Świat Obi-Boków. Nadzieja Obi-Boków - Mariusz Niemycki

-
Proszę czekać

Rozdział 1.

Trufel

Dzwonek, obwieszczający koniec długiej przerwy, brzmiał w uszach Kuby jak cudowna pieśń wyzwolenia. Wychylił ostrożnie głowę zza drzwi schowka na miotły, froterki i brudne ścierki. W porządku, nie ma ich w zasięgu wzroku. Ruszył powoli, a myśli miał niewesołe. "Matematyka... czy może być w życiu coś gorszego?" Okazuje się, że owszem.

Z mroku szkolnego korytarza wyłoniły się ponure sylwetki prześladowców. Silne dłonie obezwładniły go sprawnie i wepchnęły do toalety.

- Cześć Trufel, śpieszysz się gdzieś? - zagaił najwyższy z kolesi, Roman Łomik, znany bardziej jako Łom.

- A moze opowies jakomś ciekawom historie o tych, no... gmo­nach? - zaseplenił życzliwie drugi, misiowaty osobnik o mizernym uzębieniu, niejaki Sebastian Baluga, zwany Żuchwą.

Kuba rozejrzał się rozpaczliwie: znikąd ratunku!

- Chyyba już dzwoniło?! Mam matmę, rozumiecie...

- Mam matmę, mam matmę... A my to niby nic nie mamy? - warknął trzeci, niepozorny chłopaczek o wyjątkowo nieprzyjemnym spojrzeniu, Gula, czyli Maciek Gulka.

O Guli krążyły mrożące krew w żyłach opowieści. Podobno potrafił rzucić urok. Kuba słyszał, że jakiś czas temu nauczycielka matematyki złamała rękę w godzinę po wpisaniu Guli kolejnej jedynki do dziennika. Ale to było w innej szkole. Tam, gdzie Gula chodził, zanim przenieśli go do tej jedynej, niepowtarzalnej, wstrętnej budy!

- Chłopaki... - wydyszał Kuba - jak się znowu spóźnię, to... normalnie leżę i kwiczę.

- Leżeć i kwiczeć będziesz za chwilę - sprostował Gula. - Teraz, robaczku, chcemy opowieści o twoich urojeniach!

- Gula, ty mu nie tłumac, ty na niego popats - zasugerował złośliwie Żuchwa. - My chcemy o gmonach, ale jus!

- O gnomach, baranie - westchnął Kuba i szarpnął całym ciałem. Zaskoczony Łom puścił go na chwilę. To wystarczyło. Niezawodny cios z łokcia załatwił sprawę i oprawca, jęcząc, chwycił się za brzuch. Kuba przedarł się przez stojącego w drzwiach Gulę, przewracając go przy okazji, i ruszył biegiem przez korytarz. "Za nim!" - usłyszał stłumiony głos oburzonego łobuza.

Przeskakiwał stopnie schodów jak zając, ścigany przez wygłod­niałe wilki; w oddali dudniły ciężkie kroki. Wbiegł na drugie piętro. Za załomem korytarza czekała następna niemiła niespodzianka: przejście skutecznie tarasowała ułożona w poprzek sterta plecaków. Przy niej siedział skulony nieprzyjemny obywatel z równoległej piątej "B".

- A dokąd to, Misiaczku? - zagaił. Był to Zdzisław, nazywany Nieprzytomnym z racji trochę nieobecnego wyrazu twarzy. Znany był również z nagłego zamyślania się podczas rozmowy. Kuba widywał go często, ponieważ mieszkali po sąsiedzku.

"Wilki" zbliżały się nieodwołalnie.

- Co robisz z tymi plecakami? - jęknął zrozpaczony Kuba.

Zdzisław przyjrzał mu się badawczo i wzruszył ramionami.

- Pilnuję. Cała reszta poszła z woźnym grabić liście. Co to tak tupie?

- Moje zmory - wyszeptał Kuba i skoczył przez stertę plecaków. W pośpiechu niezbyt dokładnie wymierzył skok, zahaczył stopą o jakąś pętlę i runął. Niczym foka na tafli lodu posuwał się pięknym ślizgiem naprzód, szorując nosem po wyfroterowanej podłodze - wprost pod nogi pana od przyrody. Zdzisław popatrzył na nich nieprzytomnie i zamyślił się głęboko.

Silne szarpnięcie przywróciło Kubie pionową postawę. Nauczyciel spojrzał na niego z pedagogiczną troską w oczach.

- Pięć minut po dzwonku, mój zuchu. Co ty na to?

- Wieem, proszę pana, ja tylko, hmm... - jak wytłumaczyć dorosłej osobie, że życie w szkole ma kilka wymiarów? Na szczęście barykada z plecaków piątej "B" okazała się być równie nieżyczliwa dla goniących, jak i dla niego. Zakotłowało się niemiłosiernie. Wściekłe wrzaski Guli i jego kolesiów odwróciły uwagę nauczyciela.

- A tam co znowu, bijatyka? - nastroszył się i ruszył zrobić porządek.

Kuba dobiegł do pracowni matematyki i z duszą na ramieniu otworzył drzwi.

- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie - powiedział, próbując jak gdyby nigdy nic usadowić się w ławce.

- Nic z tego, kochasiu - powstrzymała go matematyczka. - Dobrze, że jesteś - uśmiechnęła się jadowicie i pokiwała na niego palcem, po czym wręczyła mu kawałek kredy. - Pisz zadanie. I nie patrz na mnie jak wyrzut sumienia.

W bardzo odległym świecie, rozświetlonym delikatnymi promieniami dwóch Różowych Słońc, wiatr przeczesał lekkim podmuchem kępę wysuszonego mchu.

- Biee...daaa...czysko - wymruczał mech. - Bieee...

"Ojbiedniusieńkiebiedacysko" - potwierdziło coś maleńkiego i zagrzebało się w zielonkawym piasku.

"Zmieszano 15 kilogramów jabłek drugiego gatunku i 20 kilogramów jabłek pierwszego gatunku, uzyskując mieszankę wartości 48 złotych i 16 groszy. Ile kosztuje 1 kilogram jabłek pierwszego gatunku i ile 1 kilogram jabłek drugiego gatunku, skoro wiadomo, że 1 kilogram lepszych jabłek jest o 99 groszy droższy od 1 kilograma gorszych?"...

Kuba zakrztusił się z wrażenia.

- Słuchaam? Kilogram lepszych... od gorszych... hmm... To na pewno dla piątej klasy?

- Oczywiście, tłumaczyłam przed chwilą. Ale skoro nie przychodzi się punktualnie, to znaczy, że się wszystko wie, pogromco smoków.

- Pogromco? Niby ja...? - Twarz nauczycielki przez ułamek sekundy jakby się rozmyła. Jej oczy zalśniły zimno.

- Pisz, pókim dobra! Pewien chytry chłopiec postanowił zmierzyć się z największą potęgą wszechświata. Jaką ma szansę na przeżycie ten chłopiec, pozostawiony sam sobie w środku bagniska? Podaj w procentach. I bez poezji! - głos brzmiał podejrzanie głucho.

"Kto tak już kiedyś powiedział?" Pokruszona kreda wypadła Kubie z palców. "Znam ten głos, te oczy..." - przestrzeń wokół niego wykrzywiła się lekko i rozmazała. "...ynka, niestety kochasiu, druga jedynka. To smutne" - dobiegł do uszu zmęczony głos matematyczki. Oprzytomniał.

- Ja, eehm, ja...

- Siadaj już i nie dręcz nas więcej. Kto spróbuje? Może ty, Basiu?

Kuba skulił się w ławce. Coś zaczyna się dziać. Coś, o czym zdążył zapomnieć przez te trzy lata.

- Nie martw się - pocieszył go Andrzejek, najlepszy kumpel w tej klasie. Właściwie jedyny od przeprowadzki do nowego domu. Opowiedział mu trochę o wydarzeniach z innego świata, ale jak to bywa, dowiedzieli się wszyscy. I chyba uznali go za stukniętego. Stąd niezdrowe zainteresowanie Guli i jego kryminalistów. No, pięknie...

- Przepisz sobie zadanie. Potem ci je wytłumaczę. - Ale Kuba nie słuchał. Robiło się coraz dziwniej.

Odczuwał niepokój. Od kiedy zmienił dom i szkołę, miał tyle problemów, że przestał rozmyślać o Krainie Obi-Boków. Ale teraz... Dawno tak nie tęsknił do tamtych czasów. Był wtedy bohaterem, był kimś ważnym.

"Gdzie jesteście, przyjaciele, kiedy tak was potrzebuję? A może jednak jestem stuknięty? Przecież ani rodzice, ani Agnieszka nie pamiętają smoka Boo-Duuh, Bokiego i Dovertisa".

- Hubert pamięta! - krzyknął i podskoczył w ławce. Matematyczka wykrzywiła usta w karykaturze uśmiechu.

- Dobrze się czujesz? Może potrzebujesz lekarza? - zapytała i spojrzała na stojącą przy tablicy Baśkę.

- Skończyłaś, moje dziecko? Bardzo dobrze - nieomal pogłaskała przestraszoną uczennicę.

Baśka zacisnęła usta i popatrzyła życzliwie na Kubę swoimi zielonymi oczami. Odgarnęła z czoła grzywkę i ruszyła w stronę ławki. Po drodze zatrzymała się na moment obok Kuby i wyszeptała:

- Nie łam się. Ona już taka jest... Pomogę ci, chcesz?

- Babskie gadanie - odburknął Andrzejek w imieniu osowiałego kolegi. - Sam mu pomogę!

Dziewczynka prychnęła i odeszła urażona. W chwilę później rozległo się nieśmiałe pukanie.

Zanim ktokolwiek zareagował, drzwi otworzyły się i do klasy wszedł nad wyraz zdumiewający osobnik wzrostu niewyrośniętego pierwszoklasisty. Bujna, czarna broda i wąsy całkowicie zakrywały mu twarz. Ubrany był w wymięty niebieski fartuszek i bardzo niemodne skórzane buciki z wydłużonymi noskami. Głowę przykrywał szarym, mnisim kapturem.

- Dzień dobry szanownej pani - odezwał się chropowato. - Pan dyrektor wzywa ucznia Jakuba Michalskiego na rozmowę.

- A kim ty... przepraszam, a kim pan w ogóle jest? - zdumiała się nauczycielka.

- Jestem Dominik, nowy pomocnik woźnego. Nie słyszała pani? Jesień, dużo liści do grabienia i takie tam różne...

- Powariowali już w tej szkole do reszty - stwierdziła z niesmakiem. - Żeby takie coś... No cóż, idź, Kuba, skoro dyrekcja wzywa.

Kuba przełknął ślinę i jęknął:

- Aale jaa... Ja przecież nic, proszę pani...

- Nikt cię nie pyta o zdanie. Do widzenia!

Dziwny pomocnik woźnego łypnął spod czarnych brwi na ociągającego się ucznia.

- To nic takiego - stwierdził uspokajająco - jakiś telefon czy coś. To my już sobie pójdziemy. Do widzenia pani profesorce!

Szurnął butami i wyszedł. Za nim, z niewyraźną miną i ociągając się nieco, wyszedł przygnębiony Kuba.

Matematyczka popatrzyła na zamykające się drzwi. Zadrżała. Nagle, ku zdumieniu wszystkich, cała jej sylwetka zawirowała wokół własnej osi raz, drugi, aż w końcu zaczęła kręcić się coraz szybciej i szybciej jak dziecięcy bączek.

Podłoga poruszyła się i wybrzuszyła na środku; ławki rozjechały się na boki z porażającym zgrzytem. Wir zatrzymał się. Postać kobiety zaczęła ulegać zdumiewającemu przeobrażeniu. Jej kształty rozmazały się i porozciągały, oczy rozbłysły oślepiającym światłem; czerwone usta otworzyły się niewiarygodnie szeroko.

- NIEE, NIEE - zadudnił złowrogi głos - WRACAĆ MI TU ZARAZ! ROZKAZUUU...

Podłoga pękła wzdłuż sali, ukazując czarną czeluść. Rozległy się okrzyki przerażenia. Ubranie i ciało nauczycielki nabrało wodnistej barwy.

- NIEEEE! - zaryczała i rozpłynęła się jak wodnista meduza.

Niebieskawe strumyczki wsiąkły w szczelinę, która natychmiast zaczęła się zasklepiać. Podłoga odzyskała swój pierwotny kształt. Ławki posłusznie ustawiły się w dwa rzędy. Chwilę trwała oszałamiająca cisza. Potem ktoś nerwowo zachichotał, ktoś inny krzyknął. Powstał nieopisany harmider.

Drzwi klasy otworzyły się. W progu stała zdumiona pani od matematyki. Podeszła szybko do biurka i uderzyła dziennikiem o blat. Znajomy dźwięk wywołał oczekiwany efekt. Klasa zaniemówiła.

- Was tylko zostawić na kwadrans, to się pozabijacie! Nawet nie wiecie, co się stało. Pan dyrektor ciężko zachorował i leży od wczoraj w szpitalu. Rozmawiałam z waszym wychowawcą. Trójka klasowa z kwiatami po lekcji... A ty, Basiu, gdzie się wybierasz?

Baśka bez słowa chwyciła swój plecak i z pobladłą twarzą wybiegła z klasy.

Rozdział 2.

Dowód przyjaźni

Szli w milczeniu: zakapturzony pomocnik, a w zasadzie pomocniczek, przodem, Kuba trzy kroki za nim. Ciekawie musiała wyglądać ta dwuosobowa procesja dla kogoś patrzącego z boku. I taką najwyraźniej była.

Zza tablicy pamiątkowej, stojącej obok umieszczonej w centralnym punkcie korytarza rzeźby patrona szkoły, wychynęła złośliwie wykrzywiona twarz.

- Idzie skubaniutki Trufelek. Poczekaj, kiedyś będziesz zupełnie sam! Wtedy sobie porozmawiamy. Nagadamy się za wszystkie czasy.

- Dlacego go nie zacarujes, Gula? Pscies potrafis! Nie bois się chyba tego jego orka, co o nim gadał?

- Sam jesteś orkiem, pacanie. Ogra, jeśli już. Mógłbyś tak nie seplenić? Denerwuje mnie to coraz bardziej. I kto ci powiedział, że umiem czarować, Żuchwa?

Żuchwa skulił się w sobie. Bał się Guli, ale wiedział, że dobrze trzymać z kimś takim. Zerknął na masującego sobie ucho Łoma, który, tradycyjnie już, włażąc za kamienną tablicę, grzmotnął głową w wyciągniętą w przyjaznym geście dłoń poety.

- Zobacys, Łomie, kiedyś ci to ucho odpadnie - wyszeptał przyjaźnie. - Moze pójdziemy za nimi? Zobacymy, po co...

- Innym razem - Gula uśmiechnął się przebiegle. Chuchnął na złoty pierścień, który nosił na wskazującym palcu prawej ręki, i potarł nim o sweter. - Innym razem. Wracamy na lekcje; podoba mi się w tej szkole coraz bardziej!

Wyskoczyli z kryjówki i pognali przez korytarz. W oddali rozległy się pośpieszne kroki.

Grobelaki wyły całą noc. Pełnia księżyca oznaczała nieprzespane godziny. Wiatr przyniósł znad bagien obrzydliwą woń rozkładających się roślin. Więzień wspiął się na stojącą pod wąskim okienkiem wieży pryczę i wyjrzał na zewnątrz. Zobaczył korony chwiejących się olbrzymich paprotników i krążące wokół nich cienie upiornych polatuch.

Nagle poczuł mrowienie palców. Nadzieja powróciła. Zeskoczył na kamienną posadzkę i skupił myśli. Skierował dłonie ku twarzy i wyszeptał spękanymi wargami:

- OORTH DRAGH! OORTH SAMETH DRAGH!

Nic, zwyczajnie nic! Nie miał w sobie magii. Rzucił się na brud­ny barłóg i załkał.

Brodaty Dominik przyspieszył kroku. Po chwili niemal biegli. Minęli sekretariat i gabinet dyrektora.

- Ale, proszę pana... - zaprotestował Kuba - to przecież tutaj!

Jego przewodnik skręcił w stronę schodów i zatrzymał się.

- Weź mnie na ręce, przyjacielu.

- Słucham? Jak to "na ręce"? - niepokój sięgnął szczytu. - Ja pana?

- Nie zmieniłeś się, mój drogi. Dalej potrafisz się zdumiewać, ale to dobrze. To jak, weźmiesz mnie na ręce? - malutki osobnik zaśmiał się piskliwie.

Rozległ się krótki gwizd. Fartuch oklapł niespodziewanie i łagodnie opadł na podłogę. Broda i wąsy pacnęły tuż obok. Dominik znikł.

Gdyby człowiek mógł mieć ze zdziwienia oczy wielkości talerzy, to Kuba bez wątpienia już by takie miał.

Nagle leżący na podłodze fartuch pomocnika woźnego poruszył się żwawo i z rękawa wyszedł zaniedbany nieco szczur. Zamrugał czarnymi oczkami i wyszczerzył ostre zęby.

- No, cześć! Urosłeś czy mi się wydaje? Tylko mi tu nie zemdlej! Weź swojego przyjaciela na ręce i zmykamy stąd!

- Dovertis?! Ale jak... - chłopiec poczuł, że świat wiruje. Może to prawda, że ma nie po kolei w głowie?

- Dovertis, Dovertis, a jakże - potwierdził szczur. - Ale my tu gadu-gadu, a czas ucieka. Pora na bohaterskie czyny, chłoptasiu. Jak to mówił mój ulubiony wykładowca Murertis: "Jest sto tysięcy krain i tylko nas tam jeszcze nie ma".

Kuba spróbował to sobie jakoś poukładać. W końcu dał spokój. To najwyraźniej sen, nic innego. Podniósł Dovertisa i przytulił najmocniej jak potrafił.

- Ej, udusisz mnie i dopiero się narobi. Sprzątnij ten mój domowej roboty kostium teatralny i ruszamy. Kierunek: Parki, Smocza siedem.

- Jak to: Smocza siedem?! Przecież... - zdziwił się chłopiec, wrzucając niebieski fartuszek wraz z kapturem do kosza na śmieci.

- Żartowałem, człowieku! Srebrna siedem, dom Huberta i tyle - Dovertis uwielbiał rozmowę na skróty. Typowy Truth.

"Tylko że znam osobiście zaledwie jednego" - sprostował w myślach swą opinię Kuba, próbując stopą podrzucić sztuczną brodę tak, aby wpadła do kosza. Spudłował haniebnie.

- Strasznie wychudłeś, Dovertisku.

- A ty wprost przeciwnie - prychnęło pyskate stworzenie. - No, nie obrażaj mi się teraz. Nie pora na rozmowę, przecież ktoś może nadejść.

Kuba naburmuszył się. To fakt, trochę się zasiedział. Wszystko przez komputer i wielogodzinne granie. Ale jeszcze nic straconego. Ostatnio zaczął trenować z tatą biegi. Zapału starczyło mu na pierwszy raz, ale tatusiek najwyraźniej pochodził z rodziny katów. Nie popuszczał mu mimo gorących nalegań, protestów i buntów. No i było już nawet fajnie. Czuł powracającą formę.

Wyszli na dziedziniec, na którym woźny usiłował zapanować nad rozbrykaną bandą piątoklasistów. Uzbrojony w miotłę odganiał od sterty liści śmiejących się uczniów, którzy postanowili urządzić sobie zabawę w jeża. Co rusz któryś, zręcznie wymijając protestującego mężczyznę, wskakiwał w szeleszczący kopiec i zagrzebywał się po szyję.

- Niech pan rozpali ognisko! - wołali. - Spróbujemy zbójnickich skoków przez ogień!

- Ja wam dam ognisko, wynocha do szkoły! Wszystko powiem dyrektorowi - odgrażał się staruszek, nie zwracając uwagi na przechodzącego obok wagarowicza.

Kuba wykorzystał szczęśliwy zbieg okoliczności i tuląc Dovertisa, przemknął przez uchyloną metalową bramę.

Tramwaj podjechał jak na zamówienie. Chłopak wcisnął się między tłoczących się pasażerów. O miejscu siedzącym nawet nie mógł marzyć. Szczur wystawił główkę, z zaciekawieniem obserwując jadących.

Młoda kobieta w obcisłych dżinsach i krótkiej kurteczce, nie zważając na niewygody, poprawiła jasne włosy i wyjęła z torebki flakonik perfum. Uśmiechnęła się do stojącego obok mężczyzny i spryskała sobie szyję i ubranie. Mocny zapach dotarł do nosa przeobrażonego Trutha.

- Aaapsik! - kichnął i skrzywił pyszczek z obrzydzeniem. - No coś podobnego!

Kobieta odwróciła się i otworzyła szeroko oczy.

- Masz mówiącego szczura? Ten szczur się do mnie odezwał, dokładnie słyszałam!

- To pies, a nie szczur, proszę pani - sprostował Kuba, patrząc na nią niewinnie.

- Ach tak? To przepraszam!

Kuba odetchnął z ulgą. Kobieta jednak przemyślała sprawę, bo odezwała się znowu, tym razem gniewnie:

- A co to za różnica: szczur czy pies? Chłopczyku, czy mógłbyś zaczekać ze mną na kontrolera biletów? - usiłowała chwycić Kubę za rękę.

Tramwaj przyhamował. Drzwi otworzyły się z charakterystycznym mlaśnięciem.

- Nie mógłbym - mruknął chłopiec, wyskakując na ulicę. - Jeszcze czego... - dodał już niepotrzebnie i czmychnął w najbliższą bramę.

Baśka przebiegła przez dziedziniec, ignorując nawoływania woźnego. Zobaczyła Kubę wsiadającego do tramwaju. Nie miała szans, by go dogonić, zwłaszcza z tym ciężkim, kolebiącym się z tyłu plecakiem. Doszła do przystanku i spojrzała na rozkład jazdy. Siódemka ma pętlę w Parkach. I co z tego, mógł wysiąść wcześniej. Bo chyba nie pojechał do tej zakazanej dzielnicy? Tylko dlaczego jest sam?

Wyciągnęła z kieszeni płaszcza czarne wąsy i przyjrzała im się dokładnie. Wąsy jak wąsy. Przechodzący mężczyzna odezwał się życzliwie:

- Jaki kudłaty chomiczek. Może chcesz sprzedać?

- Właśnie mi zdechł, chce pan? - zapytała, robiąc słodką minkę. Mężczyzna postukał się w czoło i odszedł pośpiesznie.

- Nie to nie, byłoby taniej - zawołała za nim i parsknęła śmiechem, chowając wąsy z powrotem do kieszeni.

W domu często doprowadzała wszystkich do rozpaczy, drocząc się przy każdej okazji. Taka już była. Drobna, szczuplutka i jednocześnie nie do zdarcia.

Kuba kupił bilet i wsadził Dovertisa do kieszeni bluzy, nakazując mu milczenie. Drżał z zimna, bo kurtkę pozostawił w szkolnej szatni. Nie myślał o niej jednak, rozgrzany niecodziennymi wydarzeniami. Wsiadł do następnego tramwaju i bez żadnych potknięć dojechał do pętli.

Od trzech lat tu nie zaglądał. Dzielnica imponowała zabytkowymi budowlami i mnóstwem drzew, ale nie cieszyła się dobrą opinią. Po mieście krążyły opowieści o zaginionych bez śladu samotnych przechodniach, którzy wypuścili się na wieczorny spacer w romantyczną scenerię starych willi i łaciatych platanów.

Stryjek Hubert odwiedził go parokrotnie w nowym domu, słowem nie wspominając o przygodach w Krainie Obi-Boków. Kuba uznał, że skoro tak, to też będzie milczał. Aż do dzisiaj zresztą nie był pewien, czy te wszystkie wydarzenia, związane z porwaniem rodziców i Agnieszki przez głupiego smoka, miały naprawdę miejsce. Słynął przecież z wybujałej wyobraźni...

Od roku mniej więcej mówiło się w domu, że Hubert znów gdzieś wyjechał. To znaczy: "poniosło go", jak to określiła mama, w bliżej nieznanym kierunku.

Najwyraźniej już wrócił. Chyba tylko po to, by skomplikować i tak niełatwe życie bratanka.

Był środek październikowego dnia. Słońce bawiło się w malarza, migocąc w kolorowych liściach opadających leniwie z drzew. Nikt go nie zaczepiał. Dovertis zasnął pewnie, bo z kieszeni dolatywało­ cichutkie pochrapywanie. Temu to dobrze. "Też bym wolał nie przejmować się niczym. Ale weź tu bracie i się nie przejmuj..."

- No pewnie, że się nie przejmuj - mruknęła czytająca w myślach bestia i wychyliła wąsaty pyszczek na świat. - O, już prawie jesteśmy.

- Łatwo ci mówić. Ty przynajmniej wiesz, o co tu chodzi. I nie strasz mnie, dobrze?

- Mniej więcej wiem. A dlaczego mówisz, że cię straszę? Przecież jestem po prostu sobą.

- Otóż to, moja Anielciu - podsumował Kuba, przyglądając się pożółkłemu bluszczowi, oplatającemu ściany domu Huberta.

Dawniej mieszkało tu kilka rodzin, ale przemykające po schodach dziwne postacie i zakłócające sen nocne szmery, szelesty oraz zawodzenia skutecznie odstraszyły wrażliwych lokatorów.

Dom był piękny w swej niesamowitości. Te zdobienia, kolumny i płaskorzeźby, przedstawiające baśniowe stworzenia, wprawiały jednocześnie w zachwyt i w panikę. Zwłaszcza zwieńczająca wejście twarz maszkary, zdająca się mówić: "Jeżeli zgłupiałeś do reszty, to wchodź, serdecznie zapraszam".

Poszukał wzrokiem kredowego napisu, który ostrzegał ewentualnych gości. Deszcz i czas zrobiły swoje. Na ścianie pod bluszczem widniała tylko blada plama.

Wszedł na trzecie piętro, podziwiając smocze głowy zdobiące poręcze. Dovertis wyskoczył z kieszeni tuż przed drzwiami mieszkania stryja.

- Zamknij oczy - zażądał - nie lubię się przemieniać, jak się na mnie gapią. Zwłaszcza ludzie.

- Ojej, wystarczyło poprosić! Powinieneś nauczyć się grzeczności. Najlepiej od jakiegoś ogra - obraził się Kuba.

Bardzo chciał zobaczyć, jak szczur zamienia się w Trutha. Zacisnął jednak powieki i czekał cierpliwie.

- Tylko nie podglądaj, bo zgłupiejesz - ostrzegł Dovertis i westchnął. Zaczął wciągać nosem powietrze.

Po chwili przypominał jarmarczny balon w kształcie szczura. Uszy mu oklapły i zaczęły rosnąć. On sam zresztą też. Rozciągnięte jak peleryna uszy zamieniły się w szary płaszczyk, a na głowie pojawiła się para całkiem nowych uszu. Tylne nóżki wydłużyły się i same z siebie obuły w truthowe ciżemki. Tylko szczurzy pyszczek niewiele stracił, przeobrażając się w bardziej złośliwą niż poczciwą twarzyczkę.

- Na coś czekasz? A może potrzebujesz specjalnego zaproszenia, chłopczyku z mówiącym psem?

Kuba otworzył oczy i uśmiechnął się ironicznie:

- Piękny to ty nigdy nie byłeś, Dovertisku. A kto otworzył drzwi? - Truth był już bowiem za progiem mieszkania Huberta. - No dobrze, nie pytam.

Wszedł, czując znajomy zapach skóry, książek i tajemnicy. Hubert niósł właśnie srebrną tacę z parującym dzbankiem herbaty i kilkoma filiżankami z porcelany malowanej w stylizowane smoki. "Ten to ma fioła na punkcie smoków" - pomyślał Kuba i jęknął, czując bolesnego kuksańca.

- Co jest, wariacie, dlaczego mnie uderzyłeś?!

- Więcej szacunku dla starszych, braciszku - Dovertis przymknął oko. - Nie przywitasz się ze stryjkiem?

Hubert znalazł wreszcie miejsce dla tacy na zagraconym szpargałami i bibelotami stole. Rozłożył ręce i uściskał serdecznie bratanka.

- Jak dobrze znów cię widzieć! Wspaniale wyglądasz, zmężniałeś - pochwalił zarumienionego chłopca, który, korzystając z okazji, pokazał Truthowi język. Miało to znaczyć: "Zmężniałem pokrako, co ty na to?".

Dovertis chyba nie poznał do końca ziemskiej symboliki, bo również wywalił jęzor, dotknął nim nosa, zwinął w rurkę i ­zagwizdał.

- Ależ mi sztuczka - dodał pogardliwie. - A tak przy okazji, Hubercie, gdzie jest mój ojciec?

- Pulthertis? Kąpie się chyba czy coś w tym stylu. Jest w łazience. - Co miał na myśli, mówiąc "coś w tym stylu", tego Kuba nie zrozumiał. Ale dotarło do niego jedno:

- Twóóój ojcieeec? To on ży... to znaczy - znalazłeś go? Gdzie? Dlaczego nic mi nie wspomniałeś wcześniej?!

- Niby kiedy? Zresztą, opowiem ci przy okazji.

Przerwał, bo szum wody w łazience nagle ucichł i do pokoju weszła, a na dobrą sprawę wczłapała, drobna, pomarszczona jak suszone jabłuszko postać w o wiele za dużym szlafroku. Wyglądała jak kilkusetletni Dovertis i, pomimo komicznego wyglądu, budziła pełen dystansu szacunek.

- To jest Kuba? Nie wygląda mi na bohatera - stwierdził skrzeczącym głosikiem stary Truth. Pokręcił głową i podłubał w pełnym siwych włosów uchu. - Nie wygląda mi na bohatera, o nie.

- Ale jest, ojcze - stwierdził stanowczo Dovertis. - Jest bohaterem i najlepszym przyjacielem, jakiego miałem w życiu. No, może poza pewnym pyszałkowatym tłuściochem z Ogr.

Starzec zrzucił z koślawych stóp pantofle Huberta i wgramolił się na wielki skórzany fotel. Sięgnął po leżącą na stole fajkę i - nie zważając na niemy protest Huberta, który fajki nie pożyczyłby nawet własnej matce - zaczął ją nabijać czymś, co wygrzebał ze skórzanego woreczka wiszącego mu na szyi.

- Może i jest tak, jak mówisz, Dovertisie, może i nie jest. Będzie musiał dać teraz dowód przyjaźni. Niezaprzeczalny dowód przyjaźni. Choćby za cenę życia... - zaskrzeczał, cmokając z wysiłkiem fajkę, choć w zasadzie zapomniał podpalić jej zawartość.

- Dowód przyjaźni? - krzyknęli jednocześnie Hubert i Dovertis.

- Za cenę... życia? - wyszeptał przerażony Kuba i chwycił się za głowę.

Świat oszalał, a on znalazł się w centrum tego szaleństwa.