Spadło to nań jak grom z jasnego nieba. W pierwszej chwili
chciał wprost powiedzieć pannie Sobczykównie, że to kłamstwo, nowa
obrzydliwa plotka biurowa i że nie powinna zajmować się
powtarzaniem podobnych nowin. Bo ona to nazwała nowiną: - Czy pan referent słyszał w Zakopanem o naszej nowinie?
Pani Bogna wychodzi za pana Malinowskiego. Uczuł przypływ krwi do twarzy i pochylił się nad otwartą
szufladą. Jednocześnie spostrzegł swoje ręce, bezcelowo
przewracające blankiety i opanował się. - Nie słyszałem - odpowiedział. - Na jesieni ma być ich ślub. To niby tajemnica, ale i tak
wszyscy wiedzą. Myślałam, że pan naczelnik pisał panu o tym. Kto by
się to spodziewał! Chociaż panu Malinowskiemu nic zarzucić nie
można... Owszem... Borowicz przełknął ślinę, stanowczym ruchem zasunął
szufladę i zapytał: - Czy to wszystkie kosztorysy? - Tak, proszę pana, oprócz tych, które podczas pańskiego
urlopu załatwił sam pan naczelnik Jagoda. - Dziękuję pani. Gdy wyszła, zerwał się i podszedł do otwartego okna. Tego
się nie spodziewał. Wracając z urlopu oczywiście przewidywał, że
podczas jego nieobecności mogły zajść jakieś zmiany. Odczuwał nawet
swego rodzaju obawę przed nimi. To właśnie nie dało mu spać w nocy,
a z rana wcześniej kazało pójść do biura. Po drodze uspokoił się
jednak zupełnie. Widniejący z daleka gmach Funduszu Budowlanego,
niewzruszony jego kontur, wyrastający z zieleni drzew w jasnym
słonecznym dniu i niezmienna tożsamość Warszawy nasunęły mu nawet
uśmiech pobłażania dla własnych obaw. W gruncie rzeczy czegoż bardziej mógł pragnąć, niż zmian,
jakichkolwiek zmian, bodaj listu z wymówieniem, który nareszcie
przerwałby bezsensowną wegetację kłaczka mchu, wrośniętego w jeden
z kącików wielkiej betonowej bryły. Ale to spadło nań jak grom z
jasnego nieba. Od początku wiedział dobrze, że Sobczykówna mówiła
prawdę. Przypomniał sobie oba listy Jagody. Były tam pewne
napomknienia, do których nie przywiązywał wagi. - Do których nie chciałem przywiązywać wagi - poprawił
siebie z jakąś złośliwą przyjemnością. Jagoda zbyt prosto, zbyt praktycznie patrzy na życie, by
mógł pisać o rzeczach nieistotnych, o drobiazgach bez znaczenia.
Pisał: "Malinowski wyrychtował sobie kajak i cały dzień siedzi na
Wiśle razem z panią Bogną Jezierską, którą uczy wiosłować...". A
innym razem przesyłał ukłony od "p. Jezierskiej i Malinowskiego"... - Czyżby przypuszczał, że mnie to może obchodzić?...
Nonsens! Spojrzał na jego wspaniałe biurko, wznoszące się w środku
pokoju niby wielki ołtarz. Jagoda istotnie traktował ten mebel z
pietyzmem. Celebrował przy nim, a podobieństwo do ołtarza
podkreślał surową symetrią ustawionych na nim przedmiotów: dwie
lampy, dwa kałamarze, dwie suszki, dwa kubki z ołówkami, dwa
aparaty telefoniczne (wewnętrzny i miejski), z jednej strony
nożyce, z drugiej linia, dwie popielniczki, a w środku, oczywiście
w samym środku, blok białego papieru. Biurko to stanowiło centrum
egzystencji i oś zainteresowań Jagody i Borowiczowi nie przyszłoby
na myśl, że ten człowiek mógłby w gmachu Funduszu Budowlanego
poświęcić bodaj odrobinę uwagi czemuś, co nie należało do zakresu
obowiązków służbowych. A jednak Jagoda widział więcej, a nawet
podejrzewał widocznie, że zbliżenie pani Bogny do Malinowskiego ma
dla Borowicza jakieś znaczenie, że będzie to dlań gromem z jasnego
nieba. - No, nie przesadzajmy, - pomiarkował się Borowicz. Porównanie z "gromem" przyszło mu do głowy w pierwszej
chwili. Właściwie mówiąc była to tylko rzecz niespodziewana. I
przykra, bardzo przykra. Nie miał żadnego prawa już nie tylko wobec
pani Bogny, ale i wobec samego siebie żywić jakiekolwiek pretensje
do losu. W gruncie rzeczy nic go nie upoważniało do zajęcia
jakiegokolwiek stanowiska w stosunku do tego zdarzenia. Lubił panią
Bognę, cenił, znał, znał prawie od jej pensjonarskich czasów, bywał
u niej - ale to i wszystko. Nigdy nie rościł sobie żadnych
zamiarów, które wykraczałyby poza sferę dobrej przyjaźni. Zresztą
nie miał żadnych zamiarów. Nie chciał mieć. W ogóle o tym nie
myślał. I nagle ten Malinowski! Co za głupstwo! Będzie się
nazywała: pani Ewarystowa Malinowska i będzie sypiała z nim w
jednym łóżku. Borowicz wzruszył ramionami i z tępą niechęcią pomyślał,
że Malinowski zaraz nadejdzie, że będzie musiał pocałować się z nim
na powitanie, a później znosić jego twarz przez siedem codziennych
godzin biurowych. Biurka ich były zsunięte i korzystali z wspólnej
kartoteki. I wyobrazić sobie, że na początku, gdy otrzymał posadę w
Funduszu, cieszył się z tego bliskiego sąsiedztwa. Może nie cieszył
się, ale było mu przyjemnie, że tuż obok ma uniwersyteckiego
kolegę, z którym zna się od szeregu lat. Wprawdzie na uniwersytecie
nie łączyły ich żadne serdeczniejsze stosunki, ale nic ich też nie
dzieliło. Borowiczowi zdawało się nawet, że czuje dla Malinowskiego
rodzaj obojętnej sympatii, chociaż na ogół nie lubiano go i uważano
za zero. Na plus Malinowskiego w każdym razie należało zapisać jego
skromność i moralność. Należał jako student do harcerstwa, nie brał
udziału w koleżeńskich pijatykach, ubierał się zaledwie
przyzwoicie, ale zawsze czysto, utrzymywał się ze szczupłej
pensyjki, przysyłanej przez matkę, która miała aptekę w jakimś
małym miasteczku w Sandomierskim. Po śmierci matki przerwał studia
i znikł z horyzontu. Borowicz spotkał go dopiero tu, w Funduszu
Budowlanym. Jak na uniwersytecie, tak i tu Malinowski nie cieszył
się powodzeniem u kobiet. Był ładny, tak, obiektywnie należało
przyznać, że był bardzo ładny, ale z kobietami nie umiał się
obchodzić, unikał ich i Borowicz nigdy nie słyszał o żadnym jego
romansie. Za lat studenckich dawało to nawet temat do zjadliwych
żartów, obecnie ma się rozumieć o podobnych kwestiach nie było
między nimi mowy. Borowicz nie zdawał sobie sprawy, dlaczego właściwie
wiadomość o małżeństwie pani Bogny z Malinowskim wydała mu się
nieprzyzwoitością. Tkwiło w tym coś niedorzecznego, że ona wybrała
sobie właśnie Malinowskiego. Każdy inny mężczyzna, bodaj Jagoda,
nie wywołałby tak silnego wewnętrznego protestu w Borowiczu. - Nie chodzi mi o nią, lecz o jej wybór - sprecyzował
sobie przyczynę swego wzburzenia i to go znacznie uspokoiło. Poza tym do jesieni wiele może się zmienić. Miesiąc czasu
to bardzo dużo. Zresztą może to nie jest jeszcze takie pewne?... W
biurze byle co, byle pogłoskę przerabia się w aksjomat. Tak czy
owak, dobrze się stało, że dowiedział się o wszystkim nie z ust
Malinowskiego. Na korytarzu rozległy się szybkie, ciężkie kroki, drzwi
otworzyły się gwałtownie i na progu stanął Jagoda. Jego małe,
wąskie usta rozsunęły się w uśmiechu, czerwona twarz o nierównej
cerze nabrzmiała i stała się błyszcząca: - Jak się macie - wyciągnął małą, mocną rękę - dobrze
zrobiliście, żeście przyjechali. Roboty huk. W Zakopanem ładnie? - Dziękuję. Pogoda była śliczna - serdecznie ścisnął jego
dłoń Borowicz. - Po górach nie łaziliście? Co?... - zaśmiał się krótko. -
Już ja was znam! - Nie mylicie się. Właściwie byli ze sobą na pan, ale czasami w przypływie
większego rozrzewnienia Jagoda mówił doń per wy, tym koleżeńskim
wojskowym tonem, który brzmiał trochę jak rozkaz i trochę jak
poufałość. Były chwile, gdy ten sposób rozmowy sprawiał Borowiczowi
niedającą się określić satysfakcję. - Widziałem waszego brata - zaczął Jagoda, rozpakowując
wypchaną skórzaną tekę - niezły chłopak. Tylko nerwus. Stara się o
odroczenie służby wojskowej. - Byliście w Krakowie? - Byłem. Powinniście mu to wybić z głowy. Studia studiami,
a takiej szkoły, jak daje wojsko, nie znajdzie nigdzie. Malinowski
jeszcze nie przyszedł? - Nie. - Ostatnio lubi się spóźniać - bez nacisku powiedział
Jagoda, zaczerpnął powietrza, jakby chciał coś dodać, lecz tylko
chrząknął i wziął słuchawkę telefonu. Borowicz zabrał się do przeglądania zaległości. Były to
plany i kosztorysy prywatnych domów nieczynszowych, których
właściciele zabiegali o długoterminowe pożyczki na ukończenie
budowy. Ten dział należał do niego tylko o tyle, że badał każdą
sprawę z punktu widzenia estetyki i użyteczności budowli, oraz jej
trwałości. Stronę prawną i finansową opracowywał Malinowski, opinię
zaś dawał Jagoda, po czym akty szły do prezesa, gdzie zapadała
decyzja. Przed dwoma laty, gdy Borowicz otrzymał tę posadę,
interesowały go jeszcze sprawdzania planów, styl, rozplanowanie i
celowość budowli. Wdawał się w korespondencję z petentami, żądał
zmian, przeróbek, ulepszeń, te zaś projekty, którymi się zachwycił,
usiłował przeforsować. Obecnie odrabiał swe obowiązki mechanicznie.
Sprawdzał, liczył, notował, po czym w prawym górnym rogu aktu
przyczepiał spinaczem kartkę: - "Niezgodne z paragrafem 23-cim
Ustawy z dnia takiego-to, niedotrzymane punkty 3-ci, 7-my i 14-sty
przepisów rozporządzenia z dnia takiego-to, niezastosowane do
regulaminu Funduszu Budowlanego, artykuł 9-ty, ustęp "c". Często Jagoda, który był fanatykiem ruchu budowlanego,
zwracał mu podanie: - Panie Borowicz, tak nie można. Niech pan wezwie klienta
i objaśni mu braki. Tu widoczna jest nieświadomość przepisów. Nie
możemy wpadać w biurokrację. - Ale dom już jest wyciągnięty pod dach, na zmiany za
późno - oponował Borowicz. - Więc będziemy musieli zrobić jakieś ustępstwa. - Wbrew ustawie? - Ustawa jest dla ludzi, nie ludzie dla ustawy - ucinał
Jagoda. Czasami dodawał jeszcze: - Przez tę austriacką formalistykę diabli wszystko wezmą. A sam był jednocześnie jeżeli nie formalistą, to
przynajmniej rygorystą. Wszystkie ustawy i przepisy znał na pamięć
i pochodził z zaboru austriackiego. Może dlatego właśnie tak
niecierpiał wszystkiego, co mu przypominało Austrię. Było to
słabostką Jagody powszechnie znaną. Jeżeli zapędził się w jakiejś
dyskusji, a znienacka wysunięto mu przed oczy austriackość jego
poglądu - cofał się natychmiast. Borowicz już drugą opracowaną teczkę odkładał na biurko
Malinowskiego, gdy ten nadszedł. Był w jasnym, zbyt jasnym jak na
biuro ubraniu i w jaskrawym niebieskim krawacie. Przywitał się z
Borowiczem w zwykły sposób z tą nieobowiązującą serdecznością: - Przyjechałeś! Pysznie wyglądasz! Stęskniliśmy się tu za
tobą. Przychodził do ciebie dwa razy baron Denhoff. Czarujący
człowiek. Pan z panów... Tak. Piękną mamy pogodę. No i cóż słychać
u ciebie?... Nie czekając na odpowiedź zwrócił się do Jagody: - Servus Kaziu! Nie miej mi za złe, że się spóźniłem.
Widzisz, tramwaje bardzo często tego... Jagoda w milczeniu podał mu rękę i wrócił do pracy.
Dopiero po dłuższej chwili odezwał się: - Nie uważa pan, panie Borowicz, że niektórzy to do
śmierci nie oduczą się sztubackich wykrętów. - To ty do mnie, Kaziu? - żachnął się Malinowski. - Do ciebie. - No, wiesz!... - Wiem. Borowicz rzucił okiem na zastygłe w oburzeniu dłonie
Malinowskiego. Na palcu prawej ręki błyszczał szafir w starej
renesansowej oprawie: pierścionek pani Bogny. Było to
niesprawiedliwie bolesne, nieprawdopodobne i krzywdzące.
Krzywdzące, panią Bognę - skorygował swą myśl. I niespodziewanie
napłynęła gorzka refleksja: - dlaczego?... Skoro taki człowiek
został przez nią wybrany, widocznie zasłużył w takiej mierze na
nią, jak i ona na niego. Widocznie odnalazła w Malinowskim
wartości, które uznała za godne własnych wartości, czy zatem błąd
nie tkwił w przecenianiu tej kobiety?... - Stefku, wzywam cię na świadka - zwrócił się do Borowicza
Malinowski - widzisz, jak hierarchia przygniata! - Jeżeli chcesz z tej beczki - niecierpliwie odpowiedział
Jagoda - nie przypominaj mi, że jestem twoim zwierzchnikiem, lepiej
nie przypominaj! - Chyba mnie do kąta nie postawisz? - Nie, ale żądam, byś się zjawiał punktualnie. Nie chcę
więcej słuchać wykrętów. Rozumiesz? - Ależ kochany Kaziu - miękko zaczął Malinowski - nie masz
o co się gniewać. Żartowałem. Sam wiesz, że żartowałem. Jeżeli
jednak dotknęło cię to - bardzo przepraszam. Spojrzał na Borowicza i mrugnął okiem. - Nie masz po co przepraszać - skrzywił się poirytowany
Jagoda - przepraszają tylko dzieci. Jeżeli się jest mężczyzną, to
albo się coś robi i ponosi się za to odpowiedzialność, albo nie
robi się tego wcale. Tak przynajmniej ja myślę. Wstał, głośno odsuwając fotel, poprawił jedną z suszek,
która przesunęła się ku środkowi, zgarnął plikę papierów i wyszedł. - Tak on myśli - porozumiewawczo uśmiechnął się
Malinowski. Borowicz nie odrywał oczu od planu i nic nie odpowiedział,
wobec czego Malinowski chrząknął i po pauzie dodał: - Co to jednak znaczy gminne pochodzenie. Brak wszelkiej
kultury. Nawet na żartach się nie zna... Wciąż siedzi w nim oficer.
Oficerowie lubią rozkazywać. Ale ja nie jestem rekrutem, który musi
przed panem majorem wyciągać się na baczność. - Powiedz to jemu - krótko uciął Borowicz. - Co? - Przecie słyszałeś. - Że mam mu to w oczy powiedzieć?... Po co, po co mam
sobie psuć stosunki. Ja tam nie mam zamiaru tresować ludzi bez
kultury. Jego ojciec pracował jako giser w fabryce Schulca na
Podgórzu. Czegoż wymagać?! Phi!... Wzruszył ramionami i zapalił papierosa. - Dla syna gisera takie biuro i naczelnikostwo to szczyt
aspiracyj - ciągnął dalej - jak on to mówi: - "wytężona praca na
swoim odcinku"... Cha, cha, cha... Nie uważasz, że to brzmi
dwuznacznie?... A propos, znasz już anegdotkę o Żydzie, który
chciał uzyskać prolongatę?.. - Nie lubię anegdotek - odburknął Borowicz. - Smutny jakiś jesteś? Co?... Powrót z łona natury do
miejskiego gwaru. Tak, rozumiem. Borowicz zmarszczył brwi: - Przepraszam cię - starał się mówić spokojnie - mam tu
trudne obliczenie. Malinowski skinął głową i umilkł. Wziął się też do roboty,
ale po chwili zaczął z cicha gwizdać pod nosem. Podnosząc od czasu
do czasu wzrok, Borowicz przyglądał się jego pełnym, czerwonym
ustom, zaokrąglonemu owalowi twarzy, wysokiemu, pięknie sklepionemu
czołu i z lekka rzednącym jedwabistym i falującym włosom. Bodaj po
raz pierwszy przyjrzał mu się tak uważnie. W urodzie Malinowskiego,
w urodzie bezwątpienia szlachetnej, kryło się jednak coś
impertynenckiego, coś trywialnego. Gdzieś w tych prawie klasycznych
rysach zdawało się czaić jakieś kłamstwo. Pod gładko wygoloną
skórą, pod jasnym czołem, a nawet pod małymi, przystrzyżonymi
wąsikami była jeszcze jakaś inna warstwa. Nie widział teraz jego
oczu, ale starał się przypomnieć sobie ich wyraz. Były wspaniałe.
Ciemno-orzechowe, o niezwykłym połysku, z czarnymi jak smoła
rzęsami. Tylko ich wyrazu nie podobna było uchwycić. Nagle uprzytomnił sobie rozmowę z panią Bogną. Było to
jeszcze w zimie. Powiedziała wówczas: - On ma oczy wprost niezrozumiale piękne. - Ale bez wyrazu - zauważył obojętnie. Wtedy zaśmiała się i rzuciła od niechcenia: - To zależy na kogo patrzy. - Na panią oczywiście słodko i z zachwytem. Nic nie odpowiedziała, ale gdyby Borowicz wówczas zwrócił
na to zamilknięcie uwagę... Kiedyż to było? W styczniu, bodaj w
styczniu. Przed powrotem prezesa. Odnosił wówczas do jego gabinetu
wnioski do podpisu. Pani Bogna już wtedy była zajęta Malinowskim. I jakie to pospolite: sekretarka prezesa i referent
Malinowski... Tak... mają zawiadomić, że ich ślub odbędzie się dnia
tego i tego... Brrr... Jaki wyraz mogą mieć oczy tego cymbała, gdy
na nią patrzy: oczywiście głupi wyraz, najordynarniejszy wyraz.
Chciałby ją mieć i tyle. A dla kobiety, tak, dla kobiety, będzie to
najmądrzejszym wyrazem. Wszystkie są tym samym. Nie ma
indywidualności wśród kobiet. Różnice zachodzą tylko między
zewnętrznością psychiki, grunt pozostaje identyczny: służyć
gatunkowi, rozpładzać się, dobierać najprzydatniejsze do tego celu
egzemplarze samców. Pani Bogna jest rozumna, inteligentna,
subtelna. Tego jej odmówić nie można. A jednak wszystko to milknie,
ulatnia się, przestaje działać, gdy odezwie się zwykły instynkt,
najprymitywniejsza wszechwładna siła plazmy, zamknięta w... - Jak myślisz, Stefku, obraził się? Borowicz spojrzał na Malinowskiego półprzytomnie: - Kto? - No Jagoda! Jest jakiś oschły. Nie chciałbym go sobie
narazić. On jednak może dużo zaszkodzić. - Dajże spokój - oburzył się Borowicz - jak można Jagodę
posądzać o coś podobnego. Jestem przekonany, że sam w to nie
wierzysz. W przeciwnym razie byłoby to bardzo brzydkie z twojej
strony. - Zapewne, zapewne - szybko zgodził się Malinowski -
mówiłem tylko tak sobie, bo zresztą teraz mogę zbytnio nie
przejmować się Jagodą. Sam stary jest ze mnie bardzo zadowolony i
mogę ci ręczyć, że będzie wciąż bardziej zadowolony. Roześmiał się i odkładając pióro zapytał: - Pewno już słyszałeś?... - O czym? - obojętnie mruknął Borowicz. - Hm... Nie mówię o tym nikomu, ale tobie jako
przyjacielowi mogę. Żenię się z Bogną. Borowicz chciałby zerwać się i krzyknąć mu w nos, że
wyprasza sobie nazywanie go przyjacielem i że pani Bogna nie może
większego idiotyzmu zrobić. - Winszuję ci - wycedził. - Patrz - wyciągnął rękę Malinowski - oto rękojmia
szczęścia. Tuż przed oczyma Borowicza błysnął duży szafir. - Ładny kawałek, co? - zapytał Malinowski - trzysta lat w
jednej rodzinie! Wart parę fajgli? Co?... I ładnie na ręku wygląda.
No, nie na każdym. Wyobraź sobie taki pierścionek na palcu Jagody.
Niczym kwiatek przy kożuchu. Te krótkie palce i białe paznokcie.
Ale na twoim ręku będzie pierwsza klasa. Masz, nałóż. - Nie, nie - z hamowanym obrzydzeniem odsunął pierścionek
Borowicz. - Dlaczego? Takie pierścionki to tylko do rasowych rąk. A
ty masz bardzo rasową. Spróbuj. - Dajże spokój! - Ach, pewno jesteś przesądny? - zabrał pierścionek
Malinowski - ale rękę masz rasową. Ja mam ładniejszą, ale ty
bardziej rasową... Przyglądał się swoim rękom, bębniąc palcami po papierach.
Wreszcie zapytał: - Jak myślisz, chyba nie popełniam głupstwa, żeniąc się z
Bogną? - Nie rozumiem - zaczął Borowicz, zaciskając szczęki i
urwał. - No, bo widzisz, ona nie ma żadnego posagu. Grosze. A ja
przecie nie mogę pozwolić, by moja żona pracowała. To oczywiście
bajki, że prezes w niej się kocha. Ale w ogóle nie chcę, by moja
żona była jakąś urzędniczką, bo... - Mój drogi - przerwał Borowicz - wybacz, ale to są tak
osobiste sprawy, że ja... Zresztą nie mam w tych rzeczach wprawy,
nie znam się... I... żenuje mnie ten temat. Malinowski chciał coś odpowiedzieć, ale właśnie zadzwonił
telefon. Wzywano Borowicza do prezesa. Wstał i szybko wyszedł. Na
korytarzu zatrzymał się, otarł pot z czoła i odetchnął. Prezes urzędował na drugim piętrze. Trzeba było przejść
długi korytarz, zejść szerokimi, marmurowymi schodami, minąć dwie
wielkie sale, pełne hałasu maszyn, wspaniałą poczekalnię, gdzie
siedziało kilka osób, i wejść do sekretariatu. Urzędnicy wchodzili
do gabinetu prezesa Szuberta nie przez poczekalnię, lecz tędy.
Borowicz skonstatował, że pani Bogny nie ma przy biurku, przywitał
się z wyblakłą blondyneczką, stukającą na maszynie i zapukał do
wielkich drzwi, chociaż nad nimi paliła się czerwona lampka, znak,
że prezes jest zajęty. Gabinet Szuberta, ogromna sala o dwóch oknach, sięgających
od sufitu do podłogi, wywierał na Borowicza zawsze wstrząsające
wrażenie. Wzywano go tu dość rzadko, nie mógł więc oswoić się z tym
nagromadzeniem kontrastów. Między oknami, zakrytymi tanimi
firankami rozpięty był na ścianie sztandar z białym orłem, poniżej
wisiały dwa portrety dostojników państwa, oddzielone od siebie
skrzyżowanymi rusznicami. Przy ciężkim, gdańskim biurku z czarnego
dębu stał żółty amerykański fotel na śrubie i trzcinowy koszyk na
śmiecie. Na ścianie, wprost rozwieszony był przepiękny gobelin,
wyobrażający Afrodytę, wychodzącą z muszli i właśnie nagość bogini
w partii najbardziej drastycznej, przesłaniało skrzyżowanie starej
karabeli ze zwykłą szablą w żelaznej pochwie. Nad gobelinem w
owalnej, secesyjnej ramie Kościuszko przysięgał narodowi na
krakowskim rynku, pod gobelinem stał mahoniowy stoliczek i na nim
wielki, japoński wazon z usty pękiem przezroczystych celofanowych
kwiatów, pod stolikiem rozesłany był łowicki pasiak, na którym
wygodnie rozpierały się dwa czerwone klubowe fotele. W prawym kącie
gabinetu, bliżej do biurka, na perskim dywanie sterczał amerykański
stolik z maszyną do pisania, obok wolterowski fotel, na którym
siadywał prezes, ilekroć dyktował, a dalej też amerykańska szafa z
rolowaną żaluzją. W lewym za to kącie było coś w rodzaju buduaru:
garnitur nowoczesnych mebelków, szeroki tapczan, drewniana, stojąca
lampa, nakryta batikiem i okrągły, orzechowy stół, na którego
szklanym blacie rozłożone były pomnikowe wydawnictwa. Kąt ten
wyglądałby prawie zalotnie, gdyby nie dwa popiersia, wyrastające
ponad tapczanem na wysokich palisandrowych kolumnach: gipsowy
Sokrates i bronzowy Napoleon. Z sufitu, na grubym łańcuchu zwieszał
się gotycki świecznik krzyżacki, kuty w czerwonej miedzi. Na
ścianach, na barwnych kilimach, lub wprost na złocistej tapecie
obficie rozwieszono plany, fotografie i szkicowe elewacje gmachów,
kościołów, fabryk i domów, wybudowanych dzięki poparciu Funduszu
Budowlanego. Pod jednym z takich planów stał właśnie prezes, pani Bogna
w czarnej sukience i naczelnik Jagoda. Mężczyźni sprzeczali się
zawzięcie, zaś pani Bogna śmiała się i rozpaczliwie załamywała
ręce. Zeszczuplała, i jej jasne, popielate włosy zdawało się,
jeszcze bardziej zjaśniały przy opalonej twarzy. - Przyszła pani Malinowska - pomyślał, lecz ogarnęło go
jakieś bezsensowne rozczulenie. Gdy odwróciła głowę i uśmiechnęła
się doń radośnie, od razu przestał wierzyć w te zaręczyny, w
Malinowskiego, w kajak. Zapomniał o tym. - Jest pan Borowicz - zawołała. Zanim jednak zdążył z nią się przywitać, Szubert
podskoczył jak na sprężynie. - Borowicz? Chodź pan tu! Powiedz pan sam, czy to nie jest
idiotyzm! Majorze nie przeszkadzaj! Chodź pan, panie Borowicz! - Moje uszanowanie panu prezesowi - ukłonił się Borowicz,
wyciągając dłoń w kierunku również wyciągniętej bokiem ręki
prezesa. Ten jednak tego nie spostrzegł, natomiast chwycił go za
ramię i popychając ku ścianie, puknął w ramę planu: - Patrz pan! Jagoda chce im pozwolić wyciąć ten las i
wybudować stację sportową... - Stadion - poprawił Jagoda. - Wszystko jedno. Ale to jest zapaskudzanie Wisły! Już i
tak daliśmy tym lekkoatletom masę pieniędzy na schronisko, innym
znowu na klub. A teraz oddać im to... - Nie możemy im oddać - rzeczowo odezwał się Jagoda - bo
to ich własność, panie prezesie. Ale las i tak wytną... - Otóż nie wytną, jeżeli nie damy im na budowanie -
gniewnie wytrzeszczył oczy prezes. Ja panu powiadam, majorze, że
nie wytną! Jego siwe, krótko przystrzyżone włosy na okrągłej czaszce
zdawały się jeżyć, sinoczerwony nos rozpęczniał, a gruby, mięsisty
tułów zachwiał się w przód i w tył na rozkraczonych, krótkich
nogach. Wyglądał, jak urżnięty i wściekły ekonom, który za chwilę
rzuci się na przeciwnika z pięściami. I Borowicz tak się tym
porównaniem zasugestionował, że dopiero po chwili przypomniał
sobie, że ten pijany gbur jest gołębiego serca człowiekiem, który
nigdy w życiu kropli alkoholu nie miał w ustach, który w swej
niekształtnej głowie, ostrzyżonej maszynką, nosi kolosalną wiedzę,
a tymi grubymi rękami napisał najpiękniejsze dzieło o botanice,
które czyta się jak poezję. Borowicz nie lubił Szuberta. Nie lubił,
gdyż nie mógł się w nim rozeznać. Był takąż mieszaniną
przeciwieństw, jak jego gabinet. Był hałaśliwy, zaczepny,
apodyktyczny, nieporządnie ubrany, każdym dźwiękiem, każdym ruchem
raził. A przy tym znany był z jakiejś wprost dziecinnej dobroci,
umiał godzinami chodzić po swoim ogródku na kolonii Lubeckiego i w
uśmiechniętym zamyśleniu przyglądać się kwiatom. Jeżeli kogoś
obraził, co mu się często zdarzało, czym prędzej starał się
przeprosić obrażonego, albo w ogóle kogoś, kto mu się obrażonym
wydał. O tym wszystkim Borowicz mniej wiedział z własnego
doświadczenia, najwięcej zaś od pani Bogny, która i teraz
odciągnęła go na bok: - Wypoczął pan, panie Stefanie? - zapytała. - Dziękuję. Ale czy prezes... - Ach nie, już zapomniał, że pana tu wezwał. Zresztą sam
wie z góry, że zgodzi się z Jagodą, a co najzabawniejsze, że i
Jagoda też nie ma w tym względzie najmniejszych wątpliwości. Borowicz spojrzał ku nim. Oddalili się obaj już dość
znacznie, a oddalali się coraz bardziej, gdyż Szubert z furią
następował, a Jagoda cofał się w porządku na z góry upatrzoną
pozycję. Pozycją tą było biurko prezesa, gdzie leżał gotowy do
podpisu akt subwencji na budowę stadionu. - Jednego nie rozumiem - odezwał się Borowicz - czemu
Jagoda tak poważnie argumentuje, skoro skutek będzie ten sam? - Major? Ależ on musi wszystko traktować poważnie! Czułby
się nieszczęśliwy, gdyby ktoś mógł go posądzić o lekceważący
stosunek do zwierzchnika. Woli wierzyć, że naprawdę z trudem zdobył
u prezesa tę subwencję i że go przekonał. Czyż pan nie wie, że
przynajmniej raz na miesiąc Jagoda podaje się do dymisji. To zawsze
jest ostatni argument. Staje na baczność i powiada: wobec
zasadniczej różnicy poglądów, panie prezesie, proszę o zwolnienie
mnie z zajmowanego stanowiska. - I mówi to z grobową, ale szczerze
grobową miną, chociaż z góry wie, że Szubert swojej opozycji wcale
nie uważa za mur nie do obalenia... Borowicz słyszał, co mówiła, lecz nie zdawał sobie z tego
sprawy. Nie mógł oderwać oczu od jej ust, poruszających się w
słowach i uśmiechach, od oczu, których spojrzenie promieniowało
ciepłem i jasnością. - Nie, nie - konstatował w myśli - ja jej nie kocham.
Tylko jest mi droga, jest mi potrzebna, jak powietrze. W jej
pobliżu inaczej czuję, myślę, rozumuję. I nie tylko w pobliżu. Wręcz sama świadomość istnienia pani Bogny stwarzała jakąś
magnetyczną aurę, sięgającą aż tam do Zakopanego. Każde odebrane
wrażenie, każde odkrycie, obserwacja, wniosek myślowy, nabierały
przez to znaczenia, że będzie mógł o tym mówić z nią. Nieraz łapał
siebie na uśmiechu, z jakim rozmyślał o jakiejś spostrzeżonej przez
siebie właściwości ludzkiej, drobnej, zdawało się, nieistotnej, i
wiedział, że nikt inny poza panią Bogną nie potrafi ocenić tej
perełki, nie potrafi cieszyć się nią i znaleźć w tym tematu do
rozmowy. Często odnajdywała w tym, co już uważał za proste i
ostateczne, - nowe, złożone znaczenia, często w rzeczach dziwnych
umiała wykryć ich życiowe jakże naturalne jądro. Zawsze, odkąd sam
nauczył się patrzeć na świat i nauczył się myśleć, w rozmowach z
panią Bogną znajdował tę niezwykłą rozkosz, jaką daje poznawanie
rzeczy. A właśnie dzięki pani Bognie otwierał się dlań nowy,
nieznany dostęp do rzeczywistości. Wśród rozgałęzień zawiłych dróg,
jej drogi zdumiewały krótkością, bezpośredniością. Była to jej
subtelna, jak sejsmograf czuła inteligencja i zdumiewająca
intuicja. Sama w tym tylko doszukiwała się swoich plusów,
kategorycznie protestując, ilekroć mówiło się o jej rozmowie. - Pewna gimnastyka umysłu - twierdziła - nie przeszkadza
mi być bardzo niemądrą. To trzeba rozróżnić: funkcja i narząd. Podnosiła palec wskazujący do góry, przechylała głowę i z
uśmiechem wypowiadała: - Wszelkie badanie zaczynać się winno od dysocjacji
elementów. Tak świetnie naśladowała swego ojca. W takich momentach
Borowicz wprost widział profesora Brzostowskiego, stojącego przed
katedrą, widział wypełnioną aulę i siebie, opartego w kącie o
ścianę i rysującego na szkicowniku profile, nieskończoną ilość
profilów kobiecych. Właściwie mówiąc, jeżeli studiując na tak
ciężkim i wymagającym tyle pracy wydziale, jak architektura, zdobył
się na ukończenie wydziału filozoficznego, zawdzięczał to ojcu
Bogny. W ich domu nauczył się zagłębiać w zagadnienia filozoficzne
i nawet pasjonował się nimi. Sam profesor, pani Brzostowska, istna
encyklopedia podręczna i współpracowniczka swego męża, wreszcie ich
goście z profesorem Jezierskim na czele, była to grupa wyizolowana
od życia codziennego, od życia, które właśnie przewalało się wtedy
wściekłymi falami przez świat pocięty ranami frontów. Ilekroć
Borowicz zjawiał się w tym domu rozpłomieniony jakąś groźną, czy
radosną wieścią, z nadzwyczajnym dodatkiem w kieszeni swego
gimnazjalnego munduru, po kilku już minutach zapominał o
wstrząsającym wydarzeniu i zatapiał się w tej atmosferze intelektu,
gdzie sub specie aeternitatis największe zdarzenia dnia schodziły
do roli przyczynków w argumentacji. Cóż dziwnego, że Bogna, wychowana w takim środowisku miała
tę gimnastykę umysłu, o której odzywała się z odrobiną
lekceważenia. Raczej wypadało się dziwić, że nie zatraciła tam
zdolności ludzkiej karmienia się chlebem dnia powszedniego, że
chociaż zdecydowała się na małżeństwo z świętej pamięci profesorem
Jezierskim, umiała nawiązać kontakt z rzeczywistym życiem, ba, że w
tym życiu znalazła się od razu zorientowana, zasymilowana i
potrzebna. - Potrzebna innym, prezesowi, instytucji, krewnym,
znajomym, a mnie potrzebna, jak powietrze - myślał patrząc na nią i
słuchając dźwięku jej głosu. Z końca gabinetu dolatywały wykrzyki prezesa Szuberta i od
czasu do czasu krótkie, siekane, tonem wojskowego raportu
wypowiadane odpowiedzi Jagody. - Oczywiście, przyjdzie pan dziś do mnie na herbatę, panie
Stefanie? - zapytała Bogna. - Z przyjemnością - skinął głową Borowicz, lecz w tej
samej chwili uprzytomnił sobie, że spotka tam Malinowskiego i
zaciął się - tak, z przyjemnością... Ale jeszcze nie wiem... Ja
zatelefonuję. - Co za głupstwa - oburzyła się - musi pan przyjść. - ...o zwolnienie mnie z zajmowanego stanowiska - doleciał
ich uroczysty głos Jagody. Pani Bogna roześmiała się: - No, to już sprawa skończona. Niech pan patrzy! Rzeczywiście prezes chwycił pióro i powtarzając w
najwyższym oburzeniu: - "To czort wie co, to czort wie co" -
podpisał dokument. Jagoda rzeczowo zbierał z biurka rozsunięte
papiery i oglądał się na Borowicza. - Chodźmy - powiedziała pani Bogna - niepotrzebnie prezes
pana trudził. Stracił pan sporo czasu. Borowicz tylko spojrzał na nią z wyrzutem, a ponieważ
Jagoda zabierał się do wyjścia, ukłonił się prezesowi, pocałował
rękę pani Bogny i skierował się do drzwi. Nagle zatrzymał go okrzyk
Szuberta: - Borowicz! Stój pan, czekaj pan, mam do pana interes!
Pani Bogno, niech pani odda majorowi akty osiedla na Wierzbnie i
uzgodnijcie sobie te rzeczy. Aha! I zatelefonujcie do inżyniera
Nowickiego, a jeżeli on się nie zgodzi, niech pani pojedzie do
Magistratu i nawymyśla im od ostatnich. Niech pani zrobi tam
piekielną awanturę. To jedyny sposób. No, do widzenia. Gdy zostali sami, prezes spojrzał na Borowicza spode łba i
założywszy ręce pod marynarkę na plecach, zaczął chodzić przed nim
od ściany do ściany. Jego kroki były nierówne, a ciężki tułów,
pochylając się rytmicznie w różne strony, sprawiał to, Szubert
zdawał się zataczać. To i czerwony, bulwowaty nos robiło wrażenie
zdecydowanego stanu opilstwa. Jednak Borowicz znał historię
prezesowego nosa. Będąc jeszcze młodym asystentem botaniki w
Kazaniu Szubert podobno podczas badania jakiejś rośliny, został
ugryziony w sam czubek nosa przez jakiegoś pająka czy skorpiona. Od
śmierci wyratowały go silne zastrzyki antidotum, które wszakże
zniekształciły i raz na zawsze nadały sinopurpurową barwę jego
organowi powonienia. Najciekawsze było to, że groźny owad, przedtem
nieznany nauce, został przez poszkodowanego zbadany i opisany, a
nawet otrzymał jego imię, zdaje się, areneidus Szuberti. Borowicz
czytał kiedyś tę pracę w domu Bogny jeszcze za życia jej męża,
chociaż bowiem nie interesował się szczególnie ani botaniką, ani
zoologią, czytywał wszystkie dzieła naukowe, szczególniej zaś
zachwycał się typem wykładu, w jakim celował Szubert. Jasność,
spokój, ostrożność w formułowaniu sądów, potoczysta narracja i
literacka obrazowość, styl jędrny i pełen fantazji, słowem dzieła
Szuberta były najbardziej krańcowym przeciwieństwem tej strony jego
osobowości, która tak raziła jaskrawością w bezpośrednim zetknięciu
się z nim w życiu. - Panie Borowicz - zatrzymał się nagle prezes tuż przed
nim - muszę pomówić z panem poufnie. Ponieważ jednak nasilenie jego głosu przypominało raczej
kazanie do wielotysięcznego tłumu, niż zamiar poufnej rozmowy,
Borowicz dyskretnie obejrzał się na drzwi. Prezes wszakże wcale
tego nie zauważył i zapytał: - Znał pan nieboszczyka Jezierskiego? - Owszem, panie prezesie. - Więc powiadam panu, że to był osioł. Tak, drogi panie,
osioł, a mam prawo tak twierdzić, gdyż był moim najserdeczniejszym
przyjacielem. Drugiego podobnego durnia nie doczeka się świat w
ciągu najbliższych stuleci. Dlatego też szkoda, że umarł. Jeżeli
zaś teraz nas słyszy, niech cymbał wie, co o nim sądzę, gdyż
spóźniłem się na pogrzeb i nie miałem możności powiedzieć mu tego w
oczy. Borowicz uśmiechnął się. - Jednak na pogrzebie to byłoby może za późno. - Co? Dlaczego?... Aha, ale nie o to mi chodzi. Rzecz jest
w tym, że Jezierski był psychologiem, czyli człowiekiem nie mającym
niejako z urzędu żadnego pojęcia o psychice ludzkiej. Ciekawa
rzecz. Znałem tylko jednego prawdziwego psychologa, a był to
weterynarz. W Użgorodzie. Nie, nie, w Brańsku. Nazywał się
Kabaczkin. Zbliżył się do biurka, odsunął szufladę, wydobył z niej
papierową torebkę i łyżeczkę. - Nazywał się Kabaczkin - powtórzył automatycznie, po czym
zanurzył łyżeczkę w torebce i połknął kopiastą porcję cukru. - Cukier - objaśnił - zwykły cukier. Organizm, jeżeli ma
pracować wydatnie, potrzebuje częstych uzupełnień węgla. Stosuję to
dwadzieścia do trzydziestu razy na dzień od lat przeszło
dwudziestu. - Cukier krzepi - uśmiechnął się Borowicz, przypominając
sobie wszędobylski slogan reklamy cukrowniczej. O systemie prezesa
wiedział już zresztą dawniej od pani Bogny i od innych pracowników
Funduszu. Drugą, równie dziwaczną stroną systemu było sypianie
Szuberta. Szubert nigdy nie kładł się do łóżka. Natomiast co dwie
godziny wyciągał się na kanapie i natychmiast zasypiał, a budził
się punktualnie po piętnastu minutach. Utrzymywał przy tym, że
tylko takie krótkie wypoczynki, rozłożone na całą dobę, są celowe i
higieniczne. Chociaż system swój propagował zawzięcie, a jego
własne niepospolite zdrowie było dostatecznie przekonywującym
argumentem, jakoś nie mógł znaleźć naśladowców. I teraz zaczął Borowicza namawiać, lecz wkrótce myśl jego
powróciła do przerwanego tematu. Irytował się na ś. p.
Jezierskiego, twierdząc, że jego małżeństwo z Bogną było
przestępstwem przeoczonym przez kodeks karny: - Jak można żenić się z młodą, z młodziutką panienką,
mając lat pięćdziesiąt dwa! Zawiązał dziewczynie życie, a co
najzabawniejsze, uważał, że daje jej szczęście! Sam mi opowiadał,
że nie raz całe noce przegadywali ze sobą, lub czytali Homera!
Słyszałeś pan coś podobnego? - Jednak kochali się bardzo - zauważył Borowicz. - Do stu diabłów, są inne środki okazywania miłości, niż
Homer. Ale on zawsze był niedołęgą. Opowiedziałbym panu, jak ta
fujara zbłaźniła się kiedyś, ale de mortuis nihil nisi bene. Otóż
dość o tym durniu. Zostawił w końcu Bognę samą, bo przecież starego
Brzostowskiego nie można liczyć, zostawił samą, a to nie jego
zasługa, że ona umie dać sobie radę w życiu. Jednak ja, jako
przyjaciel zmarłego poczuwam się do obowiązku opieki nad nią
zwłaszcza w tych kwestiach, gdzie już raz wykazała brak zdrowego
rozsądku. Mówię o jej pierwszym małżeństwie. Teraz zwierzyła mi
się, że - ale to, panie Borowicz, między nami - że chce wyjść za
tego Malinowskiego. Borowicz wzruszył ramionami: - Słyszałem o tym. - No i cóż pan na to? - Cóż ja? - zrobił obojętną minę Borowicz. - Jakto?... Przecie pan znasz tego Malinowskiego, wiesz
pan co to za człowiek, kolegowaliście przecież? - Na różnych wydziałach. Zresztą nie utrzymywaliśmy
bliższych stosunków. - Jednakże i teraz więcej pan masz z nim do czynienia niż
ja. Bogna chyba i jej los obchodzą pana, co? - Mnie? - poczerwieniał Borowicz - oczywiście, panie
prezesie, ale cóż ja mogę o panu Malinowskim powiedzieć?... Jest
dobrym urzędnikiem, uczynnym kolegą... Wychowany jest
przyzwoicie... - Ależ człowiek! Jaki człowiek?! - zgniewał się Szubert. Borowicz rozłożył ręce: - Nie mam o tym wyrobionego zdania. Kłamał i kłamał świadomie. Wprawdzie nie umiałby podnieść
przeciw Malinowskiemu żadnych konkretnych zarzutów, ale nie znosił
go, uważał za typ bezwartościowy, za charakter niskiego gatunku.
Nie wydobyłby jednak tego z siebie za żadną cenę. Zresztą po co?...
Nie trzeba się łudzić, że Szubert może mieć jakikolwiek wpływ na
postanowienie pani Bogny. Ona zbyt dobrze wie, czego chce, a
przynajmniej wierzy w swoją słuszność. I ten poczciwy prezes, który
raczej sam znajduje się pod opieką Bogny, wyobraża sobie, że jego
rady mogą liczyć na jej posłuch. Byłoby to nieprawdopodobne.
Zaśmiałaby się i nie zużyłaby więcej wysiłku, by go przekonać.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.