Rozdział 1
Krótko i ogólnie o nas
Królowe prowadzą wojny, by zrabować majątek innych narodów i wzbogacić się ich kosztem albo zagarnąć terytoria obcych państw pod swoje panowanie.
Natomiast królowa Anmud I zamierzała podbić świat, by go przebudować według własnego pomysłu.
Dziewięć lat temu, kiedy obie z Anmud byłyśmy jeszcze nastolatkami, ukrywałyśmy się w Afrabii przed ścigającymi nas zabójczyniami. Ja podjęłam naukę w akademii medycznej i uzyskałam licencję lekarki, a moja przyjaciółka dorabiała na pół etatu jako asystentka majstry przy wznoszeniu budowli inżynierskich: dróg, mostów i zbiorników wodnych. O dziwo, już jako siedemnastolatka, organizując pracę na afrabskich budowach, była dla kierownictwa cenniejsza niż wiele doświadczonych budowniczych.
Wtedy na myśl mi nawet nie przyszło, że gdy zostanie królową, tamto przypadkowe zajęcie zmieni się w wojenną kampanię modernizowania świata.
Pierwszą inwestycję Anmud zrealizowała jeszcze jako młoda dziewczyna, podstępem nakłaniając swoją ciotkę, królową Katalonaju, do sfinansowania wizjonerskiego projektu. Mając królewskie pieniądze, za pomocą materiałów wybuchowych przeprowadziła operację przebicia przełęczy w Najwyższych Górach Świata. Dzięki temu został utworzony dojazd do Morza Wewnętrznego. Następnie zainicjowała budowę portu i stoczni w miejscowości Ongin, co umożliwiło otwarcie Katalonaju na handel morski z całym Euredenem i Afrabią.
Działania mojej przyjaciółki od samego początku charakteryzował rozmach na skalę międzynarodową, przy czym zawsze osiągała zamierzony cel. Miała nadprzyrodzony zmysł organizacyjny i to, co innym zajmowało dziesiątki lat, potrafiła zrealizować w ciągu jednego roku.
*
Ongin stał się pierwszym katalonajskim portem nad Morzem Wewnętrznym, a ponieważ ja urodziłam się i wychowałam w Moranie, Anmud wysłała mnie z misją podpisania umowy na wymianę handlową z krajami posiadającymi wiele morskich portów na kontynencie euredeńskim.
- Czy Niru może mi towarzyszyć? - spytałam.
- Koniecznie weź go ze sobą.
Znałam język i mentalność ludzi, z którymi miałam zawrzeć porozumienie, dlatego podpisanie kontraktu przebiegło sprawnie i szybko.
Obecność mojego partnera bardzo się przydała, gdyż po wypełnieniu zadania handlowego doświadczyliśmy mnóstwa nieprzewidzianych przygód, w tym porwania, sprzedaży w niewolę, zmiany osobowości, trzęsienia ziemi oraz tsunami.
Niru jest brunetem o czarnych oczach, przystojnym, wysokim i sympatycznie urodziwym. Jednak w przeciwieństwie do mnie nie wyróżnia się specjalnie na tle ciemnookich i ciemnowłosych Katalonajczyków.
Mój wygląd stanowi prawdziwą mieszankę typów urody z trzech kontynentów. Po euredeńskiej matce Anicie Emerii odziedziczyłam żółte jak słoma, kręcone włosy, po afrabskiej babce księżnej Emirze - opaloną karnację, a po oriestańskiej babce księżnej Nargen - mocno skośny kształt jasnozielonych oczu. Może dlatego na wszystkich trzech kontynentach czuję się jak u siebie w domu. Przy czym, niestety, wszędzie jestem postrzegana jako nietutejsza.
*
Wezwani listem Anmud do natychmiastowego powrotu, odpłynęliśmy z Moranu na pokładzie katalonajskiej dżonki. Następnie pod eskortą agentek w służbie Anmud zostaliśmy przetransportowani do naszego domu w Topkinie, stolicy Katalonaju. Tuż przed bramą domostwa eskorta opuściła nas bez słowa wyjaśnienia, a dowódczyni na pożegnanie wręczyła mi list od Anmud:
Jo i Niru
Mam dla was bardzo ważne zadanie.
Jak uchronicie bombę przed ogniem,
jeszcze mnie usłyszycie.
Królowa Anmud I
- Anmud ma bardzo ważne zadania dla połowy mieszkańców Katalonaju - mruknął Niru.
- Ale posłuchaj, Niru, czy jej grozi jakaś bomba? Czy to nam grozi? - przestraszyłam się.
- Po naszej koleżance wszystkiego można się spodziewać. Kto bombami wojuje, od bomby ginie - mruczał Niru, układając na chodniku bagaże do wniesienia. - Jeszcze nie weszliśmy do domu, a już mamy przez nią kłopoty!
Anmud była w Katalonaju następczynią tronu wyznaczoną do objęcia władzy po śmierci jej ciotki, królowej Yen XXI. Ciotka jednak nadal żyła, a następczyni tronu nie zamierzała bezczynnie wyczekiwać na należne dziedzictwo. Przez ostatnie lata podróżowała pomiędzy państwami, zawierając korzystne sojusze. Uprawiała podstępną politykę, dokonując zaborów cudzymi rękami, napuszczając królowe na księżne, rząd na opozycję, czarne lobbystki na rząd oraz zlecając pewną liczbę morderstw. W rezultacie została królową w trzech krajach sąsiadujących z Katalonajem: Losayu, Tiganaju i Mongaju. Kraje te stały się regionami połączonymi w jeden organizm państwowy i nosiły teraz wspólną nazwę Katalonaj Losayski, Tiganajski i Mongajski, a moja przyjaciółka jako jedyna ich królowa przyjęła imię Anmud I. Będąc królową w trzech państwach, dążyła do wyznaczonego sobie celu. Chciała przed ukończeniem trzydziestu lat zostać władczynią imperium złożonego z dwunastu państw jako cesarzowa Anmud I Wielka.
W sąsiedztwie nie zastaliśmy Sigony ani jej rodziny. W domu powitała nas para starszych służących, Fan i jej mąż Fen. Z natury byli bardzo obowiązkowi i nawet pod naszą nieobecność nosili służbowe stroje koloru ciemnofioletowego z żółto-granatowymi lamówkami. Z siwymi włosami nakrytymi fioletowymi czapkami wyglądali bardzo elegancko. Wracając niespodziewanie i bez zapowiedzi, zawsze znajdowaliśmy dom i ogród w idealnym stanie. Tym razem też tak było. Skłonili się nam nisko, my również tradycyjnie się odkłoniliśmy. Fen był tak ucieszony, że wykrzyknął:
- Rano kury zniosły dwa zielone jajka, co konia z pudłem boryka, prędko sobie przypomniałem o tańcu, Fen, człowieku, słońca i księżyca nie oszukasz, pomyślałem!
Ukłoniłam się Fenowi z szacunkiem jeszcze raz.
- Niru, do cholery, o jakich kurach i koniach on gada? - wyszeptałam, dyskretnie osłaniając usta, ponieważ Niru, jako jedyny poza żoną Fena, pojmował zagmatwane wypowiedzi służącego.
Sąsiedzi i goście dostawali białej gorączki, próbując zrozumieć sens jego słów.
- Fen powiedział, że od razu był pewien, że to my, kiedy zobaczył powóz, bo już dwa dni temu miał przeczucie, że wrócimy - wyjaśnił.
- A o co chodziło z tym tańcem?!
Niru spojrzał na mnie z politowaniem.
- Że się bardzo ucieszył!
*
W liczącym milion mieszkańców mieście Topkinie, stolicy Katalonaju, mieliśmy ukochany dom z ogrodem, kupiony cztery lata temu. Dom został wspaniale urządzony przez mojego chłopaka, który chociaż był arystokratą pochodzącym z Serranu, wybrał los pełen przygód i niebezpieczeństw jako mój przyjaciel, kochanek i mąż.
Do kupna domu namówiła nas Sigona, ponieważ sąsiadował z jej domem i ogrodem. W ten sposób zabezpieczyła drogę ucieczki swoim bliskim na wypadek, gdyby nieoczekiwanie zostali zaatakowani przez jakieś napastniczki. Cztery lata temu Sigona była jeszcze ranisą*, skrytobójczą agentką, a w tym zawodzie wszystko mogło się zdarzyć.
- Mój mąż Jaśmin i trójka naszych dzieciaków będą mogli ocalić życie, przedostając się zamaskowanym przejściem do waszego ogrodu. A potem schowają się u was albo wymkną się na ulicę przez bramę wyjściową - uzasadniła swoją prośbę.
Znajomość z Sigoną niefortunnie zawarłam dwanaście lat temu, kiedy na skutek pomyłki Sigona nosząca pseudonim "Nagła Śmierć" oraz dwie inne skrytobójczynie, Ramlin i Arszenik, porwały mnie zamiast Anmud. Obie z Anmud miałyśmy wtedy po piętnaście lat i od tego czasu nasze losy związały się ze sobą na zawsze.
Niru również zaprzyjaźnił się z Sigoną, chociaż tak jak inni ludzie trochę się jej bał. Za to bardzo przypadli sobie do gustu z jej mężem Jaśminem, ich dwoma synkami i kilkuletnią córeczką Vihan, która nazywała go sese, drugim tatusiem.
Przez cały miesiąc podróży, a później pobytu w domu panował straszny upał, idealny, by ukryć się w ogrodzie w cieniu drzew, moczyć nogi w stawie i strumyku przepływającym przez ogród, rozkoszując się wspólnymi posiłkami na tarasie, wylegiwaniem się na trawie oraz dość częstym seksem w naszej sypialni.
Prawdę mówiąc, od zawsze każdy rodzaj intymnych kontaktów daje nam maksimum przyjemności i osiągając orgazm jednocześnie lub kolejno, zyskujemy nie tylko przyjemność, ale i doskonały nastrój na cały dzień.
Niru niedawno skończył dwadzieścia cztery lata. Gadatliwy, przyjaźnie nastawiony do całego świata, zawsze jest w dobrym humorze, nieustannie opowiada jakieś ciekawe historie i odgrywa zabawne scenki w różnych językach. Chętnie śpieszy każdemu z pomocą. Zgodnie z tradycją w krajach euredeńskich długie włosy nosi rozpuszczone, a w krajach oriestańskich związane w schludny koczek na czubku głowy. Zręczny i dość silny, wzrostem przewyższa większość mężczyzn. Zamyślony, często smukłymi palcami rozczesuje czarną grzywkę przysłaniającą mu ciemne oczy. Kiedy szczerzy białe zęby w uśmiechu, ukazuje dołeczki w policzkach w szczupłej twarzy o lekko orlim nosie i wysokich kościach policzkowych. Jego pocałunki pachną jeżynami.
Podoba się wszystkim kobietom, przez co kiedyś został porwany i ożeniony w odległym kraju Yonse, skąd jako wdowca cudem udało mi się uratować go przed śmiercią na stosie. Kiedy indziej, przebywając bez opieki w Euredenie, został zmuszony do seksu szantażem. Jestem przekonana, że ledwo stracę go na chwilę z oczu, natychmiast jakaś kobieta podstępem zgarnie go dla siebie.
Oczywiście mnie również zdarzały się co jakiś czas uczuciowe i cielesne związki z innym chłopakiem. Takie, niestety, są skutki życia pełnego przygód! Jednak wracaliśmy do siebie bogatsi o nowe doświadczenia i znów byliśmy razem.
- Jesteśmy ze sobą tak blisko, że trudno poznać, gdzie się jedno kończy, a drugie zaczyna - ocenił Niru.
*
Gospodarstwo Sigony prowadzą dwie wierne jej służące, milany* pozbawione damskich organów niezbędnych do prokreacji, co zgodnie z obyczajowością oriestańską upoważnia je do przebywania w bliskości mężczyzn należących do właścicielki domu. Lo i Lan od lat stanowią oficjalną parę. A pracujący w naszym domostwie starsi państwo są rodzicami Lo.
Pokazałam Fan i Fenowi list od Anmud. Lepiej od nas mogli się orientować, czy w domu został ukryty jakiś ładunek prochu, umieszczony na przykład w stosowanej przez agentki do podpaleń bambusowej rurze czy baryłce. Niestety, tak jak my, oni również nie mieli pojęcia, dlaczego Anmud ostrzega nas przed wybuchem bomby z powodu ognia.
- W naszym domu i domu naszej córki nie ma miejsca na niebezpieczne wybuchy! - zawołała z oburzeniem Fan. - Ani na bomby!
- Jednej nie wrzucę do ognia. Muszą być co najmniej trzy. Takie są moje zasady - powiedział jak zwykle bez sensu Fen i poszedł do ogrodu wyrywać chwasty.
Nie rozumiejąc sugestii Anmud i nie planując niczego, spędzaliśmy z Niru cudowne dni na lenistwie.
Niepokoiła nas jedynie wizja rujnacji naszego gospodarstwa z powodu nagłego wybuchu cholernej bomby.
