Kulig
Odkąd Anna sięgała pamięcią, rodziny z wioski w sylwestrowy wieczór
urządzały kulig na letnie pastwiska w górach. Konie były wyczesane
zgrzebłem i przystrojone na powitanie nowego roku, a do sań mocowano
dzwoneczki i pochodnie rozjaśniające nocny mrok. W niektóre zimy trasę
przygotowywano za pomocą ratraka, żeby konie nie zapadały się w sypkim
śniegu, ale w góry wybierano się w każdego sylwestra, i to nie na
nartach czy skuterach śnieżnych, tylko właśnie saniami. Bo owszem,
święta Bożego Narodzenia miały swoją magię, lecz prawdziwą zimową baśnią
był właśnie ten kulig.
W wieczór sylwestrowy wszystko wyglądało inaczej. Dzieci i dorośli
bawili się razem, panowało ogromne zamieszanie i w ten jeden jedyny
dzień w roku stawali się wielką rodziną. W ten sam wieczór opuszczali
jeden rok i wchodzili w inny. Przekraczali niewidzialną granicę między
tym, co już było, a tym, co dopiero miało nadejść. Szczęśliwego Nowego
Roku! Dziękujemy za ten stary!
Anna uwielbiała wieczory sylwestrowe, chociaż nie bardzo potrafiła się
zdecydować, co lubi najbardziej, czy drogę w góry, aby tam uczcić
ostatni kawałeczek starego roku, czy też powrotną drogę w dół ku nowemu
rokowi, kiedy jechała owinięta kocem w objęciach mamy, taty lub któregoś
z pozostałych mieszkańców wioski.
Ale w sylwestra tego roku, kiedy Anna skończyła dziesięć lat, nie było
śniegu ani na płaskowyżu, ani w dolinach. Mróz już dawno ściął okolicę,
lecz oprócz niewielkich białych plam tu i ówdzie góry pozostawały
bezśnieżne. Nawet potężny masyw górski wyrastający z płaskowyżu wznosił
się bezwstydnie nagi pod otwartym niebem, rozebrany z białego zimowego
płaszcza.
Wśród dorosłych poszeptywano coś o "globalnym ociepleniu" i "zmianach
klimatu". Anna zapamiętała te nowe określenia. Pierwszy raz w życiu
zaczęła przeczuwać, że na świecie zapanował brak równowagi.
Ale w góry w sylwestra musieli się wybrać, lecz tego roku jedynym
możliwym środkiem transportu okazał się traktor. Poza tym tradycyjna
wizyta w górskich zagrodach miała się wyjątkowo odbyć w ciągu dnia,
ponieważ bez śniegu na płaskowyżu sylwestrowa noc byłaby tak ciemna, że
nie widzieliby nic na wyciągnięcie ręki. Nawet pochodnie w niczym by nie
pomogły. Poza tym głupio by wyglądały na traktorze czy na przyczepie.
Dlatego w sylwestrowy poranek pięć traktorów wyruszyło w ślimaczym
tempie w góry po porośniętym brzozami zboczu. Zabrano ze sobą dużo
dobrego jedzenia i picia. Jest śnieg czy go nie ma - trzeba wznieść
toast za nowy rok, no i trochę się zabawić na ściętych mrozem halach.
Tego roku rozmawiano nie tylko o braku śniegu. W okresie
międzyświątecznym dwukrotnie zauważono w pobliżu gospodarstw dzikie
renifery i żartowano, że to Mikołaj po dowiezieniu gwiazdkowych
prezentów zapomniał zabrać swoje reny.
Anna zorientowała się jednak, że ta historia z reniferami ma w sobie coś
niedobrego i niepokojącego. Dotychczas dzikie renifery nigdy nie
zapuszczały się do wiosek. W jednym z gospodarstw próbowano nawet karmić
takie przerażone zwierzę, a w gazecie pojawiły się zdjęcia z podpisem:
"Dzikie renifery szturmują górskie wioski"...
W ostatni dzień grudnia konwój traktorów z przyczepami kierował się w góry. Na pierwszej przyczepie siedziała Anna wraz z gromadką innych
dzieci. Im wyżej wjeżdżali, tym bardziej szklany wydawał się zmrożony
krajobraz, a to oznaczało, że deszcz musiał padać tuż przed nadejściem
mrozu, który skuł wszystko, co płynęło.
Na widok truchła zwierzęcia przy drodze traktory się zatrzymały. Okazało
się, że to renifer, sztywny z mrozu. Któryś z mężczyzn wyjaśnił, że
zwierzę padło z głodu.
Anna nie bardzo mogła to zrozumieć. Ale nieco później, gdy już dotarli w góry, zobaczyła, że cała okolica zamarzła. Z okowów mrozu nie dało się
wyrwać żadnego kamyka, żadnej roślinnej resztki.
Dotarli do jeziora Breavatnet i tu pięć traktorów znów się zatrzymało,
ale teraz kierowcy wyłączyli już silniki. Stwierdzono, że lód jest
bezpieczny, więc i dorośli, i dzieci wybiegli na jezioro. Lód był
przezroczysty i kolejne osoby nie posiadały się z radości, w miarę jak
odkrywały, że mogą zobaczyć pstrągi pływające pod lodową pokrywą.
Na lód wyniesiono piłki, kije do gry w bandy i sanki. Anna jednak
chodziła samotnie wzdłuż brzegu jeziora, oglądając zmrożoną roślinność.
Widziała pokryte cieniutką warstewką lodu mech i porosty, krzewinki,
bażyny i czarne owocki mącznicy, otoczone ogniście czerwonymi listkami.
Wyglądało to prześlicznie, prawie tak, jakby znalazła się w szlachetniejszym, bardziej wyrafinowanym świecie niż jej własny. Zaraz
jednak dostrzegła martwą mysz... Tuż obok drugą. A pod karłowatą brzózką
leżał nieżywy leming. Wtedy Anna już wszystko zrozumiała i w jednej
chwili zniknęła cała atmosfera baśni. Wiedziała przecież, że myszy i lemingi mogą przetrwać zimę w górach wśród krzewów i zarośli pod
miękkimi kołderkami śniegu. Ale gdy śnieżnych kołderek brakuje, to
trudno sobie poradzić, gdy się jest lemingiem albo myszą.
Anna uświadomiła sobie, dlaczego dzikie renifery zeszły w doliny. To nie
miało żadnego związku z Mikołajem.
Doktor Benjamin
Sześć lat później Anna siedzi razem z rodzicami w starym domu z drewnianych bali. Na dworze już od wielu godzin jest ciemno, a tata
zapalił chyba wszystkie świeczki, jakie miał do dyspozycji, i poustawiał
je na półce nad kominkiem i na parapecie. Jest dziesiąty grudnia i tylko
dwie noce dzielą ich od dnia, w którym Anna skończy szesnaście lat.
Rodzice siedzą na kanapie i oglądają telewizję, film kręcony na Oceanie
Spokojnym, baśń dla dorosłych z epoki żaglowców. A może to jednak
dokument o którymś z legendarnych osiemnastowiecznych kapitanów? Anna
nie ma pewności, bo zerka na ekran tylko od czasu do czasu.
Siedzi przy stole, ledwie kątem oka patrząc na widoki oceanu pokazywane
na ekranie. W ręku trzyma wielkie nożyce i wycina coś z gazet, których
cały plik leży przed nią...
W sierpniu Anna zaczęła chodzić do pierwszej klasy liceum i już po kilku
dniach w nowej szkole poznała Jonasa, który był o rok wyżej. Od razu się
zaprzyjaźnili, przez kilka dni udawali zakochaną parę, aż w końcu sobie
uświadomili, że rzeczywiście się w sobie zakochali.
Anna siedziała nad wycinkami z dużym kubkiem herbaty i uśmiechała się do
siebie. Życie potrafi odmienić się tak nagle!
Ale na to, co stało się dziś, była jednak dobrze przygotowana. Dostała
wreszcie stary pierścionek po ciotce Sunnivie! Od dawna wiedziała, że
odziedziczy go w dniu swoich szesnastych urodzin. Samo wręczenie odbyło
się jednak z dwudniowym wyprzedzeniem, ponieważ mama nazajutrz
wyjeżdżała na konferencję. Całą rodziną zjedli uroczysty obiad, a na
deser mama podała kupiony w cukierni tort marcepanowy ozdobiony czerwoną
różą i dopiero po posiłku pierścionek z czerwonym rubinem został wyjęty
ze starego etui na biżuterię i wręczony. Przez resztę wieczoru Anna
miała ów drogocenny klejnot na palcu i szykując wycinki, zerkała na
pierścionek cztery albo pięć razy na minutę.
Pierścionek miał z pewnością ponad sto lat, a niektórzy uważali, że
nawet kilkaset. Ze starym klejnotem wiązało się ponadto mnóstwo ogromnie
ciekawych opowieści.
W ramach prezentu na szesnaste urodziny Anna dostała również nowy
smartfon, który był jej wielkim marzeniem. Chociaż spełnił jej
oczekiwania, to jednak przyćmił go nieco ten wspaniały rodzinny klejnot.
Ale Annie i tak trudno było pojąć, że wystarczy lekko dotknąć ekranu, a już ma dostęp do całego internetu.
Najdziwniejszy tej jesieni był jednak wyjazd do Oslo w połowie
października. Ów rozdział życia Anny zaczął się nieco wcześniej tego
roku.
Od dzieciństwa słyszała, że ma bujną wyobraźnię. Na pytanie, o czym
myśli, potrafiła snuć niekończące się opowieści, lecz wszyscy uważali,
że to czyni ją bogatszą. Minionej wiosny zaczęły się jednak pojawiać
historie, które Anna odbierała jako prawdziwe i rzeczywiste. Miała
wrażenie, że to przekaz z jakichś innych czasów albo nawet z innej
rzeczywistości.
Wreszcie dała się namówić na kilka rozmów z psycholożką, które były
kontynuowane też jesienią. Lekarka po pewnym czasie stwierdziła, że
dobrze by było, aby Annę zbadał psychiatra w Oslo. Anna nie miała nic
przeciwko temu, uważała, że nie ma się czego wstydzić, a badanie przez
psychiatrę traktowała niemal jak zaszczyt.
Zażądała jednak, by pozwolono jej jechać bez rodziców, a Jonas zaraz się
zaofiarował, że będzie jej towarzyszyć. Rodzice jednak pozostali
nieugięci, uparli się, że któreś z nich musi jechać z młodymi.
Kompromisowo stanęło na tym, że Anna pojedzie z Jonasem, ale również z mamą, pod warunkiem że mama w pociągu będzie siedziała w innym
przedziale.
Wczesnym popołudniem we troje stawili się w Szpitalu Centralnym, gdzie
Annie wyznaczono wizytę u psychiatry. Do gabinetu jednak nikt nie mógł z nią wejść, przynajmniej na początku. Anna zrozumiała, że mama
potraktowała to jako wielką klęskę. Bardzo chciała uczestniczyć w tym
badaniu duszy swojej córki, musiała się jednak pogodzić z siedzeniem w poczekalni razem z Jonasem.
Anna od pierwszej chwili polubiła doktora Benjamina. Miał jakieś
pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat i długie szpakowate włosy związane w kucyk. W płatku jednego ucha nosił maleńką fioletowoniebieską gwiazdkę,
a z kieszonki na piersi jego czarnej marynarki wystawał czerwony
flamaster. Doktor miał żartobliwy błysk w oku i w trakcie rozmowy cały
czas patrzył na Annę z zainteresowaniem.
Wciąż pamiętała jego pierwsze słowa wypowiedziane po przywitaniu i zamknięciu drzwi do poczekalni. Oświadczył, że mają dużo szczęścia,
ponieważ nieoczekiwanie odwołano badanie wyznaczone tuż po wizycie Anny,
dzięki czemu będą mogli spędzić razem więcej czasu.
Do pomalowanego na biało pokoju wpadało słońce, a przez okno Anna
widziała czerwone i żółte liście na drzewach. W pewnym momencie rozmowy
dostrzegła wiewiórkę biegającą w górę i w dół po sośnie.
- Sciurus vulgaris! - zawołała. - Czyli wiewiórka pospolita. Ale w Anglii już nie są wcale takie pospolite. Tam rudobrązową wiewiórkę
wyparły amerykańskie wiewiórki szare.
Psychiatra zrobił wielkie oczy, a Anna pomyślała, że najwyraźniej
zaimponowała mu swoją znajomością przyrody. W chwili, gdy doktor obracał
się na krześle, żeby spojrzeć na wiewiórkę, Anna zauważyła zdjęcie
pięknej kobiety. Stało na biurku w czerwonej ramce. Córka czy żona? Anna
zdecydowała, że spyta, ale moment później doktor znów się obrócił,
zasłaniając zdjęcie, i cała sprawa uleciała jej z pamięci.
