3. Pora roku i klimat
Matkę Ziemię ochrzczono już globalną wioską, zgadzam się z tym
całkowicie, tyle że ta wioska ma różne strefy czasowe, klimatyczne,
zmienne pory roku, inną faunę i florę. Są miejsca, w które o każdej
porze roku warto się wybierać. Do podróżowania po Chile skusił nas
charakter geograficzny regionu, chcieliśmy zobaczyć morze, góry, las,
zmierzyć się z tym, co znajduje się na drugim brzegu rzeki, i stawić
czoła nieznanemu. Miejsca, w które się udawałem, często były nawiedzane
kataklizmami, takimi jak trzęsienia ziemi, powodzie, huragany; nawet
całe wsie bywały zasypywane lawinami skalnymi i tymi znanymi z naszych
gór, śnieżnymi. Na marginesie: pamiętam, jak kiedyś wulkan na Sycylii
wybuchł wieczorem, a jeszcze w południe jadłem na zboczu Etny rodzinny
obiad.
Start Patagonia Ultra Race. Wejście do Cieśniny Magellana
To żadne bohaterstwo, bo pod wieloma wulkanami, tak jak na
Sycylii, żyją tysiące osób i nikt nie porównuje ich do szaleńców. Taka
po prostu jest nasza planeta, ona żyje, trzęsie się i wybucha,
kontynenty wciąż się przemieszczają, no a my razem z nimi od tysięcy
lat. Można by powiedzieć: po co się tam pchać, ale jak się nie pchać w Himalaje czy nie pragnąć się zmierzyć z piaskami Sahary, jeśli chce się
smakować życie? A poza tym tam też normalnie żyją ludzie. U nas
przecież, podobnie jak na całym świecie, zdarzają się powodzie, palą się
lasy i szaleją sztormy.
W terenie jest wręcz bezpieczniej, bo planując wyprawę, uwzględniam
możliwość zetknięcia się z naturą w jej najbardziej dzikiej odsłonie,
jaką są żywioły, a siedząc na kanapie w domu, nie myślę, że rosnący za
płotem las może kiedyś stanąć w ogniu. Ciekaw jestem, ilu z was zrobiło
to, co mój przyjaciel mieszkający na obrzeżach Warszawy, gdzie las
zagląda do mu okien. A mianowicie skrzyknął kilku rozleniwionych
dobrobytem sąsiadów i zakupili wspólnie sprzęt przeciwpożarowy na
potrzeby właśnie swojej ulicy. On jednak i tak ciągle coś zwiedza, choć
w domu najbezpieczniej.
Sahara
Pewnie ten kawałek globu kojarzy się wam z palącym słońcem i równie
rozgrzanym piaskiem - tak, potwierdzam, ale można na tym pisaku równie
dobrze zmarznąć jak się oparzyć. Saharę poznałem na tyle dokładnie, że
mogę opisać wszystkie jej pory roku. Tak jak latem, jesienią i wiosną
nie ma na Saharze zaskoczenia, no, może poza plackami zielonej trawy po
obfitym deszczu. Wtedy na Saharze jest po prostu gorąco. To zima może
nieźle dać nam w kość. Nie chodzi mi tu do końca o spadającą poniżej
zera w nocy temperaturę, pozostawiającą na kałużach znak w postaci
cienkiej tafli lodu, który szybko niknie wraz ze wstającym słońcem,
powodującym dużą różnicę temperatury pomiędzy dniem a nocą. Na ten
rozstrzał można się odpowiednio przygotować sprzętowo i jest spokojnie
do wytrzymania.
Uroki kosztowania życia na pustyni: pustynna burza na Saharze
Najbardziej dokuczliwe na saharyjskiej pustyni zimą są
wiatry, a dokładnie burze piaskowe. To one dały mi się we znaki
najbardziej. Wiatr wiatrem, ale ten pustynny niesie ze sobą piach, kurz
i pył, który - uwierzcie mi na słowo - jest w stanie przeniknąć
wszędzie. Taka burza piaskowa sięga czasami 2,5 km wysokości, a potrafi
trwać kilka dni. Najdłuższa, którą przetrwałem, trwała cztery pełne dni
i noce. Styczność z burzami piaskowymi i wiatrem zwanym samum miałem już
wcześniej w Kuwejcie, Iraku i Afganistanie, ale nigdy zamieć nie trwała
tak długo jak na Saharze. Te afgańskie były najbardziej spektakularne,
samum potrafił przejść przez połowę naszej bazy w Ghazni, zasnuwając ją
piachem i pyłem, a ludzie z drugiej połowy stali i patrzyli, co
kilkadziesiąt metrów dalej się wyprawiało.
Sahara, piękna, ale i tajemnicza
Skoro miałem już spore doświadczenie, mój ekwipunek wcale nie wyglądał
dziwnie - podczas wylotu na gorącą Saharę wyposażony byłem w gogle
narciarskie. Takie gogle świetnie sprawdzają się podczas porywistego
wiatru, który potrafi wykonać piaskiem na nieosłoniętej skórze mocny,
wręcz bolący peeling. Nie mając założonych gogli, praktycznie nie można
patrzeć na boży świat. Czy dzień czy noc podczas tej szalonej zawieruchy
widoczność potrafiła spaść do kilku metrów. By przejść z jednego baraku
do drugiego, rozciągaliśmy pomiędzy nimi sznurki, a odległość nie była
duża, bo około 15 m. Mimo to, idąc po omacku, można było zboczyć z kursu
i błądzić po naszej sztucznej oazie. Wiatr jest uciążliwy nie tylko na
zewnątrz, w każdym pomieszczeniu codziennie można było zastać warstwę
pyłu, który wciskał się przez szczeliny i idealnie równo rozkładał po
całym pokoju. Widać to było na równo zasłanym łóżku. Budząc się rano,
wstawałem ostrożnie, by nie wznieść wokół siebie chmury pyłu. Podczas
burzy na zewnątrz nie jest możliwy transport, zamierają wszelkie prace,
dzieje się coś podobnego jak w czasach pandemii. Siedzi się w bezpiecznym miejscu i czeka, aż to cholerstwo odejdzie w zapomnienie.
Potem jest dziwnie cicho, powietrze wydaje się tak przejrzyste, że aż
widok horyzontu razi w oczy, człowiek ma wrażenie, że jest w samym
środku planu kręconego właśnie dokumentu telewizyjnego o potędze natury,
bo widok brązowej pustyni po bezkres nie jest możliwy do opisania,
serio.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Świat na celowniku to trochę taki ekstremalny poradnik podróżniczy, w którym nie tylko podzielę się z wami radami, jak dobrze zaplanować swą
podróż, lecz także udacie się ze mną w wiele miejsc, które zwiedziłem
jako żołnierz jednostki specjalnej GROM i jako cywil! Po tej lekturze
będzie wam łatwiej zaplanować podróż, niekoniecznie w tradycyjnej
formie. Fascynujący jest już sam początek - to jakby czytanie skryptu
bez oglądania akcji, ale takie właśnie bywa planowanie operacji
specjalnych. Ich akcja dopiero z czasem się rozwija, nabiera dynamiki i kolorów. Jeśli będąc gdzieś tam w świecie, chcemy przeżyć fascynującą
przygodę, musimy postawić na bezpieczeństwo, trzeba przebrnąć przez
planowanie, przygotowanie sprzętu i zadbanie o szczegóły, które nie są
spektakularne, ale to właśnie dzięki nim potem tam w boju wiemy, jak
walczyć, by zwyciężyć. Wiemy też, jak bezpiecznie podróżować, by wrócić
i móc opowiedzieć, jak wygląda inny świat, ten, który obraliśmy sobie za
nasz cel.
"Żołnierzu tułaczu..." - tymi słowami chętnie rozpocząłbym pisanie mojej
podróżniczej książki. W naszej kulturze przed wiekami upowszechniła się
taka właśnie postać i Pieśń o żołnierzu tułaczu rozpoczynająca się
słowami:
Idzie żołnierz borem, lasem,
Przymierając z głodu czasem;
Chleba, soli nie żałować,
Trza żołnierza poratować.
Piękna i zarazem smutna pieśń. Przez wieki jej tekst był zapożyczany
przez naszych największych poetów i upowszechniany. Mamy nowe czasy i ze
mną, weteranem jednostki wojskowej GROM, zostaniecie przygotowani na
podróż, której nie będziecie żałować, do was będzie należała decyzja,
jaką przygodę podczas podróży chcecie przeżyć. Tam, gdzie się ze mną
udacie, będzie ich wiele, więc trzeba się dobrze przygotować, by
bezpiecznie wrócić do domu i każdą z nich opowiedzieć. Sporej części z nas już nie odpowiada standardowa impreza serwowana przez biuro podróży
z gwarantowanym all inclusive - mimo iż i to bywa fajne oraz często ma
sens, choćby ten ekonomiczny. Ale trochę już wyrośliśmy z gwiazdkowych
hoteli i chcemy chadzać własnymi ścieżkami, by podążać szlakami
odkrywców świata.
Opracowując mój wyjazd, korzystam ze sprawdzonego schematu używanego w działaniach specjalnych. Jest on bardzo prosty:
- rozpoznanie,
- planowanie,
- przygotowanie,
- operacja,
- powrót do bazy.
Oczywiście na każdy z punktów składa się kilka elementów, w wojskowej
nomenklaturze tak to właśnie brzmi. W przypadku naszej wyprawy, do
której postaram się was przygotować, i w opisach moich wyjazdów schemat
będzie wyglądał bardzo podobnie. Musicie przyznać, że nawet bez tej
rozpiski każde z nas, nawet nieświadomie, planuje podróż podobnie.
Wpierw wyznaczacie sobie cel podróży, potem szykujecie się do wyjazdu,
udajecie się na miejsce, ciesząc się wypoczynkiem, no i wracacie do
domu. Ja, korzystając z mojego wojskowego doświadczenia, podczas
planowania podróży każdy z punktów rozbijam na detale i szykuję się,
jakbym jechał na operację bojową.
Dzielę wyprawę na etapy. Na każdy z nich muszę się przygotować,
zaczynając od odpowiedzenia sobie na pewne pytania, które wynikają z przygotowywania się do podróży. Pierwsze z nich to: czy ja chcę tam
jechać, a jeśli tak, to czy jestem gotowy na tę podróż?
1. Cel - dokąd jechać
Zacznijmy od jeszcze innego pytania: dlaczego żołnierz zabrał się do
pisania poradnika podróżniczego? No jak to - a kto przez wieki, jeśli
nie wojak, był tym, który podróżował i odkrywał nieznane naszej
cywilizacji lądy i morza? Już z założenia żołnierz równa się podróżnik.
Tak też właśnie niezależnie od nowożytnej epoki wyglądała część mojego
życia. Gdy byłem dzieckiem, czytanie Biblii i opowieści o Ziemi Świętej
z podróżą Trzech Króli w tle rozgrzewały wyobraźnię. Podobnie z otwartymi ustami, niczym fascynujących baśni, wysłuchiwałem historii o wyprawach krzyżowców i zdobywaniu nowego świata na lekcjach geografii i historii. Jako żołnierz miałem to szczęście, że na własnej skórze mogłem
przekonać się już na miejscu o potędze dawnych armii czy odwiedzić
Ziemię Świętą. Kto nie zna Aleksandra Wielkiego i historii jego wypraw?
Będąc w Afganistanie, podążaliśmy jego śladami i podziwialiśmy
pozostałości jego warownych wież na jedwabnym szlaku. Babilon,
Jerozolima, Trypolis, piramidy Azteków w Meksyku czy te równie magiczne
w belizeńskiej dżungli - wszędzie tam historia pozostawiła swój ślad.
Budowano i walczono w tych miejscach od zawsze, więc i dzisiejszy
żołnierz pozostawił przy nich odcisk buta, raz jako wojak, a raz jako
turysta.
Widok starej i zniszczonej działaniami wojennymi części Ghazni, miasta
we wschodnim Afganistanie
W dzieciństwie wertowałem atlas geograficzny i historyczny, podążając
palcem po mapie, marząc o podróżach tych geograficznych na równi z tymi
historycznymi w czasie i przestrzeni. Te drugie ziściły się w dorosłym
życiu. Rozkochałem się w podróżowaniu i nawet nie wiem kiedy,
odwiedziłem prawie pięćdziesiąt państw, służbowo lub prywatnie,
spełniając dziecięce marzenia. Było ciekawie, ale i niebezpiecznie.
Dzięki wyszkoleniu, odpowiedniemu sprzętowi i przyjaciołom, z którymi
tam byłem i moim wspomnieniom mogę przygotować i was do ciekawej
przygody. To co - w drogę?
Przed pójściem do wojska jako osiemnastolatek tylko dwa razy, i to
nielegalnie, przekroczyłem granicę kraju, zaś swą pierwszą oficjalną
podróż poza Polskę odbyłem właśnie dzięki zasadniczej służbie wojskowej.
Pierwszym z tych nielegalnych przekroczeń granicy była wyprawa na zakole
Odry podczas polowania na kaczki. Często udawałem się na nie z wujkiem
Józkiem w okolicach wsi Olza koło Raciborza. Strzelona kaczka utknęła w zaroślach po czechosłowackiej stronie, a że wujek należy do śmiałych, to
przeprawiliśmy się po nią, wyręczając psa, który nie mógł jej znaleźć. W tamtym miejscu Odra i jej dopływ Olza tak się wiją, że nie wiadomo,
który teren należy do którego państwa, ale w pamięci dzieciaka utkwiła
ta eskapada i emocje związane z przekroczeniem granicy, jakbym brał
udział w kontrabandzie. Za drugim razem nie było to już przypadkiem. Los
wyznaczył mi pierwsze "zadanie bojowe" poza granicami. Boisko klubu
piłkarskiego LZS Pietraszyn graniczyło bezpośrednio z Czechosłowacją. Na
czas meczu nie zjawiły się wojska ochrony pogranicza, co było regułą obu
naszych braterskich narodów. Stróże granicy byli potrzebni, by w razie
kopnięcia piłki na stronę sąsiada móc ją odzyskać. To oni ją podawali.
Tym razem ich zabrakło, więc ochoczo zwiedzaliśmy zaorane pole po
czechosłowackiej stronie, wyrastając na lokalnych bohaterów -
przekraczając granicę tam i z powrotem i odzyskując piłkę.
Zasadnicza służba wojskowa upomniała się o mnie w 1993 roku. Sam wyjazd
do Lublińca już był dla mnie przygodą, która otworzyła przede mną cały
świat. Dzisiaj Ziemia, poza narysowanymi na mapie i pilnowanymi przez
administracje rządowe granicami, nie ma dla nas barier - może poza
finansami, bo podróże kosztują. Wiadomo, w wielu miejscach toczą się
konflikty zbrojne. To jednak nigdy nie stanowiło dla mnie przeszkody,
wręcz byłem szkolony, by tam jeździć, no, może nie jako turysta... Dziś
nie trzeba być żołnierzem, by wyjechać na misję ONZ do Libanu i zwiedzać
Izrael, nie trzeba emigrować zarobkowo i politycznie, by zobaczyć USA,
ani być profesjonalnym podróżnikiem, by przedzierać się przez pierwotne
lasy Patagonii. Wszędzie tam możemy pojechać, bo po prostu chcemy
dotknąć, powąchać i zasmakować innego skrawka globu. Mamy w sobie chęć
poznawania natury, historii i geografii tam na miejscu.
Obecnie dzięki doświadczeniu w podróżowaniu patrzę na swoje wyjazdy jak
na planowanie operacji specjalnej. Dzielę pobyty na poszczególne
elementy, które można dokładnie tak samo zaplanować jak operację
wojskową:
- rozpoznanie, czyli dowiedzenie się wszystkiego na temat miejsca, które
chcę odwiedzić,
- logistyka, czyli jak się spakować, co ze sobą zabrać, a co mogę zdobyć
na miejscu,
- transport, czyli analiza i wybór środka przemieszczania się, ustalenie
trasy przejazdu: głównej i dróg zapasowych,
- zabezpieczenie medyczne, czyli zabranie zestawu pierwszej pomocy,
określenie, na co można liczyć na miejscu (trzeba się też oczywiście
ubezpieczyć i zaszczepić odpowiednio wcześniej),
- zakwaterowanie, czyli gdzie będę mieszkać, gdzie można, a gdzie nie
warto zostać na noc,
- kontakt osobowy, czyli sprawdzenie, czy w regionie będzie można liczyć
na jakieś wsparcie: krewnych, znajomych, znajomych naszych znajomych...,
- pobyt na miejscu, czyli zaplanowanie wstępnie każdej aktywności dzień
po dniu,
- łączność, czyli wiedza, jak poinformować naszych bliskich, ale i w razie niebezpieczeństwa służby, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje,
- sytuacje awaryjne, czyli przygotowanie się na zagrożenia, których
chcielibyśmy uniknąć podczas naszej wyprawy, a jednak one się zdarzą -
łącznie z przygotowaniem się do sytuacji zakładniczej i walki o życie.
Niezależnie od liczby odbytych podróży do wyjazdu zawsze podchodzę
bardzo poważnie. Już na wstępie odpowiadam sobie zawsze na podstawowe
pytanie: czy to ja chcę tam jechać? Nie lubię, gdy ktoś decyduje za
mnie, więc sam nigdy zbytnio nikogo nie namawiam na podróżowanie ze mną.
Miejsca na wyprawy wybieram, wydawałoby się, dość przypadkowo: gdzieś
coś przeczytałem, dawno temu, i zostało w mojej głowie, a nawet jeszcze
wcześniej, bo w dzieciństwie marzyłem, by tam pojechać. Kiedyś znajomy
wspominał, że warto zawitać w niesamowite miejsce, które właśnie
odwiedził, więc zaczynam czytać o tym miejscu i wiem, że faktycznie
chciałbym je zobaczyć. Przed pandemią decydowałem się na wyjazdy,
podczas których mogłem połączyć podróż z czymś, co uwielbiam, czyli
bieganiem. Nic nie stoi na przeszkodzie, by podczas wyjazdu wziąć udział
w jakimś zorganizowanym biegu albo odwrotnie, wyjechać na wydarzenie
sportowe, a przy okazji w miarę możliwości zwiedzać i poznawać kolejny
kraj. Właśnie takim rzutem na taśmę 1 marca 2020 roku przebiegłem
maraton na Malcie. Po tym biegu przez COVID-19 zamknęli nam świat, biegi
masowe, a nas samych w domu. Właśnie wskutek tej sytuacji, ponieważ
tęskniłem za podróżami, naszła mnie myśl, by okazując punkt widzenia
żołnierza podróżnika, podzielić się z wami opowieścią o moich wyprawach.
Medal za udział w maratonie na Malcie
Daję wam w tej książce, wraz z moimi historiami, porady, jak przygotować
się do podróży, a resztę - czyli miejsce, czas, klimat, geografię etc. -
ogarnijcie sobie sami.
W dzieciństwie, patrząc nie tylko na mapy w atlasie, ale i na chmury,
zastanawiałem się, nad jakim miastem one wiszą w swym gazowym skupieniu,
i czekałem, aż spadnie z nich deszcz. Czy ktoś z Opola, Wrocławia, a może nawet z Berlina też je widzi w tym samym czasie? Bo przecież
księżyc i gwiazdy widzimy wspólnie - ale czy chmury też? Nie
przypuszczałem, że w moim dorosłym życiu samo podróżowanie będzie może
nie tyle proste, ile dostępne. Tak jak chmury do tej pory, tak i my dziś
możemy nie zwracać uwagi na granice (oczywiście zakładam, że świat
powróci kiedyś do stanu sprzed pandemii COVID-19). Jak inaczej brzmią
dla mnie często odległe, a nawet egzotyczne nazwy, takie jak Cieśnina
Magellana, gdy mogłem stać u jej wejścia na linii startu jednego z najtrudniejszych wyścigów łączonych na świecie. Jak inaczej patrzę na
mapę Afryki, wiedząc, że pomarańczowy kolor oznaczający pustynie to nie
piaszczysty puch - choć tak ona wygląda na filmach przyrodniczych - ale
twarde wydmy, które godzinami przemierzałem w karawanie samochodów. Na
ogół nie myślimy też o jednym, czymś, co zawsze okazuje się ciekawą
zagadką: kogo spotkam, kogo poznam... W podróży zawsze mam ze sobą drobny
prezent, żeby w ten prosty sposób pokazać, że i ja pochodzę z miejsca, w którym mamy jakieś tradycje i obyczaje. Dziś patrzę na punkty świata jak
na zakamarki globalnej wioski, wiedząc już, że to nie tylko szkic na
mapie i przybliżenie zdjęcia satelitarnego, ale i wąska uliczka gdzieś
tam na Ziemi Ognistej z zaparkowanym fiatem 126p, na której akurat
panuje sjesta.
Misja ONZ w Libanie dała szansę zakosztowania podróży, połknąłem bakcyla
na całe życie, choć niestety wiele z moich podróży było tymi wojennymi
Podczas wyjazdu na misję ONZ UNIFIL do Libanu na równi wypełniałem
żołnierski obowiązek i mogłem zakosztować podróży. W większości misje
ONZ charakteryzują się tym, że są to operacje stabilizujące sytuację w zapalnym rejonie lub rozgraniczające zwaśnione strony. Żołnierze ONZ
zazwyczaj nie walczą, mawia się, że niosą pokój, więc służba stwarza
możliwość poznawania miejsca, w którym się stacjonuje. Z niebieskim
beretem na głowie zwiedziłem sporą część Libanu, również Izrael
zezwalał, byśmy jako żołnierze mogli zwiedzać Ziemię Świętą i Zachodni
Brzeg Jordanu.
Nepal
Na misji pokojowej ONZ UNIFIL w Libanie pierwszy raz zetknąłem się z Gurkhami, czyli Nepalczykami. Gurkhowie są znani od wieków z waleczności
i odwagi, służyli w szeregach brytyjskich wojsk kolonialnych, a niektóre
ich oddziały pozostają w służbie angielskiej do dziś. Gurkhów spotkałem
jeszcze później, na kursie przetrwania w Belize, gdzie byli moimi
instruktorami i bitnymi rywalami podczas gry w piłkę nożną, nigdy
nieodstawiającymi nogi. Spotkałem ich na wojnie w Iraku i Afganistanie,
a więc wszędzie tam, gdzie mnie rzuciła wojenna zawierucha. Wracając do
Libanu, Gurkhowie poza swą walecznością pozostawili w moich nozdrzach
zapach kadzidełek, który zawsze unosił się w buddyjskiej świątyni
zbudowanej na terenie ich bazy nieopodal miasta Tyr. Po prostu
wiedziałem, że kiedyś muszę odwiedzić ich kraj, poznać ich kulturę i nabyć charakterystyczną część uzbrojenia tamtejszych wojowników, nóż
kukri. Zrobiłem to trzykrotnie i nadal mi mało. Istnieją miejsca, w których jeszcze nie byłem, w myśl zasady, że trzeba gonić uciekającego
króliczka. Dalej planuję, gdzie i kiedy pojechać - i nie są to już tylko
dziecięce marzenia, ale poważne plany, chcę odkryć te obszary sam dla
siebie. Inspiracją dla naszych podróży często są napotykani na naszej
drodze ludzie i ich opowieści. O tym, jak podróżują inni, dowiedziałem
się właśnie podczas jednej z wypraw do Nepalu. W miejscowości Yak Kharka
na wysokości 4010 m n.p.m. spotkałem przesympatyczną Angielkę. Z zawodu
była nauczycielką klas początkowych, więc mogła spokojnie ze mną
rozmawiać, bo mój angielski wtedy właśnie raczkował. W Yak Kharka panuje
bardzo surowy klimat i przed pójściem spać wszyscy siedzą w jednej
izbie, skąpo opalanej pojedynczym patykiem, wspominam to jako raczej
podtrzymywanie ognia. Na tej wysokości już nie rosną drzewa, więc żeby
mieć opał, trzeba go po prostu przynieść z niższych partii gór, dlatego
jest on skrupulatnie racjonowany. Wspomniana Angielka była panią około
pięćdziesiątki, zaopatrzoną w niewielki plecak. Przedstawiliśmy się
sobie i każde z nas opowiedziało o swoich wrażeniach z Nepalu i swoim
podróżowaniu. Dowiedziałem się, że nauczycielka była już czwarty miesiąc
w podróży. Wzięła półroczny urlop bezpłatny i na start swojej przygody
poleciała do Australii. Ten lot był największym kosztem wyprawy.
Postanowiła natomiast wrócić czym popadnie, traktując to jako sposób na
zwiedzanie. W przerwie w zwiedzaniu Australii obejrzała Nową Zelandię,
potem znów przemierzała kontynent australijski autostopem i czym się
tylko dało. Drogą wodną lub powietrzną przedostała się na mnóstwo wysp
na Oceanii, zahaczając o Filipiny, Borneo i Sumatrę, skąd dopłynęła do
Singapuru i przez Malezję dotarła do Kambodży, Wietnamu, Tajlandii,
Birmy, Bangladeszu. Wreszcie dostała się do Indii, a stamtąd koleją i autobusem do Nepalu - tak jej upłynęły cztery miesiące. Dwa pozostałe
miesiące przeznaczała na zwiedzanie Nepalu, Tybetu i znów Indii.
Znacznie tańszym lotem z New Delhi planowała wrócić do rodzimego
Londynu. Spojrzałem na jej mniejszy o połowę od mojego plecak i spytałem, czy to wszystko, co ma przy sobie. Wystarczył uśmiech i zrozumiałem, że nic więcej do podróżowania jej nie trzeba. Dodała tylko,
że w Tajlandii kupiła sobie nowe buty, a idąc w góry w Nepalu, dokupiła
kurtkę puchową.
Gdzieś w Libanie na jednym z nepalskich posterunków
Innym razem w mieście Pokhara, też w Nepalu, słysząc naszą polską mowę,
dosiadł się do nas młody Chilijczyk. Pochwalił się, że kilka miesięcy
wcześniej odwiedził Zakopane. Miał dobre wspomnienia z Polski, więc gdy
usłyszał nasz język, zapragnął się przywitać. Opowiedział nam o swoim
podróżowaniu. Otóż w poprzednim roku skończył studia medyczne.
Postanowił, że zanim przystąpi do pracy i się ustatkuje, zwiedzi cały
świat. Wziął kredyt i udał się w dwuletnią podróż, podobnie jak
nauczycielka z Anglii, z tą różnicą, że nie miał szczegółowego planu i jechał tam, gdzie akurat dostał tani bilet albo na trasie ktoś coś
fajnego podpowiedział. Tak właśnie trafił ze Słowacji do naszego
Zakopanego. Nepal to miejsce dla naprawdę pozytywnie zakręconych
marzycieli. Tego samego dnia można spotkać na drodze postać
przypominającą Jezusa, Krysznę i buddyjskiego mnicha. Świat jest
kolorowy, więc warto go odkrywać na swój sposób.
Nepal jest pełen kolorów i ciekawych ludzi
Ameryka
Kto z mojego pokolenia nie marzył o wyjeździe czy też podróży do
Ameryki? Samo słowo już brzmi tajemniczo, dla nas, mieszkańców Starego
Lądu, to romantyczny kontynent z pierwotną przygodą w tle. Od wieków
przyciągał podróżników, rozbójników, piratów i zdobywców Dzikiego
Zachodu wojujących z Indianami na prerii, a z czasem przekształcił się w ląd emigrantów zarobkowych i mocarstwo. Na USA patrzyłem przez pryzmat
czasopisma "Ameryka", prenumerowanego przez mojego tatę. Kredowy papier,
na którego stronach, poza - pewnie ciekawymi - artykułami z dziedziny
przemysłu, finansów, polityki, motoryzacji, sportu i kultury, aż
błyszczały, pobudzając wyobraźnię, kolorowe zdjęcia szklanych drapaczy
chmur, jaskrawych kabrioletów i uśmiechniętej Polonii.
Jedna z okładek kultowego czasopisma "Ameryka". Przeglądając jego
strony, marzyłem o zwiedzaniu USA
Ameryko, ziemio
obiecana! Ja po prostu w dorosłym życiu wiedziałem, że muszę tam
pojechać. Mieszkali tam też od pokoleń moi krewni z jednej i drugiej
strony. USA i Kanada były mi przez to bardzo bliskie. Ponoć od jakiegoś
kuzyna dziadka, który odwiedził nas dawno temu, dostałem w wieku dwóch
lat dolara, nie mam pojęcia, co się z tym dolarem stało, ale każdy
zagraniczny pieniądz od tamtego czasu był odkładany w skarbonce i "rósł"
na bilet razem z marzeniem, że i ja do Ameryki kiedyś pojadę. Pierwsze
kroki na amerykańskim kontynencie postawiłem w drodze na Jungle Basic,
trening, który odbywał się w Belize. Spotkanie z drapaczami chmur nie
odbyło się zatem, tak jak marzyłem, na Manhattanie, ale w Houston, gdzie
spod jednego z ładniejszych budynków w mieście przegnał nas policjant,
bo okazało się, że robimy sobie zdjęcie na tle stanowego więzienia.
Poznawanie świata to nie tylko obcowanie z nowym miejscem, ale i smakowanie kultury, która była tu przed nami
Wtedy też trochę blask Ameryki prysł: w przylotniskowym hotelu po
zgaszeniu światła okazało się, że łóżka są olbrzymie, ale grasują przy
nich wielkie karaluchy. Ale taka jest właśnie Ameryka, ma wszystkie
odcienie, tylko my ją czasem idealizujemy, stereotypowo myśląc, że USA
to kraj przepychu, gdzie dolary leżą na chodniku i wystarczy się tylko
schylić, by stać się jednym z milionerów. Nie. Na ulicach, a raczej pod
mostami leżą bezdomni. Czasem odwrotnie: postrzegamy Amerykę jako
kapitalistyczne państwo, któremu zależy tylko na robieniu biznesu, przy
okazji wznieca więc dla korzyści wojny to tu, to tam. Jest w tym trochę
prawdy, ja jednak zacząłem odkrywać USA jako kraj o niesamowitej
geografii i przyrodzie, to jest dla mnie prawdziwa Ameryka, tylko
szkoda, że jej rdzennych mieszkańców już prawie nie ma... Impulsem do
zwiedzania były oczywiście moje służbowe kontakty z amerykańskimi
żołnierzami, miałem też to szczęście, że odbyłem w Stanach
dziesięciotygodniowy kurs, który był tak naprawdę szansą poznania
amerykańskiej kultury. No dobra, przesadziłem - może liźnięcia Teksasu.
Meksyk
W tej książce poznacie Navala marzyciela i romantyka, tak jak pisałem na
wstępie, moje podróże to często spełnianie dziecięcych marzeń o poznawaniu świata. Skoro tyle czytałem o rdzennych Amerykanach, nie
mogło mnie zabraknąć w Meksyku.
Wierzenia Azteków to krwawe i niezrozumiałe dla nas obyczaje
Coś w tym kraju jest dla mnie
niesamowitego, nie potrafię sobie tego dokładnie zdefiniować, ale
odczuwam żal po zniszczonej cywilizacji. Są piramidy, jest i nowa
kultura, z której dumni są Meksykanie, a ja patrzę na pozostałości po
Aztekach i Majach, odwiedzam miejsca ich kultu i mam ochotę wykrzyczeć:
czy dla kogoś jeszcze nie odeszliście w zapomnienie? Pewnie dlatego
bliskie stało mi się plemię Selk'nam, dawniejsi rdzenni mieszkańcy
Patagonii i wysp Ziemi Ognistej. Dziś uważani są za plemię wymarłe na
skutek ludobójstwa dokonanego przez białego człowieka, który omamiony
pragnieniem złota, a potem podporządkowania sobie wypasu krów
doprowadził do zagłady ich cywilizacji. Chichotem losu jest to, że
potomkowie oprawców Selk'nam zarabiają dziś na krzewieniu ich kultury,
rysując ich postacie i tworząc biżuterię na potrzeby takich jak ja.
Chcąc, by ci rdzenni Amerykanie nie umarli na zawsze, zostawiam tutaj
ich ślad.
Curaçao
Czasami trafi się nam wycieczka w postaci miłej niespodzianki. Taką
niespodzianką było wygranie przez Gosię głównej nagrody w jednym z konkursów organizowanych przez eSky.
Curaçao kojarzy mi się przede wszystkim z kolorami
Na tej stronie można kupić bilety
lotnicze, zarezerwować pokój w hotelu, wynająć samochód, ale i wygrać
bilet na karaibską wyspę Curaçao. Wyspę, o której niewiele wiedziałem,
nie miałem zamiaru jej odwiedzić i pewnie nigdy bym na nią nie trafił, a tymczasem przez przypadek poznałem jeden z najbardziej kolorowych
zakątków świata.
2. Mieć plan
To co, planujemy naszą wyprawę? Nie spać, zwiedzać, a będzie się działo!
Ja sobie tak poukładałem moje wyprawy, że dobrze się bawię już podczas
samego ich planowania. Sama organizacja podróży podnosi mi poziom
adrenaliny, a endorfiny nie pozwalają spać. Już myśl o wyjeździe,
czytanie o tym, co zobaczę, gdzie będę, zarys historii i geografii
wybranego miejsca pozytywnie mnie nakręcają i nie mogę się doczekać
trasy.
USA
Trzeba się uczyć od najlepszych. Nigdy nie lubiłem roboty sztabowej,
praca w sztabie kojarzy mi się z kwitami i godzinami spędzonymi nad
mapami. Ale moje nastawienie do tej roboty zmieniło się, gdy w Firmie
zaczęliśmy sami planować nasze operacje i dzięki takim żołnierzom jak
Jogurt, który z zamiłowania jest planistą, zawsze szło to gładko.
Wybrzeże Pacyfiku to dla mieszkańców Monterey miejsce weekendowo-nocnych
pikników
Po
wspólnym wojennym wyjeździe do Iraku polubiłem się z naszym sztabowcem,
a nawet zaprzyjaźniłem. Jogurt dostał się na roczne studia, jakieś tam
sztabowe do USA, a po zaaklimatyzowaniu się zaprosił mnie wraz z rodziną
na dwutygodniowy pobyt. Oczywiście nie miałem zamiaru siedzieć mu na
głowie przez dwa tygodnie. Mieszkał i studiował co prawda w pięknej
miejscowości Monterey w Kalifornii, na zachodnim wybrzeżu Stanów
Zjednoczonych, na miejscu było co robić, nie było potrzeby ruszania się
zbytnio z okolicy, ale dusza podróżnika na to nie pozwoliła. Poza
gościną otrzymałem w pakiecie pięknie przygotowany plan, konspekt mojej
objazdowej wyprawy po czterech stanach. Kalifornia, Arizona, Utah i Nevada stały przede mną otworem, podane jak na tacy. Wydrukowany
konspekt zawierał plan podróży i listę miejsc, które mieliśmy odwiedzić.
Ale to, jak on to zrobił i w jakiej formie dostałem pakiet dokumentów,
przerosło wszelkie turystyczne oczekiwania. Plan zawierał:
- dzienną mapę trasy z podanym harmonogramem dnia,
- liczbę kilometrów do przejechania na każdy dzień,
- orientacyjny czas przejazdu do każdego kolejnego punktu,
- godzinę pobudki wyliczoną tak, by dojeżdżać w kolejne miejsce zgodnie
z planem,
- zdjęcia charakterystycznych miejsc, np. skrzyżowania dróg, stacje
benzynowe (pomogło nam to w zorientowaniu się w terenie niezależnie od
mapy i zasięgu GPS),
- godziny otwarcia i zamknięcia miejsc wartych zwiedzenia,
- adresy hoteli,
- adresy szpitali i posterunków policji na trasie podróży,
- adres ambasady, numer kontaktowy do ambasady.
Plan wyprawy prowadził mnie za rękę na dystansie 2200 km przez
wspomniane cztery stany, zwiedziliśmy Grand Canyon - Parashant National
Monument, Park Narodowy Yosemite, Park Narodowy Doliny Śmierci, Sequoia
National Forest, Lake Mead National Recreation Area i wiele innych
niesamowitych miejsc z Las Vegas włącznie.
Skróty bywają czasami niespodziewanym zaskoczeniem
Można by powiedzieć, że
trochę nuda, czy obyło się bez przygody? A jednak... W 2009 roku miałem
już nawigację GPS, więc tak do końca nie chciałem trzymać się rad
doświadczonego "sztabowca", szturmowiec lubi chadzać własnymi ścieżkami,
a co... Po kilku dniach oswoiłem się już jako tako z Ameryką i jej
drogami, po przejechaniu pustyni w Nevadzie i zaliczeniu Doliny Śmierci
wydawało mi się, że już nic spektakularnego wydarzyć się nie może, po
prostu chwilo trwaj! Jogurt wyznaczył mi trasę, która na jednym z odcinków wydawała się nie najrozsądniejsza, bo nakazywała objechać jeden
z parków narodowych naokoło, robiąc tak zwaną podkowę. Na mapach się
znam - i dostrzegłem drogę narysowaną jak się patrzy grubą linią przez
środek tej podkowy. GPS utwierdził mnie w przekonaniu, by poruszać się
własnymi ścieżkami, no to w drogę, na skróty. Pierwsze, co mogło mnie
zaniepokoić w tym wkraczaniu na niepewny grunt, to to, że przestaliśmy
mijać jakiekolwiek samochody. To jednak w Stanach nie jest niczym
dziwnym. Jadąc przez wspomnianą pustynię w Nevadzie, też nikogo nie
spotkałem przez trzy godziny jazdy. Drugą dziwną rzeczą, która przykuła
moją uwagę, była doszczętnie opuszczona miejscowość - filmowa sceneria,
w której straszyła rozpadająca się stodoła, a w zabudowaniach skrzypiały
okiennice poruszające się w rytm hulającego tu wiatru. Nawet nie wiem,
kiedy skończył się asfalt, a szutrową drogę zagrodził szlaban z napisem
"PRIVATE AREA". Spojrzałem na mapę i monitor GPS - byłem w połowie
mojego skrótu. Droga powrotna liczyła dobre cztery razy więcej
kilometrów... No nic - niczym śmiały zwycięzca dałem szlaban w górę,
jedziemy, a co tam. Już za pierwszym zakrętem drogę zagrodziło mi stado
krów z bykiem na czele, musiałem go wręcz delikatnie szturchnąć
błotnikiem w zad, by zlazł z drogi. Jechaliśmy i jechaliśmy, a raczej
się kulaliśmy z 15 km na godzinę, bo droga usłana była sporymi
kamieniami. Po długiej chwili ciszy moja małżonka zaniepokojona dzikim
pejzażem spytała: "Może w końcu kogoś spotkamy na tej drodze?". Nie
myśląc zbyt wiele, odpowiedziałem wprost, że może byłoby dla nas lepiej,
gdybyśmy nikogo nie spotkali... Przestało być zabawnie, nikt nie wiedział
w tamtej chwili, gdzie dotarliśmy po zboczeniu z trasy, co prawda paliwa
i wody miałem zapas, ale dzień jakoś szybko zaczął się kończyć, nastała
nieprzyjemna szarówka i zanikł sygnał GPS. W takiej chwili do głowy
przychodzą wspomnienia filmów typu Teksańska masakra piłą mechaniczną
- choć przecież byliśmy gdzieś w Utah. Zaczęliśmy na poważnie rozmawiać
o tym, jak się zachować, jeśli ktoś na siłę będzie chciał nas zatrzymać.
Zuzia, moja dwuipółletnia córeczka, cichutko jak myszka siedziała z tyłu
w foteliku i nic a nic się nie odzywała, nawet nie podśpiewywała.
Kolejny zjazd z górki kończył się przejazdem przez wartki bród, na co
Gośka głośno powiedziała: "No to teraz trzeba nam się już tylko modlić",
a z tylnego siedzenia dobiegły nas słowa: "W imię ojća i śina amen...". Po
czterech godzinach jazdy bezdrożami wjechaliśmy na kolejną górkę. Czekał
tam na nas szlaban z groźnie brzmiącym napisem: "Park prywatny, zakaz
wjazdu pod groźbą surowej kary pieniężnej. Wjazd na teren na własną
odpowiedzialność". Do tego dorysowana strzelba. Nie myślcie więc, że gdy
wszystko sobie dokładnie zaplanujecie, to już nic ciekawego was nie
spotka, zawsze jest co wspominać, tylko trzeba ruszyć się z hotelu, a w tym przypadku z wygodnej kanapy przyjaciela.
Belize
Dobry plan i działanie zgodnie z nim, a nie droga na skróty to sposób
nie tylko na przeżycie fascynującej przygody, ale i dosłownie na
przeżycie. Jedne z pierwszych zajęć, jakie miałem podczas Basic Patrol
Course w Belize, a dokładnie w centrum szkolenia British Army Training
and Support Unit Belize (BATSUB), rozpoczęły się od zapoznania nas z planem naszego pobytu, a raczej działania w dżungli. I to dosłownie, bo
trzeba zrozumieć na czym "PLAN" polega i dlaczego należy zgodnie z nim
działać. Dżungla, podobnie jak morze, nie wybacza błędów, a jeśli ktoś
lub coś się zgubi, to raczej zapomnij... Dżungla to miejsce, które nas
wyżywi i wyleczy, a jednocześnie w którym nieprzygotowany podróżnik ma
najmniejsze szanse na przeżycie na kuli ziemskiej. Dziwne, prawda?
Mieć plan - choćby po to, że jeśli się zgubisz, to będziesz wiedzieć,
jak się odnaleźć
A jednak. Plan jest po to, by już z góry ułożyć sobie działanie i przygotować się do tego, co zastaniemy w terenie, tam na miejscu. Na
samym wstępie zaskoczyło mnie to, że planowanie dnia w dżungli jest
podporządkowane temu, by przetrwać w niej noc, a gdzieś z boku tylko
wspomniano o szkoleniu i treningu taktycznym. No dobra, myślimy sobie,
ale co z walką, z przeciwnikiem i tak dalej - z naszym żołnierskim
rzemiosłem? Szybko nas jednak sprowadzono na ziemię, a raczej do buszu.
Przetrwanie w dżungli jest całkowicie podporządkowane porze dnia i nocy
i to nie przeciwnik, ale dżungla jest dla nas największym zagrożeniem.
Około 70% jadowitych stworzeń żeruje właśnie w nocy. Zmyślne pułapki
zwane monkey trap są trudne do zauważenia w ciągu dnia, a nocą jest
się skazanym na wpadnięcie w taką, żartów nie ma. Spora część dnia
polega na przygotowaniu, znalezieniu i zorganizowaniu sobie miejsca na
przetrwanie nocy. Pomyślcie, jak może się skończyć taka noc, gdy
bezmyślnie rozbijecie się, nieświadomi, w suchym korycie rzeki, bo takie
miejsce jest często idealne, czyste, podłużne, daje trochę przestrzeni,
a w nocy nadejdzie burza i obudzicie się w rwącym potoku... Dzień w dżungli spędza się, całkowicie dopasowując się do panującej w niej
rutyny. By coś upolować lub złowić, trzeba działać o odpowiedniej porze,
bo niczego nie zdobędziesz o złej porze dnia. Jest czas, gdy zwierzęta
się chowają, nie chcąc tracić energii w parny i gorący dzień, a w dodatku gdy jest jasno, trudniej im się ukryć przed drapieżnikiem.
Podobnie z rybami, one też żerują o określonej porze. Wczesny poranek,
tuż po świcie, to dla nas w dżungli najlepszy czas na patrol i wykonanie
postawionego zadania, a w południe i dla nas jest zbyt gorąco. Potem
nastaje czas na wyszukanie odpowiedniego miejsca na nocleg. Tak wyglądał
plan na dżunglę... niby trochę leniwie, prawda? Jak bardzo to mylące!
Oczywiście można łamać te dzienne reguły, mając ze sobą zapas
pożywienia, ale noc należy już w całości do dżungli. Zatem bez dobrego
planu dnia kolejnego poranka w dżungli można nie doczekać.
Nepal
Mając w głowie wiedzę na temat planowania operacji specjalnych, do
pierwszego mojego wyjazdu w Himalaje podszedłem właśnie z takim
operacyjno-bojowym nastawieniem. Pomysł na Nepal był taki, że w towarzystwie jeszcze trzech kolegów z Firmy, do których to ja się
podłączyłem, postanowiliśmy przejść trekking wokół masywu Annapurny,
znany pod nazwą Annapurna Circuit, a przy okazji zwiedzić Katmandu,
stolicę Nepalu. Podstawową lekturą przed wyjazdem i materiałem, na
którym opierało się nasze planowanie wyprawy, był przewodnik opisujący
trasę trekkingu i porady wszystkich tych, którzy w internecie pochwalili
się wizytą na szlaku. Nie zapomniałem o pracy na mapach i studiowałem je
na zmianę ze zdjęciami satelitarnymi z sieci.
Nepal to nie tylko niesamowite góry, ale i wielowiekowa zabudowa miast
Piszę tu o moim pierwszym
wyjeździe do Nepalu, który odbył się jesienią w 2010 roku, więc już w czasach, gdy dzięki internetowi mogliśmy się dowiedzieć dużo więcej o świecie niż z samych map i książek. Planowanie przyniosło mi wielką
frajdę, bo siedząc nad mapą i zdjęciami Katmandu, poruszałem się po tych
miejscach, zakładając, skąd dokąd i jakimi ulicami dojdę do celu. Dzięki
temu już tam chodziłem jak po znanym sobie dobrze mieście, było to dla
mnie fascynującym doświadczeniem. Będąc w niesamowitym mieście pierwszy
raz, spacerowałem jego uliczkami prawie jak po swoim. Takie przejście
trasy na mapie bardzo pomaga, by już na miejscu się nie gubić i zawsze
znać swoją pozycję, wiedzieć, gdzie w razie potrzeby udać się po pomoc,
zrobić zakupy czy którędy wrócić do hotelu krótszą drogą. Co do naszej
pierwszej nepalskiej wyprawy, mogę powiedzieć, że zaplanowaliśmy ją i przygotowaliśmy się tak, że Nepal po pierwszym razie wydawał mi się
prostym krajem do podróżowania. Powróciłem zatem w Himalaje jeszcze
dwukrotnie, no i oczywiście planuję kolejny wyjazd na dach świata.
Iran
Z czasem doświadczony podróżnik musi zejść na ziemię i zgodnie ze starym
powiedzeniem "idzie żołnierz z mapą, to pewnie będzie pytać o drogę"
uznać, że nie wszystko odbywa się zgodnie z wybranym kierunkiem
przemarszu. Jadąc do Iranu z Anetą, wszystko, no prawie wszystko,
zaplanowaliśmy, ale już nie tak skrupulatnie jak kiedyś, gdy pierwszy
raz wyruszałem do Nepalu. Nie siedziałem nad mapami, bo i po co, skoro
człowiek był szkolony do tego, by się nie gubić, a tym bardziej teraz, w epoce GPS. Oczywiście, pewność siebie ma sens, a gubienie się można
uznać za dodatkową atrakcję i szansę na zwiedzanie niezaplanowanych
miejsc. Tyle że po którymś tam razie usłyszałem w głowie głos: "No dobra
- powiedz, co zrobiłeś z prawdziwym Navalem i gdzie go zakopałeś?".
Teheran, Azadi Walk Road. Dziś nawet pomniki robią sobie selfie
Żołnierz i w naszych czasach pyta o drogę, no... jeśli zna język. W Iranie
okazało się, że to moja znajomość angielskiego jest bardziej zrozumiała
niż wręcz książkowa wymowa Anety z szekspirowskim zaśpiewem. Ja bowiem
uczyłem się angielskiego od Amerykanów, którzy do języka podchodzą
bardzo pragmatycznie, ważne, by się dogadać, a końcówki i akcent... kto by
na to zwracał uwagę. Aneta z kolei była po dobrej starej szkole, w której uczono wymowy i zwracano uwagę na detale. Nie zawsze więc szło ją
zrozumieć, co więcej, ona też nie wszystko rozumiała, a dla mnie
dogadanie się nie stanowiło problemu, Kali mówić, Kali rozumieć... Iran to
piękny kraj, można się w nim zgubić, ale tylko z głową zanurzoną w pięknie perskiej kultury.
Patagonia
Planowanie typowej wyprawy czy też wycieczki sporo może się różnić od
planowania grupowego wyjazdu na drugi kraniec świata. Tym razem zostałem
zaproszony do drużyny, by wziąć udział w jednym z najtrudniejszych
wyścigów łączonych na świecie. O samych zawodach i ich przebiegu jeszcze
napiszę, teraz kilka zdań na temat planowania. Planowanie naszego
wyjazdu i zgranie naszej drużyny pod nazwą Spirit of Poland było
wieloetapowe i serio chylę czoła przed moim przyjacielem Starym, że jako
pomysłodawca i kapitan drużyny dopiął swego i wystartowaliśmy w tym
niełatwym wyścigu. Taki wyjazd to oczywiście koszty, więc trzeba było
zadbać o sponsorów, co też uczynił. Cena takiej wyprawy to przede
wszystkim kupno biletów lotniczych, nie tylko dla nas, trzeba zapłacić
za dodatkowy sprzęt, opłacić na miejscu hotele i zagwarantować transport
wynajętym samochodem, którym poruszało się nasze dzielne zabezpieczenie
w postaci dwóch kolegów, Shagiego i Jurka Ciszewskiego.
Patagonia to też otwarte przestrzenie, na których dają wycisk "wyjące
czterdziestki i ryczące pięćdziesiątki"...
W Polsce
musieliśmy kupić i przetestować dedykowany sprzęt do trzech różnych
dyscyplin sportowych. Podczas wyścigu, poza biegiem - no, marszobiegiem
- i tułaczką mieliśmy do pokonania kawał drogi na rowerze, a w zimnej
wodzie okalającej Ziemię Ognistą trzeba było pływać, wiosłując w kajaku.
Kajak zapewniał organizator, ale już rowery mieliśmy mieć własne. Wyścig
był przewidziany na dziewięć dni i nocy, więc naturalnie musieliśmy mieć
ze sobą sprzęt do bytowania w przygodnym terenie, a zatem również
odpowiednie plecaki do zabrania ekwipunku ze sobą. Nie samym sprzętem
człowiek żyje, zgromadziliśmy odpowiednią żywność i jej zapas oraz
survivalowy sprzęt do przygotowania gorącego posiłku. Odpowiednia
żywność to oczywiście nie metalowe konserwy i suchary, ale liofilizowane
racje żywnościowe - proste w przygotowaniu, lekkie i dające
odpowiedniego kopa energetycznego. Cały nasz wyjazd spokojnie mogę
porównać do wyjazdu na "misję" zagraniczną, tyle że w wojsku stała za
nami instytucja wojska i sztab logistyków, a tu Stary z naszą drobną
pomocą poskładał wszystko w całość, co pozwało na wystartowanie w imprezie, o której nigdy nawet nie marzyłem. Planowanie musi być
podporządkowane naszej strategii, czyli temu, co chcemy osiągnąć podczas
podróży. Za to na temat strategii powinien być napisany osobny rozdział.
Podczas działania, jeśli coś pękało, to zazwyczaj pękał człowiek, a nie
sprzęt, tak to jest, że czasami i najlepszy plan rozbija się właśnie o ten ludzki czynnik... Ale o tym, z kim się wybrać w podróż, przeczytacie w dalszej części.