Tradycyjne domostwo katalonajskie składa się z budynków skupionych wokół kilku dziedzińców. Wszystko otacza wysoki mur. Fan i Fen wygodnie mieszkają w pawilonie przy bramie wjazdowej, mieszczącym się w części gospodarczej obok kuchni, pralni i stajni. Stajnia służy dwóm wendonom* uwielbianym przez Fan. Wendony hoduje się w górskich krainach w Katalonaju. Trudno je porównać do koni, bo mają dłuższe nogi, lżejsze, smukłe ciało, długą szyję i główkę z grzywką spadającą na oczy. Fan rozmawia z nimi i codziennie każe im biegać w kółko po dziedzińcu luzem lub zaprzężone do tsynki*, by zachowały kondycję.
Dom, w którym my mieszkamy, otoczony ogrodem z każdej strony, stanowi typowy przykład architektury katalonajskiej. Lekki parterowy pawilon stoi na podmurówce z cegieł. Wysoki dach z niebieskiej dachówki wsparty jest na czerwonych słupach, a jego narożniki są wywinięte do góry. Trzy pokoje tworzą kształt litery C. W środku znajduje się otwarty zadaszony taras, z którego można wejść do wszystkich pomieszczeń. Duże okna z papieru kremowej barwy przesuwają się na szynach pomiędzy ścianami.
Mamy z Niru wspólną sypialnię z wielkim łożem na czterech nogach oraz bardzo nowoczesny przestronny minin* z toaletą, prysznicem i wanną do kąpieli oraz szafami na garderobę. Ja w swoim pokoju urządziłam gabinet lekarsko-apteczny, a Niru w swoim pracownię, w której zgromadził książki, mapy oraz przywiezione z różnych krajów materiały o astrologii, wróżbiarstwie, religiach. Na tarasie pod ścianą umocowany jest blat do podgrzewania posiłków, a pośrodku stoi stół do spożywania potraw, które przywożą z kuchni Fan i Fen. Jest to wygodne miejsce nie tylko do biesiadowania, ale i wypoczynku oraz przyjmowania gości. Cała rodzina Sigony, jej mąż Jaśmin, trójka ich dzieci oraz jej goście, chętnie przechodzą przez bramkę w ogrodzie i jadają razem z nami, nie pytając o naszą zgodę. Zdarza się, że nawet przynoszą jedzenie ze sobą.
Ogród przy domu jest tak skomponowany, że o każdej porze kolorowo kwitną lub owocują jakieś drzewa, krzewy lub wodne rośliny na niewielkim stawiku.
Przez parę nocy nawiedzały mnie koszmary o eksplozji rujnującej idealne piękno naszego domostwa.
- Nie wierzę, Niru, że w domu Sigony nie ma żadnych środków wybuchowych - skrytykowałam naiwność Fan. - Na pewno coś jej zostało z czasów, kiedy bandziorowała jako agentka. Przeszukajmy okolice przejścia z domostwa Sigony do naszego. Może tam na wypadek napaści ukryła jakąś bombę i powiadomiła o tym Anmud.
Przejrzeliśmy każdy zakamarek w pobliżu furtki między ogrodami, ale nie znaleźliśmy nic niepokojącego.
- A może bomba to tylko metafora, alegoria albo inna figura retoryczna, której sensu nie zrozumieliśmy i niepotrzebnie się martwimy? - Zatarłam dłonie z radości, co było moim zwyczajem od dzieciństwa.
*
Niru został wychowany w kulcie Najjaśniejszej Pani, która jest jedyną Boginią na całym kontynencie Euredenu, dlatego zawsze wybiera sobie lokalną boginię najbardziej do niej podobną. W Katalonaju jest nią In-anc, której świątynia znajduje się niedaleko naszego domu, a ponieważ szanuję jego duchowe potrzeby, zawożę go do świątyni, by mógł się pomodlić.
Mój chłopak pochodzi z arystokratycznej rodziny Alvarez mieszkającej w Serranie. Ma same siostry, niestety w domu nie zaznał miłości. Jako trzynastolatek wyjechał do szkoły zakonnej z internatem, potem został ożeniony i od razu porzucony przez żonę, po czym rodzina wymazała go z pamięci. Kiedy zamieszkaliśmy w Katalonaju, wysłał matce cenny prezent, opisał swoje losy i podróże, jednak nie wzbudził w niej cieplejszych uczuć. W odpowiedzi otrzymał list zawierający trzy linijki.
- Co napisała twoja mama? - spytałam nieopatrznie.
- W imię Najjaśniejszej Pani, bądź pozdrowiony, Niru. Rodzina ma się dobrze. Przybyło siedem wnuczek i trzech wnuków.
- I co jeszcze?
- Podpis: Hersinayanta Equazeteria Alvarez.
Biedny Niru, pomyślałam. Podpis dłuższy niż cały list.
Natomiast w mojej rodzinie Niru cieszy się miłością i podziwem. Mama i ojciec zachwycają się jego arystokratycznym pochodzeniem. Matriarcha rodu, babka Serena Emeria, uwielbia inteligentnych mężczyzn, dlatego Niru stał się jej ulubieńcem, chociaż znała go tylko z moich listów. W tym roku spotkali się po raz pierwszy osobiście i atrakcyjny chłopak spodobał się babce jeszcze bardziej. Byli nawet do siebie podobni, oboje wysocy i chudzi wyglądali jak babcia i wnuczek. Niru dostał od babki Sereny wiele prezentów i jeszcze po naszym powrocie do Topkinu lotną pocztą przyszła śliczna bransoletka zrobiona z niezwykłej materii. Babka jest właścicielką zakładów produkujących tkaniny o specjalnych właściwościach: niepalne, nieprzemakalne, świecące w ciemnościach i wiele innych.
Jak widać, ze strony matki pochodzę ze zwykłej mieszczańskiej rodziny. Jednak ze strony biologicznego ojca, o którym nic nie wiedziałam do osiemnastego roku życia, moimi babkami okazały się oriestańska księżna Nargen i afrabska księżna Emira, przy czym dziadek i ojciec byli niewolnikami Emiry. Jednak los księżnej był mi pisany, ponieważ księżną tytularną w Oriestanii zostałam w nagrodę za uratowanie życia królowej Katalonaju, a tytuł contessy w Euredenie otrzymałam za odnalezienie z narażeniem własnego życia kochanka królowej Moranu.
Moje zdanie na temat szlachectwa nie nadaje się do wymówienia na głos na żadnym kontynencie i w żadnym towarzystwie, w którym kiedykolwiek bywałam. Dlatego nikomu go nie zdradzam. Oględnie mówiąc, zawiera się w dwóch słowach: "gówno warte".
*
Niepokojąca, a nawet niebezpieczna była nieznajomość sensu ostrzeżenia Anmud dotyczącego bomby. Cały czas przeszukiwaliśmy wszystkie budynki, sprawdziliśmy, czy w więźbie dachowej pomiędzy belkami nie spoczywa ukryty ładunek wybuchowy, dla niepoznaki zawinięty w jedwab lub schowany w pudełku, zajrzeliśmy pod wszystkie krzaki w ogrodzie, rozgrzebaliśmy kupki kamieni. Nigdzie nie znaleźliśmy śladu zagrożenia.
- Słuchaj, Niru, przyszedł mi do głowy taki szalony pomysł. Przeczytaj Fenowi jeszcze raz list od Anmud. Może on znajdzie w nim jakiś sens? Pokrętne umysły funkcjonują na podobnych zasadach!
Fen po ponownym wysłuchaniu listu odczytanego przez Niru spojrzał na nas ze zdziwieniem.
- Trza wyciągnąć wiadomość z bomby - wyjaśnił.
Po czym skłonił się i wskazał kuchenny blat służący do podgrzewania i przygotowywania lżejszych posiłków na dziedzińcu. Pod ścianą między garnkami stał kulisty gliniany wazonik pomalowany kolorowymi farbkami przez dzieci. Wazon był kiedyś pojemnikiem, który wypełniony naftą, miał posłużyć agentkom do spalenia wyznaczonego celu podczas ataku, ale się nie stłukł i niczego nie podpalił. Opróżniony z nafty stał w ogródku razem z glinianymi doniczkami, dopóki dzieci Sigony nie przejęły go w swoje posiadanie, pokryły malowidłami motyli i kwiatów i ustawiły na blacie.
Wrzucały do wazonu karteczki z rysunkami i życzeniami wyrażającymi prośby do ulubionych bóstw i bogiń. Co jakiś czas Fen wyciągał je ze środka i zgodnie z obrządkiem spalał w ogniu kuchennego paleniska. Trzy lata temu Anmud przez parę tygodni mieszkała u Sigony, więc znała zwyczaje dzieci.
- Królowa napisała o bombie i ogniu. Ale ja do ognia nie mogę wrzucić jednej kartki. Muszą się uzbierać co najmniej trzy! Od początku było umówione, troje dzieci, trzy życzenia, trzy kartki. Takie są moje zasady!
Natychmiast sięgnęłam po wazon i wyciągnęłam papier ze środka. Spojrzeliśmy z Niru na siebie. Skłoniliśmy się głęboko Fenowi, dziękując za pomoc.
- Wieczorem przyniosę prezent w nagrodę za rozwiązanie zagadki! - obiecał Niru.
Kiedy służący opuścili taras i ruszyli w kierunku swojego mieszkania, ze szczęścia rzuciliśmy się sobie w ramiona.
- Jesteśmy uratowani! - wykrzyknęłam, machając kartką w powietrzu.
- Dobra, czytaj! - ponaglił mnie Niru.
Spojrzałam na nabazgroloną wiadomość i mina mi zrzedła.
Jo i Niru
Siedźcie w domu, przyślę po was moich ludzi.
Królowa Anmud I
- Nie mogła napisać tego od razu w pierwszym liście, wariatka jedna?
- Powaliła mnie na kolana swoją cesarsko-imperialną strategią! - jęknął Niru.
Zgodnie z rozkazem pozostało nam cierpliwie czekać. Jeszcze kilka dni, a może parę miesięcy.
- Cieszę się, że jesteśmy tu sami - powiedział nagle uradowany Niru. - Właściwie nigdy dotychczas nie byliśmy całkiem sami. Zawsze kręcili się wokół nas jacyś ludzie, którzy lepiej od nas wiedzieli, co powinniśmy mówić i robić. Umówmy się, że to będzie nasz oriestański miodowy miesiąc. Należy udać się do sypialni i właściwie wykorzystać sprzyjającą okoliczność.
Ruszyłam za nim, podziwiając zgrabną sylwetkę mojego partnera. Niru szybko nauczył się języka, obyczajów i etykiety oriestańskiej. Nie potrafił jedynie rozstać się z obcisłymi euredeńskimi ubiorami. Kiedy byliśmy sami, długie czarne włosy nosił swobodnie rozpuszczone do pasa.
- Jo, no spójrz, moje plecy ładnie przechodzą w kształtny tyłek i zgrabne nogi. Dlatego muszę nosić stroje, które podkreślają urodę ciała! Marnotrawstwem by było przykryć je obszernymi jak namioty ubiorami oriestańskimi.
- Na dodatek jest straszliwie gorąco! Spociłam się od tego żaru, który od miesiąca leje się z nieba - powiedziałam, rozrzucając ubranie na trawie. - Rozbieraj się. Będziemy chodzili na golasa.
- Przecież mężczyźnie nie wypada pokazywać się nago w ogrodzie. Co, jeśli służba zobaczy?
- Przed chwilą powiedziałeś, że jesteś dumny ze swojego tyłka.
- A jeśli akurat będę stał przodem?
- Ooo, z twojego przodu może być dumna cała Oriestania!
- Przekonałaś mnie, zdejmuję wszystko.
- Pamiętam, kiedy nosiłeś stroje yonseńskie. Nie tylko przylegały do ciała, ale i były półprzezroczyste. Samo wspomnienie twoich ud prześwitujących przez ażurowy błękit może wywołać orgazm.
- Wywołajmy ten orgazm czymś lepszym niż wspomnienia! - zaśmiał się Niru i pędem pociągnął mnie do sypialni.
Czas mijał nam przyjemnie. Po paru dniach leniuchowania wymyśliliśmy plan wizyty w pałacu królewskim. Miałam tam wspólny z Anmud apartament, gdzie jako nastolatki mieszkałyśmy na stałe. W apartamencie znajdował się sejf, w którym chciałam umieścić część złotych monet o wartości ośmiuset tysięcy flogenów przywiezionych z Euredenu.
Ważne dla medycznej praktyki były również odwiedziny w mającej siedzibę w pałacu Królewskiej Izbie Lekarskiej, do której należałam. Chciałam przypomnieć królewskim lekarkom o swoim istnieniu i usłyszeć najnowsze plotki ze świata medycyny oraz arystokracji pałacowej.
Rankiem poprosiłam Niru, by wraz z Fenem przygotował tsynkę i wendony do jazdy.
Ponieważ służąca Fan wyszła na targ, Niru był jedyną osobą, która potrafiła porozumieć się z jej mężem.
- Gdyby uciekając przed kotem, wszystkie myszy z naszej stajni chciały jednocześnie wspiąć się na drzewo i zobaczyć stamtąd, ile zostało do zachodu słońca, mogłyby to odgadnąć? - spytał Fen, wyprowadzając wendony ze stajni.
- Otwieraj bramę! Na kolację! - odpowiedział Niru, jasno udowadniając, że tylko on jest w stanie ogarnąć skomplikowane meandry umysłu Fena.
Niru uwielbia jazdę tą lekką, dwukołową, dwuosobową bryczką, zwaną tsynką. Zawsze usiłuje przechwycić lejce, chociaż powożenie przez mężczyznę może się spotkać z potępieniem na ulicy. Ponieważ Niru jest bardzo ładnym młodzieńcem, zwykle agresywne wyzwiska zmieniają się w wyrazy uznania dla jego urody.
- Hej, śliczny, zabiorę cię na przejażdżkę po sypialni!
- Hej, młody, pogalopujemy na twoim dyszlu!
Niedawno wróciliśmy z Euredenu i podczas jazdy ulicami Topkinu porównywaliśmy miasta euredeńskie z katalonajskimi. Topkin, stolica Katalonaju, posiada milion mieszkańców. Jest to niewyobrażalna liczba dla ludzi z krajów euredeńskich, w których stolice liczą mniej niż sto tysięcy mieszkańców, a zwykle około pięćdziesięciu tysięcy. Takie euredeńskie metropolie w Katalonaju byłyby prowincjonalnymi miasteczkami.
Na zakończenie wycieczki po stolicy Niru przez pół godziny modlił się w świątyni jego ulubionej bogini In-anc. Ja w tym czasie odebrałam dostawę cetyngi zamówioną u zaprzyjaźnionej farmaceutki. To niesłychanie rzadki, cenny jak złoto lek, który likwiduje stany zapalne na skórze oraz we wnętrzu organizmu człowieka. Cetynga jest mało znanym ziołem, które poddane skomplikowanym procesom pleśnienia i obróbki termicznej uzyskuje cudowne właściwości. Dzięki niej uratowałam życie wielu ludziom.
Wszystkie plany udało nam się zrealizować z sukcesem.
- Co miał na myśli Fen, mówiąc o kotach i myszach na drzewie? - spytałam, kiedy już dojeżdżaliśmy do domu.
- Fen nigdy się nie przyzna, że jest czymś osobiście zainteresowany, lecz użyje metafory. Pytał mnie, o której wrócimy.
Niru nie tylko posiadał wyjątkową przenikliwość umysłu, ale był również wykształcony. Jako nastolatek spędził kilka lat w szkole klasztornej prowadzonej przez zakonnice. Potrafił sporządzać kosztorysy inwestycji, mówił czterema językami i przewyższał rozumem wszystkich znanych mi mężczyzn, a nawet wiele kobiet. Mężczyźni, jak to mężczyźni, mieli ograniczone umysły właściwe ich płci, zwykle nie potrafili nawet czytać i pisać, a całe życie upływało im w czterech ścianach domu na prowadzeniu gospodarstwa i wychowywaniu dzieci. Szczególnie w zamożnych dworach i pałacach, gdzie służba wykonywała za nich wszystkie prace, mężczyźni spędzali czas na strojeniu się, fryzowaniu włosów i paplaninie z innymi równie nudnymi mężczyznami.
Po czterech tygodniach miesiąca miodowego nagle do wrót znów zastukały agentki Anmud. Kazały nam natychmiast się spakować i przygotować do podróży eleganckim powozem, który dostarczyły pod dom. Powóz miał na dachu miejsce do ułożenia bagaży, wygodne wnętrze wypełnione miękkimi poduszkami oraz stoliczek do spożywania posiłków i do pisania. Agentki poinformowały nas, że pojedziemy do Xiuni, stolicy państwa Rej, w której spotkamy się z królową Anmud.
Rozdział 2
Moje cztery najlepsze przyjaciółki
Wczesnym wieczorem, w towarzystwie Anmud i trzech zaprzyjaźnionych od lat agentek, siedziałam w ogrodzie, oganiając się od natarczywych niebieskich nocnych motylków. Motyle krążyły wokół słodko pachnących kwiatów drzewa koliny*, ale zaciekawione przylatywały co jakiś czas obmacać długimi tutkami nasze głowy i ręce. Byliśmy w gościnie u zawrotnie bogatej rodziny Li mieszkającej w Reju, dalekowschodnim państwie, w którym znalazłam się pierwszy raz w życiu. Skończyły się upały, zbliżała się pora deszczu, ale na razie w ciągu dnia pojawiała się jedynie lekka mżawka, dlatego wieczorami powietrze było świeże i zachęcało do przesiadywania w ogrodzie.
Zdziwiły mnie stroje noszone w Reju. W Katalonaju szaty są obcisłe w ramionach, a obfite poniżej. Kobieta w ciąży czy brzuchaty mężczyzna specjalnie nie wyróżniają się z tłumu, ponieważ prezentują się podobnie jak młode, szczupłe osoby. Okazało się natomiast, że ubrania noszone na południu Oriestanii są wykonane z powiewnych, przylegających do ciała materiałów. Damskie kaftany są długie, prawie jak płaszcze. Natomiast męskie bluzki opinają klatki piersiowe, a spódnice i suknie mają pasek w talii, dzięki czemu biodra i uda nabierają kształtu. Co więcej, ludzie tutaj uwielbiają wzorzyste materiały w jaskrawych barwach.
Na podłużnym stole z ciemnego drewna ustawiono przekąski i alkohole w porcelanowych czarkach, a między nimi leżały rulony i dokumenty potrzebne do prezentowania tematu. Zasiadałyśmy na eleganckich czarnych krzesłach, a nie na poduszkach ułożonych na ziemi, jak to bywało w zwyczaju wielu państw w Oriestanii.
- Spójrz na mapę, Jo - zwróciła się do mnie Anmud. - Z wszystkich tu obecnych tylko ty nie poznałaś jeszcze moich projektów na przyszłość. Ale zegar biologiczny nieustannie mnie ponagla, bo jeszcze przed trzydziestką zaplanowałam zostać cesarzową imperium!
- To nieodwołalny termin? - spytałam rozbawiona jej pewnością siebie.
- Oczywiście! Spójrz na mapę! - Czarne skośne oczy Anmud zwęziły się jeszcze bardziej; rozgryzła suszoną figę i zmiażdżyła ją zębami. - Moje imperium będzie się składało z dwunastu państw. Dwanaście państw dzieli się na trzy grupy: Zachód, Centrum, Wschód. Rządzą tam bogate rody: Hon, Li i Sej. Każda grupa składa się z czterech państw. Do grupy Zachód (ród Hon) należą znane ci państwa: Katalonaj, Losay, Tiganaj i Mongaj. Do grupy Centrum (ród Li) należą cztery królestwa: Tsej, Rej, Ohsej i Nesej. A do grupy Wschód (ród Sej) należą Mansij, Ansij, Usej i Sej.
- Wszystkie nazwy mi się pomieszały, Esej-Sresej. Jesteś w stanie zapamiętać, co już podbiłaś, a co jeszcze musisz podbić?
- Zachód mam opanowany. Należy do mnie. Jestem tam królową w trzech państwach, a w czwartym następczynią tronu.
- Co z Centrum?
- Centrum to łatwizna. W każdym z państw mieszkają przedstawicielki straszliwie bogatej rodziny Li. Przyjaźnimy się, bardzo mi pomagają i tylko czekają, aż królowe trafi szlag i ja przejmę koronę.
- A Wschód?
- Na Wschodzie w każdym z tych czterech państw przetrwał na tronie ród Sej, ale w jakiś zboczony sposób. Liczę na twoją pomoc w tej sprawie.
- Nic nie zapamiętałam.
- Zrobię ci sprawdzian: W jakim państwie jesteśmy?
- Rej.
- Jak się nazywa grupa?
- Grupa Centrum, cztery królestwa: Tsej, Rej, Ohsej i Nesej.
- Jaki ród jest tu najbogatszy?
- Rodzina Li.
- Wszystko zapamiętałaś. A co jest na Zacho...
- Słuchaj, Anmud - wtrąciła się nagle Arszenik, tak przejęta, że aż wstała z krzesła. - Czy ty uprawiasz seks z tym swoim Kotlecikiem?
- Pulpecikiem - poprawiła ją Ramlin, ukazując w uśmiechu niebieskie zęby, jaskrawo pomalowane zwyczajem kobiet mieszkających w górskiej prowincji Cing. - Właśnie, mnie to też ciekawi. Zamierzasz chyba niedługo urodzić jakieś następczynie tronu dla swojego imperium? Córki trzeba bardzo wcześnie zacząć kształcić, jeśli mają zarządzać tak wielkim terytorium.
- Dajcie spokój - zgasiła je Sigona, wygodnie prostując pod stołem długie nogi w plecionych sandałach. - Dziewczyna jeszcze nawet nie jest w ciąży, a wy już układacie przyszłość jej córkom.
Z wyjątkiem Ramlin wszystkie moje przyjaciółki były wysokie i mocno zbudowane, jak przystało na skrytobójcze agentki. Miały wyraziście katalonajskie rysy, skośne ciemne oczy, czarne włosy i żółtawą cerę typową dla mieszkańców tej części Oriestanii. Bardzo się od nich różniłam swoją raczej drobną, chociaż zwinną i silną budową ciała, głową pełną jasnych loków i co prawda skośnymi, lecz jasnozielonymi oczami w ciemnej oprawie.
- Ale powiedz otwarcie. Fiku-miku z tym swoim mężem? - nie dawała za wygraną Arszenik, szarpiąc niecierpliwie włosy związane w koński ogon i pochylając się nad siedzącą spokojnie Anmud.
Od kiedy pamiętam, Arszenik zawsze interesowała się seksem i mężczyznami i nieustannie wikłała się w jakieś miłosne afery. Walka, mężczyźni oraz wyścigi tsynek i rydwanów były jej żywiołem. Anmud jako nastolatka uwielbiała ją. Spędzały razem całe dnie, pojedynkując się na miecze, noże czy dzidy. Teraz Arszenik osiągnęła wiek trzydziestu paru lat i traktowała Anmud jak młodszą, głupkowatą siostrę, nie bacząc na fakt, że ma do czynienia z królową. Arszenik z czarnymi włosami zawsze związanymi w koński ogon, wysoka, zgrabna, piękna, prezentowała się równie atrakcyjnie w salonach, jak i w walce. Jedyną jej wadą było to, że nie grzeszyła rozumem i szybciej mówiła, niż myślała.
- Ja na przykład mam córki mieszkające pod opieką ojców, rodziny i nianiochów* w różnych miastach Katalonaju i Mongaju. Stanowią przedstawicielstwo naszego rodu. Możesz zrobić to samo - doradziła przyszłej cesarzowej Ramlin. - Córki umieścisz w różnych miastach podbitych państw wraz z opiekunkami w roli ich regentek.
Ramlin, w niebiesko-zielonym stroju dobranym pod kolor zębów, z włosami spiętymi w koczek, nieduża, pulchna, wesoła, z wyglądu niezwykle przyjazna, pochodziła z mafijnej rodziny trucicielek. W wieku trzydziestu kilku lat miała na sumieniu tłum spoczywających w pokoju dusz. Ze względu na mafijne koneksje obowiązywał ją zakaz wstępu do pałacu królowej Yen XXI w Katalonaju, ale Anmud, jako królowa trzech innych państw, podniosła ją do rangi księżnej i często wysyłała z misją na królewskie dwory w krajach, które planowała podbić.
- Nie musisz sobie zawracać głowy ciążami i rodzeniem. Zrób tak jak ja, zaadoptuj jakieś królewskie dzieci i nadaj im swoje nazwisko oraz prawo do dziedziczenia. - Sigona lekceważąco machnęła ręką, demonstrując czarne czaszki wytatuowane na przedramieniu.
Bardzo wysoka i barczysta Sigona, najstarsza z moich przyjaciółek, była już po czterdziestce. Czarne lśniące włosy nosiła przycięte na wysokości ucha. W młodości straciła w walce prawe oko i osłaniała bliznę czarną przepaską. Brak oka nie obniżył jej skuteczności w zabijaniu, i w środowisku znana była pod przydomkiem "Nagła Śmierć", nadanym jej przez inne agentki. Ona również, jak Ramlin i Arszenik, otrzymała tytuł księżnej od Anmud. Parę lat temu poślubiła Jaśmina, mojego przyjaciela z czasów dzieciństwa, i adoptowała dla niego trójkę dzieci, żeby miał w domu pozycję ojca rodziny. Przypadkowo znalezione dzieci okazały się potomkami rodziny panującej w Yonse. Sigona pokochała je i uznała, że zostały jej zesłane przez Niebo i boginie. Nie wiem, jakie boginie, ponieważ Sigona nie cechowała się pobożnością, wierząc, że przyszłość należy sobie samej wywalczyć mieczem, nie modląc się o pomoc do nikogo.
- Małżeństwo z Pulpecikiem, synem królowej Ytrisil, umożliwiło mi odziedziczenie tronu w Losayu - tłumaczyła się poirytowana Anmud, gryząc ze złością kolejną figę. - Jednak współżycie z moim mężem byłoby krępujące, ponieważ jest on niesamowicie podobny do swojej matki. Chciałybyście uprawiać seks z teściową po jej śmierci?
- Fruskn'srk* - zaklęła Sigona. - To już nie tylko kazirodztwo, ale i nekrofilia!
Ramlin, bardzo przesądna i religijna, zrobiła dłonią za plecami znak odganiający uroki.
- Nie żartuj, Anmud - obruszyła się Arszenik i z powrotem usiadła na krześle. - Jak ci nie pasuje krokiecik, znajdź sobie do łóżka innego misiaczka z królewskiej rodziny. Tego kwiatu jest pół światu!