Wcześniej zastanawiała się, jak się odbywa takie badanie psychiatryczne.
Nie potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób psychiatra zajrzy do jej
głowy, ale wymyśliła, że przede wszystkim za pomocą jakiegoś specjalnego
narzędzia optycznego uważnie obejrzy jej oczy, bo przecież oczy są
zwierciadłem duszy. Poza tym doszła do wniosku, że doktor na wszelki
wypadek spróbuje zajrzeć do wnętrza jej głowy przez uszy, nos albo usta,
bo psychiatra to przecież lekarz, a nie tylko psycholog. Nie bardzo
wiedziała, do jakiego stopnia wierzy w te swoje fantazje, krążyły jej po
głowie trochę jak krótkie filmiki. Na poważnie bała się tylko, że doktor
ją zahipnotyzuje, by wyciągnąć z jej duszy wszystkie tajemnice. Miała
cichą nadzieję, że obejdzie się bez hipnozy, bo nie podobała jej się
myśl o utracie kontroli nad sobą i wyjawieniu wszystkich tajemnic. Niech
już lepiej ten psychiatra bardziej przyłoży się do użycia swoich
narzędzi.
Ale oni po prostu rozmawiali! Doktor zadawał jej wiele interesujących
pytań, rozmowa z czasem stała się tak luźna, że Anna odważyła się zadać
kilka pytań również jemu. No bo jak to jest z doktorem? Czy jemu od
czasu do czasu nie przychodzą do głowy jakieś intrygujące historie,
którymi może się podzielić z otoczeniem? Czy zdarzało mu się również
śnić, że jest kimś innym? I czy kiedykolwiek miał proroczy sen?
W końcu doktor Benjamin podsumował ich rozmowę.
- Anno - zaczął. - Nie widzę u ciebie żadnych oznak choroby. Masz
niezwykle bujną fantazję i wręcz zadziwiającą zdolność wyobrażania sobie
sytuacji, których nie przeżyłaś. Niekiedy może to być dla ciebie
męczące, ale to nie choroba.
Anna również tak uważała. Już wcześniej była przekonana, że nie jest
chora. Dla porządku przypomniała jednak, że czasami wierzy w swoje
fantazje. Powiedziała, że odnosi wrażenie, jakby to, o czym myśli i co
sobie wyobraża, było jej przekazywane, a nie powstawało w jej umyśle.
Doktor Benjamin pokiwał głową.
- Wydaje mi się, że rozumiem - powiedział. - Masz tak szaloną
wyobraźnię, że to jakby na ciebie spływa, i nie możesz uwierzyć, że sama
to wszystko wymyśliłaś. Ale fantazja to właściwość ludzka, którą w mniejszym lub większym stopniu ma każdy. Wszystkim nam przecież coś się
śni, tyle że nie każdy rano następnego dnia pamięta, o czym. To właśnie
w tym punkcie masz niewątpliwie wielki talent. Zabierasz ze sobą to, co
ci się śniło w nocy...
Anna postanowiła wyłożyć wszystkie karty na stół.
- Ale jednocześnie mam niekiedy wrażenie, że te sny przychodzą do mnie z jakiejś innej rzeczywistości albo z innego czasu.
Psychiatra dalej kiwał głową.
- Również zdolność wiary w przeróżne rzeczy tkwi głęboko w ludzkiej
naturze. Ludzie zawsze doświadczali kontaktu z siłami nadprzyrodzonymi,
z bogami, aniołami czy przodkami. Niektórzy ponadto twierdzili, że na
własne oczy widzieli istoty ze świata duchów bądź osobiście się z nimi
zetknęli. Zdarza się, że ktoś potrafi intensywniej wierzyć w takie
rzeczy niż inni. To tak jak ze wszystkimi różnicami między ludźmi. Są
tacy, którzy pokonują innych w szachy czy w liczeniu w pamięci. A są i tacy, którzy pokonują prawie wszystkich pod względem wyobraźni czy
wiary. Wśród tych być może Anna Nyrud zajmuje jedno z pierwszych miejsc.
Anna znów wyjrzała na światło słońca bawiące się wśród kolorowych liści
na drzewach za oknem.
- Gdybyś natomiast wierzyła, że wszystkimi pszczołami i trzmielami w twoim ogrodzie steruje CIA, oraz w to, że te owady krążą wokół twojego
domu wyłącznie po to, by cię szpiegować, to być może cierpiałabyś na
poważną chorobę psychiczną.
- Skąd pan wie, że mam ogród? - przerwała mu Anna.
- Podobno kiedyś powiedziałaś swojej psycholożce, że wolałabyś nie
spotkać renifera w swoim ogrodzie.
Anna się roześmiała.
- Ona nie miała pojęcia, o czym mówię. Ale bardzo kocham ten ogród. No i pszczoły...
- Tak?
- Pszczoły to natura, tak jak pan i ja. Oczywiście nie steruje nimi CIA,
rządzą nimi ich własne geny. Poza tym uważam pszczoły za coś w rodzaju
przedstawicielek Matki Ziemi.
- No właśnie - potwierdził mężczyzna z kucykiem. - A tego, co teraz
mówisz, nie można nazwać szalonym wymysłem czy też, jak się to fachowo
określa, "urojeniem".
W trakcie rozmowy doktor Benjamin od czasu do czasu zerkał na monitor
komputera. Teraz znów to zrobił, a Anna zrozumiała, że pewnie zagląda do
obszernego raportu psycholożki z jej rodzinnej wioski. Spytał:
- Boisz się czegoś, Anno?
- Globalnego ocieplenia - odparła natychmiast.
Opanowany dotąd psychiatra lekko drgnął. Był ewidentnie doświadczonym
lekarzem i tylko ten jeden jedyny raz tak go zaskoczyła udzielona przez
Annę odpowiedź, że zareagował natychmiast:
- Co powiedziałaś?
- Chodzi mi o to, że boję się zmian klimatu spowodowanych przez
człowieka. Boję się, że my, którzy żyjemy teraz, zniszczymy klimat i środowisko na naszej planecie, bo nie myślimy ani trochę o tych, którzy
przyjdą po nas.
Psychiatra przez kilka sekund siedział zamyślony, zanim odpowiedział:
- To chyba realny lęk, którego niestety nie mogę zdjąć z twoich barków.
Gdybyś wyznała, że boisz się pająków, sprawa przedstawiałaby się nieco
inaczej. W takich wypadkach mówimy o fobii i wówczas można wdrożyć pewną
terapię, na przykład stopniowo przyzwyczajać pacjenta do tego, czego się
boi. Ale nie leczymy ludzi z lęku przed globalnym ociepleniem.
Anna spojrzała doktorowi Benjaminowi w oczy, potem znów zerknęła na
gwiazdkę, którą nosił w uchu.
- Czy pan ma świadomość, ile miliardów ton dwutlenku węgla ludzkość
wypuściła do atmosfery w ciągu zaledwie ostatnich dziesięcioleci?
Ku wielkiemu zdumieniu Anny psychiatra odpowiedział na to pytanie bez
namysłu:
- Wydaje mi się, że obecnie w atmosferze jest o czterdzieści procent
dwutlenku węgla więcej, niż było, zanim na poważnie zaczęliśmy spalać
ropę, węgiel i gaz, wycinać lasy, a poza tym tak intensywnie uprawiać
ziemię, jak robimy to dzisiaj. Równie wysoki poziom dwutlenku węgla w atmosferze był sześćset tysięcy lat temu, a przyczyną obecnego stanu
jest emisja spowodowana przez człowieka.
Zaimponował Annie. Naprawdę niewiele osób zna się na takich kwestiach,
mimo że są takie ważne. Pokazała doktorowi uniesiony kciuk, a potem
powiedziała:
- W atmosferze już jest tyle gazów cieplarnianych, że nikt nie potrafi
powiedzieć, jakie to będzie miało konsekwencje dla klimatu i środowiska
na naszej planecie. A emisja nie ustaje...
Doktor Benjamin położył obie dłonie płasko na biurku przed sobą i przez
sekundę albo dwie siedział nachylony do przodu, patrząc w blat, zanim
znów podniósł wzrok na Annę. Wyglądał niemal na zakłopotanego.
- Bardzo się oddaliliśmy od tego, co jest moją specjalnością tu, w szpitalu, ale mogę ci się zwierzyć, że mnie również martwi całe to
spalanie węgla i konsekwencje, jakie to może mieć dla życia na Ziemi.
Chociaż właściwie te kwestie wcale nie są tak całkowicie pozbawione
związków z psychiatrią...
Zawahał się, a Anna wtedy poprosiła:
- Niech pan mówi dalej, chętnie posłucham.
- Zadaję sobie pytanie, czy nasza kultura nie wypiera pewnych
podstawowych prawd. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Chyba tak. Uważamy, iż coś jest tak nieprzyjemne, że staramy się o tym
zapomnieć.
- Otóż to.
Annie nagle przyszło coś na myśl. Nie miała pojęcia dlaczego, jakby coś
po prostu wpadło jej do głowy z rzeczywistości innej niż ta, w której
przebywała teraz. Usłyszała własny głos zadający pytanie:
- A co by pan powiedział, gdybym oświadczyła, że boję się Arabów?
Doktor się roześmiał.
- Zaproponowałbym, żebyś od czasu do czasu pobyła trochę z Arabami.
Sądzę, że to byłaby najskuteczniejsza terapia.
- Fajnie...
- Ale mówiłem już, że nie leczymy pacjentów z lęku przed globalnym
ociepleniem. Pytanie, czy nie powinniśmy raczej rozejrzeć się za czymś w rodzaju recepty na brak takiego niepokoju. Bo przecież nie możemy
stopniowo oswajać tego zagrożenia, przeciwnie! Musimy starać się go
pozbyć.
Anna przez cały czas miała wrażenie, że psychiatra rozmawia z nią jak z dorosłą, i bardzo jej się to podobało. Doktor uważał ją za osobę równą
sobie. Trochę się jednak zdziwiła, kiedy pod koniec spytał, czy Anna
należy do jakiejś organizacji zajmującej się ochroną środowiska. Nie
spodziewała się takiego pytania w gabinecie lekarskim. No ale przecież
sama zaczęła mówić o zmianach klimatu spowodowanych działaniami
człowieka.
Odparła, że w jej wiosce nie ma żadnej takiej organizacji. Tam w zasadzie wszystko kręci się jedynie wokół szkoły i pracy, tuningowania
samochodów i motocykli, no i oczywiście imprezowania i pijaństwa w weekendy.
- Ten młody człowiek, z którym tu przyszłaś, to może twój brat?
Anna się roześmiała.
- Nie, nie, to Jonas. To tylko mój chłopak.
Uważała, że zabrzmiało to wspaniale: "To tylko mój chłopak".
Doktor śmiał się razem z nią.
- Czy Jonasa też zajmują kwestie klimatu?
- On jest już w drugiej licealnej i ma dużo fizyki, chemii i biologii.
Może się sporo nauczyć o świecie.
- No tak, na pewno.
- Globalne ocieplenie to nie jest kwestia tego, co się uważa, tylko
tego, co się wie. Albo ktoś się czegoś nauczył i zrozumiał, albo żyje w nieświadomości.
- Wydaje mi się, że masz całkowitą rację, Anno. Nie zdziwiłoby mnie,
gdyby mniej niż jeden procent ludzi w naszym kraju potrafił choć mniej
więcej przedstawić kwestię równowagi obiegu węgla.
Annie serce podskoczyło w piersi. O tym całkiem niedawno rozmawiała z Jonasem. W dodatku w ostatniej, dziesiątej klasie podstawówki pisała
pracę na temat globalnego ocieplenia.
- A pan potrafi? - spytała. - Potrafi pan omówić problem równowagi
obiegu węgla?
I miły doktor od spraw duszy w trakcie wyłączania komputera i zbierania
jakichś papierów z biurka zrobił Annie krótki wykład. Najpierw
powiedział kilka słów o obiegu dwutlenku węgla w przyrodzie. Rośliny w procesie fotosyntezy czerpią dwutlenek węgla z powietrza i w ten sposób
wiążą węgiel z żywymi organizmami, natomiast ten sam gaz jest uwalniany
do powietrza w procesach oddychania zwierząt i rozkładu materii
organicznej. Przez równowagę obiegu węgla doktor rozumiał przede
wszystkim tę równowagę, jaka istnieje między tą ilością dwutlenku węgla,
która przenika do atmosfery w wyniku wybuchów wulkanów, a tą, która
ulega rozkładowi w wyniku działania pogody i wiatru, na koniec zaś
zostaje związana w skorupie ziemskiej. Równowaga ta była niezachwiana
przez wieleset tysięcy lat i ludzie na ten cykl nie mieli żadnego
wpływu, nie musieli więc się tym przejmować.
- Również cały węgiel - ciągnął psychiatra - który przez miliony lat
pozostawał zmagazynowany w ropie, węglu i gazie, był "zaparkowany",
czyli wyłączony z obiegu. Ale ta delikatna, cieniutka jak włosek
równowaga...
Anna weszła mu w słowo:
- ...tę delikatną równowagę zakłócili ludzie, spalając ropę, węgiel i gaz,
a tym samym pompując dwutlenek węgla do atmosfery.
- Owszem, właśnie to zamierzałem powiedzieć. Chociaż ta ilość dwutlenku
węgla, która zostaje uwolniona poprzez działalność człowieka, stanowi
zaledwie ułamek tego, co jest w obiegu naturalnym, to jest nadwyżką,
której przyroda nie ma czasu związać w skorupie ziemskiej. Przez to w atmosferze stale przybywa dwutlenku węgla.
- Ponieważ on się tam gromadzi - uzupełniła Anna.
- Otóż to. Wiesz to równie dobrze jak ja. Jeśli codziennie będziesz
zjadała trochę więcej kalorii, niż twój organizm potrzebuje do
utrzymania swoich funkcji, z czasem zaczniesz tyć. W taki sam sposób
przybywa dwutlenku węgla w atmosferze.
- A przez to Ziemia coraz bardziej się ociepla. Im więcej dwutlenku
węgla w atmosferze ziemskiej, tym jest cieplej. Zaczynają topnieć
lodowce, co jeszcze pogarsza sprawę, ponieważ śnieg i lód odbijają
większość światła słonecznego w przeciwieństwie do morza i skał. Przez
to Ziemia jeszcze bardziej się nagrzewa...
- Właśnie tak jest. Ten proces nazywamy wzmacniającym sprzężeniem
zwrotnym.
- ...a może doprowadzić do rozmarznięcia wiecznej zmarzliny w tundrze.
Wtedy do atmosfery uwolnią się metan i dwutlenek węgla. A metan to
również intensywnie działający gaz cieplarniany, więc Ziemia dalej się
będzie nagrzewać. W atmosferze przybędzie pary wodnej i zrobi się coraz
cieplej. Przyjdzie kolej na lodowce Grenlandii i może na lód na
Antarktydzie...
Doktor Benjamin uniósł rękę, a Anna zrozumiała, że psychiatra próbuje ją
pohamować. Ona jednak nie mogła przepuścić takiej szansy na powiedzenie
wszystkiego do końca:
- Efekt cieplarniany może kompletnie wymknąć się spod kontroli i średnia
temperatura Ziemi w najgorszym razie wzrośnie o sześć albo nawet o osiem
stopni. Wtedy może nawet cały lód na naszej planecie stopnieje i poziom
mórz podniesie się o kilkadziesiąt metrów... W mitologii skandynawskiej
istniało osobne słowo na to, co może się stać z Ziemią. Nazwano to
ragnarök.
Doktor Benjamin wstał, żeby się pożegnać i odprowadzić Annę do drzwi.
Zanim jednak je otworzył, zaproponował:
- A czy nie moglibyście we dwoje z Jonasem założyć organizacji
zajmującej się ochroną środowiska, jakiejś ekogrupy? Mam na myśli
takiego lokalnego rozzłoszczonego tygryska w waszej okolicy. To chyba
najlepsza rzecz, jaką możesz zrobić, żeby zaradzić swojemu lękowi przed
zniszczeniem klimatu. Tłumienie lęku jest na dłuższą metę niezdrowe. W końcu może zacząć pokazywać zęby, a mówię to znów jako psychiatra. Jeśli
mam ci dać jakąś radę, to musi ona brzmieć: wyrzuć to z siebie! -
Pogrzebał w kieszeniach i wręczył Annie swoją wizytówkę. - Dzwoń do mnie
albo przyślij e-mail, jeśli będziesz chciała coś przedyskutować. Nie mam
już w domu małych dzieci, więc będę się cieszył, jeśli się ze mną
skontaktujesz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki