Świat Obi-Boków. Bohater Obi-Boków - Mariusz Niemycki

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1.
Atak ogłupiaczy
Lekcja była wyjątkowo nudna. Obliczanie wysokości drzewa na podstawie długości rzucanego przez nie cienia nie mogło go w żaden sposób zafascynować. Trójka z matematyki ciągnęła się za nim jak asfalt za podeszwą w upalny dzień. W pierwszej gimnazjalnej nie czuł się ani o włos mądrzejszy niż na finiszu podstawówki.
- Czy ktoś już zmierzył swoje drzewo?
Pytanie nauczycielki pozostało bez odpowiedzi.
Kuba skurczył się w ławce, usiłując zniknąć matematyczce z oczu. Daremnie. Łagodne spojrzenie orzechowych oczu pani Romanek omiotło zapełnione drucianymi wielościanami regały, ześliznęło się na ostatnie ławki i ostatecznie spoczęło na falującej czuprynie Kuby.
- Michalski?
Serce Kuby zatrzepotało. Upuścił długopis i natychmiast za nim zanurkował. Dlaczego ta kobieta tak się uwzięła?
- Jakubie Michalski, wyjdź spod ławki i odpowiedz mi, z łaski swojej, na pytanie.
- Jakie pytanie? - zdziwił się głośno, zerkając na nią z niepokojem. Podniósł się jednak i stanął obok krzesła. - Ośmielam się zauważyć, że o nic mnie pani nie pytała. Jakże więc...
Orzechowe spojrzenie stwardniało. Pani Romanek wydęła wargi i otworzyła dziennik na stronie uwag. Pomedytowała chwilę, ale zmieniła decyzję. Cofnęła się o kilka kartek.
- Mam tu rubryczkę pod tytułem "aktywność" - powiedziała. - Ocenić twoją aktywność, kochasiu?
- Ach, chodzi o obliczenia?! - popatrzył rozpaczliwie na Andrzejka. - "Ratuj..." - wysyczał kącikiem ust. - Juuuż podaję. Drzewo ma... yyy... ma ze trzy metry, tak?
Klasa zarechotała, wzbudzając pedagogiczny niepokój matematyczki.
- Jak to "ze trzy metry"? Dokładniej proszę.
Kuba szturchnął kolegę łokciem i zamrugał porozumiewawczo. Andrzejek wytrzeszczył na niego oczy, zrozumiał jednak szybko grozę sytuacji i zaczął gryzmolić na ostatniej kartce koślawy trójkąt.
- Dokładniej, to będzie, już pani mówię - Kuba grał na zwłokę. "Co ten pacan mi tu rysuje?" - Trzy metry, dwadzieścia dwa centymetry, proszę pani. Dokładniej się nie da.
Pomacał koszulkę. Niestety, cudowny słonik został w łazience. Nici ze wzbudzania szacunku w przeciwniku.
Nauczycielka nie była pewna, czy uczeń w ogóle wie, o czym mówi. Zaczęła drążyć temat.
- Trzy dwadzieścia dwa, powiadasz...
Te słowa dodały chłopcu otuchy. Przedwcześnie. Rumiane na co dzień lico Romankowej przybladło nieco, za to oczy nabrały gorączkowego blasku, właściwego osobom usiłującym za wszelką cenę odbudować nadwątlony autorytet. Zgrzytnęła zębami.
- A jak to obliczyłeś, gołąbeczku, hę? - wieczne pióro w jej palcach wygięło się niebezpiecznie. Wlepiła źrenice w ociekającego potem delikwenta.
- Synusiem? - zapytał Kuba.
- Co proszę? - zwiastun triumfu pojawił się w kącikach ust nauczycielki. - Jakim synusiem, kotku, co ty mi tu opowiadasz? Może sinusem?
Zbity z tropu chłopak skwapliwie pokiwał głową.
Właściwe każdej lekcji klasowe szmery, chrząkania i pogaduchy ucichły w oczekiwaniu nadchodzącej awantury. Palce pani Romanek zsiniały niemal, usiłując przezwyciężyć opór markowego parkera.
- Nie mieliśmy jeszcze o sinusach! - krzyknęła.
- No to może kosyminusem albo tangiem? - nie był za bardzo pewien tych dziwacznych, obco brzmiących nazw dobiegających nieraz z pokoju Agnieszki.
Parker poddał się ostatecznie. Granatowy atrament wyprysnął ze złamanej obsadki wprost na nowiutką beżową bluzkę. Trudno zmywalne kropelki upstrzyły wspaniałymi piegami zaskoczoną twarz matematyczki. Romankowa patrzyła niedowierzająco na umazane dłonie, na powstrzymującego śmiech Kubę i na fantazyjne plamy szpecące jedwab drogiego stroju. Potrząsnęła głową, jakby usiłowała obudzić się z jakiegoś koszmaru. W końcu wysapała:
- Poczekaj no... Michalski - wyszarpnęła z torebki zwiniętą chustkę do nosa i wybiegła z klasy.
- Brawo! - zawołał z entuzjazmem Andrzejek. - Urwie się z piętnaście minut jak nic. Ty to jesteś, bracie, gość.
- Urwie mi łeb, kolego. Do widzenia! - Kuba wrzucił zeszyt i długopis do plecaka i zgrzytnął suwakiem. - Idę do domu.
Kilka dziewcząt popatrzyło na niego z zainteresowaniem. Siedząca za nim wysoka blondynka szturchnęła go w plecy i zapytała nieśmiało:
- Nie mamy jeszcze gospodarza klasy, może byś...
- Nic z tego, Paulina. Znajdźcie innego frajera. Pa! - klepnął zdezorientowanego Andrzejka. - Spadam, stary, będzie afera jak nic. Jak by co, zasłabłem i wyszedłem do pielęgniarki.
Kolega chwycił go za wystający zza paska skraj koszulki.
- Zaczekaj, idę z tobą.
- Nie radzę. Jakoś się wytłumaczę, przecież nie zrobiłem nic złego, prawda? A zasłabnąć każdy może. Zostań, Andrzej, opowiesz mi wieczorem, co było dalej - mrugnął do niego już spod drzwi.
Pomyślał o Baśce. Szkoda, że są teraz w różnych szkołach.
Wychodząc, Kuba czuł niepokój. I to bynajmniej nie związany z tą kłopotliwą sytuacją sprzed pięciu minut.
Na śmierdzącym pastą do podłóg korytarzu zobaczył upapraną atramentem chusteczkę pani Romanek.
- Ja to jestem gość... - westchnął. - Zawsze muszę się w coś wplątać. To już chyba tradycja, psiakość!
Dobiegły go wzburzone głosy. Głęboki bas dyrektora rozpoznałby nawet w piekle. Najwyższy czas się stąd wynosić.
Przed mniej więcej dwoma tygodniami któryś ze starszych ogrów odgryzł się Soli, że i tak sama poprosi o zamążpójście. Grzmotnęła go wtedy pięścią w ucho, a może i ugryzła, kto to teraz dokładnie pamięta. Kilkanaście dni temu widywała się w marzeniach u boku człowieka.
Tak, tak, nauczyła się tej skomplikowanej nazwy po kilkakrotnym powtórzeniu: czło-wiek, a nie ludź, jak to do tej pory miała w zwyczaju mówić. I tęskniła, o tak. Zwierzyła się nawet kiedyś ze swoich tęsknot bratu.
- Przecież on nie jest z naszego plemienia, siostruniu - poinformował ją Boki, jakby sama tego już dawno nie zauważyła.
- I co z tego - zmierzyła go ciężkim spojrzeniem spod pomalowanych zieloną farbą rzęs. - Jest prawie ładny.
- Chudy ogólnie. Na moje oko za chudy.
- Może i chudy, ale mocny.
- Chyba w gadaniu - określił dawno niewidzianego przyjaciela młody ogr i zakończył rozmowę, wchodząc do chaty.
- Chiba w godaniu - rzuciła za nim złośliwie. - Znalazł się mądrala.
Pozostała na zewnątrz, przyglądając się z niechęcią rozbuchanej ostatnimi czasy przyrodzie. Gadający mech rozrósł się niebywale. Ogromne soczyste kępy paplały od rana do wieczora, opowiadając mniej lub bardziej prawdopodobne historie każdemu, kto tylko miał ochotę słuchać.
Wesołe gromady pseudogrzybków fruwały w powietrzu, dokazywały wśród gałęzi jagodowych drzewek i turlały się po gładkich powierzchniach brunatnych głazów. Było między nimi mnóstwo młodych, niewyrośniętych jeszcze osobników. Te zdawały się być szczególnie rozchichotane i beztroskie.
Dla ogrów zapanowały tłuste lata, toteż wielu kosmatych smakoszy znacząco przybrało na wadze, budząc podziw wolniej tyjących pobratymców. Wszak ogromna tusza stanowi o urodzie ogra - im który grubszy, tym piękniejszy.
Umalowana barwnikami w różnych kolorach twarz potężnej ogrzycy wyrażała bezgraniczny smutek. W wyobraźni rozpamiętywała chwile spędzone w towarzystwie Kuby. Jakby rzeczywiście było co rozpamiętywać. A czas płynął nieubłaganie.
Zbliżały się wypluwki, święto nadawania imion jeszcze bezimiennym dzieciom. W tym roku kandydatów było aż siedmioro. Starszy i młodszy syn Wujka Soo, jedynak Ciotki Lulu, bliźniaki Taty Too i dwie rozkapryszone dziewczynki z rodzin ogrów Zza Dziwnego Pagórka, małżeństw Nene i Muu. Tak licznej gromadki nie było od dawna.
Sola akurat spacerowała przed obiadem, chcąc w ten sposób zaostrzyć marny ostatnio apetyt, gdy zobaczyła TO. Porastało skały w miejscach wolnych od mchu. Podbiegła zaintrygowana, rozbryzgując bosymi stopami ciepłą wodę płytkich kałuż, powstałych podczas wczorajszej ulewy. Rosnący w sąsiedztwie mech przyjął dodatkową porcję wody z wyraźną wdzięcznością.
"Jakaś ty miła..." - wyszeptał.
Nadchodziło południe. Oba Różowe Słońca świeciły wysoko, rumieniąc niespiesznie płynące strzępiaste obłoczki.
TO okazało się kolonią bladych, wczepionych w skałę grzybów. Miały pojedyncze, mięsiste, krótkie nogi i wielkie, blaszkowate kapelusze. Naliczyła ich ze trzydzieści. Wszystkie bladoniebieskie, upstrzone żółtymi cętkami. Wyglądały apetycznie, chociaż trochę niepokojąco. Ale przecież każda nowość jednocześnie fascynuje i niepokoi.
- I co my tu mamy? - zapytała Sola samą siebie, po czym natychmiast sobie odpowiedziała. - Ano, mamy jakieś nowe coś.
Nie byłaby ogrzycą, gdyby przeszła nad czymś tak zagadkowym do porządku dziennego. Ślizgając się na cieknącym z grzybów niebieskawym śluzie, podeszła do skały i ostrożnie ułamała kawałek aromatycznego kapelusza. Drobiny grzybowego miąższu posypały się na skały.
Grzyb pachniał ni to migdałami, ni pieprzem. Oczywiście Sola na własny użytek nazwała te zapachy inaczej.
- Jakby świeżo złamana jagódkowa gałązka. Hmm, z dodatkiem piasku... Czy mam cię, grzybku, zjeść? - nie doczekawszy się odpowiedzi, włożyła kęs do ust, przeżuła i uśmiechnęła się, mile zaskoczona. - Pychotka! - otrzepała dłonie z bladoniebieskich okruszków. Część z nich przykleiła się do mokrych, śluzowych plam. Z drobin natychmiast ukształtowały się nowe grzyby, które zaczęły gwałtownie rosnąć, by po kilku chwilach pokryć grzybowym gąszczem spory fragment skały.
- Bystre grzybki, no, no! - pochwaliła ogromna ogrzyca, odzyskując dawno utracony humor. - Ten obrzydliwy ludź lepiej niech się tu nigdy więcej nie pokazuje! Mam go w nosie - dotknęła palcem bulwiastego nochala. - Malutki, Sola już cię nie potrzebuje... o, nie! Gdzie jest mój ukochany Noki? Nokusiu, Solcia cię woła! Oddam ci mą tłustą urodę, hop, hop, pokaż się! - paluchami rozczesała kudły, uśmiechnęła się chytrze i pobiegła w stronę wioski, potykając się o kamienie.