Zdziwiła mnie postawa Anmud. Sądziłam, że podobieństwo męża do jego matki Ytrisil raczej zachęci ją do miłosnych uniesień.
- Dlaczego ściągnęłaś mnie i Niru do Reju? - spytałam. - Jesteśmy ci do czegoś potrzebni?
- Jesteście mi niezbędni. - Anmud wskazała mnie palcem.
Mówiła w liczbie mnogiej, chociaż Niru, prawnie mój mąż w Afrabii i Euredenie, a w Oriestanii jedynie partner, był nieobecny na spotkaniu, jako że nie zapraszało się mężczyzn na spotkania o charakterze ściśle politycznym, a dzisiejsza rozmowa najwyraźniej zmierzała w tym kierunku.
- Słuchaj, Jo, w sensie ogólnym chodzi o to, że tam, gdzie ty się pojawiasz, królestwa upadają, rządy się likwidują, narody się burzą i zmienia się tysiącletnia historia państw - wyjaśniła Anmud i poszukała spojrzeniem wsparcia u naszych przyjaciółek, które kiwnęły głowami na potwierdzenie.
Sigona nawet zaklaskała.
- A ja potrzebuję spontanicznych zmian w historii świata, żeby zrealizować swoją strategię.
- Zwariowałaś? - Postukałam się w czoło.
- Jestem twoją królową, więc się zachowuj - zganiła mnie Anmud. - Taki mam dla ciebie plan na przyszłość.
Anmud wskazała dłonią Sigonę, Ramlin i Arszenik.
- Nasze przyjaciółki idą spać, a my jeszcze przez chwilę porozmawiamy.
Rozdział 3
Niezbędne wyjaśnienie, w jaki sposób Anmud planuje podbić świat
Kiedy zostałyśmy same, Anmud nalała sobie czarkę wina i wypiła jednym haustem. Potem ściągnęła kaftan i w żółtym świetle lampionów pokazała mi tatuaż na plecach, przedstawiający jakiś zagadkowy nieregularny kształt. Powyżej kształtu widniał symbol Sej, a poniżej symbol Hon. Nigdy przedtem nie widziałam u niej tego tatuażu.
- Ten znak jest tatuowany na plecach potomków rodu Sej od kilkuset lat. To jest mapa ukazująca granice mojego imperium. Obejmuje zasięgiem obszar, który obecnie jest podzielony na dwanaście państw. Granice między państwami nie są wytatuowane, ponieważ na przestrzeni wieków nieustannie się zmieniały.
Tatuaż z wyglądu bardziej kojarzył się ze starą szmatą do podłogi niż z mapą imperium. Symbol nad szmatą oznaczał nazwę starożytnego cesarskiego rodu Sej. Symbol pod szmatą oznaczał nazwę królewskiego rodu Hon panującego w Katalonaju, a także w Losayu, Tiganaju i Mongaju.
- Czy pamiętasz, że gdy miałam dziewiętnaście lat, powiedziałam ci, że chcę podbić świat? Jak sądzisz, skąd nastolatce zamkniętej przez pół życia w klasztorze w górskim zadupiu mogła przyjść do głowy taka idea? - Anmud parsknęła sarkastycznym śmiechem. - To robota mojej ciotki, królowej Yen Dwudziestej Pierwszej, która wytłumaczyła mi, że nasz ród Hon wywodzi się z rodu Sej, rządzącego siedemset lat temu całą cywilizowaną Oriestanią. I przeznaczeniem każdej władczyni jest przywrócenie tych starożytnych granic. Ale ponieważ jak na razie żadna z dotychczasowych królowych nie miała talentu i rozmachu niezbędnych do wielkich czynów, właśnie ja podjęłam się tego zadania.
- Zaszokowałaś mnie potęgą swojego rozmachu i talentu, Anmud. Ale nadal nie wiem, po co mnie tu wezwałaś.
- Miałaś w dzieciństwie tarsyńskiego nianiocha, studiowałaś w tarsyńskiej akademii, a kiedy mieszkałaś w Yonse, przyjaźniłaś się z tarsyńską namiestniczką Salinah.
- Słowo "przyjaźniłaś się" to przesada. Tarsynki są podstępne i fałszywe.
- I o to chodzi! Bo ja mam spotkanie z namiestniczką Salinah. Ona teraz nosi tytuł Wicekrólowej Tarsynii Na Terenach Oriestanii. Ty ją znasz osobiście, posługujesz się językiem tarsyńskim jak własnym i znasz się na dwulicowej naturze afrabskich skurwacór z Tarsynii. Będziesz obecna podczas negocjacji i zorientujesz się, czy wszystko przebiega zgodnie z naszym planem i czy Tarsynki nie szykują jakiegoś podstępu.
Nalałam sobie czarkę wina i odgoniłam niebieskiego motylka, który też chciał spróbować łyczek alkoholu. Wyglądało na to, że Anmud ma straszną ochotę na dłuższą pogawędkę.
- Namiestniczka Salinah przybędzie tu, do stolicy państwa Rej, ponieważ prowadzimy bardzo ważne pertraktacje - wyjaśniła. - A tak się złożyło, że królowa mężczyzna państwa Ohsej chce kupić od Tarsynek obszar nad Morzem Hoa, więc przy okazji umożliwiłam temu bałwanowi spotkanie z namiestniczką Salinah.
- Królowa mężczyzna, czyli mąż królowej Ohseju?
- Nie. Królowa mężczyzna to mężczyzna, który jest monarchinią Ohseju.
- I nie jest mężem królowej, tylko sam króluje? Czy to możliwe?
- W czterech królestwach: Tsej, Rej, Nesej i Ohsej rodziny królewskie są tak zdegenerowane, że wszystkie królowe chorują na ciele lub umyśle, w dodatku to seryjne morderczynie. Zdarzają się więc sytuacje, kiedy z braku królowych przez parę miesięcy figurancką monarchinią zostaje jakiś mężczyzna z rodziny. To i tak lepiej, niż gdyby ukoronowali tresowanego królika z pałacowej hodowli. He, he.
- Pierwszy raz w życiu słyszę o takim dziwactwie.
- Wróćmy do Morza Hoa.
- Ale na twojej mapie granice w rejonie Morza Hoa ma państwo Rej, a nie Ohsej.
- Widzisz, jaka jesteś mądra i przenikliwa! Od razu się zorientowałaś!
- Zorientowałam się?
- Wyczułaś, o co chodzi! Jeszcze niedawno "cztery królestwa" były rządzone przez cztery królowe. Ale dzięki mojemu talentowi do namawiania każda z królowych uwierzyła, że to ona może podbić pozostałe państwa i zostać jedyną władczynią na obszarze czterech zjednoczonych królestw.
- I co dalej?
- Państwo Rej już podbiło i wymazało z mapy państwo Tsej. Za chwilę głupkowaty królowa mężczyzna Ohseju ukatrupi swoją znienawidzoną przyrodnią siostrę, królową Reju. I na to tylko czeka państwo Nesej, którego królowa przejmie Rej i Ohsej, wymorduje w komplecie obie rodziny królewskie do trzeciego pokolenia i obejmie władzę na całym terytorium dawnych czterech królestw.
- Królowa Neseju zwierzyła ci się ze swoich planów?
- Królowa Neseju już dostarczyła mi cztery tysiące niewolników do pracy przy budowie Selihonu, mojej przyszłej stolicy, i prowadzących do niej dróg, a wkrótce przyśle kolejne osiem tysięcy oraz wyłoży następne fundusze na drogi, które ja błyskawicznie buduję ze swoimi brygadami. Ona nie negocjuje ze mną, tylko z moimi ludźmi. Jest przekonana, że jestem uzdolnioną budowniczą na usługach magnackiej rodziny Li. Widziała mnie ze dwa razy w życiu i bardzo polubiła, ponieważ nie wie, że jestem królową. Wie natomiast, że nowe drogi niesłychanie ułatwią jej podbój krajów, które zamierza przejąć.
- I nie domyśla się, że to nie dla niej budujesz te drogi?
Anmud przejechała palcem po mapie.
- Jakoś nie przyszło jej do głowy, że buduję je dla siebie! Spójrz na mapę! Stworzę najszybsze w historii świata bezpośrednie połączenie między dwunastoma państwami położonymi od wschodu do zachodu. A pośrodku tej trasy jakiś czas temu rozpoczęłam budowę miasta - stolicy mojego imperium. Jego nazwa pochodzi od nazw trzech najpotężniejszych wspierających mnie rodów Sej, Li i Hon. Ponieważ "j" wymawia się tylko na końcu wyrazu, a w środku jest nieme, nazwa stolicy brzmi więc: Selihon.
Uśmiechnęła się przewrotnie.
- Moje obecne nazwisko brzmi: Anmud Hon Li Sej. Li dodałam sobie po ciotecznej babce Regentce Li. Pamiętasz ją?
- Doskonale pamiętam Regentkę Li. To ona ukryła cię w Klasztorze Tamawere. Mistrzyni polityki. Dziel i rządź, pochwaliłaby cię.
- Chwytasz bez słów.
Anmud niedbale wzruszyła ramionami. Odchyliła się do tyłu i uderzyła dwa razy głową w wysokie oparcie krzesła, zamykając temat.
- Teraz musimy się dogadać z tarsyńską namiestniczką Salinah w kwestii Nowej Oriestanii i Nowej Tarsynii. Uzgodnimy wspólną pokojową atmosferę do podbojów obu obszarów i podpiszemy pakt o nieagresji. Ja zagarniam obszary dwunastu państw w północnej Oriestanii sięgających od północy do Morza Żółtego, a ona państwa Yonse, Ese i Indese sięgające do Morza Żółtego na południu. W razie potrzeby będziemy się wspierać i pomagać sobie nawzajem. - Anmud przesunęła palcem po mapie. - Cztery państwa Katalonaju są już moje, pozostałych osiem państw też niedługo będzie należeć do mnie. Jak ci się podoba nazwa Wielkie Imperium Katalonseju?
- Postulaty twoich kampanii brzmią jak marzenia siedmiolatki planującej złodziejską wyprawę do ogrodu sąsiadki.
- Kryształ jest w kwiecie lotosu, a prawda tkwi w prostocie! Ty wiesz, jak rozkroić brzuch i zrobić operację, a ja nie mam o tym pojęcia. Ja wiem, jakie osoby trzeba zabić, żeby przejąć państwo, i jak sformować wierny i oddany mi rząd, o czym ty nie masz pojęcia. Dla ciebie nie muszę się wysilać na powagę cesarskiego majestatu i przemawiać dobitnie i rozkazująco jak prawdziwa królowa. Jesteśmy kumpelkami! - Anmud ze śmiechem wyciągnęła rękę i walnęła mnie w ramię.
Mimo wszystko uczciwie muszę przyznać, że nawet największe wygłupy, trywialne przechwałki Anmud oraz jej niedbale rzucone ze śmiechem pomysły zawsze z upływem czasu przemieniały się w czyny i stawały się kolejnymi rozdziałami w historii państw.
- Bijemy się? - spytała rozochocona, przysuwając swoje krzesło do mojego.
- Chyba mnie pomyliłaś z kimś innym. Może z Arszenik?
- Gdzie, takiego kurdupla miałabym pomylić z osobami słusznej wielkości jak my?
Anmud, Arszenik i Sigona wszystkie miały wysokie, atletyczne sylwetki i nawet z daleka wyglądały jak skrytobójcze agentki, którymi były całkiem niedawno.
- Cóż, jednym poszło w krzepę, innym w rozum - mruknęłam. - Mogę ci od ręki zoperować migdałki. Chcesz? Mam skalpel przy sobie.
- Nie obrażaj się, Jo. Doskonale wiem, że dobra lekarka warta jest najdroższych klejnotów.
Anmud objęła mnie ramieniem i przytuliła. Jako nastolatki byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.
- Wytłumaczę ci teraz, ile zdążę, bo jestem nieustannie zajęta i potem nie będę miała już czasu. A powinnaś znać w zarysie moje plany, ponieważ w niektórych punktach procedury budowy imperium odegrasz strategiczną rolę, którą ci wyznaczyłam. - Przesunęła mapę po stole i pokazała palcem zasięg przyszłego imperium.
- Mów. Płonę z ciekawości - zadrwiłam.
Anmud się roześmiała. Jako królowa nieczęsto słyszała głosy pozbawione pochlebstw, albo w ogóle ich nie słyszała. Zdawałam sobie sprawę, że czasy, kiedy byłyśmy zwyczajnymi dziewczynami, dawno minęły. Anmud została królową, osobą wszechwładną, której bały się całe narody, a poddane mogły stracić życie, jeśli była niezadowolona z ich pracy. Sama zabijała i rozkazywała swoim strażniczkom, szpiegom, agentkom i skrytobójczyniom zabijać tych, którzy stali jej na drodze.
Ale ja, o dziwo, nie czułam przed nią strachu ani nie okazywałam szacunku, nawet minimalnego respektu - nadal była dla mnie tą samą, nieco szurniętą Anmud.
- Dobre to wino - powiedziałam. - Mogę poprosić o więcej?
Wskazałam służącej pustą karafkę. Wino, które przyniosła, miało doskonały smak.
- Pamiętasz, Jo, jak popłynęłaś na Kerydę tylko na jeden tydzień, a wróciłaś po czterech latach? Ja te cztery lata przeznaczyłam na uzyskanie wiedzy o moim przyszłym imperium.
- Miałyśmy wtedy dziewiętnaście lat i ty pojechałaś do Losayu, żeby zgłębić naukę o zarządzaniu państwem u królowej Ytrisil. Tak?
- Ytrisil była znana w świecie ze swojej mądrości. I urody oczywiście - szepnęła Anmud z krzywym uśmieszkiem, unosząc w górę lewy kącik ust w sposób, który był jej charakterystyczną cechą, od kiedy pamiętam.
Anmud w skrytości ducha bardzo długo rozpaczała po śmierci swojej ukochanej mentorki Ytrisil.
- Kiedy przedstawiłam jej zamiar uzyskania panowania na terenie Oriestanii wytatuowanej na moich plecach, była zachwycona tą ideą. Jej umysłowość funkcjonowała błyskawicznie i ogarniała temat z góry jak szybujący orzeł. Patrząc z wysoka, widziała równie dobrze szeroki horyzont, jak i drobne szczegóły na ziemi.
- Polubiła cię?
- Jej starsze córki zginęły w wypadku, a młodsze były dotknięte chorobą motylków i skazane na wieczne dzieciństwo. Była śmiertelnie chora i nie miała komu przekazać władzy. Obiecała, że jeśli poślubię jej syna przezywanego "Pulpecikiem", wyznaczy w testamencie jego żonę na następczynię tronu. I kazała mi natychmiast wyruszyć w podróż do krańców Morza Żółtego, by poznać wszystkie kraje mojego przyszłego imperium oraz wybrać w centralnej części miejsce na przyszłą stolicę.
- Zbzikowałaś. Nie da się ogarnąć tego terytorium. Z Katalonaju część drogi tarabaniliśmy się z Niru przez wiele dni po jakichś zadupiastych ścieżkach, na piechotę albo wiezieni na katalonajskich taczkach. Jakiej więc ogromnej ilości czasu potrzebowałabyś na dotarcie do krańców swojego imperium? Miesiące, lata?
- Wiesz co, Jo, ja się nie dziwię, że przy tobie stare królestwa upadają, a nowe powstają. Ty zadajesz właściwe pytania i ogarniasz temat jak sama Ytrisil. Oczywiście że na wstępie musiałam zacząć od budowy szlaku wiodącego przez całe imperium, aby jak błyskawica, jak uderzenie pioruna przenosić się z miejsca na miejsce i doglądać swoich interesów! - Anmud nalała czarkę wina, wypiła jednym haustem i przywaliła mi pięścią w plecy, aż zabolało. - Zbudowałam te drogi w różnych państwach po kawałku. Ponieważ na razie kawałki nie są ze sobą połączone, teoretycznie nie tworzą przejezdnej trasy. Ale niedługo dam hasło: połączyć je! I wtedy okaże się, że stanowią jeden, najdłuższy na świecie szlak, po którym śmignę od początku do końca mojego imperium w obie strony równie szybko jak orzeł!
- I z tego powodu jesteś w dobrej komitywie z królową mężczyzną Ohseju?
- On myśli, że jestem jakąś szarą eminencją działającą w międzynarodowym biznesie budowlanym. I kombinuje sobie, że jeśli dostanie drogi za darmochę, to mu się opłaci. Jest chciwy jak pleśń i bezmyślny jak kapusta.
- Czyli nie zmieniłaś swojej strategii i nadal realizujesz własne zwycięstwa w oparciu o chciwość osób posiadających władzę i wpływy?
- Widzę, Jo, że nadasz się do mojego projektu. Mam dwa bardzo poważne problemy i ty mi je rozwiążesz! Kochana, stara Jo przez całe życie przybywa mi z pomocą w beznadziejnych sytuacjach!
Miałam mieszane uczucia. Czułam się dowartościowana i zaniepokojona zarazem.
- Pierwsza misja dla ciebie i Niru polega na dostarczeniu pięciu chłopaków do stolicy państwa Mansij. Pojedziecie tam z cyrkiem jako pracownicy artystyczni.
- Mieliśmy pracować w dyplomacji, a nie w cyrku - zaprotestowałam oburzona.
- A druga misja to udawanie wybranki królewskiego syna. Jakieś dwa miesiące albo i krócej. Taka zabawa w przebieranki.
- Cyrk i przebieranki. Anmud, czy to twoja główna metoda podbijania świata?
- Cicho-sza! Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. - Znów uśmiechnęła się tym swoim krzywym uśmieszkiem.
Zrobiło mi się gorąco. Nienawidzę polityki. Nie raz musiałam się ratować, uciekając przed śmiercią z rąk kreatur ogarniętych szałem wojny.
- Powiem ci prawdę, Jo. Ja nie jestem taka, jak te wypieszczone królowe we wszystkich państwach, które mam na celowniku. Doskonale wiesz, że wychowałam się w Klasztorze Tamawere, gdzie od wczesnego dzieciństwa szkoli się agentki skrytobójczynie. Miałam niecałe pięć lat, kiedy przybyłam do klasztoru i mieszkałam tam przez dziesięć lat. Innego życia nie znałam. Rodzinę zastępowały mi mniszki, które uczyły mnie, jak skutecznie zabijać, i koleżanki, niby moje siostry, które dorosłe życie miały spędzić na szpiegowaniu i zabijaniu. Od siedmiu lat dotuję Klasztor Tamawere oraz sprzyjam powstawaniu jego licznych filii w całej Oriestanii. A wychowanki klasztorów są moimi ludźmi. Dziewczyny wykształcone do pomagania mi w podbijaniu świata, skrytobójczynie rozmieszczone w kampusach we wszystkich stolicach. Mogłabym w kilka dni wymordować jednocześnie wszystkie królowe tych ośmiu państw oraz ich rodziny do ostatniego pokolenia i przejąć władzę we wszystkich krajach.
- Mówisz, jakbyś tylko ty miała swoje zabójczynie. Przecież każda królowa ma swoje. W każdym mieście, w każdej stolicy, na każdym książęcym dworze są agentki, strażniczki gotowe bronić swoich władczyń.
- Zgadzam się z tobą. Tylko że moje są od nich lepsze!
- Dlaczego masz tajne służby w każdej stolicy, a nie tylko w tych, które dopiero zamierzasz podbić?
- W państwach, w których już jestem królową, na czas mojej nieobecności wyznaczyłam osoby zastępujące mnie i pilnujące moich interesów.
- Jakie?
- W Losayu zastępuje mnie opiekunka niepełnosprawnych córek Ytrisil. Jest mi w pełni oddana. W Tiganaju władzę sprawuje arcysmena* Ćhoi Ćhan. Jest gotowa do objęcia roli głównej przywódczyni duchowej w całym moim imperium. W Mongaju rządzi księżna Nargen, twoja cioteczna babka. Ona też jest gotowa zostać wszechwładną księżną w całym moim imperium.
- I ufasz im, że pod twoją nieobecność nie zechcą przejąć władzy królewskiej w tych państwach?
- Ufam im bezgranicznie, ale też kontroluję. Gdyby chciały zadziałać na moją szkodę, zostaną zlikwidowane przez moje służby. Zabijanie jest nieodłącznie związane z podbojami. Ale wiesz, żeby komuś odebrać jego własność, nie musisz go wcale zabijać!
- A tobie przecież nie chodzi o zabijanie - podpowiedziałam cicho i nieśmiało.
- Jo, jak ty mnie znasz! Oczywiście! Ja chcę przebudować świat, a nie go zniszczyć! Chcę połączyć wygodnymi handlowymi drogami oba krańce mojego królestwa. Chcę ujednolicić język na poziomie komunikacji, wprowadzić pismo alfabetyczne, wybudować nowe szkoły w nowych miastach, akwedukty, uniwersytety, świątynie! To jest plan na całe moje życie!
- Tylko nie widzę tu żadnego realistycznego umocowania.
- Źle rozumujesz! Spójrz na to z mojego punktu widzenia. Dla mnie nie istnieją już żadne królowe i żadne władze rządowe w państwach, które chcę przebudować po swojemu. Dla mnie wszyscy oni już nie żyją. Umarli. Nie ma ich, rozumiesz? Ja mam swój cel i nie zajmuję się osobiście likwidacją przeszkód. Robią to moi ludzie, a ja realizuję cele, które sobie zaplanowałam!
- Jacy twoi ludzie likwidują przeszkody?
- Ależ ty jesteś czepialska! Pierwsi to rodzina Hon, silna szlachta, chciwa do szaleństwa. Drudzy to nowobogacka rodzina Li. Nieprzyzwoicie bogate właścicielki gruntów, lasów, stoczni, wszelkich zasobów surowcowych, kopalń, złoży i manufaktur. Trzeci to stara szlachta Sej. Te rodziny zrobią wszystko, bym objęła władzę, ponieważ zaprzysięgłam im, że otrzymają najwyższe tytuły szlacheckie i najbogatsze nadania ziemi. W każdym państwie jest co najmniej dziesięć takich rodzin. Wystarczająco, by, ślepo oddane, zapewniły mi przejęcie władzy. Oczywiście z pomocą moich tajnych służb. Przecież ja sama nikogo osobiście nie będę mordować.
- To jasne - przyznałam.
- Jednak z własnego sprawdzonego doświadczenia powiem ci, że strzałami z kuszy, włócznią, mieczem i sztyletem nie zdołałam jednorazowo zabić więcej niż dwadzieścia trzy osoby. No może dwadzieścia pięć!
- A co będzie z resztą mieszkańców państw, w których zlikwidujesz królowe?
- Zastanów się i przelicz: arystokracja, magnateria i szlachta to pięć procent ludności. Mieszczaństwo posiadające prawa obywatelskie to co najwyżej dwadzieścia procent. Resztę państwa stanowią rzemieślniczki, kupczynie, robotnice, służba, chłopki i niewolnice oraz mężczyźni, czyli osoby nieposiadające żadnych uprawnień, które mogłyby mi przeszkodzić w objęciu rządów. Sama widzisz, Jo, co najmniej siedemdziesięciu pięciu procentom mieszkańców tych państw jest wszystko jedno, kto nimi rządzi i do kogo należą.
Anmud miała rację. Trzy czwarte mieszkańców naszego świata po prostu chce żyć w spokoju, pracować na swoje utrzymanie, wychowywać dzieci i modlić się do bogiń o szczęście i zdrowie. Królowe i ich porachunki są abstrakcją dla zwykłego człowieka niepotrafiącego czytać i pisać, pozbawionego praw obywatelskich, niewiedzącego, czyją jest własnością i co mu w ogóle wolno.
- A jakie przewidziałaś zadanie dla mnie i Niru? - zmieniłam temat, znudzona polityką.
- Muszę zburzyć do fundamentów organizację dwóch państw, Mansiju i Ansiju, które jak cierń tkwią pośrodku mojego przyszłego królestwa. To są narody, których funkcjonowanie opiera się na ohydnej tradycji. Nie na kodeksach, prawie i spisanych zasadach, ale na przesądach praktykowanych przez babki, prababki i praprababki. Z jakiego powodu? Bo tak się robi! Bez żadnej uzasadnionej logiki. System zbudowany na tradycji, nawet najbardziej głupiej i kretyńskiej, jest najtrudniejszy do obalenia. Możesz zmienić spisaną tradycję, przerabiając jej zapisy, ale nie zmienisz twardej jak skała tradycji nigdzie niezapisanej. To jakbyś chciała wydusić krew z kamienia. Wiekową tradycję można zlikwidować jedynie przez sprytne podstawienie nowej tradycji, ale współbrzmiącej ze starą. I to właśnie będzie twoje zadanie!
- Mam obalić starą tradycję w dwóch państwach?
- Tak! Tylko ty to potrafisz! Więc jak, jesteśmy umówione? - Anmud uścisnęła moją dłoń w geście zawartego porozumienia. - Leć teraz do swojego Niru i wyśpij się dobrze, bo jutro czeka nas dyplomatyczna rozgrywka z tą trudną do rozszyfrowania pierdoloną tarsyńską skurwacórą Salinah!
Jako królowa Anmud reprezentowała elitę oriestańskiego świata, ale momentami jej słownictwo ujawniało, że połowę życia spędziła wśród pochodzących ze szlachty, lecz wulgarnych i agresywnych agentek oraz wywodzących się z nizin społecznych prymitywnych skrytobójczyń.
Rozdział 4
Zadziwiająca propozycja Anmud
Utrzymaną w barwach zieleni salę narad z malachitową posadzką i ścianami ze szmaragdowego kwarcytu, w której odbywały się negocjacje, wypełniały dostojne przedstawicielki rodziny Li oraz sympatyczki królowej Anmud. Sprzedaż miała charakter nieoficjalny, a królowa mężczyzna państwa Ohsej przybył na spotkanie w tajemnicy. Miał ze sobą strażniczki w cywilu, pięć skromnie ubranych urzędniczek oraz skarbniczkę ze skrzynką zawierającą złoto.
Z wielką przyjemnością powitałam damirę* Salinah, którą poznałam w Yonse podczas podróży w poszukiwaniu porwanego Niru. Związek z Niru obfitował we wzajemne poszukiwania, ponieważ porwania przydarzały nam się częściej niż przeciętnym ludziom.
