Mundek był chłopcem posłusznym, ale umiarkowanie. Kiedy więc w połowie lipca jego ojciec nieoczekiwanie rzucił znad porannej jajecznicy: "Czego ty się nic nie uczysz?", puścił to mimo uszu. Nawet nie drgnął. Nie było to może przesadnie eleganckie zachowanie, jednak Mundek był zdania, że odpowiadanie na tak durne pytania jest poniżej jego godności.
- Weź ty zrób coś pożytecznego, chłopie - zrzędził ojciec, przekopując widelcem jajecznicę na talerzu. - Smarujesz i smarujesz... Jeszcze nie spotkałem takiego, który by wyżył ze smarowania głupot. Nic wam nie zadają? - spojrzał na syna surowo i odsunął talerz z żółtą breją.
Prawdę mówiąc, Mundek rozumiał to rozgoryczenie. Gdyby to on musiał co dzień zasuwać do roboty taki kawał, w dodatku słuchać wrednego szefa od świtu do nocy wbity w garnitur, zachowywałby się o wiele bardziej nieznośnie. Zwłaszcza podczas upałów, w aucie bez klimatyzacji. Ciekawe, że w ich samochodzie klimatyzacja psuła się zawsze, kiedy z nieba zaczynał lać się żar.
Na szczęście Mundek miał dopiero trzynaście lat i w czasie wakacji mógł obijać się zupełnie legalnie, nawet jeśli na ojca działało to jak płachta na byka. A ze wszystkich rzeczy, które na niego tak działały, do szewskiej pasji doprowadzało go coś, co nazywał "smarowaniem głupot". Pewnie dlatego, że uważał rysowanie za najmniej pożyteczne zajęcie na świecie, niezapewniające ani trochę przyszłości.
Ojciec fascynował się zapewnianiem przyszłości i najchętniej o tym rozmawiał z matką, z sąsiadami, ze znajomymi (nie było ich wielu) oraz z Mundkiem, choć wtedy raczej przemawiał.
Mundek wynalazł w sobie instynktowny czujnik z wyłącznikiem, którym odcinał uwagę po pięciu minutach każdej przemowy ojca. Nie było to wcale niegrzeczne - dawał ojcu całe pięć minut szansy na oznajmienie czegoś ciekawego. Po upływie tego czasu, z uprzejmym wyrazem twarzy przenosił się w myślach w rejony znacznie bardziej interesujące.
Jednak szanował swojego ojca i współczuł mu nużącej pracy. Nie miał zamiaru drażnić go bez potrzeby.
Zamknął szkicownik i wsunął do kieszeni ukochany metalowy ołówek automatyczny, przez plastyków nazywany kubusiem.
Ojciec wstał, sapnął, poprawił spodnie pod więcej niż odrobinę za dużym brzuchem, złapał teczkę i już go nie było. Mundek poczekał, aż ucichnie w oddali znajomy bulgot diesla, i także wyszedł, zamykając drzwi na klucz.
Właściwie miał na imię Rajmund. Nikt by o tym nie pamiętał, gdyby dyrektorka szkoły w Kopytkach nie zwykła zwracać się do uczniów pełnymi imionami, w dodatku cedząc sylaby.
- Raj-mun-dzie, zakładamy wyłącznie białe koszulki gimnastyczne, bez nadruków - upominała (zawsze w liczbie mnogiej, mimo że nikt nigdy nie widział jej w koszulce gimnastycznej, ani białej, ani żadnej innej). - Przyjdź po zajęciach do sekretariatu, wystosujemy pismo do twoich rodziców w tej sprawie, Raj-mun-dzie.
Brzmiało to, jakby mówiła: "Jutro na apelu kara chłosty. Dwadzieścia pięć batów na plecy i odechce ci się nadruków. Raj-mun-dzie".
Albo:
- Ka-zi-mie-rzu, widzę, że zalegamy z makulaturą. Czy życzymy sobie, chłopcze, żeby twoja klasa przepadła w akcji Segregacja? Czy nie interesuje nas współdziałanie, Ka-zi-mie-rzu? - pytała, jakby los siedmiu i pół miliarda ludzi zależał od jego pudełek po pizzy.
Czy na przykład:
- Ga-bri-elo, nie jesteśmy już dzidziusiami, nie krzyczymy na przerwach - przypominała i naprawdę trzeba było się wysilić, żeby uwierzyć, że dyrektorka mogła być dzidziusiem k i e d y k o l w i e k. - Ga-bri-elo, na jutro podcinamy grzywkę, chyba Magdalena (mama Gabrysi też kiedyś chodziła do szkoły w miasteczku) nie życzy sobie, żebyśmy pracowały z oczami pełnymi włosów, prawda? - syczała i uśmiechała się tak krzywo, że równie dobrze mogła powiedzieć: "Oto mój pantofel, Ga-bri-elo, natychmiast oczyść go z psiej kupy".
Mundek przypuszczał, że dyrektor Ściernopolska (Le-o-ka-dia) władała szkołą tak gdzieś od początku świata i dlatego znała każdego po imieniu. Należy jej oddać, że nie faworyzowała żadnego ze swoich uczniów, dawnych czy obecnych - do każdego odnosiła się z jednakową, uprzejmą pogardą. Do wszystkich mieszkańców miasteczka bez wyjątku zwracała się, jakby mieli nie więcej niż piętnaście lat, nieważne, czy chodziło o burmistrza, dentystkę czy właściciela zakładu pogrzebowego.
Postawmy sprawę jasno: dyrektor Ściernopolska po prostu władała całym miasteczkiem. Kopytka miały wprawdzie radę, coś w rodzaju ratusza, straż miejską i herb z raciczką, ale były zdecydowanie zbyt małe i zbyt zapyziałe na tylu rządzących. Dyrektor Ściernopolska była szarą eminencją miasteczka, które było tak zapomniane, że nawet mieszkańcy nie używali jego nazwy.
Ze szkicownikiem pod pachą Mundek skręcił na obsadzoną lawendą żwirową ścieżkę prowadzącą do mieszkania na tyłach ich domu. Z gęstych zagonów unosił się słodki i lekko mdlący zapach, wśród fioletowych kwiatków uwijały się dziesiątki pszczół, ale ani jeden komar. Komary nie znoszą zapachu lawendy - informowała go za każdym razem ciotka Tenia, która mieszkała na końcu ścieżki w niedużym pokoju z kuchnią i tycią łazienką. Zapachu lawendy nie znosiła też matka Mundka oraz kilka innych osób, więc mało kto docierał na koniec żwirowej ścieżki. Ciotki to nie martwiło. Nie miała ochoty przyjmować gości, którzy przychodzili do niej kręcić nosem.
- Komary nie znoszą zapachu lawendy - zawiadomiła go w progu, ćmiąc papierosa.
- Jest siódma rano - odparł Mundek. - Komary śpią.
- Ale daleko stąd - uśmiechnęła się, chytrze mrużąc oko za grubym szkłem okularów.
Mundkowi nie przeszkadzał zapach lawendy, znacznie bardziej nie znosił tytoniowego dymu. Kiedy jednak ciotka zagroziła, że jeśli będzie próbował ograniczać jej wolność, to więcej go nie wpuści, dał sobie spokój z namawianiem do rzucenia nałogu.
- Jak ci się u mnie nie podoba, możesz siedzieć w swoim pokoju - powiedziała. - Brudne skarpety i spleśniałe kanapki poupychane po kątach, fiołki i róże, nie ma co!
Gdzie jak gdzie, ale u ciotki Mundkowi podobało się bardzo. Czuł się tu dobrze i swobodnie. Pokój nie był duży, ale miał wszystko, co trzeba, a dla Mundka najważniejszy był kąt z rajzbretem.
Obszerny stół do rysowania z wygodnie pochylonym blatem zajmował całą przestrzeń pod oknem. Parapet za nim zastawiony był słoikami z flamastrami, kredkami, pędzlami i ołówkami, a pod ścianą stały złożone sztalugi. Przy każdej wizycie Mundka ciotka powtarzała, że w młodości była dobrze zapowiadającą się malarką, lecz wolała poświęcić karierę dla życia towarzyskiego (czego jednak nigdy nie żałowała).
Mundek szperał chwilę między pojemnikami na parapecie, wreszcie wyłowił mały bloczek z arkusikami papieru ściernego. Wyjął z kieszeni kubusia, wysunął część grubego grafitu i zaczął ostrzyć go, trąc ukośnie o papier.
- W młodości byłam dobrze zapowiadającą się malarką - oznajmiła ciotka, sięgając po najeżony kredkami kubek. - Wolałam jednak poświęcić karierę dla życia towarzyskiego. I wierz mi, Mundziu, że nigdy tego nie żałowałam. Żyłam niczym kolorowy motyl i zachowałam piękne wspomnienia. Co oczywiście nie znaczy, że masz iść w moje ślady - zastrzegła, a Mundek przytaknął wyrozumiale i otworzył szkicownik.
Nie miał najmniejszego zamiaru iść w ślady ciotki. Przerażała go myśl o czymś tak zwariowanym jak życie towarzyskie. Nie przepadał za uroczystościami rodzinnymi, imprezami szkolnymi czy jakimikolwiek spędami ludzkimi w celu rzekomej wspólnej zabawy. Uwielbiał jednak towarzystwo swojej towarzyskiej ciotki i bardzo sobie cenił jej artystyczne wskazówki.
Mundek spędzał długie godziny na doskonaleniu rysowania. Cierpliwie, kubusiem na papierze, ćwiczył salta, mostki i wyskoki. Jego niekończące się dzieło, komiks o podłym Satrapo i przebiegłym Filosie, potrzebowało idealnego odtworzenia człowieka w ruchu.
Ciotka Tenia stanęła nad nim i krytycznie przyjrzała się pracy.
- Proporcje! Proporcje, Mundziu - pokręciła głową i zaczęła przeszukiwać szufladę niedużej komódki pod rajzbretem. - Musisz popracować nad dłońmi. O, jest łapuchna! - zadowolona uniosła w górę drewniany model ręki z ruchomymi drucianymi stawami. - Ustawiasz pozycję i rysujesz.
Mundek zatem ustawił pozycję i zaczął ją rysować. Ciotka tymczasem usiadła na sofie, na kolanach położyła stolik śniadaniowy, a na nim gruby zeszyt z wzorami mandali. Jak twierdziła, kolorowanie było ostatnim zajęciem, które chroniło jej rękę i oczy przed zardzewieniem, a w dodatku pozwalało na rozmyślania.
Zajęli się tym, co lubili najbardziej. Mundek rysował, rozważając przeprawy Satrapo i Filosa, a ciotka zapewne swoje życie towarzyskie, i było im bardzo dobrze, a poranek upływał w spokojnej ciszy aż do drugiego śniadania.
- Czas na drugie śniadanko - ciotka zamknęła kolorowankę. - Mam ciasto drożdżowe, podeschnięte, ale można sobie maczać. Ja tak nawet wolę - zniżając głos wyznała, jakby Mundek już tego nie wiedział. - Kawa, herbata czy kakałko, Mundziu?
- Kakao - odrzekł i przyszło mu do głowy, że chciałby kiedyś ciotkę narysować tak, jak właśnie wygląda, zanim zupełnie zegnie się wpół.
Ciotka Tenia miała proste plecy, jednak wiek złamał ją na wysokości bioder i nieco pochylił, a z każdym rokiem pochylał coraz bardziej. Jej twarz stopniowo kurczyła się za wielkimi okularami. Mundek pomyślał, że niedługo zmieni się w pomarszczoną, zgiętą wpół rodzynkę. Jasną, bo ciotka unikała słońca.
- W młodości owszem, opalałam się, ale teraz? Nie ma nic bardziej ordynarnego niż stare zgrillowane babsko - mawiała. - Wiek nie zwalnia z klasy, Mundziu - dodawała, poprawiając krótkie, falujące białe włosy i pociągała usta koralową pomadką.
Drożdżowe było rzeczywiście porządnie podeschnięte i pachniało kredensem. W krainie ciotki Teni jedzenie smakowało i pachniało inaczej niż w domach, które znał Mundek, ale bardzo mu ta egzotyka odpowiadała. Oczywiście, gdyby matka postawiła na ich stole suche ciasto, nikt by go nie tknął. U ciotki jednak wszystko do siebie pasowało, wszystko było na właściwym miejscu. A kakao było najlepsze. Może dlatego, że ciotka nie żałowała cukru i zawsze dodawała tłustej śmietanki.
- Dodałam tłustej śmietanki - poinformowała Mundka, stawiając przed nim parujący kubek z napisem Paris mon amour. - Pokrzep się, Mundziu, pewnie zaraz polecisz rżnąć w gałę, siły ci trzeba. Nie żałowałam cukru, trzynastolatek ciągnie cukier jak mrówka z mszycy. Rozwój, Mundziu, rozwój trzynastolatka jest szalenie wzmożony. Gwałtowny wzrost, burza w hormonach, a w pierwszym rzędzie mózg. Mózg! Wszystko tam iskrzy i mryga. Rozhulane emocje, nowe połączenia neuronowe, wyładowania energetyczne. Żre jak opętany, co mu się nawinie: informacje, bodźce i cukier. A to dopiero początek tej wielkiej transformacji!
- Jakiej transformacji? - Mundek przez moment lekko się zaniepokoił.
- W dorosłego - wzruszyła ramionami ciotka i zanurzyła kawałek ciasta w kawie. - Wczesna młodość to dość paskudna choroba, ale jest lekarstwo. Czas!
Mundek pokiwał ze zrozumieniem głową. Znał dobrze obie opinie ciotki na temat młodości. Według jednej to choroba i czas dramatycznych przemian, według drugiej - najpiękniejszy okres życia, z którego trzeba umieć korzystać. Zresztą na dobrą sprawę ciotka uważała, że każdy okres życia może być piękny. O ile ktoś potrafi z niego korzystać.
Chłopiec pozbierał naczynia i zaniósł do lekko obtłuczonego zlewu w małej kuchni. Ciotka nie miała zmywarki, a Mundek nie był miłośnikiem obowiązków domowych, jednak wykonywanie prostych czynności w pomieszczeniu dla jednej osoby, gdzie wszystko było w zasięgu ręki, sprawiało mu prawdziwą przyjemność. Czuł się jak samotny kosmonauta. W małej kuchence ciotki Teni stan nieważkości wydawał się jedynie kwestią woli.
Mundek odstawił czyste talerzyki i kubki na ociekacz nad zlewem.
- Do jutra - pożegnał się, po czym zgarnął szkicownik i ołówek i poszedł do Kazika.
* * *
Życie Ingi składało się ze sposobów. Miała sposób na wszystko: na rodziców (osobny na matkę, osobny na ojca, kilka na nich oboje razem), na rodzeństwo, na obiad, na zarabianie, na szkołę, na swoje babki, na marzenia oraz na strażników miejskich.
Ci ostatni zwykle działali na przyjazne pozdrowienie i kilka szczerych wybuchów śmiechu po każdym sucharowym dowcipie. Wyjątkiem był patrol Ryży Grubasek i Żylasta Blondyna. W ich przypadku jedynym sposobem była ewakuacja. A to właśnie oni zbliżali się alejką bazarku.
Trzeba wiedzieć, że Inga spędzała wakacyjne poranki, sprzedając filmy na DVD. W sobie tylko znanych źródłach zaopatrywała się w hitowe produkcje dodawane do czasopism. Za piątaka można było u niej dostać Titanica, dowolną część Gwiezdnych wojen czy Kung Fu Pandę 3. Malutkie stoisko z trzech skrzynek po jabłkach przytuliła do zadaszonego kramu z bielizną XXL, na którym za stosami gaci i biustonoszy królowała pani Mania. Filmy, wiadomo, najlepiej sprzedawały się przed weekendami oraz podczas deszczowej pogody, dlatego Inga chętnie korzystała z kawałka udostępnionego przez sąsiadkę daszku. Poza tym można było rzucić okiem na stoisko, kiedy któraś z nich musiała na chwilę odejść, czy po prostu pogadać - pani Mania wiedziała wszystko o wszystkich.
Patrol straży miejskiej nadciągał bez pośpiechu, lecz nieuchronnie. Ryży Grubasek zatrzymywał się przy niektórych stoiskach i przepytywał sprzedawców, a jego partnerka podejrzliwie oglądała towary. Inga rzuciła okiem na telefon. Dochodziła dziesiąta, a ona miała dziś na obiad przygotować fasolkę szparagową. Która, dodajmy, rosła jeszcze leniwie na działce. Od szóstej rano Inga zarobiła już dwadzieścia pięć złotych, choć to nie był piątek i świeciło słońce, więc szybko zdecydowała, że może opuścić bazarek bez żalu.
Wprawnym ruchem zgarnęła diwidiki do torby, mrugnęła do rozpartej na turystycznym fotelu pani Mani, obróciła się na pięcie i grzmotnęła głową w obciągnięty mundurem tors Ryżego Grubaska. Zderzenia nie wytrzymał jeden z guzików, które z wysiłkiem spinały uniform, i teraz na Ingę wyzierał oskarżycielsko spocony biały podkoszulek. W myśli skreśliła możliwość ucieczki i postawiła na sposób uniwersalny, czyli taki, który w ostateczności działał na wszystko - improwizację.
- Ale pancerna klata, jeny! - jęknęła, żeby zyskać na czasie.
Strażnik, prychając ze złości, zanurkował w sterty majtek w poszukiwaniu straconego guzika.
- Ciociu, chyba rozcięłam sobie czoło - dodała, rzucając pani Mani znaczące spojrzenie.
Bazarkowa sąsiadka najwyraźniej jednak nie miała zamiaru brać jej pod swoje skrzydła. Co prędzej wyciągała z torby plastikowe pudełko z kanapkami i termos. Pewnie żałuje, że nie zabrała popkornu - pomyślała Inga z przekąsem.
- To pani krewna? - Blondyna zwróciła się do pani "Mówcie-Mi-Amatorka-Kina-Za-Friko" Mani, która ze skupieniem laborantki nalewała sobie gorącej herbaty. Inga już wiedziała, że jest zdana na siebie. Jak zwykle zresztą.
- Ciocia dzisiaj nie dosłyszy - przejęła inicjatywę, nie bacząc na to, że sąsiadka zakrztusiła się ze zgorszeniem. - Przewiało biedaczkę, a w jej wieku...
- Co tam masz w torbie, mała? - przerwał jej ostro Ryży, gramoląc się spod straganu z bielizną, gdzie odnalazł brakujący element munduru.
Bezradnie przymierzył guzik do kępki sterczących nici, jakby licząc na jakiś krawiecki cud. Nie poprawiło to jego, dostatecznie wrednego z natury, nastawienia. Był to ten typ strażnika miejskiego, który ma dobry dzień, kiedy wlepi staruszce mandat za przechodzenie w niedozwolonym miejscu. Inga z niepokojem obserwowała, jak ciemnieją mu poliki.
- To moje rzeczy - odparła ostrożnie. Nie miała nic na sumieniu, jednak wredny z natury i do tego rozwścieczony strażnik miejski mógł sprawić pewien kłopot.
- Interesujące - mruknęła spod daszka czarnej bejsbolówki Żylasta Blondyna i różowy tips wycelował w szczelinę niedopiętej torby, skąd wystawały kolorowe pudełka z diwidikami.
Inga analizowała swoją sytuację z szybkością komputera NASA. Nie naśmieciła, nie przeszkadzała innym, nie zalegała z opłatą placową, a filmy były jej własnością. Teraz jednak raczej nie chodziło o przestrzeganie prawa, tylko o pokazanie, kto tu rządzi.
- Skąd masz te filmy?
- Uzbierałam. Z gazet.
- Uuu, kolekcjonerka - Blondyna trąciła łokciem partnera, któremu coraz mniej podobał się jego łyskający spod munduru podkoszulek. - I pewnie obejrzałaś wszystkie?
- Nie wszystkie, ale czytałam opisy.
- Legitymacja szkolna! - zażądał strażnik, a jego piegowata twarz przybrała odcień kurczaka z rożna.
- Nie mam przy sobie.
Żylasta Blondyna zmierzyła krytycznie chude i posiniaczone kolana, jej wzrok prześliznął się z pogardą po nastroszonych białych włosach. Inga i bez tego wiedziała, że prezentuje się jak dziecko ulicy.
Nie cierpiała swojego wyglądu. Uważała, że jest tyczkowata - za wysoka i za koścista. Były miejsca, gdzie mogła to zaakceptować, na przykład na bazarku albo na sali treningowej. Wszędzie indziej nosiła ubrania maskujące sylwetkę, kuliła ramiona i kiedy tylko mogła, spuszczała głowę. W głębi duszy czuła się całkiem niebrzydka i gdyby tylko inni też w to uwierzyli, może dokonałaby wielkich czynów, zawojowała świat czy coś w tym rodzaju. Tymczasem na co dzień zakładała strój ochronny i starała się nie rozmyślać na darmo o swojej urodzie. No, chyba że akurat wyszła spod nożyczek matki.
Matka Ingi nie pozwalała jej zapuścić włosów, była zdania, że to niepraktyczne oraz próżne. Raz na dwa miesiące skracała córce włosy według własnej koncepcji, którą nazywała "ładną fryzurką dla dziewczynki".
- O, i widzisz - mawiała. - Teraz wyglądasz ładnie, porządnie i jak dziewczynka.
Inga nie wiedziała, czy to jest porządnie, lecz była pewna, że z pewnością nie ładnie. Nie znała też żadnej dziewczynki z taką fryzurą. Zwykle więc po zabiegu matki zamykała się w łazience i nanosiła własne poprawki. To z kolei za każdym razem skutkowało draką: gradobiciem, piorunami, szlabanem na komputer i telefon. Inga wierzyła, że to niska cena za nieprzyciąganie uwagi w szkole. Powszechnie bowiem wiadomo, że o ile dziwaczna fryzura może zasłużyć w szkole na obojętne wzruszenie ramion, to fryzura obciachowa gwarantuje wyrok śmierci.
Inga była w stanie znieść bardzo dużo, ale nienawidziła czuć się ocenianą. A tak zwykle czuła się w obecności osób przez świat uważanych za atrakcyjne. Jak ta żylasta funkcjonariuszka.
- No już, skąd to masz? - Strażniczka zabrała jej torbę, ustawiła na skrzynkach i zaczęła grzebać w środku.
Dziewczyna zacisnęła zęby i zerknęła na panią Manię, która siedziała jak na meczu tenisa. Nie mają prawa! - pomyślała Inga. - Ale Księżna Cyckonosz nie raczy pomóc, za dobrze się bawi.
Spuściła głowę i skupiła się na swoich wszystkich kłopotach i na swojej samotności. Z satysfakcją poczuła, że wraz z falą żalu do jej oczu napływają prawdziwe łzy. Powoli podniosła głowę.
- Mama mi dała - odezwała się drżącym głosem, zaglądając w oczy strażniczki. - Kupuje dużo gazet, a jak są filmy, to mi daje i pozwala sprzedawać. Kieszonkowe takie.
Mocno natuszowane rzęsy Żylastej Blondyny zatrzepotały. Zaczynała mięknąć. Ale nie on.
- Mamusia wykorzystuje małoletnią do zarobkowania?! - Ryży Grubasek był teraz na polowaniu i właśnie poczuł świeżą krew. - Ile masz lat?
- Trzynaście. Prawie - szepnęła, przyszpilając Blondynę wzrokiem porzuconego szczenięcia.
Strażnik zatarł pulchne dłonie.
- Matka gdzie?
- W domu.
- Nie pracuje?
- Nie, jest na rencie.
- Na rencie! I co, pewnie potrzebuje masę lekarstw w dużych butelkach?
- Matka nie pije alkoholu.
Inga zobaczyła przed oczyma czerwone plamy i szybko zaczęła recytować w myślach: Wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy: SOS, wściekły pies, tu go nie ma, a tu jest. Nie mogła dać się sprowokować.
- A ja myślę, że to jednak trzeba sprawdzić. Coś mi się widzi, że opieka społeczna będzie bardzo zainteresowana - wysyczał jej strażnik prosto w nos. O dziwo, z bliska jego tłusta piegowata twarz nie była tak groźna. Teraz przypominał rozpieszczonego bachora, któremu mama odmówiła nowej gry na konsolę.
Inga wyprostowała się powoli i spojrzała mu drwiąco w oczy. Ryży znowu pociemniał. Zaraz zacznie tupać nogami - pomyślała.
- Nazwisko! - ryknął, puszczając pióropusz śliny.
Kłamstwo w celach strategicznych Inga miała opanowane do perfekcji. Kiedy sytuacja tego wymagała, potrafiła tak wczuć się w rolę, że sama wierzyła w to, co mówi. Poczuła przypływ weny i geniuszu. Wiedziała, że wystarczy jedno słowo. Odpowiednie słowo. Nie spiesząc się, skuliła ramiona i spuściła głowę.
- Ściernopolska - powiedziała cicho.
Ryży skamieniał, jakby mama nie tylko odmówiła mu gry, ale właśnie rozbiła konsolę w drzazgi tłuczkiem do mięsa. Stał tak chwilę, po czym pochylił się nad Ingą i odezwał łagodnym szeptem, jakiego ludzie zwykle używają w szpitalu, nad łóżkiem ciężko chorego:
- Czy możesz powtórzyć?
Inga pokiwała ze zrozumieniem głową. Niewiele brakowało, a potrzymałaby go za rękę.
- Ściernopolska - powtórzyła dobitnie i dodała uprzejmie: - Imię też?
- Nie trzeba. - Strażnik z wysiłkiem przełknął resztkę śliny, jaka została mu w ustach, i szukając ratunku, spojrzał na Żylastą.
Partnerka uniosła idealnie wyrysowane brwi. Nie pochodziła z miasteczka, nie miała zatem pojęcia, że nazwisko, które przed chwilą usłyszała, było dla Ryżego Grubaska niczym wywołanie ducha. Nie wiedziała, że nad jej bezwzględnym zazwyczaj kolegą zawisło właśnie widmo dyrektorki i w jednej sekundzie wyssało z niego całą chęć popisywania się władzą. Cofnął się w czasie do szkoły, gdzie każdy dzień był porażką, bo to, co bez pudła działało w jego domu rodzinnym - czyli płaczliwość i donosicielstwo - wśród kolegów i nauczycieli nie sprawdzało się wcale.
- Najważniejsze, że ten... że filmy nie pochodzą z kradzieży - wydusił w końcu z siebie słabym głosem. - Wracamy na patrol. Do widzenia.
Inga patrzyła chwilę za oddalającymi się strażnikami, po czym ze złością odwróciła się do pani "Majtkowy Róż" Mani, która w zadumie ugniatała w palcach kulkę z okruchów chleba.
- Pani Maniu, czemu mi pani nie pomogła? Niewiele brakowało i bez powodu miałabym opiekę społeczną na głowie. Matka dałaby mi szlaban na forewer - westchnęła.
- Bazarek to szkoła życia - stwierdziła filozoficznie sąsiadka. - Widzisz, jak ładnie sobie poradziłaś? Będziesz jutro? Usmażę pączki.