Świat zabawy - Edith Wharton

Reflow text when sidebars are open.
W dorożce Lily oparła się o poduszki, wzdychając.
Dlaczego młoda dziewczyna musi tak ciężko opłacać każde zboczenie z drogi rutyny? Dlaczego nie można nigdy popełnić rzeczy naturalnej, nie osłaniając jej sztuczną budowlą? Uległa nagłemn porywowi, idąc do mieszkania Wawrzyńca Seldena, a tak rzadko można sobie pozwolić na zbytek nagłego porywu! I zapłaci za to bardzo drogo. Zła była, że, pomimo tylu lat czujności, popełniła dwa wielkie błędy w przeciągu pięciu minut.
Dosyć już było tej głupiej bajki o krawcowej - należało poprostu powiedzieć Rosedale'owi, że piła herbatę u Seldena! Samo opowiedzenie tego faktu odjęłoby mu wszelki podejrzany charakter. Ale nadto, pozwoliwszy się schwytać na kłamstwie, podwójnie niedorzecznem było odtrącać tak bezwzględnie, świadka porażki. Gdyby była miała tyle przytomności umysłu, żeby pozwolić Rosedale'owi odprowadzić się na dworzec, tem ustępstwem okupiłaby jego milczenienie. Posiadał on, właściwą swojej rasie, ścisłość w ocenianiu wartości, a przechadzka z miss Lily Bart po peronie, wśród tłumu, o popołudniowej godzinie, byłaby tyle warta co pieniądze w kieszeni - jak byłby się sam wyraził. Wiedział, oczywiście, że będzie liczne zebranie w Belloemoncie, a możliwość uchodzenia za jednego z gości pani Trenor wchodziła niewątpliwie w jego kombinacye. P. Rosedale stał jeszcze na tym stopniu drabiny towarzyskiej, gdzie wywoływanie takich wrażeń było bardzo ważne.
I to właśnie gniewało Lily najbardziej, że wiedziała o tem wszystkiem - że wiedziała jak łatwo byłoby zniewolić go do milczenia na razie i jak trudno będzie uczynić to następnie. P. Szymon Rosedale był człowiekiem, który wytworzył sobie rzemiosło poniekąd z tego, żeby wiedzieć wszystko o wszystkich, który, chcąc dowieść zażyłości swoich stosunków towarzyskich, okazywał niepożądaną znajomość przyzwyczajeń różnych osób, jeśli zależało mu na tem, żeby przypuszczano, iż z niemi właśnie jest na poufałej stopie.
Lily była pewna, że w przeciągu dwudziestu czterech godzin historya o jej wizycie u krawcowej w Benedick'u obiegać będzie w kole znajomych p. Rosedale'a. Najgorszem z tego wszystkiego było, że lekceważyła go zawsze i traktowała go wyniośle, Gdy nieopatrzny jej kuzyn Jack Stepney (w zamian za przysługę łatwą do odgadnięcia) otrzymał dla niego pierwszą kartę zapraszającą na jedno z wielkich przyjęć t. zw. "tłoczni" u Van Osburgh'ów, Rosedale, powodowany mieszaniną wrażliwości artycznej i zmysłu handlowego, która charakteryzuje jego rasę, odrazu zaczął się skłaniać ku miss Bart.
A ona zrozumiała jego pobudki, albowiem sama kierowała się równie podniosłemi wyrachowaniami. Wychowanie i doświadczenie nauczyło ją uprzejmości dla nowych przybyszów, albowiem najmniej obiecujący mógł później okazać się pożytecznym, a gdyby zawiedli oczekiwania, miała Lily dosyć "ciemnic" w swej pamięci, które ich pochłaniały.
Ale jakiś wstręt instynktowny wziął górę nad długoletnią karnością towarzyską i, bez sądu, wtrącił p. Rosedale'a do ciemnicy takiej. Pozostawił za sobą tylko ślad wesołości, jaką ta szybka odprawa wywołała wśród jej znajomych, a jakkolwiek później zaczął ponownie ukazywać się na powierzchni, działo się to z długiemi przerwami.
Dotychczas Lily nie dręczyły żadne skrupuły. W jej całem kółku zapadł wyrok, że p. Rosedale jest "niemiłościwy" a Jackowi Stepneyowi z trudnością przychodziło płacić swoje długi zaproszeniami na obiad. Nawet pani Trenor, którą upodobanie do odmiany doprowadziło do kilku ryzskownych eksperymentów, oparła się usiłowaniom Jacka, pragnącego nadać p. Rosedale'owi charakter "nowości" i oświadczyła, że jest on tym samym małym żydkiem, który był podawany na stole towarzyskim i odrzucany kilkanaście razy za jej pamięci; a dopóki Judy Trenor trzymała się opornie, p. Rosedale miał bardzo małe szanse przedostania się po za przedpiekle "tłoczni" Van Osburgh'ów.
Jack zaniechał bezowocnych usiłowań, mówiąc ze śmiechem: "Pogodzicie się z nim jeszcze" - a, ponieważ był konsekwentny, przeto pokazywał się z Rosedale'm w modnych restauracyach w towarzystwie pań osobiście bardzo widocznych, lecz towarzysko ukrytych w cieniu, a do takich celów odpowiednich, Że zaś Rosedale płacił za obiady, dłużnik najlepiej na tem wychodził.
P. Rosedale zatem nie był czynnikiem, którego należało się obawiać - o ile ktoś nie oddał się w jego ręce. A to właśnie uczyniła miss Bart. Jej niezręczne kłamstwo wykazało mu, że pragnie coś ukryć; ona zaś miała przekonanie, że zapomniał doznanych od niej upokorzeń. Odepchnęła tę myśl z lekkim dreszczem; ale myśl prześladowała ją przez całą drogę do dworca i ścigała ją na peronie, z uporozywością samego p. Rosedale'a.
Lily zaledwie zdążyła zająć miejsce przed odejścicm pociągu, usadowiwszy się w rogu tak, aby wydać się najefektowniej, instynkt ten bowiem nieopuszczał jej nigdy - zaczęła się rozglądać dokoła w nadziei ujrzenia którego z gości zaproszonych do Trenorów. Pragnęła oderwać się od siebie samej, a rozmowa wydała jej się na razie jedynym sposobem ratunku.
Poszukiwania jej zostały nagrodzone wykryciem bardzo jasnego blondyna z mięką, rudawą brodą, który siedział na przeciwległym końcu wagonu, zasłonięty rozłożonym dziennikiem. Oczy Lily roziskrzyły się, a lekki uśmiech rozprężył zaciśnięte zarysy ust. Wiedziała, że p. Percy Gryce ma być w Bellomoncie, ale nie liczyła, że szczęśliwy traf zrządzi, iż będzie go miała wyłącznie dla siebie w pociągu! Ten fakt odpędził wszelkie niepokojące myśli o p. Rosedale'u. Może jednakże dzień zakończy się pomyślniej niż się rozpoczął.
Zaczęła przecinać kartki powieści, obserwując z całym spokojem swoją ofiarę z pod spuszczonych rzęs i układając plan ataku. Coś w postawie p. Gryce'a mówiło jej, że zauważył jej obecność - widocznem było, iż świadomie zatopił się w czytaniu. Lily odgadła, że był zbyt nieśmiały, by podejść do niej, będzie musiała zatem obmyśleć środki zbliżenia, które nie wydałyby się zaczepką z jej strony.
Bawiła ją myśl, że człowiek taki bogaty jak p. Percy Gryce jest nieśmiały; ale posiadała skarby pobłażania dla takich właściwości charakteru, a nadto nieśmiałość jego mogła być pożyteczniejszą dla jej zamiarów, niż zbytnia pewność siebie. Posiadała dar przywracania równowagi ludziom zakłopotanym, ale nie miała pewności, czy z takiem samem powodzeniem potrafi wprawić w zakłopotanie ludzi pewnych siebie.
Zaczekała aż pociąg wysunął się z tunelu i popędził wśród ubogich krańców przedmieść północnych. W chwili zaś, gdy zwolnił biegu w pobliżu Yonkersn, Lily wstała i szła powoli wzdłuż wagonu. Gdy mijała Gryce'a, pociąg zakołysał się a on spostrzegł drobną dłoń chwytającą za poręcz jego fotelu. Zerwał się na równe nogi; młodociana twarz jego wyglądała jak zanurzona w fali szkarłatu, zdawało się, że pociemniał nawet rudawy odcień brody.
Pociąg zachybotał się ponownie, rzucając prawie miss Bart w jego ramiona. Wyprostowała się ze śmiechem i cofnęła się; ale jego owionęła woń jej sukni, a ramię jego odczuło jej przelotne dotknięcie.
- O, to pan, panie Gryce? Bardzo mi przykro... Szukam posługacza, chciałabym, żeby mi przyniósł herbaty.
Podała mu rękę i stali przez chwilę, rozmawiając. Tak - jedzie do Bellemontu. Słyszał, że i ona tam będzie - stwierdzając to, zarumienił się ponownie. A on pozostanie tam przez cały tydzień? Jak to dobrze!
Naraz dwaj pasażerowie, spóźnieni na ostatniej stacyi, wtargnęli przemocą do wagonu i Lily musiała wracać na swoje miejsce.
- Fotel obok mnie jest wolny niech go pan zajmie - rzekła przez ramię.
I pan Gryce, wielce zakłopotany, zdołał przeprowadzić zamianę, która mu pozwoliła przenieść siebie i pakunki do boku miss Bart.
- A... jest posługacz, może moglibyśmy dostać trochę herbaty.
Skinęła na tego oficyalistę i w chwilę później, z tą łatwością, która towarzyszyła spełnianiu wszystkic jej życzeń, ustawiono stoliczek miedzy siedzeniami i ona dopomagała p. Gryce'owi do umieszczenia pod nim pakunków.
Gdy podano herbatę, Percy w cichym zachwycie śledził jej dłonie, poruszające się ponad tacką - wydawały się jeszcze wytworniejsze i smuklejsze przez kontrast z ordynarną porcelaną i pospolitym chlebem. A on zdumiewał się, że ktoś może z taką swobodą spełniać trudne zadanie przyrządzania herbaty publicznie w kołyszącym się pociągu. On nie śmiałby nigdy zażądać herbaty dla siebie, w obawie, że zwróci uwagę współpasażerów; ale, bezpieczny pod opieką Lily, pił ciemny napój z rozkosznem uczuciem rozweselenia.
Lily, czując jeszcze na ustach smak herbaty karawanowej Seldena, nie miała wielkiej ochoty zatracić go w wywarze kolejowym, który wadawał się takim nektarem jej towarzyszowi; ale słusznie sądząc, że jednym z uroków herbaty jest fakt wspólnego j?j picia, dopełniła miary radości p. Gryce'a, uśmiechając się do niego.
-Czy dobra? nie za mocną dałam panu? - zapytała troskliwie, a on odparł z zapałem, że nigdy lepszej nie pił.
"Zdaje mi się, że to prawda" pomyślała i wyobraźnia jej pobudzona została myślą, że p. Gryce, który mógł był już zgłębić najzawilsze tajniki życiowe, odbywał może teraz swoją pierwszą podróż sam na sam z ładną kobietą.
I jakby wskazówką Opatrzności wydało jej się, że ona właśnie ma być narzędziem jego uświadomienia. Nie każda młoda dziewczyna wiedziałaby, jak z nim postępować. Niejedna położyłaby zbytni nacisk na nowość przygody, nadając jej charakter eskapady. Ale sposoby Lily były wytworniejsze. Pamiętała, że kuzyn jej Jack Stepney, określił kiedyś p. Gryce'a, jako młodzieńca, który przyrzekł był mamie, iż nie wyjdzie nigdy na deszcz bez kaloszy; stosownie tedy do tej wskazówki postanowiła wytworzyć atmosferę domową, w nadziei, że towarzysz jej, zamiast sadzić, iż dopuszcza się czegoś zuchwałego lub niezwykłego, będzie się tylko zastanawiał nad tem, jak dobrze jest mieć zawsze towarzyszkę, która przyrządzałaby herbatę w wagonie.
Ale, pomimo jej wysiłków, rozmowa zaczęła się urywać, gdy zabrano tackę z przyrządami do herbaty i Lily zmuszona była przystosować nową miarę do wymagań p. Gryce'a. Prawdę mówiąc, nie brakło mu wprawy lecz wyobraźni - miał on podniebienie umysłowe, które nie nauczyłoby się nigdy odróżniać herbaty kolejowej od nektaru.
Była wszakże jedna kwestya, której mogła ufać - jedna sprężyna, której dość było się dotknąć, by puścić w ruch cały jego prosty mechanizm. Wahała się dotknąć jej, gdyż była to jej ostatnia ucieczka i próbowała innych sposobów, by wywołać inne wrażenia; gdy wszakże wyraźna nuda zaczęła osiadać na czystych rysach p. Gryce'a, Lily uznała, że środki ostateczne są niezbędne.
- A jakże się panu wiedzie z pańskiemi Americana? -spytała, pochylając się ku niemu.
Oczy jej rozjaśniły się nagle; zdawało się, że zdjęto z nich zasłonę, a Lily doznała uczucia dumy, jakie przejmuje wprawnego operatora.
- Nabyłem kilka nowych rzeczy - odparł, uradowany, ale zniżył głos, jak gdyby się obawiał, że inni pasażerowie są w zmowie, by go ograbić.
Lily rozpoczęła wypytywać go z zajęciem i stopniowo p. Gryce wciągnięty został w rozmowę o swoich nowych zakupach. Był to jedyny przedmiot, który pozwalał mu zapominać o sobie, albo raczej być sobą bez przymusu, albowiem był z nim doskonale obznajomiony i mógł tu wykazać wyższość, do jakiej doszłe niewielu.
Śród jego znajomych nikt prawie nie dbał o Americana, mało kto wiedział co o nich; a ta ignorancya uwydatniała wiedzę p. Gryce'a. Jedną trudnością było naprowadzenie rozmowy na ten temat i utrzymanie jej; większość osób nie miała ochoty ujawniania swego nieuctwa, a p. Gryce podobny był do kupca, którego składy zapełnione są towarami niezdatnymi do sprzedaży.
Ale miss Bart, jak się zdawało, pragnęła istotnie dowiedzieć się szczegółowo o Americana; nadto zaś była już dostatecznie poinformowana, żeby dalsze obznajamianie jej z tym przedmiotem uczynić równie łatwem, jak było miłem. Pytała inteligentnie, słuchała z uwagą; a on, przygotowany na wyraz znużenia, który ukazywał się zawsze na twarzy jego słuchaczów, stawał się wymowny pod wpływem jej uważnego wzroku.
Wiadomości, jakich z wrodzoną przytomnością umysłu zasiągnęła od Seldena, przewidując taką właśnie okoliczność - oddawały jej takie pożyteczne usługi, że zaczęła wierzyć, iż jej wizyta u niego była najpomyślniejszym dla niej wypadkiem dnia. Wykazała ponownie swój dar korzystania z niespodziewanego przypadku i niebezpieczne teorye o pożyteczności ulegania nagłym porywom zaczęły kiełkować pod pozorami uśmiechniętej uwagi, jaką w dalszym ciągu okazywała towarzyszowi.
Wrażenia p. Gryce'a, jakkolwiek mniej określone, były równie przyjemne. Odczuwał wdzięczność, z jaką niższe organizmy przyjmują zadośćuczynienie ich potrzebom.
Upodobanie p. Gryce'a do Americana nie zrodziło się w nim samorzutnie; niepodobna było sobie wyobrazić, żeby on posiadał jakiekolwiek upodobanie własne. Stryj pozostawił mu zbiór znaey już wśród bibliofilów; istnienie tego zbioru było jedynym faktem, który okrywał chwałą nazwisko Gryce'ów, a bratanek był taki dumny ze swego dziedzictwa, jak gdyby ono było jego własnem dziełem.
I stopniowo zaczął je za takie uważać, a każda wzmianka o Americana Gryce'a przejmowała go niesłychanem zadowoleniem. O ile unikał zwracania uwagi na swoją osobę, o tyle wydrukowane nazwisko jego sprawiało mu poprostu rozkosz.
Chcąc doznawać jak najczęściej tego uczucia, prenumerował wszystkie pisma, zajmujące się zbiorami książek wogóle, a historyą amerykańską w szczególności; ponieważ zaś wzmianek o jego bibliotece nie brakło na stronicach tych wydawnietw, stanowiących jedyną jego lekturę, przeto zaczął siebie uważać za człowieka o nazwisku powszechnie znanem i z wielką satysfakcyą myślał o tem, jakie wzbudziłby zajęcie, gdyby osoby, które spotykał na ulicy lub wśród których siedział podróżując, dowiedziały się nagle, że on to jest właścicielem Americana Gryce'a.
Ludzie nieśmiali miewają przeważnie takie tajemne odwety, a miss Bart była dosyć bystra na to, żeby wiedzieć, że próżność wewnętrzna bywa zazwyczaj w stosunku odpowiednim do zewnętrznej skromności. Z człowiekiem pewniejszym siebie nie byłaby się odważyła rozprawiać tak długo o jednym przedmiocie lub okazywać takie przesadne nim zainteresowanie. Ale odgadła trafnie, że egoizm p. Gryce'a był spragnioną glebą, potrzebującą nieustającego zasilania z zewnątrz. Miss Bart miała dar snucia ukrytego wątku myśli, napozór będąc zatopioną w rozmowie; a w tym wypadku jej wycieczka umysłowa miała na celu kombinacyę przyszłości p. Percy Gryce'a z własną.
Gryce'owie pochodzili z Albany i niedawno sprowadzili się do stolicy, dokąd matka i syn przybyli, po śmierci starego Jeffersona Gryce'a aby objąć w posiadanie dom jego na Madison Avenue - dom przerażający, cały z brunatnego kamienia na zewnątrz i czarnego orzecha na wewnątrz, z biblioteką w osobnym, ogniotrwałym budynku, który wyglądał jak mauzoleum.
Lily wiedziała już o nich wszystko; przyjazd młodego p. Gryce'a wniósł niepokój do serc macierzyńskich w Nowym-Jorku, a młoda dziewczyna nie mająca matki, która troszczyłaby się o nią, musi sama pilnować swoich interesów. Dlatego to Lily nietylko usiłowała stanąć na drodze młodemu człowiekowi, ale i zaznajomiła się z panią Gryce, kobietą monumentalną, z głosem mowcy estradowego i umysłem zajętym niegodziwością sług; przychodziła ona niekiedy do pani Peniston na pogawędkę i dla nauozenia się od niej sposobu, zapobiegającego wynoszeniu z domu przez pomywaczki artykułów żywności.
Pani Gryce uprawiała miłosierdzie nieosobiste: fakty nędzy jednostki wydawały jej się podejrzane, ale dawała składki na instytucye, gdy ich sprawozdania roczne wykazywały znaczne nadwyżki w dochodach. Zajęcia domowe miała liczne, albowiem rozciągały się od tajemnych inspekcyj sypialni służby do niespodzianych odwiedzin piwnicy; na przyjemności pozwalała sobie rzadko.
Percy został wychowany w zasadach, jakie taka doskonała kobieta mogła wpoić. Rozwaga i nieufność we wszelkich postaciach zaszczepione zostały człowiekowi z natury podejrzliwemu i ostrożnemu z tak doskonałym skutkiem, że pani Gryce zupełnie niepotrzebnie wzięła od syna przyrzeczenie dotyczące kaloszy - nieprawdopodobnem zupełnie było, iżby sam chciał narażać się na deszcz.
Gdy doszedł do pełnoletności i objął w posiadanie majątek, który nieboszczyk p. Gryce zrobił na opatentowanym przepisie na usuwanie świeżego powietrza z hoteli - młodzieniec mieszkał wdalszym ciągu z matką w Albany; ale po śmierci Jeffersona Gryce'a, gdy drugi znaczny majątek spadł na jej syna, pani Gryce uznała, że to, co nazywała jego "interesami", wymagało obecności jego w nowym Jorku.
Zamieszkała tedy wraz z nim w domu przy Madison Avenue a Percy, który miał nie mniejsze niż matka poczucie obowiązku, spędzał wszystkie dni powszednie w eleganckiem biurze przy ulicy Broad, gdzie grono bladych mężczyzn, pobierających liche pensye osiwiało, zarządzając majątkiem Gryce'a i gdzie został wtajemniczony, z należnym szacunkiem, we wszystkie arkana sztuki gromadzenia pieniędzy.
O ile Lily zdołała się dowiedzieć, było to dotychozas jedynem zajęciem p. Gryce'a i można jej było wybaczyć, jeśli wzbudzenie zainteresowania w młodzieńcu, przywykłym do tak skromnej strawy duchowej, nie wydało jej się zbyt trudnem zadaniem. Czuła się taką bezwzględną panią sytuacyi, że ogarnęło ją poczucie pewności siebie, i wszelkie obawy co do p. Rosedale'a znikły najzupełniej.
W chwili, gdy pociąg zatrzymał się w Garrisons, pochwyciła nagły wyraz lęku w oczach towarzysza. Siedział twarzą do drzwi zwróconą i Lily odgadła, że został zaniepokojony, widokiem kogoś znajomego; fakt ten potwierdziło skierowanie się głów ku wyjściu i ogólne poruszenie, jakie wywoływało też zawsze jej wejście do wagonu kolejowego.
Stąd też nie była bynajmniej zdumiona, gdy usłyszała imię swoje wywołane cieńkim głosem ładnej kobiety, która weszła do wagonu w towarzystwie pokojówki, jamnika i lokaja, uginającego się pod ciężarem pakunków.
- Ach, Lily... jedziesz do Bellomontu? Nie możesz mi zatem ustąpić miejsca? Ale ja muszę dostać miejsce w tym wagonie... proszę mi znaleźć miejsce, natychmiast - zwróciła się do posługacza. - Czy nie można tu kogo przesadzić gdzieindziej? Chcę jechać razem ze swymi znajomymi. A, pan Gryce... jakże się pan miewa? Proszę, niech mu pan wytłumaczy, że ja muszę mieć miejsce obok pana i Lily.
Pani Jerzowa Dorset, nie bacząc na łagodne usiłowania pasażera z dywanową torbą podróżną, który robił co mógł, by ustąpić jej miejsca, stała w przejściu i wywoływała dookoła ogólne zamieszanie, co zdarza się częąto ładnym kobietom w podróży.
Była niższa i szczuplejsza od Lily Bart, niesłychanie ruchliwa i taka giętka w pozach, że zdawało się, iż możnaby ją złoźyć i przesunąć przez pierścionek, jak miękkie materye, których faldy otulały jej kibić. Mała, blada twarzyczka jej wydawała się poprostu tylko oprawą pary ciemnych, nadmiernie wielkich oczu, których marzycielskie spojrzenie stanowiło ciekawy kontrast z energicznym tonem mowy i żywemi ruchami; jeden z jej przyjaciół zauważył trafnie, że była niby pozbawionym ciała duchem, który zajmował bardzo dużo miejsca.
Spostrzegłszy nareszcie, że siedzenie przy fotelu miss Bart było do jej rozporządzenia, zajęła je, a sadowiąc się opowiadała, że przyjechała samochodem z Mount Kisco, i przez godzinę nudziła się śmiertelnie w Garrisons, nie mając nawet na pociechę papierosów; niegodziwy mąż bowiem nie napełnił jej papierośnicy, zanim rozstali się z rana.
- Przypuszczam, że o tej porze dnia i ty, Lily uie masz już ani jednego, co? - zakończyła żałośnie.
Miss Bart pochwyciła zdumione spojrzenie p. Gryce'a, którego ust nie splugawił dotąd tytoń.
- Co za niedorzeczne pytanie, Berto! - zawołała, rumieniąc się na myśl o papierosach, które wzięła Seidenowi.
- Jakto, czyż ty nie palisz? - Przestałaś? od kiedy? Co... tyś nigdy... Ani pan, panie Gryce? Ach, oczywiście... Jakam ja niemądra... rozumiem.
I pani Dorset oparła się o swoje poduszki podróżne, z uśmiechem, który kazał Lily żałować, że znalazło się obok niej wolne miejsce.
Selden przystanął zdumiony. W zamęcie popołudniowym, na wielkiej stacyi Centralnej, spostrzegł miss Lily Bart a oczy jego orzeźwiły się tym widokiem.
Było to w poniedziałek, na początku września - on powracał do pracy z krótkiej wycieczki na wieś; a co robiła miss Bart w mieście o tej porze roku? Gdyby postawa jej wykazywała, że czeka na pociąg, Selden mógłby przypuszczać, iż zamierza jechać do jednej z tych will, których mieszkańcy, po ukończeniu sezonu w Newporcie, ubiegali się o jej obecność; ale jej widoczne roztargnienie zdumiewało go. Stała zdala od tłumu, który zwartą falą płynął na peron, lub na ulicę i spoglądała w dal niepewnym wzrokiem. Seldenowi wpadło odrazu na myśl, że ona czeka na kogoś, ale sam nie wiedział, dlaczego myśl ta zastanowiła go. W postaci Lili Bart nie było nic nowego, wszelako nie wiedział sam, dlaczego, ilekroć ją widział, budziła w nim zajęcie; rzecz to była charakterystyczna, że Lily zawsze naprowadzała na róźne domysły, że najprostsze jej czyny wydawały się wynikiem daleko idących zamiarów.
Zaciekawiony Selden zboczył z prostej drogi do drzwi, by przejść mimo niej. Wiedział, że jeśli nie zechce być widziana, potrafi mu się wymknąć; i bawiło go to, że wystawia na próbę jej zręczność.
- Panie Selden... co za szczęśliwy traf!
Postąpiła parę kroków naprzód uśmiechnięta, prawie uradowana. Kilka osób, przechodząc, spojrzało w ich stronę, miss Bart bowiem była postacią mogącą zwrócić uwagę nawet podróżnego z podmiejskich okolic, śpieszącego na swój ostatni pociąg.
Selden nie widział jej nigdy równie promiennej. Wybitna jej głowa, na tle szarego tłumu uwydatniała się silniej, niż w sali balowej, a pod czarnym kapeluszem i woalką odzyskiwała dziewczęcą świeżość cery, delitatność rumieńców, które zaczynała tracić po jedenastu latach zabaw i niezmordowanych tańców. Jestże to istotnie już jedenaście lat, dziwił się w duchu Selden, i czy ona rzeczywiście obchodziła już dwudziestą dziewiątą rocznicę urodzin, jak twierdziły jej przyjaciółki?
- Co za szczęśliwy traf! - powtórzyła. - Jak to ładnie z pańskiej strony, że mi pan przychodzi na pomoc!
Selden odparł wesoło, że jest to zadaniem jego życia i zapytał jaką postać ma ta pomoc przybrać.
- O! jakąkolwiek... choćby siedzenia na ławce i rozmowy ze mną. Skoro można siedzieć podczas kotyliona, dlaczego nie możnaby siedzieć w oczekiwaniu pociągu? Tutaj nie jest ani trochę goręcej niż w cieplarni pani Van Osburgh... a niektóre kobiety przechodzące nie są ani trochę brzydsze.
Roześmiała się i wyjaśniła mu, że przyjechała do miasta z Tuxedo, w drodze do Trenorów do Bellemontu i spóźniła się na pociąg, o trzeciej m. piętnaście odchodzący do Rhinebeck.
- A innego niema aż do pół do szóstej. - Spojrzała na mały, ozdobiony drogimi kamieniami zegarek, który wydobyła z pomiędzy zwojów koronek. - Muszę zatem czekać jeszcze całe dwie godziny i nie wiem co ze sobą począć. Pokojówka moja załatwiła dziś rano niektóre sprawunki dla mnie i miała o pierwszej pojechać do Bellemontu, dom mojej ciotki zamknięty a ja nie znam w mieście żywej duszy. - Spojrzała żałośnie po stacyi. - Tutaj jednak jest goręcej niż u pani Van Osburgh. Jeśli pan ma czas, niech mnie pan gdzie zaprowadzi, żebym mogła odetchnąć świeżem powietrzem.
Selden oświadczył, że jest zupełnie do jej rozporządzenia - przygoda wydała mu się zabawną. Jako widz, lubił zawsze Lily Bart, a drogi ich rozchodziły się w takie różne strony, że bawiło go to nagłe zbliżenie, spowodowane jej propozycyą.
- Może pójdziemy do Sherry'ego na filiżankę herbaty?
Uśmiechnęła się potakująco, ale po chwili skrzywiła się.
- Tyle ludzi przyjeżdża do miasta w poniedziałek... spot kamy z pewnością mnóstwo nudziarzy. Jestem wprawdzie stara jak świat i nie powinno mi to robić żadnej różnicy, ale jeżeli ja jestem stara, nie można tego powiedzieć o panu - dodała wesoło. - Jestem spragniona herbaty... ale, czy niema spokojniejszego miejsca?
Odpowiedział na jej uśmiech również uśmiechem. Ostrożność jej interesowała go prawie równie żywo, jak jej nierozwaga; miał przekonanie, że zarówno jedna, jak i druga, stanowiły część tego samego starannie opracowanego planu.
- W Nowym Jorku niema tak bardzo w czem wybierać - rzekł; - ale przedewszystkiem znajdę dorożkę, a potem coś obmyślimy.
Przeprowadził ją przez tłum powracających wycieczkowców, mimo wybladłych dziewcząt w dziwacznych kapeluszach i chudych kobiet, niosących paczki i wachlarze w kształcie liści palmowych. Czy to możliwe, żeby Lily należała do tej samej rasy?
Krótka ulewa orzeźwiła powietrze a chmury przesuwały się jeszcze przyćmiewając blask słońca, ponad wilgotnemi ulicami.
- Ach, jak rozkosznie! Przejdźmy się - rzekła Lily, gdy wyszli ze stacyi.
Skręcili na Madison Avenue i skierowali się w stronę północną. Gdy tak szła obok niego, lekkim, długim krokiem, Selden doznawał niesłychanej przyjemnoćci, przyglądał się jej małemu, jakby wyrzeźbionemu uchu, miękkim puklom jej falujących włosów i długim czarnym rzęsom. Była w niej jednocześnie moc i doskonałość, siła i wytworność.
Selden miał niejasne poczucie, że stworzenie jej musiało kosztować bardzo dużo, że mnóstwo ludzi brzydkich i słabych zostało w jakiś tajemniczy sposób poświęconych, by ją wytworzyć. Miał świadomość, że zalety, odróżniające ją od gromady jej płci, były głównie powierzchowne - jakgdyby wytworna polewa urody i czaru zastosowana została do pospolitej gliny. Analogia ta, wszakże nie zadowoliła go, gdyż ordynarny materyał nie przyjmie wytwornego wykończenia; a czy to niemożliwe, żeby materyał był dobry, lecz tylko okoliczności ukształtowały go na błahą modłę?
Gdy doszedł do tego punktu swoich rozmyślań, słońce wyszło z za chmury i przerwało jego zadumę. W chwilę później Lily zatrzymała się.
- Och, Boże! tak mi gorąco i tak mi się chec pić... jakiż ten Nowy Jork ohydny. - Rozpaczliwym wzrokiem spoglądała w ulicę. - Inne miasta przywdziewają na lato swoje najlepsze szaty, a Nowy Jork jakby rozsiadł się w najgłębszym negliżu. - Spojrzała w jedną z ulic bocznych. - Jakaś litościwa dusza zasadziła tam parę drzew. Pójdźmy w cień.
- Rad jestem, że moja ulica spotyka się z uznaniem pani - rzekł Selden, gdy skręcali za róg.
- Pańska ulica? Czy pan tu mieszka?
Spojrzała z zajęciem na nowe domy, różnorodnych fantastycznych stylów, zgodne z amerykańskiem usposobieniem do nowości; wszystkie jednak miały pozór ponętny, ze swemi zasłoniętemi oknami i skrzynkami pełnemi kwiatów.
- Ach, tak... naturalnie: "Benedick". Jaki to ładny gmach! zdaje mi się, że go jeszcze nie widziałam. - Spojrzała na dom po przeciwnej stronie ulicy z marmurowym portykiem i pseudogrecką fasadą. - Które są pańskie okna? Te ze spuszczonemi roletami?
- Na najwyższem piętrze... tak.
- Ten ładny balkonik należy do pana? Jak tam musi być chłodno!
- Niech pani wejdzie i przekona się - rzekł po chwili milczenia. - Mogę pani dać filiżankę herbaty i nie spotka pani ani jednego nudziarza.
Pokraśniała - posiadała jeszcze sztukę oblewania się rumieńcem we właściwej chwili - ale przyjęła propozycyę tak lekko jak była uczyniona.
- Dlaczego nie? Pokusa wielka... zaryzykuję - oświadczyła.
- O, ja nie jestem niebezpieczny - odparł tym samym tonem.
Nigdy nie wydała mu się taką miłą, jak w tej chwili. Wiedział, iż przyjęła zaproszenie bez żadnej ukrytej myśli, nie mógł nigdy być czynnikiem w jej wyrachowaniach.
Na progu zatrzymał się, szukając w kieszeni klucza.
- Niema tu nikogo; ale służący przychodzi rankami i prawdopodobnem jest, że przygotował naczynia do herbaty i przyniósł ciasto.
Wprowadził Lily do maleńkiego przedpokoju, zawieszonego staremi rycinami. Zauważyła stosy listów i papierów na stole, między rękawiczkami i laskami; w małej bibliotece, ciemnej ale miłej - na ścianach pełno było półek z książkami, posadzkę pokrywał spłowiały kobierzec turecki, biurko zasłane było papierami, a na stoliku w oknie, jak Selden przepowiedział, stała tacka, z przyborami do herbaty. Silniejszy powiew wiatru rozchylił firanki muślinowe i wpadł falą świeżego powietrza, niosąc ze sobą orzeźwiającą woń goździków i petunii ze skrzynki balkonowej.
Lily z westchnieniem padła na jedno z wytartych krzeseł skórzanych.
- Co to za rozkosz mieć taki zakątek wyłącznie dla siebie! Jaki to nędzny los być kobietą.
Selden szukał w szafie ciasta.
- Są przecież i kobiety - rzekł - które posiadają własne mieszkanie.
- O, nauczycielki... albo wdowy. Ale nie panny... nie biedne, nędzne panny na wydaniu!
- A ja znam pannę, która mieszka sama.
Wyprostowała się na krześle, zdumiona.
- Pan zna?
- Znam - zapewniał, wysuwając się z szafy z poszukiwanem ciastem.
- O, ja wiem... pan ma na myśli Gerty Farish. - Uśmiechnęła się nieco złośliwie. - Ale ja powiedziałam: panna na wydaniu... a zresztą jej mieszkanie jest okropne, ona nie ma pokojówki i jada takie straszne rzeczy. Kucharka jej pierze i całe jedzenie czuć mydłem. Jabym tego nie zniosła.
- Nie powinna pani jadać u niej obiadu wtedy, kiedy jest pranie - zadecydował Selden, krając ciasto.
Roześmieli się oboje; Selden ukląkł przy stole, by podpalić lampkę pod kociołkiem a Lily sypała herbatę do zielonego kamiennego imbryczka. Gdy spojrzał na jej dłoń, jak gdyby wyrzeżbioną z kości słoniowej, na drobne różowe paznogcie i bransoletkę z szafirami na ręce, uderzyła go ironia przypuszczenia, że Lily Bart mogłaby prowadzić takie życie jak jego kuzynka, Gertruda Farish. Lily była taką widocznie ofiarą cywilizacyi, która ją wytworzyła, że ogniwa jej bransoletki wydały się kajdanami, przykuwającemi ją do jej losu.
A ona jakby odczytała te myśli jego.
- Nie powinnam była mówić takich rzeczy o Gerty, to bardzo brzydko z mojej strony - rzekła z ujmującą skruchą. - Zapomniałam, że to pańska kuzynka. Ale my jesteśmy takie różne: ona pragnie być dobrą, ja pragnę być szczęśliwą. A nadto ona jest wolna, a ja nie. Gdybym była wolną, myślę, że mogłabym być szczęśliwą, nawet w jej mieszkaniu. Przecież to musi być poprostu szczęście, kupować meble według własnego upodobania, a wszystkie ohydne graty sprzedać handlarzowi. Gdybym tylko mogła urządzić inaczej bawialnię ciotki, czuję, że byłabym zaraz lepsza.
- Czyż ta bawialnia jest istotnie taka brzydka? - spytał ze współczuciem.
Uśmiechnęła się do niego ponad imbrykiem, który podniosła, żeby go napełnić wodą.
- Pytanie to wykazuje jak rzadko pan tam bywa. Dlaczego pan nie przychodzi częściej?
- Gdy przychodzę, to nie po to, by oglądać meble pani Peniston.
- Ależ pan nie przychodzi wcale... a jednak, gdy się spotykamy, tak nam dobrze ze sobą.
- Może to jest powodem - odparł śpiesznie. - Ale, wie pani, nie mam śmietanki... można pani służyć plasterkiem cytryny?
- Owszem, wolę nawet. - Patrzyła jak krajał cytrynę i włożył cienki plasterek do jej filiżanki. - Ale to nie jest powodem - odezwała się po chwili.
- Powodem czego?
- Tego, że pan u nas wcale nie bywa. - Pochyliła się naprzód z odcieuiem zakłopotania w przecudnych oczach. - Chciałabym wiedzieć co pan myśli. Wiem naturalnie, że są mężczyźni, którzy mnie nie lubią... to się widzi od pierwszdgo spojrzenia. Są inni, którzy się mnie boją, każdy myśli, że chcę wyjść za niego. - Uśmiechnęła się do niego szczerze. - Ale nie sądzę, żeby pan mnie nie lubił... a pan nie może chyba przypuszczać, że ja chcę się wydać za pana.
- Nie... nie posądzam pani o to.
- A więc...
Zaniósł swoją filiżankę na kominek i stał oparty i patrzył na Lily, ubawiony; wyzywający wyraz jej oczu bawił go coraz bardziej - Selden nie przypuszczał, że piękna dziewczyna zechce marnować swoje strzały dla tak drobnej zdobyczy; ale może panna jej typu, nie umie prowadzić innej rozmowy tylko o sobie. Bądź co bądź, jest zdumiewająco piękna, zaprosił ją na herbatę i musi wypełnić swój obowiązek.
- A więc - rzekł - może to właśnie jest powodem?
- Co?
- Fakt, że pani nie chce wyjść za mnie.
Uczuł, że lekki dreszcz przebiega mu po plecach, gdy mówił te śmiałe słowa, ale jej śmiech uspokoił go.
- Kochany panie Selden, to nie było godne pana. Udawać zakochanego we mnie, to głupio z pańskiej strony a być głupim nie przystoi panu.
Oparła się w krześle, podniosła filiżankę do ust i łykała herbatę z miną surowego sędziego, taką czarującą, że gdyby byli w tej chwili w bawialni ciotki, spróbowałby może zadać kłam jej wnioskowi.
- Czyż pan nie widzi - ciągnęła dalej - że kręci się w koło mnie dosyć mężczyzn, prawiących mi słodkie słówka i że ja pragnę przyjaciela, który nie obawiałby się mówić mi rzeczy przykre, gdy zajdzie potrzeba? Niekiedy myślałam, że pan mógłby być tym przyjacielem... nie wiem dlaczego, chyba dlatego, że pan nie jest ani przemądrzały, ani zarozumiały i że nie potrzebowałabym nie udawać przed panem, ani też pana się wystrzegać.
Głos jej utracił ton lekki i siedziała, patrząc ku niemu z nieśmiałą powagą dziecka.
- Pan wcale nie wie, jak bardzo potrzeba mi takiego przyjaciela - rzekła. - Ciotka moja pełna jest książkowych zasad, do których można było stosować się przed pół wiekiem. A inne kobiety... może najlepsze przyjaciółki... nie dbają ani trochę o to, co się ze mną stanie. Za długo bywam w świecie... ludzie są mną znudzeni; zaczynają mówić, że powinnam wyjść zamąż.
Nastąpiła chwila milczenia, w ciągu której Selden namyślał się nad najstosowniejszą odpowiedzią; odrzucił wszakże wszelkie kombinacye i zapytał poprostu:
- A więc, dlaczego pani nie idzie zamąż?
Spłonęła rumieńcem i roześmiała się.
O, widzę, że pan jest jednakże moim przyjacielem i oto jedna z rzeczy przykrych, których się domagałam.
- To wcale nie miało być przykre - odparł przyjaźnie. - Czy małżeństwo nie jest powołaniem pani?
Westchnęła.
- Tak mi się wydaje. Cóżbym innego poczęła?
- Oczywiście. Dlaczego zatem wahać się?
Wzruszyła ramionami.
- Mówi pan, jakgdybym powinna poślubić pierwszego lepszego mężczyznę który się zgłosi.
- Nie miałem zamiaru utrzymywać, że pani jest do tego zniewoloną. Musi wszakże istnieć ktoś, posiadający wymagane kwalifikacye.
Potrząsnęła głową smutnie.
- Odrzuciłam jedną czy dwie dobre partye, gdy weszłam w świat... każda młoda dziewczyna robi to samo; a wszak pan wie, że jestem zupełnie uboga... i bardzo kosztowna. Muszę mieć masę pieniędzy.
Selden odwrócił się i sięgnął po pudełko papierosów, stojące na kominku.
- Co się stało z Dillworthem? - spytał.
- O, jego matka zlękła się... obawiała się, że każę zmienić oprawę wszystkich klejnotów rodzinnych. A przytem chciała, żebym jej przyrzekła, iż nie urządzę na nowo bawialni.
- A przecież pani po to tylko wyszłaby za mąż!
- Właśnie. Wysłała więc syna do Indyj.
- Ha, trudno... ale pani może zrobić lepszą partyę.
Podał jej pudełko, a ona wzięła cztery papierosy, jednego włożyła w usta, resztę zaś wsunęła do małej złotej papierośnicy, przyczepionej do długiego sznurka pereł.
- Czy to już nie czas na mnie? - Nie... a więc puszczę jeszcze parę obłoków dymu.
Pochyliła się naprzód i przytknęła koniec swego papierosa do papierosa Seldena, który z zupełnie bezinteresownem zadowoleniem zauważył, jak równo jej czarne rzęsy osadzone były w białych delikatnych powiekach i jak czerwonawy cień pod niemi przechodził w czystą bladość lica.
Lily zaczęła się kręcić po pokoju, i oglądać książki na półkach. Niektóre tomy, oprawione w stary safian, nosiły piętno dobrej roboty, a oczy miss Bart spoczywały na nich z upodobaniem; nie oceniała ich jednak jak znawca, lecz patrzyła na nie z przyjemnością, jaką sprawiał jej zawsze widok łagodnych barw i pięknych tkanin. Nagle wyraz jej twarzy zmienił się, wykazując, że przeszła z biernego zadowolenia w stan czynnego wnioskowania; zwróciła się do Seldena z zapytaniem:
- Pan jest zbieraczem... kolekcyonuje pan pierwsze wydania i białe kruki?
- O tyle, o ile może kolekcyonować człowiek, nie mający pieniędzy na zbytki. Od czasu do czasu, znajduję coś między śmieciami u antykwaryusza, niekiedy chodzę na większe licytacye.
Lily zwróciła się ponownie ku półkom, ale oczy jej biegały teraz po książkach z roztargnieniem i Selden widział, że pochłaniała ją myśl nowa.
- A Americana... czy pan zbiera Americana?
Selden spojrzał na nią ze zdumieniem i roześmiał się.
- Nie, to już przechodzi moją kompetencyę. Ja nie jestem zbieraczem zawodowym; lubię poprostu mieć dobre wydania książek, do których mam szczególne upodobanie.
Skrzywiła się.
- A Americana są strasznie nudne, co?
- Oczywiście... z wyjątkiem dzieł historycznych. Ale prawdziwy zbieracz ceni ksiąźkę dla jej rzadkości; nie przypuszczam, źeby ci, którzy kupują Americana przesiadywali całe noce i czytali je... stary Jefferson Gryce z pewnością tego nie robił.
Lily słuchała uważnie.
- A jednakże płacą bajeczne ceny, nieprawda? Nie rozumiem doprawdy jak się ludziom chce wydawać taką masę pieniędzy za źle wydrukowaną książkę, której nikt nigdy nie będzie czytał! A przypuszczam, że większość właścicieli Americana to nawet nie historycy, co?
- Nie; bardzo mało historyków może sobie na to pozwolić, żeby je kupować. Muszą się posiłkować temi, które są w bibliotekach publicznych lub w zbiorach prywatnych. Zbieracza przeciętnego, pociąga sama rzadkość egzemplarza.
Selden usiadł na poręczy fotelu, przy którym Lily stała, a ona pytała go jakie są najrzadsze książki, czy zbiór Jeffersona Gryce'a jest istotnie uważany za najpiękniejszy na świecie i jaka jest najwyższa cena zapłacona kiedykolwiek za tom pojedyńczy.
Tak przyjemnie było siedzieć i patrzeć na nią, gdy brała jedną książkę po drugiej z półek i przerzucała kartki, gdy pochylony jej profil odcinał się na ciepłem tle starych opraw, że Selden nie zastanawiał się nad tem jej nagłem zainteresowaniem się, takim nie zajmującym przedmiotem. Ale nie mógł nigdy przebywać z nią dłużej, żeby nie robić różnych przypuszczeń co do pobudek, jakie ją mogły skłonić do danego czynu, to też gdy kładła na miejsce egzemplarz pierwszego wydania La Bruy?re'a i odwróciła się od półek, Selden zaczął pytać siebie do czego ona właściwie zmierza Następne jej pytanie, nie objaśniło go bynajmniej. Spojrzała na niego z uśmiechem, jakby ośmielającym go i jednocześnie ostrzegającym przed poufałością.
- Czy pan nigdy nie pragnie być takim bogatym, żeby kupować wszystkie książki, jakich pan zapragnie? - spytała nagle.
Wodziła wzrokiem dokoła po zniszczonych meblach i obdartych ścianach.
- Czy ja nie pragnę? Czy pani mnie bierze za świętego?
- A pracować... lubi pan?
- O, praca sama przez się nie jest taka zła... mam wielkie upodobanie do prawa.
- Nie o to chodzi... ale to skrępowanie, ta rutyna... czy pan nigdy nie pragnie wyrwać się, widzieć nowe miejscowości i nowych ludzi?
- I jak jeszcze... zwłaszcza gdy widzę wszystkich swoich znajomych biegnących na statek.
- Ale czy pan tego pragnie tak bardzo... że radby się pan ożenić, by to osiągnąć?
Selden roześmiał się.
- Uchowaj Boże! - oświadczył.
Lily westchnęła i rzuciła papierosa w kominek.
- Ach, oto właśnie różnica... panna musi, mężczyzua może, jeśli chce. - Spojrzała na niego krytycznym wzrokiem. - Ubranie pana nieco zniszczone, ale kto dba o to? Nie powstrzyma to ludzi od zapraszania pana na obiad. Gdybym ja miała zniszczoną suknię niktby mnie nie chciał: kobieta bywa zapraszana zarówno dla swego stroju jak i dla siebie samej. Strój to tło, ramy, jeśli pan woli; nie stanowi on powodzenia ale jest jego częścią. Kobieta niepozorna, nie jest nigdzie pożądaną. Mężczyźni wymagają od nas żebyśmy były ładne, dobrze ubrane... a jeśli nie możemy tego osiągnąć własnemi siłami, musimy zawiązać spółkę.
Selden patrzył na nią ubawiony; nie mógł żadną miarą, mimo błagalnego spojrzenia jej cudnych oczu, rozrzewniać się nad tą sprawą.
- O, chyba na taką lokatę, kapitału nie zbraknie. Może pani spotka się ze swojem przeznaczeniem dziś wieczór, u Trenorów.
Spojrzała na niego pytająco.
- Myślałam, że i pan tam jedzie... o, nie w tym charakterze! Ale będzie tam dużo pańskich znajomych... Gwen Van Osburgh, Wetherallowie, lady Cressida Raith... i Jerzostwo Dorsetowie.
Zawahała się przez chwilę, zanim wypowiedziała ostatnie nazwisko i spojrzała na Seldena ukradkiem; ale pozostał niewzruszony.
- Pani Trenor zaprosiła mnie; ale ja nie mogę wyjechać przed końcem tygodnia a te wielkie zebrania nudzą mnie.
- Ach, a mnie!... - zawołała.
- Dlaczegoż pani jedzie?
- Zapomina pan, że to część przedsięwzięcia... A nadto, gdybym nie wyjechała, grałabym w bezika z ciotką w Richfield Springs.
- To prawie takie okropne jak pójść za Dilhwortha - zauważył Selden i roześmieli się oboje wesoło.
Lily spojrzała na zegarek.
- Boże wielki! Muszę iść coprędzej. Już po piątej.
Stanęła przed kominkiem i przeglądała się w lustrze, upinając woalkę. Poza, jaką przybrała, uwydatniała linie jej smukłej postaci, nacechowanej jakby jakimś leśnym wdziękiem - zdawać się mogło, że to branka z dziewiczych gąszezów, dryada, na którą narzuco jarzmo salonów; i Selden pomyślał, że ten sam pierwiastek leśnej swobody w jej naturze, nadawał tyle czaru jej obejściu.
Selden przeprowadził ją przez pokój do przedpokoju; tu w progu podała mu rękę ruchem pożegnalnym.
- Rozkosznie tu było u pana; a teraz będzie pan musiał oddać mi wizytę.
- Ale, czy pani nie chce, żebym odprowadził panią na stacyę?
- Nie; pożegnamy się tutaj.
Pozostawiła przez chwilę dłoń swoją w jego ręku, uśmiechając się do niego czarująco...
- W takim razie, żegnam panią... i powodzenia w Bellmoncie! - rzekł, otwierając drzwi przed nią.
W sieni przys anęła, oglądając się dokola. Na tysiąc szans, była jedna, że mogłaby kogoś spotkać, ale nie można nigdy być pewnym, a ona zawsze opłacała swoje wybryki gwałtowną reakcyą ostrożności. Nie spostrzegła wszakże nikogo, tylko pomywaczkę czyszczącą schody. Otyła jej postać i otaczające ją przyrządy zajmowały tyle miejsca, że Lily, chcąc ją minąć, musiała zebrać spódnice i przycisnąć się do muru. Kobieta przerwała pracę i podniosła żaciekawione spojrzenie, złożywszy zaciśnięte czerwone ręce na mokrej ścierce, którą tylko co wyjęła z wiadra. Twarz miała szeroką, brzydką, zeszpeconą znakami od ospy, i rzadkie włosy słomianej barwy, po przez które przeświecała łysa czaszka.
- Przepraszam - rzekła Lily.
Kobieta w milczaniu usunęła w bok swoje wiadro i patrzyła się w dalszym ciągu na miss Bart, gdy ta mijała ją z szelestem jedwabnych podszewek. Lily czuła, że rumieni się pod tem spojrzeniem. Co ta kobieta przypuszcza? Czyż nigdy nie można zrobić najmniejszej, najniewinniejszej rzeczy, żeby nie wywoływać najohydniejszych wniosków?
W połowie następnego piętra Lily uśmiechnęła się na myśl, że spojrzenie pomywaczki mogło ją tak zaniepokoić. Nieboraczka była pewnie oszołomiona niezwykłem zjawiskiem. Ale, czy takie zjawiska są istotnie niezwykłe na schodach Seldena? Miss Bart nie była obeznana z moralnym kodeksem mieszkań kawalerskich i rumieniec ponownie zabarwił jej lica, gdy pomyślała, że uparte spojrzenie pomywaczki nasuwało podejrzenie, iż miała tu poprzedniczki. Ale odpędziła tę myśl, uśmiechając się z własnych obaw i zeszła śpiesznie, zastanawiająe się czy też znajdzie zaraz dorożkę.
Pod marmurowym portykiem zatrzymała się, szukając wzrokiem po ulicy dorożki. Nie widać było ani jednej; Lily wyszła tedy na chodnik i wpadła na małego mężczyznę o lśniącem obliczu, z gardenią w butonierce, który uchylił kapelusza z okrzykiem zdziwienia.
- Miss Bart! Nigdybym się nie spodziewał! To się nazywa mieć szczęście - oświadczył, a Lily pochwyciła błysk zakiekawienia pomiędzy jego wywiniętemi powiekami.
- A, pan Rosedale... jakże się pan miewa? - spytała, spostrzegając poufały uśmiech jego, który był prawdopodobnie odbiciem nieukrywanego niezadowolenia, jakie odbiło się na jej twarzy.
P. Rosedale stał, przypatrując się z zajęciem i upodobaniem. Był to okrągły, pulchny, różowy mężczyzna, - typ żyda blondyna, - ubrany w szykowny garnitur angielski; małe podłużne oczka patrzyły na ludzi tak, jak gdyby ich oceniał niby jakie osobliwości. Spojrzał pytająco na portyk "Benedick'a".
- Pani przyjechała do miasta za sprawunkami? - spytał tonem, który miał poufałość dotknięcia.
Miss Bart drgnęła lekko, poczem zaczęła się śpiesznie tłómaczyć.
- Tak... przyjechałam do swojej krawcowej. A teraz śpieszę, żeby zdążyć na pociąg do Trenorów.
- A... do krawcowej - rzekł. - Nie wiedziałem, że w Benedicku są krawcowe.
- W Benedicku? - powtórzyła z lekkiem zdziwieniem. - Czy to jest nazwa tego budynku?
- Tak, tak się nazywa; zdaje mi się, że to jest stare wyrażenie na określenie kawalera... Jestem przypadkiem właścicielem tego budynku... stąd wiem, - Uśmiechał się bardzo dwuznacznie, dodając z wielką pewnością siebie: - Ale musi pani pozwolić odprowadzić się na dworzec. Wszak Trenerowie są w Bellemoncie? Ma pani zaledwie tyle czasu, ażeby zdążyć na pociąg, odchodzący o piątej czterdzieści. Krawcowa kazała pani pewnie długo czekać.
Lily spochmurniała na te żartobliwe słowa.
- O, dziękuję - odparła; w tejże chwili spostrzegła dorożkę, toczącą się wzdłuż Madison Avenue i zaczęłą jej wzywać rozpaczliwym ruchem.
- Pan jest bardzo uprzejmy, ale nie mogę pana trudzić - rzekła, podając rękę p. Rosedale'owi; i, nie bacząc na jego protesty, wskoczyła do zbawczego wehikułu i rzuciła adres woźnicy.
Bridge) w Bellemoncie trwał zazwyczaj do późna, a gdy Lily tej nocy szła spać, przyznała w duchu, że grała za długo z własną krzywdą.
Nie czując ochoty do zastanowienia się nad tem, co ją czekało w jej pokoju -zatrzymała się na szerokich schodach i spojrzała w dół, do halli, gdzie ostatni gracze zebrali byli dookoła tacy z wysokiemi szklankami i karafkami o srebrnych szyjach którą lokaj właśnie postawił na niskim stole w pobiżu ognia.
Dokoła halli z arkadami biegła w górze galerya, oparta na kolumnach z blado-żółtego marmuru. W rogach, przy ścianie, stały klomby wysokich, kwitnących roślin, na tle ciemnych krzewów liściastych. Na ponsowym kobiercu drzemały przed kominkiem chart i trzy wyżły, a światło, padające, z wielkiej lampy środkowej rzucało blask na włosy kobiet i rozniecało iskry w ich klejnotach, gdy się poruszały.
Bywały chwile kiedy sceny podobne zachwycały Lily, kiedy zadawalały jej poczucie piękna i pragnienie wytwornej zewnętrznej oprawy życia; ale bywały i inne, gdy sceny takie uwydatniały bardziej jeszoze ubóstwo jej własnych warunków życiowych. Dzisiaj była to jedna z owych chwil, kiedy poczucie kontrastu ogarnęło ją z całą siłą; odwróciła się niecierpliwie, gdy pani Jerzowa Derset, cała błyszcząca w sukni, naszytej świecidłami, pociągnęła Percy'ego Gryce'a na poufałą gawędkę pod galeryę.
Nie obawiała się bynajmniej, utracić świeżo zdobytej władzy nad panem Gryc'em. Pani Dorset mogła go olśnić i oszołomić, ale nie posiadała sztuki ani cierpliwości do podbicia go. Była zanadto zajęta sobą, by chcieć pokonywać jego nieśmiałeść, a zresztą poco miałaby podejmować ten kłopot? Co najwyżej mogłaby przez jeden wieczór bawić się jego naiwnością - potem byłby poprostu dla niej ciężarem, miała za dużo doświadczenia, by go zachęcać, wiedząc o tem.
Wszelako sama myśl o tej innej kobiecie, która mogła pociągać do siebie mężczyznę i odrzucać go dowoli, nie mając potrzeby uważać go za możliwy czynnik w swych planach, budziła zazdrość w duszy Lily Bart. Percy Gryce nudził ją przez całe poobiedzie - samo wspomnienie budziło echo jego brzęczącego głosu - ale nie będzie mogła ignorować go jutro, będzie musiała umacniać swoje powodzenie, znosić to nudzenie w dalszym ciągu, być skłonną do ponownej pobłażliwości, ponownego przystosowywania się a to wszystko dla bardzo problematycznej możliwości, że ten pan w końcu zdecyduje się i zrobi jej ten zaszyt, iż będzie ją nudził przez całe życie.
Wstrętny los - ale jak go uniknąć? Jakiż miała wybór Być sobą, albo taką Gerty Farish. Gdy weszła do swej sypialnł, oświetlonej łagodnym, przyćmionym blaskiem i spojrzała na koronkowy szlafrok, leżący na jedwabnej kołdrze, na małe haftowane pantofelki przed kominkiem, na wazon goździków, przepełniających powietrze zapachem i na ostatnie powieści i czasopisma, które leżały nierozcięte na stole obok lampy - przed oczyma Lily stanął obraz oiasnego mieszkania miss Farish, ze skromnemi wygodami i ohydnemi tapetami. Nie; ona - Lily - nie była stworzona do nędznego, pospolitego otoczenia, do plugawych kompromisów z ubóstwem. Cała jej istota łaknęła atmosfery zbytku; jej powietrzem jedynie mogła oddychać, takiego tylko tła potrzebowała jej uroda.
Ale nie zbytku innych było jej trzeba. Przed kilku laty byłby jej jeszcze wystarczył; przyjmowała swoją codzienną daninę rozrywek, nie pytając kto jej dostarczał. Teraz zaczynała się iry tować zobowiązaniami, jakie danina ta narzucała, zaczynała odczuxać, że ten przepych, który zdawał się należeć do niej, jest tylko zapożyczany. Bywały nawet chwile, kiedy miała świadomość, że za niego płaci.
Przez długi czas nie chciała grywać w bridge'a. Wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić i obawiała się, że nawyknie do takiego kosztownego upodobania. Widziała przykłady tego niebezpieczeństwa u niejednego ze swych znajomych - naprzykład ten młody Ned Silverton, śliczny jasnowłosy chłopiec, siedzący teraz w zachwycie obok pani Fisher, hałaśliwej rozwódki, w stroju takim widocznym jak tytuły jej "sprawy" w dziennikach.
Lily pamiętała kiedy młody Silverton dostał się do ich kółka - wyglądał jak zabłąkany Arkadyjczyk, a ogłaszał już poetyczne sonety w dzienniku szkolnym. Od owego czasu rozwinęło się w nim upodobanie do pani Fisher i bridge'a, a ten ostatni naraził go na wydatki i kłopoty, z których niejednokrotnie wybawiały go pracujące siostry - panny - uwielbiające jego sonety; piły herbatę bez cukru, byleby tylko ich bratu na niozem nie zbywało. Lily patrzyła, jak cudne oczy Neda - w których odbijało się daleko więcej poezyi niż w sonetach - zmieniały kolejno wyraz; jak malowało się w nich najpierw zdumienie, następnie rozbawienie a potem niepokój; i obawiała się, że wykryje u siebie te same objawy.
W ciągu ostatniego roku bowiem przekonała się, że gospodynie domów, w których bywała, wymagały od niej, żeby zasiadała do zielonego stolika. Była to jedna z opłat, jakie uiszczać musiała za ich gościnność, za suknie i drobiazgi, któremi, przy sposobności, zasilały jej niewystarczającą garderobę. Od czasu kiedy grywała stale, namiętność ogarniała ją coraz bardziej.
W ostatnich czasach zdarzyło się, że parę razy wygrała znaczną sumę i, zamiast zachować ją dla pokrycia przyszłych przegranych, wydała pieniądze na suknie lub klejnoty; a chęć powetowania wydatku w połączeniu z coraz większem roznamiętnietnieniem do gry, zniewalała ją do ryzykowania coraz wyższych stawek. Usiłowała tłumaczyć siebie tem, że w kółku Trenorów jeśli kto grał wogóle, musiał grać wysoko, inaczej uważany był za sknerę; ale czuła, że namiejętność do gry pochłania ją i że w obecnem swem otoczeniu trudno, niemożliwie prawie będzie jej się oprzeć.
Dziś wieczór szczęście nie dopisywało jej stale, a mały złoty woreczek, który wisiał między brelokami, był prawie pusty, gdy powróciła do swego pokoju. Otworzyła szafę a wyjąwszy szkatułkę z klejnotami zajrzała na spód, gdzie leżały pieniądze. Pozostało tylko dwadzieścia dolarów - odkrycie to było takie niespodziewane, że Lily przez chwilę przypuszczała, iż ją okradziono. Poczem wzięła kartkę papieru i ołówek i, usiadłszy przy biurku, usiłowała przypomnieć sobie co wydała przez cały dzień.
Miała umysł taki znużony, że musiała liczyć kilka razy, ale w końcu miała dowody czarno na białem, że przegrała trzysta dolarów w karty. Wyjęła książeczkę czekową, żeby zobaczyć, czy jej kredyt był większy niż jej się zdawało; ale przekonała się, że się pomyliła w kierunku przeciwnym. Poczem powróciła do swych rachunków, ale liczyła na wszystkie sposoby i nie zdołała przywrócić trzysta dolarów.
Była to suma, którą odłożyła dla uspokojenia krawcowej albo jubilera. W każdym razie miała tyle sposobów zużytkowania jej, że jej niskość właśnie zniewoliła Lily do grania wysoko, w nadziei, że ją podwoi. Ale, naturalnie ona przegrała, gdy Berta Dorset, którą mąż obsypywał pieniędzmi, zgarnęła ze stolika przynajmniej z pięćset dolarów a Judy Trenor, która mogła sobie pozwolić na to, żeby przegrać tysiąc w ciągu jednego wieczora, wstała od stolika z takim stosem monety, że nie mogła podać ręki gościom, gdy żegnali się z nią na dobranoc.
Świat, w którym takie rzeczy zdarzać się mogły, wydał się Lily Bart nędznym; ale ona nigdy nie mogła zrozumieć praw tego świata, który ją pomijał tak zupełnie w swych obliczeniach.
Zaczęła się rozbierać, nie zadzwoniwszy na pokojówkę, której kazała iść spać. Przebywała tak długo w niewoli u ludzi dla ich przyjemności, że nauczyła się względności dla tych, którzy byli od niej zależni, a w chwilach rozgoryczenia mówiła sobie niekiedy iż znajdowała się w tem samem położeniu co jej pokojówka - z tą różnicą, że ta ostatnia otrzymywała regularniej swoją zapłatę.
Z twarzą bladą, zapadłą, siedziała Lily przed zwierciadłem, rozczesując włosy i naraz przeraziła się, dostrzegłszy dwie wyżłobione linie dookoła ust - lekkie skazy na zaokrąglonym zarysie lic.
- Och, trzeba przestać się martwić! - zawołała. - A może to światło elektryczne... - i zerwała się spiesznie z krzesła.
Zapaliła świece na tualecie, zgasiła lampki żarowe, powróciła na miejsce i zacęła przyglądać się sobie bacznie pomiędzy płomieniami świec. Biały owal jej twarzy zarysowywał się chwiejnie na tle cieni, niepewne światło przesłaniało go jakby mgłą; ale dwie linie dookoła ust pozostały.
Lily wstała i rozebrała się pośpiesznie.
"To tylko dlatego, że jestem zmęczona i muszę myśleć o takich okropnych rzeczach" uspakajała się w duchu; i wydało jej się nową niesprawiedliwością, że drobne troski pozostawiały ślady niszczące na urodzie, która była jej jedyną przeciw nim obroną.
Ale te okropne ślady zarysowały się i pozostały. Lily zwróciła znużoną myśl ku p. Gryce'owi, jak wędrowiec podnosi duży ciężar i dźwiga go dalej, po krótkim wypoczynku. Była prawie pewna, że go "usidliła" - jeszcze kilka dni pracy, a zdobędzie swoją nagrodę. Ale przedmiot nagrody nie wydał jej się godny pożądania - nie mogła radować się myślą o zwycięstwie. Będzie to ucieczka od kłopotów, nie więcej - a jakże mało byłoby to dla niej kilka lat wcześniej! Ambicye jej obniżyły się stopniowo w zakażonej atmosferze porażki. Ale dlaczego poniosła porażkę? Byłaż to jej własna wina, czy też wina przeznaczenia?
Przypomniała sobie jak matka, gdy stracili majątek, mówiła do niej z jakąś zaciekłą mściwością: "Ale ty to wszystko odzyskasz, dzięki swej twarzy". - Wspomnienie to obudziło cały szereg innych i Lily leżała wśród ciemności, odbudowując przeszłość z której powstała jej teraźniejszość.
Ognisko rodzinne, w którem nigdy nikt nie jadał obiadu w domu, chyba, że byli goście; dzwonek u drzwi wejściowych wiecznie w ruchu; stół w przedsionku, zarzucony kowertami kwadratowemi, które otwierano z pośpiechem, i podłużnemi, którym pozwalano okrywać się warstwą kurzu w głębiach patery bronzowej; szereg pokojówek, francuskich i angielskich, wypowiadających służbę wćród zamętu okradanych na prędce garderób; równie często zmieniająca się dynastya piastunek i lokajów; kłótnie w szafarni, w kuchni i w bawialni; nagłe wycieczki do Europy, powroty z napchanemi kuframi i dni wypakowywania bez końca; półroczne dyskusye nad tem, gdzie spędzić, lato szare intermezza oszczędności i błyskotliwe reakcye rozrzutności - taki był łańcuch pierwszych wspomnień Lily Bart.
Rządzącą władczynią tego burzliwego żywiołu, nazwanego ogniskiem rodzinnem, była energiczna i despotyczna matka, dosyć młoda jeszcze, by w tańcu zdzierać suknie balowe w strzępy; mglista postać bezbarwnego ojca zajmowała miejsce pośrednie między kamerdynerem a człowiekiem przychodzącym nakręcać zegary. Nawet dziecinnym oczom Lily pani Hudson Bart wydawała się młoda; ale Lily nie mogła sobie przypomnieć czasu, kiedy jej ojciec nie był łysy i zlekka pochylony, kiedy nie chodził znużonym krokiem. Zdumiała się wielce, gdy dowiedziała się póżniej, że był tylko dwa lata starszy od matki.
Lily rzadko widywała ojca we dnie. Przez cały dzień był "w mieście", a w zimie późnym wieczorem dopiero słyszała jego wlokący się chód na schodach i odgłos klamki, jego ręką poruszonej, w pokoju szkolnym. Całował córkę w milczeniu i zadawał kilka pytań piastunce albo guwernantce; poczem pokojówka pani Bart przychodziła przypominać mu, że idzie na proszony obiad i ojciec śpiesznie opuszczał pokój, skinieniem głowy pożegnawszy córkę.
Latem, gdy przyjeżdżał do nich na niedzielę do Newportu łub Southamptonu, był jescze bardziej milczący, zacierał się bardziej jeszcze, niż zimą. Zdawało się, że wypoczynek go męczy i godzinami całemi siedział w cichym kąciku werandy zapatrzony w morze, gdy istnienie jego żony zaznaczało się o kilka stóp dalej nieustannym hałasem.
Zazwyczaj wszakże pani Bart i Lily jechały do Europy na lato a zanim parowiec minął połowę drogi, p. Bart tonął w zapomnieniu. Niekiedy tylko córka słyszała, jak żona oskarżała go, iż nie przysłał żądanych pieniędzy; ale przeważnie nie wspominano ani myślano o nim dopóki jego cierpliwa pochylona postać nie zarysowała się w przystani nowojorskiej, by odegrać rolę "buforu" między obfitemi pakunkami żony a przepisami amerykańskiej komory celnej.
W taki dorywczy a niespokojny sposób mijały dziecinne lata Lily - łódź rodzinna płynęła zygzakowatą drogą, niesiona wartkim prądem zabawy, miotana falą nieustającej potrzeby - pieniędzy.
Lily nie mogła sobie przypomnieć czasu kiedy było tych pieniędzy dosyć, a zawsze był temu winien ojciec. Nie mogła to być wina pani Bart, którą przyjaciele uważali za "bajeczną gospodynię". Pani Bart słynęła z tego, że dokazywała cudów ograniczonymi środkami; a dla niej samej i dla jej znajomych bohaterstwem poniekąd było prowadzić tryb życia, który kazał wnosić, że człowiek jest bogatszy niż świadczyła jego książka bankowa.
Lily była dumna ze zdolności matki swojej w tym kierunku; wychowana została w przekonaniu, że bez względu na koszty trzeba mieć dobrego kucharza i być "przyzwoicie ubraną", według miary pani Bart. Najgorszym wyrzutem jej, skierowanym do meża, było zapytanie, czy chce, żeby ona "żyła jak świnia"; a jego odpowiedź uważana była za powód do wysłania kablogramu do Paryża z zamówieniem kilku nadetatowych sukien, i telefonowania do jubilera o przysłanie do domu bransoletki turkusowej, którą pani Bart oglądała tego samego ranka.
Lily znała ludzi, którzy "żyli jak świnie", a ich powierzchowność i otoczenie usprawiedliwiały wstręt matki do tej postaci istnienia. Byli to przeważnie krewni, którzy zamieszkiwali ponure lokale z rycinami z "Podróży życia" Cole'a na ścianach bawialni; u których zaniedbana młodsza mówiła: "Pójdę i zobaczę" gościom, przychodzącym z wizytą w godzinie, kiedy wszyscy przyzwoici ludzie nie bywali, faktycznie lub pozornie, w domu.
Wstrętnym w tem wszystkiem był fakt, że wielu z tych kucynów miało majątek, tak, że Lily nabrała przekonania, iż jeżeli ludzie żyją jak świnie, czynią to z własnej wolí i skutkiem braku właściwej miary postępowania. Nadawało jej to poczucie pewnej wyższości i nie potrzeba było komentarzy i drwin pani Bart nad todzinnymi skąpcami, żeby rozwinąć w córce, z natury już silne, upodobanie do przepychu.
Lily miała lat dziewiętnaście, gdy okoliczności spowodowały przewrót w jej zapatrywaniu na świat.
W roku poprzednim weszła w świat; debiut jej był olśniewający, a otoczony brzemienną w gromy chmurą rachunków. Blask tego debiutu świecił jeszcze na widnokręgu, ale chmura stawała się coraz groźniejsza, aż nareszcie grom uderzył. Nagłość ciosu powiększała grozę; i bywały dotąd chwile, kiedy Lily z bolesną wyrazistością przeżywała każdy szczegół dnia pamiętnego.
Siedziała z matką przy drugiem śniadaniu, jedząc chaud-froid i zimnego łososia z obiadu z dnia poprzedniego; spożywanie ko sztownych resztek jej gościnności, było jedną z niewielu oszczędności pani Bart. Lily odczuwała przyjemne znużenie, które jest haraczem młodości za noc przetańczoną; ale jej matka, pomimo kilku bruzd dookoła ust i lekkich zmarszczek na skroniach, była ożywiona, ruchliwa, jak gdyby wstała ze snu długiego, niczem niezamąconego.
Na środku stołu między topniejącemi marrons - glacés a wiśniami w cukrze, wznosiła się wiązanka kwiatów już nieco przywiędłych, a Lily nachmurzyła się, spojrzawszy na nie.
- Doprawdy, mamo - rzekła z wyrzutem - mogłybyśmy sobie pozwolié na świeże kwiaty do śniadania. Trochę źonkilów albo konwalii.
Pani Bart zdumiała się. Dbała o zbytek tylko dla świata a mało ją to obchodziło, jak wyglądał jej stół, gdy nie było przy nim nikogo, oprócz rodziny. Ale uśmiechnęła się z nieświadomości córki.
- Konwalia - odparła spokojnie - jest w tej porze roku druga; trzeba zapłacić dwa dolary za tuzin.
Słowa te nie wywarły wcale wrażenia na Lily. Mało się znała na wartości pieniędzy.
- Dla zapełnienia tego wazonu nie potrzebaby więcej niż sześć tuzinów - perswadowała.
- Sześć tuzinów czego? - spytał głos ojca we drzwiach.
Kobiety podniosły wzrok, zdumione; jakkolwiek była to sobota, niemniej widok p. Barta przy śniadaniu był rzeczą niezwykłą. Ale ani córka, ani żona nie interesowały się nim tak dalece, żeby zażądać wyjaśnienia.
P. Bart padł na krzesło i siedział, patrząc nieprzytomnym wzrokiem na porcyę łososia w galarecie, którą lokaj postawił przed nim.
- Mówiłam właśnie - zaczęła Lily - że nie cierpię zwiędłych kwiatów przy śniadaniu; a mama utrzymuje, że pęk konwalii nie kosztowałby więcej, niż dwanaście dolarów. Czy mogę powiedzieć kwiaciarzowi, żeby przysyłał konwalie codziennie?
Pochyliła się, z przymileniem ku ojcu; rzadko kiedy odmawiał jej czegokolwiek.
P. Bart siedział nieruchomie, wzrok miał ciągle wlepiony w łososia, dolna szczęka mu opadła, był jeszcze bledszy, niż zwykle, a rzadkie włosy spadały mu rozwichrzonymi kosmykami na czoło. Nagle spojrzał na córkę i roześmiał się. Śmiech ten był taki dziwny, że Lily zarumieniła się - nie lubiła być ośmieszaną, a zdawało się, że ojciec widzi coś śmiesznego w tem żądaniu. Może uważa, że to niedorzecznie z jej strony turbować go o taką drobnostkę...
- Dwanaście dolarów... dwanaście dolarów dziennie na kwiaty? O, ależ owszem, moja droga... każ mu przysyłać za tysiąc dwieście dolarów.
I roześmiał się ponownie.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.