Ukryty w rozrośniętej kępie mchu osobnik wyszczerzył zęby w jadowitym uśmiechu. Przynęta działała znakomicie. Ogłupiacze w krótkim czasie robiły swoje. I jak się rozmnażały, ha!
Pomysł był genialny, a Gula uwielbiał mieć genialne pomysły. Wiedźma pochwaliła jego plany i obiecała nieco swobody, jeśli rezultaty okażą się zadowalające. Wiedział, że będą bardziej niż zadowalające. Będą rewelacyjne.
"A swobodami możesz kazać się wypchać, piękna Pani" - pomyślał, doskonale zdając sobie sprawę, że dopóki ma swój pierścień, dopóty jego marzenia mają szansę się spełnić.
Potarł magiczny krążek o materiał spodni, potem chuchnął, z zadowoleniem obserwując mgiełkę oddechu na gładkim metalu. Westchnął ciężko, gdyż uświadomił sobie nagle, że musi do NIEJ wrócić. Jeszcze nie pora na rewolucję. Zresztą czuł nieustannie tę niewidzialną smycz. Kiedyś się jej pozbędzie, ale jeszcze nie wiedział jak. Wyszeptał zaklęcie.
Wbiegła do chaty, zatrzaskując z hukiem masywne drzwi. Kopniakiem zburzyła kamienną wieżę, budowaną od godziny przez bliźniaki. Bracia rozpłakali się, szukając wsparcia u zajętej sprzątaniem Mamy Moo. Ta jednak tylko wzruszyła ramionami i przetarła ścierką wyszorowany przed chwilą piaskiem drewniany stół.
Sola usiadła Tacie Too na kolanach, wyrywając go z drzemki, którą sobie uciął w kąciku na rozłożystym zydlu.
- No, co tam? - zaskoczony, wymamrotał sennym głosem, przecierając sękatym paluchem zapuchnięte powieki.
- Ogłaszaj gody, tatuśku! - krzyknęła radośnie prosto w brudne ojcowskie ucho. Niebezpieczny dla uszu dźwięk przedarł się jakoś przez barierę woskowiny i posklejanej sierści, tyle że w postaci znacznie osłabionej.
- Niby, że jak? - upewnił się stary ogr. - Gody? A z kimże to?
- Z Nokusiem, z moim pięknisiem!
- Z tym mordziatym biedakiem z jaskini? Tylko co mu odmówiłem. Przecież bez przerwy trajkoczesz o tym czło-o-wieczku, Kubie, nieprawdaż? - entuzjazm córki wydał mu się podejrzany.
Córka tupnęła gniewnie.
- Nienawidzę tego ludzia! I ich wszystkich! Ogłaszaj gody, wychodzę za mąż!
- Ale... ale jutro wypluwki - zaprotestował Tata Too.
Boki zwlókł się z wyścielonego świeżym mchem i kolorowymi szmatami barłogu. Nie bardzo pojmował, co się dzieje. Przebieg tej rozmowy zaskoczył go niezmiernie.
- No, co ty, mała, odbiło ci? Chociaż, z drugiej strony, będę miał fajnego szwagra. Jest taki... jak by to Kuba powiedział? O, wiem: nieokrzesany!
Sola zacisnęła szczęki.
- Nawet mi o tym niewdzięczniku nie wspominaj. Ludzie są podli - załkała.
Trwało to sekundę, może dwie. Potem jej umalowane oblicze pojaśniało.
- Jutro wypluwki, a pojutrze gody. I nawet nie mówcie, że nie zdążymy - zerwała się z kolan taty, podbiegła do Mamy Moo, uściskała ją, kopnęła częściowo odbudowaną wieżę bliźniaków i żegnając zebranych łomotem zatrzaskiwanych drzwi, ulotniła się z domu.
Ciągnęło ją do niebieskawych grzybów. Przyniesie kilka na obiad, niech wszyscy mają uciechę.
Rozdział 2.
Okrutny dzieciożerca
Pobiegł na skróty przez Park Nauki Jazdy. Ośrodek był starannie utrzymany. Na skoszonych trawnikach stały ławki z kutego żelaza, a wzdłuż ogrodzenia rosły przystrzyżone krzewy żółtych forsycji.
Po wysypanych żwirem alejkach jeździło kilku małych rowerzystów całkiem wbrew zaleceniom ustawionych co kilkanaście metrów znaków drogowych. Usłyszał chrzęst. Z bocznej dróżki wyskoczył pedałujący zapamiętale ośmiolatek w dresie w czerwono-czarną szachownicę i w takim samym kasku.
