Spieszę przelać na papier
historję naszych niezwykłych przygód, zanim czas zatrze w mej
pamięci ich wszystkie szczegóły; nawet w tej chwili, zastanawiając
się nad przeszłością, nie mogę obronić się zdumieniu, że właśnie
profesor Challenger, profesor Summerlee, lord Roxton i ja - to jest
uczestnicy wyprawy do Zaginionego Świata - byliśmy znów świadkami
tak niezwykłych zdarzeń.
Nie przypuszczałem nawet, gdym przed kilku laty nadsyłał
"Gazecie Codziennej" sprawozdania z naszej epokowej wyprawy do
Południowej Ameryki, iż przypadnie mi w udziale opisywać przeżycia
jeszcze bardziej niezwykłe, fakty jedyne w dziejach ludzkości,
górujące nad biegiem codziennych zdarzeń jak niebotyczne
wierzchołki nad roztaczającą się u stóp ich równiną. To żeśmy w
trakcie tego niezwykłego zdarzenia znaleźli się razem stało się w
sposób zupełnie zwykły, a nawet nieunikniony. Fakta poprzedzające
to zdarzenie opiszę krótko i jasno, gdyż zdaję sobie sprawę, że
opowiadanie moje, im bardziej będzie wyczerpujące, tem cenniejsze
stanie się dla czytelników, których ciekawość była i jest
nienasyconą.
Otóż w piątek, dnia 27 sierpnia - (pamiętna to data w
dziejach ludzkości) udałem się do gabinetu pana Mc Ardle, stałego
szefa naszej redakcji, i poprosiłem go o trzydniowy urlop.
Poczciwy, stary Szkot, pokiwał głową, podrapał się w rzadkie kępki
rudawych włosów i wreszcie wyraził słowy swe zakłopotanie.
- Myślałem, panie Malone, że będzie pan mógł oddać nam
wielkie usługi w tych dniach właśnie. Zachodzi tu sprawa, którą pan
jeden tylko zdoła pokierować należycie.
- Bardzo mi to nie na rękę - rzekłem, starając się ukryć
rozczarowanie - oczywiście skoro jestem potrzebny, to kwestja jest
wyczerpana. Ale miałem doprawdy pilne, osobiste sprawy, to też,
gdyby pan mógł obejść się bezemnie...
- Nie wyobrażam sobie, jak się obejdę.
Trzeba było pogodzić się z tą przykrością; ostatecznie sam
ją sobie zawdzięczałem, gdyż powinienem był wiedzieć, że prawdziwy
dziennikarz nie jest nigdy panem swego czasu.
- Nie będziemy już więc poruszali tej sprawy - rzekłem z
całą pogodą, na jaką mogłem się zdobyć - cóż za robotę chciał mi
pan powierzyć?
- Wywiad z tym piekielnikiem w Rotherfield.
- Czy pan ma na myśli profesora Challengera? - zawołałem.
- Jego właśnie. W zeszłym tygodniu porwał młodego Simpsena,
z "Kurjera", za kołnierz i spodnie i jednym uderzeniem wypchnął go
o jaką milę za drzwi swego domu. Prawdopodobnie czytał pan o tym w
gazetach; dość, że wszyscy reporterzy woleliby raczej mieć do
czynienia z aligatorem, wypuszczonym z zoologicznego ogrodu, niż z
tym człowiekiem. Ale z panem rzecz przedstawia się inaczej -
jesteście przecież w przyjaźni.
- To rozwiązuje wszystkie trudności - zawołałem ucieszony -
prosiłem pana o urlop, panie redaktorze, aby odwiedzić profesora
Challengera w Rotherfield; w tych dniach przypada właśnie rocznica
naszej słynnej wyprawy z przed trzech lat, i chcąc uczcić ten
dzień, profesor Challenger zaprosił nas wszystkich na wieś do
siebie.
- Kapitalne! - wykrzyknął Mc Ardle, pocierając ręce, a oczy
jego błyszczały zza szkieł okularów - będzie go więc pan mógł
wybadać. Oczywiście gdyby chodziło o kogo innego uważałbym całą
sprawę za nonsens, ale profesor dowiódł nam już raz, że wie co
mówi, i kto zaręczy, czy nie dowiedzie tego powtórnie!
- Ale co do czego mam go wybadać? - spytałem - co on zrobił?
- Nie czytał pan w dzisiejszym "Times" jego listu o
"Możliwościach Naukowych"?
- Nie.
Mc Ardle pochylił się i podniósł dziennik z podłogi.
- Niech pan to przeczyta głośno - rzekł wskazując mi odnośną
kolumnę - chciałbym to usłyszeć, gdyż nie jestem pewien, czym
dokładnie zrozumiał treść.
Oto list, który przeczytałem redaktorowi naszej "Gazety".
"O możliwościach naukowych"
Szanowny Panie Redaktorze! - Niedorzeczny a zarozumiały list p.
James Wilson Mac Phail'a, dotyczący zatarcia się linji Frauenhofera
w spectrum planet i gwiazd stałych, umieszczony niedawno na
szpaltach Pańskiego pisma - serdecznie mnie ubawił (nie chcę bowiem
wyrazić swych uczuć w ostrzejszy a bardziej niepochlebny sposób).
Autor uważa wyżej wspomniane zjawisko za rzecz zupełnie bez
znaczenia; dla osób o nieco głębszej inteligencji zjawisko to może
mieć jednak wielkie znaczenie, - tak wielkie, iż może zagrażać
istnieniu ludzkiemu na naszej planecie. Nie łudzę się, abym za
pomocą naukowych terminów zdołał myśl moją wyłożyć tym, którzy
czerpią swoje wiadomości ze szpalt dzienników, to też postaram się
zniżyć się do ich poziomu umysłowego i zobrazować istniejący stan
rzeczy drogą analogji, dostępnej zrozumieniu przeciętnego
czytelnika".
- Toż to fenomen - żyjący fenomen! - przerwał Mc Ardle z
przejęciem kiwając głowa - ten człowiek zdołałby rozwścieczyć
gołębice i pokłócić kwakrów. Nic dziwnego, że jest znienawidzony w
całym Londynie; a doprawdy szkoda, szkoda, panie Malone, gdyż jest
to umysł niepospolity. No, ale posłuchajmy tej analogji.
- "Przypuśćmy - czytałem dalej - że ktoś rzucił niewielki
pęczek korków na fale Atlantyku; z dnia na dzień korki płynąć będą
powoli wśród tych samych warunków i gdyby zdolne były do myślenia,
uważałyby te warunki za wieczne i niewzruszone. My jednak, dzięki
naszej wiedzy, rozumiemy jak wiele przygód zdarzyć się może tym
korkom. Mogą zderzyć się ze statkiem lub ze śpiącym krokodylem, lub
zaplątać się wśród morskich wodorostów. W każdym jednak wypadku
podróż ich skończyłaby się na tem, że fale wyrzuciłyby je na
skaliste brzegi Labradoru. Ale nie zdawałyby sobie wcale sprawy z
sytuacji płynąc dzień po dniu przez bezbrzeżny w ich mniemaniu,
wiecznie niezmienny ocean.
Czytelnicy pańscy zrozumieją zapewne, że w przenośni tej
Atlantyk wyobraża niezmierzoną przestrzeń eteru, która nas otacza,
a pęczek korków - drobny system planetarny, do którego należymy.
Jako trzeciorzędna planeta, ciągnąca za sobą ogon nic nieznaczących
satelitów, płyniemy wśród niezmiennych warunków ku jakiemuś
nieznanemu celowi, ku jakiejś potwornej katastrofie, która czyha na
nas w nieznanych przestrzeniach jako Niagara eteru lub nieznane
skały nowego Labradoru. Nie widzę tu nic, coby usprawiedliwiało
płytki i prostacki optymizm Mr. James Wilson Mac Phail'a, ale
natomiast widzę dużo powodów, przemawiających za pilnem i bacznem
śledzeniem wszystkich zmian, które zachodzą w kosmicznych
przestworzach, a od których zależy nasz los".
- Oho, to mi ministerjalna głowa! - zauważył Mc Ardle - jego
wywody brzmią przekonywająco, ale dowiedzmyż się co go niepokoi.
"Ogólne zacieranie się i zmiana linji Frauenhofera,
wskazuje, zdaniem mojem, na znaczne zaburzenia kosmiczne o dziwnym
i skomplikowanym charakterze. Światło planety jest odbiciem się
promieni słonecznych, blask gwiazdy jest natomiast światłem
samoistnem. Otóż zarówno spectrum gwiazd, jak i spectrum planet
zdradza te same zmiany, czyżby więc zmieniły się tak pierwsze jak i
drugie? Przypuszczenie podobne uważam za absurd; cóż za jednakowe
zmiany mogły w nich zajść jednocześnie? A więc może zmieniło się
coś w otaczającej nas atmosferze? Jest to możliwe, lecz w
najwyższym stopniu nieprawdopodobne, gdyż nie dało się to ani
odczuć, ani wykryć za pomocą analizy chemicznej. Jakaż nam
pozostaje jeszcze trzecia możliwość? Otóż zmianom mógł uledz eter,
który jest subtelną nicią, łączącą gwiazdy w międzyplanetarnej
przestrzeni, powłoką otulającą szczelnie cały wszechświat.
Pogrążeni w jego bezmiarach płyniemy wśród nieznanych przestrzeni,
i kto wie, czy nie wpadniemy w kręgi jakiegoś nowego eteru, o
właściwościach zupełnie nam obcych? Coś się zmieniło. Zaburzenie
spectrum jasno nam to wykazuje. Zmiana ta może być dodatnia, może
być ujemna, może nie mieć żadnego znaczenia. Nie możemy nic
przewidzieć. Powierzchowni obserwatorowie mogą traktować te
zjawiska, jak coś niezasługującego na uwagę, ale człowiek obdarzony
tak jak ja głęboką inteligencją i prawdziwie filozoficznym umysłem
pojmie, że niepodobna przewidzieć przyszłości wszechświata, i że
najmędrszym jest ten, który przygotowuje się na wszystko. Aby żywym
przykładem poprzeć moje twierdzenie zapytuję, czy niewytłumaczona a
nagła epidemja, o której donosi dzisiaj pański dziennik, a która
szerzy się na Sumatrze, nie może być w związku z zaburzeniami
kosmicznemi, dającemi się silniej odczuć wśród tamtejszej ludności,
niż wśród bardziej psychicznie skomplikowanych mieszkańców Europy?
Rzucam myśl, uważając, że uznawanie jej lub przeczenie w obecnych
warunkach byłoby bezcelowe. Twierdzę jednak, że tylko zupełnie
ograniczony umysł może ją uważać za przekraczającą granicę
możliwości.
Z poważaniem
Jerzy Edward Challenger.
Briars, Rotherfield."
- Dobrze napisany, ciekawy list - rzekł poważnie Mc Ardle,
wpychając papierosa do szklanej rurki, służącej mu za cygarniczkę.
- Co pan myśli o tem panie Malone?
Musiałem się przyznać do haniebnej nieznajomości poruszanego
przedmiotu. Co to było za linja Frauenhofera? Mc Ardle przy pomocy
uczonego, wchodzącego w skład naszej redakcji, przestudiował był
właśnie te zagadnienia; to też wziął z biurka dwie kolorowe
tablice, przywodzące na myśl kokardy jakiegoś bardzo młodocianego a
pełnego wygórowanych nadziei klubu cricketowego, i wskazał mi
ciemne linje, krzyżujące się na jaskrawych pasmach, które
przechodziły stopniowo od barw pomarańczowych, po przez żółte,
zielone, błękitne i indygo, aż do fioletowych i innych.
- Te ciemne pasma - wyjaśnił - są to owe linje Frauenhofera.
Kolorowe pasma oznaczają światło. Każdy promień przepuszczony przez
pryzmat rozkłada się na te same kolory. Nie mają one w danym
wypadku żadnego znaczenia, gdyż rozchodzi się właśnie o owe ciemne
linje, które zmieniają się w zależności od tego, co jest przyczyną
światła. Otóż te linje, dotychczas tak wyraźne poczęły się zacierać
w ciągu ostatniego tygodnia, wywołując wśród astronomów kłótnie co
do przyczyn tego zjawiska. Oto fotografja zatartych linji,
przygotowana do jutrzejszego numeru. Dotychczas ogół wcale nie
interesował się tą kwestią, ale mam wrażenie, że list Challengera
podnieci ciekawość.
- A cóż się dzieje na Sumatrze?
- Zdawaćby się mogło, że niema najmniejszego związku miedzy
zacieraniem się linji Frauenhofera w spectrum a chorobą, jaka
wybuchła na Sumatrze. A jednak ten stary oryginał dowiódł nam już
raz, że nie twierdzi niczego bezpodstawnie a epidemja, o której
wspomina, nosi istotnie dziwne cechy; otrzymaliśmy też dzisiaj
depeszę z Singapore, iż w cieśninie Sunda latarnie morskie są
nieczynne i że wskutek tego dwa statki osiadły na mieliźnie. Tak
czy owak chciałbym abyś pan wybadał Challengera, i o ile dowie się
pan czegoś ciekawego, niech nam pan przygotuje artykuł na
poniedziałek.
Wychodziłem z gabinetu redaktora rozmyślając nad powierzoną
mi misją, gdy nagle usłyszałem jak w poczekalni na dole wymawiano
moje nazwisko. Był to posłaniec z depeszą, którego odesłano z mego
mieszkania w Streatham do redakcji; depesza pochodziła właśnie od
tego człowieka, o którymśmy mówili i brzmiała jak następuje:
"Malone, 17, Hill Street, Streatham
Proszę przywieźć tlenu - Challenger".
"Przywieźć tlenu!" Znałem aż nadto dobrze ciężki dowcip
profesora zarówno jak i jego niesamowite koncepty. Czyżby to był
jeden z tych ulubionych żartów, wywołujących wybuchy hałaśliwej
wesołości, podczas której oczy ginęły w twarzy profesora a on sam,
nieczuły na wszystko co go otaczało, zamieniał się w otwarte ze
śmiechu usta i olbrzymią trzęsącą się brodę? Odczytałem raz jeszcze
depeszę, ale nie było w niej nic dwuznacznego, nic, coby zakrawało
na kpiny. Przeciwnie zawierała polecenie aż nadto wyraźne, choć
dosyć dziwaczne; ale profesor Challenger nie należał do ludzi,
których polecenia pozwoliłbym sobie lekceważyć. Kto wie -
rozważałem - czy nie chodzi tu o jakie doświadczenie chemiczne, lub
może... Ale zastanowienie się nad przyczyną otrzymanego
rozporządzenia nie należało bynajmniej do mnie; miałem go tylko
wypełnić. Ponieważ pozostawała mi blisko godzina do odejścia
pociągu, więc zawołałem taksometr i kazałem się wieść na Oxford
street do Towarzystwa Dostawy Tlenu, którego adres wyszukałem w
książce telefonicznej.
Gdy, przybywszy na miejsce, wyskoczyłem z auta, na chodniku
ukazało się dwóch służących, dźwigających żelazny cylinder, który
nie bez trudu poczęli ładować na stojące w pogotowiu auto. Tuż za
nimi szedł starszy jakiś pan, gderając i dając im wskazówki
niemiłym, zgryźliwym tonem. Obrócił się ku mnie, i natychmiast z
tych ostrych rysów i krótkiej koźlej bródki, poznałem mego dawnego,
zawsze jednako uszczypliwego towarzysza, profesora Summerlee.
- Co! - krzyknął - nie przypuszczałem, aby i pan otrzymał
równie niedorzeczny telegram o tlen?
Pokazałem mu moją depeszę.
- No, no! I ja otrzymałem taką samą, i jak pan widzi
zastosowałem się do niej, aczkolwiek bardzo niechętnie. Nasz
przyjaciel jest niemożliwy jak zawsze. Zapotrzebowanie jego na tlen
jest tak gwałtowne, że zamiast zamówić go w zwykły sposób, to jest
wprost z zakładów, zabiera czas ludziom bardziej od siebie zajętym.
Wyraziłem przypuszczenie, iż Challenger potrzebował tlenu
bezzwłocznie.
- Albo raczej zdawało mu się, iż go potrzebuje bezzwłocznie,
a to całkiem co innego. Ale wobec zapasu, który ja nabyłem pan już
nie potrzebuje kupować.
- Zdaje się jednak, że Challenger dla jakichściś przyczyn
życzy sobie abym i ja przyniósł z sobą tlen, i przyznam się panu,
że wolę zastosować się do jego życzenia.
I mimo gderliwych uwag Summerlee, kupiłem spory cylinder
tlenu, który umieszczono w tym samym co i pierwszy aucie, gdyż
Summerlee ofiarował się zabrać mnie z sobą na kolej.
Gdym odszedł do mego auta aby zapłacić za kurs, szofer wdał
się ze mną w sprzeczkę co do należnej mu sumy, a gdy wreszcie
powróciłem do profesora Summerlee, zastałem żywą kłótnię między
nim, a woźnymi, którzy wynosili ze sklepu tlen. Mała, koźla bródka
profesora trzęsła się ze złości, jeden z woźnych nazwał go: "starą,
głupią papugą" co tak rozwścieczyło jego szofera, że wyskoczył z
samochodu aby się ująć za swym panem, i zaledwie z trudnością udało
się nam zażegnać bójkę na ulicy.
Zdawaćby się mogło na pozór, że drobne te wypadki nie
zasługują nawet na uwagę, ale dziś gdy spoglądam na nie wstecz,
zdaję sobie sprawę, że łączą się z historją, którą chcę opisać.
Wydało mi się, że szofer nasz albo był nowicjuszem, albo
zdenerwował się niezwykle poprzedniem zajściem, gdyż przez całą
drogę wiózł nas fatalnie. Dwukrotnie o małocośmy się nie zderzyli z
innymi samochodami prowadzonymi równie nieuważnie i przypominam
sobie, że zrobiłem uwagę, iż szoferzy londyńscy stają się coraz
gorsi. Raz znów wpadliśmy na tłum przyglądający się jakiejś bójce
na rogu Mall; mocno podnieceni, przechodnie poczęli nam wymyślać za
niezdarną jazdę, a jakiś mężczyzna wskoczył mi stopień samochodu i
wygrażał nam kijem. Zepchnąłem go oczywiście na jezdnie, ale
obydwaj z profesorem odetchnęliśmy z ulgą gdyśmy wreszcie stanęli
przed dworcem. Drobne te zajścia, następujące jedno po drugiem
wytrąciły mnie z równowagi, a z nerwowych ruchów mego towarzysza
wnioskowałem, że i jego cierpliwość jest już wyczerpana.
Humor wrócił nam jednak gdyśmy ujrzeli na stacji wysoką,
szczupłą sylwetkę lorda Roxtona, ubranego w bronzowy, sportowy
garnitur. Czekał na nas, a jego wyraziste rysy i przenikliwie, a
zarazem takie dobre oczy - rozjaśniły się radością na nasz widok.
Siwizna przyprószyła nieco jego kasztanowate włosy, a czas wyżłobił
swym dłutem głębsze brózdy na jego czole, był to jednak zawsze ten
sam lord John, najmilszy towarzysz dawnych przygód.
- Hallo, Herr Professor! Hallo, młodzieńcze! zawołał
zbliżając się ku nam.
Wybuchnął śmiechem ujrzawszy dwa cylindry tlenu na wózku
naszego tragarza.
- A więc i wyście kupili tego towaru! - zawołał - mój
ładunek jest już w wagonie. Powiedzcie mi o co to chodzi naszemu
poczciwcowi?
- Czytał pan jego list w "Times" co? spytałem.
- Jaki list?
- Głupstwa, banialuki! - ostro odezwał się Summerlee.
- Moim zdaniem tlen ten jest w ścisłym związku z
przypuszczeniami, wyrażonemi w liście - zaopinjowałem.
- Głupstwa, banialuki! - powtórzył znów Summerlee z niczem
nieusprawiedliwioną gwałtownością.
Umieściliśmy się w międzyczasie w przedziale pierwszej klasy
i Summerlee zdążył już zapalić swą odwieczną głogową fajeczkę,
której dym zdawał się wędzić koniec jego długiego, zaczepnego nosa.
- Mądry to człowiek z przyjaciela Challenger - zaczął mówić,
silnie podniecony - niepodobna temu zaprzeczyć. Jedynie dureń
mógłby tego nie uznawać. Dość spojrzeć na kapelusz Challengera,
przykrywający sześćdziesiąt uncji mózgu - a mózg ten to potężna
maszyna, działająca sprawnie i niezmiernie wydajnie. Pokażcie mi
skład a powiem wam jakich rozmiarów może być maszyna. Ale
właściciel jej jest urodzonym szarlatanem - mówiłem mu to w oczy
przy świadkach, - urodzonym szarlatanem, rozmiłowanym w
dramatycznych efektach. Spokojnie jakoś na świecie, więc oto
przyjaciel Challenger daje znak życia; nie przypuszczacie chyba
panowie aby sam wierzył w te bzdury o zmianach w eterze i o
niebezpieczeństwie, grożącem ludzkości? W życiu nie słyszałem
podobnych bredni!
Siedział nastroszony, jak stary, siwy kruk i trząsł się ze
złośliwego śmiechu.
Oburzenie rosło we mnie w miarę słów Summerlee. Nie powinien
był wyrażać się w ten sposób o człowieku, któremu wszyscy trzej
zawdzięczaliśmy sławę i taką sumę wrażeń i przeżyć jaką nie mógłby
się poszczycić żaden ze współczesnych ludzi. Już otwierałem usta
gotując się do jakiej gwałtownej repliki, gdy lord John mnie
uprzedził.
- Już raz miał pan nieporozumienie z Challengerem - rzekł
surowo - i został pan w jednym mgnieniu oka pobity, położony na
obydwie łopatki. Nie panu z nim się mierzyć, profesorze Summerlee,
i najlepiej pan zrobi nie wchodząc mu w drogę.
- Przytem - zauważyłem - Challenger był nam zawsze oddanym
przyjacielem. Mimo wszystkich swych wad jest to człowiek
nieposzlakowanie prawy i jestem przekonany, że nigdy nie odzywa się
niepochlebnie o swych przyjaciołach po za ich plecami.
- Bardzo słusznie, młodzieńcze - poparł mnie lord Roxton, a
po chwili zwracając się ku profesorowi Summerlee, przyjaźnie
poklepał go po ramieniu i dodał: "no, Herr Professor, nie będziemy
się chyba kłócili. Zbyt wiele przeżyliśmy razem, ale niech pan nie
tyka Challengera, bo i ja i ten tu obecny młody człowiek, mamy
formalną słabość do starego".
Ale Summerlee nie był nastrojony zgodnie. Twarz jego
wyrażała żywe niezadowolenie, a gęste, z widoczną złością
puszczane, kłęby dymu poczęły wydobywać się z jego fajeczki.
- Co się tyczy pana, milordzie - zaskrzeczał - zdanie
pańskie w kwestjach naukowych tyleż mnie obchodzi ile moje zdanie o
jakiejś strzelbie nowego typu mogłoby obchodzić pana. Mam moje
własne poglądy, których się nie wyrzeknę, a to żem się raz pomylił
nie dowodzi bynajmniej abym miał bezkrytycznie wierzyć we wszelkie
banialuki, jakie tylko Challengerowi podoba się głosić. A może go
wzniesiemy do godności papieża nauki, którego dekrety, wydawane "ex
cathedra", są nieomylne i mają być przyjmowane z należytą pokorą
przez biedną ludzkość? Powtarzam raz jeszcze, mój panie, że kieruję
się moim własnym rozumem i, że uważałbym się za niewolnika i snoba
gdybym postępował inaczej. Jeżeli się panu podoba wierzyć w te
brednie o eterze i linjach Frauenhofera, może pan sobie wierzyć ale
nie wymagaj pan od starszych i mądrzejszych od siebie aby
podzielali ten śmieszny pogląd. Czyż nie jest jasnem zresztą, że
gdyby eter uległ tym zmianom o jakich mówi Challenger i był
istotnie szkodliwy dla ludzkiego zdrowia, to bylibyśmy
przedewszystkiem skonstatowali to na samych sobie? - tutaj
roześmiał się tryumfalnie wobec własnego argumentu - tak, mój
łaskawco, uleglibyśmy ogromnemu psychicznemu wstrząśnieniu i
zamiast siedzieć spokojnie w przedziale kolejowym, roztrząsając
zagadnienia naukowe, zdradzalibyśmy poważne objawy zatrucia,
działającego w naszym organiźmie. Ale gdzież pan widzi ślady owych
zaburzeń kosmicznych? W czem? Proszę o odpowiedź. Tak, mój panie
proszę o odpowiedź. Teraz mi pan nie ujdzie, przyprę pana do muru.
Czułem się coraz bardzie] wzburzony; było coś niesłychanie
irytującego w zachowaniu Summerlee.
- Sądzę, że nie byłby pan taki arbitralny w swych
twierdzeniach gdyby pan lepiej znał fakty - rzekłem.
Summerlee wyjął z ust fajkę i utkwił we mnie surowe
wejrzenie.
- Zechce mi pan wytłomaczyć co pan miał na myśli czyniąc tą,
dość arogancką, uwagę?
- Miałem na myśli wiadomość jaką mi zakomunikował redaktor
przed samym moim wyjazdem, a mianowicie: otrzymano telegram
stwierdzający epidemję na Sumatrze i donoszący, iż latarnie morskie
nie zostały zapalone w cieśninie Sunda.
- Nie, doprawdy, ludzka głupota powinna mieć jakieś granice
- krzyknął Summerlee, wpadając wprost we wściekłość - jeśli nawet
przyjmiemy hypotezy Challengera, - to czyż pan nie rozumie, że eter
jest wszechświatową substancją, zupełnie jednakową w każdym punkcie
ziemi? Czy może pan myśli, że istnieje eter angielski i eter
sumatrański? A może pan sobie wyobraża, że eter w hrabstwie Kent
jest lepszy niż w hrabstwie Surrey, przez które właśnie teraz
jedziemy? Doprawdy łatwowierność i nieuctwo przeciętnego człowieka
jest bezgraniczne. Czyż można twierdzić, że eter na Sumatrze jest
tak szkodliwy, że wywołuje masową chorobę podczas gdy tutaj nie
odczuwamy żadnych tego skutków? Bo osobiście nie czułem się nigdy
zdrowszym fizycznie ani bardziej zrównoważonym umysłowo jak w tej
chwili.
- Wszystko to być może - odparłem - nie myślę pretendować do
miana uczonego, choć słyszałem kiedyś, że to co jedno pokolenie
zwie nauką drugie zwie błędem. Ale wystarczy pewna doza zdrowego
rozsądku aby zrozumieć, że eter, o którym wiemy w gruncie rzeczy
tak mało, może dzięki lokalnym warunkom, uledz w pewnych częściach
świata zmianom, które u nas dadzą się odczuć później.
- Tem coby być "mogło" wszystkiego pan dowiedzie - ze
złością wrzasnął Summerlee. - Prosięta mogłyby fruwać. "Mogłyby" -
ale nie fruwają. Nie warto nawet dysputować z wami. Challenger
nabił wam głowę nonsensami i żaden z was nie potrafi logicznie
rozumować. Z równem powodzeniem mógłbym się zwracać do tych
poduszek wagonowych.
- Muszę stwierdzić, profesorze, że obejście pańskie uległo
znacznej zmianie ku gorszemu od chwili naszego ostatniego spotkania
- zauważył surowo lord John.
- Wasze lordowskie Moście nie są przyzwyczajone do słuchania
prawdy - zgryźliwie odparł Summerlee - jest wam trochę
nieprzyjemnie gdy ktoś da wam uczuć, że bez względu na wszystkie
swe tytuły jesteście poprostu nieukami.
- Na honor, mój panie - wyniośle i ostro przemówił lord John
- na honor, gdyby nie wiek pański, oduczyłbym pana od zwracania się
do mnie w podobnie obraźliwy sposób.
Summerlee wydął wargi, trzęsąc swą koźlą bródką.
- Pozwolę sobie zauważyć milordzie - rzekł - że nigdy w
życiu, teraz czy też w młodości, nie bałem się wyrażać otwarcie
mego zdania wobec takiego osła jak pan - tak, powtarzam, osła,
choćby pan miał tyle tytułów, ile ich mogą wymyśleć niewolnicy a
durnie uznać.
Przez chwilę oczy lorda Johna błysnęły groźnie, ale
niesłychanym wysiłkiem zapanował nad sobą i wsparłszy się o
poduszki wagonu, skrzyżował ramiona i gorzko się uśmiechnął. Na
mimie to całe zajście wywarło przygnębiające wrażenie; wspomnienia
przeszłości stanęły żywo przedemną: nasza wzajemna przyjaźń,
szczęśliwe, pełne przygód dnie, to wszystko cośmy wspólnie
przecierpieli, o cośmy walczyli wspólnie i wspólnie zdobyli. I oto
czem się to skończyło! Obrazą i kłótnią! Nagle rozpłakałem się;
głośne szlochanie, którego nie mogłem ukryć i nad którem nie
potrafiłem zapanować wyrwało się z mojej piersi. Towarzysze moi
spojrzeli na mnie ze zdumieniem; zakryłem twarz dłońmi.
- To nic, to drobnostka - rzekłem - tylko tak bardzo mi
przykro.
- Ależ pan jest chory, młodzieńcze - rzekł lord John - panu
coś dolega. Zauważyłem odrazu, że pan jest jakiś nieswój.
- Przyzwyczajenia pańskie nie zmieniły się w ciągu tych
trzech lat - zauważył Summerlee, trzęsąc głową - i ja również
zauważyłem coś niesamowitego w pańskiem zachowaniu od pierwszej
chwili spotkania. Ale niech się pan nie rozczula napróżno
milordzie, te łzy są poprostu wynikiem alkoholu; nasz towarzysz
spił się. Wracając do rzeczy milordzie nazwałem pana przed chwilą
osłem co było nieco za ostre. Ale to mi przypomina pewną
umiejętność, pospolitą lecz zabawną, którą niegdyś posiadałem.
Znacie mnie obydwaj jako poważnego męża nauki, otóż czy możecie
sobie wyobrazić że cieszyłem się kiedyś wśród dzieci wielkiem
uznaniem jako naśladowca głosów rozmaitych zwierząt? Może mi się
uda uprzyjemnić wam nieco tę podróż; czyby to naprzykład zabawiło
pana, gdybym zapiał jak kogut?
- Nie, panie - odparł lord John, który czuł się głęboko
obrażonym - toby mnie wcale nie zabawiło.
- Uważano ogólnie, że doskonale naśladuję gdakanie kury,
która tylko co zniosła jajko. Czy chce pan abym to zademonstrował?
- Nie, proszę pana, bynajmniej nie chcę.
Mimo tak wyraźnej odmowy, profesor Summerlee odłożył fajkę i
przez cały czas podróży zabawiał nas - lub raczej usiłował zabawić
- naśladowaniem przeróżnych głosów ptasich i zwierzęcych, co wydało
mi się tak absurdalne, że od łez przeszedłem do niepohamowanego
śmiechu, i zanosiłem się niemal histerycznie, widząc przed sobą, a
raczej słysząc, poważnego profesora piejącego jak kogut, lub
skomlącego jak szczeniak, któremu przycięto ogon. W pewnej chwili
lord John podał mi gazetę na brzegu której napisał ołówkiem:
"biedny facet! zupełnie oszalał". Rzeczywiście zachowanie się
Summerlee było niepojęte, a jednak wydało mi się niesłychanie
dowcipnem i zajmującem.
Tymczasem lord John pochylił się ku mnie i począł mi
opowiadać jakąś zawiłą historję o bawole i indyjskim radży;
historję, która nie miała początku i zdawała się nie mieć końca.
Profesor Summerlee zaczął właśnie świergotać jak kanarek, a lord
John doszedł do kulminacyjnego punktu w swem opowiadaniu, gdy
pociąg zatrzymał się na stacji w Jervis Brook, gdzie mieliśmy
wysiąść, aby udać się do Rotherfield.
Challenger czekał na nas; wyglądał wspaniale. Żaden paw na
świecie nie mógłby mu dorównać w tej napuszonej godności, z jaką
przechadzał się zwolna po stacyjce kolejowej, spoglądając wokoło z
dobrotliwym, pełnym pobłażania uśmiechem. Jeżeli zmienił się w
czemkolwiek w ciągu paru ubiegłych lat, to jedynie w tem, iż rysy
jego stały się wyrazistsze, głowa jego, i czoło ze spadającym nań
kędziorem ciemnych włosów zdawały się jeszcze większe niż dawniej.
Czarna jego broda spływała na piersi jeszcze gęstszą kaskadą, a
szare bystre oczy, ukryte pod ciężkimi powiekami były bardziej niż
kiedykolwiek rozkazujące.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.