Już od półgodziny powinieneś być w
redakcji, ale nie miałam serca przypominać ci o tem. Kiedyś, gdy
wywalczysz sobie zaszczytne stanowisko, powrócimy do naszej
rozmowy.
I oto czemu, gdym w ten mglisty listopadowy wieczór wracał
tramwajem do redakcji, serce biło mi a cała dusza gorzała
niezłomnem postanowieniem przedsięwzięcia natychmiast czegoś
takiego, coby mnie uczyniło godnym mej ukochanej. Któż jednak mógł
wówczas przewidzieć jak niezwykły będzie ten czyn i jak dziwną
droga, wiodąca ku niemu?
Być może iż ten wstępny rozdział wyda się zupełnie zbędny
moim czytelnikom, a jednak bez niego nie byłoby niniejszej książki.
Człowiek bowiem mocen jest oderwać się od znanego sobie życia i
rzucić się w obcy świat, gdzie nań czekają wielkie
niebezpieczeństwa i wielkie nagrody, dopiero wówczas gdy zbudzi w
sobie przekonanie że zadaniem jego jest dokonać czegoś wielkiego w
życiu. Ja, który byłem wówczas skromniutkim pionkiem w redakcji
"Gazety Codziennej" postanowiłem niezwłocznie, tejże samej nocy
odważyć się na czyn, któryby mi dał możność zdobycia mojej Gladys.
Czy ta gotowość do narażenia mojego życia dla zadowolenia własnej
ambicji była z jej strony egoizmem czy lekkomyślnością. Nad takim
pytaniem może się zastanowić mężczyzna czterdziestoletni ale nigdy
młodzieniec lat dwudziestu trzech, płonący ogniem pierwszej
miłości.