Gdy zobaczył Kubę, wywalił język i wjechał zaskoczonemu gimnazjaliście na stopę.
- Auu, ty wariacie! - wrzasnął Kuba, odruchowo łapiąc się za bolące miejsce.
Chłopczyk zahamował, odwrócił się i zawołał z daleka:
- Jak chodzisz, kalafiorze?! - bezczelny uśmiech zasmarkanego rowerzysty sprawił, że w niestrudzonym pogromcy Nicości, Pani Niebytu oraz Władczyni Smoków w jednym zawrzała krew. Naprawdę szkoda, że nie miał przy sobie budzącego respekt talizmanu smoka Slaa-Gaara. Zacisnął pięści.
- No, to się doigrałeś, cwaniaczku - wycedził powoli. Rozejrzał się za jakimś kijem, ale teren był wysprzątany do przesady. Trudno, trzeba będzie obejść się bez narzędzi. Zaczął biec.
Mały prowokator wskoczył na siodełko i nacisnął pedały. Rower ruszył niespiesznie, grzęznąc w grubej warstwie żółtego żwiru. Kuba był coraz bliżej, a jego zaciśnięte szczęki świadczyły o morderczych zamiarach. Prawdę mówiąc, chciał tylko łobuza przestraszyć, żeby na drugi raz szanował starszych, ale nie zaszkodziło w tej sytuacji przybrać groźny wygląd.
- Powiem bratu, że mnie goniłeś, durny pajacu, to zobaczysz! - ostrzegł go chłopczyk. - Mój brat jest prawdziwym chuliganem, z gangu!
- A mój jest... ogrem dzieciożercą! - wymyślił Kuba kilka kroków od rowerzysty.
Już prawie go miał, gdy w równoległej alejce pojawił się instruktor z gwizdkiem i policyjnym lizakiem w ręku. Rower gwałtownie wjechał na trawnik. Malec postanowił oddać się w bezpieczne ręce dorosłego.
- Gdzieś ty wjechał, barani łbie?! Na trawnik? Rowerem? - instruktor miał bardzo nienowoczesne metody obchodzenia się z dziećmi.
Bezczelny smarkacz nie zareagował, rozpaczliwie ratując skórę przed przetrzepaniem. Wyciągnął rękę w kierunku Kuby.
- Bo, proszę pana, napadł na mnie ogr przebrany za człowieka. Pobił mnie i ugryzł w nogę. Tam jest!
Kuba rzucił się pod żywopłot. Na wszelki wypadek.
- Co ty bredzisz, Gorzałka? - instruktor nawet się nie obejrzał. - Jazda na alejki ćwiczyć znaki!
Kłamczuszek w kasku próbował jeszcze dyskutować, ale instruktor włożył gwizdek do ust i zagwizdał kilka razy, skutecznie zagłuszając paplaninę. Malec w końcu odjechał, dołączając do grupy.
Kuba popatrzył za nim i mruknął:
- Żebyś się wywrócił na tym swoim rowerku, łapserdaku... - pstryknął palcami i wybałuszył oczy ze zdziwienia, pojazd bowiem zakołysał się i runął na bok. Rowerzysta w czerwono-czarnym dresie zarył kolanem w żwir.
- O? - Kuba popatrzył na swoje zaskakująco magiczne palce. - Udało mi się. Ale, kurteczka, jak?
Boki nie był już takim zapamiętałym żarłokiem, jak kiedyś. Przyniesione przez Solę grzyby potraktował z niechęcią i nawet ich nie spróbował. Mama Moo obejrzała je za to i stwierdziła:
- Jak świat światem, czegoś takiego jeszcze nie widziałam, a przecież gotuję dla tej rodziny od lat. A ty, Too?
- A ja przecież tu nie gotuję - zauważył Tata Too roztropnie. - W strażnicy to co innego, tam pichcę sobie nieraz różne takie te, ehm, potrawy. Grzyby jak grzyby. Kolor dziwny, ot co. Ale co podasz, to i zjem. Tyle mojej wypowiedzi - pogłaskał główki bawiących się kamykami synków.