Przywitałam się z damirą Salinah, która obecnie była namiestniczką w Yonse i posiadając tytuł wicekrólowej, reprezentowała królową Tarsynii. Miała na sobie tradycyjny, wystawny strój afrabski: spodnie i galabiję ze złotej materii, biały burnus, a na głowie biały zawój z czarno-złotym wzorem. Ponieważ pertraktacje odbywała incognito, podejrzewałam, że przybyła w oriestańskim przebraniu, a strój przywdziała przed chwilą, żeby zrobić wrażenie na królowej mężczyźnie Ohseju.
Zamierzałam usiąść w głębi sali pośród mniej ważnych gości. Byłam zapasową tłumaczką i nie spodziewałam się, że zostanę zaproszona do stołu, przy którym miały odbyć się negocjacje w sprawie kupna terenów położonych w północnym Yonse.
- Chwileczkę. - Damira ujęła mnie za ramię. - Usiądź z nami. Jeśli wystąpią jakieś zagadkowe sytuacje, natychmiast mi wszystko wytłumaczysz. Mam pertraktować z mężczyzną, który jest królową, to się chyba kwalifikuje do jakiejś opowieści fantastycznej.
- Ja też pierwszy raz słyszę o takim przypadku.
- My w Tarsynii w czasach starożytnych również miałyśmy jednego królową mężczyznę. Ale kiedy umarł, jego nazwisko zostało wymazane z płyt nagrobnych, pomników i w ogóle z historii państwa. Pozostał tylko w jakichś niekompletnych badaniach naukowych.
- Królowa mężczyzna? I to w Afrabii?! - Wzruszyłam ramionami. - Głupszej rzeczy w życiu nie słyszałam!
*
Rozejrzałam się za Anmud. Stała skromnie w narożniku, pogrążona w rozmowie z dwiema dostojnie wyglądającymi kobietami z rodziny Li, odzianymi w modne żółto-zielone stroje oraz czarne wysokie nakrycia głowy z żółtymi pomponami na sznurkach.
Rozległ się dźwięk werbla, w wejściu pojawił się królowa mężczyzna Ohseju. Średniego wzrostu, solidnej tuszy jegomość w długiej czerwonej szacie ozdobionej złotem szedł przed siebie z wysuniętymi łokciami, jakby chciał rozpychać się w tłumie, chociaż wszyscy odsunęli się z szacunkiem, żeby dać mu swobodne przejście. Ruszył w stronę stołu i ciężko opadł na tron z wysokim oparciem, ustawiony naprzeciwko damiry Salinah. W pałacu rodziny Li używano krzeseł, zamiast poduszek na podłodze stosowanych w niektórych krajach oriestańskich. Damira ścisnęła moje ramię, zmuszając, bym zajęła miejsce obok niej. Anmud, mimo że była organizatorką spotkania, trzymała się w pewnej odległości od stołu i zanim usiadła, rzuciła mi i Salinah spojrzenie spod oka, unosząc lewy kącik ust w krzywym uśmieszku.
Negocjacje przebiegły bardzo sprawnie. Oficjalne tłumaczki nadążały z poprawnym tłumaczeniem. Wymieniono się mapami ukazującymi stan aktualny i zastąpiono je mapami ze stanem pożądanym. Damira podała cenę, królowa mężczyzna ją zaakceptował. Podpisano dwa egzemplarze dokumentu. Chociaż Afrabki zawsze się awanturują podczas negocjacji, a Oriestanki są zawzięte, zamknięte w sobie i niemożliwie długo grają na zwłokę, tym razem transakcja przebiegła błyskawicznie.
Ze zdumieniem dostrzegłam kątem oka, że obok oriestańskiego symbolu rodowego nazwiska królowej mężczyzny zamiast podpisu pełnym wywijasów pismem afrabskim brzmiącego: Damira Salinah Aher, widnieje wpisany ręką damiry prawie identycznie wyglądający napis: Dumny Szarak Arak.
Królowa mężczyzna opuścił salę narad z chytrym uśmieszkiem, wskazującym, że dostał to, na czym mu zależało. Razem z nim wyszły z sali różne dostojniczki, które przywiodła tutaj ciekawość i chęć ujrzenia królowej mężczyzny z bliska.
Teraz Anmud przysiadła się do damiry i jej dwóch przybocznych, które okazały się świadkami z tarsyńskiej strony, przywiezionymi w celu podpisania umowy zawieranej przez Salinah z Anmud. Anmud również miała dwie przyboczne w roli świadków, zapewne piastujące wysokie stanowiska w jej Wielkiej Radzie. Umowa była sporządzona w dwóch egzemplarzach i miała tytuł: Tajny Pakt o Nieagresji i Wzajemnej Pomocy zawarty pomiędzy królową Anmud I a wicekrólową Salinah Aher, namiestniczką królowej Ahman X.
Podpisy zostały złożone, pieczęcie z laku przybite. Prawdziwy cel spotkania osiągnięto. Anmud skłoniła się matriarchini Li na znak, że oficjalna część się skończyła i można wnieść dania przygotowane przez kuchmistrzynię.
Zajęłyśmy się spożywaniem niezwykle egzotycznych potraw. Ich smaki były mi zupełnie obce. Zapewne używano przypraw niewystępujących w krajach, które znałam. Pełniłam funkcję tłumaczki w dialogu pomiędzy Anmud i Salinah. Tak naprawdę Anmud znała dość dobrze tarsyński, ponieważ jako nastolatka spędziła sporo czasu na tarsyńskich budowach, ale wstydziła się trochę swojego prostackiego akcentu, przejętego od ekip budowlanych, z którymi współpracowała.
- Dlaczego, namiestniczko Salinah, sprzedałaś miasto Nongeli królowej mężczyźnie? - spytałam zaciekawiona. - O ile pamiętam, to piękne, bogate miasto, gdzie mieszka spora część rodziny namiestniczki.
- Miasto już nie jest piękne i bogate. Moja rodzina musiała uciekać. Najpierw mieszkanki Nongeli spaliły nasze siedziby, potem my ichnie - wyjaśniła Salinah, cmokając i kręcąc głową z niezadowoleniem.
- To straszne - zasmuciłam się, wspominając piękno architektury miasta, jego pałace, świątynie i parki.
Anmud lekceważąco wzruszyła ramionami. Nie znała Nongeli.
- Rozumiesz, Jo, zrobimy na tych ruinach szarą strefę, neutralne tereny, gdzie będą się spotykać interesy namiestniczki i moje - uszczegółowiła. - To bardzo prawdopodobne, że czasami oficjalnie będziemy w stanie wojny z namiestniczką, ale przecież negocjacje trzeba gdzieś prowadzić.
- A co na to królowa mężczyzna Ohseju? - spytałam zdumiona. - Przecież godzinę temu kupił to terytorium. Jego skarbniczka przekazała skrzynkę ze złotem, a skarbniczka namiestniczki przeliczyła zawartość.
- Ten nieboszczyk khrólowa mężczyzna, co tu bhył? Hhr-hwartwaah*! - zaklęła wulgarnie Anmud, dla zachowania dyskrecji przechodząc na tarsyński, i zrobiła palcami obsceniczny gest używany przez tarsyńskie skrytobójczynie.
- Zmarły tragicznie w nadchodzących miesiącach królowa mężczyzna Ohseju? He, he - powtórzyła z wytwornym tarsyńskim akcentem rozbawiona namiestniczka Salinah. - Moje asaseny* go zlikwidują, zanim usłyszy, że podzieliłyśmy się jego złotem!
Obie były w doskonałym nastroju. Wypaliły już po wonnej fajeczce i popiły nalewką, a Anmud zaczęła swobodnie mówić po tarsyńsku, nie zważając na swoją prostacką, robotniczą wymowę. I kiedy w pewnym momencie rzuciła nieprzyzwoicie wulgarną uwagę na temat królowej mężczyzny Ohseju, bluznęła tak kwiecistą wiązką tarsyńskich przekleństw, że namiestniczka Salinah zamarła bez ruchu z ustami otwartymi ze zdumienia.
*
Późną nocą pożegnałyśmy Salinah, wyczerpane, lecz zadowolone z udanych pertraktacji.
Zanim opuściłyśmy salę narad i poszłyśmy do swoich sypialni, zadałam Anmud pytanie, które męczyło mnie od dłuższego czasu.
- O co chodzi z twoim mężem Pulą? - spytałam. - Podobieństwo do Ytrisil tak cię od niego odrzuca?
- Podobieństwo nie tyle odrzuca, ile nie pomaga. Wiesz, jaka jestem wybredna, jeśli chodzi o chłopaków. Żaden mi się dotychczas nie spodobał.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem. W tej kwestii Anmud była dokładnie moim przeciwieństwem. Mnie się podobała większość chłopaków, których w życiu spotkałam. W każdym potrafiłam dopatrzyć się czegoś pięknego. Czasami zachwyciło mnie wyzywające spojrzenie, czasami cicha skromność, okrągłe oczy, wąskie oczy, zdecydowany podbródek, delikatny owal twarzy, wysoka i postawna sylwetka, drobna i delikatna postura, okaz zdrowia, chorowita niepełnosprawność, silne ręce, delikatne małe dłonie, długie masywne nogi, szczupłe nieumięśnione łydki, duże stopy, małe stópki, czułe spojrzenie, wredny uśmiech, łagodna natura, ostry temperament... Może mam taki charakter, że zawsze zauważam w ludziach ukryte zalety. A przecież w przypadku mężczyzn najważniejszą cechą jest ich uroda. A uroda bywa niejednoznaczna i czasami wymaga odrobiny wyobraźni.
- Ty nie masz w Oriestanii oficjalnego ślubu z Niru? - spytała nagle Anmud.
- Akurat w Oriestanii jest tylko moim partnerem, chłopakiem, przyjacielem. Zgodnie z prawem zostaliśmy małżeństwem w Euredenie i w Afrabii. Umówiliśmy się, że w Oriestanii weźmiemy paradny ślub, kiedy będę w dojrzałym wieku i skończę trzydzieści lat. A dlaczego pytasz?
- Bo wiesz, ja jestem do Niru przyzwyczajona od dawna. To bardzo ładny chłopak i wyjątkowo mądry, jak na mężczyznę. Ostatecznie, jakbym nie trafiła na jakiegoś odpowiedniego, to może poślubię Niru i pocznę z nim kilka następczyń tronu? Wiesz, z przyczyn politycznych mogę poślubić nawet pięćdziesięciu mężów. Ale dla posiadania córek w zupełności wystarczy mi jeden ojciec.
- Dlaczego akurat Niru?
- Oj, wypytujesz, indagujesz, kyursan, w ogóle nie ma w tobie żadnego przyjacielskiego współodczuwania! Po prostu potrzebuję doświadczonego w temacie, ale też nie przesadnie doświadczonego. Z twoją seksualną rekomendacją Niru wydaje mi się w sam raz.
- Nie powiesz chyba, Anmud, że nie masz doświadczenia w tych sprawach, bo jeszcze nigdy z nikim nie uprawiałaś seksu? Ty, królowa, która może mieć każdego, ha, ha.
Strasznie mnie to rozśmieszyło. Śmiałam się chyba przez kwadrans. Trzymajcie mnie, ha, ha, dwudziestosiedmioletnia królowa prawiczka.
Anmud spojrzała na mnie z irytacją.
- A czy ja powiedziałam, że z nikim? Podła jesteś i złośliwa, Jo! Przestań ze mnie kpić. Umówmy się, że jak nie znajdę żadnego, który mi się spodoba, poślubię twojego Niru. Dogadane?
Byłam pewna, że żartuje. No oczywiście, że żartowała! Ale znając "przyjacielskie współodczuwanie" Anmud, pomyślałam, że równie dobrze mogła mówić serio.
Rozdział 5
Karawana
Jaśmin, mąż Sigony, oraz Pulpecik, mąż Anmud, przybyli do siedziby rodziny Li tuż przed naszym wyjazdem. Cieszyłam się, że w końcu poznam męża Anmud i zarazem syna Ytrisil nazywanego Pulpecikiem, i niecierpliwie rozglądałam się za sympatycznym, jak podejrzewałam, tłuścioszkiem, który powinien znajdować się pomiędzy mężczyznami z otoczenia Anmud.
- Sese! - usłyszałam nagle radosny dziecięcy głosik.
Z grupy kilku osób wybiegła Vihan, siedmioletnia córka Sigony, która natychmiast rzuciła się w ramiona Niru. Za nią podążył Jaśmin, jej uroczy ojciec, i dwóch synków, Miś i Lis. Towarzyszył im śliczny młody nianioch o szczupłej twarzy i pięknie ukształtowanych kościach policzkowych. Chłopak miał zgrabną figurę i bardzo kosztowny strój, co było zaskakujące u zwykłego nianiocha. Jego szeroką czerwoną spódnicę ściskał czarny szeroki pasek, a pomarańczowa bluzeczka miała nawet dekolt, wszystko zaś okrywał długi kaftan z delikatnej lśniącej materii w kolorze fuksji.
- Witaj, Jo. - Jaśmin serdecznie ujął moją dłoń. - Poznaj Nuy-u, męża Anmud, nazywanego dawniej Pulpecikiem, a teraz Pulą. Z pewnością jeszcze się nie spotkaliście.
Chłopak, którego wzięłam za nianiocha, okazał się mężem Anmud. Pewno z wiekiem Pula utracił swoją nadmierną pulpecikowatość i zmienił się w ładnego młodego mężczyznę.
Na szczęście udało mi się nie popełnić gafy i nie obrzucić przystojnego Puli spojrzeniem wskazującym, że od pierwszego wejrzenia doceniłam jego urodę i atrakcyjną sylwetkę.
Takie pulpety mogłabym jeść trzy razy dziennie! - chciałam zabłysnąć dowcipem na powitanie, ale na szczęście w ostatniej chwili przypomniałam sobie, że mam do czynienia z mężem królowej trzech państw, a wkrótce cesarzowej połowy Oriestanii.
Następnego dnia opuściliśmy siedzibę rodu Li i ruszyliśmy dalej w taborze dwu- i czterokołowych powozów, jednokołowych ilinczy*, lektyk oraz maszerujących pieszo. Procesja liczyła jakieś sto osób i zmierzała w kierunku karawanseraju, w którym oczekiwała na nas znacznie liczniejsza karawana.
Przez kilka dni jechaliśmy w przydzielonym nam powozie wciśnięci między obcych ludzi, trzymając na kolanach osobiste rzeczy zapakowane w podręczne torby, większe bagaże wrzuciliśmy na dach pojazdu. Byliśmy z Niru nieco zagubieni. Widywaliśmy przelotnie Anmud zajętą spotkaniami z budowniczymi dróg oraz tworzącym się rządem. Jej mąż Pula, Jaśmin i inni mężowie oraz dzieci wysoko postawionych kobiet wszyscy podróżowali w grupie otoczonej przez strażniczki i ze względów bezpieczeństwa nie kontaktowali się z nikim.
- Anmud chyba nie ma okazji do intymnych spotkań ze swoim mężem. Co myślisz o tym Pulpeciku, który nazywa się teraz Pula? - podpytywał Niru, ciekawski jak każdy mężczyzna.
- Anmud nie traktuje poważnie swojego męża.
- Co masz na myśli?
- Powinnam cię uprzedzić, Niru, żebyś nam w przyszłości nie przysporzył śmiertelnych kłopotów. Wiesz, że Anmud jest pozbawiona empatii i zawsze robi to, co sobie w tym głupim łbie wymyśli. Powiedziała mi, że jeśli nie znajdzie chłopaka, który jej się spodoba, to ty zostaniesz ojcem jej dzieci.
- Ja? Dlaczego akurat ja? No, Jo, nie żartuj, miałbym uprawiać seks z Anmud? A co ja takiego zrobiłem, żebym musiał?
- Kiedy zostałeś porwany i wywieziony do Yonse, ożeniono cię księżniczką Mayą, zanim ją otruto. Stałeś się wtedy ojczymem jej córki Vihan, następczyni yonseńskiego tronu. Może Anmud uważa, że masz wprawę w byciu ojcem następczyń tronu.
- Ale przecież musiałbym się z nią ożenić!
- Oczywiście. Skoro my nie mamy ślubu w Oriestanii, nic nie stoi na przeszkodzie.
- Znajdźmy w karawanie jakąś issumi i się pobierzmy!
- Anmud uznała, że ty pasujesz na ojca jej dzieci najbardziej ze wszystkich mężczyzn, których zna. Bo wszystkich innych uważa za idiotów. Wiesz, że z nią nie wygrasz. Jak się zaweźmie, to już po tobie.
- To co ja mam zrobić, jak się zaweźmie?
- Nic. Być wrogiem Anmud to być martwym. Radzę ci, nie protestuj, tylko rób, co ci rozkaże. Ona wielokrotnie słyszała ode mnie, jaki jesteś świetny w łóżku, więc lepiej się jej nie sprzeciwiaj, bo zginiemy obydwoje. Anmud to moja kumpela, ale zarazem królowa. W książkach historycznych jest opisane, jak kończą przyjaciele królowych! Byle kaprys królewski w każdej chwili może sprowadzić na nich śmierć. Nie ma sposobu, by się przed tym uchronić.
- Chyba dzisiaj nie zasnę. Całą noc będę się modlił do Najjaśniejszej Pani, żeby Anmud znalazła lepszego ode mnie kandydata na ojca swoich dzieci!
*
Dotychczas nie zdawałam sobie sprawy, że aby w ogóle funkcjonował transport z zastosowaniem pojazdów na kołach, musi istnieć sieć dróg, po których te pojazdy mogą się przemieszczać. Jeśli droga nie ma twardej nawierzchni i odpowiedniej szerokości, to po błotnistym, piaszczystym lub wąskim, zarośniętym trawą i korzeniami trakcie nie da się podróżować na dłuższy dystans żadnym pojazdem czterokołowym, a nawet dwukołowym wozem ciągniętym przez konie czy woły.
Teraz deszcz padał na całego i byle większa kałuża czy wyrwa w dukcie powodowały zatrzymanie się całej karawany w celu wydobycia wozów z błota.
W Katalonaju, Losayu, Tiganaju i Mongaju, czyli państwach, w których Anmud jest królową i następczynią tronu, drogi głównych szlaków komunikacyjnych uzyskały już królewską jakość. Kamienne trakty są szerokie i swobodnie mieszczą się na nich czterokołowe wozy ciągnięte przez zwierzęta pociągowe.
Jeszcze przed wyjazdem z Xiuni dowiedziałam się od Anmud, że najwspanialszy cesarski trakt drogowy zbudowany w czasach rządów dynastii Sej przebiegał środkiem imperium, pomiędzy obecnymi dwunastoma państwami.
- Czyżby ludzie żyjący siedemset lat temu byli mądrzejsi od współczesnych? - Nie mogłam w to uwierzyć.
- Setki lat temu, w czasach rządów rodu Sej, istniał wygodny utwardzony trakt prowadzący prosto od wschodnich do zachodnich krańców imperium. Nazywano go Jadeitowym Szlakiem, Jedwabnym Szlakiem lub Szlakiem Herbacianym, ze względu na transport głównych towarów.
- Podoba mi się nazwa Jadeitowy Szlak.
- Imperium rządzone przez jeden cesarski ród Sej dbało o swój najważniejszy trakt drogowy. Po upadku rodu i podziale całego terytorium na odrębne państwa żadna jebana królowa ani inne chujowe zarządzające księżne nie poczuwały się do remontowania niszczejących dróg, bo mogłyby służyć podróżnym z innych państw - piekliła się Anmud. - Materiał, z którego wykonano starożytne drogi, został rozkradziony na prywatne potrzeby ludzi, z resztek zbudowano wąskie utwardzone ścieżki dla jednokołowych ilinczy, a część wykorzystano do wzniesienia murów granicznych między państwami. Wyobrażasz sobie podobną durnotę?! - wściekała się Anmud.
- Historia świata jest dowodem na to, że głupota i mądrość kolejno się zastępują - przyznałam jej rację.
- Moje podstawowe działania, poza zlikwidowaniem głupkowatych królowych, polegają na odtworzeniu tysięcy kilometrów wygodnych dróg tego szlaku - powiedziała Anmud twardo, jakby ogłaszała wyrok śmierci. - Władczyni musi być obecna wszędzie, a poddani nie powinni wiedzieć, kiedy i skąd się nagle pojawi.
Po tygodniu podróży w ulewnym deszczu dotarliśmy do karawany liczącej tysiąc pięciuset podróżnych, rozlokowanych w przydrożnym prymitywnym karawanseraju. Był to koniec wygodnej jazdy powozem. Nawet królowa, święta czy milionerka nie mogły podróżować powozem. Dalej po prostu nie istniała żadna droga, którą potrafiłby się przemieszczać pojazd na kołach. Wbrew subiektywnym odczuciom zamożnych podróżnych jadących wygodnie na siedząco, w lektykach czy palankinach, w rzeczywistości nie była to jazda, lecz piesza wędrówka. Po prostu wszystkie środki transportu wypełnione pasażerami i bagażami były dźwigane, popychane lub ciągnięte przez idących piechotą.
W czasie postojów siedzieliśmy przy wspólnym ognisku z obcymi ludźmi. W miarę trwania podróży coraz więcej wędrowców stawało się naszymi znajomymi. Parę osób poznaliśmy bliżej, kiedy udzieliłam im pomocy medycznej. Ponieważ w tłumie plotki rozchodzą się błyskawicznie, pewnego dnia napadła mnie mówiąca po katalonajsku rozhisteryzowana kobieta z mężem i szóstką dzieciaków. Dwoje z nich miało rany na ramionach i szyjach.
- Ratuj, pani medyczko! Moje głupie dzieci potraciły Znaki Dorosłości*, kiedy zabawiały się zjeżdżaniem na plecach z leśnego zbocza przy drodze! Co my teraz zrobimy?! - wołała matka.
Na całym świecie podczas ceremoniału inicjacji dorosłego życia medyczki albo inne uprawnione osoby na stałe umieszczają młodzieży Znaki Dorosłości pod rozciętą skórą ramion i zaszywają rozcięcie. W każdym kraju celebracja przebiega inaczej, wiek dzieci jest inny, Znak Dorosłości ma różne kształty i jest wykonany ze stopów różnych metali. Działanie znaku polega na wytwarzaniu w organizmie enzymów blokujących wzajemne rozpoznawanie się komórek rozrodczych, co uniemożliwia zapłodnienie. Kiedy kobieta i mężczyzna chcą mieć potomstwo, przekłuwają uszy kolczykami Radość Urodzin, wykonanymi ze stopu innych metali, znoszących działanie enzymów, i może dojść do zapłodnienia. Odpięcie kolczyków przywraca poprzedni stan.
- Jestem lekarką, a nie znaczkinią - usiłowałam się wymigać, oglądając głęboko poranione plecy i szyje dziewczyny i chłopaka. - Zeszyję i opatrzę rany, to wszystko.
- Powiedzieli mi, żeś jest cudotwórczynią, która wszystko potrafi. Takie nieszczęście, a ile to pieniędzy poszło na ceremonię dorosłości dla szóstki dzieciaków!
- Błagamy! - dołączył się do jej krzyków mąż.
- Bez znaków będziemy teraz jak dzikie zwierzęta z lasu! Potwory nieoznaczone! Wygnają nas z karawany! - Przerażone dzieci dostawały ze strachu spazmów.
- Zapłacimy podwójnie! - szlochała matka.
- Dobrze. Zrobię to - poddałam się. - Mam dwa znaki, damski i męski, które dostałam w prezencie, wezmę więc pieniądze tylko za leczenie uszkodzeń ciała oraz opatrunek na szyi i plecach.
- Pani, litości, to pewno jakieś byle jakie te znaki za darmo. A jak się okaże, że nie działają? - przestraszył się ojciec.
- Na pewno będą działały. Te znaki dostałam w prezencie od Królewskiej Izby Lekarskiej. O, tutaj, spójrzcie, mają wygrawerowane godło królowej Yen Dwudziestej Pierwszej.
Szybko umieściłam znaczki pod skórą i zaszyłam rozcięcie.
- O Bogini Urodzaju, to my teraz będziemy mieli królewskie dzieciaki?!
Matka i ojciec pochylili się przede mną w ukłonie.
A potem pokłonili się własnym dzieciom.
*
Po dwóch tygodniach wędrówki dotarliśmy do miejsca, które było spełnieniem marzeń Anmud, czyli do Selihonu, przyszłej stolicy imperium. W tej okolicy było kilkanaście karawanserajów, które wraz z chatkami, barakami i domostwami tworzyły całe kilometry kwadratowe osiedli budowniczych stolicy.
Selihon od wschodu przylegał do brzegów szerokiej rzeki Ylsan, malowniczo płynącej między drzewami i łąkami. W tej chwili nowo powstające miasto sprawiało jeszcze wrażenie ogromnego placu budowy. Anmud była zachwycona tempem pojawiania się kolejnych obiektów na powierzchni ogromnego terenu. Tysiące robotnic i robotników uwijały się przy wznoszeniu setek budowli i konstrukcji inżynierskich.
Z rysunkami projektu miasta w ręce Anmud oprowadzała mnie i Niru po swojej przyszłej stolicy. Towarzyszyła nam obstawa złożona z kilku strażniczek oraz grupa dwudziestu projektantek, konstruktorek i urbanistek.
- Widzieliście w życiu coś takiego? Prawie dziesięć kilometrów kwadratowych w granicach miasta!
- We współczesnym Euredenie nie ma czegoś równie imponującego - przyznaliśmy zdumieni.
Metropolia powstawała na podstawie narysowanego na papierze planu zagospodarowania przestrzennego Selihonu. Projekt całego miasta miał kształt kwadratu o rozmiarach trzy kilometry na trzy kilometry. Na szczęście już teraz w narożnikach powstały cztery wysokie wieże obserwacyjne wyznaczające wizualnie granice całej inwestycji, co pozwalało nam się zorientować, w jakiej części miasta jesteśmy. Miasto zostało podzielone czterema krzyżującymi się prostymi liniami głównych ulic na dziewięć mniejszych kwadratów takiej samej wielkości.
- Główne ulice mają szerokość trzydziestu metrów? - wyczytałam zdumiona z planu.
- Tak wyliczyły specjalistki od planowania miast. Aleje z rozdzielonymi pasami ruchu w obie strony, osobne jezdnie dla pojazdów, osobne trakty dla pieszych, drzewa, ozdobne krzewy środkiem i po bokach, wszystko razem daje trzydzieści metrów szerokości.
- To się nazywa rozmach! - zawołał Niru. - Tu się chyba zmieści z dziesięć wozów jadących obok siebie.
Anmud skinęła głową na znak, że Niru prawidłowo odczytał plan.
- Najważniejszy jest kwadrat środkowy, przeznaczony pod budowę pałacu królewskiego. Czyli mojego - pochwaliła się przyszła cesarzowa.
Zerknęliśmy na plan.
Faktycznie w centrum znajdował się obszar pałacu otoczony przez pozostałe osiem kwadratów. Pod terenem pałacowym na rysunku zlokalizowany był kwadrat południowy, stanowiący reprezentacyjny zespół wjazdowy do miasta. W murach obiegających miasto znajdowały się trzy wielkie frontowe bramy. Przez bramy wjeżdżało się na rozległy plac otoczony świeżo wznoszonymi obiektami. Z napisów na rysunku wyczytałam, że były to budynki straży miejskiej, recepcyjne, hotelowe, pensjonaty, pałacyki gościnne i inne budowle, choćby takie, jak wielka stacja pocztowa obsługująca korespondencję całego imperium.
Środkowy z górnych kwadratów miał funkcję placu targowego, hal handlowych, rzemieślniczych i przemysłowych. Mniej reprezentacyjne północne bramy prowadzące z miasta na zewnątrz służyły do zaopatrywania bazarów, rynków, sklepów, warsztatów oraz do wywozu śmieci.
- A tu będą uniwersytety - powiedziała Anmud, wskazując palcem na planie boczne kwadraty po obu stronach pałacu.
Po lewej i prawej stronie dzielnicy pałacowej znajdowały się grunty przeznaczone pod budowę świątyń, ale również teatrów, hipodromów, szkół i innych obiektów użyteczności publicznej.
- Gdzie wolicie zamieszkać? W pałacu czy tutaj? - Anmud wskazała cztery kwadraty narożne.
Kwadraty narożne stanowiły dzielnice zabudowy mieszkaniowej. Ich powierzchnia została poszatkowana prostymi liniami ulic wyznaczających kwartały dziesiątek czy setek rezydencji i zwykłych domostw.
- Ale, Anmud, skąd mamy dokładnie wiedzieć, co wolimy, skoro ani pałac, ani rezydencje nie są jeszcze do końca wybudowane? - zmartwił się Niru, szarpiąc nerwowo grzywkę.
- Ja wam proponuję rezydencję na terenie mojego pałacu - zachęcała Anmud.
- W żadnym wypadku! Ja wybieram mieszkanie z normalnymi ludźmi, w zwykłej dzielnicy mieszkaniowej, a nie z jakimiś księżniczkami - sprzeciwiłam się zdecydowanie.
Podczas dalszego spaceru Anmud wskazała na cztery wysokie wieże, na wybudowane już świątynie i pierwsze budynki pałacowe, z prawdziwym zachwytem w oczach opowiadając mi i Niru, w jaki sposób będzie funkcjonowała jej stolica. Przyznam, że łatwo było podzielić jej zachwyt.
- Ale powiedz nam, w jaki sposób pozyskałaś fundusze na zakup gruntów? - Byliśmy ciekawi jej podstępnych metod działania.
- Nazwałam tę operację finansową Trzyletnią Pożyczką Zaufania Królewskiego. Właścicielkom wsi, pól, lasów i pastwisk w zamian za grunty przeznaczone pod budowę Selihonu oraz za siłę roboczą w postaci ich niewolników i chłopek pańszczyźnianych wypłaciłam część odszkodowania oraz nadałam atrakcyjne tytuły szlacheckie i przyznałam lub obiecałam wysokie stanowiska rządowe.
- I gotowe były ci zawierzyć?
- Lepiej podjąć ryzyko i zawierzyć królowej, niż stracić życie. Chłopki, robotnice i niewolników zatrudniłam do budowy miasta. Pozyskane grunty wydzierżawiłam prawie za darmo na trzy lata inwestorkom, które za swoje pieniądze wybudują całe miasto, a później wzniesione obiekty sprzedadzą na świątynie, sklepy, bazary, urzędy, rezydencje i domy mieszkalne. A następnie podzielą się zarobkiem ze mną. A ja część tej sumy oddam dawnym właścicielkom gruntów. Moje księgowe i ekonomistki wyliczyły, jak to zrobić, żeby nikt nie czuł się oszukany i wszyscy byli zadowoleni z zysków. Prace postępują piorunem!
- Przecież ty także musiałaś zaufać uczciwości inwestorek - zauważył z wahaniem Niru.
- Za moim zaufaniem stoją agentki i skrytobójczynie, inwestorki więc aż do bólu zdają sobie sprawę, że od swojej uczciwości nie mają żadnej ucieczki. - Anmud roześmiała się głośno.
*
Po dwóch dniach opuściliśmy Selihon i znów przez dłuższy czas zmierzaliśmy na wschód. Pewnego dnia Anmud zajrzała do naszego obozowiska.
- Niestety, Jo i Niru, tutaj nasze drogi się rozchodzą. Ja będę podróżowała z karawaną w królewskim oddziale swoich ludzi. Wami zajmą się dwie przewodniczki, które wytłumaczą, na czym polega misja, i zorganizują spotkanie z grupą cyrkową, do której dołączycie i z którą powędrujecie do Leesan, stolicy Mansiju. Tam odeskortujecie do królewskiego pałacu pięciu chłopaków i wasza misja, mam nadzieję, szczęśliwie się zakończy. Życzę wam obojgu powodzenia.
- Jak to, Anmud? Nie udzielisz nam żadnych innych wskazówek? - Byliśmy przerażeni.
- To są Mała i Duża, wasze przewodniczki i opiekunki. - Anmud wskazała dwie kobiety, które chyba wyrosły spod ziemi, bo przed chwilą ich nie było. - Zaopiekują się wami i wszystko wyjaśnią. Do zobaczenia za miesiąc czy dwa. Życzę powodzenia. Na mnie już czas - powiedziała Anmud.
Uznając to za wyczerpujące pożegnanie, ruszyła w głąb obozowiska w kierunku terenu ogrodzonego płotem z kolorowych szarf, zza którego wystawały dachy królewskich namiotów ozdobionych proporcami.
Duża i Mała skłoniły się, dotykając czołami kolan i odprowadzając wzrokiem moją przyjaciółkę, królową Anmud. Następnie bez słowa dosiadły się do naszego ogniska. Nie pojmowałam, dlaczego nazywały się Duża i Mała, skoro były tego samego wzrostu i tej samej budowy ciała.
Rozdział 1
Co to jest cyrk
Przedstawienie już trwało, kiedy przybyliśmy. Nawet nie zdążyliśmy się rozejrzeć wokoło, ponieważ Mała i Duża szarpały nas i popychały przed sobą, a wózki wypełnione po brzegi bagażami groziły wywróceniem się i rozsypaniem cennego bagażu, który stanowił całe nasze mienie.
Nie miałam pojęcia, co w Oriestanii oznacza nazwa "cyrk". Wyobrażałam sobie wielką budowlę, taką jak amfiteatr, w którym na wyspie Sel pojedynkowałam się z sabatrami*, niewolnicami, które były wystawiane do walki przez właścicielki. Walczyłyśmy wręcz, na miecze, maczugi i każdą inną broń, której można było użyć do zabicia przeciwniczki.
Z tamtych czasów pozostał mi na plecach tatuaż w kształcie X, oznaczający, że jestem własnością rodziny Xanidach. Wszyscy moi przyjaciele wiedzieli, że pracowałam jako galerniczka na pirackiej łodzi i sabatra walczącą na arenie, nikt jednak nie wiedział, że byłam wtedy niewolnicą. Nie zdradziłam nawet Niru okoliczności tego epizodu w moim burzliwym życiu.
Na kontynencie euredeńskim niewolnictwo zostało zniesione, jednak w krajach Afrabii i Oriestanii istnieje nadal. Nie znam gorszego przestępstwa wobec człowieka niż ustrój niewolniczy. Niewolnik nie jest człowiekiem - jest przedmiotem. Nie może poślubić męża ani żony, nie ma żadnych praw do swoich dzieci, można go bezkarnie bić, zabić i wrzucić ciało do wykopanej dziury albo pozostawić na polu dzikim psom na pożarcie.
Moje oburzenie na istnienie niewolnictwa jest nie do pojęcia dla większości znanych mi ludzi. Urodzili się i spędzili dotychczasowe życie w tym systemie i nie wyobrażają sobie innego porządku świata. Gdybym się przyznała, że byłam niewolnicą, mogliby poczuć do mnie wstręt i obrzydzenie.
Zakładałam, że część ludzi pracujących w cyrku może być niewolnikami. Mogli nimi być cyrkowcy występujący na scenie i batożeni przez właścicielkę cyrku za błędy w programie, a także obsługa techniczna i służba kopana i bita przez nadzorczynie.
Wyrywałam się i wyciągałam szyję, chcąc obejrzeć przedstawienie, ale Mała i Duża pociągnęły nas w kierunku palety, na której zasiadała kobieta w zielonym stroju popijająca herbatę z czarki w zielonej plecionce. Obok niej stał zielony czajniczek.
Mała i Duża pochyliły się w głębokim ukłonie, niemal sięgając głowami ziemi.
- Przyprowadziłyśmy ich, czcigodna Piękna Żabo - powiedziały po katalonajsku.
Piękna Żaba była wysoką, szczupłą kobietą około pięćdziesiątki, ale nadal atrakcyjną i majestatyczną. Nazwałabym ją raczej Piękną Żmiją, bo jej duże oczy i wysoko wystające kości policzkowe, zapadnięte policzki i wąsko wykrojone usta ułożone w podstępnym uśmiechu przywodziły na myśl to mordercze zwierzę.
Piękna Żaba obrzuciła nas zamyślonym, obojętnym spojrzeniem i skinęła głową. Chyba nie byliśmy ważnymi gośćmi.
- Możecie odejść.
Machnięciem ręki dała do zrozumienia Dużej i Małej, że ich misja została zakończona. Drugim machnięciem ręki przywołała starszą kobietę w niebieskim fartuchu i zagadała do niej w niezrozumiałym języku, wskazując na nas. Kobieta podeszła i kłaniając się głęboko, wskazała palcem kierunek, w którym mieliśmy się udać. Postępowaliśmy za nią, ciągnąc wózki wypełnione naszymi bagażami.
- Oni wszyscy z pewnością mówią w jakimś obcym języku - zmartwił się Niru.
Przyjęliśmy to za pewnik. Piękna Żaba, jako szefowa, mogła znać różne języki. Jej pracownicy byli skośnookimi Oriestańczykami z jakiegoś jednego kraju albo z wielu różnych.
Nieustannie mamrocząc pod nosem, kobieta w niebieskim fartuchu narzuconym na roboczy strój zaprowadziła nas do kolorowego namiotu. Odchyliła połę wejścia i wskazała miejsce w głębi. Potem się wycofała i zostaliśmy sami. Pod namiotem panował straszny bałagan, torby, ubrania, meble leżały bezładnie porozrzucane dookoła. Przyciągnęliśmy wózki w najmniej zaśmiecone miejsce i przysiedliśmy na podłodze.
- Wiesz, mnie ta Anmud poważnie wkurza - powiedziałam. - I niby co mamy tu robić? Obalać system państwowy pod namiotem w nieznanym kraju?
- Nie złość się, Jo. - Niru jak zwykle był optymistą. - Wszystko się samo wyjaśni. Zwróć uwagę, że Piękna Żaba, która wygląda na szefową, powitała nas obojętnie, nie wyrażając żadnego nastawienia. To znaczy, że wiedziała o naszym przyjeździe i ma wobec ciebie i mnie jakiś plan.
- Zignorowała nas. Zlekceważyła nasze przybycie. - Byłam wściekła.
- Jo, przecież lekceważenie jest twoją najskuteczniejszą bronią.
- Kogo zlekceważyłam?
- To ciebie wszyscy lekceważą! - wyjaśnił Niru, a jego czarne oczy rozświetliły się radosną energią. - Lekceważą cię królowe, magnatki, zwykli ludzie, nawet służba cię lekceważy. A potem powoli zyskujesz ich szacunek i przychodzą z błaganiem i prośbami o uratowanie życia. Lekceważenie ze strony twoich wrogów pozwala ci przeżyć wszystkie śmiertelne tarapaty, w które nieustannie się pakujesz. Więc nie przejmuj się i czekaj, aż wszyscy znów przyjdą do ciebie na kolanach.
Ostatnie zdanie wypowiedział z taką satysfakcją, jakby był dumny, że jest mężem potężnej czarodziejki. Postanowiłam pójść za jego radą i obniżyć pułap swoich oczekiwań. Niech tam, będziemy spać w tym bajzlu na podłodze bez słowa skargi. Baliśmy się zostawić bagaże w nieznanym miejscu. Miałam ze sobą pieniądze, dokumenty, a co najważniejsze, narzędzia medyczne i zapas medykamentów. Nie mogłam spuścić ich z oka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji