Świat oczami Polaków. Wielkie wyprawy i odkrycia - Jarosław Molenda

Kup ebooka

39.99 zł
28.49 zł (29,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1549-1616 Mikołaj Krzysztof Radziwiłł

Najinteligentniejszy turysta epoki staropolskiej

"My tedy chęć i łaskę naszę (nie każdemu zwyczajną) chcąc ci w tem pokazać, twojemi takiemi prośbami nakłonieni, abyś grób Pański, i insze za morzem Święte mniejsca, sam osobą swoją mógł nawiedzić, tylko byś rzeczy zakazanych do pogan nie wywoził, dostateczne i wolne pozwolenie mocą Apostolską dawamy listem naszym niniejszym".

Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła peregrynacja do Ziemi Świętej

Mikołaj Krzysztof Radziwiłł, zwany Sierotką, potężny magnat piastujący wysokie urzędy i godności (marszałek wielki litewski, wojewoda trocki i wileński), żył na przełomie XVI i XVII wieku. Był synem Mikołaja Radziwiłła Czarnego - jednego z najgorliwszych protektorów kalwinizmu, którego nazwisko związane jest z kalwińskim przekładem Biblii (mowa o Biblii Radziwiłłowskiej, zwanej też brzeską). Po śmierci ojca przeszedł, głównie pod wpływem Piotra Skargi, na katolicyzm. Kilkanaście lat później udał się do Ziemi Świętej i nad Nil, a wrażenia z wielomiesięcznej podróży trwającej od 1582 do 1584 roku uwiecznił w dziele Podróż do Ziemi Świętej, Syrii i Egiptu. W jego biografii stanowi ono zaledwie epizod, a zawarty w nim opis jest jedynym tekstem literackim, jaki wyszedł spod jego pióra, a jednak ta właśnie relacja stała się swoistym bestsellerem epoki staropolskiej. Ba, Jan Stanisław Bystroń w monografii Polacy w Ziemi Świętej, w Egipcie i Syrii 1147-1914 twierdzi wręcz, że: "Peregrynacja... Radziwiłła, która przyczyniła się ogromnie do rozszerzenia wiadomości o Ziemi Świętej i Egipcie [...], wpłynęła niekorzystnie na rozwój polskiego piśmiennictwa podróżniczego. Książka ta w tylu wydaniach znana i powszechnie wychwalana, odebrała z pewnością niejednemu pielgrzymowi ochotę do konkurowania z tak wybornym autorem".

Pierwsze wydanie po polsku pojawiło się w 1607 roku pod tytułem Peregrynacja abo pielgrzymowanie do Ziemie Świętej Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła.

Aż do XV wieku żaden kraj, żaden region, żadne miasto chrześcijańskie nie miały takich opisów, jakie powstały dla Ziemi Świętej. Pielgrzymi przybywali tu od starożytności, by podążać śladami Matki Boskiej, Jezusa i jego uczniów, oraz przemierzać miejsca związane z patriarchami i prorokami. W tę tradycję wpisuje się także podróż Radziwiłła.

Inaczej ma się sprawa z Egiptem. Nasi XVI-wieczni przodkowie nie wiedzieli zbyt wiele o dalekim kraju faraonów i raczej nie jawił się im on jako cel atrakcyjnej podróży. Od granic Rzeczypospolitej dzielił go spory dystans, przede wszystkim jednak był to kraj muzułmański, gdzie chrześcijanie nie czuli się bezpiecznie. Ryzykowna była sama podróż, co potwierdza przypadek Radziwiłła, który w drodze powrotnej został ograbiony na Półwyspie Apenińskim. Czeski pielgrzym Kristof Harant podróżujący po krajach Lewantu i miejscach świętych kilkanaście lat po Sierotce szczerze odradzał zapuszczanie się do tych - jak je nazwał - "ziem niedoli" i zapewniał, że jego noga więcej tam nie postanie. "Prawdę mówi włoskie przysłowie, stwierdzając "nawet gdybym tak jedno oko swe zapomniał, ciężko by mi było po nie wracać"". Nie brakuje i innych źródeł z epoki, potwierdzających, że napady rabunkowe na podróżnych, a nawet porwania dla okupu nie były w tych czasach czymś odosobnionym.

Nikłe zainteresowanie odległym Egiptem wynikało także z faktu, że Polacy mieli Orient tuż za progiem, za południowymi granicami Rzeczypospolitej (które w pewnym momencie sięgały do Morza Czarnego), a zatem nie podejmując długich i ryzykownych wojaży, mogli zetknąć się z egzotyczną kulturą dzięki podróżom do Rosji czy Turcji.

Warto wspomnieć także i o tym, że choć renesans wzbudzał fascynację starożytnymi cywilizacjami, koncentrowano się głównie na osiągnięciach antycznych Greków i Rzymian. Nie oznacza to, że Egipt pozostawał zupełnie poza kręgiem zainteresowań staropolskich globtroterów. Najczęściej docierali oni do delty Nilu przy okazji pielgrzymki do Ziemi Świętej, choć znaleźli się i tacy, jak Zbigniew Gorajski, światły szlachcic, dla którego kraj piramid był celem samym w sobie - dotarł tam w roku 1626.

Po wizytacji miast syryjskich Radziwiłł przez Cypr popłynął do Egiptu, a następnie jedną z odnóg delty Nilu dotarł do portu Damietta. Podróżując w górę rzeki, dotarł do Kairu. Wieczorem 13 sierpnia 1583 roku ujrzał po raz pierwszy piramidy. W Kairze zabawił kilka dni, zwiedzając miasto, a rankiem 18 sierpnia wcześnie rano stanął twarzą w twarz z piramidami. Na najpotężniejszą z nich, wzniesioną dla faraona Cheopsa, nawet się wdrapał, jej też poświęcił sporo uwagi w swych zapiskach: "Budowana ta jest wielka pyramis tym wielkim kwadratem, jakoby na kształt samorodnej góry, w czym sztukę osobną uczyniono, to jest, acz granowita, a co dalej ku górze węższa, jednak tak kamienie układano nierówno, które wapnem spojono, żeby widzieć, iż rzecz robiona i dziwnym misterstwem, a k temu żeby też niejakim obyczajem zdała się być górą przyrodzoną. Chodzenie na niej jest ciężkie dla miąższości kamienia, ale bezpieczne, wszakże sporo idąc, ledwiem za półtory godziny wszedł na wierzch. A tam na samym wierzchu jest plac płaski, szeroki i długi wszędzie po dziesiąci łokiet".

Pod piramidy wyruszył jeszcze raz 11 września 1583 roku, wiedziony chęcią przywiezienia do kraju szczególnych pamiątek - mumii. "Umyśliłem wziąść z sobą ty ciała, abym to był tu w Europie pokazał, jako je tam najdują, zwłaszcza że całkiem nie widziałem, aby tu kiedy w nasze kraje przywieźć kto miał" - wyjaśniał. Udało mu się je zdobyć, co skrupulatnie odnotował: "Przy jednej dosyć wielkiej pyramide wpuściliśmy się w jedno antrum, głębokie kilkanaście łokiet, gdzie potem w skale pod ziemią naleźliśmy wiele antra albo pieczur, w których wielkie mnóstwo ludzi pochowanych było, z których ciał mumią biorą. Kupiłem natenczas dwie ciele zupełne, mężczyzny i białej głowy, u Arabów, któreśmy naleźli w trumnach, obie za dwa cekiny". Nie dowiózł ich jednak w rodzinne strony. W drodze powrotnej wrzucił je do morza, by nie kusić losu, żeglarski przesąd mówi bowiem, że zwłoki na pokładzie statku to zapowiedź niechybnej zguby.

Leszek Kukulski w posłowiu do relacji Radziwiłła podkreśla pasję, z jaką autor starał się zgłębiać nie tylko dawne dzieje odwiedzanych krajów, ale też ich współczesność. Barwne opisy mahometańskiego Lewantu świadczą o wyrafinowanym zmyśle obserwacyjnym Sierotki, by przywołać choćby fragment poświęcony tatuażom miejscowych kobiet: "K temu większa część tych wieśniaczek - i w mieściach też między wielą pospólstwa tenże obyczaj - że jeszcze z młodu, póki to nago chodzi, wódką jakąć ostrą pomaluje sobie ciało, która wódka zgryzie skórę. Na potym znowu maluje różnymi farbami wszelakiej maści wzorki jakie albo kwiaty, tak żeć tak samo się ona farba imie skóry, że już nigdy aż do śmierci onej farby z ciała nie omyją. Jest rzecz dziwna widzieć ty pstrokacizny na ciele tak różnych światłych farb, a że nigdy już obmyte być nie mogą".

Zdaniem literaturoznawców do najświetniejszych kart Podróży należą obrazki prezentujące orientalny folklor i codzienność mieszkańców Syrii, Palestyny, a zwłaszcza Egiptu, m.in. relacje z wiejskich ślubów i wesel czy kairskiego targu niewolników. Takie właśnie obrazki najbardziej chyba interesowały współczesnych imć pana Mikołaja.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Polacy w podróży przez stulecia

"Świat to księga, ktoś, kto nie podróżuje, czyta jedną jej stronę"

Św. Augustyn

Trudno byłoby wskazać pozaeuropejski kraj, w którym nie byłoby Polaków. Wielu z nich zapisało się na trwałe w kronikach historycznych, podróżniczych i naukowych.

Zacznijmy od średniowiecznych pielgrzymek do Ziemi Świętej. Jak twierdzi Jan Stanisław Bystroń, nasi rodacy docierali tam już od połowy XII wieku. Prawdopodobnie pierwsi wyruszyli z cesarzem Konradem, który w 1147 roku drogą lądową, przez Polskę, wiódł swą krzyżową wyprawę. Przyjmowany był gościnnie przez Bolesława Kędzierzawego i jego braci - Mieczysława i Henryka. Później na Wschód wyruszyli: Henryk Sandomierski w 1154 roku i Jaksa z Miechowa w 1162 roku.

Nawoływania do walki z niewiernymi o grób Chrystusa raz po raz podrywały rycerstwo średniowiecznej Europy, ale nie wszyscy nasi przodkowie ulegali nastrojom tej powszechnej mobilizacji ogłaszanej przez Rzym. Niektórzy w dość oryginalny sposób się z tego tłumaczyli, jak na przykład Leszek Biały, któremu w podjęciu trudów krucjaty przeszkadzała... nadmierna tusza oraz "zmienione w naturę przyzwyczajenie do picia miodu i piwa, których w Palestynie nie ma" - tak właśnie usprawiedliwiał się przed papieżem Innocentym III, który w końcu... udzielił mu dyspensy, choć nie wiadomo, czy na jego decyzję wpłynęły przywołane powyżej argumenty.

Na początku XV wieku do Ziemi Świętej pielgrzymował Piotr Wysz (1409-1410), biskup krakowski i arcybiskup gnieźnieński, a także Jan Długosz (1450). W kolejnym stuleciu docierali następni, a wśród nich Jan Łaski (1500- 1501) i Anzelm Polak (1507-1508). Podróż tego ostatniego doczekała się upamiętnienia na piśmie, co warto odnotować, choć relacja ta, zatytułowana Terrae Sanctae et urbis Hierusalem descriptio, ustępuje pod każdym względem opisowi peregrynacji, jaką u schyłku XVI stulecia odbył przedstawiony w niniejszym albumie Mikołaj Krzysztof Radziwiłł zwany Sierotką. Przed nim Jerozolimę zwiedzał także Jan Goryński, którego Peregrynacja do Ziemi Świętej, napisana przed rokiem 1570, ukazała się drukiem dopiero w 1914 roku.

Spośród naszych XVI-wiecznych podróżników warto przywołać także postać osiadłego w Polsce ormiańskiego kupca Sefera Muratowicza, który brał udział w poselstwie dyplomatycznym wysłanym przez Augusta III na dwór irańskiego szacha Abbasa I. Pamiątką po tej wyprawie jest Relacja Ormianina Sefera Muratowicza, posłanego króla JMW do Persji, którą wróciwszy stamtąd podał na piśmie w te słowa.

Mimo że od średniowiecza przemierzaliśmy wytrwale szlaki Orientu, to głębiej nie zainteresowaliśmy się jego kulturą, nie wchłanialiśmy jej elementów, ani nawet nie zastanawialiśmy się nad jej fenomenem. Wynikało to pewnie z sarmackiego poczucia wyższości wobec świata "bisurmańskiego". Wiązało się to ze szlachecką ideologią, prezentującą Polaków jako najdzielniejszych obrońców wiary Chrystusowej.

Polacy zapuszczali się także na Daleki Wschód - w tej grupie był Krzysztof Pawłowski, prawdopodobnie kupiec z Pomorza, który pod koniec XVI stulecia napisał list, będący pierwszym, choć krótkim opisaniem Indii. W tamtym regionie przebywał też jezuita Jędrzej Rudomina, który w 1625 roku wyruszył w celach misyjnych z Lizbony i po opłynięciu Afryki, zatrzymując się po drodze w Mozambiku i Goa w Indiach, dotarł w 1626 roku do Makau. Odwiedził także Japonię i Wietnam. Ten region był również obszarem działań jezuity Mikołaja Smoguleckiego, urodzonego w 1610 roku w wielkopolskim Smogulcu. W swych misyjnych podróżach dotarł m.in. na Jawę (jako pierwszy Polak), a także do Chin, gdzie zabłysnął jako uczony, którego postanowił poznać sam cesarz, sprowadzając przed swe oblicze.

Czy Polacy poróżowali do Ameryki, zanim do jej wybrzeży dotarł Kolumb? Opowieść o śmiałej wyprawie Jana z Kolna, o której wzmiankował słynny historyk Joachim Lelewel, jest treścią jednego z rozdziałów. Ale czy poważnie należy traktować doniesienia o polskich rycerzach Wyzdrawie i Tyrkerze, z kręgu Świętosławy, córki Mieszka I, poślubionej przez króla szwedzkiego Eryka, którzy wraz z wikingami około roku tysięcznego mieli postawić nogę na amerykańskim kontynencie? Wątpliwości muszą też budzić informacje, jakoby wiking Eriksson był w istocie polskim uchodźcą rodem z Kołobrzegu.

Jak podaje Antoni Kuczyński, niektórzy nasi badacze uważają, że w hiszpańskich i portugalskich wyprawach do Nowego Świata, organizowanych w początkowych latach konkwisty, uczestniczyli Polacy, których nazwiska zostały zlatynizowane bądź błędnie zapisane, jak na przykład Ochendorco, czyli Ochęduszko, Jarzeki, to jest Jarecki, czy Stanislaus (Stanisław).

Warto wspomnieć, cytując za Jerzym Pertkiem, że uczestnikiem pierwszej wyprawy Kolumba w 1492 roku miał być urodzony w Polsce Franciszek Warnadowicz, którego losy zawiodły do hiszpańskiego Kadyksu (w hiszpańskiej wersji jego nazwisko brzmi Hernandez bądź Francisco Fernandez). Podobno zginął od strzały indiańskiej przy lądowaniu Kolumba na jednej z wysp Bahama. Oczywiście dowodów na to nie ma.

Janusz Tazbir w pracy Rzeczpospolita szlachecka wobec wielkich odkryć zwrócił uwagę na pomijany dotąd fakt udziału kupców gdańskich w dalekich wyprawach. Pod koniec XVI wieku dwukrotnie popłynęli oni do Ameryki. Czy dotarli do Meksyku, Ameryki Środkowej bądź do którejś z wysp antylskich - nie wiadomo, ale podobno w 1595 roku jeden ze statków kupców gdańskich spłonął koło Hawany.

Z pewnością do Ameryki wyprawiali się ci, którzy z różnych przyczyn - od ekonomicznych przez polityczne po wyznaniowe - zostali zmuszeni do opuszczenia ojczyzny. Jak wskazuje Mieczysław Haiman w pracy Polacy wśród pionierów Ameryki, już w 1608 roku polscy osadnicy ze stanu Wirginia uratowali życie kapitanowi Johnowi Smithowi. Należeli do dość licznej grupy braci polskich skazanych na banicję - we wzmiankach o nich pojawiają się nazwiska Zaborowskich, Kruczewskich i Stadnickich.

Do najsłynniejszych Polaków na amerykańskiej ziemi należą Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko, można jednak wymienić z imienia i nazwiska także mniej znanych pionierów, choćby szkutnika Jana Bogdana z Kołomyi, Jana Matę trudniącego się wyrobem mydła, Stanisława Sadowskiego, który budował tartaki, czy medyka Wawrzyńca Bohuna z Białegostoku. Szczególnie głośno było o Polakach w 1619 roku, kiedy to zastrajkowali, oburzeni pozbawieniem ich prawa głosowania w wyborach do Izby Obywatelskiej - organu władzy samorządowej w kolonii. Swym protestem wymogli zmianę decyzji. Kilka lat później o naszych rodakach można było usłyszeć w związku z tragicznymi wydarzeniami, do jakich doszło 22 marca 1622 roku. Tego dnia o świcie Indianie napadli równocześnie na rozrzucone w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od Jamestown plantacje, dokonując rzezi. Spośród około 1000 osadników połowa poniosła śmierć. Jednym z ocalałych był niejaki Zbigniew Stefański, autor kontrowersyjnego pamiętnika Memorialium Commercatoris, co do wiarygodności którego istnieją wątpliwości.

Wytrwałym podróżnikiem był Tomasz Kajetan Węgierski, poeta i pisarz doby oświecenia, który - jako autor zajadłych utworów krytykujących otoczenie Stanisława Augusta Poniatowskiego i samego króla - popadł w niełaskę. W 1779 roku wyjechał z kraju, rozpoczynając etap europejskich podróży po Niemczech, Włoszech i Francji. 22 kwietnia 1783 roku wyruszył na Martynikę, następnie na Santo Domingo, by dotrzeć w końcu do Stanów Zjednoczonych, gdzie spotkał się w Filadelfii z Tadeuszem Kościuszką. W 1783 roku był już z powrotem w Europie. Zwiedzał Irlandię, Szkocję i Anglię, w kolejnych latach podróżował po Belgii i Holandii, Szwajcarii i Francji, a swe tułacze życie zakończył w Marsylii w 1787 roku.

O Polakach, którzy w pierwszych latach po odkryciu Ameryki przybywali do Meksyku, nie zachowało się zbyt wiele informacji. Niektóre publikacje wymieniają nazwisko niejakiego Cholewy, który miał dotrzeć do Ameryki jeszcze przed Cortezem, trudno jednak znaleźć na to wiarygodne potwierdzenie. Niewiele też wiadomo o działalności jezuity Jerzego Hostyńskiego, który prowadził akcje misyjne wśród Indian Tarahumara i zmarł w Meksyku w 1686 roku. Pisze o nim w liście jego czeski konfrater Adam Gilg.

Dopiero w XIX wieku do Meksyku napłynęła większa fala emigrantów z Polski. Jednym z pierwszych był Jan de Rousillon, który - jak podaje Mieczysław Haiman - był "młodym szlachcicem polskim, wysoko wykształconym i utalentowanym (...), potomkiem starej szlacheckiej rodziny polskiej, walczącym ongiś o wolność swojej ojczyzny przy boku Kościuszki".

Amerykę Południową miał okazję poznać Władysław Konstanty Wituski z Życka, który w liście z 1635 roku pisał: "Nie żal mi jednak będzie, żem taką peregrynację na Nowy Świat podjął i bym nic inszego tylko to samo, żem tu był, do Polski przywiózł, stanie mi się raritasem, bo dopiero trzech tam Polaków było". Miał na myśli siebie, a dwóch pozostałych to bohater jednego z rozdziałów tej książki Krzysztof Arciszewski oraz pochodzący ze Śląska Zygmunt Szkop. Ilu jeszcze takich marynarzy i obieżyświatów zaciągnęło się do służby we flocie holenderskiej, niepodobna dzisiaj ustalić.

Wiadomo o pobycie w 1631 roku w Brazylii jezuity księdza Wojciecha Męcińskiego. Jan Pitoń w opracowaniu U źródeł emigracji polskiej w Brazylii wymienia jeszcze sześć osób, które osiedliły się w Pernambuco w latach 1629-1639. Na przełomie XVII i XVIII wieku nauki Chrystusa Indianom Canesi z rejonu rzeki Mamore w dzisiejszej Boliwii wykładał ksiądz Stanisław Arlet z Opola.

A kiedy zaczęło się polskie podróżowanie do Afryki? Podobno już na początku XV stulecia polscy rycerze walczyli u boku Portugalczyków dążących do podboju Maroka. Przypuszczalnie z portu w Lizbonie udał się do Indii - jako pierwszy polonus żeglujący na szlaku korzennym - kasztelan gnieźnieński Erazm Kretkowski. Z podróży tej nie zachowały się jednak żadne relacje. Można przyjąć za fakt, że Dunaj i Dniestr oglądał przy okazji poselstwa do Turcji, a wyprawy do Niemiec, Francji, Portugalii, dalej do Indii i Afryki podejmował u schyłku życia.

W XVII i XVIII wieku nasze kontakty z Afryką były raczej sporadyczne - do czasów Maurycego Augusta Beniowskiego, samozwańczego króla Madagaskaru, o którym można przeczytać na dalszych stronach.

* * *

Obecność Polaków w różnych zakątkach świata nasiliła się w związku z emigracją polityczną uczestników wojen napoleońskich i zrywów niepodległościowych, zwłaszcza tych największych - powstań listopadowego i styczniowego. Efektem tych ostatnich było także przymusowe pojawienie się naszych rodaków na Syberii.

Warto przywołać w tym miejscu postać powstańca kościuszkowskiego Józefa Kopcia, którego Dziennik podróży przez całą wzdłuż Azją, lotem od portu Ochocka, Oceanem przez wyspy Kurylskie do niższej Kamczatki, a stamtąd na powrót do tegoż portu na psach i jeleniach, opublikowany w 1837 roku (choć powstał około 1810 roku), stał się prawdziwym wydarzeniem. Autor tego dzieła, generał brygady w powstaniu kościuszkowskim, po drugim rozbiorze został wcielony do armii carskiej. Na wieść o powstaniu przebił się wraz z brygadą spod Kijowa na Wołyń i stanął u boku Kościuszki. Ranny pod Maciejowicami, dostał się do niewoli. W rezultacie uznany za dezertera, w wielkiej tajemnicy został wywieziony na Kamczatkę jako bezimienny więzień. Uwolniony przez cara Pawła I w 1797 roku, powrócił do kraju. Zmarł w 1827 roku. Był najsłynniejszym Polakiem, jaki pojawił się na Kamczatce przed Beniowskim.

Wiedzę o Polakach na piątym kontynencie zawdzięczamy w dużej mierze Lechowi Paszkowskiemu, który wydobył z mroków zapomnienia sylwetki naszych wybitnych rodaków i zaprezentował je w pionierskiej książce Polacy w Australii i Oceanii 1790-1940 . Z tego opracowania dowiadujemy się między innymi, że najprawdopodobniej pierwszym Polakiem, który postawił nogę w krainie kangurów, był Ksawery Karnicki pochodzący z województwa nowogrodzkiego. W 1774 roku przybył do Chile, stamtąd na statku wielorybniczym wyruszył do Australii, gdzie na krótko się zatrzymał.

Po opisanym na dalszych stronach książki Janie Lotskim, Nową Południową Walię odwiedził w 1838 roku oficer wojsk polskich Alojzy Konstanty Drucki-Lubecki. Dwa lata później dołączył do niego szwagier, hrabia Lucjan Plater, który przybył tam z Anglii wraz z żoną i córką oraz jego bratem Ferdynandem. Ale historyków Oceanii zdumiewa przede wszystkim postać Edwarda Fergusa vel Fergissa, emigranta polskiego po powstaniu listopadowym. Jak podają Wacław i Tadeusz Słabczyńscy w Słowniku podróżników polskich, po upadku powstania wyjechał on do Francji, a następnie na Antyle Francuskie, gdzie pełnił funkcję adiutanta gubernatora wyspy Gwadelupa. W lipcu 1834 roku spotkał się tam ze słynnym awanturnikiem baronem Charlesem Philippem Hippolytem de Thierry, za którego namową porzucił służbę na Gwadelupie, by zostać pułkownikiem jego "wojska" i szefem sztabu. W lipcu 1835 roku przebywał między innymi na Markizach, gdzie de Thierry ogłosił się królem wyspy Nuku-Hiva. Wkrótce samozwańczy władca, zmuszony przez angielskiego konsula do "abdykacji", opuścił Markizy i w towarzystwie naszego rodaka pożeglował na Tahiti. Fergus przebywał na wyspie 17 lat (z krótką przerwą na pobyt w Chile), tam też dokonał żywota.

* * *

Na przestrzeni stuleci Polacy podejmowali dalekie podróże z rozmaitych pobudek - jednymi kierowała ciekawość świata, inni wyjeżdżali z ojczystego kraju z konieczności, często na skutek skomplikowanych okoliczności historycznych, politycznych czy przedziwnych zrządzeń losu. Wśród rodaków, którzy na przestrzeni wieków docierali na wszystkie kontynenty, byli pielgrzymi, misjonarze, posłowie, żołnierze, wygnańcy, zesłańcy, badacze, naukowcy, eksploratorzy najbardziej niedostępnych zakątków Ziemi, poszukiwacze przygód, a także emigranci "za chlebem"...

W niniejszym albumie zaprezentowano sylwetki zaledwie 50 podróżników. Tych najsławniejszych i tych, którzy zostali nieco zapomniani, choć z pewnością na pamięć zasługują.

ok. 1200 - ok. 1251 Benedykt Polak

20 tysięcy kilometrów lądowej podróży

"W Roku Pańskim 1245 brat Jan z Zakonu Braci Mniejszych zwany de Piano Carpini, wysłany przez pana Papieża wraz z innym bratem tegoż Zakonu do Tatarów, wyruszając w czasie Paschy z Lyonu we Francji, gdzie przebywał papież, udał się do Polski i przybrał sobie we Wrocławiu trzeciego brata tegoż Zakonu o imieniu Benedykt, Polaka rodem, aby był mu towarzyszem jego trudu i służby oraz tłumaczem."

Benedykt Polak, Sprawozdanie

Na początku XIII wieku Europę wschodnią najechali Mongołowie. Padły Ruś i Węgry, a 9 kwietnia 1241 roku rycerstwo polskie zostało rozbite pod Legnicą. Wbrew twierdzeniom niektórych polskich historyków bitwa ta nie zatrzymała Mongołów, chociaż starcie z ciężkozbrojnym rycerstwem nie było łatwą przeprawą dla skośnookich wojowników.

Inwazja Mongołów wywołała w Europie panikę. Przerażenie budziły ich błyskawiczne podboje, niezwykła skuteczność, zaskakująca taktyka i towarzyszące najazdom okrucieństwa. Strach przed najeźdźcami zalewającymi kontynent i pustoszącymi wszystko po drodze wynikał także z braku wiedzy o ludach zamieszkujących wschodnią i środkową Azję. Wyobrażenia o nich bazowały często na fantastycznych opowieściach sprzed kilku wieków. Nazywano ich "ludem piekielnym", widząc w nich wysłanników szatana. Franciszkanin o. Franciszek Rosiński, wybitny etnolog i antropolog, pisze: "O Mongołach przekazywano sobie z ust do ust najokropniejsze wieści. Już samą ich nazwę Tatarzy zmieniono na Tartari (piekielnicy), wywodząc ją od mitycznego Tartaru - najmroczniejszej części Hadesu. Krążyły wieści, że są podobni do szatanów, mają głowy jak psy, że pożerają ciała swych wrogów i zbezczeszczone przez siebie dziewice" (Benedykt Polak - uczestnik legacji papieskiej do władcy Mongołów).

W 1242 roku wojska Batu-chana przygotowały się do szturmu na Tegeste (Triest), gdy niespodziewanie wódz zarządził odwrót. W Europie, bezradnej wobec poczynań mongolskiej armii, wywołało to konsternację, nie znano bowiem przyczyny tak nagłego zwrotu akcji. Nie wiedziano, że do obozu Batu-chana dotarł posłaniec z Karakorum z wieścią o śmierci wielkiego chana Udegaja i przygotowaniach do wielkiego zjazdu w celu wybrania jego następcy. W tej sytuacji Batu wycofał się przez Serbię, Bułgarię i Ruś do Saraju - swej siedziby nad Wołgą - by być jak najbliżej wydarzeń związanych z walką o tron po Udegaju.

Nagłe zniknięcie wojsk mongolskich tylko na chwilę uspokoiło Europę. Spodziewano się, że lada chwila powrócą, by dokończyć dzieła zniszczenia. W tej sytuacji papież Innocenty IV postanowił wysłać swoich przedstawicieli do kraju Mongołów, z pismem, w których nakłaniał ich władców do zaniechania dalszych najazdów i przyjęcia chrześcijaństwa. Szukał w nich także sprzymierzeńców do walki z wyznawcami islamu, którzy właśnie zdobyli Jerozolimę, planował bowiem wyprawę krzyżową w obronie Grobu Chrystusa. Papieska wyprawa miała mieć także charakter zwiadowczy - wszystkie informacje o nieznanym imperium Mongołów, organizacji ich państwa, armii, wierzeniach i obyczajach były dla niego na wagę złota. Miał jednak świadomość, jak wiele niewiadomych wiąże się z tą wyprawą - nie dysponowano przecież mapami terenów rozciągających się za Morzem Kaspijskim i nikt nie był w stanie określić ani długości trasy, ani czasu trwania poselstwa. Dlatego w 1245 roku zorganizował aż cztery ekspedycje - po dwie franciszkanów i dominikanów. Część jego wysłanników zrezygnowała, zanim wyruszyła na dobre, inni utknęli w Lyonie, a dominikanin Andrzej de Longjumeau zdołał dotrzeć tylko do Tabrisu. Niewiele też wiadomo o innych posłach, Dominiku z Aragonii czy Wawrzyńcu z Portugalii. Jak podaje Franciszek Rosiński, mizernym sukcesem zakończyła się legacja dominikanina Ascelina, który wybrał trasę południowo-wschodnią przez Egipt i Syrię. W maju 1247 roku znalazł się w obozie mongolskiego wodza Bajdżu - zdobywcy Bagdadu, ale jego wizyta nie należała do fortunnych. Nie miał ze sobą darów dla dostojników mongolskich, zabrakło mu dyplomatycznego wyczucia i nie zamierzał kontynuować podróży do Karakorum. Do tego stopnia naraził się Mongołom, że omal nie przypłacił tego życiem.

Jego błędów nie powtórzyło poselstwo pod przewodnictwem franciszkanina Jana di Piano Carpiniego. Był on jednym z najbliższych współpracowników św. Franciszka z Asyżu, organizatorem pierwszych wspólnot zakonnych w Niemczech i na zachodniej Słowiańszczyźnie, prowincjałem zakonu franciszkańskiego na Polskę (przez kilka lat przebywał w naszym kraju), a po powrocie do Rzymu spowiednikiem Innocentego IV. To właśnie on zaproponował papieżowi, by w mongolskiej misji towarzyszył mu jako sekretarz i tłumacz Benedykt, którego poznał we Wrocławiu, w pierwszym na naszych ziemiach klasztorze franciszkanów.

O Benedykcie nie wiemy zbyt wiele ponad to, że około 1236 roku, już jako mnich, przyjął święcenia kapłańskie. Posługiwał się biegle łaciną, mówił po polsku i starorusku, miał zatem solidne wykształcenie, można się więc domyślać, że pochodził z rycerskiego stanu.

Poselstwo wyruszyło z Lyonu 16 kwietnia 1245 roku. Carpiniemu towarzyszył czeski franciszkanin Stefan, a po drodze dołączył jeszcze jeden Czech - Czesław. Najpierw skierowali się na praski dwór, gdzie Wacław I Ottokar wręczył im listy polecające do księcia Bolesława Rogatki - syna i następcy poległego pod Legnicą Henryka Pobożnego. We Wrocławiu do trzech papieskich wysłanników dołączył Benedykt i jeszcze jeden franciszkanin, prawdopodobnie również Polak, podpisujący się jako "C. de Bridia", co zwykle tłumaczy się jako "C. z Brzegu". Przed podróżą zatrzymali się jeszcze w Łęczycy u księcia Konrada Mazowieckiego, który polecił ich opiece księcia włodzimierskiego Wasylki, sprzymierzeńca w zmaganiach przeciw Jaćwingom. Za jego też radą posłowie zaopatrzyli się w podarki - futra bobrowe i borsucze oraz inne kosztowne prezenty, które miały im ułatwić nawiązanie kontaktów z mongolskim chanem i które - jak się okazało - po drodze nie raz uratowały im skórę podczas spotkań z Tatarami, wyjątkowo "natrętnymi przy wyłudzaniu".

Pod koniec stycznia 1246 roku dotarli do Kijowa, tam wymienili konie na wytrzymalsze, pożegnali się z mnichem Stefanem, który wyczerpany trudami podróży nie był już w stanie jechać dalej przez coraz bardziej nieprzyjazne ziemie. Kiedy przekroczyli skuty lodem Dniepr, towarzystwa odmówili im ruscy przewodnicy - wędrówkę przez tereny podbite przez Połowców uznali za zbyt niebezpieczną.

Na początku kwietnia papiescy legaci dotarli do Saraju nad Wołgą - stolicy Złotej Ordy, gdzie rezydował Batu-chan. Hojnie obdarowany okazał swą łaskę i pozwolił posłom stanąć przed swym obliczem, przedtem jednak musieli się poddać rozbudowanemu rytuałowi: "Dary te zostały przeniesione przez nich między dwoma poświęconymi ogniami - pisał Polak - a braci zmuszono, aby szli za tymi darami, ponieważ jest w zwyczaju Tatarów oczyszczać posłów i dary ogniem. Za ogniami stał wóz ze znajdującym się na nim złotym posągiem cesarza, który tak właśnie zwykł być czczony, a braci absolutnie opierających się przed oddaniem mu czci, zmuszono przynajmniej, aby skłonili przed nim głowy".

Cztery dni później z woli Batu i pod eskortą jego Tatarów Carpini i Benedykt Polak wyruszyli na dwór wielkiego chana, do jego letniej rezydencji zwanej Syra Orda. Dwaj pozostali mnisi musieli pozostać w obozie nad Wołgą.

Trudno odtworzyć dokładny przebieg trasy papieskich wysłanników, nie tylko dlatego, że nie istniały wówczas mapy tych terenów, lecz także z powodu wielu późniejszych zmian nazewnictwa geograficznego oraz pomyłek samych misjonarzy lub ich informatorów. Najprawdopodobniej przez pewien czas droga wiodła wzdłuż północnego wybrzeża Morza Kaspijskiego, przez ziemię Kangitów, następnie za Jeziorem Aralskim doliną Syr-darii, o czym świadczą przywoływane w relacjach nazwy miast, zresztą zburzonych i opuszczonych, jak Jangikent, Ornas, Barchin. Następnie wzdłuż jezior Bałchasz i Ałakol dotarli przez Bramę Dżungarską do ułusu wielkiego chana, czyli Mongolii.

Możemy sobie tylko wyobrażać, z jakimi przeciwnościami musieli się zmagać podróżnicy. Tatarska eskorta narzucała mordercze tempo, kilka razy dziennie trzeba było zmieniać konie, a trudne górskie odcinki po oblodzonych stokach można było pokonać tylko pieszo. C. de Bridia, który w swej relacji przytacza opowieści obu posłów, zapisał, że "brat Benedykt usiłował przez góry przejechać na koniu, ale Tatarzy mu nie pozwolili, aby nie zginął i koń, i człowiek". W groźnym terenie, przy wciąż padającym śniegu często tracili orientację, i choć starali się jak najdokładniej notować przebieg trasy, w ich raportach nie brakuje zapisków w rodzaju: "rzeka, której nazwy nie znamy", "wiele miast, których nazw nie znamy", "trafiliśmy nad jakieś niezbyt wielkie morze, którego nazwy nie znamy".

W lipcu 1246 roku, mając za sobą wyczerpującą półroczną wędrówkę, jako pierwsi Europejczycy dotarli do Mongolii. Do Karakorum, stolicy mongolskiego imperium, nie dotarli, choć dzieliło ich od niej zaledwie pół dnia drogi. Zatrzymano ich w obozie wielkiego chana. Trafili tam w szczególnym czasie - trwały właśnie przygotowania do intronizacji Gujuka, wnuka legendarnego Czyngis-chana. Ze wszystkich stron Azji ciągnęły delegacje, by złożyć nowemu władcy hołd i cenne podarki. Przybywali więc goście z Indii, Chin, Korei, Persji oraz przedstawiciele niezliczonych ludów i plemion Środkowej Azji. "Był - wspomina Benedykt - Jarosław książę suzdalski ruski i wielu innych książąt chińskich, dwóch synów króla gruzyjskiego, tudzież posłowie kalifa bagdadzkiego i więcej niż dziesięciu sułtanów saraceńskich". Bogactwa przywożone przez posłów, wasali i rządców były imponujące. "Z dala od obozu, na górze, ustawiono więcej niż pięćset wozów, wszystkie pełne złota i srebra, i szat jedwabnych" - zapisał Polak.

Nasi posłowie przekazali Gujukowi papieskie pismo, jednak nie osobiście, lecz za pośrednictwem jego dworzan. Na odpowiedź i audiencję musieli czekać do zakończenia ceremonii intronizacyjnych. 11 listopada 1246 roku stanęli przed nowym władcą, który wręczył im swoją epistołę do papieża. Treść, spisana w języku perskim i ujgurskim, okazała się rozczarowaniem - wielki chan wzywał papieża, by ten w asyście wszystkich władców Europy przybył złożyć mu hołd na znak uznania jego władzy przekazanej z Nieba. Następnego dnia legaci Innocentego IV wyruszyli w drogę powrotną.

Trwająca całą zimę podróż okazała się kolejnym wyzwaniem, które udało się pokonać dzięki doświadczeniu mongolskiej eskorty. W maju wędrowcy znaleźli się znów w obozie nad Wołgą, gdzie czekali na nich zatrzymani przez Batu-chana towarzysze. Miesiąc później ujrzeli mury Kijowa. W lipcu byli już w Polsce, skąd przez Austrię i Niemcy dotarli do Lyonu.

* * *

Relacja Benedykta Polaka spisana w klasztorze w Kolonii, gdzie przez pewien czas przebywał, potwierdza, że był on człowiekiem wykształconym, obdarzonym zmysłem obserwacji i szerokimi zainteresowaniami. Jego opisy przyczyniły się do poszerzenia wiedzy o geografii słabo znanych dotąd krain, potędze mongolskiego państwa, jego organizacji, armii, splendorze dworów władców, a także o mieszkańcach tych rozległych ziem - ich budownictwie, sposobach odżywiania, wierzeniach i obyczajach.

Misja nie spełniła oczekiwań Innocentego IV - chan nie zamierzał zostać jego sprzymierzeńcem - co jednak nie znaczy, że była bezowocna. Papiescy posłowie przetarli szlaki na Wschód, zapoczątkowali kontakty dyplomatyczne, handlowe i misyjne, a także znacznie rozszerzyli horyzonty wiedzy o tej części świata. Poczynione przez nich obserwacje w znacznym stopniu odmitologizowały Tatarów, postrzeganych do tej pory jako istoty niemal demoniczne. To nie moce piekielne stoją za ich militarnymi sukcesami - starali się wyjaśniać w swych relacjach mnisi - lecz nieznana w Europie taktyka wojenna, sposób organizacji armii oraz niezwykła karność, sprawność i wytrzymałość fizyczna mongolskich wojowników.

Raporty podróżników trafiły do rąk Innocentego IV, ale nie od razu ujrzały światło dzienne, papież potraktował je bowiem jako materiały poufne. Jedynie kilka kopii - oczywiście za jego zgodą - dotarło na najważniejsze europejskie dwory. Niektóre informacje zawarte w relacjach podróżników mogły budzić zastrzeżenia Kościoła ze względu na ich "wywrotowy" charakter - obaj franciszkanie wspominali w swych pismach o tolerancji religijnej chana, który nie narzucał poddanym wyznania, nie zwalczał ich wierzeń i obrzędów, wymagał tylko, by składali daniny i nie wzniecali buntów.

Podróżniczy wyczyn papieskich posłów i ich wkład w poznawanie świata zostały całkowicie przyćmione przez dokonania Marco Polo urodzonego kilka lat po wyprawie Carpiniego i Benedykta. Jego barwne Opisanie świata stało się bestsellerem, choć znawcy tematu twierdzą, że słynny wenecjanin pod względem rzetelności w wielu miejscach pozostaje w tyle za swymi poprzednikami.

W historii odkrywania świata podróż Carpiniego i Benedykta Polaka zapisała się złotymi zgłoskami dzięki pierwszej w literaturze europejskiej autentycznej relacji z dalekich i nieznanych krain Azji. Ich pionierska wyprawa trwała ponad 30 miesięcy. Tak długiej podróży lądowej nie odbył przed nimi w średniowieczu żaden Europejczyk.

ok. 1435 - ok. 1484 Joannes Scolvus

Ten, który uprzedził Kolumba?

"Był to człowiek wzrostu wielkiego, w barach szeroki, twardy w karku, o grubym brzuchu, a kolanach i stopach potężnych. Latem i zimą w koszuli na piersiach rozpiętej, z gołą głową, którą włos długi, gęsty i bujny porastał, w skórzniach po same pachwiny i lekkim na ramionach kaftanie, lubował się w deszczach i mrozie, a oddychał wielkimi płucami naprawdę szeroko dopiero wśród wichrów Północy".

Stefan Żeromski, Wiatr od morza

Czy bohater tego rozdziału rzeczywiście tak wyglądał? Niektórzy powątpiewają, ale to właściwie jest mało istotne, bo nie wiadomo, czy w ogóle istniał.

Naprawdę miał się nazywać Jan z Kolna i, żeglując pod duńską banderą z polecenia króla Chrystiana I, dotrzeć szesnaście lat przed Kolumbem do Nowego Świata.

Gorącym propagatorem tej krzepiącej teorii był Joachim Lelewel - znakomity XIX-wieczny historyk i badacz poloników. W pozostającej pod zaborami Polsce patriotyczne przekonanie, że pierwszym Europejczykiem w Ameryce był Polak, padło na wielce podatny grunt. Przekonanie takie kwitło i w następnym stuleciu, o czym świadczy opinia Kazimierza Piekarskiego, kustosza Biblioteki Narodowej w Warszawie, który w okresie międzywojennym tak komentował ukazanie się Epistoły Krzysztofa Kolumba o odkryciu Ameryki: "Nieprzyjemna to rzecz Polakowi za morze się wyprawić, jak tego dowiódł Jan z Kolna, który - choć Amerykę odkrył - piętę chytremu Genueńczykowi Kolumbowi dowcipem nie sprostał.

A wśród różnych przyczyn ta najpierwej do postradania chwały i szkody dla naszego narodu przywiodła, iż tylko nawigacją się parał, miasto księgi i epistoły imprymować, któremi by wieści o owych dalekich krajach szyrzył".

Nawet dzisiaj pojawiające się informacje o odkryciu Labradoru przez naszego rodaka z Kolna opierają się na tym, co napisał Joachim Lelewel: "...w służbie duńskiej wysłany 1476 z Norwegji na zwiady do Groenlandji, odkrywa i zwiedza ciaśninę Anjan i brzegi (amerikańskie) ziemi Labrador (którą później 1500 opatrywał Cortereal)".

Skandynawowie uznają go za rodaka i według nich niejaki Jon Skolp lub Skolv (Norweg lub Duńczyk) jest prawdziwym odkrywcą Ameryki. Wiadomość o nim pojawiła się ponad pół wieku po odkryciu Ameryki w liście z 1551 roku, którego autorstwo przypisuje się ówczesnemu burmistrzowi Kolonii, Klausowi Gripowi. Adresatem był król Danii, Chrystian III, a jest w nim mowa o szyprach: Dietrichu Piningu i Hansie Pothorście, "którzy zostali wysłani z kilku statkami przez dziada W. K. Mości, króla Chrystiana I, na prośbę króla Portugalii (Alfonsa V) w celu odkrycia nowych wysp i ziem na północy".

Wyprawa miała osiągnąć niezbyt oddalone od Islandii wschodnie krańce Grenlandii, który to akwen od dawna penetrowali wikingowie.

Wymienieni uczestnicy wyprawy są postaciami historycznymi - to wilki morskie pływające po wodach atlantyckich w drugiej połowie XV wieku. Pining pochodził z Hildesheimu, Pothorst zaś z Hamburga - obaj pływali w służbie króla Danii. Ich wyprawa z 1476 roku miała miejsce naprawdę. Jej celem mogło być odszukanie północno-zachodniej drogi do wschodniej Azji, ale do Labradoru ekspedycja ta raczej nie dotarła. Towarzyszem obu żeglarzy i ich nawigatorem (pilotem) miał być niejaki Johannes Scolvus, utożsamiany przez Lelewela z Janem z Kolna. Ale i przed Lelewelem - i to na długo, bo w XVI i XVII wieku - istnieli autorzy, którzy uważali tego żeglarza za Polaka. Jednym z nich był François de Belleforest, autor L'histoire universelle du monde napisanej w 1560 roku, w której między innymi stwierdza: "Aby się nie zdawało, że zbyt pochlebiam swoim i daję szczutka w nos historii, która domaga się traktowania zgodnego z prawdą, należy pokrótce ukazać, komu należy się sława odkrycia tego kraju borealnego [Labradoru]; nie przysługuje ona Hiszpanowi, Portugalczykowi ani Francuzowi, gdyż Polak to, Jan Scolnus, dotarł tam już w Roku Pańskim 1476". Nie wiadomo niestety, na jakich źródłach opierał się autor tych słów. Równie niewiarygodnie, choć atrakcyjnie, brzmią informacje zawarte w Descriptionis Ptolomaeicae augmentum Flamanda Corneliusa Wytflieta, według którego: "Zaszczyt ponownego odkrycia tej ziemi przypadł Janowi Scolnus, Polakowi, który żeglując w roku 1476, 86 lat po jej pierwszym zbadaniu wypłynął poza Norwegię, Grenlandię, Fryzlandię, wpłynął na owo Morze Północne i dopłynął pod samym kręgiem polarnym do owych ziem Labradoru i Estotilandii".

Ustalmy zatem, co wiadomo o domniemanym poprzedniku Kolumba, powołując się na autorytet Wacława Słabczyńskiego, który w Polskich podróżnikach i odkrywcach pisze: "Około roku 1476 żeglarz w służbie duńskiej o imieniu Jan, lecz o nieustalonym nazwisku i narodowości, miał dotrzeć do północnego wybrzeża Ameryki w nieokreślonym bliżej miejscu, może do Ziemi Ba?na, albo gdzieś w dzisiejszej Cieśninie Hudsona, a może istotnie do Labradoru? Oprócz wzmianek o tym fakcie w literaturze XVI- i XVII-wiecznej oraz na globusach i mapach tej epoki, żadnych innych dokumentalnych danych na temat tej podróży nie ma".

Oczywiście Scolvus mógł pochodzić z Polski, nie można jednak opierać tej tezy jedynie na analizie nazwiska żeglarza. Nawet jeśli był rzeczywiście Polakiem, za granicą mówiono by o nim Joannes de Colno lub Joannes Colnensis, może nawet Joannes Polak, nie zaś Scolvus (Scolnus).

Niektórzy powtarzali za Lelewelem, że rodzina żeglarzy z Kolna była znana w Gdańsku i służyła w tamtejszej flocie. Wacław Słabczyński przytacza fakt, iż za Stefana Batorego zbuntowanymi gdańszczanami dowodził Jan z Kolna. W rzeczywistości był to Hans Winkelbruch pochodzący z Kolonii, stąd nazywany też Hans von Köln, co dawno temu spolszczono błędnie na Jan z Kolna. Joachim Lelewel z nazwiska Scolnus wywiódł nazwisko "Skolny", następnie "Szkolny", a w ostatecznej formie "Jan z Kolna" i pod tym mianem postać ta utrwaliła się na dłuższy czas.

Notabene doliczono się około dwudziestu wersji jego nazwiska, ale która z nich jest oryginalna? Do tajemniczego Jana przyznają się przecież nie tylko Polacy, lecz także Duńczycy, Szwedzi, Islandczycy, Norwegowie... W spekulacjach na temat jego pochodzenia chyba najdalej zabrnął autor peruwiański Luis Ulloa, który utożsamiał Scolvusa z... Kolumbem.

Bolesław Olszewicz, który jeszcze przed II wojną światową podjął trud prześwietlenia legendy o polskim żeglarzu, pisze: "Jan z Kolna jest postacią nieistniejącą. Inna rzecz ze Scolvusem. Żył i działał, z pewnością nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek bądź Kolnem ani z rodziną Colnerów gdańskich, nie pochodził ani z Kolna na Mazowszu kurpiowskim, ani z żadnego innego na Pomorzu lub w Wielkopolsce. Jakiej był narodowości, stwierdzić z całą pewnością nie sposób" (O Janie z Kolna, domniemanym poprzedniku Kolumba).

Jak słusznie konstatował Kazimierz Ślaski, "postać nieustraszonego żeglarza polskiego istniała tylko w wyobraźni ludzkiej. Legendy mają jednak twardy żywot".

ok. 1450 - ok. 1510 Gaspar da Gama

Poznański odkrywca Brazylii

"Podczas czyszczenia statku dowódcy floty zjawił się mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. Mówił bardzo dobrze po wenecjańsku, od stóp do głów ubrany był w lniane szaty, na głowie miał bardzo ładny czepek, u pasa zaś krótki miecz. Natychmiast po zejściu na ląd uściskał wszystkich dowódców i oznajmił, że jest chrześcijaninem ze wschodu i że w te strony przybył jako dziecko".

Álvaro Velho, Relacja z wyprawy Vasco da Gamy do Indii

Jak nazywał się ten człowiek, tego nie wiadomo, ale postać to niezwykle barwna. Nazwisko jego - dodajmy, że przybrane - czasem w różnych wariantach (na przykład Gaspar da India) pojawia się na kartach portugalskich kronik epoki wielkich odkryć geograficznych. To właśnie on w 1500 roku skierował żaglowiec Pedra Alvareza Cabrala ku brzegom Brazylii, tym samym stając się jej współodkrywcą.

Do pocztu polskich podróżników wprowadził go Joachim Lelewel, który w portugalskich archiwach znalazł informacje o tajemniczym żeglarzu urodzonym w Poznaniu, prawdopodobnie w 1450 roku. "Bez Żydka z Poznania po Indji krążącego, a chrztem Gaspard da Gama zwanego, Vasco da Gama (1498) i Kabral (1500) nie mieliby tego powodzenia w swych wyprawach, jakie on im zjednał" - napisał w swym dziele Polska. Dzieje i rzeczy jej.

23 września 1498 roku uczestnik ekspedycji Vasco da Gamy, Álvaro Velho zanotował, że ich flota w drodze powrotnej z Wybrzeża Malabarskiego zakotwiczyła na wysokości wyspy Angediwa (120 km na południe od Goa). To wtedy podpłynęła łódź, której załogę stanowili krajowcy i wysoki Europejczyk. Przedstawił się jako wysłannik władcy Goa, "(...) który jest Maurem i ma 40 000 konnych; on sam też jest Maurem, lecz w głębi duszy pozostał chrześcijaninem. Kiedy dowiedział się, że do Kalikatu przybyli jacyś ludzie, których mowy nikt nie rozumie i którzy chodzą cali ubrani, od razu powiedział, że to nikt inny jak Frankowie, bo tak właśnie nazywają nas w tych stronach". W imieniu swego pana zaprosił przybyszów z dalekiej Europy, ale "mówił tak dużo i o tylu rzeczach, że chwilami się gubił", co wzbudziło podejrzliwość Vasco da Gamy. Przypuszczając, że ma do czynienia ze szpiegiem próbującym przejrzeć plany Portugalczyków, kazał wziąć go na tortury. "Na statku został poddany chłoście, aby wyznał, czy jest piratem, który płynął za nami i w jakim celu to czynił" - relacjonuje Velo. "Okazało się, że był doskonale poinformowany, iż cały kraj był nam nieprzyjazny i że byliśmy zewsząd otoczeni zbrojnymi ludźmi; kryli się oni po zatokach, nie mając odwagi nas zaatakować. Czekali więc na czterdzieści żaglowców szykujących się do walki z nami, nie wiedział wszakże, kiedy ma to nastąpić. O sobie nie powiedział nic więcej ponad to, co wyjawił za pierwszym razem. Był przesłuchiwany jeszcze trzy czy cztery razy i choć nie mówił tego wprost, zrozumieliśmy, że chciał obejrzeć nasze statki, aby zobaczyć załogi i uzbrojenie". Historię tę przywołuje także Dami?o de Goes, XVI-wieczny historyk i kronikarz, kierownik archiwum państwowego w Lizbonie. W jego wersji znajdujemy wzmiankę o tym, że podejrzany o szpiegowanie wyznał na torturach, iż "jest Żydem z Królestwa Polskiego, z miasta Poznania, stolicy Wielkopolski i siedziby biskupa, znacznego i silnie obwarowanego miasta".

Vasco da Gama uznał, że ktoś, kto dotarł do Indii z tak daleka, a zatem doświadczony w morskich podróżach, a przy tym doskonale znający indyjskie realia i posiadający rozległe kontakty, może oddać nieocenione przysługi portugalskiej koronie. Zaproponował mu służbę, postawił wszakże jeden warunek - przejście na wiarę katolicką. Nieznajomy przystał na to, dołączając tym samym do załogi karaweli. Już wkrótce w drodze powrotnej do Portugalii dzięki jego znakomitej znajomości okolicznych akwenów żeglarze obrali najkorzystniejszy kurs.

W Lizbonie Żyd z Poznania otrzymał imię Gaspar, nazwiska zaś użyczył mu sam Vasco da Gama, który też został jego ojcem chrzestnym.

Wkraczając na pokład Vasco da Gamy, Gaspar był człowiekiem dojrzałym, czterdziesto-, a może pięćdziesięcioletnim, ojcem dziewiętnastoletniego syna. Można przypuszczać, że już od dwudziestu, a może nawet trzydziestu lat przebywał w Indiach. Jakie losy go tam przywiodły?

Jako dziesięcioletni chłopak wraz z rodzicami (których nazwiska nie udało się ustalić) opuścił rodzinny Poznań, być może z powodu antyżydowskich nastrojów, do jakich dochodziło tam w połowie XV wieku. Pierwszym miejscem, gdzie zatrzymała się poznańska rodzina, była Wenecja - prawdopodobnie mieszkali tam kilka lat, za czym przemawia fakt, że Gaspar mówił płynnie weneckim dialektem włoskiego. Następnie udali się do Jerozolimy, a później do Aleksandrii, skąd Gaspar jako młody, ale już doświadczony w podróżach kupiec dotarł do Indii. Służył szachowi Yusufowi Adilowi, władcy Goi i sułtanowi księstwa Bijapur, używając tytułu shahbandar (czyli pan wybrzeża). Nawiązywał kontakty handlowe, prowadził negocjacje z przybywającymi tu kupcami i zarządzał cłami, w czym pomagała mu znajomość kilku języków, m.in. hebrajskiego, arabskiego, chaldejskiego i kilku języków Indii. Przy tym wszystkim pełnił też funkcję wywiadowcy, dostarczając sułtanowi wielu cennych informacji.

Odpływając do Lizbony, zostawiał w Indiach żonę i syna, majątek, stanowisko i związane z nim przywileje. W nowej ojczyźnie szybko doceniono jego doświadczenie, kontakty handlowe, orientację w geografii świata i szeroką wiedzę o krajach Wschodu, czym zaskarbił sobie przychylność króla Manuela i jego namiestników w Indiach.

Wciąż podróżował, a szlaki jego wędrówek wiodły przez porty Afryki Wschodniej, Arabii, Persji, Indii i Indochin. Dotarł też do Cejlonu, Sumatry, Jawy, podobno gościł również na Molukach.

W 1500 roku wraz ze znakomitym portugalskim żeglarzem Pedro Álvarezem Cabralem wyruszył znów do Indii jako nawigator wyprawy. To właśnie wtedy podczas próby opłynięcia Afryki potężny sztorm zapędził portugalską flotyllę do brzegów Brazylii. Wykorzystując ówczesną wiedzę o układzie prądów morskich na Atlantyku, żeglarze - aby dotrzeć do Przylądka Dobrej Nadziei - popłynęli najpierw na zachód. Kiedy rozszalały się żywioły, ponoć to właśnie Gaspar nalegał na utrzymanie takiego kursu. Historycy nie wykluczają, że wiedział o istnieniu tam kontynentu i z rozmysłem skierował flotyllę wystarczająco daleko na zachód. Tak czy inaczej, Cabral dał się przekonać do jego planu. 22 kwietnia dotarli do nieznanych wybrzeży, a Gaspar da Gama oraz inny członek załogi, Nicolau Coelho, jako pierwsi zeszli na ląd. Dowódca wyprawy, przekonany, że dotarł do wyspy, nazwał ją Ilha de Vera Cruz (Wyspa Prawdziwego Krzyża). Później, gdy okazało się, że zaszła pomyłka, nazwę zmieniono na Terra de Santa Cruz (Ziemia Świętego Krzyża). Jednak już w połowie XVI wieku upowszechniła się nazwa Brazylia, pochodząca od eksportowanego stamtąd drzewa zwanego pau brasil, z którego pozyskiwano m.in. czerwony barwnik.

Po opuszczeniu brzegów Brazylii wyprawa skierowała się na właściwy kurs do Indii, gdzie wkrótce zaczęły wyrastać pierwsze portugalskie faktorie.

W 1502 roku Gaspar ponownie wyruszył do Indii, tym razem znów u boku Vasco da Gamy. To dzięki jego doświadczeniu i umiejętnościom Portugalczykom udało się nawiązać korzystne stosunki handlowe z władcą Koczinu i otworzyć kolejne portugalskie faktorie.

W 1505 roku Gaspar odnalazł w Koczinie swego syna, który także przyjął chrzest (otrzymał imię Baltazar), a później objął funkcję tłumacza w lokalnej faktorii.

W kolejnych latach Gaspar da Gama pracował u boku dwu portugalskich wicekrólów Indii - Francisco Almeidy i jego następcy, Alfonsa d'Albuquerque. Był ich doradcą.

Ostatnie lata życia Gaspara da Gamy stanowią zagadkę. Zgodnie z jedną wersją wrócił w 1510 roku do Lizbony, gdzie jakoby ożenił się z portugalską arystokratką. Według drugiej wersji, którą podaje Encyclopaedia Judaica, wydana w Berlinie w 1931 roku, Gaspar poległ 2 stycznia 1510 roku przy zdobywaniu przez Portugalczyków Kalikatu, dzisiejszego miasta Kozhikode w stanie Kerala.

Jest wreszcie trzecia wersja, którą wyszperał znawca tej tematyki Wacław Słabczyński. Nie wiadomo tylko, czy dotyczy ona tego samego człowieka. Otóż według wydanej w końcu ubiegłego stulecia książki portugalskiego księdza de Saldhana pod tytułem Historia de Goa, najwaleczniejszym obrońcą miasta Diu, obleganego przez Portugalczyków w 1531 roku, miał być polski szlachcic używający nazwiska Mustafa Khan. Dowodził on artylerią obrońców i zmusił napastników do odwrotu. Później wpadł w ręce Portugalczyków, którzy jednak darowali mu życie, zmusili do przyjęcia imienia Gaspar da Gama (!) i zatrudnili przy budowie fortyfikacji w Goa. Czy wersja ta jest prawdopodobna? Raczej wątpliwe, bo gdy zestawić datę urodzenia (1450) i oblężenie Diu (1531), to aktywność osiemdziesięciolatka przy fortyfikowaniu Goa wydaje się mało prawdopodobna.

Niezależnie od tego jak, gdzie i kiedy umarł, za życia posiadał imponującą wiedzę, i to nie tylko żeglarską. Zdobył nią ogromne uznanie w Portugalii, a jego zasługi dla rozwoju handlu ze Wschodem są ogromne. Żyd z Poznania zostawił również pisemną relację o swoich podróżach, zaopatrzoną w mapę, zawierającą opis drogi do Indii, która była w posiadaniu Martina Waldseemüllera. Niestety dokument ów zaginął. Ale i bez niego Gaspar da Gama dołączył do grona najwybitniejszych podróżników przełomu XV i XVI wieku.