Bliźniaki od dłuższego czasu zachowywały się poważnie. Dzień wypluwek miał zmienić ich pozycję wśród ogrów. Nadanie imienia wiązało się z osiągnięciem pełnoletności i zżerała je ciekawość, jakie imiona się im dostaną. Przestały psocić i, co więcej, zaczęły używać mowy ogrów, by pokazać, że się jej już nauczyły przez tych jedenaście lat.
- Tyle mojej - powtórzył pierwszy.
- Wypowiedzi - dokończył drugi, układając przedostatni klocek na kamiennej konstrukcji. Jakim cudem ta wieża jeszcze stała, nie wiadomo, bo budowana była krzywo i bez znajomości rzeczy.
Sola zamlaskała zachęcająco.
- Zjedzmy je. Są rewelacyjnie smaczne i w dodatku jest ich mnóstwo. Rosną nawet na skale.
- My nie chcemy - oświadczyli zgodnie mali bracia.
Sola podeszła do nich, ukucnęła i strąciła czubek wieży.
- Nic... - powiedziała, mrużąc oczy - ...tu... - strąciła kolejny klocek - ...nie macie... - zrzuciła następne dwa - ...do gadania! - dokończyła, rozwalając budowlę do końca. - Zjadać!
- Maaamo! - zawyły bliźniaki.
Mama Moo odłożyła podejrzaną zdobycz córki do miski, otrzepała dłonie i oblizała palce. Jej chmurna twarz rozjaśniła się nagle i ogrzyca oświadczyła słodko:
- Nie wyjcie mi tutaj, chłopcy. Jak będziecie niegrzeczni, to powiem Obmierzłym Staruchom, żeby wypluły wam wyjątkowo paskudne imiona. Na przykład Glut i Brud. Chcecie tego?
Bliźniaki pokręciły głowami.
Tata Too zmarszczył czoło. Popatrzył na Bokiego, dając do zrozumienia swemu pierworodnemu, że potrzebna będzie pomoc. Boki mrugnął, że wie, o co chodzi.
- Taak, z takimi imionami musielibyście zamieszkać chyba w Smoczych Górach, żeby nie przynosić wstydu rodzinie. I zacznijcie budować coś innego, odbiło wam z tą wieżą czy jak? - powoli, kołyszącym krokiem podszedł do stołu.
Mama Moo uśmiechnęła się do niego nieco nieprzytomnie.
Młody ogr chwycił miskę z grzybami i skoczył w stronę drzwi.
- Niee! - ryknęła Sola, rzucając się w jego kierunku. Zdążyła złapać brata za rękę. Zaskoczony Boki zachwiał się, potknął się o walające się po podłodze kamienne klocki i przyklęknął.
- Zostaw to! - krzyk siostry przeobraził się w pisk. Pociągnęła Bokiego za wystrzępiony rękaw.
Miska grzmotnęła w stołową nogę, roztrzaskując się na kawałki. Fragmenty grzybowych kapeluszy wzleciały aż pod belki sufitu, plasnęły o drewno i opadły na podłogę deszczem wirujących okruchów. Część z nich wniknęła zaraz w spękania wysypanego zielonym piaskiem klepiska. Zamarli.
Miał już dosyć mieszkania z ojcem. Stary Truth postanowił zrekompensować Dovertisowi nieudane dzieciństwo, brak matki i swoją długotrwałą nieobecność. Zamęczał więc syna bezustannym doradzaniem, gderaniem i prawieniem morałów w rodzaju: "Kto marnuje czas na nieróbstwie, temu nic się w życiu nie uda. Ja w twoim wieku byłem wręcz rozchwytywany na rozlicznych światach, a ty co?".
Przekonywanie o swojej dorosłości kogoś, kto we własnym mniemaniu posiadł wszelkie mądrości i znał niezawodny przepis na życiową karierę, nie miało najmniejszego sensu. Dlatego od kilku dni kopał zapamiętale głęboką norę na skraju wyludnionego siedliska Truthów. Jeszcze trochę wysiłku i wyprowadzi się na swoje. Wreszcie skończy się ojcowskie ględzenie. Oczywiście, by uniknąć przedwczesnej awantury, zataił przed Pulthertisem fakt planowanej wyprowadzki. Dla niepoznaki zapisał się nawet na podyplomowy "Kurs Rozpoznawania Zagrożeń Wszelakich Tu i Ówdzie", organizowany właśnie przez trzech stetryczałych profesorów z tutejszej Akademii Przewodników.
Tyle że Pulthertis, widząc ponurą minę jedynaka, wpadł na genialny pomysł. I to wszystko zmieniło.
Długi i wyjątkowo drażniący dzwonek wyrwał go z zamyślenia. Do tej pory nie mógł uwierzyć, że osiągnął tak marny rezultat w testach kompetencyjnych na koniec podstawówki. Gdyby nie to, trafiłby na pewno do "Jedynki", najlepszego gimnazjum w mieście.
Baśka nie kryła rozczarowania:
- Myślałam, że może nawet będziemy w jednej klasie. A tak, co?... Rodzice już pochwalili się wszystkim dookoła, że pójdę do dobrej szkoły.
- No i racja. Nie dla ciebie towarzystwo matołów - odpowiedział jej wtedy ze złością. Ale to na siebie był zły, nie na nią. Jedyną pociechą było towarzystwo Andrzejka. Niezawodny kumpel też się raczej nie przykładał do nauki. Obaj zostali na starych śmieciach.
Teraz widywał ją rzadko. "Jedynka" przykręcała śrubę i Baśka miała urwanie głowy. Na dodatek zaczęła bawić się w aktorstwo w jakiejś amatorskiej grupie teatralnej. Jak ona się nazywa? "Blaski i cienie"? Chyba jakoś inaczej...
Kuba wyjrzał zza rosnącego pod szkołą kasztanowca. Niewykluczone, że Baśka się wreszcie pojawi. Czekał na nią od dobrej godziny, chowając się przed patrolami Straży Miejskiej, wyłapującymi wagarowiczów.
Szerokie dwuskrzydłowe drzwi gimnazjum rozchyliły się na boki i z wnętrza piętrowego budynku wysypała się gromada uczniów. Kuba poszukał wzrokiem znajomej sylwetki. Dostrzegł ją natychmiast. Drobna dziewczyna w niebieskiej bluzce, wąskich pasiastych spodniach i martensach oraz z burzą ciemnych, ładnie wymodelowanych włosów. Basia...
Ruszył, z zażenowaniem spoglądając na swoje pozdzierane beztroskim traktowaniem adidasy, zaplamione niedawno trawą dżinsy i wygniecioną koszulkę. Podobno jednak nie ubiór świadczy o człowieku. Tak stwierdziła kiedyś mama, gdy tato wyjątkowo długo walczył z wiązaniem krawata i w końcu odłożył go z powrotem do szafy. Tylko że wybierali się akurat na bal sylwestrowy i nie wiadomo, czy mama mówiła poważnie.
Baśka chyba go zobaczyła, bo uśmiechnęła się wesoło i pomachała ręką. O mało się nie zabił na wyłożonym szerokimi płytami dziedzińcu. Mimo wyjątkowo ciepłego września drzewa gubiły już liście i ktoś nieuważny mógł się na nich pośliznąć.
Zmartwiał, gdy ujrzał prawdziwego adresata wesołego uśmiechu Basi. Z usytuowanej pod granitowym pomnikiem Budowniczych Szkoły ławeczki poderwał się wysoki chłopak z zaczesaną do góry czarną czupryną.
"Kazio? A ten co tu robi?" - Kuba zwolnił kroku.
Licealista podszedł do Baśki, rozkładając szeroko długie ramiona. "Ma chyba z metr dziewięćdziesiąt wzrostu" - ocenił Kuba niechętnie. Sam nie był niski, ale takie dryblasy budziły jego niepokój. Zachował więc dystans i wmieszał się w rzednący tłum uczniów, by nie stracić śledzonej pary z oczu.
- Ach, witam cię, pięknooka panienko! - zagrzmiał Kazio, kładąc przesadny akcent na "ę". Tej maniery Kuba też nie znosił, ale Baśce najwyraźniej się podobała.
- Ach, witam cię, fascynujący młodzieńcze - odpowiedziała równie idiotycznie. Kilkoro nastolatków - przypadkowych świadków tej rozmowy - parsknęło śmiechem.
"Śmiejcie się - westchnął Kuba w duchu. - Z czego tu się śmiać? Co ona wyprawia..."
Kazio objął Baśkę łapskami i podniósł do góry, aż zatrzeszczały rękawy jego czarnej skórzanej kurtki. Opuścił dziewczynę czym prędzej i poprawił wiszącą mu na szyi fantazyjną apaszkę.
- Wiesz, Basiu, ułożyłem dla ciebie poemat - pochwalił się.
Baśka popatrzyła na niego z podziwem. Te oczy kiedyś spoglądały z podziwem na pewnego bohatera, ale co tam.
- Poemat nosi tytuł Rzekłbym tobie, miła, a zaczyna się tak: Rzekłbym tobie, miła, co w mej duszy śpiewa, abyś uwierzyła, żem... i tu mi brakuje na razie pomysłu. Ale puentę już mam: coś tam coś, ...zaiste, serce moje czyste! Wspaniałe, nieprawdaż?
"Zwyczajny burak!" - Kuba poczuł ulgę. Są dziedziny, w których tacy Kaziowie mu nie podskoczą.
Basia zmrużyła oczy. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie wyparte na moment przez zadumę. Jakby coś sobie nagle przypomniała. Coś niezmiernie ważnego. Po chwili jednak klasnęła w dłonie:
- Wspaniały wiersz...
- Poemat - sprostował poeta w apaszce.
- No tak, poemat. Jest wspaniały. A jak go skończysz, będzie doskonały. Tak myślę...
Kuba zatrzymał się zniechęcony. Trzeba pogodzić się ze stratą. Fajna z niej była przyjaciółka, jednak w tej sytuacji... Usłyszał jeszcze cichnący głos dziewczyny:
- To spotkamy się na próbie w "Exalcie"?
- Owszem - wychrypiał niedojrzałym basem Kazio. To jego "owszem" zabrzmiało jak "owszę", co Kubę sprowokowało do złośliwości.
- A niech ci to "owszę" i "panienkę" bokiem wylezie. Rzekłbym tobie, miły... - krzyknął za nimi. Byli już jednak daleko.
To tyle, jeśli chodzi o pogadanie o problemach z kimś bliskim. Musi wracać do domu, choć tam zapewne już wiedzą o matematyce. Kolejny raz zostanie skazany za niewinność.
Kazio tańczył wokół Baśki, szczerząc zęby i gestykulując zawzięcie. Na skrzyżowaniu nie zauważył czerwonego światła. Nie zauważył też zaparkowanego na chodniku policyjnego radiowozu. Wpląsał na pasy, ciągnąc dziewczynę za sobą. Opierała się, ale "skończony artysta" nic sobie z tego nie robił. Odezwał się charakterystyczny sygnał. Policjant pokiwał na nich palcem i wysiadł z samochodu.
- Oj, nie zważamy na sygnalizację pionową. Będzie mandacik.
- Ależ proszę pana - zaprotestował Kazio - przecież nic nie jechało!
- I jeszcze się kłócimy. To wyniesie po pięćdziesiąt złotych na osobę - policjant był nieczuły na urok osobisty przyszłego wieszcza.
Kazio poprawił włosy i poklepał mężczyznę po ramieniu.
- Panie policjancie, owszem, weszliśmy na czerwonym świetle, ale koleżanka tak mnie zagadała...
Policjant odsunął się zdegustowany.
- Mógłby kawaler mnie nie dotykać? Zaraz dopiszę jeszcze po setce za "czynną napaść na funkcjonariusza"!
- To może nie - Kazio spuścił z tonu. - Może być kredytowy? Jakoś nie mam przy sobie pieniędzy. - Nachylił się i szepnął: - Niech każdy płaci za siebie, wie pan...
Policjant zdjął czapkę, otarł czoło, po czym oznajmił:
- Dziewczyna nie płaci. Widziałem, jak ją wciągnąłeś na przejście, chłopcze. Ale mandat kredytowy ci przysługuje, jak najbardziej - sięgnął do raportówki i wyjął bloczek mandatów.
Kazio popatrzył na Baśkę.
- Planowałem zaprosić cię na lody albo na deser, ale w tej sytuacji... Sama rozumiesz.
- Rozumiem - powiedziała dziewczyna, bardziej do siebie niż do niego. Odwróciła się na pięcie i odeszła. Znowu coś jej się przypomniało. Przyśpieszyła kroku.