Światu zagraża interpretacja.
Stanisław Jerzy Lec
Wstęp
O świecie można różnie: można głęboko i powierzchownie, reportażowo i eseistycznie, analitycznie i syntetycznie (to ulubiony sposób współczesnych programów informacyjnych: 20 sekund na przyczyny, przebieg i skutki II wojny światowej). Można poważnie i śmiesznie. Przede wszystkim zaś - jak o wszystkim - można o świecie mówić, albo pisać, głupio i mądrze.
Chyba, że się pisze (albo mówi) felietony. Wtedy wchodzimy w nieco inną przestrzeń. W felietonie wszystko wolno, jak w - nie przymierzając - jakimś standupie. Wszystko wolno, choć nie wszystko robić należy. Pewnie dlatego felieton jako forma słowno-literacka jest raczej na schodzącej. We współczesnym świecie popularne są konwencje niezakładające ograniczeń, zwłaszcza walenie cepem najprostszej frazy w potylicę odbiorcy. Nad literacki kunszt, celną metaforę, zgrabną puentę, sztukę niedomówienia, grę z czytelnikiem czy słuchaczem cenniejsze dziś krwisty bluzg i dobicie młotkiem każdej luźno dyndającej śrubki, zwłaszcza takiej, w której gwint nietypowy.
To mnie prowadzi do postaci autora niniejszego zbioru. Są na świecie ludzie zdolni, którzy łączą talent z pracowitością i obdarzają świat pięknem (jakże to nieliczne grono!). Są tacy, którzy umiarkowany talent nadrabiają determinacją - do czego się nie wezmą, zrobią jak należy, choć mało kogo porywają ich dzieła. Są elokwentni nudziarze - absolwenci kursów wystąpień publicznych (coraz liczniejsze grono). Są tacy, którzy nie mają za grosz talentu ani czegokolwiek do powiedzenia, a mimo to ciągle mówią (takich jest dziś najwięcej). I jest jeszcze odrębny typ, bardzo nieliczny, a przez to bezcenny: ludzie, którzy są niezwykle utalentowani, ale owoce ich talentu rzadkie. I to jest właśnie przypadek Grzegorza Dobieckiego.
Proszę mnie dobrze zrozumieć: od kilku dekad autor niniejszego zbioru jest wybitnym i znanym dziennikarzem radiowym, prasowym, a zwłaszcza telewizyjnym. Jego dorobek w tych dziedzinach jest bliski każdemu, kto interesuje się światem, bo o świecie głównie Grzegorz Dobiecki mówi i pisze. Ten zbiór felietonów jest znakomitą ilustracją talentów autora w dziedzinie literackiej, wyraźnie, jak dotąd, niedoreprezentowanej w jego twórczości, przynajmniej tej powszechnie znanej. I chwała mu za to, że zdecydował się na podjęcie trudu pisania co tydzień tekstów, a potem wygłaszania ich w "Raporcie o stanie świata". Nieskromnie dodam, że chwała również należy się mnie za to, że co tydzień dopingowałem go do pisania kolejnych odcinków "Świata z boku", wiedząc z własnego doświadczenia, że pisanie felietonów wywołuje stres, w którym stany melancholijne felietonisty zmuszonego do wytwarzania na czas i pod wymiar nierzadko przechodzą w irytację, a nawet agresję skierowaną przeciwko sobie i najbliższemu otoczeniu. Dlatego felietonistów należy otaczać miłością i zrozumieniem, nawet jeśli wydaje się to zadaniem ponad ludzkie siły.
W nagrodę dostajecie Państwo zestaw niebanalnych, a nawet - zaryzykuję - niebinarnych spostrzeżeń na temat świata. Dobiecki był oskarżany o sprzyjanie faszystom, konformizm, bycie mężczyzną, nie wspominając o braku poczucia humoru oraz odchyleniu abstrakcyjnym. Dorzuciłbym do tego niejasne kryteria doboru tematów: ten sam autor pisze o botoksie u polityków, osobowości homo covidus, obalaniu pomników, dramacie uchodźców, patoturystyce i płaskoziemcach, tajskim królu, niemieckiej chemii, rosyjskim szampanie, amerykańskiej chorobie i miłości francuskiej (na ten ostatni temat jeszcze nie napisał, ale nie wiem, co będzie za tydzień).
Używa poprawnej polszczyzny, czasem krasi ją słowami pochodzenia zagranicznego, w tym z wymarłego języka łacińskiego, nie używa przekleństw, formułuje zdanie podrzędnie złożone (wielokrotnie), a następnie wygłasza je do mikrofonu tak, że większość ludzi rozumie. To są poważne zarzuty. W czasach dyktatu mediów społecznościowych wszystko, co wykracza poza przekaz krótki, prosty i wrogi wobec kogoś (nieważne kogo, ważne, żeby to był ktoś, kogo można wyszydzić, wyśmiać, obrzucić błotem), budzi znużenie i poczucie niespełnienia. Tekst dowcipny, inteligentny, zawierający odniesienia historyczne i pozbawiony narracji w pierwszej osobie liczby pojedynczej musi boleć.
Nie chwaląc się przenikliwością, osobiście nabrałem podejrzeń wobec autora niniejszego zbioru już w czasach, kiedy lata temu miałem zaszczyt pracować z nim w polskiej sekcji Radia France Internationale w Paryżu. To była jedyna z antykomunistycznych rozgłośni polskojęzycznych działających za pieniądze imperialistycznego Zachodu, która posługiwała się tajną bronią. Inne - Głos Ameryki, Wolna Europa, BBC - w nad wyraz słuszny, poważny i bezkompromisowy sposób dążyły do obalenia ustroju siłą. Radio France Internationale komunistów wyśmiewało, co mnie - młodego wówczas radykała - nieco denerwowało, trochę ciekawiło, a najbardziej bawiło.
Bardzo się cieszę, że po latach Grzegorz Dobiecki mówi do nas w swoich felietonach o zupełnie innym, znacznie bardziej skomplikowanym świecie. Bawmy się jego słowem, smakujmy je i cytujmy znajomym, bo to niezwykła kronika naszych czasów.
Dariusz Rosiak
Od autora
Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku, jeżeli jesteś zarazem Widzką/-em lub/oraz Słuchaczką/-em, to prezentację mam ułatwioną, bo może mnie już gdzieś widziałaś/-eś albo/i słyszałaś/-eś/. Jeśli jednak stronią Państwo* od klasycznych mediów audiowizualnych, czy choćby - ze stratą dla mnie - od niektórych z nich, winienem poinformować, że od wielu lat zajmuję się w tych środkach przekazu sprawami międzynarodowymi. Nieraz robię to również w prasie. Co oznacza, że także piszę. Ale nie napisałem żadnej książki (nie każdy dziennikarz może to dziś o sobie powiedzieć). Nie napisałem, gdyż nie opuszcza mnie przekonanie, że nie mam światu niczego nadzwyczajnego do powiedzenia w tak szlachetnej formie.
- Ależ to świetny tytuł książki: Nie mam światu nic do powiedzenia! - wykrzyknął znajomy, któremu wyłuszczyłem swoją motywację (nalegał). No nie. Tego tytułu nie można zawłaszczyć do indywidualnego użytku. On się współcześnie nadaje na szyld nad całymi działami księgarni, na hasło kiermaszy i targów książki. Oddaję gratis.
Nie mam światu nic do powiedzenia, za to świat gada jak najęty. Dziennikarz od spraw międzynarodowych robi z grubsza to samo, co tak zwany biały wywiad. Prowadzi nasłuch zagranicznych sygnałów, dekoduje je i analizuje, po czym redaguje informację lub - jeśli ma odpowiednie doświadczenie i temperament - oddaje się publicystyce. Najlepiej odbieralne są, rzecz jasna, sygnały najmocniejsze: zdarzenia, czyny i słowa, które trafiają na czołówki dzienników. Niemało jest przecież szeptów i szmerów, epizodów i scenek, półtonów i półcieni. One umykają uwadze, choć stanowią istotną ornamentykę wielkich spraw międzynarodowych i o świecie mówią całkiem sporo. Wymowne detale najlepiej dostrzec, gdy stanie się nieco z boku. Czy wtedy patrzy się bardziej przenikliwie? Lepiej i dokładniej wtedy widać? Nie, skądże. Wtedy jednak widać inaczej.
W podcaście Raport o stanie świata szef przedsięwzięcia Dariusz Rosiak opodal sceny głównej zbudował małą lożę z tabliczką "Świat z boku" i mnie w niej zakwaterował. Miejsca tam akurat na jednego zrzędę; dwóch - jak w Muppet Show - już się nie mieści (przepraszam kolegów Łodyńskiego i Kamińskiego). Z dostarczanych z tygodnia na tydzień felietonów zrobiła się spora kupka, której z kolei redaktor z wydawnictwa WAM postanowił nadać formę zbiorku (czyli nie napisałem "książki"!). Powstała konstrukcja elastyczna, chyba odporna na wstrząsy i nawałnice, a może i na upływ czasu. W zasadzie jej fundamentem są aktualności międzynarodowe z lat 2020/2021, ale to nie jest kronika. To taki pawilon z komórkami do przycupnięcia na chwilę lektury; w jednych ciepło, w innych przeciąg, zależy, jak się trafi. Spacerować można w dowolnym kierunku, zabłądzić się nie da.
A o czym są te ulotne internacjonałki? Nieraz odwołuję się w nich do literatury, więc i we wstępie się nią nieskromnie podeprę. Niniejszy zbiór da się zapowiedzieć tak, jak Karol Dickens anonsuje w Klubie Pickwicka XVI rozdział powieści: "opisuje on zbyt wiele przypadków, by je można było tu streścić".
Grzegorz Dobiecki
* Nie osiągnąłem jeszcze biegłości w tzw. pisowni inkluzywnej, więc ułatwiam sobie komunikację przejściem z formy familiarnej do grzecznościowej. Od dłuższego czasu ruch tym przejściem odbywa się raczej w drugą stronę.