Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach - Katarzyna Surmiak-Domańska

Kup ebooka

49.99 zł
43.98 zł (37,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Bronusiowi

 
 
 

W pewnym momencie milkniesz. I im więcej mija czasu, tym bardziej niemożliwy staje się powrót do rozmowy. To proste, milczenie rodzi milczenie. Na początku jest moment, w którym chcesz coś powiedzieć, nawet mówisz to w myślach, nabierasz powietrza, otwierasz usta, ale potem machasz na to ręką i zamykasz drzwi od wewnątrz.

 

Georgi Gospodinow, Schron przeciwczasowy, przeł. Magdalena Pytlak

 
 
 
Wstęp

W ostatnich latach swojego życia, czyli około 20, ojciec intensywnie przekazywał mi to, z czym poniekąd borykam się do dzisiaj - przeświadczenie o daremności wysiłków. Był to przekaz całkowicie niewerbalny, ponieważ kiedy ojciec otwierał usta, padała z nich treść odwrotna. Że wszystko idzie w najlepszym kierunku, że warto robić plany, na pewno się ziszczą, należy tylko przysiąść fałdów. Wystarczyło jednak skupić się na emanującej z ojca aurze, żeby zrozumieć, że wszystko to krew w piach, i tak skończysz z depką w kapciach przed telewizorem.

Lubił wygłaszać koturnowe sentencje, których sens powinnam była - w jego zamyśle - docenić po latach. Często w jego tonie pojawiało się zniecierpliwienie. Nigdy złośliwość. Złośliwość, przekąs to tony małych ludzi. Podejrzewam, że ojciec swoje tony zapożyczał od boga Jahwe. Bóg nie zniża się do ironii, on oznajmia, gromi. W dzieciństwie wyobrażałam sobie boga z Biblii jako pana przeczulonego na punkcie dyscypliny i swojego autorytetu, co w połączeniu z bezmiarem władzy, jakim dysponował, czyniło go naprawdę groźnym. Taki też bywał tata.

Był okres w jego życiu, kiedy wstawał koło południa, zjadał kilka kanapek składających się z kromek białego chleba z masłem, szynką i pomidorem przygotowanych wczesnym rankiem przez mamę, przykrytych talerzem do zupy, żeby się nie zeschły; popijał je mocną czarną herbatą posłodzoną trzema łyżeczkami cukru, ubierał się w kilka warstw, nawet latem: tiszert, flanelowa koszula w kratę, sweter lub kamizelka wędkarska, sztruksowe spodnie; zasiadał w dużym pokoju w brązowym pluszowym fotelu i czytał Biblię. Studiował ją wnikliwie, jakby pracował nad nową rolą. Zatrważający był widok ojca czytającego Stary Testament, zwłaszcza że czytał na głos. Aktorzy powinni codziennie ćwiczyć dykcję, więc pod tym niejako pretekstem tata wcielał się w Jahwe. Bóg ma w Piśmie sporo tekstu. Kiedy ojciec przeczytał Biblię od deski do deski, przestał czytać cokolwiek. Odtąd mógł siedzieć w fotelu i po prostu oglądać telewizję. Głównie sport.

Bywało, że w ojcu odzywał się jeszcze inny ton. Tak się działo, gdy rozmowa schodziła na czasy jego dzieciństwa. Głos mu wówczas dziwnie łagodniał, jakby opowiadał bajkę. Mrużył oczy, możliwe, że widząc przed nimi ładne obrazy przyćmione mgiełką. Specjalnie piszę "ładne", bo to celne, a niedoceniane słowo. Ojciec nienawidził emfazy. Po co mówić "niesamowity", kiedy wystarczy "ładny"? Po co "genialny", skoro można "niezły"? A zamiast "kocham" - "może być"?

 

Dawniej myślałam, że to była bajka dla mnie, żeby mała dziewczynka mogła spokojnie zasnąć, żeby miała błogie sny. Wiele lat później, gdy zaczęłam odrapywać z pozłotka życiorys taty, przyszło mi do głowy, że chciał tym nostalgicznym tonem uśpić moją czujność, żebym nawet w przyszłości nie dociekała prawdy, która mogłaby się stać ciężarem.

Zasypiałam kołysana śpiewaneczką o czarodziejskim ogrodzie, w którym latem "kipiało!" od kolorów, o ziemniakach z ogniska, o wysadzanej morwą alejce przed gankiem białego domku, o wiśni przy furtce i przykościelnej gruszy rodzącej słodkie owoce. Wszystko na tych obrazkach było ładne i zawsze świeciło na nich słońce. Nawet dziś, gdy już tyle wiem, nie potrafię wyobrazić sobie białego domku w dzień pochmurny.

Śmiałam się, gdy opowiadał, jak wołał do młodszej siostry: "Jadźka, do beczki" - a ona, pięciolatka, natychmiast wskakiwała do beczki i sama od środka nakrywała się pokrywką. Moja dostojna ciocia Jadzia wskakująca do beczki. Opowiadał o niedobrym księdzu skąpiącym gruszek, o bandziorkach, o kropelce krwi na brzuszku. Czy jeśli z "bandyty" zrobimy "bandziorka", można się go jeszcze bać? Czy kropelka krwi może zwiastować śmierć?

Jako młody ojciec śpiewał mi do snu:

 

Jak zarobię dwieście złotych

To zbuduję dom wśród gór

Będziesz spała jak królewna

Na łóżeczku z białych róż

Dobranoc, oczka zmruż

 

Potem pójdę do sklepiku

Kupię masło, ser i miód

I zostawię na stoliku

Żebyś miała, jak obudzisz się

Jedzenia, picia w bród

 

Wszystkie bajki przyprowadzę

Żebyś piękne miała sny...[1]

 

Śpiewał "dwieście złotych", "ser" i "miód", ale uściślał, że w oryginale jest "dwieści" oraz "syr" i "mniót". Śmiałam się z tego strasznie, myślałam, że mnie nabiera.

Gruszki, morwa, bandziorki, ciocia w beczce, kropelka krwi i ja, królewna pośród białych róż.

Wtedy się go nie bałam.

*

Na przełomie 2007 i 2008 roku polscy psychologowie przeprowadzili badania wśród osób, które przeżyły II wojnę światową. Chcieli sprawdzić, czy da się u nich jeszcze zauważyć jakieś objawy zespołu stresu pourazowego (PTSD, Post-Traumatic Stress Disorder). Wynik zaszokował. Odsetek Polaków urodzonych przed rokiem 1945 i mających objawy PTSD wyniósł około 30 procent. I to tylko wśród osób pochodzenia nieżydowskiego. Dla etnicznych Żydów przekroczył 55 procent.

Wcześniej podobne badania objęły Niemcy, Austrię, Holandię, Włochy, Finlandię i Norwegię. Tam PTSD rozpoznano u około 4 procent ankietowanych. Najwyższy wskaźnik, 13 procent, stwierdzono w grupie byłych więźniów nazistowskich obozów koncentracyjnych, japońskich obozów jenieckich oraz u osób pochodzenia żydowskiego, które przeżyły wojnę w ukryciu.

W 2022 roku powrócono do badań nad polskim PTSD. Tym razem objęły całe spektrum żyjących dorosłych, również osiemnastolatków. Znowu szok. Okazało się, że prawie 19 procent Polaków i Polek - a więc co piąty z nas - ma lub miało w przeszłości objawy zespołu stresu pourazowego. Średnia światowa to 5-10 procent.

Zespół stresu pourazowego objawia się w rozmaity sposób: odczuciem ciągłego napięcia, atakami lęku, drażliwością i agresją, odrętwieniem emocjonalnym, utratą zainteresowań... Rzutuje na nasze przekonania i negatywne nastawienie do świata. Wytwarza obsesje, nieuzasadnione poczucie winy, poczucie osamotnienia, zagrożenia. Źródłem tego stanu jest oczywiście sam uraz, jednak przeciąganie się jego skutków na długie lata oznacza, że zabrakło czynników potrzebnych do jego przepracowania.

Coś z nami poszło nie tak. Nieprzepracowane traumy, zamiast ustępować, tkwią w nas przyczajone, często przenosząc się na otoczenie. Znają mnóstwo sposobów cichej ekspansji, lubią milczenie.

Chcę przyjrzeć się temu nieprzepracowaniu i temu przenoszeniu.

 

Trauma to stan psychiczny wywołany działaniem czynników zewnętrznych zagrażających zdrowiu lub życiu, co prowadzi do trudności w powrocie do poprzedniego funkcjonowania. Po raz pierwszy użył tego terminu Zygmunt Freud w Studiach nad histerią z 1895 roku, dziele napisanym razem z Josefem Breuerem. Znalazłam tam takie zapadające w pamięć zdanie: "Trauma psychiczna, względnie jej wspomnienie, oddziaływa niczym ciało obce, które jeszcze przez dłuższy czas po wniknięciu w tkankę musi pełnić funkcję aktualnie działającego czynnika"[2].

Ciekawe, czy Freudowi, podobnie jak mnie, przyszło w tym miejscu do głowy skojarzenie z Królową Śniegu. W baśni Hansa Christiana Andersena w przestworzach rozbija się gigantyczne, zawieszone przez złośliwego czarodzieja czy diabła zwierciadło, a jego okruchy opadają i rozsypują się po całej ziemi. Jeden maciupeńki utyka w oku głównego bohatera, chłopca o imieniu Kaj, powodując zmianę jego patrzenia na świat i stosunku do ludzi. Traumę można by więc porównać do okruszka krzywego lustra w oku albo odłamka pocisku, który utkwił głęboko w mięśniu, sprawiając, że inaczej widzimy, inaczej stawiamy kroki.

Wiele osób ma uczulenie na słowo "trauma". Wydaje się im pretensjonalne albo stygmatyzujące. To słowo często dzieli, zamiast zbliżać. Pewien człowiek pracujący w środowisku kombatanckim dał mi dyskretną radę: w rozmowach z ludźmi straumatyzowanymi, a zwłaszcza straumatyzowanymi przez wojnę, należy unikać słowa "trauma". Należy używać słowa "pamięć". Pamięć jest lepsza. Z tym słowem nikt nie ma problemu. To słowo otwiera na rozmowę. Pamięć oznacza zdolność do ponownego przywoływania wrażeń zmysłowych, skojarzeń, ale również obrazu własnej świadomości i własnych uczuć. Daje pretekst do mówienia o traumach bez ich nazywania.

 

W 2021 roku ukazała się Czystka, moja książka o czystce etnicznej z lat 1943-1945, nazywanej potocznie rzezią wołyńsko-galicyjską, i o czystce w pamięci, jaką po sobie zostawiła. Tej zbiorowej i tej prywatnej, rodzinnej. Punktem wyjścia była historia mojej babci Franciszki Surmiak z domu Wawrzków, matki ojca, zmarłej w szpitalu psychiatrycznym w Branicach na Opolszczyźnie w 1966 roku, rok przed moimi narodzinami. Razem z trojgiem swych dzieci - moim ojcem Bronkiem, stryjem Alojzym i ciocią Jadzią - przetrwała czystkę na terenie Galicji Wschodniej, w okolicach Lwowa i Pustomyt. O przyczynach i początku jej obłędu nikt nigdy w rodzinie nie mówił.

Część czytelników Czystki nawiązała ze mną kontakt, uznając, że mamy ze sobą coś wspólnego ze względu na przeżycia naszych rodziców. Nie chodziło o przeżycia z Kresów, ale generalnie o II wojnę światową w Polsce, o to, jaki ślad pozostawiła w naszych domach. Tak powstał pomysł na nową książkę. W jej napisaniu pomogło mi wielu naukowców i wiele naukowczyń z dziedziny psychologii, psychiatrii, historii i socjologii. Tych żyjących i tych dawno zmarłych, z którymi spotykałam się poprzez lekturę ich prac. Jako że książkę tę traktuję jednak jako reportaż, najważniejszym źródłem były osoby dzielące się swoimi prywatnymi historiami. Moi przyjaciele, znajomi oraz całkiem nieznane mi wcześniej osoby. Tematem naszej wymiany zwierzeń było pytanie: co przeszłość naszych rodziców, babć i dziadków wciąż z nami robi?

Większość zdecydowała się wystąpić pod pełnym imieniem i nazwiskiem, część tylko pod imieniem. Byli i tacy, którym zależało na całkowitym ukryciu personaliów. Każdą z tych decyzji uszanowałam.

Są wśród bohaterów tej książki dzieci i wnuki ludzi więzionych w obozach koncentracyjnych i obozach pracy; wywiezionych na Sybir, walczących w Armii Krajowej, w Ludowym Wojsku Polskim, jak i w ukraińskiej UPA; ocaleńców z czystki etnicznej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej; osób przesiedlonych w ramach akcji "Wisła" oraz tych, którzy ich przesiedlali. Są: córka i wnuczka autochtonki z Ziem Nowych, która nie wyjechała w głąb Niemiec, oraz córka i wnuczka kobiety, która jako dziecko przeszła przez piekło Zieleniaka.

Szukałam jednak nie tyle różnorodności wojennych historii, ile różnorodności sposobów, w jakie te historie pracują po latach w rodzinach.

Jeśli kogoś zdziwi stosunkowo mała liczba potomków ofiar Holocaustu - pożogi, która zebrała w Polsce żniwo o nieporównywalnej skali - wyjaśniam, że to celowy wybór, wynikający z przekonania, że Żydzi odrobili i wciąż odrabiają tę lekcję w godnym podziwu zakresie. Hanna Krall, Anna Bikont, Mikołaj Grynberg - żeby wymienić chociażby te trzy nazwiska - od lat opowiadają o psychicznych skutkach Zagłady, także dla kolejnych pokoleń. To przy Oskarżam Auschwitz Grynberga[3] pomyślałam, że my, tak zwani etniczni Polacy, mamy większy problem z analizowaniem tego, jak graniczne doświadczenia naszych rodziców odbiły się na naszej psychice. Relacja między psychiką a kulturą, psychiką a polityką - to mnie ciekawi. Ta książka jest przede wszystkim o kulturze i psychice polskiej.

 

Większość moich rozmówców mieści się w demograficznej kohorcie nazywanej Pokoleniem X, rozciągającej się na osoby urodzone w latach 1965-1980. To pierwsza generacja, której nazwa nie odnosi się do wojny. Stracone Pokolenie to ludzie wchodzący w dorosłość w czasie I wojny światowej, Wielkie Pokolenie oznacza bohaterów II wojny. Po nich, około 1927 roku, rodzi się Ciche Pokolenie, czyli ci, którzy doświadczyli wojny na własnej skórze, ale byli za mali, żeby zabłysnąć w jej trakcie wielkim czynem. Dorastali w cieniu dwóch totalitaryzmów: hitlerowskiego i stalinowskiego. Uważa się, że ukształtowało to w nich takie cechy jak: karność, lojalność, silna etyka pracy, unikanie ryzyka i oszczędność.

Począwszy od 1946 roku, Polacy, podobnie jak inne narody militarnie zaangażowane w konflikt, zaczęli skwapliwie realizować odkładane wcześniej decyzje o posiadaniu potomstwa. Tę kohortę nazwano Baby Boomers - wysyp dzieci.

Dopiero w latach 60. krzywa urodzeń powoli opada i w końcu pojawiamy się my, polskie iksy. Płodzeni już na spokojnie. Częściej planowani, jako że od 1959 roku dostępna jest w PRL-u legalna aborcja, a w 1966 roku wchodzi na rynek tabletka antykoncepcyjna Enovid.

Jesteśmy pierwszą generacją teoretycznie nieobciążoną wojną. Urodziliśmy się w bezpiecznym oddaleniu zarówno od niej samej, jak i od będącego jej kontynuacją stalinizmu. Co dalej? Symbol X ma oznaczać wielką niewiadomą.

 

Wojna zostawia długi cień. Ten cień wymyka się nie tylko demografom, ale też psychologom. Nas, iksów, łączy coś, co często wychodzi na wierzch dopiero teraz, gdy sami mamy dzieci i wnuki. Nie przeżyliśmy wojny, ale jesteśmy ostatnim pokoleniem wychowanym przez rodziców, którzy ją przeżyli. Wielu z nas otrzymało od nich przekaz, że w życiu chodzi przede wszystkim o to, żeby przetrwać. Na subtelności życia wewnętrznego mało kto zwracał uwagę.

Nasze obcowanie z wojną od początku było skomplikowane. Z jednej strony pełno jej było dokoła - w lekturach, filmach, podwórkowych zabawach, w izbach pamięci, w patronatach szkół i ulic. Z drugiej - jakby jej nie było. W naszych domach mieszkała incognito. Wchłonęła się w nas i pracowała po cichu w naszej psychice, także w naszych ciałach. Pracuje do dzisiaj. Bywa, że znika, a potem nagle z powrotem się wyłania. I wtedy okazuje się, że jest bliżej niż ostatnim razem, kiedy o niej myśleliśmy. Wiele razy podczas kwerendy usłyszałam, że im dalej od zakończenia II wojny, tym bardziej staje się ona realna.

*

W roku 1948 psycholog społeczny Stefan Baley napisał:

"[...] objawem dotyczącym stosunku jednostki do świata bywa poczucie, jak gdyby bieg wydarzeń w świecie nie był czymś istotnie realnym, jak gdyby miał poniekąd charakter zjawy sennej. Wydaje się on czymś, czego nie musi się brać na serio i czym nie warto przejmować się. Wszystko wydaje się przypadkowe, jest tak, a mogłoby być inaczej. To poczucie nierealności obserwowanych zdarzeń, połączone niekiedy ze świadomością, jak gdyby wychodziło się poza siebie samego i obserwowało siebie od zewnątrz, nie biorąc udziału we własnych doznaniach, jest czymś, czego wielu ludzi doznawało podczas wojny (a co miało niewątpliwie charakter samoobrony psychicznej) i co w formie nieco zmienionej utrzymuje się u niektórych osób dłuższy czas po wojnie"[4].

To idealnie o moim ojcu.

Kiedy dwa lata przed ukazaniem się Czystki poinformowałam go, że będę pisać książkę o babci Frani, zareagował obojętnie. Niechętnie dał mi zachowane listy pisane przez babcię. Zrobił to dopiero, gdy się wydało, że to on je zabunkrował na dnie szuflady, czemu długo i z uporem zaprzeczał. Przyparty do muru oznajmił z nieprzystającą do sytuacji dobitnością, że jego ten temat "nic a nic nie interesuje". Nie mając dokąd uciec przed moim śledztwem, rozpoczął ucieczkę w głąb siebie.

Nie mówił: "Nie pisz", mówił niedbale: "O, widzę, że interesujesz się historią, brawo". Jednocześnie w przyspieszonym tempie postępowała jego umysłowa ewakuacja. Dawało się ją, oczywiście, usprawiedliwić wiekiem, ojciec zbliżał się do dziewięćdziesiątki. Pozornie współpracował. Zdarzało mi się nawiązać całkiem niezły kontakt z jego pamięcią, kiedy działając po omacku, przypadkowo dotknęłam przycisku wprawiającego go w coś w rodzaju hipnozy. Wówczas odpowiadał na pytania jak w transie. Dawne historie zyskiwały na precyzji, pojawiał się wokół nich szerszy kontekst, ich dalszy ciąg. Ale wystarczyło zadać kolejne pytanie, z pozoru niewinne, i raptem ojciec wybudzał się i blokował. Były to rozmowy do pierwszej skuchy. A nuż coś się złowi.

Kiedy wyszła Czystka, a wiem, że ją przeczytał, zadzwonił dopiero po dwóch miesiącach. Nie powiedział jednak ani słowa o książce. Rozmawialiśmy o jego samochodzie. O tym, że jednak postanowił mi go nie oddawać, tak jak zapowiadał, tylko sprzedać i przelać mi pieniądze. Samochód, stara Beemka, był już - jak ocenił wujek Mikołaj, mąż cioci Jadzi, spec od samochodów - zawodny. Tak więc, żebym dobrze zrozumiała, nie chodzi o to, że on nie chce oddać mi samochodu, chodzi o mój komfort i bezpieczeństwo. Zamiast starego auta dostanę pieniężny wkład na nowe. Chciał się upewnić, że dobrze go zrozumiałam i że nie czuję się zawiedziona. Tego jednego nie mógłby znieść, że mogłabym posądzić go o sknerstwo.

To była nasza ostatnia rozmowa. Pieniądze za Beemkę poszły na opłacenie pogrzebu.

W tej naszej pożegnalnej, jak się okazało, rozmowie ojciec wszedł w ten dziwny sielankowy rejestr, którym posługiwał się, gdy mówił o prawdziwej czystce i wtedy, gdy bardzo dawno temu mi śpiewał. Łagodny, kołyszący ton. Czy w jego mózgu doszło do poplątania rejestrów? A może wcale nie? Może mówiąc o samochodzie, ojciec próbował przemycić coś, czego nie był w stanie ubrać w słowa? Na przykład: nie pomyśl sobie, że odwołanie prezentu jest karą. Po prostu tak głupio zbiegło się w czasie.

Wolę zapamiętać, że tak czy owak był to przekaz przyjazny.

Ciarki mam do tej pory, bo po wielu miesiącach, jakie minęły od tamtej rozmowy, dzięki doktor Monice Wasilewskiej, psycholożce, z którą spotkałam się podczas nagrywania podcastu Awantura o kulturę, dotarło do mnie, że w tamtych czasach, gdy byłam małą dziewczynką, ojciec, opowiadając o wojnie nienaturalnie łagodnym tonem, nie próbował ukołysać do snu mnie. To nie mój ojciec wówczas przemawiał i żadnej dziewczynki tam obok niego nie było. Był tylko jedenastoletni chłopczyk, który próbuje ukołysać sam siebie.

 

Jemu dedykuję tę książkę.

 
 
1
Słuchaj, ja wyję

Wracajcie, słodkie chwały godziny,

Sławne gonitwy i strzelaniny.

Tak tylko można znowu być młodym -

Zabić - i z dumą czekać nagrody.

W knajpie morderców gryziemy palce,

Żądze nas dręczą i sny o walce.

Ale któż dzisiaj mordercom ufa?

Więc srebrne kule śpią w czarnych lufach.

 

Knajpa morderców, tekst i muzyka Stanisław Staszewski, rocznik 1925, żołnierz Armii Krajowej, powstaniec warszawski, więzień obozu Mauthausen-Gusen. Utwór spopularyzował jego syn, wokalista Kazik Staszewski, rocznik 1963

 

- Którejś nocy z pokoju ojca dobiegł krzyk. To nie był krzyk werbalny, raczej wycie. Coś przerażającego. Akurat nocowałem u rodziców. Zerwaliśmy się z mamą na równe nogi. Mama poleciała do niego, obudziła... Ale on otworzył oczy zdziwiony. Nie wiedział, że krzyczał. Wkrótce sytuacja się powtórzyła. Ojciec zaczął wyć w nocy regularnie. Potworne odgłosy. Skowyt, jęki, upiorny wrzask na całe gardło. Jak zranione zwierzę albo jak człowiek poddawany torturom. Tata budził się i nic nie pamiętał.

Oczywiście uwierzył nam na słowo. Potraktował sprawę poważnie, odświeżył znajomość ze swoją dawną koleżanką psychiatrką. Powiedział jej: "Słuchaj, ja wyję przez sen. Co robić?".

 

Marcin Krzyształowicz jest reżyserem filmowym znanym najbardziej z dwóch dość mrocznych obrazów. Pierwszy z nich to Pan T. o życiu artysty w czasach stalinowskich, inspirowany motywami z biografii Leopolda Tyrmanda. Drugi to kilkakrotnie nagradzana Obława z 2012 roku. Dostał za nią i Orły, i Srebrne Lwy.

Obławę obejrzałam za pierwszym razem nieuważnie, we fragmentach. W pokoju był włączony telewizor, robiłam coś innego, ale co rusz przysiadałam przed ekranem. Zapamiętałam kilka wyrwanych z kontekstu scen. Na przykład dwaj mężczyźni w lesie rozmawiają o piłce nożnej. Tylko że jeden z nich mówi spokojnie, a drugi coraz bardziej nerwowo. Ten drugi właściwie tylko odpowiada na pytania, jest chyba posikany ze strachu.

Inna scena: znów dwóch mężczyzn w lesie. Pierwszy to ten spokojny z poprzedniej sceny. Gra go Marcin Dorociński. Teraz jest z nim ktoś inny, też pozornie spokojny. Mówi do Dorocińskiego: "Tylko mam prośbę, kiedy mnie już odstrzelicie, zaopiekuj się Hanią".

Kolejna scena: jesień, obóz w lesie. Zimno i wilgotno. Grupa mężczyzn mieszka w skleconych z desek szałasach. Chodzą w przemoczonych ciuchach owinięci w koce. Mają opryszczkę i katar, gluty wiszą im z nosa. Chciałoby się podać im chusteczkę. Są też inni mężczyźni. Ci siedzą na gołej ziemi w ustawionych obok szałasów klatkach.

No i wreszcie scena, która wbiła mnie w fotel. Gotowanie zupy. Jest to zupa grzybowa z wkładką mięsną. Szczególne są to grzyby i szczególne mięso. Pomysł makabryczny, ale logiczny. Nawet racjonalizatorski.

Nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam scenę z zupą. To ona skłoniła mnie do odnalezienia filmu w streamingu i obejrzenia całości porządnie.

W końcowych napisach przeczytałam: "Film dedykuję ojcu, żołnierzowi Armii Krajowej".

 

Adam Krzyształowicz, w czasie wojny kapral "Wydra". Obława powstała kilka lat po jego śmierci.

- Wcześniej nie mógłbym zrobić takiego filmu - mówi Marcin, kiedy się spotykamy. - Paraliżowałby mnie jego oceniający wzrok. Zresztą nawet po jego śmierci i tak troszeczkę mnie paraliżował. Przy ojcu musiałbym precyzyjnie trzymać się faktów, tłumaczyć się z planowanych aberracji. A to nie mieściłoby się w ramach wolności twórczej. Na planie wciąż towarzyszyło mi poczucie, że nieudolnie stąpam po nie swojej ścieżce. Ta moja nieudolność byłaby dla ojca nie do przyjęcia. Ale może właśnie w tym moim rozkołysaniu, niepewności, nieporadności kryła się metoda?

Marcin wyszedł od wspomnienia z własnego dzieciństwa. Był rok 1980, miał 12 lat. Wspinali się z ojcem z nartami na Kasprowy Wierch. Nagle ojciec zatrzymał się i ni stąd, ni zowąd wygłosił zdanie: "Musiałem kiedyś porwać mojego kolegę ze szkoły". I urwał. Przeszedł kilkanaście kroków i dodał: "On miał spółkę konfidencką ze swoim ojcem. Był bardzo niebezpiecznym człowiekiem". I tyle. Powiedział to trochę do syna, trochę w przestrzeń, trochę do siebie. Dalszego ciągu nie było.

Te słowa zarejestrowały się w dziecięcym umyśle, ale nie rezonowały przez lata. Nagle któregoś dnia to dziwne wspomnienie odżyło. Reżyser doznał czegoś w rodzaju iluminacji. Usłyszał początek historii. Usiadł i w dwa dni napisał scenariusz. Wiedział, że ojciec w czasie wojny walczył w partyzantce w lasach nowosądeckich, że był kapralem w oddziale Armii Krajowej, że miał pseudonim "Wydra". Wiedział to od niego. Ale nie wiedział, co konkretnie tam robił. Ojciec zawsze mówił o tym oględnie, że szkolenie rekrutów, że akcje bojowe... Akcja bojowa - to brzmiało nieźle. Nastolatkowi to wystarczało. Z czasem jednak Marcina zaczęły zastanawiać pewne szczegóły.

- Jako dzieciaka, wiadomo, interesowało mnie uzbrojenie taty jako partyzanta. To, co wymienił, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście, miał niemiecki MP 40, czyli klasyczny pistolet maszynowy pokazywany w setkach filmów. Do niego sześć magazynków. Ale miał też samopowtarzalny pistolet Walther P38, broń używaną przez gestapowców. Musiała to być więc broń zdobyczna. Do tego dochodził belgijski FN, szesnastostrzałowy. Dwa granaty obronne i jeszcze 300 sztuk luźnej amunicji. Niewiarygodne uzbrojenie dla skromnego kaprala.

Opowiadał, że nigdy nie rozstawał się z granatem i że ten granat uratował mu życie. Kiedyś zimą, uciekając przed patrolem, wpadł do wody. Wygramolił się, ale czuł, że opada z sił. Wiedział, że się nie wywinie. Ukrył się za drzewem, poczekał, aż Niemcy podejdą blisko, i rzucił granatem. Ten jeden raz. Wytłumaczył mi, jaki jest skutek użycia granatu, że po prostu nie ma co zbierać z człowieka. Głowa, ręce, wszystko odpada.

Przyjmowałem te opowieści z entuzjazmem, bez analizowania. Po latach dotarło do mnie, że to uzbrojenie musiało mieć związek z pełnieniem w oddziale jakiejś wyjątkowej funkcji.

Druga sprawa. Ojciec nie cierpiał wędrówek po lesie, uznawał tylko relaks nad wodą, na otwartej przestrzeni. Idealne wakacje to hotel nad morzem, nigdy jakieś tam namioty. Nie rozumiałem tego.

*

Wyrwane z szerszego kontekstu informacje otrzymane od ojca były jak strużka piasku, którą ten sypał za sobą. Matka Marcina, wychodząc za Adama, wiedziała jeszcze mniej. Osiem lat po ślubie jechali na wczasy nad morze i na dworcu nagle jakiś człowiek na widok jej męża krzyknął: "Przecież to mój dowódca, mój dowódca do końca życia! Kapral "Wydra", kapral "Wydra"!". Uściskali się serdecznie. "Jaki dowódca? O co chodzi, Adam?" - zapytała matka. Tak dowiedziała się, że wyszła za mąż za byłego partyzanta.

Któregoś dnia Marcin znalazł na dnie szuflady stary list dowódcy ojca, majora Juliana Zubka, pseudonim "Tatar". W filmie to "Mak" grany przez Andrzeja Zielińskiego. List leżał tam od zawsze, ale wcześniej Marcinowi pewnie nie chciałoby się go przeczytać. Było tam nieco więcej o akcjach bojowych. Zaczęła rysować się wciągająca historia.

Następnym krokiem była książka z domowej biblioteczki - wspomnienia owego majora Zubka[5]. Zawierała opis porwania niemieckiego konfidenta, przedsiębiorcy z Nowego Sącza, niejakiego Henryka Kondolewicza. W filmie, pod niezmienionym nazwiskiem, gra go Maciej Stuhr. To ta postać, która mówi: "Kiedy mnie już odstrzelicie...".

Według prawdy udokumentowanej rozkaz, jaki we wrześniu 1944 roku "Wydra" otrzymał od "Tatara", brzmiał: "zlikwidować". Najprościej było zastrzelić Kondolewicza na ulicy, zza węgła, ale "Wydra" z jakiegoś powodu zaryzykował porwanie i doprowadzenie kolaboranta do obozu ukrytego w głębokim lesie, w górach. Kondolewicz dał się złapać w pułapkę. Jako przynęta posłużyła dziewczyna "Wydry". Zwabiła nieszczęśnika, proponując schadzkę w ustronnym miejscu za miastem, tam, gdzie rzeka Kamienica wpada do Dunajca. Gdy Henryk pojawił się nad wodą, zamiast pięknej dziewczyny ujrzał dawnego kolegę ze szkolnej ławy z bronią w ręku. Tak zaczął swój ostatni marsz. Wędrówka musiała trwać - jak ocenia Marcin - cały dzień.

- Młody, sprawny fizycznie chłopak mógł tacie zwiać w drodze. Najgorzej, jakby mu zwiał po zobaczeniu kryjówki. Finał mógł być dramatyczny. Także dla mojej babci i wujka mieszkających w Nowym Sączu. Myślę, że ta wspinaczka na Kasprowy ze mną, wówczas dwunastolatkiem, czyli będącym w wieku tamtego człowieka z czasów, gdy obaj byli kolegami z klasy, uruchomiła w ojcu skojarzenie.

 

Nurtowało go, dlaczego ojciec nie zabił Kondolewicza od razu. I chyba znalazł odpowiedź. We wspomnieniach majora Zubka napotkał opis akcji, która miała miejsce w styczniu 1943 roku, czyli półtora roku wcześniej. Wówczas na środku nowosądeckiego rynku został zastrzelony przodownik granatowej policji Stanisław Tyrkiel. Wyrok wykonał "Wydra".

- Ojciec zlikwidował Tyrkiela, ale nie wziął pod uwagę, że dzień później Niemcy rozstrzelają w odwecie dziesięciu Polaków. Jestem przekonany, że to gigantycznie obciążyło jego sumienie. On tych ludzi musiał znać osobiście. Dlatego porwał Kondolewicza i zrobił wszystko, żeby zniwelować ryzyko odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli nie ma ciała, nie ma morderstwa. Był konfident, nie ma konfidenta. Nie wiadomo, czy zginął, czy uciekł, a może zdradził hitlerowców i wstąpił do podziemia?

 

Pytanie, czy możliwe jest, że pomiędzy Tyrkielem a Kondolewiczem "Wydra" nie wykonywał innych wyroków? Obława to film fabularny, można w nim dać upust fantazji, można na przykład przedstawić ojca jako zimnego kata, dla którego uśmiercanie skazańców to rutyna. Hitlerowca bądź hitlerowskiego konfidenta, czyli "świnię", przyprowadza się do obozu. Przez kilka dni trzyma się go w klatce pod gołym niebem. Wyciąga jak najwięcej informacji. A kiedy się już je wyciągnie, "Wydra" zaprasza na spacer. Likwiduje ludzi codziennie, zwykle po śniadaniu. Męcząca robota, bo trzeba się nachodzić. Człowieka przed odstrzeleniem trzeba wyprowadzić daleko od obozu, żeby potem nie cuchnęło. "Mówiłem, nie mniej niż 2 kilometry" - upomina "Mak".

Początkujący egzekutorzy nie wytrzymują napięcia. Odstrzeliwują za szybko, za blisko. "Wydra" ma jaja, jest w stanie przespacerować się z ofiarą na muszce daleko. O czymś trzeba gadać podczas takich spacerów. Na przykład o piłce. Jeśli bardzo nie chce mu się łazić, można ofiarę wypuścić do lasu samopas. Tylko wcześniej trzeba ją porządnie nakarmić specjalnym daniem. Na przykład zupą własnego pomysłu.

- Rozmowa o piłce jest prawdziwa. Ojciec opowiadał mi kiedyś, jak jego przyjaciela przesłuchiwało gestapo. W trakcie bicia gestapowiec prowadził z nim przymilny dialog o piłce nożnej i klubach piłkarskich. "To jak, mówisz, nazywa się ten twój klub? Armia Krajowa?".

 

Marcin Dorociński gra Krzyształowicza, będąc po czterdziestce. Jest więc bardziej ojcem, jakiego pamiętał jego syn, niż prawdziwym "Wydrą". Adam Krzyształowicz, gdy strzelał do Stanisława Tyrkiela na rynku pełnym ludzi, miał 19 lat. Gdy porywał Kondolewicza, nie skończył jeszcze 21.

Przyszedł na świat w Starym Samborze nad Dniestrem. Jego ojciec, inżynier Władysław Krzyształowicz, zmarł na nowotwór kilka lat przed wojną. Stryj Franciszek, profesor dermatologii, był jednym z rektorów Uniwersytetu Warszawskiego. W młodości przyjaźnił się ze Stanisławem Wyspiańskim, który uwiecznił go na znanym portrecie z 1904 roku.

Adam na wojnę trafił prosto ze zbiórki harcerskiej w II Gimnazjum imienia Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu.

 

Wszystko, co nasze, Polsce oddamy,

W niej tylko życie, więc idziem żyć,

Świty się bielą, otwórzmy bramy,

Rozkaz wydany: wstań, w słońce idź!

Ramię pręż, słabość krusz,

Ducha tęż, Ojczyźnie miłej służ!

Na jej zew w bój czy trud

Pójdzie rad harcerzy polskich ród.

Harceeerzy po-o-olskich ród.

 

Na pewno śpiewano na tych zbiórkach Hymn harcerzy, powstały jeszcze w czasach zaborów. O jakich rozkazach wówczas myślał?

Miał 15 lat, gdy jego drużynę włączono do młodzieżowej kompanii przysposobienia wojskowego z terenu Podhala. Pierwszą potyczkę stoczył 17 września 1939 roku z wkraczającymi oddziałami Armii Czerwonej. Trafił do łagru w Podwołoczyskach na międzywojennej granicy polsko-radzieckiej. Uciekł, wrócił do matki do Sącza, najął się do pracy w kamieniołomach pod miastem. W czerwcu 1940 roku wywieziono go na roboty do kopalni węgla w Halle. Znowu uciekł, znowu do matki. Do konspiracji wstąpił jako siedemnastolatek, wprowadzony przez Juliana Zubka, wtedy jeszcze porucznika. Przysięgę na rotę AK złożył w marcu 1942 roku, trzy miesiące po uzyskaniu pełnoletności.

Zajął się inwigilowaniem nowosądeckich volksdeutschów. Niecały rok później wykonał wyrok na Tyrkielu. Czy to była jego pierwsza egzekucja? Pierwsza, o której zachował się ślad. Dalej w losach nastolatka mamy ponadroczną szczerbę. Aż do kwietnia 1944 roku, kiedy zatrzymało go gestapo. O tym opowiedział synowi dość dokładnie. Zanim zawieźli go na posterunek, najpierw zamknęli w szafie. Dla zmiękczenia. Miał wejść do szafy i czekać nie wiadomo na co i nie wiadomo jak długo. Powiedziano mu: "Tylko się nie zlej. Zlejesz się, kulka w łeb". Przesiedział w szafie co najmniej siedem godzin.

Podobno Niemcy nie zdawali sobie sprawy, że zatrzymali członka podziemia. Ponoć chodziło o kobietę. Ktoś go wrobił z zemsty, z zazdrości. Niemcy nie mieli na niego kwitów. Potrzymali go miesiąc w więzieniu w Nowym Sączu i wypuścili.

"Wydra" wrócił do konspiracji. Z końcem lipca 1944 roku trafił do lasu, gdzie "Tatar", czyli Julian Zubek, tworzył oddział. Tak dotarł do strefy objętej pamiętnikami "Tatara". Dzięki nim wiadomo, że jeszcze latem 1944 roku uczestniczył w rozbrajaniu żołnierzy niemieckich skoszarowanych w szkole w Kamienicy. W sierpniu likwidował patrol Grenzschutzu, niemieckiej straży granicznej, koło Piwnicznej. We wrześniu porwał Henryka Kondolewicza, który następnie został "odstrzelony" w obozie. Przez kogo osobiście, to już bez znaczenia.

W listopadzie 1944 roku "Wydra" zlikwidował jeszcze patrol niemiecki we wsi Żeleźnikowa Wielka, gdy odprowadzał do Nowego Sącza czterech ciężko chorych członków oddziału.

I to wszystko, jeśli chodzi o tak zwaną prawdę udokumentowaną.

Wkrótce potem wojna zaczęła się rozpraszać jak zły sen, "zabielił się nowy świt". Adam z egzekutora na powrót stał się uczniem. 24 stycznia 1945 roku złożył broń i usiadł z powrotem w szkolnej ławce. Wiosną 1946 zdał maturę.

*

Bohaterem filmu Krzysztofa Kieślowskiego Życiorys z roku 1975 jest szary człowiek. Człowiek, który został wezwany. Nie wiemy, po co został wezwany, nie wiemy do końca przez kogo. Widzimy monumentalny korytarz, w nim skulonego mężczyznę, któremu kazano czekać. Siedzi na ławce z łokciami opartymi o kolana, międli w palcach papierosa. Zapalić, nie zapalić? Może zaraz zawołają? To, że zmuszają go do czekania nie wiadomo jak długo, jest niczym innym jak starym gestapowskim sposobem na zmiękczenie. Kiedy wreszcie otworzą się drzwi, człowiek będzie już zmiękczony w połowie. Zmiękczenie jest wstępem do zmiażdżenia.

Jeśli Obława jest o Krzyształowiczu partyzancie, to Życiorys można metaforycznie czytać jako jego sequel, o Krzyształowiczu inżynierze. Dożywotnim zastępcy kierownika działu w Przedsiębiorstwie Robót Kolejowych w Krakowie.

Film Kieślowskiego opowiada o człowieku, który dokonał jakiegoś enigmatycznego wykroczenia. Krzyształowicz też miał zostać ukarany za wykroczenie. Za to, że walczył nie pod tymi auspicjami, pod którymi należało.

Wzywano go raz w tygodniu przez kilka lat. Za każdym razem wyglądało to tak samo. Najpierw trzy godziny czekania przed drzwiami. Następnie rozmowa według powtarzającego się scenariusza. Te same pytania, te same odpowiedzi. Lepiej, gdy odpowiedzi były identyczne. Każda niespójność, najmniejsza zmiana w zeznaniach stwarzały pretekst do postawienia zarzutu mataczenia. A od takiego zarzutu już krótka droga do celi. Po kilku przesłuchaniach Krzyształowicz znał swój życiorys na pamięć z każdą kropką i przecinkiem. Łącznie z pytaniem o kolegów z organizacji: "Nie, nie utrzymuję kontaktów. Nie wiem, co się z nimi dzieje".

Korytarz w gmachu Urzędu Bezpieczeństwa musiał przypominać ten z Życiorysu. Tylko w sali zamiast kilku brzuchatych panów za stołem siedział jeden. Podczas rozmowy od niechcenia bawił się pistoletem. Pewnego dnia powiedział: "Dobrze, my was, Krzyształowicz, więcej nie będziemy wzywać. Żyjcie sobie. Nie ukrywaliście się po wojnie, złożyliście broń, studiowaliście. Ale pamiętajcie, wy nigdy kariery nie zrobicie. My o was zawsze będziemy pamiętać".

Ubek nie wiedział, że Krzyształowicz nie zdał całej broni. Zostawił sobie na wszelki wypadek dwa pistolety: Walthera P38 i szesnastostrzałową Efenkę. Wisiały na sznurkach w kominie mieszkania matki w Sączu do późnych lat 50. W kominie, bo tam sucho. Czekały, aż wydarzy się coś, co zmieni bieg rzeczy. Nic się nie wydarzyło, nic się nie zmieniło. Pod koniec lat 50. Krzyształowicz wyrzucił pistolety do Kamienicy.

 

Przy synu powtarzał często, że trzeba było od razu uciekać przez zieloną granicę. Marcin pamięta takie ukłucie: ale jak to? Przecież gdyby ojciec uciekł, nie związałby się z mamą, nie byłoby jego. Byłby jakiś inny Krzyształowicz junior, nie on, Marcin. Zwłaszcza że wie, że jest owocem wielkiej miłości.

Adam swego jedynego syna widział jako prawnika, ostatecznie psychologa z własną praktyką, bo Marcin, zanim zamarzył o kręceniu filmów, skończył psychologię kliniczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jego decyzja, żeby po dyplomie zmienić kurs i zawalczyć o łódzką filmówkę, zaskoczyła ojca. Ale lojalnie wsparł dziecko, nawet jeśli powątpiewał.

- Chciał, żeby to jego późne ojcostwo w pełni się zmaterializowało - ocenia syn. - Kiedy się urodziłem, miał 45 lat. Nigdy nie miałem poczucia, że mam starszego ojca. Zapamiętałem go z okresu najbardziej witalnego. Jako silnego faceta kochającego sport, towarzyskiego i radosnego. Troskliwego ojca. Zdawałem sobie sprawę, że ma wobec mnie duże oczekiwania. Starałem się go nie zawieść. Był czuły, ale nie czułostkowy. Dawał mi okazje do wykazania się inicjatywą. Miałem obszary wolności, które rozumiał i akceptował. Nie narzucał mi poglądów ani kierunków rozwoju. Nie mówił, co mam czytać. Lubił się śmiać. Był duszą towarzystwa, a raczej robił wszystko, żeby uchodzić za duszę towarzystwa. Lubił filmy akcji. Jego ulubiony to amerykański Tylko dla orłów o alianckich komandosach. Kochał westerny. Wojna w jego opowieściach też przypominała western.

Moja ulubiona opowieść jest o tym, gdy w ariergardzie oddziału wycofującego się w góry walczył z obławą Waffen-SS. Szło 500 esesmanów z psami, wyczesywali wszystko. Nikt z tej ariergardy nie przeżył. Tylko tata.

Albo ta niesamowita akcja, kiedy odprowadzali czwórkę chorych kolegów do miasta i nagle na otwartej przestrzeni ujrzeli w oddali uzbrojonego Niemca i jeszcze dwóch mężczyzn. W ułamku sekundy podjął decyzję, rzucił się naprzód, żeby skrócić dystans strzału. Rozwalił wszystkich, zanim zorientowali się, co się dzieje. Odezwał się w nim instynkt zabójcy. Tak, ojciec miał instynkt zabójcy. Oczyścił pole, uratował kolegów. Dostał za tę akcję jakieś odznaczenie.

Miło było mieć ojca bohatera. Nosiłem to w sercu jak skarb, jak coś, co podnosiło mój własny testosteron. Nie wypieram się tego. Ojciec jednoznacznie kojarzył mi się z męskością, w takim pierwotnym sensie. A dla mnie jednoznaczna męskość jest atrakcyjna. Bez wątpienia jest wartością.

Marcin, choć dumny z ojca, nigdy się nim nie chwalił. Intuicja podpowiadała mu, że o przeszłości ojca nie należy gadać. Poza tym, co by mu to dało? Prestiż zbudowany na dokonaniach taty? Prawdziwy facet tak nie postępuje. W podwórkowych zabawach w Czterech pancernych grał najbardziej prestiżową rolę Janka. Zdobył tę rolę sam, bez powoływania się na ojca. Choć czuł, że to, co dał mu ojciec, w jakiś sposób pracowało na to, że odgrywał Janka. Może dlatego został reżyserem, żeby nadal być Jankiem?

 

Oglądamy zdjęcia, na których młody Adam skacze do wody z kolegami. Był przystojnym, świetnie zbudowanym chłopakiem z czarną czupryną.

- Mógłby reklamować pastę do zębów, bo nawet przed śmiercią pani doktor mówiła do niego: "Proszę wyjąć ząbki", a ojciec na to: "Ależ pani doktor, to moje własne". Był twardzielem. Pani Zubkowa opowiedziała mi, jak ojciec w lesie dostał zakażenia skóry na nogach. Wrzody owijał gazetami i papierem toaletowym, żeby nie krwawiły. Mimo to chodził na patrole, nikomu się nie skarżył. Dopiero pani Zubkowa zauważyła, że mu spodnie przeciekają krwią. Bycie twardzielem zostało mu do końca. Był już grubo po pięćdziesiątce. My z mamą wyjechaliśmy na wczasy. Tata został z babcią. Któregoś dnia babcia dzwoni do mamy i mówi: "Musisz wracać, ty wiesz, co się stało Adasiowi? Jest poparzony". Co się okazało? Ojciec się potknął, przenosząc balię z zagotowaną wodą na pranie, i wylał sobie wrzątek na podbrzusze. Wrócił do mieszkania i powiedział tylko: "Mamusiu, ja się położę". Słowem się nie przyznał, że coś mu dolega. Babcia zorientowała się po tygodniu. Taki był mój ojciec.

Przez długie lata nie konfrontował się z ciemną stroną swojej przeszłości. Tak jakby wszystko po nim spłynęło. O Tyrkielu nie mówił nigdy, podobnie o Kondolewiczu. Tylko ten jeden raz enigmatycznie w drodze na Kasprowy. Myślę, że wykonywanie wyroków straszliwie go obciążyło. Dużo łatwiej jest zabić człowieka w akcji, w biegu, w samoobronie, nawet rzucić granatem. Ale zabić bezbronnego, z bliska, jeszcze wcześniej z nim rozmawiając, kolegę ze szkoły?

Ojca dręczyła świadomość tego, że zostawia za sobą grzechy. Wiem to, bo wiem, jak wrażliwym był człowiekiem. Ile miał w sobie empatii, głębokiej inteligencji emocjonalnej. Łatwo mogłem sobie wyobrazić, co czuł, pociągając za spust. Zabijanie jest zawsze złem. Stare grzechy mają długie cienie. W tym cieniu znajdował się mój ojciec i ja też się w nim znalazłem.

Usiłuję w mojej twórczości spotkać jego emocje. To mroczne dziedzictwo. Jednym z tropów do zrozumienia jego postawy jest to, co mi powiedział kiedyś, mianowicie, że w czasie wojny towarzyszyło mu silne przekonanie, że zginie. To mu pozwoliło nie wahać się, ryzykować, nie przejmować duperelami.

Im bardziej posuwał się w latach, tym intensywniej wracała przeszłość. On nieruchomiał, ona się ożywiała. Tąpnięcie nastąpiło po sześćdziesiątce. Wtedy to pewnej nocy zaczął wyć. Ta jego psychiatrka, która była zarazem koleżanką, rozmawiała też z moją mamą i powiedziała jej, że ojciec cierpi na głęboki odroczony stres wojenny - tak to nazwała. Że wszystko do niego wraca, że wszedł w fazę konfrontacji ze swoją przeszłością.

Zaczął bywać problematyczny także w ciągu dnia. Zaczęły się natręctwa, szybka męczliwość, zniecierpliwienie. Chorował na płuca, ale nadal bez przerwy palił papierosy. Już nie było takiego przejrzystego kontaktu z nim. Nie mam na myśli demencji, raczej rodzaj mentalnego rozmiękczenia, które sprawia, że człowiek jest skoncentrowany na sobie. Od relacji z bliskimi bardziej interesują go lekarstwa. W świecie zewnętrznym pilnował tylko spraw tak zwanych zasadniczych. Na przykład czy kupiłem wreszcie nowy samochód.

To, jakim człowiek jeździ samochodem, było dla taty jednym z wyznaczników sukcesu. Sam całe życie jeździł maluchami. Na pierwszego zapracował w Niemczech na kontrakcie, babcia dołożyła mu coś tam z oszczędności. Miał nadzieję, że jego syn pójdzie krok dalej.

Prostodusznie wierzył w etos mieszczański: dobre wykształcenie, dobra praca. Liczyły się dla niego: stabilność, bezpieczeństwo, przewidywalność. Tak zwane godne życie. Uważał, że mężczyzna musi zarabiać. Sam nie zarabiał wiele. Z Armią Krajową w aktach dorobił się tylko dwóch maluchów i stanowiska wicekierownika. Myślę, że to go frustrowało, w swoim przekonaniu nie doszedł do niczego. Ja nie widzę w tym nic złego, że ktoś jeździ maluchem, ale dla mężczyzny takiego jak on to musiało być dołujące.

To, co ja robiłem z moim życiem, musiało go dołować dodatkowo. Z jego perspektywy traciłem czas. Jedne studia, potem drugie, i to artystyczne. Myślę, że wątpił, że ja cokolwiek zwojuję w tej reżyserii. Ale nie mówił o tym wprost. Tym bardziej doceniam to, że bez słowa wyrzutu wspierał mnie cierpliwie ze swojej lichej emerytury, bez gwarancji, że mu się to w jakiejkolwiek formie zwróci.

Zaciągnąłem u niego gigantyczny dług i strasznie męczy mnie to, że nie dożył czasu potwierdzenia, że mój wybór miał sens, że udało mi się w tym zawodzie zakotwiczyć. Jeszcze bardziej boli to, że nie doczekał przyjścia na świat swoich wnuczek - moich córek Wiktorii i Dagny.

Ale zdążyłem pokazać mu choć jedno. I to stanowi moje wielkie pocieszenie. Było to niedługo przed jego śmiercią, można powiedzieć, że ostatni moment. Przyjechałem do rodziców w odwiedziny, nic nie mówiąc, jaką wiozę niespodziankę. Ojciec wyjrzał przez okno. "A czyj to samochód stoi zaparkowany?" - zapytał. "Ano mój".

Widziałem, jak się rozpromienił. Był szczęśliwy. Honda Accord, wypasiona bryka. Piękna, co tu dużo mówić. Czarna oczywiście. Zarobiłem na nią reżyserowaniem. To już była końcówka ojca, został mu jeszcze rok. Ale zdążyłem.

*

Często jedno pokolenie musi odejść, żeby w kolejnym obudziła się chęć dokładniejszego ustalenia losów tego poprzedniego. Ciekawość ta budzi się niemrawa, zaspana, a czas ucieka. I nagle panika: rzucamy się w znikającą przeszłość, łapczywie zgarniamy każdą informację. Błąkamy się po pustych ulicach, na których wszyscy już umarli, z nadzieją, że w którymś z domów czeka zasuszony staruszek przechowujący odpowiedzi na nasze pytania. Wertujemy pożółkłe strony, licząc na to, że wzrok natknie się na jakieś słowo, zdanie, półzdanie, które uzupełni luki. A przecież jeszcze pięć, 10 lat temu główni bohaterowie z kompletem wiedzy spali w pokoju za ścianą.

Może stoi za tym jakaś mądrość ewolucji, żeby nie było za łatwo? Mamy uczyć się na własnych doświadczeniach, nie na cudzych.

Zwykle, gdy zgromadzimy już nawet pokaźną wiedzę, zdajemy sobie sprawę z tego, jak niewiele mamy. Trudno zadowolić się szczerbatą historią, suchymi faktami. Brakuje spoiwa. Dorabiamy je zatem sami. Przeszłość naszych rodziców staje się teraz naszą własnością. Zaczynamy ją opowiadać na swój sposób. Opowiadanie ujmuje chaos w formę. Zmusza do dokończenia napoczętych myśli, do połączenia kropek, zbudowania narracji, w której wszystko trzyma się kupy, nawet jeśli oznacza to kompromis pomiędzy faktami a ich swobodną interpretacją czy nawet fantazjowaniem. Fantazjowanie na temat prawdy też jest jakąś prawdą. Nawet kłamstwo jest w pewnym sensie prawdą.

Niemiecka socjolożka Gabriele Rosenthal znalazła na to terminy life history i life story. Historia życia i opowieść o życiu. Faktyczny przebieg zdarzeń kontra to, jak te zdarzenia zostały zapamiętane, przefiltrowane przez pamiętającego, nadbudowane. Obie narracje i tak prędzej czy później zlewają się w jedną.

"Każda historia, nawet jeśli wydarzając się, była osobista, gdy choć raz przejdzie przez język, gdy ubierze się w słowa, nie jest już nasza, należy wówczas tak samo do porządku rzeczywistości, jak i fikcji"[6].

Zgadzam się z Georgim Gospodinowem. Historia naszych przodków jest jak odziedziczona sukienka. Tu zwęzimy, tu coś odprujemy, doszyjemy, nosimy w nowoczesnej stylizacji, ale nadal jest to sukienka babci.

Nic lepiej nie oddaje tego zawiłego procesu niż sztuka. Obraz, powieść, film, wiersz. W nich tak zwana prawda udokumentowana miesza się ze zmyśleniem zupełnie legalnie.

Myślę o tym, że po mojej śmierci moja córka, może wnuki również stworzą na swoje potrzeby jakąś narrację o mnie. Na pewno nie pokryje się ona idealnie z tym, co sama wiem i myślę o sobie. Nie zabraknie w niej absurdów i przeinaczeń. I wiem, że to ich wersja ostatecznie wygra i to ona pójdzie dalej. Jest we mnie na to zgoda.

*

W latach 90. rekordy popularności biła płyta zespołu Kult Tata Kazika. Byłam jej fanką, a jedną z piosenek, które lubiłam szczególnie, była Knajpa morderców opowiadająca o akowcach pogubionych w powojennej rzeczywistości. Dziś powiedziałabym pewnie: o powstańcach z PTSD. Ojciec lidera Kultu Kazika Staszewskiego, Stanisław Staszewski, architekt i bard, w czasie wojny brał krótko udział w powstaniu warszawskim, a po nim trafił do obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen.

W latach 60. rodzice Kazika się rozstali. Stanisław wyjechał do Francji, umarł przedwcześnie. Została po nim kaseta magnetofonowa, na której nagrał napisane przez siebie piosenki we własnym wykonaniu. Syna ta twórczość nie interesowała. Kaseta z taśmą magnetofonową stanowiła w latach 70. i 80. cenny zasób. Kazik skasował więc śpiewy ojca i nagrał na nich utwory Iggy'ego Popa. Po latach, gdy istniał już Kult, w życiu Kazika objawił się ktoś, kto również miał podobną kasetę z nagraniami Staszewskiego seniora. Syn odsłuchał je świeżym uchem, doznał iluminacji, spisał słowa, a potem wraz z zespołem zaaranżował muzykę. Jego ojciec był znakomitym poetą, syn miał świetny głos, razem stworzyli doskonały duet.

Poznałam Kazika w czasach fejmu Taty Kazika. Kiedyś w rozmowie powiedział mi: "Ojciec zostawił mi te piosenki w spadku, a ja sobie do nich dokręciłem korbkę do robienia pieniędzy".

Zdanie o korbce brzmi nonszalancko, ale wiadomo, że nie o pieniądze tu głównie chodzi.

Ojciec Marcina Krzyształowicza zostawił synowi w spadku kilka ledwie zarysowanych historii, tajemnicę i aurę. Jego syn też musiał dorobić sobie do tego własną korbkę. Na bazie wojennych doświadczeń ojca planuje nowe filmy. Może nawet serial. To, co usłyszał od ojca, jest już jego i tylko jego. Powiedział mi:

- Teraz mogę sobie z tym zrobić, co zechcę. Dobrze się stało, że nie ciągnąłem go za język za bardzo, bo dzięki temu udało mi się nie zasugerować.

 

W ostatniej scenie Obławy "Wydra" zostaje sam na szczycie góry. Jest rozebrany do pasa. Kopie grób dla zabitych kolegów. Słychać szczekanie psów. Zbliża się obława.

Dla pewności musiałam jeszcze spytać reżysera o scenę z zupą.

- Skąd pomysł zupy ze sromotników? To wyjątkowo perwersyjne okrucieństwo nakarmić człowieka sromotnikami i wypędzić w las. Czy to też się wydarzyło?

- Nie, nie. To wymyślone. Moja wyobraźnia chodzi krętymi ścieżkami.

- I tam w tej zupie jako wkładka mięsna była ludzka głowa, tak?

- Głowa.

- Głowa, którą odrąbał "Wydra", prawda?

- Tak. Zupa na głowiźnie.

 

[...]

Redakcja: Jacek Świąder

Korekta: Agata Nastula

Projekt okładki: Marta Konarzewska

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktorka prowadząca: Maria Gładysz

 

Książka powstała dzięki stypendium Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, a także dzięki programowi rezydencji literackich w Willi Decjusza Homines Urbani.

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Katarzyna Surmiak-Domańska, 2026

Copyright for this edition ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wydanie pierwsze

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-598-6

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej