Świat królowej Marysieńki - Kornelia Stepan

Reflow text when sidebars are open.
Początek lata przyniósł ciepłe powietrze z południa. W zamku pootwierano wszystkie okna, by przewietrzyć wilgotne, przesycone sadzą wnętrza.
Od strony wiślanej skarpy, szczególnie wieczorową porą, pachniało ziołami i skoszoną trawą i kiedy przesiadując na parapecie okna mojej komnaty, przymykałam oczy, mogło mi się zdawać, iż jestem z powrotem w ukochanej Francji...
Wraz z nadejściem tego niezwykle ciepłego jak na Warszawę lata królowa wyczuła chyba moją tęsknotę za rodzinnym domem, dużo częściej bowiem niż zwykle obdarzała mnie drobnymi pieszczotami; patrzyła na mnie z czułością, głaszcząc mój policzek, kazała mi też siadać obok siebie na szezlongu i przytulała moją głowę do swojej piersi podczas sjesty.
Kiedy popołudniami głośno czytała wobec licznie zgromadzonego audytorium nadesłane z Paryża teksty modnych powieści czy poezji, zawsze kazała siadać mi tuż obok siebie, co było nie lada wyróżnieniem i każdej z panien dworu marzył się taki zaszczyt.
Jana Sobieskiego miałam szczęście spotkać tego lata jeszcze kilka razy na królewskim dworze, gdzie odbywały się bez końca bale, maskarady i teatralne przedstawienia, bowiem na obrady sejmu znowu tłumnie zjechała szlachta i magnateria z całej Korony.
Pan Morsztyn rymował nawet: "Tu ustawiczne wesele /Tu nimfy tańcują śmiele", w czym dużo miał racji, jako że piękne to były czasy i chwili wolnej od jakiejś przyjemności na dworze nie było.
Poza tym hucznie bawiono się na obficie zakrapianych ucztach w rezydencjach magnatów. Trwały one do rana i niestety nierzadko kończyły się straszną bijatyką wywołaną z błahego powodu.
Wracając jednak do chorążego Sobieskiego, to już wkrótce zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni przez pana Des Noyers'a, który z pewnością zrobił to na polecenie królowej.
Mogłabym przysiąc, iż od tamtej chwili ów przystojny szlachcic bez przerwy szukał mojego towarzystwa, a jeśli nie mógł się do mnie przyłączyć, wodził za mną rozognionym wzrokiem, co prawdę powiedziawszy, niezwykle mi schlebiało. Tym bardziej że wzbudzał on zainteresowanie większości dam i w towarzystwie rozprawiano o nim dużo i często. Na ten przykład o tym, jak to po śmierci starszego brata Marka, ściętego w niewoli Tatarów, stał się przyszłym dziedzicem trzech wspaniałych rodów: Żółkiewskich, Daniłowiczów i Sobieskich. A po śmierci matki, niezwykle surowej i pobożnej matrony bawiącej od czasu utraty starszego syna za granicami Polski, miał przejąć w spadku olbrzymie włości.
Chorąży Jan Sobieski wyjechał jednak w połowie lipca bez słowa pożegnania. Wiadomość tę przyniosła mi Niemka, Anna Schoenfeld, należąca podobnie jak ja do górnego fraucymeru, skądinąd od pewnego czasu szczerze mi życzliwa panna.
Spotkałyśmy się wczesnym popołudniem na dziedzińcu zamkowym.
- A dokąd to się wybierasz, moja droga Mario, tak bez żadnego towarzystwa? - Panna Schoenfeld, jasna blondynka o ślicznych niebieskich oczach i dużo za dużych ustach, odchyliła na plecy różowo-białą jedwabną parasolkę chroniącą ją przed słońcem. Radosny uśmiech spowodował, iż jej usta stały się jeszcze większe.
- Ja...? A do psiarni.
- Do psiarni? - Nie kryjąc zdziwienia, uniosła w górę jasne brwi. - A co tam chcesz robić, moja droga?
Nie wiedząc, co odpowiedzieć, zmieszana rozejrzałam się wokół.
Jak zwykle o tej porze zamkowy dziedziniec był pełen ludzi: oficerów najróżniejszych regimentów, szlachty w towarzystwie nieodłącznej służby, dworzan, duchownych i zakonników. Wszyscy ci ludzie mieli dzień w dzień coś do załatwienia na dworze i zajęci byli wyłącznie swoimi sprawami.
- Mario? Masz coś sekretnego... albo wstydliwego do załatwienia? - Anna Schoenfeld pochyliła się w moją stronę, zasłaniając nasze głowy parasolką.
- Nie... nic wstydliwego ani sekretnego, ja tylko chciałam zobaczyć, czy tam nie ma tych piesków, tych mopsów, takie były słodkie.
- Ach, rozumiem, chcesz się pobawić z tymi stworkami. - Anna Schoenfeld znowu uśmiechnęła się radośnie, rozciągając usta do wprost niewyobrażalnych rozmiarów. Pomyślałam sobie, iż jest naprawdę mi życzliwa i chętnie spędziłabym z nią więcej czasu.
Musiała odgadnąć moje myśli, bo nagle, przekrzywiwszy zabawnie głowę, spytała:
- Pozwolisz, że dotrzymam ci towarzystwa, Mario Kazimiero?
I nie czekając na odpowiedź, wzięła mnie pod ramię. Ruszyłyśmy więc w kierunku psiarni, starając się cały czas uważnie patrzeć pod nogi, by nie wdepnąć w walające się wszędzie zwierzęce odchody. Zrobiło mi się naprawdę miło wokół serca. Jeszcze niedawno żadna z panien dworu nie wybrałaby się ze mną na przechadzkę, nawet tę najkrótszą, uważając, że nie jestem godna najmniejszej uwagi, a jednocześnie nienawidząc mnie za względy, którymi cieszyłam się u królowej.
Wstrzymałam na chwilę oddech. Gorące lipcowe powietrze zdawało się wprost zastygnąć nieruchomo w zamkowych murach, ale fakt ten tylko spotęgował uczucie nagłego szczęścia, które mną zawładnęło. Zapragnęłam przedłużyć jakoś tę chwilę, poczuć się prawdziwą przyjaciółką panny trzymającej mnie pod rękę. Temat związany z jednym z kawalerów wydał mi się całkowicie odpowiedni.
- Dawno nie widziałam pana Sobieskiego, wiesz może, czy jeszcze bawi w Warszawie?
- Chorąży Sobieski?! Niech pomyślę... A więc chorąży Sobieski nie tak dawno, bo zaledwie kilka dni temu wyjechał, jak słyszałam. - Moja towarzyszka zatrzymała się nagle, przyglądając mi się uważnie. Najwyraźniej temat Sobieskiego żywo ją interesował i osiągnęłam zamierzony skutek. - Czyżby komuś zawrócono w głowie?
- Nic podobnego - zaprzeczyłam szybko, choć od razu wiedziałam, że na nic się tu zdadzą zaprzeczenia, jako że w tej samej chwili moją twarz oblał rumieniec.
- No cóż, całkiem niezła z niego partia, nie ma się czego wstydzić. Musisz jednak wiedzieć, że oprócz opinii pożeracza damskich serc i sporego haremu młodych Czerkiesek w rodzinnym domu kawaler ten ma straszną matkę, która, jak sądzę, póki żyje, nie zezwoli swemu synowi na małżeństwo z cudzoziemską dwórką. No i nie jest on zbyt bogaty...
- Nie jest? - wyrwało mi się nieopatrznie.
- Dopóki jego matka, Teofila Sobieska, żyje, dopóty większość dóbr pozostaje w jej ręku, a to może jeszcze jakiś czas potrwać... A z drugiej strony - Anna Schoenfeld znowu stanęła i przyjrzała się mi uważnie - śliczna jesteś, Mario, mogłabyś zdobyć serce każdego pana w Rzeczpospolitej, a nawet na świecie, każdego, kto ci się spodoba, ale królowa ma z pewnością wielkie plany co do twojej osoby, a Sobieski, no cóż... - Zawiesiła głos, jakby nie była pewna, czy aby powinna dzielić się ze mną takimi uwagami.
- Tak...?
- No cóż... - powtórzyła, z powątpiewaniem kręcąc głową. - Chorąży Sobieski zdobył wprawdzie na polu walki tu i ówdzie niejaką sławę, jego zasługi wobec Korony nie są jednak znaczne i myślę, że najjaśniejsza pani ma w stosunku do twojej osoby dużo śmielsze plany.
Na tym zakończyłyśmy rozmowę na temat Jana Sobieskiego i do psiarni doszłyśmy pogrążone w milczeniu.
Nie mogłam przestać myśleć o planach królowej i co też mogły one dla mnie oznaczać, w końcu postanowiłam przy następnej nadarzającej się okazji zapytać o to Annę.
Niestety, małych szczęśliwych mopsów nie było w psiarni. Psiarczyk powiedział nam tylko, że król Jan Kazimierz zabrał je wszystkie do siebie i ani na chwilę nie chciał się z nimi rozstać.
- Za pozwoleniem szanownych panienek - rozejrzał się na boki, czy kogoś nie ma w pobliżu - słyszałem, że psiaki rozpraszają melancholię, albo coś w tym rodzaju, panującego nam, miłościwego pana Jana Kazimierza.
Usłyszawszy to, spojrzałyśmy na siebie z porozumiewawczym uśmiechem.
Na dworze głośno było o tym, iż romans króla z podkomorzyną Radziejowską niespodziewanie dla wszystkich dobiegł końca, a to za sprawą zazdrosnego małżonka, który nagle zabrał żonę i wyjechał z nią z Warszawy. Straciwszy ukochaną, i to bez słowa pożegnania, najjaśniejszy pan najpierw wpadł w gniew, a potem w strasznie zły humor.
Po raz pierwszy zrobiło mi się żal, że król cierpi z powodu zawiedzionej miłości. Zabawa z tymi figlarnymi, śmiesznymi pieskami sprawiała mi wiele uciechy i nie było dnia, bym nie szukała ich towarzystwa, a na pokoje najjaśniejszego pana nie mogłam wchodzić bez specjalnego zaproszenia. Byłam na tyle dorosła, by zauważyć, iż moje życie składało się z samych zakazów i nakazów.
Psiarczyk, młody, niezwykle chudy człowiek z przepraszającym uśmiechem obnażającym bezzębne dziąsła, skłonił się przed nami nisko, zamiatając przy tym postrzępioną czapką ziemię.
- Nie wydaje ci się, że ten sługa miał taki jakiś... psi wygląd? - Anna Schoenfeld znowu trzymała mnie pod ramię, użyczając mi cienia swej parasolki. Szybko obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, czy psiarczyk może nas jeszcze słyszeć.
- To prawda, wygląda jak jeden z tych ogarów, które karmi - szepnęłam konfidencjonalnym tonem.
Obie roześmiałyśmy się głośno, a mnie zrobiło się nagle lekko na duszy. Miałam przyjaciółkę.
Dzień był niezwykły, ciepły i jasny, choć niebo zasnuwały białe i szare obłoki. Królowa zabrała mnie karetą na dużą łąkę poza miastem i w drodze opowiadała o kimś, kto potrafi czynić prawdziwe cuda.
- Wierz mi, moja mała, tak naprawdę to nie są żadne cuda, cały ten mechanizm bowiem można logicznie wytłumaczyć - mówiła z wielkim przejęciem.
- Pan Burattini jest konstruktorem, uczonym mężem, musisz wiedzieć, i jak sądzę, ten jego spektakl przypadnie ci do gustu. - Maria Ludwika, królowa Polski, popatrzyła na mnie chwilę dłużej niż zwykle, z każdą sekundą coraz wyraźniej zmartwiona.
Postarałam się więc zrobić jak najmądrzejszą minę, by się jej przypodobać, na nic się to jednak nie zdało, a może nawet mi zaszkodziło.
- Boże przenajświętszy - westchnęła ciężko. - Trzeba się tobą bardziej zająć, Mario Kazimiero, muszę to nakazać pani Galman, inaczej całkiem nam zdziczejesz.
Miałam sześć lat.
Na wielkiej płaskiej łące pod Warszawą zebrał się olbrzymi tłum ludzi, w tym cały królewski dwór.
Nikt jak zwykle nie zwracał na mnie uwagi, ze wszystkich sił starałam się więc trzymać jak najbliżej królowej, by nie zginąć w tej kotłowaninie. Nie było to łatwe, jako że wciąż nowi ludzie przepychali się na siłę, zajmowali miejsce obok najjaśniejszej pani i już wkrótce zupełnie straciłam ją z oczu.
Zostałam sama, jak zwykle. Ktoś mnie boleśnie popchnął, krzycząc: - Patrzcie, tam w górze! Latający smok!
Przez tłum na łące przeszedł głośny pomruk podziwu zmieszanego z lękiem, wszyscy z zadartymi głowami patrzyli w kierunku wielkiego drewnianego rusztowania, z którego ciężko trzepocząc skrzydłami, wzniósł się olbrzymi smok. Latający smok.
Dobrą chwilę unosił się w powietrzu, po czym, Bóg jeden mi świadkiem, skierował się w moją stronę!
Na łące zapanowała cisza, ludzie zdawali się wstrzymać oddech, a mnie ogarnęło straszliwe przerażenie, że oto nadleci ten potwór nad moją głowę i porwie mnie w swe olbrzymie szpony. Zamknęłam mocno oczy.
Nic takiego, dzięki Bogu, się nie stało. Olbrzymie ptaszysko nagle runęło na ziemię, czym wywołało wśród dworzan panikę. Chyba nawet kogoś przygniotło.
Znowu ktoś mnie popchnął, tym razem jednak tak mocno, że nie zdołałam utrzymać się na nogach i upadłam, raniąc się boleśnie w rękę. Moja biało-różowa suknia zabrudziła się przy tym strasznie i cała była zielona od trawy.
- No, wreszcie cię mam, ty bękarcie nasienie. - Pani Galman, moja ochmistrzyni z woli królowej, gruba gderliwa niewiasta, która czuwała, by moje postępowanie było nienaganne, z nieznanych mi powodów nie przepadała za mną.
Ciągnąc niemiłosiernie za bolącą rękę, postawiła mnie na nogi.
- Najjaśniejsza pani kazała cię szukać, skaranie boskie z tobą, wciąż gdzieś się chowasz.
Tym razem pani Galman nie miała racji, tym razem nigdzie się nie schowałam, nie powiedziałam jej jednak tego, bo i tak by nie słuchała.
- Do zamku wrócisz ze mną, w królewskiej karocy nie ma już dla ciebie miejsca - gderała dalej. - Każdy się do niej pcha, ale tym razem zaszczytu dostąpi ten szarlatan, Burattini, najjaśniejsza pani jest jak zwykle wszystkich nowinek strasznie ciekawa... - Spojrzała na mnie groźnie, marszcząc krzaczaste, zrośnięte pośrodku brwi, przypominające jako żywo włochatą gąsienicę.
Pani Galman miała bardzo surową minę, ale ja i tak nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu; wyglądała bowiem naprawdę zabawnie: wielka peruka z drobnych loczków zjechała jej na tył głowy i odsłoniła wysokie, podobne do męskiej łysiny czoło.
I co najśmieszniejsze, chyba jej to nie przeszkadzało, skoro tylko otarła wierzchem dłoni spoconą twarz.
- ...Żebyś ty mi się znowu gdzieś nie zapodziała, tłum tu taki, jeszcze cię kto porwie i Turkom sprzeda, oni to takie jak ty niewiniątka lubią, z wyglądu to niby anioł z ciebie... Co tak na mnie te wielgachne oczy wytrzeszczasz? - Sapnęła groźnie i ściskając mnie jeszcze mocniej za nadgarstek, pociągnęła w kierunku, gdzie na skraju polany czekało na gości mnóstwo karet.
Tego dnia na zamku królewskim wydawano wielki bal maskowy na cześć latającego smoka i pana Burattiniego.
Na korytarzach i na dziedzińcu pełno było ludzi w przerażających smoczych i ptasich maskach. Śmiechom i wesołym pokrzykiwaniom nie było końca, ja jednak wciąż przelękniona czekałam tylko, by pani Galman spuściła mnie z oka i żebym mogła gdzieś się dobrze ukryć.
W mojej komnacie nie czułam się zbyt bezpiecznie, każdy mógł mnie tam znaleźć, jakiś Turek czy smok w rodzaju tego od pana Burattiniego, poszukałam więc kryjówki gdzie indziej. Byle jak najdalej od ludzi.
Dobrym miejscem zdawała mi się sala, w której królowa pobierała lekcje fechtunku.
Była pusta i ciemna, tylko mdłe światło księżyca i latarni oświetlających dziedziniec wpadało do środka.
Przycupnęłam w kącie za fotelem, na którym moja pani zwykle siadała w przerwach między ćwiczeniami, by trochę odsapnąć.
Nareszcie mogłam zaznać nieco spokoju. Szczelnie owinęłam się zimowym płaszczem podbitym futrem. Prawdę mówiąc, nawet latem się z nim nie rozstawałam, choć za każdym razem rozsierdzałam tym panią Galman.
Zrobiło mi się ciepło i błogo i chyba musiałam przysnąć, nie słyszałam bowiem, by ktoś wszedł do środka, a jednak obudził mnie męski głos:
- Nie bój się, moja pani, będzie dobrze... To zaszczyt tak służyć królowi, kochać go, nic się nie bój, ciii... - Król Władysław rozsiadł się tuż obok na ławie, na której zwykle zajmowałam miejsce podczas lekcji fechtunku jego żony, najjaśniejszej pani Marii Ludwiki.
Z przerażeniem zza mojego fotela zobaczyłam, jak rozpina sobie spodnie i zaraz potem przywołuje stojącą naprzeciw damę. Oczywiście znałam ją; Adrianna, jakoś tak było jej na imię, ochmistrzyni dam dworu, wysoka i szczupła, mogłaby przypominać smoka, którego widziałam tego dnia do południa, gdyby nie widoczny przestrach na jej twarzy.
- Nie stracisz czci, mówię ci, trochę poliżesz, to nic szpetnego, miłość jak każda inna... no, chodźżeż tu, ile mam czekać. - Nagle król wyglądał na rozeźlonego. Z rozporka sterczał mu sztywno do góry jego członek.
Widząc to, musiałam myśleć o psach z królewskiej psiarni, które bez przerwy na siebie wskakiwały. Poczułam dziwne ciepło w podbrzuszu i nie zamierzałam tego dłużej oglądać, a jednak nie mogłam odwrócić wzroku, choć tego bardzo chciałam.
Nie mogłam też przestać myśleć o tym, co będzie, jeśli najjaśniejszy pan znajdzie mnie w mojej kryjówce.
Pani markiza de la Roche - nagle przypomniałam sobie, jak owa dama dworu się nazywa - z wielkim ociąganiem podeszła do króla, który natychmiast chciwie przyciągnął ją do siebie i szarpnięciem za ramię zmusił, by uklękła.
- Na kolana, moja pani, to nie będzie prawdziwe spółkowanie, no, bierz go do swej ślicznej buzi - wysapał.
- Ale, najjaśniejszy panie... - chyba próbowała się bronić, nie powiedziała jednak nic więcej, gdyż król wepchnął jej ten swój sterczący członek do ust i zaczął poruszać przy tym rytmicznie jej głową.
Zamknęłam oczy, tak obrzydliwy był to widok, i słyszałam jedynie straszliwe pojękiwanie najjaśniejszego pana, jakby miał zamiar za chwilę umrzeć, czego mu z całego serca życzyłam.
W pewnej chwili zachrypiał nawet jeszcze głośniej i jego głos odbił się donośnym echem w prawie pustej sali. Markiza de la Roche natomiast zaniosła się ostrym kaszlem, jakby za chwilę miała się udusić.
- No, dobrze się spisałaś, przysłużyłaś się swemu panu. Wracaj na salony.
Król Władysław IV zmarł niedługo potem, jak sądziłam, zasłużoną śmiercią, nie dane mi było jednak być przy tym, jako że najjaśniejsza pani Maria Ludwika wysłała mnie już wtedy po naukę ogłady do Francji.
Prowadzę samochód, spieszę się jak zwykle, ale tym razem mam powód: muszę odebrać Konstancję z treningu tenisowego na Warszawiance i zawieźć ją do fizjoterapeuty na stabilizację. Jarek przyjmuje w gabinecie na ulicy Świętojerskiej, blisko Starówki, i nienawidzi, kiedy ktoś się spóźnia. Też tego nienawidzę.
Na rondzie, obok Starej Papierni, chcę dodać gazu, jednak w ostatniej chwili zwalniam i zatrzymuję się na przejściu dla pieszych. Para staruszków stoi prawie na jezdni, widać, że im się spieszy. Dobry Boże, starzy ludzie są strasznie niecierpliwi i robią wrażenie, jakby w ogóle nie mieli czasu.
Uprzejmym gestem dłoni zapraszam ich do przejścia na drugą stronę. Mam to wyuczone, prawo jazdy otrzymałam bowiem w Niemczech, a tam pieszy jest święty, jest świętą krową, można by nawet powiedzieć. Starsza pani nawet nie patrzy w moją stronę, coś tam z surową miną klaruje swemu towarzyszowi, on zaś macha mi w podzięce nieśmiało. Miło.
Myślę o Sophie, nic konkretnego, skupiona jestem na jeździe. Dzwoni telefon - to ona. Muszę się dobrze wsłuchać w to, co mówi, jest Brytyjką, uczy angielskiego w szkole amerykańskiej. Przyjaźnimy się od lat, zawsze wiem, kiedy zadzwoni albo kiedy jej coś dolega.
Konstancję znowu coś boli po treningu, jak zwykle, niestety, sport wyczynowy to mordęga. Proszę Jarka, by ją okleił tymi chińskimi taśmami, może to coś pomoże.
Zostawiam ją na fizjoterapii i sama jadę do Wilanowa, do pałacu, już od dawna mnie tam ciągnie, muszę wpaść choć na chwilę.
Jakaś grupka włoskich turystów, w większości kobiet, smętnie snuje się po korytarzu. Ich przewodnik również nie tryska energią. Byleby jak najdalej od nich, chcę trochę spokoju.
Mój wzrok przyciąga wspaniały obraz, podchodzę bliżej. "Maria Kazimiera Sobieska z dziećmi" czytam podpis. Trudno się nie uśmiechnąć na widok tej pięknej kobiety z obnażoną kształtną piersią, w otoczeniu piątki dzieci. Trudno również uwierzyć, że wszystkie te dzieci są jej.
Podchodzę jeszcze bliżej. To nie jest obraz o macierzyństwie. Kobieta chce, aby patrzeć na nią jak na boginię, boginię Gaję lub jej córkę Reę?
Orzeł, symbol tej bogini, obejmuje skrzydłami matkę i jej najstarszego syna - znowu muszę się uśmiechnąć: odwieczny sen rodziców o potędze ich dzieci.
Ja też marzę, by święcić z Konstancją tryumfy na korcie. I o karierze Laury i Natalii w świecie wielkich finansów w Londynie czy Nowym Jorku.
Maria Kazimiera nie patrzy na mnie, nie patrzy na nikogo, choć mogłoby się wydawać, że wzrok skierowany ma na swoje dzieci.
Chcę spojrzeć jej w oczy.
Daleko nie muszę szukać, odnajdujemy się od razu. Maria Kazimiera Sobieska, prawdopodobnie autorstwa Jana Triciusa.
Czuję bolesny ucisk w żołądku, nie znajdę w tej twarzy lekkości, mylę się, czy jest ona bliska łez?
W nocy spotykamy się znowu. Na końcu zaniedbanej alei widzę drobną kobiecą postać. Zdaje się stopami nie dotykać ziemi, ale to tylko sen. Woła mnie.
- Kornelia... - Dalsze słowa brzmią niezrozumiale. Rzeczy banalne mieszają się z ważnymi.
Budzę się o świcie z przekonaniem, że wiem, co chciała mi powiedzieć. I że już zawsze będzie przy mnie, jak Sophie czy wiele innych kobiet.
Konstancin-Jeziorna, luty 2013
Wreszcie nadszedł maj, a z nim z utęsknieniem oczekiwana wiosna. Nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, świat stał się jasnozielony, a brzegi Wisły dostały od matki natury nową świeżą szatę. Od razu zrobiło mi się lżej na duszy i tylko śpiewać i tańczyć mi się chciało.
Zbliżały się moje urodziny, kończyłam czternaście lat, i po raz pierwszy w życiu wydarzenie to zaczęło zaprzątać moje myśli. Z pewnością pani Galman przyczyniła się do tego, co rusz bowiem właściwym sobie zrzędliwym głosem przypominała mi, że oto kończą się dla mnie dobre czasy i odtąd nie będę mogła tak bezkarnie kaprysić.
Nie miałam pojęcia, o czym ta stara hetera mówi, jako że starałam się być dla wszystkich nader uprzejma i miła i żadne kapryszenie nie było mi w głowie.
Pewnego ranka, gdzieś w połowie miesiąca, królowa zażyczyła sobie, bym towarzyszyła jej tego dnia w sejmie. Zwykle zabierała ze sobą jedną ze starszych dwórek, najczęściej Klarę de Mailly, cieszącą się u niej wielkim uznaniem, a to z powodu "trzeźwego umysłu i bystrego dowcipu", jak mawiała. Jednakże panna de Mailly kilka miesięcy wcześniej wyszła za mąż za chorążego litewskiego Krzysztofa Paca i niedługo po tym wyjechała na przegląd mężowskich dóbr na Litwie.
Ponoć opuszczała najjaśniejszą panią z ciężkim sercem, o czym bez przerwy każdego zapewniała, ja jednak wcale jej nie wierzyłam, z pewnością nie mogła się już doczekać, by zobaczyć na własne oczy, na jak wielkich dobrach została panią! W końcu przyjeżdżając na dwór polski, nie miała grosza przy duszy i tylko dzięki pomocy przyjaciół domu zdołano zakupić dla niej jakieś szaty na drogę.
Najjaśniejsi państwo urządzili też wielką uroczystość weselną w królewskim Pałacu Ogrodowym, godną monarszej córki, biorąc pod uwagę, że sakramentu młodej parze udzielił sam nuncjusz papieski Piotr Vidoni.
Historia ta napsuła ludziom dużo krwi, całe miasto huczało wówczas od plotek, jak to panna młoda, co bez grosza przy duszy i w darowanym z litości płaszczu na grzbiecie przybyła na dwór polski, dzięki zabiegom królowej świetną partię zrobiła.
Dostało się też najjaśniejszej pani Marii Ludwice, pomawiano ją przy tym o to, że wydając swoje cudzoziemskie dwórki za najprzedniejszych kawalerów, chce mieć wpływ na politykę w Koronie.
W każdej plotce jest ziarnko prawdy, a czasami jest ich więcej.
Królowa przejawiała niespożytą energię, jeśli chodzi o bieg spraw w państwie, w przeciwieństwie zresztą do swego męża, króla Jana Kazimierza, który według powszechnej opinii, słusznej zresztą, usposobienie miał niestałe, skłonne do rozrywek i niechętne dla poważnych spraw.
Niestety nie potrafiłam zrozumieć politycznych ambicji królowej, choć Bóg mi świadkiem, starałam się, jak mogłam, by nie być gorszą na ten przykład od Klary de Mailly, późniejszej pani Pacowej. Zresztą najjaśniejsza pani interesowała się nie tylko polityką, przejawiając w tym niespożytą energię. Również nauki humanistyczne i ścisłe, literatura i historia, astronomia i nauki przyrodnicze i medyczne, teatr i muzyka - wszystko to ceniła sobie wielce i w jej oczach warte było każdego zachodu. Obiecałam więc sobie zapamiętywać wszystko, co usłyszę w gabinecie najjaśniejszej pani, aby jej nie rozczarować, choć Bogiem a prawdą wcale mnie te rzeczy nie obchodziły.
Tymczasem pojawiła się dla mnie nadzieja, bym zajęła miejsce Klary de Mailly u boku królowej podczas jej wizyt w sejmie. Bałam się nawet myśleć, jak wielkie jest to dla mnie wyróżnienie i jak niechybnie pozazdroszczą mi go wszystkie dwórki bez wyjątku.
Owego pochmurnego poranka, kiedy to za oknem siąpił drobny zimny deszcz, zupełnie nieprzystający do maja, po raz pierwszy przekroczyłam próg sali sejmowej. Znajdowała się ona wprawdzie na zamku, jednak dotąd nie miałam okazji, by tam przebywać.
Odźwierny głośno zastukał laską i obwieścił niskim, acz donośnym głosem pojawienie się królowej:
- Ludwika Maria Gonzaga de Nevers, z Bożej łaski królowa Polski, księżniczka mantuańska, wielka księżna litewska, ruska, pruska, mazowiecka, żmudzka, inflancka, smoleńska, siewierska i czernihowska!
Wszystkie głowy zwróciły się w stronę wejścia. Cichy pomruk niezadowolenia przeszedł przez obszerną salę, oświetloną niezliczoną liczbą kandelabrów (jakież marnotrawstwo, zważywszy, iż za oknem był dzień), jednak panowie szlachta jak jeden mąż pochylili nisko czoła przed swoją królową i wytrwali w owym ukłonie tak długo, aż Jej Wysokość zajęła miejsce w honorowej loży.
Maria Ludwika miała w sobie majestat prawdziwej monarchini i prezentowała się wspaniale. Kibić jej była dorodna, oczy i włosy czarne, piękne, zęby białe, pełne i gładka jasna cera. Ubrana była zawsze z wielkim przepychem, w drogie suknie odsłaniające ramiona i piersi, a jej ulubioną biżuterię stanowiły perłowe kolie i kolczyki w kształcie gruszek, jakich wcześniej nikt tu nie nosił.
Królowa nie znajdowała jednak uznania w oczach Polaków, o czym powszechnie było wiadomo. Na domiar złego to właśnie ją niesprawiedliwie obarczano winą za wszelkie niedole Rzeczpospolitej, na ten przykład za wojny kozackie czy moskiewskie. Rozpowiadano też, że pragnie zabrać polskiej szlachcie jej umiłowaną wolność, o której tutaj bez przerwy rozprawiano, i chce wprowadzić monarchię absolutną wzorem Francji, cokolwiek by to też miało oznaczać.
O tak, Bóg jeden mi świadkiem, jak dotąd przyszło mi u boku królowej wysłuchać niejednej debaty na temat polityki i królewskiej władzy.
- Siedź cicho i wszystko bacznie obserwuj - powiedziała do mnie najjaśniejsza pani zaraz po tym, jak zajęłyśmy miejsca w loży. Śliczna diamentowa brosza, którą miała wsuniętą w wysoko upięte włosy, iskrzyła się w świetle niezliczonych kandelabrów niczym garść lodu w słońcu. - Przede wszystkim zrób przegląd kawalerów na sali, nigdzie nie zobaczysz ich tylu naraz w kupie. - Zaśmiała się cicho, zasłaniając usta przepysznym wachlarzem z kości słoniowej i jedwabiu, który jakby tego było mało, ozdobiono dodatkowo szlachetnymi kamieniami. - Lada chwila powinien się tu zjawić młody podczaszy Ossoliński, by służyć nam tłumaczeniem na język polski, wtedy trzeba będzie skupić wszystkie myśli na debacie... No, który z kawalerów wpadł ci w oko, moja mała?
Rozejrzałam się pośpiesznie wokół i wyznam szczerze, że trudno mi było wyłowić kogokolwiek z tego kolorowego tłumu, jak mi się zdawało, jednakowo wyglądających panów. Wszyscy bowiem mieli tak samo wysoko podgolone głowy i pokaźne wąsy, na sobie zaś rodzaj płaszcza, zwanego kontuszem, sięgającego prawie ziemi, rozpiętego z przodu i opasanego kosztownym pasem. Narzucano go na suknię przypominającą sutannę.
- Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość, ale ci wszyscy panowie niczym się od siebie nie różnią i chyba wszyscy są strasznie starzy...
Królowa znowu roześmiała się cicho.
- Święta prawda, moja mała, nawet najwięksi panowie, którzy goszcząc za granicami kraju, natychmiast noszą się z cudzoziemska, tu w sejmie chcą wyglądać jak najbardziej po polsku. Musisz wiedzieć, że w ten prosty sposób pozyskują sobie sympatię owej "braci szlachty". Tak jest i nic tu nie zmienisz... - Królowa zawiesiła głos, wypatrując kogoś usilnie w tłumie. - A co powiedziałabyś na starostę jaworskiego, chorążego Jana Sobieskiego, o, to ten rosły i krzepki młody człowiek w jasnoniebieskim kontuszu, tuż obok kolumny po naszej prawej. - Królowa dyskretnie wskazała w jego kierunku wachlarzem. - Nie znasz go chyba jeszcze...?
O dziwo, natychmiast odnalazłam go w tłumie, górował nad tłumem posłów prawie o głowę, o tak, był niezwykle przystojny. I Bóg jeden mi świadkiem, że nasze oczy spotkały się od razu, jakby już od dawna się szukały. To uczucie było tak nieznane, tak oszałamiające, iż zdumiona nie mogłam odwrócić od niego wzroku.
Etykieta nie pozwalała pannie wpatrywać się bezwstydnie w kogokolwiek, a już na pewno nie w młodego nieznanego mężczyznę, wiedziałam o tym dobrze, a jednak... Dobry Boże, królowa była świadkiem mojego oszołomienia!
Nie wiem, jak długo mogła trwać owa chwila. Nieskończenie długo, a może tylko jedno mgnienie? Poważne, nieruchome oczy chorążego Sobieskiego powoli rozjaśnił ciepły uśmiech, po czym skłonił się on nam, z rozmachem i niezwykłą werwą.
Gorący rumieniec oblał mi twarz i dekolt. Spuściłam w końcu oczy, choć coś w moim wnętrzu gwałtownie sprzeciwiało się temu. Do porządku przywołało mnie głośne westchnienie królowej.
- No, no, panno de La Grange d'Arquien, nie trzeba chyba pytać, skąd ten rumieniec? Jak widać, gustujemy w tym samym typie. - Pochyliła się w moją stronę i szepnęła do ucha: - Ponoć to zapalny niczym proch kawaler, wsławiony już męstwem, a przy tym dworny i czuły na niewieście wdzięki, niejednej pannie zawrócił już w głowie. Ale tak piękna buzia jak twoja z pewnością mogłaby zwrócić na siebie uwagę i tego kawalera, niechybnie potrafimy o to zadbać. Pytanie brzmi tylko, czy chcemy?
Tego dnia nie spojrzeliśmy więcej na siebie, w sejmie wybuchła bowiem straszna awantura. Po raz kolejny jeden ze szlachciców zaprotestował przeciwko przedłużaniu obrad, a marszałek sejmu przyznał mu do tego prawo i dopuścił do rozejścia się posłów bez żadnych ustaleń. Po tym wszystkim królowa szalała ze złości, pomstując na zasadę jednomyślności w sejmie, która według niej czyniła Rzeczpospolitą bezbronną i nierządem stojącą.
Całkiem nieźle, całkiem nieźle, choć mogłoby być lepiej, naprawdę. - Jan Andrzej Morsztyn, wielki pan, poeta królewski i od niedawna dworzanin króla Jana Kazimierza, przechadzał się po świeżo zbudowanej scenie niczym młody paw po królewskim ogrodzie. Zdanie to powtórzył wprawdzie po raz kolejny, ale z jego miny wynikało, iż wcale mu owe sprowadzone z Włoch dekoracje nie przypadły specjalnie do gustu. Jak dotąd nie spojrzał też na nas, dwórki królowej Marii Ludwiki, stłoczone przy wejściu na scenę, choć to właśnie my miałyśmy za kilka dni tańczyć w napisanym przez niego Balecie królewskim.
Pan Morsztyn był ulubieńcem wszystkich, o czym musiał doskonale wiedzieć, jako że nosił się pysznie, wyniośle pokazując światu twarz z nieodmiennie kpiącym lub cynicznym uśmieszkiem.
Nigdy nikomu o tym nie wspomniałam, ale wzbudzał on we mnie jakiś dziwny lęk, z drugiej jednak strony pragnęłam mu się przypodobać, więc uśmiechałam się w jego obecności, najmilej jak tylko mogłam.
- Ciekawe, jak długo jeszcze będzie tak wędrował i dokąd zawędruje. - Katarzyna von Bessen, królewska dwórka stojąca tuż za moimi plecami, stłumiła głośny chichot, przyciskając twarz do mego ramienia.
- Cii... - szepnęłam, powstrzymując się też z całej siły od śmiechu, w rzeczy samej wyglądało to bowiem tak, jakby pan Morsztyn rzeczywiście "wędrował" po scenie, przedstawiającej pałacowy dziedziniec specjalnie zbudowany w czymś, co przypominało olbrzymie pudło otwarte na jedną stronę. Właśnie tam miałyśmy już wkrótce tańczyć.
Mnie samej przypadła rola żniwiarki, z czego byłam niezmiernie dumna i od kilku dni spać już nie mogłam na myśl, iż dzień naszego występu jest coraz bliższy.
- Patrzcie tylko na niego. - Klara de Mailly, przez niektórych uważana za piękność, o wyjątkowych, kruczoczarnych włosach i śnieżnobiałych zębach, przy tym jednak chuda niczym patyk, szturchnęła mnie łokciem pod żebro. - Zaraz zacznie po swojemu prawić o tej "pozłacanej klatce", jaką jest niby nasz dwór.
Wielce to było zabawne, tym bardziej że Klara miała rację.
- Całkiem nieźle... - Pan Morsztyn zatrzymał się nagle. - Wydaje wam się, moje panny, że widzicie tu świat teatru, czyż nie mam racji? - Najwyraźniej przemawiał do nas, nie spojrzał jednak nawet w naszą stronę, a tylko zatoczył kilkakrotnie wokół ręką, potrząsając lokami doskonałej blond peruki.
Nie był jeszcze stary: szczupły, o smukłej twarzy i długim, lekko garbatym nosie. Mógł mieć ze trzydzieści lat, ale nosił się wciąż jak młodzieniaszek, według najnowszej francuskiej mody: sięgający kolan jasnoniebieski kaftan z wielkimi mankietami przybrany był bogato jedwabnymi wstęgami i misternymi koronkami. Krótkie dopasowane spodnie w kolorze żółtym opinały niewątpliwie dobrze umięśnione nogi. Chyba wiedział, iż wszystkie jesteśmy wpatrzone w niego niczym w obraz, bo nagle się zatrzymał i obrócił w naszą stronę. Chwilę przyglądał się nam z tym swoim kpiącym uśmieszkiem, po czym powiedział:
- A więc wydaje wam się, moje panny, że widzicie tu świat teatru, ale nic bardziej mylnego, to my wszyscy staliśmy się już dawno aktorami na scenie urzekającej bogactwem wyrafinowanych dekoracji! I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie to, iż cały ten świat mami nas tylko swoim blaskiem, pozorami przepychu, zadowolenia z siebie... - Pan Morsztyn zawiesił głos niczym aktor w teatrze i z wielkim rozmachem ukłonił się w naszą stronę z udaną drwiną na ustach. - Wszystko to w jednym okamgnieniu olśniewa, ale zarazem zwodzi, bowiem kryje się za tym pustka. A jeśli marzy wam się, moje panny, miłość, to musicie wiedzieć, iż miłość to nic innego jak wymyślna gra towarzyska...
Gdzieś zza naszych pleców z głębi mrocznych pomieszczeń ukrytych za sceną rozległy się głośne oklaski.
- Brawo, panie Morsztyn, brawo, nikt tak wspaniale nie demaskuje obłudy naszego dworskiego życia jak ty, mój panie. - Najjaśniejszy pan Jan Kazimierz najwyraźniej tego dnia tryskał wyjątkowo dobrym humorem. Wszystkie odwróciłyśmy się w stronę, skąd dochodził głos króla, i przyklękłyśmy w powitalnej pozie.
Król Jan Kazimierz był wzrostu średniego, kształtnej postury i byłby przystojny, gdyby nie kolor twarzy, mocno wpadający w śniady, tak samo jak rysy twarzy niezbyt przyjemne. Słyszałam kiedyś, jak jeden z posłów francuskich kpił, iż pan nasz nie ma żadnego wdzięku ani w ruchach ciała, ani w obejściu i mowie. Jedynie koń u niego dorodny.
Z czasem musiałam się z tą opinią całkowicie zgodzić.
- Powiadasz więc, że miłość to tylko wymyślna gra towarzyska, hm... może i racja, jeśli jednak o mnie chodzi, to nic przeciwko niej nie mam, zważywszy tyle pięknych buziek wokół, ha! - Król zatrzymał się przed nami i taksował wzrokiem każdą z osobna. - Możecie wstać, ślicznotki, niech no moje królewskie oczy nacieszą się waszą młodością i krasą. Dobry Boże, trzeba przyznać mojej małżonce, królowej, że co jak co, ale rączkę przy wyborze dwórek to ma niezawodną. Jedna panna piękniejsza od drugiej, no proszę! - Król cmoknął przeciągle, wciąż taksując nas wzrokiem wygłodniałego wilka. - Nasza tajna broń, co ty na to, panie Morsztyn?
- Tylko przytaknąć mogę, Wasza Wysokość. Rzadko zdarza się spotkać tyle wdzięków naraz zebranych. - Pokłonił się nie wiadomo komu z zadowolonym z siebie uśmieszkiem.
- To dobrze, trzeba nam doceniać proste przyjemności... A propos, a jak tam przygotowania do czwartkowego występu? Ponoć każdy, kto ma się za kogoś ważnego w Rzeczpospolitej, zapowiedział swój przyjazd, a i gości z zagranicy też się możemy spodziewać. - Król odwrócił się od nas, nieudolnie gwiżdżąc.
- Mopsy, mopsiki moje, pan was wzywa!
Natychmiast u jego stóp pojawiło się kilka piesków, wesołych dziwacznych stworzeń z płaskimi noskami, jakich dotąd na dworze nikt nie widział. Ich przyjazne nastawienie do człowieka było widoczne na pierwszy rzut oka.
- No i co pan na to powiesz, panie Morsztyn, śliczne mam psiaki? A jak się dwórkom naszej królowej podobają, no proszę!
W rzeczy samej nie wytrzymałyśmy dłużej w poważnej pozie należnej królowi i na widok owych rozbrykanych piesków wręcz rzuciłyśmy się, by je głaskać i zachęcać do zabawy.
Maluchy miały ciepłe różowe języczki, którymi lizały nas po rękach i twarzach. Osobliwa to była chwila, jedna z nielicznych tego rodzaju, kiedy mogłam zapomnieć o panujących na dworze zwyczajach i nie przejmować się tym, iż ktoś mógłby mnie obserwować. Raz za razem, niepomna dostojnego towarzystwa, wybuchałam też głośnym śmiechem.
Jan Andrzej Morsztyn podparł się rękami pod boki i przyglądał się nam z drwiącą miną.
- Tylko mogę przytaknąć, Wasza Wysokość, zadziwiające są te kreatury, ponoć z Kraju Środka, z Chin pochodzą?
- Tak, tak, od chińskich cesarzy pochodzą te śliczne mopsiki, dostaliśmy je dopiero co w prezencie od kanclerza szwedzkiego Oxenstierny, nie powiem, przedni to był pomysł, wiele przyjemności dostarczają nam te szczeniaki...
*
W czwartek, w dzień występu przed niezwykle szeroką publiką, która zjechała z całej Rzeczpospolitej i nawet z zagranicy, by obejrzeć Balet królewski autorstwa pana Morsztyna, nie mogłam z nerwów przełknąć ani kęsa. Wciąż myślałam o tym, by gdzieś się zmyślnie ukryć bądź udać jakąś ciężką niedyspozycję. Jedynie groźba złośliwych uwag ze strony dwórek, których niewątpliwie żadna by mi nie poskąpiła, powstrzymała mnie przed takim krokiem.
Byłam wśród nich najmłodsza i najbardziej ulubiona przez królową, jednakże nie mogłam poszczycić się ani poparciem możnej rodziny, ani jak dotąd posiadaniem jakichkolwiek własnych środków, i to ja najczęściej stawałam się przedmiotem kpin większości panien.
Wprawdzie od całkiem niedawna moja sytuacja nieco się poprawiła, jako że najjaśniejsza pani potraktowała mnie na równi z dorosłymi i wraz z nowym rokiem przyznała mi pensję w wysokości czterystu złotych polskich.
Owego styczniowego czwartku starałam się więc ze wszystkich sił nie myśleć o wieczornym występie ani o tym, jak by tu się z niego wykręcić, do niczego bowiem mnie to nie prowadziło, lecz tylko potęgowało ów paraliżujący strach. A tak Bogiem a prawdą, to czy nie umiłowałam sobie tańca, śpiewu i teatralnych występów jak niczego innego na świecie?
Do Polski przybyłam wraz z dworem Marii Ludwiki, mając zaledwie cztery lata, i z czasu podróży prawie nic nie pamiętam. Oprócz pobytu w mieście Gdańsk i barwnych występów tamtejszych artystów, szczególnie zaś tańczących przed królową może z pięćdziesięciu Murzynów, czarnych jak smoła, grających na bębnach i piszczałkach i poruszających się w rytm nieznanej muzyki z gracją, jakiej nigdy więcej nie dane było mi zobaczyć.
Wracając jednak do dnia przedstawienia, to już od samego rana starałam się schodzić wszystkim z drogi. Nie było z tym zresztą większego kłopotu, tak naprawdę bowiem nikt się mną nie interesował.
Żadna z panien dworu nie chciała zostać moją przyjaciółką, wszystkie oganiały się ode mnie niczym od natrętnej muchy, naśmiewając się przy byle okazji z mojego młodego wieku i braku możnej rodziny. Dopuszczano mnie wprawdzie do wspólnych posiłków przy stole, wspólnych nabożeństw czy prób na scenie, nic jednak poza tym. A przecież były wśród nich oprócz Polek i Niemek również Francuzki, jak choćby Klara de Mailly, niezwykle fałszywa i złośliwa osoba, o której krążyło wiele opowieści, między innymi o tym, jak to zręcznie potrafiła odparować nachalne umizgi poprzedniego króla, Władysława IV, wykazując niczym niezachwianą wierność i lojalność wobec swojej pani.
Jeśli o mnie chodzi, to serdecznie wątpiłam w tę jej cnotę, tym bardziej że nie czuć było od niej szarego mydła, ale raczej wonne, różane pachnidła. Dlaczego nie miałaby więc usłużyć królowi? Z drugiej jednak strony, dość szybko się zorientowałam, iż łatwiej jest obronić swoją cnotę przed zalotnikiem, aniżeli udowodnić ją niewiastom ze swego otoczenia.
Żyłam więc na dworze bez żadnej bratniej duszy, zdana na łaskę ochmistrzyni Galman i pokojowej Janki, osoby, której lenistwo było bezprzykładne, i tylko czekałam sprzyjającej okazji, by poskarżyć się na nią u królowej, która z pewnością każe wygnać ją ze służby.
Postanowiłam przybyć na ostatnią próbę dużo wcześniej, by zapewnić sobie pomoc królewskiego fryzjera, niejakiego Champagne, prawdziwego artysty, jeśli chodzi o misterne upinanie włosów. Dobry Boże, okazało się, iż wszystkie panny już tam były!
W pomieszczeniach przylegających do sceny wrzało niczym w ulu, pokojowe kręciły się wokół swoich panien jak w ukropie, czyniąc ostatnie poprawki przy stroju bądź uczesaniu. Tylko moja dziewka gdzieś się zapodziała, Bóg jeden raczył wiedzieć gdzie, i myśl, że nikt, ale to nikt się mną nie zajmie, sprawiła, że nie zdołałam powstrzymać się od płaczu.
- Matko Boska, a ta czemu znowu beczy. - Katarzyna Gordon, sierota po ściętym w Szkocji kapitanie Gordonie, margrabim Huntly, siostra pułkownika Henryka Gordona, pozostająca pod opieką królewskiego medyka pana Williama Davidsona, uśmiechała się z politowaniem.
Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na mnie, wprawdzie bez większego zainteresowania, ale z nieukrywaną kpiną. Gorący rumieniec oblał mi twarz i szyję. Życzyłam sobie natychmiastowej śmierci.
- Pewnie znowu się maże, by zwrócić na siebie uwagę, oczywiście najlepiej najjaśniejszej pani, tyle tylko że naszej pani tu nie ma, co za pech! - Austriaczka Katarzyna von Bessen przewróciła zabawnie oczami, wywołując gromki śmiech wszystkich obecnych.
Była najbrzydszą z panien dworu, ale odkąd ogłoszono jej zaręczyny z wielkim panem, Teodorem Denhoffem, dworzaninem króla Jana Kazimierza, jej wdzięk i uroda zyskały na tym bezsprzecznie, a z całą pewnością przybyło jej splendoru. Zresztą już wcześniej z niewiadomych powodów Katarzyna cieszyła się na dworze dużymi względami i niektórzy nawet z uznaniem twierdzili, iż ma ognisty temperament i trzeźwą głowę, cokolwiek by to miało oznaczać.
- Lepiej zostawmy ją w spokoju, bo jeszcze na scenie będzie tak beczeć - wojewodzianka Helena Wodyńska, najmilsza ze wszystkich (niestety straszna ciapa), jak zwykle stanęła w mojej obronie, choć i tym razem nie wiadomo było do końca, co nią powoduje. - A poza tym musimy się spieszyć, bo lada chwila zjawi się pan Morsztyn na ostatni przegląd przed występem... Moja pokojowa właśnie co mi doniosła, iż znakomici goście przed zamek zjeżdżają... senatorowie, biskupi, posłowie...
Nikt więcej nie patrzył już na mnie, wszystkie panny zajęły się znowu sobą, strofowały głośno swoje sługi i co rusz przywoływały błagalnym głosem królewskiego fryzjera, owego Champagne.
Szczęśliwie i moja pokojowa wreszcie się zjawiła! Z wielce pokorną miną i zimnymi jak lód dłońmi zaczęła mi pomagać przy zmianie stroju.
Włożyłam kostium żniwiarki, ze śnieżnobiałego jedwabiu, miękko opływający ciało i bardziej podobny do sukni greckich bogiń aniżeli do tego, co nosiły chłopki na polu.
Bóg jeden mi świadkiem, iż byłabym nim zachwycona ponad wszelką miarę, gdyby nie przeraźliwy chłód panujący w zamku, spowodowany wprost nieludzkim mrozem, który nadszedł już z początkiem grudnia i jak dotąd ani na trochę nie puszczał. Strasznie cierpiałam z tego powodu i byłam przekonana, iż ów siarczysty mróz nie tylko zniewolił wiślane wody grubą warstwą lodu, ale też dosłownie starał się wedrzeć do mojej duszy.
Przedstawienie Balet królewski znalazło wielkie uznanie w oczach królewskich małżonków. Szczególnie najjaśniejsza pani długo biła brawo i wyglądała na niezwykle zadowoloną ze swych podopiecznych, ignorując całkowicie głosy wzburzonych widzów.
Trzeba bowiem wiedzieć, iż co poniektórzy polscy panowie ze zgorszeniem patrzyli na nasze skąpe stroje i odważne pląsy. Wiadomo było, jak bardzo rażą ich francuskie zwyczaje panujące na dworze w Warszawie.
- Hańba dla polskiego szlachcica! Hańba Sarmatom! Gniazdo rozpusty! - wołali co rusz, zrażeni zbyt śmiałym tańcem czy naszą nadmierną swobodą na scenie, ale tak naprawdę nikt się nimi nie przejmował.
Większość polskich dam na dworze nosiła się już z francuska, odsłaniały dekolt i ramiona, nie zakrywały włosów czepkiem i fryzowały je na modłę paryską, z grzywką i drobnymi loczkami na skroniach. Powszechnie też używano, bez różnicy, czy to panna, czy mężatka, wszelkiego rodzaju pudrów, pomad i barwiczek. Ku zgorszeniu ogółu również niektórzy polscy panowie ulegli zaraźliwej modzie idącej od dworu i zamiast podgolonych czubów nosili peruki, zamiast żupana i kontusza - francuskie pludry. Często dochodziło z tego powodu do głośnych słownych utarczek, a nawet przepychanek i bijatyk. Zdarzało się wręcz, że Francuza na drodze z karety wywlekli i kijami obili.
Wracając jednak do spektaklu - po jego zakończeniu najgłośniej wołał "brawo" sekretarz królowej, pan Piotr Des Noyers. Był to zabawny, sprytny człowieczek w olbrzymiej, dużo za dużej peruce, która przy najmniejszym ruchu przesuwała mu się na głowie tam i z powrotem. Zjawił się zresztą za sceną, jeszcze nim zdążyłam się przebrać.
- Najjaśniejsza pani Maria Ludwika oczekuje panienki. - Pan Des Noyers uśmiechał się szeroko, aczkolwiek ze szczelnie zamkniętymi ustami, z czego można było wywnioskować, iż jego zęby są w nie najlepszym stanie.
Moja pokojowa znowu gdzieś się zapodziała, narzuciłam więc na siebie tylko stary zniszczony płaszcz po ciotce, hrabinie de Maligny, niepodbity zresztą żadnym futrem, a więc zupełnie nienadający się na tę okropną polską zimę.
Większość panien zauważyła obecność królewskiego sekretarza, co z zadowoleniem odnotowałam w myślach, i albo słyszała, albo mogła się domyślić, iż zostałam wezwana przed oblicze najjaśniejszej pani.
Królową Marię Ludwikę zastałam w jej loży w towarzystwie pana Morsztyna i kilku dam dworu wraz z małżonkami. Wyglądała na niezwykle rozbawioną, mnie jednak nie mogła oszukać i od razu zauważyłam przygnębienie w jej oczach. Oczywiście domyślałam się, iż źródłem owego smutku i tym razem jest król Jan Kazimierz.
Dobry Boże, cały dwór huczał od plotek na temat najnowszej królewskiej metresy, podkanclerzyny Radziejowskiej, młodej mężatki, nader zgrabnej ciemnowłosej piękności o lekko skośnych czarnych oczach. Stąd też brał się nadzwyczaj dobry nastrój króla; zwykle bowiem, gdy nie uganiał się akurat za którąś z dam, pogrążał się w czarnej melancholii i zdawał się tracić zainteresowanie tym, co działo się wokół, a więc również sprawami królestwa.
Najjaśniejsza pani strasznie nad tym ubolewała, jako że z jednej strony zadziwiająco drogie były jej sprawy państwa, z drugiej zaś nie potrafiła godzić się na mężowskie kochanki. Trzeba jednak gwoli sprawiedliwości powiedzieć, iż król ulegał jej prawie we wszystkim, niczym dobra służka, i tylko nie chciał, lub nie mógł, zrezygnować z ciągłych miłosnych afer. Więc tak czy siak, wciąż się kłócili.
- Maria Kazimiera, nasza mała piękność. - Królowa podała mi dłoń do ucałowania. - Jakże dumni jesteśmy z twoich talentów, doskonale wypadłaś na scenie. Cóż o tym sądzisz, panie Morsztyn? - zwróciła się do nadwornego poety.
Zauważyłam, iż w obecności królowej nie miał on owego kpiącego uśmieszku na ustach, choć wciąż zdawał się wielce z siebie zadowolony.
- Wasza Wysokość - wykonał doskonały ukłon - jeśli pani pozwolisz, mówiąc o przymiotach panny d'Arquien, posłużę się rymem:
Ta pierwsza twarzą, choć ostatnia laty,
Zrodzona między grzecznymi Francuzy,
Zdolna jest spalić w popiół oba światy -
Od wschodu słońca, aż gdzie się zanurzy...
W kupę się zeszły w tym anielskim ciele
Dowcip i rozum nie mniej pewnie święty,
Zgoła z niebieskiej poszła parantele,
Bo wszystkich bogów jest w niej skarb zamknięty;
Stąd wotem serca niosą jej podarki,
Jak do kościoła i jak do Arki...
Wszyscy jak na komendę zaczęli bić brawo i z przykrością musiałam stwierdzić, iż te jakże pochlebne dla mnie strofy wcale nie zwróciły wszystkich oczu na mnie, a wręcz odwrotnie, to pan Morsztyn znalazł się nagle w centrum uwagi zarówno królowej, jak i towarzyszących jej państwa. I tak miało już zostać aż do końca tego wieczora.
Mario Kazimiero, Mario Kazimiero d'Arquien, gdzieś ty się znowu schowała?! Skaranie boskie z tobą... - Głos pani Galman zdawał się załamywać pod wpływem tłumionej złości.
Znałam ją, odkąd pamięć moja sięga, i wiedziałam, jak niezwykle szybko traci cierpliwość.
- Najjaśniejsza pani chce cię widzieć, ty mała niewdzięcznico! I to już, zaraz... bękarcie nasienie.
Odetchnęłam z ulgą, odgłos ciężkich kroków pani Galman stawał się bowiem coraz cichszy, najwyraźniej zmierzała w przeciwną stronę sali, w kierunku Małego Salonu, skąd zza zamkniętych drzwi dobiegał stłumiony gwar bawiących tam dam dworu w towarzystwie jakichś panów.
Wciąż jednak nie odważyłam się poruszyć, wstrzymywałam nawet co chwila oddech, by się nie zdradzić.
W mojej kryjówce pod oknem, za grubą aksamitną zasłoną cuchnącą dymem z komina i kurzem, nie było mi najwygodniej, tym bardziej że od dworu wiało przeraźliwym lutowym chłodem.
Przedkładałam jednak owe niewygody nad czyjekolwiek towarzystwo.
Tak jak sądziłam, pani Galman dotarła do drzwi Małego Salonu i z właściwym sobie impetem otworzyła je. Do sali natychmiast wdarły się odgłosy ożywionych rozmów.
- Łaskawi państwo wybaczą! Łaskawi państwo wybaczą, ale szukam małej d'Arquien... Najjaśniejsza pani chce ją natychmiast widzieć... Nie, nie było jej tu?
Ochmistrzyni bez słowa pożegnania zamknęła drzwi i znowu ruszyła w moją stronę, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem.
Nogi ścierpły mi od tego kucania i już nie mogłam się doczekać, by wreszcie ta stara hetera sobie poszła i zostawiła mnie w spokoju.
Wyglądało jednak na to, że nie nastąpi to prędko, bo ktoś wszedł do sali.
- Panie Stawski, dobrze, żeś się pan tu napatoczył, szukam tej nieznośnej d'Arquien, po całym zamku jej szukam... - Głos znowu jej się załamał z tłumionej złości.
- A tak, panny Marysieńki znowu pani szukasz? A kiedy to nasza ślicznotka z nauk we Francji wróciła? Jeszcze jej tu nie widziałem, a taka to radość na nią patrzeć, słodkie to dziecko takie, że tak powiem...
- Jakie tam słodkie i jakie dziecko, jedenaście lat już jej! - Ochmistrzyni prychnęła ze złością.
- A tak, ma już jedenaście lat?! Nie do wiary... I wciąż się chowa, tak samo jak kiedyś, za dziecka? Nie do wiary... Ale milusieńka ona zawsze była i śliczna jak z obrazka, że tak powiem.
- Oj tam, nie gadaj pan, nie masz z tą panną na co dzień do czynienia, więc nie wiesz, jakie to humory nią miotają. Jak ją co napadnie, schowa się niczym mysz do dziury i siedzi tam godzinami. Matko Boska, co ja mam zrobić, skaranie boskie, najjaśniejsza pani chce ją na gwałt widzieć, bo się ponoć za nią stęskniła! Zawsze to bękarcie nasienie rozpieszczała ponad miarę... - Suknia pani Galman złowrogo zaszeleściła o podłogę.
- Hm, nie nam to oceniać, łaskawa pani, że tak powiem - pan Stawski przerwał jej ugodowym tonem. - Trzeba pamiętać, że panna Marysieńka niełatwe jak dotąd miała życie, bo ileż to lat jej było, jak tu do nas, do obcego kraju, zjechała, sama jak palec, bez ojca i matki, niczym przybłęda, z pięć może?
- A ze cztery miała... Oj tam, panie Stawski, krzywda jej się tu nie dzieje, wszystkie damy dworu o nią dbają niczym o własną córkę, tak samo i najjaśniejsza pani, nasza królowa...
Coś tam jeszcze pani Galman z właściwą sobie swadą mówiła, ale trudno mi było reszty dosłyszeć, wreszcie ruszyła bowiem ku wyjściu, a pan Stawski najwyraźniej za nią, niemiłosiernie szurając przy tym nogami, jako że z powodu rany odniesionej na wojnie z Tatarami strasznie utykał. Niektórzy służący naśmiewali się z niego, wołali za nim kuternoga, ja jednak bardzo mu współczułam z powodu owej uciążliwej dolegliwości. Słyszałam, jak kiedyś się skarżył, że przy każdej zmianie pogody okropnie go w tej nodze rwie, musiało się to więc dziać nieustannie, jako że pogoda w Polsce każdego dnia była inna.
Wreszcie usłyszałam głośne trzaśnięcie drzwiami i odważyłam się poruszyć. Natychmiast rozmasowałam sobie zdrętwiałe od kucania nogi.
Koniec końcem, z grubej spódnicy, którą nosiłam, umościłam sobie wygodne siedzenie i wsparta plecami o zimną ścianę wsłuchałam się w panującą ciszę.
Mogło się odnieść wrażenie, iż anioł przeleciał tuż obok, tak cicho zrobiło się nagle wokół. A może tylko tak mi się zdawało, kiedy po raz kolejny zapadałam w ów płytki, niespokojny sen. Wtedy to rzeczy prawdziwe mieszają się z mglistymi wspomnieniami i sennymi majakami.
Wszystko w tym zimnym obcym kraju zdawało mi się inne, nawet cisza inaczej brzmiała, taka głucha, niedostępna. Nie można było się z nią zaprzyjaźnić, tak jak żadna z dam dworu nie była mi bliska. Że o pani Galman nie wspomnę. Kochałam tylko moją panią, królową Marię Ludwikę, choć to za jej sprawą, jak zrozumiałam ostatnio, trzeba mi było mieszkać w tej okropnej Polsce!
Nawet śmierć jej męża, króla Władysława IV, nic tu nie zmieniła. W czasie mego pobytu we Francji królowa wyszła powtórnie za mąż za nowego króla, Jana Kazimierza, zresztą brata tego poprzedniego.
Całą długą drogę, kiedy zalewałam się łzami na myśl, że być może już nigdy nie wrócę do Francji, baron de Saint-Cyr, mój opiekun w podróży, mający opinię nader grzecznego człowieka, tłumaczył mi cierpliwie, jak to najjaśniejsza pani przygarnęła mnie do siebie łaskawie na prośbę moich rodziców i jak świetlany los może mnie w tym dalekim kraju spotkać, choć pochodzę z licznej rodziny o niezwykle skromnym majątku. Powtarzał to wielokrotnie, patrząc przy tym wymownie na podróżującą z nami jałmużniczkę królowej Marii Ludwiki, przyszłą przełożoną Cór Miłosierdzia, które miały wkrótce przybyć do Polski z polecenia samego Wincentego a Paulo, o czym owa siostra zakonna co rusz grobowym tonem nam przypominała.
- Musisz, moja panno, pamiętać, że ubogi szlachcic francuski, który ma się rozumieć nigdy w Wersalu nie mieszkał, w Rzeczpospolitej bywa na najprzedniejszych dworach - tłumaczył mi cierpliwie. Powtarzał właściwie dokładnie to samo, co moja ciotka, hrabina de Maligny, w której zamku w Prye spędziłam ostatnie lata, ucząc się znakomitych manier i ogólnej ogłady niezbędnej każdej damie.
Wszystko to po raz kolejny przeleciało mi przez głowę, choć wcale nie chciałam do tego, co minęło, wracać, bo i po co? Marzyłam jedynie, by jak najdłużej móc pozostać w ukryciu, z dala od innych. Przestać czuć cokolwiek, uciec przed tym okropnym smakiem pustki, trawiącym bez chwili wytchnienia każdą z moich myśli.
Czy było to sprawiedliwe, że w takich chwilach pozostawało jednak ze mnie wystarczająco dużo, bym musiała rozpocząć bez żadnej rozwagi coś, co tkwiło w moim sercu, a co najpewniej było moją duszą, przeglądać kawałek po kawałku, grzebać w tym, niczym w zimnej twardej kaszy?
A pragnęłam przecież jak niczego innego łudzić się ową niedorzeczną nadzieją, iż schowana przed światem i ludźmi pokonam ów paraliżujący mnie lęk, stracę go, porzucę gdzieś. Doznam spokoju.
Najjaśniejsza pani mnie do siebie wzywała, choć jak słyszałam, wciąż leżała w połogu. Zapewne chciała się ze mną przywitać i wypytać o nowinki z Francji, o zdrowie hrabiny de Maligny, przyjaciółki z dawnych lat...
Nie lada to był zaszczyt, w końcu dobrze pamiętałam owe zacięte boje o pierwszeństwo u boku królowej. Na szczęście dotąd wcale mnie to wszystko nie dotyczyło, przeczuwałam jednak, iż po powrocie z Francji moje życie może się zmienić.
Przestałam już być dzieckiem. Pani Galman też tak mówiła. Myśl ta napawała mnie przeraźliwym lękiem. A przecież, Bóg jeden mi świadkiem, niejednego na warszawskim dworze doświadczyłam, jako że nikt nie przejmował się tym, co może dziecko bez rodziny i możnych protektorów zobaczyć czy usłyszeć, co jest dla niego dobre, a co niewłaściwe!
O tak, najjaśniejsza pani z pewnością się na mnie rozgniewa, jak amen w pacierzu, a jednak nie miałam dość siły, by opuścić kryjówkę pod oknem.
Byłam sama na tym wielkim bożym świecie, niczym bezpański pies.
*
Od samego rana padał ciężki mokry śnieg; nie było widać świata. Ciemne ołowiane chmury nisko wisiały nad Wisłą i zdawać się mogło, iż ta dostojna leniwa rzeka dotyka nieba.
Wyobraziłam sobie, jak się stykają w długim pocałunku, i roześmiałam się głośno. Nikogo na szczęście nie było w pobliżu, królewska sień od strony Wisły świeciła pustkami, choć zbliżało się południe. Zwykle o tej porze, szczególnie nieopodal komnat królowej, aż roiło się od różnego rodzaju interesantów.
Drzwi do królewskiej poczekalni pozostawały zamknięte niczym podczas nieobecności najjaśniejszej pani na zamku.
Bez pukania, ostrożnie je otworzyłam i najciszej jak tylko potrafiłam, wsunęłam się do środka. Przy wejściu do komnat królowej, oprócz dwóch strażników w niezwykle bogato zdobionych uniformach, na fotelu siedziała wyprostowana niczym struna markiza Adrianna de la Roche, pierwsza ochmistrzyni panien dworu, krewna i zarazem kochanica barona de Saint-Cyr.
- Nic z tego, nie możesz teraz wejść do najjaśniejszej pani, moja droga! - zawołała na mój widok, jakby od dawna tylko czekała na ten moment.
Nie sposób było nie usłyszeć zajadłej drwiny w jej głosie, a także nie dostrzec krytycznego wzroku, którym lustrowała bez najmniejszego zażenowania.
Jeśli miałabym wyobrazić sobie ziejącego ogniem smoka, z pewnością byłaby nim pani de la Roche. Uśmiechnęłam się jednak słodko i grzecznie dygnęłam.
- Najmocniej proszę o wybaczenie śmiałości, ale najjaśniejsza pani życzyła sobie mnie zobaczyć. - Powtórzyłam owo doskonałe dygnięcie, ćwiczone aż do znudzenia na zamku w Prye.
- A tak? Patrzcie państwo! - Ochmistrzyni spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek, jakby nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. - To niby zguba odnalazła się w cudowny sposób? Ale to wczoraj cię szukano, moja droga! - Tupnęła głośno nogą, aż echo rozległo się w całym korytarzu. - Najjaśniejsza pani dziś niedomaga, medyk i ksiądz są u niej...
- Boże miłosierny, niedomaga? - Przestraszona złożyłam dłonie jak do modlitwy.
- No proszę! A nie słyszałaś, jak dzwony dziś w całym mieście biły, wzywając do modlitwy za duszyczkę królewicza Jana Zygmunta?... - Wykrzywiła usta w pogardliwym grymasie. - Nie wiadomo, czy królewski syn jutra dożyje, taki słaby jest, a ty, moja panno, nic o tym nie wiesz?
Nagle pani de la Roche zdała się zupełnie stracić zainteresowanie dalszą rozmową i poczęła poprawiać doskonałe fałdy swego płaszcza podbitego rysim futrem, jako że w zamku było naprawdę zimno i bez wierzchniego okrycia ani rusz nie dało się tam wytrzymać.
Zauważyłam jej piękną suknię, z zielonego miękkiego jedwabiu ze złotą lamówką, świetnie pasującą kolorem do rysiego futra. Jej twarz nie wyglądała jednak zbyt dobrze, cerę miała siną i bladą, mimo grubej warstwy pudru i barwiczka, a pod oczami brzydkie, nieomal czarne cienie.
Ja sama ubrana byłam w kilka warstw znoszonych sukien po ciotce, hrabinie de Maligny. Niestety, na moje nieszczęście zdążyłam już wyrosnąć ze wszystkich tych pięknych strojów, które królowa poleciła mi sprawić przed wyjazdem do Francji, tak więc to, w co przyszło mi się odziać, w żaden sposób nie mogło się równać z wykwintnym strojem królewskiej ochmistrzyni.
Poczułam ukłucie zazdrości w sercu.
- Biedna najjaśniejsza pani - powiedziałam w końcu, bo cisza, która zapanowała w poczekalni, zdawała się nieznośna.
- Biedna najjaśniejsza pani?! A kim ty jesteś, moja panno, że ważysz się żałować naszą panią, kim ty niby... - Przerwał jej odgłos otwieranych drzwi, w których stanęła królowa Maria Ludwika.
Twarz miała nieumalowaną, białą niczym papier, i zaczerwienione, podpuchnięte oczy. Natychmiast padłam przed nią na kolana i pomyślałam w tej samej sekundzie, iż gotowa jestem za moją panią oddać życie, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
- Wstań, moje dziecko, i chodź ze mną - odezwała się tak cicho, że bardziej domyśliłam się, co mówi, aniżeli usłyszałam.
Odwróciła się zaraz, nie podawszy mi do ucałowania dłoni. Nie spojrzała też nawet w stronę pani de la Roche, co skrzętnie odnotowałam w myślach jako swój mały tryumf.
W towarzystwie królowej czułam się bezpieczna, niestety nieczęsto mogłam dostąpić owego zaszczytu, jako że była ona zwykle bardzo zajęta. Poświęcała swój czas najróżniejszym zajęciom, przede wszystkim interesowały ją jednak sprawy królestwa i nieraz słyszałam, jak na dworze mawiano, iż głowę męża, najjaśniejszego pana Jana Kazimierza, swoją zastępowała.
Okna w komnatach królowej pozostawały szczelnie zasłonięte, choć noc już dawno minęła. Panujący tam mrok rozświetlały jedynie nieliczne świece. Światło dnia jest bezlitosne, ale to noc potęguje każdy ból.
Pomyślałam sobie jednak, że w ciemności łatwiej będzie znieść ów ogrom cierpienia królowej, z którym nieuchronnie przyjdzie mi się zmierzyć.
Nie tak dawno, zaledwie kilka miesięcy wcześniej, dotarła do mnie do Francji wiadomość o śmierci małej królewny Marii Anny Teresy. Żyła tylko rok, a teraz przyszła kolej na jej brata, nie mógł mieć więcej niż miesiąc...
Obok olbrzymiego kominka, od którego roznosiło się po komnacie przyjemne ciepło, dostrzegłam nadwornego medyka, pana Williama Davidsona, w towarzystwie spowiednika najjaśniejszej pani, wielebnego Franciszka de Fleury. Obaj panowie nisko pokłonili się na nasz widok.
- Proszę o wyrozumiałość, ale pragnę pozostać z panną d'Arquien jakiś czas sama. Wezwę panów, jeśli zajdzie ku temu potrzeba. - Królowa ciężko opadła na szezlong zarzucony rozmaitymi futrami z jedwabnym podbiciem, zamknęła oczy i otworzyła je dopiero wtedy, gdy goście w pokornym milczeniu opuścili komnatę.
- Chodź tu do mnie, moja mała, tak się za tobą stęskniłam. - Wyciągnęła do mnie rękę, a w jej głosie brzmiał głęboki smutek. - Przytul się do mnie, tak mi ciężko.
Usiadłam niezgrabnie na krawędzi szezlonga, nie było tam dla mnie miejsca, szczególnie że miałam na sobie tyle warstw odzienia. Ujęłam jednak dłoń królowej i przycisnęłam ją sobie do serca, głowę zaś ostrożnie wtuliłam w jej ramię.
Najjaśniejsza pani, Królowa Rzeczpospolitej Obojga Narodów, płakała cicho, a jej łzy spływały na moje czoło. Nic nie mogłam zrobić, by ulżyć temu cierpieniu, tylko wytrwać jak najdłużej na krawędzi owego szezlonga, gdzie, jak już wspomniałam, nie było dla mnie miejsca.
Co można wiedzieć w wieku jedenastu lat o bólu matki stojącej o krok od utraty jedynego dziecka?
Myślałam tylko o tym, że tutaj, w zamku, całkiem niedaleko, w komnatach królewiczowskich, umiera być może następca tronu, i o tym, jak bardzo kocham swoją królową i jak bardzo chciałabym jej to okazać.
Nie sposób jednak było nie słyszeć dzwonów bijących w całym mieście niczym na trwogę, ich przejmujący dźwięk wdzierał się człowiekowi dosłownie do duszy, nie dając chwili wytchnienia.
- Mój syn jeszcze żyje, a ja nie mam w sercu ani cienia nadziei. - Głos królowej był stłumiony i ochrypły. - Cóż ze mnie za matka, jeśli już widzę płonącą żałobną gromnicę i komnatę mego maleństwa obitą czarnym kirem...? Marysieńko? - Podniosła się nieco, starając się spojrzeć mi w twarz. - Boże przenajświętszy, jakim jestem nieludzkim potworem...
Znowu zaczęła płakać, tym razem jej ciałem wstrząsał raz za razem głośny szloch.
- Nie można tak mówić, to ból i lęk przemawiają przez Waszą Wysokość... Nie ma na tym świecie bardziej kochającej matki. - Objęłam królową i tym razem to jej głowa spoczęła na moim ramieniu. Poczęłam ją lekko kołysać, nic więcej nie mogłam zrobić.
Królewicz Jan Zygmunt zmarł następnej nocy. Byłam wtedy z najjaśniejszą panią przy jego łóżeczku i widziałam, jak wyrwane z piersi serce matki na próżno szuka pachnącego niemowlęciem oddechu.
Zapalono żałobne gromnice i na chwilę dzwony umilkły w całym mieście. Królowa zdawała się obłąkana z bólu, chciała, by wraz z nią płakał cały świat.